Jak redagowałem dziennik w Tennesee

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Jak redagowałem dziennik w Tennesee
Pochodzenie Król i osioł oraz inne humoreski
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Journalism in Tennessee
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
JAK REDAGOWAŁEM DZIENNIK
W TENNESSEE

Lekarz zalecił mi w celu kuracji wyjazd na południe, wobec czego skierowałem się do stanu Tennessee, gdzie wyrobiłem sobie posadę współpracownika w czasopiśmie „Wrzask południowo-amerykański“.
Kiedy wszedłem do lokalu redakcji, by rozpocząć pracę, zastałem naczelnego redaktora pisma, siedzącego i skurczonego we dwoje na stołku o trzech tylko nogach, podczas gdy jego własne nogi leżały przed nim na stole...
W pokoju znajdował się jeszcze, oprócz pana redaktora, stół i fotel mocno zużyty. Obydwa te sprzęty, a więc tak stół jak i fotel, uginały się pod stosem artykułów, gazet, wycinków i pasków papieru. Oprócz tego mieściła się w lokalu paka z piachem, usypana niedopałkami cygar i papierosów oraz piec z drzwiczkami, wiszącemi precyzyjnie na jednej tylko zawiasie.
Pan redaktor naczelny ubrany był w długi, czarny surdut oraz białe płócienne „ineksprymable“!! Buty miał zgrabne i starannie oczyszczone. Kostjum pana redaktora uzupełniła piękna kosztowna koszula, wielki pierścień z brylantem na palcu, stojący wysoko kołnierzyk, kroju starodawnego i wykwintny, różnokolorowy krawat ze swobodnie opuszczonemi końcami. Wogóle kostjum utrzymany był w stylu roku 1848. Redaktor palił cygaro hawańskie i dobierał snać słowa do jakiegoś zdania, przebierające bowiem czuprynę palce rozwichrzyły ją w niemożliwy sposób.
Wyraz jego twarzy zdradzał wściekłość i okrucieństwo, to też nietrudno było mi odgadnąć, że pisze w tej chwili jakiś „cięty“ artykuł.
Redaktor, ujrzawszy mnie, kazał mi przejrzeć dzienniki i napisać „Przegląd prasy tennesseeńskiej“ z uwzględnieniem wszystkiego, coby mu się mogło wydać godnem uwagi.
Siadłem przy biurku i skreśliłem, co następuje:

„Przegląd prasy tennesseeńskiej.

„Wydawca tygodnika „Trzęsienie Ziemi“ kieruje się, jak się zdaje, jakiemś nieuzasadnionem uprzedzeniem względem nowopowstającej kolei w Ballyhack. Jak nas informują, Towarzystwo akcyjne wcale nie ma zamiaru ominąć osady Burrardville. Przeciwnie, Towarzystwo uważa tę osadę za jeden z najważniejszych punktów linji kolejowej. Nie wątpimy przeto, że czcigodni panowie z „Trzęsienia Ziemi“ powtórzą w całości niniejsze sprostowanie.
„Mister John W. Blossam, energiczny wydawca „Pioruna“ oraz „Echa Wolności“ w Higginsville, przyjechał, jak nas informują, wczoraj do naszego miasta i zamieszkał w hotelu Van Burensa.
„Zwracamy uwagę czytelników, że współpracownik „Wycia Porannego“ myli się bardzo, zapewniając, że wybór Van Wadera jeszcze nie stał się faktem; nie wątpimy, że współpracownik powyższego pisma sprostuje swój błąd. Niewątpliwie uległ nieporozumieniu, w które go wprowadziły inne organy wyborcze.
„Niech nam będzie wolno stwierdzić z całem zadowoleniem, że miasto Blatherville stara się o zawarcie kontraktu z kilkoma przedsiębiorcami z New Yorku w celu wybrukowania ulic miasta. Dziennik „Hurra Codzienne“ rozpatruje tę decyzję w sposób umiejętny i przypuszcza, że raz wreszcie dzieło to osiągnie pomyślny skutek“.
