Zwycięzcy (May, 1929)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Zwycięzcy
Pochodzenie cykl W kraju Srebrnego Lwa
Data wydania 1929
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Graf. „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAROL MAY
ZWYCIĘZCY
POWIEŚĆ
POWIEŚCI  KAROLA  MAYA

Warszawa 1930
Tłoczono w Zakł. Graf.
„Zjednoczeni Drukarze“





Prawo wydawania i tłumaczenia na język polski wszystkich dzieł Karola Maya jest wyłączną własnością Warszawskiej Spółki Wydawniczej ORIENT R. D. Z. EAST w Warszawie, Prosta 17. Wszelkie inne wydania i tłumaczenia będą prawnie ścigane.




Copyright 1930 by Warszawska Spółka Wydawnicza ORIENT R. D. Z. EAST WARSAW.
Printed in Poland


ZWYCIĘZCY.

Spoglądaliśmy przez chwilę za starym dzielnym a obecnie tak radośnie usposobionym kol agasim. Żarliwa jego modlitwa a następnie podziękowanie wzruszyły mnie do głębi. Na twarzy, Halefa znać było również wzruszenie. Po chwili powiedział:
— Otóż znowu jeden, któregoś uszczęśliwił, sihdi! Jam wszak najlepiej poznał, jak twoja miłość bliźniego niebezpieczną jest dla nas, wyznawców Proroka! Miast ciebie nawrócić na Islam, co było mojem najgorętszem pragnieniem, gdyż, sądziłem niemądry, iż przez to czeka cię szczęśliwość zbawienia, — ja sam, nie wiedząc kiedy, stałem się dzięki tobie prawie że jawnym wyznawcą Isa bon Marryam[1] i, chwała Najwyższemu, osiągnąłem dopiero wtedy to, com sądził oddawna posiadać, mianowicie prawdziwe szczęście i pogodę ducha! Tak jest, sihdi! Przyznaję to chętnie, choć wyznanie moje zaszczytu Prorokowi nie przyniesie. — Powiedziałeś mi przedtem, iżeś przyobiecał po sto piastrów każdemu żołnierzowi, podoficerom zaś po dwieście; wyniesie to łącznie ponad sześć tysięcy. Sihdi, to huk pieniędzy! Skąd je weźmiesz? Czyżby z własnych zasobów? W tym wypadku portfel twój musiałby co najmniej parokrotnie być większy i głębszy, niż dotąd w wyobraźni, a może i w rzeczywistości, mi się przedstawiał. Jak więc temu zaradzisz?
— Mamy pieniądze, drogi Halefie, dużo, dużo pieniędzy! Więcej, niż nam potrzeba.
— Co takiego?!
— Tak. Pokażę ci je.
Allah! Domyślam się! Czyś znalazł jakie w tych przeklętych ruinach?
— Coś w tym rodzaju.
— Czy dużo?
— Nie sprawdzałem. Wydaje mi się jednak, że to bardzo poważna kwota.
Maszallah! Któż ją otrzyma?
— Mojem zdaniem, winniśmy pieniądze oddać paszy wraz z innemi znalezionemi tu skarbami.
— Paszy? Mnie się zdaje, że istnieje jeden tylko pasza, któremu te pieniądze się należą, — tym zaś ty jesteś!
— Dlaczegóż to, Halefie?
— Gdyż tyś je odkrył, a więc znalazł.
— Twój pogląd o znalezieniu nie zgadza się z moim.
— No, to, bądź co bądź, należy ci się znaleźne, a to ostatnie powinieneś jak najwyżej otaksować.
— Na to jestem rzeczywiście zdecydowany.
— Ślicznie, sihdi! Wiele więc zażądasz?
— Przedewszystkiem zażądam, aby nasz bimbaszi z Bagdadu otrzymał to z powrotem, co mu Sefir w swoim czasie zabrał.
— To dobrze to mnie cieszy! A dalej?
— Poza tem, ze znalezionych pieniędzy musi być wypłacona żołnierzom ta suma, jaką im przyrzekłem.
— I to również spotyka się z mojem uznaniem. Lecz dalej, sihdi!
— Dalej? Nic. zupełnie nic, drogi Halefie!
— Co? Jak? Nic? Zupełnie nic? Ani dla ciebie, ani dla mnie? O, sihdi, czyż mnie słuch nie myli?
— Tak, Halefie, nic!
— Słuchaj, effendi, to znowu to słynne miejsce w twoim mózgu, które zalepić i zreperować trzeba! Pomyśl nad tem, czegośmy wszystko dokonali, na cośmy się musieli ważyć, i jakie koleje przejść musieliśmy, zanim udało nam się tajemnice Bira Nimrudu poznać i zgłębić! I za to wszystko nie mamy nic otrzymać, nic, absolutnie nic?! Ni hamal[2], ni szaggal biljomije[3] nie pracują za darmo, my więc jedynie, my, którzy nietylko całego państwa tureckiego, ale i wszystkich innych państw najdzielniejszymi bohaterami jesteśmy, my więc mamy naszą swobodę, nasze życie wielokrotnie narażać, nie otrzymawszy za to ani jednego para z pieniędzy, których odkrycie nam jedynie zawdzięczać można? O, sihdi, tyś stanowczo zbyt szlachetny, i rycerski! Smucisz mnie tem!
— Właśnie dlatego, żem ani hamal ani szaggal biljomije, zabrania mi mój honor żądać czegośkolwiek dla siebie. Mam nadzieję, że twoja cześć nie dozwoli także, aby cię potraktowano narówni z tragarzem.
— Jak tragarza? Słysz, sihdi, jam fest najwyższym szeikiem wszystkich Haddedihnów, z wielkiego szczepu Szammarów, i biada temu, ktoby spróbował odmówić mi tego poważania, jakiego stanowisko i osoba moja wymagają! Nie chcę nic więcej słyszeć o tych pieniądzach, nic! Żadnego, złamanego choćby para nie wezmę! Znajduję to za zupełne słuszne z twojej strony, i całkowicie się z tobą, zgadzam, że stoimy zbyt wysoko, aby ta odrobina znalezionych tu pieniędzy miała nas przez chwilę choćby absorbować — abyśmy mieli choć okiem rzucić na te piastry! Nie potrzebujemy ich. No, z tą więc sprawą jużeśmy się załatwili; coś innego jest teraz dla mnie ważniejsze.
— Cóż takiego?
— Przyrzeczenie, jakieś mi dał. Zamierzasz wywiązać się ze słowa, danego żołnierzom i byłemu kol-agasiemu a obecnemu bimbaszi, mam więc nadzieję, że i w stosunku do mnie obietnicy swej dotrzymasz.
— O cóż ci chodzi?
— Mój kurbacz niechaj zapachnie Sefirowi!
— No, temu życzeniu może się stać zadość.
— Kiedy, sihdi?! Dusza moja cała się rozpływa na myśl o tej rozkoszy!
— Jak go tylko wyciągniemy z podziemi. Teraz chodźmy do niego, aby zobaczyć, jak mu się wiedzie. Następnie rozejrzymy; się po sąsiednich izbach, poczem będzie go można wyprowadzić na światło Boże. Chodź, będziesz mi przyświecał.
— Ja? Czyż nie może raczej jeden z żołnierzy tego uczynić?
— Nie. Nikt, dopóki pasza nie nadjedzie, nie powinien widzieć podziemi Birs Nimrud. Dosyć, że znamy je ja, ty i Piszkhidmet-baszi.
— A więc niechaj on światło niesie!
— I on nie może, gdyż nie zabierzemy go do wnętrza. Widział i tak więcej, niż trzeba; lepiej niechaj teraz przysiądzie się do żołnierzy. Będzie zapewne rad, mogąc opuścić ciemny korytarz.
— Czy mam go sprowadzić?
— Dobrze.
Gdy razem wrócili, ochmistrz nie umiał ukryć swej radości, tak lekko zrobiło mu się na duszy, iż udało mu się już wydostać z szikem-i-charabe[4], jak się wyraził. Głęboko raz i drugi pełną piersią odetchnąwszy, zawołał wesoło, a twarz tryskała zachwytem:
— Allah niechaj będzie błogosławiony, że dozwolił mi znowu ujrzeć światło dziennie! Leżałem w więzach ciemności i śmierci, lecz dobry Allah uratował mnie, gdyż Mu głęboko zaufałem, gdyż nie traciłem nadziei. Sefir chciał mnie zabić, nie śmiał jednak dotknąć, albowiem jam największy ulubieniec mego Władcy; obawiał się również mej znanej odwagi. Jestem wszak...
— Co? Jak? O czem to mowa? Coś powiedział? — przerwał mu Halef.
— Nie słyszysz mych słów?
— Wprawdziem słyszał twój głos, pojąłem nawet sens słów — lecz nie dowierzam swym uszom. Zaprawdę więc, nazwałeś się ulubieńcem szacha?
— Tak.
— I napędziłeś stracha Sefirowi?
— Tak.
— Więc jedynie lękowi przed władcą i swojej wybitnej dzielności zawdzięczasz ratunek?
— Tak, tak jest.
— I powiadasz to mi tak spokojnie, twarzą w twarz?
— Powiadam nietylko tobie; każdy, kto mnie spotka, dowie się tej prawdy!
— Tak! No, to dam ci dobrą szczerą, przyjacielską radę: nie waż się wspominać ni słowem o całej tej historji w mojej obecności!
— Dlaczegóż-to?
Mały Hadżi dobył kurbacza z za pasa i odparł podniesionym głosem:
— Gdyż grozi ci to natychmiastowem poczuciem kurbaczowych rozkoszy, a poznałeś je wszak! Obawa przed władcą! Jeśli twój pan więcej tak uzdolnionych, jak ty, poddanych, posiada, — żal mi go! Jest najnieszczęśliwszym człowiekiem na kuli ziemskiej. Twoja dzielność! Łotrze, tyś taki podły tchórz, że mogę śmiało i zgodnie z prawdą stwierdzić, iż nigdy w życiu nie napotkałem człowieka tak godnego pogardy! Tu oto stoi mój effendi, który cię uratował, li tylko sam! Żebrak, nędzarz dziękuje za najskromniejszy datek, pies nawet poliże rękę najnędzniejszą kość mu rzucającą; ty, ty natomiast, który się sądzisz wywyższonym być ponad tysiące zwykłych śmiertelników, ty okazujesz się nędzniejszym od żebraka, gorszym od psa, — nie raczyłeś bowiem ni słowem podziękować swemu wybawcy, wybawcy w ostatniej wielkiej potrzebie — w przedsionku śmierci. A więc uprzedzam cię: poważysz się raz jeszcze w mojej obecności wspomnieć o władcy swoim lub o odwadze, a wygarbuję ci skórę tak, że popęka na drobne kawałki! Jesteś dla mnie pogardzanym robakiem, obecność twoja mierzi mnie. Uczyń, abyś w tej chwili znikł mi z oczu, gdyż nie ręczę za siebie, czy już teraz nie zacznę cię okładać!
Podniósł kurbacz jak do uderzenia. Pers dłużej jednak nie czekał; odwaga, o której mówił tyle, tak go poniosła, że... wielkiemi susami zemknął co sił, nie dostrzegając nawet krawędzi ruin; lekkie poślizgnięcie i Piszkhidmet-baszi począł się osuwać po stoku rumowisk, które, raz poruszone, niby lawina obsunęły się, pociągając za sobą Persa. „Ułatwiło“ mu to zapewne ochronę przed kurbaczem.
— Ot, jak mknie szybko, choć bez konia czy wozu! — zaśmiał się Halef. — Nie bierz mi tego za złe, sihdi, ale tak niewdzięcznego łotra nie mogłem ścierpieć. Zważ, że poważy zapewne domagać się jeszcze twej pomocy przy odzyskaniu zrabowanego mienia, — wiedz jednak, drogi effendi, jeśli choć wargą czy palcem poruszysz w jego sprawie, napiszę niezwłocznie do Diżanneh, ozdoby, twego haremu, list miesięcznej długości, w którym jej jasno wyłożę i dowiodę, że będzie najnieszczęśliwszą kobietą na świecie, jeśli nie postara jak najśpieszniej wydać się za mąż za jakiegoś innego Turka. A więc pamiętaj, sihdi, uczynię tak! Uczynię niezwodnie!
— Jeśli do tak radykalnych środków zamierzasz się uciec, drogi Halefie, to ujrzę się zmuszonym prośbę, czy wolę twoją za rozkaz uznać, za rozkaz, któremu bez najmniejszych zastrzeżeń trzeba się poddać.
— Tego też oczekuję od ciebie! Najgorszy gałgan to wszak chyba człowiek, który bliźniemu za pomoc nie dziękuje. Tak! No, złość moja znalazła już ujście — jestem znowu twój stary cichy spokojny, łagodny i dobry Halef!
— Cichy? Hm!...
— Hm? Dlaczegóż hm-kujesz? Powątpiewasz może w prawdziwość mego określenia: cichy, spokojny, łagodny charakter?
— Bynajmniej! Uważam to za zupełną prawdę, choć całkiem odmiennie ją ujmuję aniżeli myślisz.
— Jakto?
— Twój charakter tak jest pełen temperamentu, że inni muszą w twej obecności zachowywać zupełną ciszę.
— Inni? Tak, słusznie! I zaprawdę potrzebne to często, aby posiadać taki, a nie inny charakter! Effendi, tyś zbyt dobry, zbyt pobłażliwy, i gdyby nie może chwilowe interwencje, wówczas gdy braki te silniej w tobie występują, — Belad esz Szark[5] nie miałby z nas najmniejszej pociechy! Jam bowiem jest, i w tych smutnych nawet okolicznościach, twoim niezmordowanym obrońcą i przewodnikiem. — Chodźmy już jednak! Biedny Sefir gotów umrzeć tęsknoty, nie widząc nas tak długo.
Skierowaliśmy się zatem do korytarza podziemnego w kierunku niszy, w której widziałem lampy. Zapaliwszy światło, przeszliśmy przez korytarz, by po schodach dostać się do pokojów dolnych. Napotykanych po drodze worków z towarami nie oglądaliśmy teraz; chwilowo nas nie obchodziły. Można było wprawdzie przypuszczać, że znajdują się w nich drogocenne rzeczy, zrabowane u Piszhidmet-baszi, postanowiwszy jednak nie zajmować się więcej niewdzięcznym człowiekiem, uważaliśmy za całkiem zbyteczne wszelkie poszukiwania jego własności.
Weszliśmy do pokoju Nr. 1, lecz narazie zaniechaliśmy rewizji, aby czem prędzej udać się do Sefira, który znajdował się w komnacie Nr. 3. Zbir stał, a raczej wisiał w tej samej niewygodnej pozycji, w jakiej go zostawiliśmy u żelaznych ram kraty. Biedak musiał stać bez ruchu z głową bardzo wysoko podniesioną, albowiem przy jej pochyleniu zwężał się stryczek na szyi i groził mu zatamowaniem oddechu. Sefir drżał ze strachu przed śmiercią z uduszenia, zatem nic dziwnego, iż powitał nas jadowitą wściekłością:
— Nareszcie raczyliście się zjawić! Czy to taki zwyczaj wszystkich chrześcijan i sunnitów, aby w tem sposób postępować z ludźmi? Zdejmcie mi więzy i przywróćcie wolność, jeżeli życie jeszcze przedstawia dla was wartość choćby ołowianej kuli! Udam cię do sandszakiego i biada wam, gdy się dowie, na coście się poważyli! Tylko moje wspaniałomyślne wstawiennictwo może was uratować od najostrzejszej kary.
Halef podszedł doń bliżej i, rozstawiwszy szeroko nogi, zapytał:
— Ach! Chcesz zatem wstawić się za nami?
— Tak, lecz tylko w tym wypadku, gdy wasz wrogi stosunek do mnie natychmiast się zmieni.
— O, i my drżymy z niecierpliwości, aby ci nareszcie okazać całą naszą przyjaźń. Szkoda tylko, że ty wzamian nie będziesz w stanie nic dla nas uczynić, albowiem twoje wstawiennictwo tyleż może zdziałać, co i twój biedny sandszaki, który wypoczywa na miękkiej podłodze piwnicy więziennej, a żelazne branzoletki zdobią jego nadobne rączki.
— Łżesz, psie!
— Tylko grzecznie, kochanie! Nie zmuszaj mnie, abym harapem wpajał ci wiarę w prawdziwość moich słów! I to ty właśnie powinieneś odrazu mi uwierzyć, gdyż sandszaki tobie li tylko zawdzięcza swe uwięzienie.
— Mnie...?
— Tak, tobie! To było największe głupstwo, jakieś popełnił w życiu, żeś posłał do niego Peder-i-Baharata z pismem, które przy nim znaleziono i odebrano. Wiadomo nietylko, czego tu szukasz w Birs, ale są już nadto znane i pozostałe wasze tajemnice. Zresztą, nie będę sobie zawracał głowy twoją mizerną osobą! Jest tu więcej ciekawych rzeczy, aniżeli marny człek, niewart nawet mego spojrzenia!
Nie zwracałem mianowicie uwagi na rozmowę Halefa z Sefirem, i, ze światłem w dłoni udałem się do pokoju Nr. 2. Halef podążył teraz za mną. Obejrzeliśmy komnatę jedną i drugą. Nasz stary przyjaciel i gospodarz z Bagdadu doprawdy ani krzty nie przesadził o bogactwie nagromadzonych tu towarów. Wszystko było ułożone w jak najlepszym porządku, że możnaby myśleć, iż jakimś cudem zostaliśmy przeniesieni do pierwszorzędnego magazynu stolicy. Każda paczka czy pudło opatrzone było etykietą, która wyjaśniała wszechstronnie zawartość. Przechodząc więc od kartki do kartki i czytając, mogliśmy, stwierdzić, co się tu wszystko znajduje.
Tytuń z Raesztu, najlepsze opium, haszysz, miód tamaryszkowy, henna, marzanna, szafran, angur-i-ali-deresi-grona, suszone meletzu i gulab-i-szahi-gruszki, kiszmisz i savsa-rodzynki, gulab[6] i wspaniała droga atr-i-gul[7] — głosiły napisy. Dalej napotkaliśmy na mydła pachnące z Kum, siarkę z Demawendi, arszenik z Kaswinu; następnie ujrzeliśmy drogocenne przepyszne okazy skór jagnięcych z Buchary i Kum, dalej ciężkie wielkie paki maroquin’u, nazywanego w Persji „tszer-me-hamadahni“ i saghri-chagrins przyrządzane ze skóry grzbietowej dzikich osłów. Szczególnie dobrze zaopatrzony był skład we wszelkie towary odzieżowe, jak aksamit, jedwab, wełna, bawełna i t. d. Również wielki był wybór szali i dywanów. Sefir musiał się czuć tutaj, w podziemiach Birsu, więcej niż zupełnie pewny, nie nagromadzałby bowiem takich bogactw w jednem miejscu. Jakiegoż uczucia doznawać musiał teraz, będąc świadkiem tego, jak, niczem nieskrępowani, bez najmniejszej przeszkody, ba, z wygodą nawet, rozglądaliśmy się wśród jego bogactw! Zachowywał się spokojnie, i długo, długo nie odzywał się nawet ni słowem; gdyśmy się jednak zbliżyli do wspomnianej już skrzyni i gdy wyjąłem zabrany mu klucz, by ją otworzyć, wykrzyknął donośnym i grzmiącym głosem:
— Stop! Nie ważcie mi się zbliżyć do skrzyni!
Wsadziłem, naturalnie, mimo ostrzeżenia klucz i obróciłem nim w zamku. Gdy usłyszał zgrzyt, ryknął:
— Zaklinam was na Allaha: nie tknijcie niczego! Kryje się bowiem wewnątrz „sihhr,[8] która doprowadza do ruiny każdego, kto się jej dotknie!
— To mnie cieszy nadzwyczajnie! — zaśmiał się Halef. — Twoje czary należą prawdopodobnie do dziedziny czarnej simijah[9], a ponieważ znam się doskonale na białej simijah, więc mam najlepszą sposobność, by się przekonać, która jest potężniejsza, czarna czy biała.
— Czarna, czarna jest potężniejsza! Strzeż się! Nie tknij niczego!
