Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bombastycznem zdaniem, biedny Kepek uderzył głową o podłogę.
— Jakie niebezpieczne a zadziwiające wydarzenie! — zawołał blmbaszi. — Wprost nie do uwierzenia, żeście coś podobnego przeżyli!
— Już po mnie! — skarżył się grubas. — Zainteresowanie mnie zabiło; wszystkie członki bolą mnie z zachwytu! Pomocy, pomocy! Hadżi Halefie, podnieś mnie!
Halef wszelkiemi silami starał się zaspokoić tę prośbę. I gdy wreszcie podniósł jak rak czerwonego z wysiłku służącego, ten klasnął grubemi rękami i przyznał, przewracając przytem z podziwu małemi, ledwie widocznemi oczyma:
— Naprawdę jesteście bohaterami! Niema dla was nic trudnego i wielkiego! Więc ten ryczący lew, Sefir, jest w niewoli, zaprawdę w niewoli?
— Tak — odrzekł Halef dumnie. — Jest wszystko dokładnie tak, jak opowiedziałem. Ten ryczący lew, jak go nazywasz, jest teraz zdeptanym robakiem, który wam już nic nie może złego uczynić.
— Boję się go jednak — odrzekł bimba-

113