Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


towarzyszom uwagę na to, że w całej sprawie widoczna jest siła wyższa, która nas prowadziła, że powodzenie przedsięwzięcia zawdzięczamy li tylko pomocy i opiece Bożej. Rozmowa zboczyła teraz na temat podniosły, przybrała wyraz podzięki Bogu — widziałem, że sprawiała zadowolenie nietylko Halefowi i mnie; obaj oficerowie byli jej również radzi. Długośmy tak w noc gwarzyli przy cichym poszumie liści palmowych. Gdy wreszcie powstaliśmy, by udać się na spoczynek, bagdadzki bimbaszi ujął moją rękę, potrząsnął nią i rzekł:
— Effendi, twoje słowa trafiają mi do przekonania; to, coś mówił dzisiaj wieczorem, cenię stokroć wyżej, aniżeli wszystkie wizie i słowa Muhammeda. Czuję, że poczynam myśleć i rozumieć tak, jak ty. Gdybym jeszcze teraz otrzymał jakąkolwiek bądź wiadomość o moich ukochanych, należałbym znów całą duszą i sercem do tego, którego słowa głosisz!
— Atoli nie stawiasz znowu warunków? — odpowiedziałem. — Pan Bóg nie pertraktuje z człowiekiem, nie pozwala się z sobą targować. Módl się, przyjacielu, módl się, albowiem,

120