— Jeżeli rzeczywiście jest prawdą, co mówisz, nie mamy potrzeby obawiać się, gdyż mój effendi jest mistrzem w niebieskiej, czerwonej, zielonej i żółtej simijah; a zatem przekonasz się, że twoja zwyczajna czarna magia nic nie zdoła wskórać wobec poczwórnej a różnobarwnej wiedzy! A więc otwieraj, sihdi, otwieraj odważnie!
Uniosłem pokrywę.
— Zamknij, zamknij z powrotem! — ostrzegał Sefir strwożonym głosem. — Czary śmierć na ciebie sprowadzą, pozbawia cię szczęścia!
— Nie bądź śmieszny! — odpowiedziałem teraz. — Czy rzeczywiście wierzysz, że Europejczyk, chrześcijanin, może być tak głupi, aby dać wiarę takim bzdurom, z których u nas każde dzieckoby się wyśmiało? Skrzynia otwarta i gdzież są twoje czary?
— Bądź przeklęty w życiu i potępiony na wieki!
Halef podskoczył ku niemu; światło lampy nie dochodziło tak daleko. Usłyszałem tylko uderzenie i okrzyk boleści, poczem wszystko ucichło. Hadżi powrócił i nie rzekł słowa. Gdyby zaś chciał przemówić, słowa by mu zamarły na ustach na widok tego, co go otaczało. Jak mały chłopiec, którego ogarnęło nagłe zdumienie, rozpostarł palce i zdumionym wzrokiem spoglądał na błyszczące złoto i srebro oraz na połyskujące drogie kamienie, które leżały przed nim. Widzieliśmy w rzeźbionych z drzewa czarach stosy krajowych i zagranicznych monet srebrnych i złotych, a złożone wachlarze połyskiwały masą szlifowanych i nieszlifowanych drugich kamieni. Znajdowały się tu także pierścienie, łańcuchy, naszyjniki, branzolety oraz mnóstwo innych ozdób. Skrzynia mieściła w sobie skarb, rzeczywisty skarb! A gdy usunąłem kilka wachlarzy, ujrzałem pod niemi drogocenne pistolety i sztylety, które wypełniały spodnią część skrzyni. Obok zaś tego wszystkiego znajdowały się dwie księgi. Otworzyłem je. Któżby to mógł pomyśleć! Były to księgi handlowe, latami sięgające w daleką przeszłość, które zawierały dokładny spis przychodów i rozchodów tego dziwnego interesu. To doprawdy było zdumiewające!
Maszallah! — krzyknął wreszcie Halef. — Rozum mój milczy! Sihdi, stuknij mnie w żebra, ażeby go wprawić w normalny ruch.
— Jakżeż, więc on u ciebie znajduje się między żebrami?
— Gdzie tkwi, nie mogę w tej chwili wiedzieć; czuję jedynie, że jest tam, gdzie być nie powinien. Ile pieniędzy! Jaka wspaniałość kamieni! Nie jestem dżohardżi[10], nie mogę więc wiedzieć, jak się nazywają. Może ty znasz ich miana?
— I co z tego przyjdzie, jeśli ci je powiem? Kamienie przez to wszak nie staną się nasze!
— Tak, właściwie smuci to moją czułą duszę, że mogę je li tylko podziwiać, a nie napchać niemi kieszeni! Spójrz na tę wspaniałą, suwahri[11]. Cóżto za kamienie?
— Diament, szmaragd i rubin, a zakończone trzema turkusami.
— O, sihdi, jakżeby się uradowała moja Hanneh, najpiękniejsza wśród najpiękniejszych kobiet świata, gdybym jej przywiózł wszystkie te ozdoby i włożył na jej ukochane ramię. Czy doprawdy tak wysoko stoimy, że nie powinniśmy nic z tego zabrać?
— Tak.
— I czy nasza cześć jest rzeczywiście tak wzniosła; że możemy ją kilku takiemi kamieniami obrazić?
— Zapewne.
— A więc pomyśl o Dżanneh, brunatnej pani twego niewieściego namiotu! Czy ona nie lubi się zdobić?
— Najlepszą jej ozdobą, zarówno jak i moją, jest uczciwość, a wszystko, co tu leży, jest cudzą własnością. Rozważ to!
— Rozważam to! Ale jednocześnie rozważam również, że jest wstydem odkryć to bogactwo i nie zachować go przy sobie. Mam nadzieję, że przynajmniej wolno mi będzie dziesięcioma palcami objąć to wszystko.
— Przeciwko temu nie nie mam. Jeśli ma ci sprawić przyjemność, uczyń to!
— Zaraz, zaraz! Spójrz, jak ale to skrzy, jak promienieje!
Moi mały Hadżi był w gruncie rzeczy człowiekiem uczciwym, ale ten metal i te kamienie wywierały nań wpływ. Dlatego też rzekłem, podczas gdy grzebał się w skrzyni i przerzucał kamienie z jednej ręki do drugiej:
— Przyjazny promień z oczu twojej Hanneh jest piękniejszy i tysiąckroć więcej wart, aniżeli te wszystkie martwe i sztuczne błyskotki!
Cofnął na to szybko ręce, spojrzał na mnie ciepłym wzrokiem i odparł:
— To prawda, sihdi! W oczach, o których mówisz, mieści się światło miłości, wobec którego ten tutaj błysk jest prawdziwą ciemnością, niewidocznym nowiem. Jestem bogatszy, znacznie bogatszy, aniżeli biedny diabeł, do którego będą należały te pieniądze i kamienie. Nie zmieniłbym się z nim! Wesoły śmiech z ust mojej Hanneh, najpiękniejszej z kobiet, dźwięczy przyjemniej, niż brzęk tych monet. W jej oczach i jej uśmiechu jest dusza, natomiast w tych martwych skarbach niema... Na Allaha, a to co?!
Jakgdyby dla wyjaśnienia, sięgnął znów do skrzyni i wyciągnął stamtąd pierwszy lepszy kamień. Jego okrzyk zwrócił również mój wzrok na ten przedmiot.
— Obraz, sihdi, obraz! — wołał. — To należało zapewne do chrześcijanina, gdyż muzułmaninowi nie wolno dać się malować. A jednak ubiór tego mężczyzny i kobiety nie jest frankoński, lecz perski. Spójrz!
Podał mi mały portret, wysadzany brylantami. Gdy wzrok mój padł nań, omal nie wydałem okrzyku zdumienia. Znałem Persa, którego wizerunek miałem przed oczami. Nie chodziło tu o przypadkowe podobieństwo, lecz to był on, był nim bezwątpienia, a mianowicie ów Dżafar, z którym ongiś spotkałem się na Dzikim Zachodzie Stanów Zjednoczonych[12]. Obok niego ujrzałem przedziwnie piękne wschodnie oblicze kobiety o tajemniczych ciemnych oczach z zimnemi nieubłaganemi ustami i o zagadkowych rysach — twarz, która natychmiast obudziła we mnie nietyle zaciekawienie człowieka, ile raczej psychologa. Oryginał tego kobiecego portretu nie był na pewno haremową osobistością psychicznie upośledzoną, przeciwnie, zdradzał wszelkie cechy duchowego wyrobienia. Przypatrując się uważnie, dostrzegłem pod obrazem dwa napisy, wyryte w złocie ramy.
Podpis, umieszczony pod podobizną mężczyzny, głosił: Dżafar Mirza, drugi zaś brzmiał: Szahzadeh-Khanum-Gul.
Należy wiedzieć, że wyraz „mirza“ przed nazwiskiem jest ogólnym tytułem, nadawanym każdemu wykształconemu człowiekowi, w szczególności zaś uczonym, poetom i t. p., np. Mirza Szaffy. Znany przyjaciel Bodenstedta; jeżeli natomiast znajduje się za nazwiskiem, oznacza stopień książęcy. Książęta, bliscy i dalecy krewni szacha, otrzymują tytuł: „szahzadeh“. Jeżeli wyraz „khanum“, tyczący się kobiet, znajduje się za powyższem określeniem, oznacza on księżnę. — Połączenie obu obrazów nasunęło mi myśl bliskiego stosunku obojga osób, czego jednak nie byłem w stanie bliżej skonkretyzować. Z okoliczności, że pozwolili się wymalować, wbrew wyraźnemu zakazowi islamu, można było wnioskować, że stali ponad przeciętnym sposobem myślenia muzułmańskiego, co nie mogło dziwić u Dżafara-mirzy, który odbył szereg odległych podróży; w odniesieniu zaś do Szahzadeh-Khanum oznaczało to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, iż jest jedną z tych samodzielnych kobiet, przed któremi człowiek Wschodu odczuwa zgrozę. O ile u nas powiedzenie „emancypowana kobieta“ wywołuje specyficzne wrażenie, o tyle na Wschodzie bardziej jeszcze uwydatnia się ten „gout hétérogène“. Kto nie zważa na tradycje i obyczaje, i usiłuje zerwać pęta tak surowo odosobnionego w tamecznym świecicie życia kobiet, jest bezsprzecznie wyposażony w wybuchowy temperament, albo też: — że pozwolę sobie użyć ulubionego wyrażenia niego małego Halefa — ma różne szejatin[13] w ciele. Stąd też pochodzi niechęć człowieka Wschodu do wszelkich zmian, jakie mogą zajść w spokojnym jego haremie, zmian wprowadzanych przez te „djabły“.
Nic nie było właściwie szczególnego w tem, że księżna nazywała się Gul a jednak, dziwna rzecz, pomyślałem o Gul-i-Sziraz. Może było to wynikiem wrażenia, jakie na mnie wywarł obraz. Sfinksowe rysy tej twarzy bowiem odpowiadały jakoś zagadkowości, jaką dla mnie miała tajemnicza „Róża z Sziraz“.
Wszystkie te myśli szybko przesunęły mi się przez głowę, a jednak nie uszło uwagi Halefa, że portrety wzbudziły we mnie niezwykłe zainteresowanie.
— W szczególny sposób, sihdi, przyglądasz się tym obrazom — rzekł. Może znasz tego człowieka albo kobietę, a może nawet oboje?
— Mów ciszej! — ostrzegłem go przyduszonym głosem, wsuwając obraz do kieszeni — Sefir nie powinien tego słyszeć.
— Na Allaha! Kładziesz do kieszeni! — szepnął. — Czy chcesz to schować?
— Tak.
— Wszak mówił, że te rzeczy są cudzą własnością!
— Nie widziałem przedtem tej podobizny.
— Mam wrażenie, że właśnie ściągnęła cię z wyżyn twojej czci. A jak sądzisz, czyby tak nie dać się zwabić piękności branzolety?
— To zupełnie co innego! W tym obrazie tkwi coś szczególnego, coś, czego ci w danej chwili wyjaśnić nie mogę. Nie powinienem go tutaj zostawiać, muszę tę podobiznę zabrać ze sobą. Może spotkam prawowitego właściciela, któremu obraz ten najprawdopodobniej ukradziono. Poza tem, wydaje mi się, że jest związany z jakąś tajemnicą, której wyświetlenie leży na naszej drodze. Nie popełniam kradzieży, ani żadnej nieuczciwości, gdyż mam nietylko prawo, lecz nawet obowiązek zatrzymać tę podobiznę. Chodź, pójdziemy!
Dokąd?
— Do żołnierzy.
— Czy zostawimy tu Sefira?
— Nie, zabierzemy go ze sobą.
— A co z cięgami, które uradują jego grzbiet a moją duszę?
— Czy tak ci śpieszno?
— O tak, bardzo, sihdi! Niechętnie chowam to, co inni mają otrzymać, najwyżej tylko minutę dłużej, niż potrzeba, a więc to samo tyczy się cięgów. które oddawna już miały przejść w jego posiadanie. Chcę i muszę się ich pozbyć, gdyż im dłużej je noszę ze sobą, tem bardziej szkodzą mi na zdrowiu!
— A więc pośpieszmy się, abyś jak można najprędzej uwolnił się od gniotącego cię ciężaru.
Zamknąłem skrzynię z powrotem i schowałem klucz. Gdy następnie podeszliśmy do Sefira, i padło nań światło świecy, zauważyłem po prawej stronie jego twarzy opuchliznę. Był to skutek cięgów, otrzymanych uprzednio od Halefa za jego straszne przekleństwo. Odwiązaliśmy go od pręta i uwolnili mu nogi, ale tak mocno przycisnęliśmy łokcie do pleców, że, pomimo iż mógł nawet biegać, był jednak w naszej mocy. Poczem zaczęliśmy wchodzić na górę. Szedł z nami, nie ociągając się; nie rzekł też ni słowa. Wyglądał, jakby kipiący w nim gniew chciał go udławić. Kiedy znaleźliśmy się na górze, na wolnej przestrzeni, twarz jego przybrała inny wygląd, aniżeli na dole, przy migocącem świetle małej lampki. Do dawnej, już przedtem szpecącej go blizny po lewej stronie twarzy, dołączyła się teraz szybko wzrastająca i ciemno zabarwiona opuchlina strony prawej; do tego długa, rozczochrana broda, groźne spojrzenie zalanych krwią oczu i mocno zwisającą dolna warga. Ogarnęła mnie groza, cielesny i duchowy wstręt, kiedy ujrzałem przed sobą to bardziej niż odpychające stworzenie!
Chciał cofnąć się, rozkazałem mu jednak siąść, co też uczynił spokojnie, ale z takim wzrokiem, że byłby mnie zniszczył, gdyby to zależało od posiadacza tych oczu.
— Zamknijmy wejście — rzekłem do Halefa.
— Czem? — spytał.
— Cegłami, które tu leżą.
Gdy to Sefir usłyszał, chrząknął drwiąco. W odpowiedzi na te kpiny odparłem:
— To daje się bowiem dość łatwo uczynić, jeżeli naturalnie uzna się sposób. Wszak zapewne, kochany Halefie, przypominasz sobie pismo, które wyjąłem z kieszeni Peder-i-Baharata i które, po przeczytaniu, z powrotem mu zwróciłem.
— Tak, sihdi.
— Zawierało rysunek, odnoszący się do tego wejścia. Wprost nie do wiary, jak bezgranicznie głupi byli ci ludzie! Dzięki temu rysunkowi, została mi zdradzona tajemnica Birs-Nimrud. Była tam podana zupełnie dokładna droga z dołu aż do tego tu miejsca, i nawet było odrysowane pismo, dzięki któremu można poznać ostatni kamień — właściwą cegłę końcową. Było to babilońskie pismo klinowe, które znam; dlatego też łatwo było mi wyryć sobie w pamięci znaki, i nie zapomnieć ich. Ci ludzie natomiast nie znają tego pisma, i dlatego też muszą posługiwać się odrysowanemi znakami kamienia. Odnośne znaki oznaczaią słowa “...romen’a. Illai in tat kabad bad’a Illai“.[14] Teraz sprawdzę, który kamień zawiera te słowa.
Cegły były tak skrzętnie ułożone w kolei, że trzeba było tylko spojrzeć, by odnaleźć tą, której szukałem. Wskazałem na cegłę i rzekłem:
— Ot tam leży. Zawiera zupełnie dokładnie te same znaki, które mi zostały zdradzone dzięki nieprzebaczalnej i niepojętej nieostrożności Peder-i-Baharata. Ta właśnie cegła jest tą ostatnią, którą należy tu wstawić. Z tego wynika, że muszę rozpocząć od cegieł, które leżą po przeciwnej stronie oznaczonego kamienia.
— Oby, Allah rozszarpał tego lekkomyślnego hultaja! — zgrzytnął Sefir. — Ciebie zaś aby przeklął na...
Połknął ostatnie słowa, gdyź Halef wyciągnął bicz i zamachnął się do uderzenia.
— Twoje szczęście, że cofnąłeś cybl[15] którąś chciał wypowiedzieć, a która dopełnia twą duszę. W przeciwnym razie zmusiłbym cię przy pomocy harapa do uczynienia tego. Czy mam ci, effendi, dopomóc w spajaniu cegieł?
— Nie — odrzekłem. — Tę robotę muszę sam wykonać. W ten sposób pójdzie mi łatwiej i szybciej, niż chciałbym skorzystać z twej pomocy.
Gdy przyjrzałem się bardzo naogół ostrym a jednocześnie wielokrotnie załamywanym i nieprawidłowo biegnącym brzegom wyjścia, które brzegi nie tworzyły równej linji, lecz zygzakowato skręcały we wszystkie kierunki, i gdy dopasowałem do nich kamienie, nie było mi trudno zasklepić dziury w tak krótkim czasie, jak gdybym robotę tę wykonywał nie po raz pierwszy. Potem, gdy wstawiłem ostatni kamień, przekonałem się, że byłoby rzeczą wprost niemożliwą dla człowieka niewtajemniczonego poznać, przy bacznem nawet obejrzeniu tego miejsca, że za niem kryje się przejście. Poszczególne kamienie tak szczelnie do siebie przystawały, jakgdyby nie były tknięte ręką ludzką od chwili wybudowania wieży bablilońskiej. Ludzie, którzy odkryli to przejście i zamaskowali je, byli widać bardzo ostrożni.
O ile jednak udanie się pracy mnie zadowoliło, o tyle Sefira doprowadziło do wściekłości. Pomimo gęstej jego brody, widziałem, że usta mu drżały z niepohamowanego gniewu. Z przyjemmością chciałby zapewne ulżyć sobie odpowiedniemi wyrazami, ale Hadżi miał jeszcze ciągle w ręku bicz, i trwoga przed omm es sefa[16], jak go Halef chętnie nazywał, zmusiła Sefira do pohamowania się.
Był już wielki czas opuścić wzgórze, więc zeszliśmy nadół. Halef szedł z przodu, ja za nim; Sefir, silnie przeze mnie strzeżony, musiał kroczyć pośrodku. Gdyśmy stanęli przed żołnierzami, świeży bimbaszi wstał z miejsca, na którem siedział, i zameldował:
— Effendi, wysłaniec do Hilleh wyruszył już kawał czasu temu, i rozkazałem mu pośpieszyć się możliwie. Czy mam sprowadzić tu konie?
— Tak. W międzyczasie przyprowadzę żołnierza, który towarzyszył nam w nocy.
— Może lepiej posłać po niego?
— Nie, nie znajdą go.
Poszedłem sam, gdyż uważałem za niewskazane wskazywać innym jeszcze miejsce, przez które wszedłem do wieży. Gdy odszukałem żołnierza, leżał w ruinach i spał. Obudziłem go i rozkazałem pójść za sobą. Przetarł oczy i zaczął za mną się wdrapywać, potykając i czołgając na czworakach, albo też posuwając się na grzbiecie. Z wyrachowania nie wyprowadziłem go wprost na powierzchnię, lecz poprzez resztki murów i po rumowiskach drogą okólną tak, że, wskutek ciemności, nie zdawał sobie zupełnie sprawy z tego, gdzie się znajduje, i gdy wreszcie mieliśmy już za sobą ruiny, przystanął, obejrzał się za siebie i, kiwając głową. rzekł:
— Ta powrotna droga była zła, effendi; droga w tamtą stronę zdawała mi się lepsza. Ale było ciemno; nic nie widziałem i nie słyszałem przez długi czas i dlatego też usnąłem. Gdzie właściwie byliśmy?
— To wszak chyba wiesz! — odrzekłem zadowolony z udanego podstępu.
— Nie wiem. Drapaliśmy się teraz przez taką gmatwaninę, że nie odnajdę na pewno miejsca, gdzie spałem, choćbym je miał szukać gorliwie.
— Nikt ci tego nie poleci. A więc bądź spokojny i chodź!
Gdyśmy ujrzeli zdala żołnierzy, spostrzegłem, zanim jeszcze ku nim podeszliśmy, że zaszło tam coś niezwykłego. Podwoiłem więc kroki. Zostałem zauważony, utworzone przez nich koło rozwarła się i Halef wyszedł mi naprzeciw.
— Pomyśl, sihdi, — zawołał — ten chłop chciał udusić kol-agasiego, który teraz jest bimbaszim.
