Strona:Mark Twain - Król i osioł oraz inne humoreski.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uczucia u kapitanów okrętów i otwierała posiadaczom tejże drogę do wszystkich honorowych i intratnych urzędów, jakiemi dysponowali. Zawsze tak było we wszystkich czytankach, które Jacob miał możność przeglądać. Nie wiedział teraz, co ma począć.
Chłopcu temu nic się nigdy nie wiodło i nic się w jego życiu nie spełniało tak, jak go uczyły autorytety z czytanek. Wreszcie razu pewnego, poszukując niegrzecznych chłopców, by im przeczytać jakieś kazanie, zastał ich całą gromadę na dziedzińcu starej huty żelaznej, gdzie łobuzerja ta zabawiała się czternastoma czy piętnastoma psami, które powiązali razem w długi łańcuch, poczem zamierzali ozdobić im ogony pustemi blaszankami po nitroglicerynie. Jacobowi poczęło serce bić mocniej. Usiadł na jednej z tych blaszanek, która leżała w błocie (Jacob nigdy nie zwracał uwagi na błoto, gdy chodziło o spełnienie obowiązku), ujął najbliższego psa za naszyjnik, poczem utkwił wzrok pełen wyrzutu w złym Tomie Jones. Ale w tymże momencie wszedł na dziedziniec, dozorca huty, wściekły pan Mac Walter.
Wszyscy niegrzeczni chłopcy wlot się rozbiegli, tylko Jacob Blewens powstał w poczuciu swej niewinności i rozpoczął jedno z tych przepięknych przemówień z czytanek szkółek niedzielnych, które zawsze zaczynają się od słów: „O, sir!“, wbrew temu, że żaden chłopiec, ani grzeczny, ani niegrzeczny, nie zaczyna nigdy żadnego zdania zwrotem: „O, sir!“.
I otóż dozorca nie czekał na koniec przemówie-