Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale tylko narazie, tymczasowo, proszę cię!
— A ja nie proszę o to, lecz żądam tego! — wmieszał się Amuhd Mahuli. — Spójrz, effendi, jak mnie urządził! Miał poważne, mocne postanowienie, aby mnie udusić. Leżałem pod nim, jak jagnię w pazurach wściekłej pantery, a gdyby to nie było jeszcze dostateczną podstawą do największej kary, jego bluźnierstwa przeciw Bogu i ludziom powinny wprawić w ruch bicz tak, żeby padł trupem na miejscu.
Przy tych słowach wskazał na swoje rozwichrzone włosy, podarty uniform i podrapaną, szyję, która teraz jeszcze krwawiła.
— Oby mi się udało cię udusić, ty niegodziwy wspólniku przeklętego psa chrześcijańskiego! — syknął Sefir.
Halef szybko się zamachnął, zadał mu kilka razów i krzyknął nań:
— Czy zamilkniesz, łotrze?! Jeszcze jedno takie słowo, a zakatrupię cię!
Sefir, wijąc się w bólach, ryknął jednak:
— Nie ty mi będziesz rozkazywał! Jesieś śmierdzącym psem, którym gardzę. Wyście razem z twym po trzykroć przeklętym effendim gnijącą padliną. Jako świnie się urodzili-

42