— Jaki chłop? Sefir?
— Tak.
— Jakżeż to możliwe? Wszak jest związany i ma ciężko zranioną rękę!
— Z tą raną nie jest tak źle, jak sądziliśmy. Potrafi poruszać pięcioma palcami, a w każdym razie paroma z nich.
— Dobrze, ale miał przecież ręce związane na piecach, więc napad, o jakim mówisz, był w takich okolicznościach, według mnie, zupełnie niemożliwy.
— Tak, effendi, ale rąk już nie miał na plecach.
— Gdzież więc je trzymał?
— Były wolne.
— Znowu zatem popełniłeś jedną ze swych samowoli. Halefie, Halefie, nie będziesz już w życiu innym, niż byłeś dotąd i, niestety, teraz jeszcze nim jesteś!
— O, sihdi, nie życz sobie, bym się zmienił! Do ciebie należy całe me serce i, gdyby to się miało odmienić, musiałbym ciebie pozbawić miłości i przyjaźni, które tak upiększają nasze wspólne życie. Wierzaj mi, jestem takim, jakim być winienem. Jeżeli uważasz, że popełniłem błąd, mylisz się.
— Jednak, zdaje mi się, żeś mu ręce zwolnił!
— Tylko na chwilę.
— Dlaczego?
— Chciałem cię pomścić.
— To był błędny krok. Wiesz, jakiego jestem zdania o zemście. Chrześcijanin się nie mści.
— Słusznie! Nie chciałem też powiedzieć zemsta, lecz kara.
— Jeżeli człowiek ma być ukarany za wykroczenie przeciwko mnie, ja winienem o tem stanowić, nie zaś ty. Za cóżto chciałeś go ukarać?
— Za to, że cię w więzieniu tak mocno okuł w kajdany. To ci musiało przyczynić wiele bólu, który mu też teraz chciałem dać odczuć. Zgodzisz się ze mną, że na to zasłużył.
— Co się tego tyczy, całkowicie się z tobą zgadzam, ale nie należało mu tego zaszczytu udzielać bez mego zezwolenia.
— Ciebie tak długo nie było, a korciło mnie, by go przekonać o naszej wdzięczności. Dlatego też kazałem mu ręce uwolnić na chwilę, by tak właśnie je okuć, jak on to uczynił z tobą. A to wszak było wspaniałą myślą, którą ty musisz uznać i przeciwko której nie mieć nie możesz!
— Taki jest twój pogląd, a nie mój. Odwiązaliście ma zatem ręce i, naturalnie, zaraz uczynił z nich użytek?
— W samej rzeczy! Ten hultaj zdawał się nie wiedzieć o tem, że mu tego zabroniłem. Dotychczasowy kol-agasi a obecny bimbaszi powiedział mu podczas zwalniania rąk kilka słów, które mu nie poszły w smak; zacisnął też palce dokoła jego szyi, powalił go na ziemię i tak mu miętosił żyły, że twarz przybrała barwę burneta-el-kastar[17], jakim Europejczycy upiększać zwykli swe głowy przy wielkich uroczystościach. Drżeliśmy o napadniętego, którego oddech stawał się coraz krótszy, albowiem Sefir tak mocno się go uczepił, jakoby pchła pustynna, co wpiła się w obnażony palec nogi wędrowca. Pomimo że jest ranny w rękę, z wielkim trudem udało nam się go oderwać od napadniętego. Natychmiast go też związano w taki sposób, jak postanowiłem; ale co się tyczy wyrazów, których musieliśmy przytem od niego wysłuchać, nie mogę ci ich powtórzyć, gdyż zawierały takie bluźnierstwa przeciw Allahowi i tak nas osobiście obrażały, że, gdybym ci je chciał podać, sambym bluźnił i obrażał. Jeszcze teraz klnie na całe gardło. Czy go słyszysz? Chodź więc ze mną! Spodziewam się, że mi zezwolisz wyjaśnić mu mój pogląd na tym jego słabym punkcie, na którym zazwyczaj siedzi. Czas najwyższy, by się dowiedział, że najmilsze są te wrażenia, które się otrzymuje na wymienionem przeze mnie miejscu!
Wymachiwał energicznie rękami, by mi wyjaśmić humanitarny sens swoich słów, i zaprowadził mnie tam, gdzie leżał, a raczej siedział Sefir.
Ten był mocno skrępowany, tak że można było pomyśleć, iż jest dlań rzeczą niemożliwą odetchnąć, mimo to jednak wył jak nieboskie stworzenie, klął i groził, co przy jego beznadziejnem położeniu było w najwyższym stopniu śmieszne. Ujrzawszy mnie, ryknął potężnym głosem i obrzucił przekleństwami, które mogły formalnie wzbudzić uczucie odrazy. Pienił się ze złości; nabrzmiałe krwią oczy nadawały jego i tak wstrętnej twarzy nietylko wierzącego ale wprost bydlęcego wyrazu; miałem przed sobą nie człowieka, lecz niewymownie niską, podłą kreaturę, którą należało odpowiednio do tego potraktować.
— Wal go, Halefie, aż nie zamilknie! — krzyknąłem oburzony. — Wal go, gdziekolwiek trafisz!
Hamdulillah! — odrzekł Hadżi. — Wreszcie, sihdi, wreszcie dochodzisz do rozumu! Twój rozkaz napełnia mnie nieziemską rozkoszą. Z największa przyjemnością cię usłucham! Tak mu przetnę nić jego mowy, że okruchy słów rozlecą się na wsze strony i nie będzie mógł ich odnaleźć nawet przy pomocy najsilniejszej naddara.[18]
Zaledwie wypowiedział te słowa, uderzenia jego już tak silnie i gęsto padały, że bity, zamiast wydawania okrzyków gniewu, jęczał z bólu; mimo to Halef wpierw nie zaprzestał, aż jęki nie ustały. Następnie spytał mnie, głaszcząc miłośnie harap:
— Mamże zakończyć na tych przekonywujących argumentach, czy też nie?
— Wystarczy!
— Ale tylko narazie, tymczasowo, proszę cię!
— A ja nie proszę o to, lecz żądam tego! — wmieszał się Amuhd Mahuli. — Spójrz, effendi, jak mnie urządził! Miał poważne, mocne postanowienie, aby mnie udusić. Leżałem pod nim, jak jagnię w pazurach wściekłej pantery, a gdyby to nie było jeszcze dostateczną podstawą do największej kary, jego bluźnierstwa przeciw Bogu i ludziom powinny wprawić w ruch bicz tak, żeby padł trupem na miejscu.
Przy tych słowach wskazał na swoje rozwichrzone włosy, podarty uniform i podrapaną, szyję, która teraz jeszcze krwawiła.
— Oby mi się udało cię udusić, ty niegodziwy wspólniku przeklętego psa chrześcijańskiego! — syknął Sefir.
Halef szybko się zamachnął, zadał mu kilka razów i krzyknął nań:
— Czy zamilkniesz, łotrze?! Jeszcze jedno takie słowo, a zakatrupię cię!
Sefir, wijąc się w bólach, ryknął jednak:
— Nie ty mi będziesz rozkazywał! Jesieś śmierdzącym psem, którym gardzę. Wyście razem z twym po trzykroć przeklętym effendim gnijącą padliną. Jako świnie się urodziliście, należy wami jako świniami gardzić, i jako świnie skończycie!
Halef puścił natychmiast bicz w ruch. Powstrzymałem mocno jego ramię i rzekłem:
— Czekaj jeszcze! Może dobre słowo więcej tu wskóra, niż złe. Spróbuję.
— Próbuj, nie mam nic przeciwko temu, próbuj! — zawołał Sefir, śmiejąc się drwiąco.
— Tak, mimo twego śmiechu, uczynię jednak próbę, wszelako nie dla ciebie, lecz dla mnie. Wiem, że każde słowo będzie daremne; ale chcę sobie móc powiedzieć, że uczyniłem wszystko dla zbawienia twej duszy.
— Zbawienie mej duszy? Co ci do mojej duszy?! Niech sobie jedzie, gdzie chce, a nie twoja rzecz w to się mieszać! Może mi będziesz bajał o wiecznem życiu, o raju i piekle? Zbyteczne! Obejdę się bez tych głupstw! Co Muhammed i wasz Chrystus o tem mówią, jest śmieszme, albowiem po śmierci i tak jest po wszystkiem.
— Jesteś zaślepieńcem, któremu ja...
— Jest po wszystkiem! — powtórzył, przerywając mi.
— ...zaślepieńcem, któremu ja mojego...
— Po wszystkiem, po wszystkiem! — znów zawołał.
— ...któremu ja mojego współczucia nie odma...
— Po wszystkiem, wszystkiem, wszystkiem! — ryczał całą siłą swego głosu. — I to dla was szczęście, wy najbardziej pogardzani wśród psów świata! Dla was wolałbym nawet, żeby nie było po wszystkiem. Bądźcie przeklęci, jak jeszcze nikt przeklętym nie był! Oby wam na tamtym świecie...
Następne przekleństwa nie nadają się do powtórzenia. Pozwalałam tak siebie lżyć, nie przerywając mu, i doszedłem do przekonania, że okazanie mu cienia współczucia było nietylko bezużyteczne, lecz wprost śmieszne. Gdy wylądował cały swój gniew, plunął na mnie i na Halefa — staliśmy niedaleko niego — zakończyli i słowami:
— Tak, jak teraz, bądźcie opluci i wzgardzeni przez wszystkich ludzi na wieki. Teraz znasz cały mój pogląd i możesz zacząć pobożnie stękać. Więcej słowa nie powiem.
— Nikt ci też więcej nie będzie tu stękał; jeśliby zaś ktoś miał stękać, to ty nim będziesz. Mówiłeś o mękach, których nie uniknę. Gdzież je masz? Gdzież one są? Ja ci natomiast powiedziałem, że z nastaniem dnia rozpocznie się nad tobą sąd; słowo moje, z którego się śmiałeś, stało się ciałem. Przepowiedziałem ci jeszcze więcej — nie chcę jednak teraz tego powtarzać. Zaczekajmy do wieczora! Teraz zaś zostaniesz potraktowany łagodnie z twoim poglądem: ze śmiercią wszystko się kończy. Jeśli na tamtym świecie niema dla ciebie kary, nie wolno na tym świecie stracić ani chwili; otrzymasz więc, na coś zasłużył. Przedtem jednak odpowiedz mi, gdzie są zwłoki zamordowanych członków karwan-i-Piszkhidnet-baszi?
Nie odpowiedział nawet wtedy, gdy mu dwa razy pytanie powtórzyłem. Skierowałem je więc do Beduinów Ghazai, wziętych do niewoli; ale skutek był ten sam. Zwróciłem się przeto do tego, którego uważałem za ich wodza, gdyż kierował szacowaniem zdobyczy i zabierał pieniądze. Jedyną jego odpowiedzią było wykrzywienie twarzy.
— Każę ci otworzyć usta biczem! — zagroziłem.
— Odważ się! — zawołał. — Jesteśmy wolnymi Beduinami i nie wolno nas bić! Jesteśmy uczciwymi ludźmi i nie wiemy, dlaczego nas wzięto do niewoli i związano!
— Uczciwi ludzie?! A chcieliście uchodzi za Solaib-Arabów! I siedzieliście przy ogniskach i kłóciliście się przy każdej zdobytej rzeczy o swe wynagrodzenie za morderstwo!
— To kłamstwo!
— Ja sam to widziałem i słyszałem; to starczy! A więc mów, gdzie są trupy?
— Nie wiem nic o żadnych trupach! A jeżeli są trupy, to szukaj ich sobie sam!
Z jego drwiącej miny było widoczne, że przeświadczony jest o tem, że ich nie znajdę. Dlatego też odparłem:
— Dowiodę ci, że dla mnie jest bardzo łatwo je odkryć, ale wówczas też zmuszę cię do wyjaśnienia nam, gdzie je ukryliście. Bicz uczyni cię wymownym.
— Tego nie zrobisz! Całe moje plemię znajdzie cię i odda sto uderzeń za jedno!
— Każ go porządnie, oćwiczyć, dobrze oćwiczyć! — zawołał do mnie bimbaszi. — Wpierw jednak zarządź, by i Sefir otrzymał, co mu się należy!
— Nie mam nic przeciw temu, ale spodziewam się, że dotrzymacie warunku, który bezwzględnie muszę postawić.
— Mów!
— Bijcie go, ile chcecie, ale nie na śmierć! Musimy go dostawić paszy i jestem przeświadczony, że cofnąłby potwierdzenie twej nominacji i zdegradowałby cię do zwykłego żołnierza, gdyby Sefira otrzymał martwego a nie żywego.
Ostrzeżenie to miało na celu zapobieżenie przejściu srogości w okrucieństwo. Oficer pośpieszył też, by, mnie upewnić:
— Bez obawy, effendi! Tego łotra zabić, toć byłoby dla niego niezasłużone dobrodziejstwo! Jego kara nie może trwać tak krótko. Ale wiesz wszak, że w mehkeme domagał się dla ciebie bastonady. Dlatego niechaj sam ją teraz otrzyma, ale jaką! Na to chyba zezwolisz?
— Tak, nic nie mam przeciw temu.
— Jedynie bastonadę? — spytał Halef. — A ja myślałem, że mój kurbacz z nim pomówił Sihdi, dlatego że mu przepisujesz tylko bastonadę, spraw mi tę rozkosz, abym mógł mu pokazać, jak ściśle moja dusza jest związana z wrażeniami jego skóry!
Ująłem go za rękę, odprowadziłem na stronę i postawiłem pytanie:
— Powiedz, drogi Halefie, jakie jest najbardziej znane plemię Beduinów wzdłuż stepów, porosłych kwiatami?
— Wielkie plemię Szammer — odparł. — Wiem to równie dobrze, jak ja. Dlaczego więc pytasz?
— A jakie jest najznakomitsze jego odgałęzienie?
— Oczywiście, moi Haddedihowie!
— Których ty jesteś wodzem?
— Naturalnie!
— Ty więc jesteś najznakomitszym i najwyżej postawionym człowiekiem całego plemienia Szammar?
— Sądzę. Jest to zresztą ponad wszelka, wątpliwość!
— Ty więc zastępujesz to wielkie plemię swoją osobą i cześć tylu tysięcy wojowników swoją czcią?
— Bezwątpienia!
— Co ty czynisz, jest zaszczytem lub sromem dla każdego poszczególnego wojownika Szammarów czy Haddedihnów?
— Tak jest!
— Jak więc postąpisz, jeżeli ktoś nazwie wszystkich Szammarów i Haddedihnów oprawcami i katami?
— Wsadzę mu natychmiast nóż między żebra!
— A więc pchnij!
— Co...? Jak...? Kogo...? — spytał.
— Siebie samego!
— Siebie... samego?!
— Naturalnie, albowiem ty, przedstawiciel czci całego twego plemienia, oświadczyłeś mnie samemu, że masz zamiar zostać katem i oprawcą Sefira.
Spojrzał na mnie zdumiony. Odpowiadał ma moje pytania z dumną pewnością siebie; teraz głos jego brzmiał zupełnie inaczej, gdy rzekł:
— Sihdi, jesteś bardzo niebezpieczny, a w stosunku do swego wiernego Halefa nawet złym człowiekiem!
— Jakżeż?!
— Znowu mnie zaszedłeś od tylu i złapałeś w potrzask! Dlaczego nie mówisz wprost do mnie, szczerze, bez żadnych ubocznych dróg, ubocznych myśli?
— Gdyż horyzont twego rozumu, o którym tak chętnie mówisz, jest z przodu szerszy, niż z tyłu.
— Tak! Przyznajesz więc, że nie masz odwagi stanąć wobec przedniej części mego rozumu, i że się jej boisz! To mnie powinno właściwie cieszyć; ale świadomość, że nie postępujesz ze mną uczciwie, psuje mi tę radość. Pytam cię jednak szczerze i otwarcie: czyś mi przyrzekł, że będę mógł Sefirowi sprawić łaźnię?
— Tak, uczyniłem to.
— A teraz nie chcesz dotrzymać przyrzeczenia?!
— Dotrzymałem!
— Jak...? Rzeczywiście...? Czyżby już...?
— Tak. Czy otrzymał od ciebie cięgi, czy nie?
— Hm. Prawda; tak.
— A więc pocóż te bezpodstawne zarzuty?
Potrząsnął z ubolewaniem głową i odparł:
— Oh, sihdi, sihdi, gdybyś wiedział, jak wiele jest ból rozczarowania, któryś mi zgotował! Sądziłem, że będzie mógł raz wreszcie puścić porządnie w ruch mój kurbacz, a teraz biedny bicz ma się zadowolić temi nędznemi cięgami, któremi w najdrobniejszej nawet mierze nie mógł się nasycić, przeciwnie, zaostrzył się tylko jego apetyt. Gdybyś tak wielkim przyrzeczeniom pozostawiał zawsze tak mało sposobności do ich spełnienia, musiałbym ciebie uważać za wielką, lecz pustą kiesę, z którą nie zrobić nie można. Nie po raz pierwszy hamujesz przyjazne ruchy mego bicza przypomnieniem o mojej sławie i czci. Czyż poto jedynie jest cześć, by pozostawiać w zapomnieniu wierny harap? Mój bicz należy do mnie, jak moja nęka do mnie należy, — jest częścią mnie samego. On także ma swoją cześć, jak ja mam swoją. Jakież więc ja mogę się przez to pozbawić czci, gdy jej jemu udzielam?
— Twierdzenie twoje jest z gruntu fałszywe, gdyż wywodzi się z fałszywych założeń.
— To ty się mylisz, gdyż, według mnie, Sefir otrzymać ma cięgi, a nie założenia.
— W tem miejscu horyzont twojego rozumu staje się tak wąski, że go wcale nie widać. Nie będziemy się sprzeczać, lecz załatwimy sprawę krótko: jeżeli uważasz za swe prawo oćwiczenie Sefira, nie chcę ci go odbierać. A więc ćwicz go! Ale nie dziw się, że nie będę cię już uważał za swego chabiba[19], lecz za dżellda[20], który nie może mieć miejsca w mem sercu a powstaje zaledwie czemś dla mych oczu, mianowicie nieczułem narzędziem prawa. Idę!
Odwróciłem się od niego.
— Dokąd, sihdi? — spytał szybko, podążając za mną i ująwszy mnie za ramię.
— Chcę odszukać trupy zamordowanych. To jest zadanie pietyzmu, a nie robota katowska.
— Zabierz mnie ze sobą! Musimy pokazać Sefirowi i Ghazaiom, że nam nie trzeba ich wskazówek, lecz jesteśmy sami tak mądrzy, by się dowiedzieć, czego pragniemy. Spójrz! Zatykam swój harap za pas, zrzekając się tem samem wymalowania Persowi świadectwa jego nikczemności na grzbiecie. Dotychczasowy kol-agasi a obecny bimbaszi sam już będzie miał staranie o to, ażeby Sefirowi nie dostało się mniej, niż trzeba.
— Słusznie! — pochwaliłem go. — Teraz jesteś tym, kim być powinieneś.
— Kim?
— Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah, główny szeik Haddedihnów z wielkiego plemienia Szammarów.
Wyprostował swą małą postać tak wysoko, jak tylko to było możliwe, błysnął na mnie świecącemi oczyma i rzekł:
— Tak, jestem nim bezwątpienia! Ja jestem naczelnym regentem moich wspaniałych kochanych Haddedihnów, którzy są mi tak posłuszni, jak zaledwie nimi są Turcy wobec padyszacha albo Persowie wobec szacha-in-szacha. Nie zamieniłbym się z żadnym człowiekiem pod słońcem, a bicz mam do panowania, nie zaś do wykonywania roboty kata. Im sławniejszy człowiek, tem mniej mu trzeba samemu używać kurbacza! Idę z tobą, któryś jest równie znany, jak ja!
Zawiadomiłem bimbasziego, że się oddalamy, lecz powrócimy, niezadługo; w międzyczasie mógł nasycić się gnębieniem pokonanego Sefira. Dosiedliśmy koni i pocwałowali przed siebie.

