Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nością, przytem nie wiedziałem, czy zna dobrze okolicę, albowiem przyjechał nocą i został odrazu obezwładniony, tak że nie mógł zauważyć, dokąd zaniesiono zwłoki. Uważałem za najlepsze zdać się więc na samego siebie. Również Halef był mi zbyteczny, nie potrafił dobrze odczytywać śladów. Zabrałem go ze sobą tylko w celu odsunięcia od Sefira, bowiem lękałem się, iż za silnie da mu odczuć siłę swojego kurbacza.
Jechaliśmy wzdłuż ruin w kierunku północnym; oglądałem dokładnie ziemię w poszukiwania tropu. Szybko znalazłem ślady kopyt nietylko naszych koni, lecz i inne, nie te jednak, których szukałem. Skręciliśmy teraz na zachód, poprzez ścieżkę przemytników, która biegła od kanału. Znowu natrafiliśmy na ślady karawany Piszkhidmet-baszi. Zrozumiałem teraz, że napad miał miejsce nie tu na północy, lecz bardziej na południe od naszego obozowiska. Sefir wiódł bowiem karawanę poprzez miejsca, pod któremi znajdowały się komnaty podziemne; dziwiłem się jego nieostrożności; powinien był bowiem zrozumieć, że znajdziemy te ślady. Zawróciliśmy wierzchowce i niebawem stanęliśmy w obozie.

54