Artykuł ten dałem redaktorowi, iżby go przejrzał, poprawił, ewentualnie zniszczył. Ten rzucił okiem na dzieło mego pióra — i chmura przebiegła po jego dostojnem obliczu. Przejrzał powtórnie artykuł i naraz szlachetna twarz jego przybrała wyraz gniewu. O, wiedziałem już wszystko! Odgadłem w tym momencie kierunek i ducha mego zawodu.
Naraz redaktor podskoczył tak wysoko, że głową sufitu sięgnął i zawołał:
— Do stu tysięcy djabłów! Czyż pan myśli, że w ten sposób można u nas pisać dla takiego bydła? Czy może pan sądzi, że czytelnicy mego organu zadowolnią się takim klapstrem? Ho! ho! Pozwól pan pióro!
Doprawdy, nie zdarzyło mi się widzieć nigdy w życiu, aby czyjeś pióro tak szybko kreśliło, mazało, poprawiało i lekceważyło czyjeś słowa w sposób aż tak bezwzględny!
Naraz, gdy pan redaktor pastwił się tak nad mym mozolnym artykułem — rozległ się strzał. Celem jego, zdaje się, była głowa redaktorska; dziwnym jednak zbiegiem okoliczności zacna ta głowa wyszła z tego przypadku cało, natomiast moje ucho ucierpiało cośniecoś...
— Ach! — krzyknął redaktor. — To ten łotr Smith, ten wyzyskiwacz i nędznik z „Wulkanu Moralnego.“ Powinien był się tu stawić przed moje oczy jeszcze wczoraj.
Poczem redaktor wyciągnął rewolwer z za pasa i strzelił w okno. Widziałem, jak Smith padł, kontuzjowany w łydkę... Nie dał on jednak za wygraną i odpowiedział strzałem, który — niestety — zmienił kierunek zamierzony przez Smitha i trafił w nieznajomego. Tym nieznajomym, któremu kula urwała palec, byłem — ja.
Niestropiony tem naczelny redaktor pisma w dalszym ciągu prowadził swe „dzieło zniszczenia“ nad mym rękopisem. W chwili gdy kończył swą barbarzyńską robotę — wpadła przez komin do pokoju petarda i potrzaskała piec na drobne kawałki, przyczem, nie wyrządzając żadnej krzywdy nikomu, o mnie jednym nie zapomniała i raczyła wybić mi kilka zębów.
— Ach! — wrzasnął redaktor. — Cóż będzie teraz z piecem? Nanic!
Potwierdziłem w całości i zgodnie jego zdanie.
— No, ale to nic ważnego! Cóż mi z pieca przy takim upale? Ale ja wiem, kto cisnął petardę, wiem! Dostanie się on jeszcze w moje ręce. A teraz przypatrz się pan, jak się pisze artykuły.
To mówiąc, podał mi mój rękopis.
Spojrzałem. Skrypt był pomazany, poskrobany, pogryzmolony — jak nieboskie stworzenie — i wątpię, czyby go rodzona matka poznała, gdyby wogóle miał matkę rodzoną.
Oto jak przedstawiał się mój rękopis:

Przegląd prasy tennesseeńskiej

„Nałogowi szubrawcy i łgarze z tygodnika „Trzęsienie Ziemi“ znów zamierzają obrzucić jadem swych plugawych oszczerstw grono uczciwych i dostojnych postaci; obecnie przedmiotem ich wstrętnych insynuacyj stało się jedno z najświetniejszych przedsiębiorstw w czasach ostatnich — a mianowicie kolej żelazna w Ballyhack. W ich zwyrodniałych mózgownicach zrodził się pomysł, iż kolej ta ominie osadę Barrardville. Doprawdy, lepiejby się utopili w kałuży własnego kłamstwa, zanimby się od nas mieli doczekać lania, które im się prawdziwie należy.