∗             ∗

Miałem wielka ochotę wybadać Piszkhidmet-basziego, przyszłoby, mi to jednak z trudnością, przytem nie wiedziałem, czy zna dobrze okolicę, albowiem przyjechał nocą i został odrazu obezwładniony, tak że nie mógł zauważyć, dokąd zaniesiono zwłoki. Uważałem za najlepsze zdać się więc na samego siebie. Również Halef był mi zbyteczny, nie potrafił dobrze odczytywać śladów. Zabrałem go ze sobą tylko w celu odsunięcia od Sefira, bowiem lękałem się, iż za silnie da mu odczuć siłę swojego kurbacza.
Jechaliśmy wzdłuż ruin w kierunku północnym; oglądałem dokładnie ziemię w poszukiwania tropu. Szybko znalazłem ślady kopyt nietylko naszych koni, lecz i inne, nie te jednak, których szukałem. Skręciliśmy teraz na zachód, poprzez ścieżkę przemytników, która biegła od kanału. Znowu natrafiliśmy na ślady karawany Piszkhidmet-baszi. Zrozumiałem teraz, że napad miał miejsce nie tu na północy, lecz bardziej na południe od naszego obozowiska. Sefir wiódł bowiem karawanę poprzez miejsca, pod któremi znajdowały się komnaty podziemne; dziwiłem się jego nieostrożności; powinien był bowiem zrozumieć, że znajdziemy te ślady. Zawróciliśmy wierzchowce i niebawem stanęliśmy w obozie. Przywódca Beduinów przywitał nas ironicznem pytaniem:
— Gdzież są zamordowani, których poszukujecie? Wasza zadziwiająca mądrość zapewne już to wyjaśniła!
Odgadł zatem nasze zamysły. Sądził, że zrezygnowaliśmy z poszukiwań, i nareszcie wypoczniemy. Nie odpowiedziałem mu; biednego Halefa jednak zbyt wiele kosztowało milczenie. Wykrzyknął:
— Wróciliśmy wyłącznie poto, aby ci obiecać, że za każdego trupa, którego znajdziemy, wyliczę ci po pięć razów na piętach!
Było tak, jak sądziłem; ślady karawany wiodły stąd, dalej i łączyły się ze śladami rozbójników. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i... natrafiliśmy na ociekające krwią miejsce napadu. Jak teraz mogłem skonstatować, choć było znać ślady stóp i kopyt, nie były to jednak ślady zaciętej walki. Persowie nie usiłowali nawet się bronić; tchórze, posiadali tyle odwagi, co i ich pan, który uważał się za mężnego wojownika!
Miejsce utarczki było oddalone zaledwie o jakieś dwieście metrów od ruin; wiodły tam ślady stóp, tak głęboko wyciśnięte, że zwróciłem się do Halefa:
— Trupy zaniesiono tam, za mury.
— Dlaczego tak sądzisz, effendi?
— Ślady stóp człowieka, idącego bez ciężarów, nie odciskają się tak głęboko. Te oto są głębokie, gdyż ludzie, którzy; je wycisnęli, dźwigali zwłoki.
— Czy znajdziemy trupy?
— Naturalnie! Cielesna powłoka człowieka nie rozpływa się w eterze, jak dusza. Chodź!
Doszedłszy do celu, zauważyłem, że trop kończy się na stosie cegieł koło muru, który składał się ze spojonych asfaltem kamieni. Zsiedliśmy z koni i dostrzegli, po usunięciu kilkunastu cegieł, szeroki, wysokości przeszło metrowej, otwór, który prawdopodobnie wiódł do wnętrza. Pochylony, wszedłem do środka; nozdrza moje uderzył specyficzny zaduch, zwiastujący bliskie sąsiedztwo trupów, choćby mających zaledwie parę godzin.
Szedłem naprzód powoli, ostrożnie, badając rękoma ściany. Korytarz wiódł coraz niżej i niżej. Pod odnogami miałem piasek, ściany i sufit stanowiły jednolity mur asfaltowy. Zatem był to kanał, którym doprowadzam do Birs wodę z Eufratu. Dlatego też leżał tu piach, którego ubywało, im głębiej posuwałem się wzdłuż ścian.
Zrobiłem zapewne około 40 metrów; nie miałem już piasku pod nogami, podłoga była gładka, i ubita. Nastąpnąłem teraz na coś twardego — nachyliłem się. Ręce moje dotknęły nagiego ciała. Przypominałem sobie, że posiadam świecę i kibritat[21]. Zaświeciłem i ujrzałem trupy jedenastu Persów, którym nie pozostawiono ani jednej sztuki odzieży. Aczkolwiek byłem przyzwyczajony do podobnych widoków, poczułem się wstrząśnięty do głębi. Stałem sam jeden w podziemnem kanale wieży babilońskiej, wobec nagich krwawiących trupów. Światło rzucało długie, ponure cienie, które załamywały się na strasznych obliczach. Nieznana głąb kanału wydawała się zamieszkana przez tysiące złych demonów. Przytem ten duszący, ckliwy, zabijający zapach! Nie mógł zresztą podchodzić od zwłok Persów, które były dopiero w początkowem stadjum rozkładu. Postanowiłem więc poznać przyczynę zaduchu. Przelazłem przez trupy, gdyż nie było wolnego miejsca obok, i udałem się na dalsze poszukiwania.
Znalazłem się teraz w wielkim pospólnym grobie. Kości ludzkie, czaszki i nawet szkielety całe leżały pomieszane. Za każdym krokiem nogi moje stąpały po szczątkach ludzkich. Zawróciłem szybciej, aniżeli szedłem naprzód. Zatem Ghazai-Beduini zawozili tutaj wszystkich pomordowanych przez się ludzi, aby ukryć ślady swoich zbrodni! Ogarnęła mnie wściekłość; postanowiłem spełnić pogróżkę Halefa.
Mój przyjaciel oczekiwał mnie z niecierpliwością u wylotu kanału. Ujrzawszy mnie, wykrzyknął przerażony:
— Jak ty wyglądasz, sihdi?!Jesteś blady, jak trup, pomimo swojej ogorzałej cery. Czyś znalazł zamordowanych?
— Znalazłem.
— I takeś się zląkł kilku nieboszczyków?
— Ja, bać się?! Nie zaznałem jeszcze strachu przed żywymi, tem bardziej chyba nie zląkłbym się nieszczęśliwych umarlaków. Lecz ten straszny zapach trupi przyprawił mnie o mdłości.
— Cóżeś tam ujrzał, opowiedz!
— Teraz nie mogę, muszę śpieszyć do Beduinów, aby ci sprawić radość, wielką radość!
— Jaką?
— Nie pytaj, lecz chodź!
Dosiedliśmy koni i pojechali do obozu. Stary Ghazai zdawał się być przekonanym o bezowocności naszych poszukiwań, gdyż, zaledwie zdążyłem zeskoczyć z siodła, zapytał mnie ironicznie:
— Czy Allah poprowadził was po właściwej drodze? Twarz twoja jest tak wesoła i szczęśliwa, że spodziewam się rychło biczów. Jakże się z tego cieszę!
Nie odrzekłem mu nic, lecz zwróciłem się do Halefa:
— Ile cięgów mu przyrzekłeś?
— Pięć za każdego trupa, razem więc pięćdziesiąt pięć — odparł ochoczo Hadżi.
— Natychmiast mu je odmierzysz! A po nim każdy z jego ludzi otrzyma po trzydzieści; ale walić tęgo, by im stopy popękały!
Stary zawołał ku mnie:
— Nie poważcie się nas dotykać! Gdzie są trupy ludzi przez nas zamordowanych? Wskaż je nam!
— Znaleźliśmy je w ruinach obok kości tych, których przedtem zgładziliście ze świata. — odrzekłem.
— Twoja przeklęta gęba jest siedliskiem kłamstwa, a twój szalony mózg tworzy rzeczy niezgodne z prawdą, które...
Nie dokończył; lecz przerwał swe słowa przeraźliwym krzykiem, gdyż, doprowadzony wreszcie do ostateczności, wyrwałem małemu Hadżiemu bicz z za pasa i wymierzyłem bezwstydnikowi takie uderzenie w twarz, że natychmiast skóra na niej pękła, a krew puściła mu się z obu policzków.
Hamdullillah, mój effendi ma rację! — promieniał Halef. — Jeden jest tylko język, którym można się posługiwać z tymi bezecnymi, to jest język bata, który jest bardziej przekonywający, dosadniejszy i wymowniejszy, aniżeli wszelki inny dialekt. Sihdi, od czasu, jak i ciebie mam, wypowiedziałeś teraz najpiękniejsze słowa; zawierają prawdziwą mądrość, która przechodzi wszystkie wiadomości i rozsądki świata! Czy mam wykonać szczęśliwe dokończenie twego dobroczynnego początku?
— Tak. Oto masz znak władzy, którą tobie przekazuję, — rzekłem, zwracając mu bicz. — Nie jestem zwolennikiem surowych kar, ale te psy zasłużyli sobie nawet na coś gorszego, niż wygarbowanie skóry. Stary otrzyma swoje pięćdziesiąt pięć, a każdy inny po trzydzieści, a jeżeli któryś z nich odważy się powołać na to, że, jako wolny Beduin, nie powinien być bity, zacznijcie jeszcze raz od początku! Słyszysz, Halefie?
— Czy ja słyszę, sihdi! Słyszę tak wyraźnie, jakgdybyś mi to zatrąbił w same uszy, przez dziesięciomilowej długości nafir[22] i jeszcze dwadzieścia razy dłuższą curnę[23]! Przekonasz się, jak skrupulatnie spełnię twe życzenie!
— Mnie nie będzie przy tem, gdyż w międzyczasie wyjadę naprzeciw paszy.
— Ach, jaka szkoda! Ale wiem, że możesz takie kary tylko kazać wykonać, sam jednak przy nich być nie umiesz. Możesz mimo to z całym spokojem się oddalić, albowiem wykonanie wyroku spoczywa w jak najlepszych rękach!
Byłem o prawdziwości tych słów równie całkowicie przekonany, jak i o tem, że podczas naszej nieobecności bimbaszi doskonale obsłużył Sefira, gdyż ten leżał na ziemi z drżącymi od bólu członkami, zwinięty w kłębek jak jeż, i jęczał prawie bez przerwy. Czuł teraz, czego przedtem nie chciał przyznać: początek zapowiedzianego przeze mnie sądu nad sobą. Amuhd Mahuli sądził, że mam litość nad obitym psem, zapytał mnie bowiem:
— Oblicze twoje, effendi, jest tak poważne i surowe. Uważasz może, że byliśmy zbyt hojni z bastomadą?
— Nie, bimbalszi, nie jestem tego zdania; skoro jednak widzę kogoś, kto, mimo iż nazywa się człowiekiem, nie jest nim jednak, sprawia mi to wielką przykrość. Spójrz na niego! Ten łotr również jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga; cóż się jednak stało z obrazem Wszechmocnego i Wszechmiłującego? Najniższe i najszkaradniejsze zwierzę nie oddziaływa tak odrażająco, jak takie wstrętne stworzenie, które, tak jak i my, nosi wszak w sobie powołanie do udziału w życiu niebieskiem.
— Tego on nigdy nie osiągnie, nigdy! Słyszałeś przecież z ust jego słowa, przy których zapewne ucho twe tak samo cierpiało, jak moje; nie kiedy wyście się oddalili, a myśmy się doń zabrali, wypadło nam słyszeć przekleństwa, które w piekle nie brzmią bardziej bluźnierczo. Ten człowiek jest zgubiony dla wieczności. Jeżeli się nie mylę, zabierasz się teraz w drogę na spotkanie paszy?
— Tak. Wolę nie być świadkiem ponownej egzekucji.
— Czy zdasz mu sprawę z tego, co, się tu wydarzyło dzisiejszej nocy?
— Tak.
— Więc proszę cię, effendi, pamiętaj, byś przytem o mnie przyjaźnie wspomniał!
— Chętnie to uczynię.
— Czy mogę z tego wnioskować, że jesteś ze mnie zadowolony?
— Dałeś dowody, żeś dzielny, roztropny i sumienny żołnierz; zadowolony jestem, że będę mógł to paszy powiedzieć.
— Dzięki Allahowi i tobie również! Czy mogę się tobie zwierzyć z pewnej myśli?
— Proszę!
— Często starałem się spełniać swój obowiązek i być dobrym człowiekiem; i robiło mi się niejednokrotnie ciężko na sercu, skoro spostrzegałem, że ten wysiłek szkodził mi tylko, podczas gdy inni, którym nie zależało na tem, ażeby się przypodobać Allahowi, zostawali wyróżnieni przede mną i szybko wysuwali się naprzód. Zmuszony byłem walczyć bezustannie z mojem własnem sercem i ubóstwem, aż wreszcie pogodziłem się z myślą, że przeznaczeniem mojem jest przejść przez życie w towarzystwie smutnych niezaspokojonych pragnień. Jesteś chrześcijaninem, przeto nie obrazisz się, skoro ci powiem, że kismet, o którym poucza nasz Islam, jest dla mnie wprost odrażający. Oplata nierozerwalnemi więzami człowieka, jego ciało i duszę, i trzyma mocno na miejscu, na które go rzucił. Może człek błagać, pragnąć i jęczeć za lepszym losem; może troszczyć się, tworzyć i pracować w pocie czoła, nie pomoże to i żadnych mu nie przysporzy korzyści; leży powalony da ziemi, nie mogąc powstać, gdyż przytrzymuje go żelazna pięść kismetu, opasująca jego kark. I umierają, jedne po drugich, wszystkie jego pragnienia i nadzieje, i ginie ufność w siebie samego i wiara w lepsze jutro. Zwolna staje się człowiek pozbawionym woli niewolnikiem losu, wprawianym w ruch przy pomocy nierozerwalnych sznurów, niby figury kara-gez-ojum[24], sznurów, które go rzucają tu i tam. Słowem, by dużo nie mówić, jest się... trupem! Czy możesz to sobie wyobrazić, effendi?
— O, jeszcze za dobrze!
— Podobnym cieniem, taką figurą, byłem do dnia dzisiejszego. Czułem przytłaczającą mnie pięść, i nie mogłem nic przeciw niej uczynić. Zerwałem z życiem, a tęsknotę i pragnienia chowałem w głębi duszy. Wiedziałem, że niema już dla mnie ufności, nadziei, wiary, zamiarów, celu. I wówczas tyś przyszedł, i nagle całkiem, nieoczekiwanie, wszystko się odmieniło! Zajaśniało we mnie słońce i tysiące kwiatów zerwało się ze snu. Czuję, że nie jestem już trupem, czuję, że żyję! Tyś mnie wyzwolił z niewoli; tyś...; o effendi, nie wiem, jak mam się wyrazić; najodpowiedniejszem byłoby powiedzenie, że tyś — pokonał mój kismet i na zawsześ go dla mnie unieszkodliwił! Czy to grzech, jeżeli tak myślę i mówię?
— Nie. Niema kismetu. Allah nie jest tyranem, uciskającym swych poddanych, lecz miłującym ojcem, który nie posiada niewolników, lecz ma dzieci, dzieci które winny kroczyć swoją drogą w swobodzie i weselu.
— Czy to nauka twej wiary, czy to pogląd Chrześcijaństwa?
— Tak.
— W takim razie wy chrześcijanie jesteście szczęśliwsi od nas! Muszę się przed tobą zwierzyć; proszę cię jednak, wierz mi, że nie myślę ci schlebiać. Wyobraź sobie odległą krainę południa, gdzie są tylko czarni ludzie! Jesteś tam wiele, wiele lat, i w ciągu tego czasu sam się również stałeś czarnym. Żyjesz, jak czarny; jesz i pijesz, jak czarny; myślisz i czujesz, jak czarny; atoli w głębi twej duszy tkwi świadomość, że nie należysz do tych czarnych, atoli tli w twem sercu tęsknota wyzwolenia się z tej czerni, z tej ciemności. I oto nagle ukazuje się biały. Jest przedmiotem ogólnego zdumienia, wszyscy podziwiają kolor jego skóry, postać, chód, jego głos i słowa jego, i nie mogą go zrozumieć. Natomiast dla ciebie nie stanowi on zagadki. Od pierwszego spojrzenia kochasz go; serce twe bije dla niego i z rozkoszą spostrzegasz, że cię wyróżnia z pośród tylu innych, że trzyma się blisko ciebie. Czujesz że należysz do niego, że będziesz szczęśliwym tak myśląc i odczuwając, jak on myśli i odczuwa. Oddychasz z ulgą po głębokim, ciężkim ucisku. Przez duszę twą przechodzi powiew życia, niespodziana wiosna, i rośnie w tobie bezgraniczne potężne i nieprzeparte przeświadczenie, że wszystko, co było w tobie ukrytą tęsknotą, przez niego się spełni. Effendi, czy pojmujesz, co mówię?
— Tak.
— Tak było ze mną, gdy cię, ujrzałem i z tobą mówiłem. Tym białymi jesteś ty. Przemyśliwałem nad tem i badałem siebie, skąd to wrażenie, jakieś ty na mnie wywarł. Nie mam twej wiary ani narodu twego, ani też twej ojczyzny. Nie jesteś, być może, taki, jak inni chrześcijanie, o których słyszałem; masz inną naturę, niż ogół ludzi, a jednak mówię sobie, że twoje oko, twój głos i mowa, że twoje wolne i odważne działanie i zjawienie się — są uduchowione i kierowane religią, która, nietylko znajduje się w twem sercu, lecz także promienieje z ciebie na zewnątrz jak światło fanu[25]. Czy mam słuszność, czy też nie, eifendi?
