Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przywódca Beduinów przywitał nas ironicznem pytaniem:
— Gdzież są zamordowani, których poszukujecie? Wasza zadziwiająca mądrość zapewne już to wyjaśniła!
Odgadł zatem nasze zamysły. Sądził, że zrezygnowaliśmy z poszukiwań, i nareszcie wypoczniemy. Nie odpowiedziałem mu; biednego Halefa jednak zbyt wiele kosztowało milczenie. Wykrzyknął:
— Wróciliśmy wyłącznie poto, aby ci obiecać, że za każdego trupa, którego znajdziemy, wyliczę ci po pięć razów na piętach!
Było tak, jak sądziłem; ślady karawany wiodły stąd, dalej i łączyły się ze śladami rozbójników. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i... natrafiliśmy na ociekające krwią miejsce napadu. Jak teraz mogłem skonstatować, choć było znać ślady stóp i kopyt, nie były to jednak ślady zaciętej walki. Persowie nie usiłowali nawet się bronić; tchórze, posiadali tyle odwagi, co i ich pan, który uważał się za mężnego wojownika!
Miejsce utarczki było oddalone zaledwie o jakieś dwieście metrów od ruin; wiodły tam

55