„Kretyn z „Pioruna“ i „Echa Wolności“ znów się ukazał w naszem mieście, stanął, osioł, u Van Burensa.
„Prosimy o zwrócenie uwagi na to, iż łotr z „Wycia Porannego“ z właściwą sobie perfidją podał w swej szmacie, że Werter nie został wybrany! Nie bacząc na to, że apostolstwem dziennikarza amerykańskiego jest krzewienie prawdy wśród bliźnich, tępienie fałszu, kształcenie mas, podnoszenie poziomu etycznego oraz obyczajności ogółu, że pod wpływem dziennikarza, wszyscy winni stawać się łagodnymi, moralnymi, litościwymi oraz pod każdym względem udoskonalonymi — ten łotr nad łotry, nędznik z pod ciemnej gwiazdy, hańbi święte apostolstwo dziennikarstwa apostolskiego, rozsiewając oszczercze fałsze, chamskie wymysły i bajdy!
„Też heca! Zachciało się cioci być wujaszkiem! Zachciało się obywatelom Blatherville’u — bruków!!! Przydałoby im się raczej więzienie, albo przytułek dla starców bezzębnych. Też pomysł! Brukować miasto, które ma ledwie jedną gorzelnię, jedną kuźnię i jeden śmietnik w rodzaju dziennika „Hurra Codzienne“! To też nic dziwnego, że ta padlina Bucker, redaktor „Hurra Codziennego“ — drze się wniebogłosy w tej sprawie, na właściwy sobie kretyński sposób, sądząc, że mówi nie-idjotyzmy!“
— Tak trzeba pisać artykuły — rzekł redaktor. — Przedewszystkiem: styl musi być wykwintny. Lukrecja w prasie amerykańskiej — zbyteczna.
Wtem przez okno wpadła z brzękiem cegła i gruchnęła mnie w plecy. Odskoczyłem na stronę, gdyż sądziłem, że rzucającemu przez okno stoję na drodze.
— Ach! — krzyknął pan redaktor — to ten pułkownik. Domyślam się z cegły. Czekałem przecież na niego aż dwa dni, i teraz dopiero daje znać o sobie...
Tak też było w rzeczywistości. Po chwili ukazał się na progu pułkownik z rewolwerem w ręku.
— Czy mam honor — rzekł — widzieć przed sobą nędznego tchórza, który redaguje tę ścierkę?
— Tak, master. Siądź pan, proszę. Ale ostrożnie ze stołkiem, gdyż mu brak jednej nogi. Co do mnie, to mniemam, że mam honor widzieć przed sobą bezczelnego oszusta i kłamcę pana pułkownika?
— Właśnie, to ja jestem. Mam mały porachuneczek z panem. Jeżeli panu redaktorowi pozwala teraz czas na to, to moglibyśmy zacząć?
— Hm... Mam wprawdzie skończyć pouczający artykuł o „Rozwoju moralnego i intelektualnego postępu w Ameryce“ — ale to nic ważnego — możemy zacząć!
Rozległ się huk.
To rewolwery wypaliły jednocześnie. Redaktor naczelny stracił jeden lok włosów ze swej rozwichrzonej czupryny, kula zaś zacnego pułkownika, nie wiem czemu, wybrała sobie kwaterę w najprzyzwoitszej części mej łydki. Pułkownik otrzymał postrzał w lewe ramię.
Rozpoczęto strzelaninę na nowo.