— Masz słuszność, słuszność w tem, że Islam trzyma swych zwolenników w niewoli i ciemności, podczas gdy chrześcijaństwo jest religią wolności i miłości. Każdy wierzący chrześcijanin postępuje tak, jak ja postępowałem w stosunku do ciebie i innych. Jak ty mnie opisujesz, takimi są wszyscy prawdziwi chrześcijanie; nie stoję od innych pod żadnym względem wyżej. A opisując siebie i swą duszę, przedstawiłeś z zadziwiającą dokładnością każdego myślącego muzułmanina wogóle. Tu światło, tam ciemność; tu miłość, tam ucisk; tu prawo, tam bezprawie; tu wolność, a tam niewola! Jeżeli rzeczywiście zaświtała ci wiosna, życzę z całego serca, żeby w tobie nadal dojrzewała.
— O, sihdi, gdybyś też miał czas pouczyć mnie o swojej wierze!
— Niestety, nie mam czasu; ale gdy tylko przybędę do Bagdadu, przyślę ci część naszego Pisma Świętego, a mianowicie: Kitab-el-Ahd edż Szedid[26]. Jego treść ulży twemu sercu i stanie się światłem na twej drodze.
— Dziękuję ci! Jak długo jeszcze pozostaniesz w Hilleh?
— Może wyruszymy już dzisiaj, może jutro.
— Jeżeli zostaniecie do jutra, proszę cię serdecznie, byś mnie dzisiaj wieczór odwiedził. Jestem wprawdzie biedny i nie będę w stanie niczego ci użyczyć, mogę zato wiele od ciebie otrzymać. Chciałbym z tobą pomówić, mianowicie o twojej wierze, o religii miłości i światła. Czy mi okażesz tę wielką, wielką łaskę?
— Owszem, chętnie. Gdybyśmy nawet mogli już dzisiaj wyruszyć, to jednak zostanę do jutra, aby spełnić twe życzenie, z którego się serdecznie cieszę.
— Jestem szczęśliwy effendi! Oby cię Allah pobłogosławił za to dobrodziejstwo! Pozwól, że cię pocałuję w rękę!
Pochwycił ją, i tak szybko przyciągnął do swych warg, że nie mogłem temu przeszkodzić; poczem powrócił do swoich ludzi, którym właśnie Halef dawał wskazówki odnośnie postanowionej bastonady. Nie chciałem mieć z tem nic wspólnego i natychmiast ruszyłem z kopyta.
Jakże szczerze radowałem się z Amuhda Mahuli! Zbawiciel rzekł po wielkim połowie ryb do Piotra: „Od tej chwili będziesz łowił ludzi!“ Jakże wysoki i odpowiedzialny urząd został wówczas temu uczniowi powierzony, a jednak jak łatwo jest wśród sprzyjających okoliczności każdemu prawdziwemu chrześcijaninowi sprawować ten wspaniały urząd ucznia Pana Niebios. Rozgałęzienie sieci miłości jest wszak potrzebą, nietylko obowiązkiem. Należy jedynie pójść za głosem, serca, a pomyślność zsyła Bóg.
Te myśli towarzyszyły mi po drodze. Gdy jechałem tak z godzinę, ukazała się naprzeciwko mnie grupa jeźdźców. Był to pasza w towarzystwie kilku oficerów i żołnierza, którego doń wysłaliśmy. Gdy się do mnie zbliżył, podał mi rękę, skinął głową z uśmiechem i rzekł po niemiecku:
— Miał pan powodzenie, jak słyszę? Dosiadłem, oczywiście, natychmiast konia, aby spełnić pańskie życzenie.
— Więcej powodzenia, niż sobie Wasza Wysokość wyobraża, — odrzekłem. — I dlatego pozwoliłem sobie prosić o obecność pana.
— Chętnie przybywam. Okoliczności w Hilleh tak dalece postąpiły naprzód, że mogłem się oddalić na kilka godzin. czy wszystko gładko przeszło?
— Jeżeli nie gładko, to w każdym razie ku memu całkowitemu zadowoleniu. Wzięliśmy w niewolę całe towarzystwo.
— Czy Persa, którego zwiecie Sefirem, również?
— Tak.
— Ale chodzi przedewszystkiem o to, by mieć nietylko jego osobę, lecz również dowody!
— Tych jest więcej, niż dosyć!
— Pewne, niezbite?
— Tak przekonywujące, że już otrzymał bastonadę.
— Kazał go pan obić? Gdybym nie miał do czynienia z panem, zapytałbym, czy ma pan ku temu prawo.
— Wolę też zaraz przyznać się, że, gdy wyjeżdżałem, zabierano się właśnie do bastonady pozostałych wziętych do niewoli piętnastu drabów.
— Odrazu piętnaście osób? I bez sędziowskiego upoważnienia, czy też zezwolenia? Drogi przyjacielu, czy będzie pan mógł za to odpowiadać?
— Odpowiadać? Ba! Nie znajdziemy się wszak w Stambule lub Paryżu, Wiedniu, czy też innej jakieś zachodnio-europejskiej stolicy, lecz wśród zbójów i morderców, wobec ludności, które, mimo szeriat[27] i mylteka-el-buhur[28] postępuje tylko według prawa zwyczajowego: oko za oko, krew za krew. Sędziowskie upoważnienie lub zezwolenie? Jak stoi sprawa z tutejszymi sędziami — wie pan, sądzę, tak samo, jak i ja. A jeśli chodzi o moją odpowiedzialność? — Tu uderzyłem ręką po broni i ciągnąłem dalej: — Tu tkwi odpowiedzialność. Kto ją chce mieć, może ją otrzymać i otrzyma. Skoro oddycham w atmosferze haniebnych czynów i przestępstw, i raz pozwalam sobie na stworzenie dobrego, świeżego powietrza, by się nie udławić, to niechże teraz przyjdą przedstawiciele prawa, ponoszący odpowiedzialność za zadżumienie tej atmosfery, i pociągną mnie do odpowiedzialności. Tak się im przysłużę, że mnie będą mieli więcej, niż dosyć!
— Na, na, na, na! — zaśmiał się. — Jak pan zaciska pięści! Strach mnie bierze! Ależ uspokój się pan! Znam pana, i ani przez myśl mi nic przeszło, ażeby pana chcieć obrazić lub skrzywdzić. Dobrześ wszystko uczynił i zarządził, i wszystko ma być wykonane. Mieszkam w rezydencji kalifa, przeto wybaczy mi pan, żem wspomniał o sędzim i odpowiedzialności. No, czy się już pan udobruchał?
— Całkiem zbyteczne pytanie! Musiałem brodzić w moralnem błocie, i kiedy go nie traktuję jako coś pięknego i wzniosłego, lecz jedynie jako brud, to jest to zwykle moje ludzkie prawo. Zresztą, kiedy już mówię o tak wyśmienitym „materjale“, muszę panu wspomnieć również, że odkryłem nietylko brud, lecz także i skarbiec, którego wartość można, według wszelkiego prawdopodobieństwa, ocenić na setki tysięcy.
— Skarbiec? Jak pan to rozumie?
— Rozumiem to całkiem dosłownie, a mianowicie składający się z kilku pokojów magazyn, w którym znajdują się różnego rodzaju towary i przedmioty. Są tam także pieniądze i drogocenne kamienie.
— Co pan powiada? Czy ma to być układ przemytników?
— Nie inaczej.
— I pieniądze są? Prawdopodobnie kapitał obiegowy?
— Przypuszczam.
— I to ma przedstawiać tak niezwykle wysoką wartość?
— Nie ma przedstawiać, lecz przedstawia w rzeczywistości.
— A więc wartość pańskich zdobyczy i tego, coś znalazł, nie mają sobie równych! Jakżeż pan tego dokonał? Proszę, opowiedz mi pan!
Złożyłem wyczerpujące sprawozdanie, nie wspominając wszakże o tajemniczym związku, zachodzącym między, sillanami, a mojemi odnośnie do tej sprawy wnioskami i domysłami. Uważałem podobne doniesienie nietylko za bezużyteczne, lecz za zgoła niemądre, gdyż wówczas tylko mogłem liczyć na powodzenie, gdy całkowicie zostanie przemilczane, że sprawy sillanów nie są dla mnie zupełną tajemnicą. I tak uwaga paszy wzrastała z minuty na minutę; przerywał mi też dość często wyrazami zdumienia i podziwu; gdym opowiadał o odkryciu trupów, tak żywo przedstawił sobie moja sytuację, że sam zbladł; a gdy wreszcie dodałem, że, pełen oburzenia na tę rzeź ludzkich istot, natychmiast zawróciłem i wydałem rozkaz wybastonadowania morderców, zawołał:
— To było słuszne, effendi, to było bardzo, bardzo słuszne! Jabym tak samo zupełnie tak samo postąpił! Baty musiały te psy otrzymać, potężne baty, i to natychmiast! Teraz ja pana bardzo przepraszam za „sędziego“ i „odpowiedzialność“, albowiem całkowicie działał pan według mojej myśli i, gdy tam teraz przybędziemy, a zauważę, że ciało któregokolwiek z tych łajdaków ma jeszcze kawałek wolnego miejsca na cięgi, każę mu je natychmiast wymierzyć. Ten Sefir to istny diabeł; on to ma również na swem sumieniu sandżakiego, którego skłonił do przystąpienia do bandy; zapewniam pana, że stanowczo bez względu na jakiekolwiek bądź umowy państwowe, nie wypuszczę go ze swych rąk, mimo że jest perskim poddanym. Krótko się z nim rozprawię. Zostanie powieszony, powieszony, powieszony, nawet gdyby był bratem szach-in-szacha, albo też nim samym! Takie kreatury wyrzekły się wspólnoty czy łączności ze społeczeństwem ludzkiem, i powinny być też traktowane nie jako ludzie, lecz jak bestie. Widzę ich już wszystkich swemi oczyma, które się rzadko mylą, na stryczku. Tak! A teraz pośpieszmy się!
— Dał koniowi ostrogi, aczkolwiek zyskaliśmy przez to jedynie kilka minut, gdyż już w czasie rozmowy zarysowywał się zdala przed nami Birs Nimrud.
Chciałem go przedewszystkiem zaprowadzić na to miejsce, gdziem wszedł do wnętrza Birsu wraz z szambelanem; nie zgodził się jednak.
— Przedewszystkiem, w pierwszym rzędzie — rzekł — chcę zobaczyć Sefira. Ghazai-Beduinów i przemytników, gdyż pragnę z nimi też słówko zamienić!
Taka stanowczość malowała się na jego obliczu, że nie dałbym w tej chwili piastra za życie tych wszystkich, których wymienił. Wyglądał w mych oczach niczem nieubłagane ucieleśnienie Fiat justitia.
Skoro „dotychczasowy kol-agasi a obecny bimbaszi“ zauważył nas, poustawiał wszystkich ludzi w rząd. Pasza ledwie zwrócił na to uwagę; odsalutował, zeskoczył z konia i przystąpił do Sefira, który, związany już normalnie, leżał wyciągnięty na ziemi.
— Psie, czyś napadł na karawanę Piszkhidmret-baszi? — zapytał go.
Twarz zagadniętego miała tak zezwierzęcony wyraz, że, rzuciwszy nań okiem, natychmiast się odwróciłem. Sefir ryknął jak wściekły buhaj:
— Sam jesteś psem: bądź przeklęty!
Wówczas pasza nakazał bimbasziemu:
— Zapłacić mu za tę odpowiedź! Jego nogi, jak widzę, skosztowały już kija. Dajcie mu jeszcze trzydzieści pałek, ale już nie bastonadę!
Poczem zwrócił się do starego Ghazai’a:
— Czyś ty napadł na karawaną Piszkhidmet-baszi?
— Nie! — brzmiała odpowiedź.
— Jeszcze dwadzieścia pałek!
I tak pytał jednego Ghazaiczyka po drugim; za każdym razem odpowiadane mu „nie“, on zaś powtarzał nieodwołalnie ten sam rozkaz: „jeszcze dwadzieścia pałek!“
Następnie skierował do zebranych przemytników głośne pytanie:
— Czyście przemycali?
— Tak! — odrzekli wszyscy jak jeden mąż. Woleli otwarcie się przyznać i uniknąć rózeg, których się bali. Z drugiej strony nie spodziewali się tak surowej kary, jaką otrzymali Ghazaiczycy, — byli wszak tylko przemytnikami.
— Czy Sefir jest waszym wodzem? — pytał pasza dalej.
— Tak.
— Czy macie określone prawa, którym musicie być posłuszni?
— Tak.
— Czy możecie mi je podać?
— Nie.
— Jaka kara grozi za wydanie tych praw?
— Śmierć.
— A więc słuchajcie, co wam powiem! Wasz wódz jest uwięziony i zostanie ukarany śmiercią; jest więc dla was nieszkodliwy. Jeśli zdradzicie mi wasze prawa, wstawię się za wami u sędziego: jeżeli natomiast nie wyjawicie mi ich, każdy z was otrzyma teraz po pięćdziesiąt rózeg, a potem najsurowszą, jak tylko bywa, karę. A więc odpowiadajcie! Chcecie mi zdradzić wasze prawa?
— Tak! — zawołali wszyscy.
— Wasze szczęście! Ja dotrzymam słowa. A jeżeli rzeczywiście okażecie się szczerzy, będę miał dla was jeszcze jedną dobrą nowinę.
Teraz miał pasza dosyć czasu, ażeby się dać przeze mnie oprowadzić. Nikt, prócz Halefa, nie powinien był nam towarzyszyć. Kiedy wspinaliśmy się na pagórek, my obaj zprzodu, a pasza za nami, Hadżi zapytał mnie tak, by oficer tego nie usłyszał:
— Czyś mu wszystko opowiedział, sihdi?
— Wszystko, co musi wiedzieć, nic poza tem. Nie mów mu więc nic o sillanach, o naszych pierścieniach i o innych tajemnicach „cieniów“.
— Będę się pilnował! Ciekaw jestem, czy pasza odkryje wejście.
— Gdzie tam! Jestem przekonany, że nie odnajdzie tego miejsca. Inne oczy są do tego potrzebne, niż jego.
Okazało się, że miałem rację. Kiedyśmy przybyli na górę i powiedziałem generałowi, że znajduje się wpobliżu szczelnie zamkniętego otworu, szukał dłuższy czas, nie mogąc wszelako znaleźć wspomnianego miejsca. Zniecierpliwił się wreszcie i rzekł:
— Człowiek, który dopasował te cegły, musiał być więcej niż ostrożny! Nie mogę nic odkryć; musisz mi wskazać to miejsce.
Tykał mnie teraz, gdyż mówił ze względu na Halefa po arabsku. Do usunięcia pierwszej cegły posłużył mi nóż; pozostałe mogłem już wyjmować gołą ręką. Tak je ułożyłem, jedną obok drugiej, żeby potem, przy zasłanianiu otworu, nie pomylić się. Osman Pasza przyglądał się z ciekawością; zainteresowanie jego wzrosło leszcze bardziej, gdym odsłonił całkowicie i gdy oczy jego padły na znajdujące się tam przedmioty.
Mieliśmy, naturalnie za sobą pochodnie. Ponieważ jednak nie wystarczały generałowi, zanieśliśmy znajdujące się w wielkiej ilości w niszach lampy do pokojów, gdzie je zapaliliśmy. Jakie oczy zrobił generał, gdy wszedł do tych komnat i rzucił ledwie okiem na wszystko, co tam leżało! Nie mógł wyjść ze zdumienia. A cóż dopiero, kiedyśmy mu okazywali pojedyńcze przedmioty!
— Miałeś słuszność! — przyznał. — Tu leży cały skarb. Któżby pomyślał!
— Jeden o tem wiedział — zauważyłem.
— Kto?
— Mój stary bimbaszi z Bagdadu, o którym ci opowiedziałem.
— Tak, słusznie! Tego człowieka musimy bardzo surowo ukarać.
— Ukarać? Dlaczego?
— Dlatego, że nic nie podał absolutnie do wiadomości władzy o tym składzie.
— Wszak nie mógł, gdyż ślubował milczenie. Miast kary, zasługuje raczej na możliwie wysokie wynagrodzenie, gdyż li tylko jemu mamy do zawdzięczenia odkrycie tego miejsca. Najmniejsze jednak, co możemy dlań uczynić i uczynić musimy, jest wypłacenie mu tej sumy, którą na nim wymusił Sefir.
— Jak wysoka jest?
— Tego nie wiem; nie powiedział mi tego. Ja zaś uważałem że nietakt o to go pytać.
— A więc rzeczywiście nagroda zamiast kary?
— Tak. Będę cię, choć bez jego upoważnienia, prosił o pozwolenie opowiedzenia wysoce interesującej, lecz jakże niemożliwej przeszłości tego człowieka; wówczas zrozumiesz może zainteresowanie się nim i wstawiennictwo. On był także chrześcijaninem i stał się oficerem padyszacha, gdyż...
— Dobrze, dobrze na teraz! — przerwał generał, gdyż zrozumiał zamierzone przeze mnie porównanie. — Potem zdasz mi o nim szczegółowe sprawozdanie; na teraz wystarczy mi w zupełności, że ty się za nim wstawiasz. Przypisujesz jemu zasługę odkrycia togo miejsca, podczas gdy ty sam jesteś tym człowiekiem, któremu my to zawdzięczamy. Wezmę więc w takiej mierze pod uwagę twoją przyjaźń i staranie się o starego, jak sobie życzysz i jak na to tyś się nam zasłużył, a nie on. Dla przywrócenia wszakże staremu poniesionej szkody potrzeba nam pieniędzy. Czyś nie powiedział, że również i one się tu znajdują?
— Tak, są tu w skrzyni. Proszę, chodź!
Miałem klucz i otworzyłem skrzynię. To był moment, w którym zdumienie paszy dosięgło kulminacyjnego punktu. Trwało dość długą chwilę, zanim mógł ze spokojem zbadać i przejrzeć zawartość skrzyni. Przedewszystkiem przeliczył pieniądze. Była bardzo, bardzo wysoka suma. Potem zainteresował się kamieniami i klejnotami.
