Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


które brzegi nie tworzyły równej linji, lecz zygzakowato skręcały we wszystkie kierunki, i gdy dopasowałem do nich kamienie, nie było mi trudno zasklepić dziury w tak krótkim czasie, jak gdybym robotę tę wykonywał nie po raz pierwszy. Potem, gdy wstawiłem ostatni kamień, przekonałem się, że byłoby rzeczą wprost niemożliwą dla człowieka niewtajemniczonego poznać, przy bacznem nawet obejrzeniu tego miejsca, że za niem kryje się przejście. Poszczególne kamienie tak szczelnie do siebie przystawały, jakgdyby nie były tknięte ręką ludzką od chwili wybudowania wieży bablilońskiej. Ludzie, którzy odkryli to przejście i zamaskowali je, byli widać bardzo ostrożni.

O ile jednak udanie się pracy mnie zadowoliło, o tyle Sefira doprowadziło do wściekłości. Pomimo gęstej jego brody, widziałem, że usta mu drżały z niepohamowanego gniewu. Z przyjemmością chciałby zapewne ulżyć sobie odpowiedniemi wyrazami, ale Hadżi miał jeszcze ciągle w ręku bicz, i trwoga przed omm es sefa[1], jak go Halef chętnie nazywał, zmusiła Sefira do pohamowania się.

  1. Matka rozkoszy.
34