Znowu chybili, celując do siebie, zato mnie oberwało się znowu: jedna z kul przestrzeliła mi rękę. Trzecim razem przeciwnicy pogłaskali się zaledwie kulami — mnie zaś natomiast utkwił jeden nabój w nodze. — Wtedy, blednąc z bólu, oświadczyłem, że muszę wyjść na chwilę na przechadzkę po świeże wrażenia, tem bardziej, że nie chcę przeszkadzać obecnym w miłej pogawędce, która nadobitkę — jak uważam — nosi na sobie wyraźnie piętno sprawy natury więcej osobistej... Ale obaj obecni oświadczyli, że przeciwnie, miłą im jest moja obecność i że jako współpracownik pisma przeszkadzać im przecież nie mogę...
Zaczem wzięli się do nabijania broni, rozmawiając jednocześnie o najbliższych wyborach i o zbiorach w polu, ja zaś zabrałem się do opatrywania ran.
Poczem na nowo rozpoczęło się strzelanie; teraz już kule prawie że nie chybiały, na sześć strzałów pięć kul trafiło we mnie. Od szóstego strzału pułkownik otrzymał postrzał śmiertelny, wobec czego z właściwym tylko Yankesom humorem oświadczył, że musi już odejść, bo ma do załatwienia pilny interes w mieście, przyczem zapytał, gdzie znajduje się wpobliżu skład trumien.
Z tem pytaniem na ustach pułkownik opuścił lokal.
Zaczem redaktor zwrócił się do mnie:
— Teraz — rzekł — oczekuję gości obiadowych, a, niestety, nie jestem przygotowany odpowiednio na ich wizytę. Wyświadczyłby mi pan prawdziwą przysługę, gdyby zechciał mnie wobec nich zastąpić...
Niebardzo mi się to uśmiechało (wobec poprzedniej wizyty), ale, jako współpracownik — zresztą zbyt jeszcze byłem pod wrażeniem strzelania, które mi wciąż brzmiało w uszach, aby choć trochę oponować.
Wobec tego redaktor uznał za stosowne objaśnić mnie o owych wizytach w następujących słowach:
— Gdy przyjdzie tu o trzeciej Jones — dasz mu pan kilka razy w gębę. Gdyby przyszedł wcześniej Gilleps — masz go pan wyrzucić na łeb przez okno. Ferguson prawdopodobnie przyjdzie o czwartej — uśmiercisz go pan. Poczem będziesz pan miał trochę wolnego czasu — napisz więc pan (cięty!) artykuł na policję, a zwłaszcza na herszta szpiclów policyjnych — Grave’a. — Broń jest w szufladzie stolika, naboje tam oto w kącie, za piecem zaś leżą bandaże i wata. Spraw się pan dobrze, jak wzorowy dziennikarz amerykański. — Gdybyś pan tak... ten tego... dostał kulkę w łeb lub gdzie indziej, masz pan na parterze domu doktora Lauceta. Daje nam inseraty, zapłatę zaś od niego odbieramy w jego praktyce.
Poczem redaktor wyszedł.
Zrobiło mi się nieswojo. Obawa... Lęk... Przez te kilka godzin współpracownictwa przeżyłem tyle (niepodniosłych!) wrażeń, że doprawdy poczułem niepokój. Ale nie było czasu na rozmyślania.
Wkrótce przyszedł Gilleps — i, zamiast ja jego — on mnie wyrzucił przez okno. Potem przyszedł Jones, a gdy, według wskazówki redaktora, chciałem mu dać po gębie, wyręczył mnie w tem, przyczem role zamieniliśmy. Potem znów jakiś nieznajomy, o którym redaktor wcale mi nie wspominał, wyrwał mi moc włosów. Inny znów jakiś drab, niejaki Thomson, porwał mi nowe ubranie na strzępki, tak że zostałem zaledwie w ineksprymablach. A już na samym ostatku zostałem osaczony w kącie lokalu przez cały tłum jakichś „ redaktorów“, „dziennikarzy“, policjantów i innych podejrzanych indywiduów, którzy lżyli mnie, darli się wniebogłosy, bili, wyrywali mi włosy i wymachiwali nad mą nieszczęsną głową przeróżnemi narzędziami wśród bezustannego huku broni...