— Nie mogę się doprawdy dość nadziwić! — zawołał. — Ten Sefir był na pewno przekonany, że odkrycie tego miejsca jest całkowicie wykluczone. Nie miałem, rzeczywiście, wyobrażenia o tem, że przemytnictwo odbywa się na tak wysoką skalę, i jest tak zdumiewająco popłatnym interesem. Chciałbym wiedzieć, czy ten łajdak trzymał tu cały swój majątek, czy też ma więcej takich składów!
— Może się czegoś w tym wypadku dowiemy od przemytników. Nie sądzę, aby Sefir był jedynym przedsiębiorcą, szefem tego interesu. Posłaniec, którego wysłał wczoraj, a raczej dzisiaj w nocy do sandżakiego, należy prawdopodobnie również do spółki. Być może, przedsiębiorcą jest całe towarzystwo ludzi bogatych, wysoko postawionych. Takie jest moje zdanie.
— Więc proszę cię, byś mi nieco szczegółowiej o tem powiedział. Jak dobrze, że nikt inny nie odkrył tych rzeczy! Nicby o tem nikomu nie mówił. To wprost nieprzezwyciężona próba widzieć te rzeczy i nie chcieć ich sobie przywłaszczyć!
— Nie dla nas — wtrącił Halef. — Ja sobie pozwoliłem jedynie na krótką uwagę, jakby się uradowała Hanneh, szczęście mojego życia i najwspanialsza róża z pośród wszystkich kwiatów państwa roślinnego, gdyby swe cudne ramię mogła przyozdobić tą branzoletą, która tam leży obok twej prawej ręki. Ale trzeba ci było usłyszeć przytem mego effendiego!
— Jaką branzoleta? Tą tutaj? — zapytał pasza, wyjmując ją ze skrzyni.
— Tak.
— Hanneh nazywa się władczyni twego haremu?
— Tak. Ona jest rozkoszą moich oczu, duszą mego ciała, słońcem moich dni...
Prawił tak długą jeszcze chwilę, by przekonać paszę w poetycznych wyrazach, że Hanneh jest nieporównaną i najwyśmienitszą kobietą na świecie. Osman Pasze wręczył mu branzoletę i rzekł:
— Weź więc, niechaj to się stanie własnością Hanneh, drogi Hadżi! Zawieź jej to, by widok tej branzolety radował jej oczy. Nie rób tylko żadnych ceregieli! Zapewniam cię, ze mam prawo zrobić ci ten prezent. Wszystko, co się tutaj znajduje, należy do padyszacha, którego zastępcą ja jestem; mogę więc działać, jak mi się podoba. Znacie wszak nasze stosunki. Droga do Stambułu jest daleka i to co ja chcę darować komuś, kto na to rzeczywiście zasłużył, nie powinno po drodze zniknąć w rękach osób całkiem niepowołanych.
Miał słuszność. To też Halef nie wzdragał się; szybko schował branzoletę do kieszeni, poczem naprawił tę nieco zbytnią gotowość, obsypując paszę wyrazami wdzięczności. Osman zwrócił się również do mnie z propozycją, bym sobie wziął jaką pamiątkę; odmówiłem jednak. O tem, że wziąłem obraz, zamilczałem, w przeciwnym bowiem razie byłbym zmuszony podać przyczyny mego postępku. Nie uważałem tego wszystkiego za własność padyszacha, lecz za dobra tymczasem bezpańskie. Kiełkowało we mnie niejasne przeczucie, że podobizna Dżafar-mirży przysporzy mi jeszcze korzyści w trakcie mej podróży. Miałem niepłonną nadzieję, że uda mi się go spotkać w Persji; chciałem wtedy zapytać go o łączność z sillanami, to też nic sobie nie robiłem z tajemnego przywłaszczenia portretu księcia perskiego.
Zwróciłem teraz uwagę paszy na księgę buchalteryjną. Wyraził zdumienie ze znalezienia jej i jął przewracać uważnie kartki. Księga sięgała, jak wspomniałem, na szereg lat wstecz. Pasza nagle zatrzymał się, spojrzał uważniej na stronicę, którą tylko co otworzył, i spytał mnie o nazwisko bimbasziego z Bagdadu; gdy mu ie wymieniłem, rzekł:
— Wygląda na to, jakby mnie napominano, ażebym mu zwrócił zrabowana mienie. Tu oto znajduje się data, jego imię, jak również suma okupu. Ta buchalteria jest właściwie niesłychaną bezczelnością Sefira. Suma opiewa na pięć tysięcy tumanów perskich. Co zrobić?
— Czy chcesz mnie wysłuchać, hazretim?
— Owszem, jeżeli to nie potrwa zbyt długo.
— Opowiem ci więc pokrótce, uważam jednak za swój obowiązek teraz donieść to, co ci zamierzałem o nim opowiedzieć.
Opowiedziałem mu w skróceniu to, co stary bimbaszi nam opowiedział w ów pamiętny wieczór na dachu swego domu, starałem się przytem nastroić paszę możliwie najłaskawiej w stosunku do niego. I udało mi się, gdyż, skoro tylko ukończyłem swój wywód, Osman Pasza skinął ku mnie przyjaźnie głową i rzekł:
— Tu znowu znać Karę ben Nemzi! Wzruszyłeś mnie. Twój stary dzielny przyjaciel nietylko otrzyma to, co mu zabrano, lecz pomyślę również o nim i pod innym względem; porozumiem się w jego sprawie z paszą z Bagdadu. Kwotę, jaką mu zrabowano, posiadamy; wręczyłbym ci ją natychmiast, ale wszak złoto jest ciężkie i nie będziesz mógł się z niem wlec.
Halef szybko wtrącił:
— Wlec? Dlaczegóż nie? Mamy wszak konie. Gdybyś dam dał nawet całą skrzynię, moglibyśmy ją też zabrać. Spróbuj tylko! Leży dokoła dość płótna, w które moglibyśmy złoto zawinąć. Natychmiast zrobię pakunek!
I rzeczywiście. Wkrótce, w ciągu paru minut zaledwie, pięć tysięcy tumanów leżało odliczonych i zapakowanych, a generał, którego rozśmieszyła gorliwość Halefa, poprosił mnie, abym mu natychmiast doniósł, gdyby się okazało, że suma zrabowana jest inna, aniżeli kontowana w księdze. Poczem ciągnął dalej:
— Ja, oczywiście, uprzątnę tu wszystko. Następnie przy pomocy prochu uczynimy miejsce niedostępne, ażeby uniemożliwić podobnym nocnym ptakom powtórne zagnieżdżenie się tutaj. Także otwór, przez który wleźliście, musi być zasypany. Szajkę przemytników również rozsadzę, nie prochem t. ;j. surowością, lecz dobrocią, która jest rzeczą mądrą, jak się o tem wkrótce przekonasz. Teraz natomiast wyjdźmy znowu na światło dzienne. Muszę tam wykonać porządną robotę. Dałeś mi do niej normę postępowania: krew za krew.
Czy wypowiedział temi słowy mój rzeczywisty pogląd, to mnie narazie nie obchodziło. Przekazałem mu wszystko i z zadowoleniem wycofałem się z kierownictwa całą sprawą. Co miało dalej nastąpić, nie było już naszą, lecz jego rzeczą. Moja i Halefa robota była ukończona.
Gdy wróciliśmy do obozu, bimbaszi zameldował, że wyznaczone cięgi zostały wymierzone. To oznajmienie było zresztą całkiem zbędne, gdyż oko już nam powiedziało, co się tutaj działo.
Teraz, przedewszystkiem, uprzątnięto z kanału trupy jedenastu Persów i sprowadzono je. Ich wygląd był tu, w świetle dnia, okropniejszy, niż tam, w ciemnym kanale. Na surowem nieruchomem obliczu paszy malowało się niezachwiane postanowienie. Zbliżył się do Sefira, i spytał go, jak uprzednio:
— Czyś napadł na karawaną Piszkhidmet-baszi?
— Nie! — ryknął wściekle, jak krwiożercza bestia, zagadnięty.
— Dobrze! Ponieważ nie przyznajesz się, jeszcze dziś zostaniesz powieszony!
— Jestem Persem! Nie zapominaj o tem!
— Jesteś mordercą, więc zostaniesz powieszony!
Poczem skierował to samo pytanie również do Ghazaiczyków. Nie zmiękli pod wpływem chłosty i odpowiedzieli przecząco.
— W takim razie i was się powiesi! — stwierdził. — Zwołam zaraz mehkeme.
— Nie waż się tego uczynić! — odparł stary lis. — Jesteśmy wolnymi Beduinami i podlegamy tylko własnym prawom!
— Zgadzam się z wami. A więc postąpię tak, jak chcecie! Jak brzmi wasze prawo odnośnie morderstwa?
Krew za krew, życie za życie. Ale my nie jesteśmy mordercami!
— Czem wy jesteście, wiem doskonale; możecie się przyznać lub nie. Krew za krew!
— Zgoda! Zostaniecie więc rozstrzeleni, a nie powieszeni!
— Śmiejemy się z tego! Plemię nasze pomści nas, a tego ty się wszak boisz!
— Łajdaków się nie obawiam! A jeżeli chcecie się śmiać, śmiejcie się już teraz! Za chwilę bowiem będzie za późno. Bimbaszi, czy znajduje się muballir[29] między twymi ludźmi?
— Tak, hazretim! — orzekł zagadnięty.
— W takim razie wszystko może szybko się odbyć, i nie trzeba będzie posyłać do miasta. Niechaj wystąpi! Daję tym krwawym psom Ghazaiczykom, pomimo że nie zasłużyli na to, kwadrans czasu na przygotowanie się do śmierci przez rozstrzelanie. Mogą się śmiać albo modlić; wybór należy do nich.
Po tych słowach twarz jego nabrała znowu wyrazu przyjaznego. Skinął na mnie, bym z nim poszedł, zbliżył się do leżących na uboczu przemytników i zagadnął ich przytłumionym głosem:
— Ciężki popełniliście występek, bardzo ciężki, i powinniście właściwie długo sterczeć w więzieniu; ale nie jesteście mordercami i otwarcie przyznaliście się do winy. Dlatego też postąpię z wami łagodnie, i nadto obwieszczę wam, co następnie: Z przemytnikami należy tak postępować, jak rozkazał padyszach; do tego jednak potrzeba, aby każdy kumrukdżi[30] znał wybiegi przemytników tak dokładnie, jak wy je znacie. Wobec tego mam zamiar uwolnić każdego z was od kary i uczynić go nadomiar kumrukdżim, jeżeli się zgodzicie zdradzić mi wszystko, co wiecie. Przyczem zwracam waszą uwagę, że jeżeli ktoś z was przy wypełnianiu swej nowej pracy, jako urzędnik celny, dopuści się jakiego oszustwa czy nieuczciwości, wówczas kara, która mu teraz grozi, zostanie nietylko zastosowana, lecz w dwójnasób zaostrzona. Nie uwolni się więc was całkowicie od kary lecz warunkowo; uczciwemu kara zostanie darowana, a nieuczciwy odcierpi ją podwójnie. No, kto się z was zgadza?
Tak radosnego „wszyscy!“, jakie w tej chwili rozebrzmiało, nigdy jeszcze nie słyszałem. Pasza skinął, ujął mnie pod ramię, odprowadził na ubocze i spytał:
— Czy będzie się pan śmiał ze sposobu ukarania tych łajdaków?
— Nie. Jestem przekonany, że, choć działał pan wbrew nakazom prawa, postąpił pan bezwzględnie dobrze i mądrze.
— To wystarczy. Nie mam wyrzutów sumienia, że się minąłem z ustawą. Sam pan wszak powiedział, że nie jesteśmy ani w Stambule, ani w Paryżu. Inny kraj, inni ludzie, i inne ich traktowanie. Dlatego właśnie, dlatego też wszyscy Ghazaiczycy zostaną rozstrzelani bez uprzedniej rozprawy sądowej. Czy chce pan być świadkiem egzekucji?
— O nie, proszę mnie zwolnić! Przybyliśmy tutaj, aby zwiedzić parę miejsc, które uprzednio poznaliśmy, lecz nie mieliśmy do tej pory na to czasu. Chcemy jeszcze dziś wieczorem być w Hilleh, przeto najwyższy czas ruszyć nam w drogę.
Halef wprawdzie byłby chętnie asystował przy rozstrzeliwaniu, ale nie chciał się przeciwstawiać memu postanowieniu. Ruszyliśmy tedy drogą z Kerbeli, pogrążeni we wspomnieniach owego pamiętnego a tak dla nas obfitego w przygody dnia. Na to samo miejsce, gdzie podówczas zawróciliśmy, powróciliśmy także i teraz, jadąc dokładnie tą samą drogą, którą owego dnia przebyliśmy. Halef przypomniał teraz, iż tutaj dostrzegł we mnie pierwsze oznaki dżumy. Po chwili dotarliśmy do miejsca, gdzie odnaleźliśmy ciała drogich nam zamordowanych. Zatrzymaliśmy się tutaj dłuższy kawał czasu.
Poczem podążyliśmy dalej w kierunku wieży, nie bezpośrednio wszakże, lecz objechaliśmy ją z południowej strony, i przybyliśmy akurat w największy skwar nad małą wodę, której brzeg przez dłuższy czas służył nam za obóz szpitalny, albowiem zaraza nie oszczędziła wówczas i Halefa. Ponieważ znajdowała się tutaj niegęsta wprawdzie trawa, zeskoczyliśmy z koni, aby im dać odpoczynek, sami zaś gawędziliśmy o tych smutnych dniach, któreśmy tu przeżyli. Następnie ruszyliśmy do ruin, u stóp których zgotowaliśmy wówczas zmarłym ostatni ziemski spoczynek[31].
Zbyteczne nadmieniać, że mój mały żywy Halef odmalowywał w czasie tej jazdy po miejscowościach pełnych bolesnych wspomnień swoje uczucia w najróżnorodniejszych barwach i zwrotach, snując zarazem najśmielsze nadzieje co do naszej obecnej podróży. Gdy potem zawróciliśmy do naszego obozu — dowiedzieliśmy się, że Osman Pasza znajduje się wraz z oficerami w Birs, ażeby dokonać spisu znajdujących się tam przedmiotów, które należało uprzątnąć. Posłał do miasta po juczne wielbłądy i żołnierzy, tych ostatnich dla zluzowania Amuhda Mahuliego i jego ludzi; mieli przywieźć ze sobą wszystko, co było niezbędne dla pochowania Persów i ich morderców, którzy tymczasem, pod naszą nieobecność, zostali rozstrzelani.
Sefir cicho leżał skulony na swojem miejscu; nie troszczyłem się więcej o niego. Piszkhidmet-baszi zapytał mnie, jak jest z jego własnością, której domagał się zpowrotem; wskazałem krótko na generała. Co się tyczy przemytników, to zostali zwolnieni ze swych więzów i chciwie teraz pracowali nad tem, by wydobyć z podziemnych składów towary, które nazwozili w czasie swoich nocnych wypraw.
Bimbaszi doniósł mi, że zluzowanie wkrótce nastąpi i że wraca do Hilleh; przyrzekłem mu towarzyszyć, i do rana być jego gościem. Pozostawiliśmy uprzednio pakunek z pięciu tysiącami tumanów na górze w pokoju Nr. 3, gdyż były tam zupełnie bezpieczne; teraz zaś udaliśmy się tam, by je zabrać. Uprzątanie podziemi szło bardzo żwawo. Gdy się pasza dowiedział, że zamierzam wkrótce udać się do miasta, zaprosił mnie, abym zamieszkał w „pałacu rządowym“; zmuszony bylem jednak odmówić wobec uprzednio danego bimbasziemu słowa. Ażeby rozproszyć me obawy, generał oświadczył mi, że nie czuje się z tego powodu bynajmniej dotknięty; przy nawale pracy i tak nie byłby w stanie dostatecznie mną się zająć tego wieczora. Skorzystałem teraz ze sposobności, by opowiedzieć mu to, o czem całkowicie zapomniałem, mianowicie, że, dla zaostrzenia gorliwości żołnierzy przy zdobywaniu Birsu, przyrzekłem każdemu z nich po sto, a podoficerom po dwieście piastrów. Pochwalił to i natychmiast wypłacił mi ze znalezionych pieniędzy odnośną sumę.
Ośmielony tą gotowością, opowiedziałem mu również, jak długo biedny bimbaszi był bez żołdu. Odrzekł mi niby żartem, a w gruncie rzeczy poważną uwagą:
— Pan wydajesz się chcieć rozlać po całym świecie szczęście wieży babilońskiej. Powstrzymaj się pan, gdyż źródło, któreś tu odkrył, może się wyczerpać! Proszę, oto pieniądze dla niego w dowód uznania jego zasług, nie zaś jako zaległa gaża, o wypłatę której jutro się dodatkowo zatroszczę.
Podał mi ze skrzyni rękę pełną złotych monet. Podziękowałem serdecznie i pożegnałem się z nim na dzisiejszy wieczór. Halef zniósł ciężki pakunek pieniędzy naszego starego bagdadzkiego przyjaciela z wielką dumą z Birs Nimrud.
Jakże się radował Amuhd Mahuli ze złotych tumanów, które mu przyniosłem! A kiedy potem zacząłem rozdzielać przyobiecana premje, radość jego ludzi była także ogromna.
Wkrótce potem nastąpiło zluzowanie, poczem opuściliśmy wraz z naszymi kawalerzystami „starą Babel“, która również i tym razem tak nam źle życzyła Szambelan pozostał, aby skierować swe żądanie do paszy. Byłem z tego zadowolony, gdyż nie chciałem już o tym człowieku nic więcej słyszeć. — — —

