Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie. Dałem zań pięćdziesiąt para, ale stłukł mi się po drodze: musiałem więc kupić drugi, który mi znowu wytrącił z ręki jakiś biegnący galopem osieł; roztrzaskał go w kawałki. Kupiłem trzeci i udałem się do kawiarni, aby uspokoić się i zapomnieć o tem przykrem wydarzeniu. Ale pech chce, że usiadłem na nim przez nieuwagę, co przy wadze mego ciała, pojmujesz chyba, spowodowało, że pozostały z niego jedynie skorupy, które na nawo tyle zmartwień mi przysporzyły, że nie byłem w stanie ruszyć się; pozostałem więc tak na ławie, gorliwie rozmyślając nad szczątkami nieszczęśliwego garnka. I wtedy zlitował się nade mną mój przyjaciel, kahwedżi, i sam udał się na jarmark, aby mi kupić czwarty i z rzędu nowy garnek; ten był większy i kosztował siedemdziesiąt para. Widząc tę całą i tragedię garnków, zebrani tani przyjaciele i znajomi moi zlitowali się nad mem nieszczęściem, i uczynili mi dobroczynną propozycję wypicia jednej kawy i jednej limoniady na cześć trwałości tego czwartego garnka; oczywiście, chętnie zgodziłem się na to. Z jednej kawy i jednej limoniady zrobiło się znacznie więcej na skutek wielkiego i szczerego współ-

106