Wszystko to tak podziałało na mnie, iż postanowiłem w duchu raz na zawsze wyrzec się współpracownictwa w dziennikach amerykańskich, gdy wtem zjawił się pan redaktor, a za nim cała chmara „przyjaciół“. Teraz dopiero zaczął się raj! Żadne pióro nie jest w stanie opisać tego widowiska.
Strzelano nawzajem do siebie, kłuto się, przebijano, ćwiartowano na kawałki, jak kotlety, wyrzucano drzwiami i oknem. Raz wraz słychać było wściekłe wrzaski rannych, bluźnierstwa deptanych. Wreszcie pokój zaległa cisza; widocznie zemdlałem.
Gdym się ocknął, ujrzałem się sam na sam z redaktorem. Redaktor ociekał krwią. Lokal redakcyjny przedstawiał obraz straszliwego zniszczenia.
Po chwili redaktor przemówił w następujące słowa:
— Polubi pan to zajęcie, gdy się trochę przyzwyczai do tych rzeczy.
— Niech mi pan daruje — odpowiedziałem, — ale muszę się zasadniczo wypowiedzieć w tej sprawie. Nie wątpię, że zczasem zdołałbym posiąść tak piękny styl, jakim rozporządza pan, panie redaktorze, gdybym się zwłaszcza oswoił bardziej z tutejszemi warunkami pracy i zasadami stylu... Ale, prawdę mówiąc, trudno mi pracować w tych warunkach spokojnie... Sam pan to przecież widzi... Oczywiście ta piękność pańskiego stylu ma na celu umoralnianie ogółu, co do mnie — to wcale nie mierzę tak wysoko. Wolę pozostać w cieniu... Nie umiem zresztą pisać swobodnie — gdy mi przerywają...
Owszem, nie przeczę, zawód dziennikarza amerykańskiego podoba mi się bardzo, dostarcza bowiem mnóstwa podniosłych wrażeń. Tylko te wrażenia, choć oryginalne — nie są jednak dzielone sprawiedliwie między wszystkich współpracowników. Gdzież tu bowiem sprawiedliwość?
— Strzela naprzykład ktoś do pana przez okno — a trafia we mnie; wpada petarda przez komin do lokalu i trafia nie w piec, lecz urywa część mego nosa; wpada potem jakiś przyjaciel, aby z panem załatwić swe porachunki, a mnie przedziurawia kulami; pan idziesz sobie na obiad, a tu nadbiega Jones i mnie bije po gębie, Gilleps, zamiast być wyrzuconym przeze mniemnie wyrzuca przez okno; Thomson nie pana — a mnie obdziera z ubrania i pozostawia niemal w ineksprymablach! Wreszcie nadbiega za panem redaktorem cała banda jakichś drabów i nie wiem czemu nade mną się pastwi. Doprawdy, śmiało mogę powiedzieć, że tylu wrażeń, co dziś, nie przeżyłem dotychczas przez całe życie.
Nie, panie! Tak dłużej pracować nie mogę. To prosty wyzysk, niesprawiedliwy podział. Owszem, lubię pana i szanuję, lubię ten spokój niewzruszony, z jakim traktujesz pan klientów — ale... serce południowca jest zbyt wybuchowe, a gościnność wasza zbyt natrętna. A dalej, artykuły pańskie poruszą całe gniazdo szerszeni, znów wpadnie chmara redaktorów i znów mogą wywrzeć na mnie swą złość wściekłą! O, nie! Wolę już pana raz na zawsze pożegnać. Bowiem, cóż mam robić? Przybyłem tu, aby wzmocnić stargane zdrowie, a tymczasem... dziennikarstwo za bardzo mnie rozstraja...
Poczem rozstaliśmy się z wielkim ze strony pana redaktora żalem, — ja zaś wprost od niego, udałem się na „kurację“ — do... szpitala!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mark Twain i tłumacza: anonimowy.