∗             ∗

Wiadomość o naszej nocnej jeździe do Birs, jej celu oraz powodzeniu wyprawy rozeszła się szybko po mieście; to też niezliczona ilość ludzi nas podziwiała, przyjmując coprawda bynajmniej nie gromkimi okrzykami. Że przeklęty chrześcijanin, który niedawno temu stawał oskarżony przed mehkeme i nie dal się zgnębić, osiągnął teraz tak wielkie powodzenie, to w żadnym wypadku nie mogło się spodobać szyitom, zwłaszcza że wielu z nich było zapewne tajnymi sprzymierzeńcami przemytników. To też widziałem, że większość oczu spoglądająca na nas nie była przyjaźnie, lecz złowrogo względem nas usposobiona.
Bimbaszi zamieszkiwał mały, stary domek, w podwórzu którego umieściliśmy nasze konie. Pokój gościnny, jaki nam przygotował, był właściwie tylko kątem, a jednak czuliśmy się u niego niezwykle dobrze, albowiem, choć mieszkaliśmy w tym kącie, gościło nas serce jego. Amuhd Mahuli, z ostrożności przed nienawistnie do nas usposobioną ludnością, zarządził straże na wieczór i całą noc; mieliśmy więc zapewniony spokój. W wielkiej serdeczności przedstawił nam swój harem, żonę i dzieci, ludzi prostych, lecz dobrych, którym obecna poprawa losu nie była do pozazdroszczenia.
Spędziliśmy zatem ciekawie wieczór, który z pełnem prawem nazwać mogę wieczorem biblijnym, i jestem przeświadczony, że nasienie rzucone na tak wrażliwy i urodzajny grunt wydało dobry zdrowy plon. Gdy rano podnieśliśmy się z nieszczególnego posłania, gospodarz nasz zdążył już być u paszy, aby, się u niego dowiedzieć, że ma wyruszyć do Bagdadu w celu wręczenia tamecznemu baszy pisemnego sprawozdania z wczorajszych wydarzeń, przyczem może mu na żądanie udzielić obszernej ustnej relacji. General chciał mi tem sprawić miłą niespodziankę, gdyż niezmiernie się ucieszyłem, że będę miał bimbasziego za towarzysza podróży.
Przed odjazdem udałem się, oczywiście, do „pałacu rządowego“, ażeby się pożegnać z Osmanem Paszą i złożyć mu swe podziękowanie. Wyraził nadzieję zobaczenia mnie u siebie w Stambule w czasie mej powrotnej drogi z Persji, i doniósł mi wszystko, czego się jeszcze wczoraj dowiedział od warunkowo ułaskawionych przemytników. Dla niego było to wiele, dla mnie zaś nic, coby mi mogło wyjaśnić lub być pomocnem przy wyświetleniu sprawy sillanów i „Róży z Sziraz“. — — —




