Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W takim razie zezwolisz mi sprawdzić z łaski swojej, czy nie masz gdzie paru piastrów, które uszły twej uwagi!
Można było pęknąć z uciechy, przyglądając się powadze; z jaką rozmowa była prowadzona. Także Halef powstrzymywał się ze wszech sił, by się nie roześmiać; mrugnął do mnie pytająco, a gdy skinąłem mu przyzwalając, rzekł do bimbasziego:
— Siedziałem w ciągu całego dnia w siodle, i dlatego będzie dla mnie bardzo zdrowe, jeżeli się teraz trochę przejdę. Jeżeli pozwolisz, bimbaszi, udam się natychmiast do miasta, aby zakupić, to wszystko, co potrzebne jest onbasziemu.
A grubas wtrącił szybko i gorliwie, nie czekając na odpowiedź swego pana:
— Tak, na to pozwalamy; pozwalamy nawet bardzo chętnie! Pójdziesz i zapłacisz; ja także z tobą pójdę!
— Nie, ty zostaniesz. — odparł Hadżi. — Gdybym ciebie zabrał, powrócilibyśmy zapewne dopiero jutro; byłbym przy tobie jak małe szybkie ptaszę przy powolnym żółwiu.
— Ależ trzeba zwrócić pieniądze memu

108