∗             ∗

Drogę naszą do Bagdadu mogę przemilczeć: nie przyniosła nam nic ciekawego. Ale kiedy rozstaliśmy się z Amuhdem Mahulim, który musiał się udać do paszy, i stanęliśmy przed naszą gościnną bramą, słysząc z za muru wlokącego się powoli starego bimbasziego, rzekł Halef:
— Teraz dopiero rozpoczną się okrzyki zdumienia! Pozwól mnie mówić, mnie, mnie, mnie, a ty milcz, o sihdi! Proszę cię o to serdecznie, bardzo serdecznie!
Ukazał się śpiczasty nos i stara, blada, ale ukochana twarz:
— To my, my! — oznajmił Hadżi.
Niezrozumiałe dla mnie wyrażony okrzyk radości wydobył się z pomiędzy cienkich bezkrwistych warg; poczem rozwarła się brama. Halef natychmiast podjechał aż do samych drzwi domu, zsiadł z konia, odwiązał pakunek pieniędzy, z siodła i zawołał:
— Chodźcie do pokoju! Przedtem ani słowa!
I skierował swe kroki do pokoju bimbasziego; ten szedł za nim bez słowa. Zaledwieśmy weszli, dał się za nami słyszeć ciężki oddech, jakby z głębi płuc człowieka, który biegł galopem dwie godziny; to oddychanie było całkiem zrozumiałe, gdyż nadszedł gruby Kepek.
Halef zapytał teraz bimbasziego:
— Czy przypominasz sobie wszystko, cośmy mówili?
— Tak — skinął bimbaszi.
— Powiedziałem ci wtedy, że nigdy nie wejdę do Birs Nimrud bez bicza. Rzekłem również, że pragnąłbym, by Sefir spróbował uwięzić nas w Birs, a przekonałbyś się, jak szybko się uwolnimy z rąk tego łotra, i sami go uwięzimy. Czy przypominasz sobie to wszystko?
— Tak.
— Jak wysoka była suma, którą ci wówczas Sefir zrabował?
— Równe dwieście tysięcy piastrów — odpowiedział staruszek, nie mogąc jeszcze połapać się w promieniejącem radością obliczu Hadżiego.
— Czy suma ta równa się pięciu tysiącom perskich tumanów?
— Tak, równa się.
— A więc słuchaj! Byliśmy więźniami Sefira...! Ja zabrałem ze sobą mój harap do wieży...! Uwolniliśmy się...! Sefira myśmy uwięzili, związali i oćwiczyli...! Musiał pieniądze zwrócić i zostanie powieszony...! Tyle tylko chciałem ci przedewszystkiem powiedzieć. Jesteśmy zpowrotem i zwalniamy cię również z przysięgi, że będziesz milczał i nie opuścisz Bagdadu; jest już teraz zbyteczna, gdyż banda została wytępiona, i nikt ci nie będzie już szkodził.
W tej chwili usłyszałem za sobą coś ciężko padającego. Odwróciłem się i ujrzałem leżącego na ziemi grubego służącego, którego ręce i nogi konwulsyjnie drżały. Upadł z radosnego przerażenia. Podniosłem go, zużywszy przytem wszystkie moje siły. Gdy tylko wstał, podbiegł do Halefa, wyrwał mu paczkę z ręki i, kiwając się jak kaczka, wybiegł szybko bez słowa z pokoju. Tłusty przezorniś chciał przedewszystkiem zabezpieczyć nervus rerum gerendarum, w czem mu nikt, nawet własny pan, nie przeszkodził.
Ten stał przed nami jak posąg. Z rozwartemi oczyma spoglądał to na mnie, to na Halefa.
— Więc... wy... byliście... w...? — spytał wreszcie, nie mogąc wszakże dokończyć zdania.
— Tak — potwierdziłem. — Jest wszystko tak, jak Halef powiedział. Otrzymałeś swe pieniądze zpowrotem. Sefir zaś został na zawsze unieszkodliwiony.
Padł na kolana. złożył ręce i modlił się, modlił tak głośno i żarliwie, że łzy nam stanęły w oczach. Dziękował Bogu za nieoczekiwany ratunek z ustawicznego cierpienia, jakie mu sprawiała wymuszona przysięga. Gdy wykonał pierwszy potężny odruch serca, powstał i zapytał, nie, chciał zapytać, ale nie uczynił tego, gdyż drzwi się otworzyły, a Kepek wetknął głowę i rzekł:
— Pieniądze były bardzo ciężkie; schowałem je; bardzo dobrze je ukryłem.
— Gdzie? — zapytał pan.
— W kuchni. Ukryłem je pod baharem[32], gdzie żaden złodziej nie będzie ich szukał. Są więc zupełnie bezpieczne. Daj mi pięćdziesiąt piastrów, panie!
— Pięćdziesiąt piastrów? Taką sumę! Nie mam ich dzisiaj! Poco ci tyle pieniędzy?
— Potrzebna mi jest kawa, tytoń, mięso, mąka i wiele innych rzeczy.
Allah w Allah! Znowu? Wszak dopiero wczoraj czyniłeś, zakupy! Wyszedłeś po obradzie i wróciłeś dopiero wieczorem, kiedy już było ciemno!
— O effendi, o emirze, czy chcesz mnie znowu zmartwić tak bezpodstawnemi wyrzutami? Niema ani jednego sajis[33] w tm mieście, któryby tak szybko wszystko załatwiał, jak ja to zwykłem czynić. Tracę wprost oddech; nogi drżą z wewnętrznego wzburzenia, a chorowite me serce domaga się spokoju i odpoczynku.
— I gadulstwa w pierwszym rzędzie!
— Nie zasmucaj znów mego znękanego serca, o panie! Siedzę, zazwyczaj w kawiarni tak cicho, jak umarły w grobie. Wczoraj poczyniłem zakupy dla ciebie i dla siebie; wiesz, dla nas wystarczą niezbyt wybredne potrawy; kiedy się jednak przyjmuje drogich gości, wówczas i zakupy stają się droższe! — Mogłoby się zresztą obejść bez tego, ażebym był zmuszony te rzeczy wyjaśniać ci w ich obecności! Mamy wszak święcić szczęśliwy powrót, dlatego też muszę wydać pięćdziesiąt piastrów co najmniej.
— Ależ ja nie posiadam teraz tylu pieniędzy!
— O, nieszczęście mego życia! O, ogromie moich trosk! Cóż powie kahwedzi[34], gdy doń przyjdę z próżnemi rękoma! Stracę honor i mogę się pożegnać z zaufaniem wszystkich mych bliźnich!
— Dlaczego?
— Gdyż jestem mu winien dwadzieścia piastrów; pożyczyłem je od niego celem zdobycia nowego glinianego garnka, na zakupno którego nie pozwalała moja kasa.
— Czyż gliniany garnek kosztuje dwadzieścia piastrów?
— Nie. Dałem zań pięćdziesiąt para, ale stłukł mi się po drodze: musiałem więc kupić drugi, który mi znowu wytrącił z ręki jakiś biegnący galopem osieł; roztrzaskał go w kawałki. Kupiłem trzeci i udałem się do kawiarni, aby uspokoić się i zapomnieć o tem przykrem wydarzeniu. Ale pech chce, że usiadłem na nim przez nieuwagę, co przy wadze mego ciała, pojmujesz chyba, spowodowało, że pozostały z niego jedynie skorupy, które na nawo tyle zmartwień mi przysporzyły, że nie byłem w stanie ruszyć się; pozostałem więc tak na ławie, gorliwie rozmyślając nad szczątkami nieszczęśliwego garnka. I wtedy zlitował się nade mną mój przyjaciel, kahwedżi, i sam udał się na jarmark, aby mi kupić czwarty i z rzędu nowy garnek; ten był większy i kosztował siedemdziesiąt para. Widząc tę całą i tragedię garnków, zebrani tani przyjaciele i znajomi moi zlitowali się nad mem nieszczęściem, i uczynili mi dobroczynną propozycję wypicia jednej kawy i jednej limoniady na cześć trwałości tego czwartego garnka; oczywiście, chętnie zgodziłem się na to. Z jednej kawy i jednej limoniady zrobiło się znacznie więcej na skutek wielkiego i szczerego współczucia tych dobrych ludzi, więc, jako człowiek światły, winieneś uznać za zupełnie zrozumiały fakt, iż zadłużyłem się u kahwedżiego na dwadzieścia piastrów, które mu też muszę natychmiast zwrócić, nie chcąc narazić na wieczne czasy swojej i twojej czci.
Miałem wielką chęć roześmiać się z tej interesującej historii garnków, lecz powstrzymałem swą wesołość na widok zasmuconego wyrazu twarzy, jaki miał bimbaszi, wzdychając:
— Dwadzieścia piastrów za trzy stłuczone i jeden cały, garnek! Ale jaką korzyść, u licha, może mieć garnek, gdy się na cześć jego trwałości i na mój rachunek pije kawę i limoniadę! Onbaszi, nie jestem wcale z ciebie zadowolony! I jakżeż mam ci dać pięćdziesiąt piastrów, skoro tak wielkiej sumy nie posiadam? Co zrobić?
— Masz przecież pieniądze!
— Gdzie?
— W kuchni pod korzeniami! Tam nawet jest więcej, znacznie więcej, niż mi potrzeba, leży tam pełnych dwieście tysięcy piastrów! Mam nadzieję, żeś nie zapomniał o tem!
— Nie waż mi się tknąć tych pieniędzy!
— W takim razie zezwolisz mi sprawdzić z łaski swojej, czy nie masz gdzie paru piastrów, które uszły twej uwagi!
Można było pęknąć z uciechy, przyglądając się powadze; z jaką rozmowa była prowadzona. Także Halef powstrzymywał się ze wszech sił, by się nie roześmiać; mrugnął do mnie pytająco, a gdy skinąłem mu przyzwalając, rzekł do bimbasziego:
— Siedziałem w ciągu całego dnia w siodle, i dlatego będzie dla mnie bardzo zdrowe, jeżeli się teraz trochę przejdę. Jeżeli pozwolisz, bimbaszi, udam się natychmiast do miasta, aby zakupić, to wszystko, co potrzebne jest onbasziemu.
A grubas wtrącił szybko i gorliwie, nie czekając na odpowiedź swego pana:
— Tak, na to pozwalamy; pozwalamy nawet bardzo chętnie! Pójdziesz i zapłacisz; ja także z tobą pójdę!
— Nie, ty zostaniesz. — odparł Hadżi. — Gdybym ciebie zabrał, powrócilibyśmy zapewne dopiero jutro; byłbym przy tobie jak małe szybkie ptaszę przy powolnym żółwiu.
— Ależ trzeba zwrócić pieniądze memu kahwedżiemu, a ty go nie znasz i nie wiesz, gdzie mieszka!
— O, ten może trochę zaczekać! — stwierdził bimbaszi. — Ciebie do niego nie gnają dwadzieścia piastrów, któreś mu winien.
— A cóż, effendi? — zapytał grubas z najniewinniejszą miną.
— Chcesz mu opowiedzieć; chcesz opowiedzieć o dwustu tysiącach piastrów; chcesz nawet wyznać, gdzie leżą, aby wykazać wielkość twej mądrości i rozwagi. Znam cię!
— Oh, jakie okropne posądzenie! Jeżeli sobie tego życzysz, będę o mniejszej, znacznie mniejszej sumie mówił. Czy dobrze będzie, jeśli opowiem zaledwie o stu pięćdziesięciu tysiącach albo nawet o stu tysiącach piastrów? Chcę być skromny.
— Nie będziesz wcale mówił o tych pieniądzach; Hadżi Halef Omar sam pójdzie!
— Mówisz to tak stanowczo! Czy to rozkaz, któremu mam być posłuszny?
— Tak.
Ombaszi podreptał tedy do ściany, złożył ręce i, siadając w opisanej już wyżej pozycji, zaczął jęczeć:
— W takim razie siądę i już nie wstanę! Jeżeli Halef ma przywieść te rzeczy beze mnie, może je też sam upiec i ugotować! Trudno, zgadzam się, skoro innej rady nie mam. Więc będę siedział! Bardzo jednak ciekaw jestem tego, coście przeżyli w czasie waszej obecnej jazdy, i proszę cię, Hadżi Kara Ben Nemzi Effendi, opowiedz mi to wszystko, skoro inż mam tu siedzieć bezczynnie!
Halef szybko i energicznie zaprotestował:
— Nie, nie! Effendi, przyrzeknij mi, że będziesz milczał, i ani słowa nie powiesz aż do mego powrotu! Wiesz, że tylko ja mam dar wymowy i powołanie do zachwycającego sposobu opowiadania. Sprawisz mi jedną z największych rozkoszy ziemskich, skoro udzielisz mi prawa być jedynym, a w każdym razie pierwszym opowiadaczem przygód w Birs Nimrud! Usilnie cię więc proszę, abyś czekał do mego powrotu. Zgoda, drogi sihdi?
— Tak — odparłem.
— Nie powiesz ni siłowa?
— Nie. Nie chcę cię pozbawiać radości: ale pamiętaj, jeżeli zbyt długo zabawisz w mieście, a potem będziesz zajęty jeszcze w kuchni, cierpliwość bimbasziego i onbasziego wystawione będzie na zbyt wielką próbę.
— Pośpieszę się, pośpieszę się, sihdi! Będę formalnie skakał. Nie mam wcale zamiaru piec czy gotować, lecz zakupię jedynie takie potrawy, które będziemy mogli zjeść tak, jak je przyniosę. Będziesz więc spokojnie czekał i nic nie powiesz?
— Zgoda. Lecz pół godziny tylko, nie dłużej!
— To wystarczy; wrócę wcześniej, znacznie wcześniej! Bądź więc tymczasem zdrów i trzymaj język za zębami!
Przy ostatniem słowie był już za drzwiami, a gdy wrócił, upłynęła zaledwie połowa drugiego kwadransu; kąpał się cały w pocie — tak się śpieszył.
— Wszystko jest w kuchni! — oznajmił. — Co teraz ma być: opowiadanie czy jedzenie?
— Opowiadanie — odrzekł bimbaszi.
— Jedzenie — Zawołał grubas.
— A może jedno i drugie? — zapytałem.
— Nie jednocześnie! — prosił Halef. — Usta moje nie są wrotami, któremi możną jednocześnie wjeżdżać i wyjeżdżać. W tym samym czsie, gdy do ust wezmę kawał mięsa, nie mogę wszak wydobyć na wargi piękna mej wymowy. A poza tem, rwący potok wymowy nietylko pójdzie w cień, lecz się zupełnie zatraci przy wymogach żołądka i pracy zębów!
— A więc opowiadaj teraz, a potem będziemy jedli! Kepek nie umrze tymczasem z głodu.
Grubas odpowiedział równie głębokiem a długiem, jak i przeczącem westchnieniem, przyczem dotknął rękoma tego miejsca, gdzie pod grubą warstwą tłuszczu winien się był u niego odbywać szlachetny przebieg trawienia. Halef, nie bacząc na to, przybrał odpowiednią postawę i rozpoczął swą opowieść z miną, z której można było wywnioskować, że usłyszymy arcydzieło wschodniej wymowy.
I usłyszeliśmy je! Na tem krótkiem stwierdzeniu niechaj poprzestanę. Wspomniałem już niejednokrotnie o jego sposobie wyrażania się, więc zadowolę się jedynie skonstatowaniem, że osiągnął całkowicie zamierzony skutek. Zrywając się często, by słowa swe podkreślić energicznemi ruchami, porwał formalnie bimbasziego; a nawet Kepek, który siedział podparty o ścianę, tak przejął się opowieścią, iż, niepomny na zachowywanie równowagi, coraz bardziej obsuwał się i ześlizgiwał się, tak że, gdy Halef wreszcie zakończył swą opowieść bombastycznem zdaniem, biedny Kepek uderzył głową o podłogę.
— Jakie niebezpieczne a zadziwiające wydarzenie! — zawołał blmbaszi. — Wprost nie do uwierzenia, żeście coś podobnego przeżyli!
— Już po mnie! — skarżył się grubas. — Zainteresowanie mnie zabiło; wszystkie członki bolą mnie z zachwytu! Pomocy, pomocy! Hadżi Halefie, podnieś mnie!
Halef wszelkiemi silami starał się zaspokoić tę prośbę. I gdy wreszcie podniósł jak rak czerwonego z wysiłku służącego, ten klasnął grubemi rękami i przyznał, przewracając przytem z podziwu małemi, ledwie widocznemi oczyma:
— Naprawdę jesteście bohaterami! Niema dla was nic trudnego i wielkiego! Więc ten ryczący lew, Sefir, jest w niewoli, zaprawdę w niewoli?
— Tak — odrzekł Halef dumnie. — Jest wszystko dokładnie tak, jak opowiedziałem. Ten ryczący lew, jak go nazywasz, jest teraz zdeptanym robakiem, który wam już nic nie może złego uczynić.
— Boję się go jednak — odrzekł bimbaszi. — Sefir jest tak niebezpiecznym człowiekiem, że dopiero wtedy będę mógł się go nie obawiać, gdyż już żyć nie będzie. Żeście, mimo mego ostrzeżenia, z nim rozpoczęli, to było wielką odwagą, było nawet zuchwalstwem. Podziwiam, effendi, twoją odwagę, roztropność, zimnokrwistość, twoją mądrość i chytrość; jestem ci winien dozgonną wdzięczność, żeś przytem w ten sposób o mnie pamiętał; dokonaliście tego, czego nikt inny nie byłby w stanie uczynić; ale wtedy dopiero będę całkowicie spokojny, gdy usłyszę, gdy będę wiedział z datą pewnością, że Sefir nie żyje.
Chciałem mu na to odpowiedzieć, rozległo się jednak z zewnątrz, przy furtce, silne pukanie.
— Ktoś idzie, emirze. — rzekł Kopek do swego pana. — Idź ty, by zobaczyć, kto to jest. Jestem tak zmęczony, tem, co usłyszałem, że znowu muszę usiąść.
I znów podczołgał się pod ścianę, a posłuszny bimbaszi pobiegł ku bramie. Upłynęło dość dużo czasu, zanim powrócił: nie wrócił sam, lecz w towarzystwie... Amuhda Mahuli, któremu przed rozstaniem się podałem dokładny adres naszego bagdadzkiego przyjaciela.
— Wybacz, effendi, że cię już dzisiaj trudzę! — pozdrowił mnie Mahuli. — Chciałem cię dopiero jutro odwiedzić; ale pasza powierzył mi te oto dwa listy, które jeszcze dzisiaj winienem był wam wręczyć.
To rzekłszy, wyjął z kieszeni dwa pisma, z których jedno oddał bimbasziemu, drugie zaś mnie. Adres do mnie brzmiał: „Emir Kara ben Nemzi effendi z Dżermanistanu“; list do naszego gospodarza zaś zatytułowany był nie bimbaszi[35], lecz mir alai[36].
— Albo to omyłka, albo też list ten nie do mnie pisany! — rzekł bimbaszi.
— Bynajmniej, żadna omyłka; list należy do ciebie — odrzekł Amuhd Mahuli, uśmiechając się. — Zdałem tutejszemu paszy długie, wyczerpujące sprawozdanie od Osman-Paszy, które snać o nas wszystkich bardzo pochlebnie mówiło, albowiem tutejszy pasza, przeczytawszy pismo, podwoił swą uprzejmość względem mnie, podał mi rękę i potwierdził moją nominacię na bimbasziego. Kazał następnie podać kawę i fajki; musiałem się doń przysiąść i opowiedzieć szczegółowo o wszystkiem. Poczem napisał te listy i mnie do was przysłał. Biorąc listy, spojrzałem na adres i pozwoliłem sobie zwrócić mu uwagę, że, zamiast „bimbaszi“, napisał „mir alai“; wówczas odpowiedział mi, że tego sobie życzy Osman Pasza; jutro zaś wieczorem osobiście dopowie wam resztę.
Otworzyliśmy listy; zawierały niezwykłe grzeczne zaproszenie na asza[37] do paszy na dzień następny, więcej nic; ale to wszak wystarczało!
— Zaproszenie do paszy! Ja u paszy! I ta wyższa szarża! — zawołał poruszony starzec. — Co to ma znaczyć?
— Że Osman Pasze dotrzymał mi słowa — odrzekłem. Jesteś zrehabilitowany, jak to się u nas nazywa, i jeszcze więcej; mam przeczucie, że dowiesz się jutro o swej nominacji na pułkownika.
Wypuścił list z rąk i westchnął?
— Oby to rzeczywiście było prawdą!
— Brak jedynie stracenia Sefira, żeby przynajmniej w tym kierunku zwrócić mi spokój i równowagę ducha.
— Stracenie Sefira? — zapytał Amuhd Mahuli. — Przecież już nie żyie!
— Nie żyje? — zapytałem. — Nie wiem nic o tem!
Amuhd Mahuli obrzucił mnie znaczącem, poruzumiewawczem spojrzeniem i odparł:
— Umarł tak, jak mu przepowiedziałeś, sihdi.
— Kiedy i gdzie?
— Kiedy... jeszcze w wieczór tego samego dnia... Gdzie... w więzieniu; sam się powiesił.
— Sam...?
— Tak, sam. Osman Pasza był u niego w więzieniu, by go przesłuchać, poczem celę zamknięto. Gdy w pół godziny potem przyszedł dozorca z wodą, Sefir już nie żył. Powiesił się.
— Kiedy i kto ci o tem opowiedział?
— Dzisiaj rano jeszcze, gdy u mnie spałeś, a Osman Pasza kazał mi do siebie przyjść, ażeby mi polecić wyjazd razem z wami, opowiedział mi o Sefirze.
— Dlaczegoś więc przemilczał o tem wydarzeniu?
— Albowiem Osman Pasza prosił mnie o przyrzeczenie, ażeby ci opowiedzieć o śmierci Sefira dopiero w Bagdadzie. Może ty wiesz, jakie miał ku temu powody? I
Oczywiście, zdawałem sobie z tego sprawę. Obman powiedział bowiem Sefirowi, że jeszcze dzisiaj zostanie powieszony, i jego słowo się spełniło. Ażeby wyjaśnić okoliczności, nie musiałem bynajmniej wracać do Hilleh, by się tam o szczegółach u surowego sędziego poinformować; nie powiedziałby; mi ich zresztą; z drugiej zaś strony mogłem sam sobie na wszelkie ewentualne zapytania odpowiedzieć.
Niezmierne wrażenie wywarła wiadomość o śmierci Sefira na moim bimbaszim. Opadł z niego wszystek strach i troski; jak oszalały tańczył po pokoju, zapomniawszy o swoim wieku. Kopek natomiast wyrażał radość o wiele ciszej. Nie zabrakło mu nawet chęci, by zapytać Halefa, czy istotnie jedzenie już się znajduje w kuchni. Pytanie to przypomniało bimbasziezmu o obowiązkach gościnności; poprosił, aby Halef przyniósł potrawy i zaprosił Amuhda Mahuli nietylko do wzięcia udziału w wieczerzy, lecz i do zagospodarowania się u niego na cały czas pobytu w Bagdadzie; miejsca bowiem było więcej niż dosyć w starym domu. „Były kol-agasi a obecny bimbaszi“ przyjął z wielką ochotą ofiarowaną sobie gościnę; prawdopodobnie skrycie marzył o tem, aby przeżyć jeszcze jeden taki wieczór biblijny“, jak to było w Hilleh.
Spożyliśmy posiłek, składający się z samych zimnych dań, w wyjątkowo wesołym nastroju. Halef był w cudownym humorze, gdyż pozwoliłem mu opowiadać całe niemal legendy o naszych „bohaterskich czynach“; niemniejszą jednak atrakcją był gruby Kepek, pieczołowicie i bez wytchnienia poruszający szczękami; w skupieniu niezmiernem pochłaniał dary Boże.
Po spożyciu posiłku zajęliśmy się końmi, którym również należała się „uczta zwycięstwa“, jak Halef pośpieszył się wyrazić. Zakończyliśmy ten pamiętny dzień, odpoczywając na płaskim dachu i puszczając chmury dymu z długich tszibuków, — stwierdzając po raz setny, jak wielka zachodzi różnica pomiędzy wieczorem dzisiejszym a ową pamiętną nocą, poprzedzającą podróż do ruin.
Podkreśliłem gorąco i zwróciłem swym towarzyszom uwagę na to, że w całej sprawie widoczna jest siła wyższa, która nas prowadziła, że powodzenie przedsięwzięcia zawdzięczamy li tylko pomocy i opiece Bożej. Rozmowa zboczyła teraz na temat podniosły, przybrała wyraz podzięki Bogu — widziałem, że sprawiała zadowolenie nietylko Halefowi i mnie; obaj oficerowie byli jej również radzi. Długośmy tak w noc gwarzyli przy cichym poszumie liści palmowych. Gdy wreszcie powstaliśmy, by udać się na spoczynek, bagdadzki bimbaszi ujął moją rękę, potrząsnął nią i rzekł:
— Effendi, twoje słowa trafiają mi do przekonania; to, coś mówił dzisiaj wieczorem, cenię stokroć wyżej, aniżeli wszystkie wizie i słowa Muhammeda. Czuję, że poczynam myśleć i rozumieć tak, jak ty. Gdybym jeszcze teraz otrzymał jakąkolwiek bądź wiadomość o moich ukochanych, należałbym znów całą duszą i sercem do tego, którego słowa głosisz!
— Atoli nie stawiasz znowu warunków? — odpowiedziałem. — Pan Bóg nie pertraktuje z człowiekiem, nie pozwala się z sobą targować. Módl się, przyjacielu, módl się, albowiem, jak to już rzekłem, modlitwa jest drabiną niebieską, po której ufność człowieka podnosi się do Boga, a miłość Najwyższego wschodzi na ludzi.
— Dobrze, będę się modlił! Dobranoc, effendi!




∗             ∗

Zaproszenie paszy dotyczyło również Halefa; także Amuhd Mahuli miał się tam zjawić. Przybywszy do pałacu, stwierdziliśmy zdumieni, iż zapowiedziana skromnie wieczerza okazała się galowem przyjęciem, na którem obecni byli wszyscy wyżsi oficerowie paszy i szereg ludzi wysoko postawionych. Nastrój, początkowo bardzo uroczysty i sztywny, po wypaleniu kilku tszibuków stawał się coraz to swobodniejszy. Podczas właściwiej uczty, której wspaniałość daremniebym się trudził opisać, wezwał mnie pasza do opowiedzenia garści wspomnień z naszych przeżyć. Poprosiłem wtedy, by Halef mógł mnie zastąpić, posiada bowiem daleko większy talent narracyjny ode mnie. Mały szeik był w siódmem niebie i po raz pierwszy, w życiu słuchał go potężny pasza, właściciel niezliczonych stadnin końskich. Wysilał się też biedny Halef i uczynił opowieść tak zajmującą, że dostojnik po upływie godzin paru zauważył ze śmiechem, iż nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się tak długo w noc zasiedzieć, słuchając prawdziwych przygód.
Pasza żegnał oddzielnie każdego z nas. Podając rękę staremu bimbasziemu, który zjawił się w mundurze o oznakach majora, rzekł:
— Zawiadamiam cię, że padyszach, bodaj go Allah miał w swojej opiece, podniósł cię do godności mir alai’a; nominację otrzymasz w najbliższych dniach. Nie nie, — nie mnie należy się podziękowanie, lecz Karze ben Nemzi effendiemu, któremu, zdaje się, nawet władca wszystkich wiernych nie jest w stanie odmówić żadnego życzenia.
Przy tych słowach, uśmiechając się pogodnie, i mnie rękę uścisnął.
Przyjęcie było skończone; opuściliśmy pokoje, przechodząc przez długi szpaler kłaniających się nisko urzędników, aby następnie dosiąść białych osłów, które to „rumaki“ pasza kazał przygotować do naszej dyspozycji.
Niespodziewanem następstwem awansu starego był fakt, iż Halef w swoich opowiadaniach, niezależnie od „dotychczasowy kol-agasi a obecny bimbaszi“, zaczął używać zwrotu „dotychczasowy bimbaszi a obecny mir alai“. Kepek zaś przybrał jeszcze bardziej na wadze, zyskując równomiernie na dumie jako służący i zaufany samego mir alai’a.

∗             ∗




Amuhd Mahuli pozostał jeszcze przez dwa dni w Bagdadzie. Byłem święcie przekonany, że po powrocie do Hilleh nie będą już miały dla niego żadnej wartości ni Muhammed, ni święta księga jego — Koran.
Podarowałem mu na pożegnanie Nowy Testament w języku arabskim; obiecał mi czytywać go gorliwie i zapoznawać z nim swoich podczas wieczorów wolnych od zajęć służbowych. — — —

KONIEC.


Przypisy

  1. Jezus, syn Marji.
  2. Tragarz.
  3. Furman.
  4. Brzuch (wnętrze) ruin.
  5. Wschód.
  6. Woda różana.
  7. Esencja różana.
  8. Czary.
  9. Magja.
  10. Jubiler.
  11. Branzoleta.
  12. Patrz Karol May Dżafar Mirza (Og. Zbioru t. 45).
  13. L. mn. od szejtan — djabeł.
  14. „Ofiarować Bogu Najwyższemu dla okazania samej Chwały Bożej“.
  15. Mierzwa.
  16. Matka rozkoszy.
  17. Cylinder.
  18. Szkło powiększające, lupa.
  19. Przyjaciel.
  20. Kat.
  21. Zapałki
  22. Trąba.
  23. Puzen.
  24. Cienie chińskie.
  25. Latarnia.
  26. Nowy Testament.
  27. Prawo kanoniczne.
  28. Kodeks cywilny i karny u Turków.
  29. Odmawiający modlitwę.
  30. Celnik.
  31. Wspomnienie z czasu pierwszej podróży z Bagdadu do Stambułu Kary ben Nemzi z Hadżi Halefem Omarem.
  32. Korzenie do przyprawy.
  33. Służący, goniec.
  34. Właściciel kawiarni
  35. Major.
  36. Pułkownik.
  37. Wieczerza, główny posiłek na wschodzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.