Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Był już wielki czas opuścić wzgórze, więc zeszliśmy nadół. Halef szedł z przodu, ja za nim; Sefir, silnie przeze mnie strzeżony, musiał kroczyć pośrodku. Gdyśmy stanęli przed żołnierzami, świeży bimbaszi wstał z miejsca, na którem siedział, i zameldował:
— Effendi, wysłaniec do Hilleh wyruszył już kawał czasu temu, i rozkazałem mu pośpieszyć się możliwie. Czy mam sprowadzić tu konie?
— Tak. W międzyczasie przyprowadzę żołnierza, który towarzyszył nam w nocy.
— Może lepiej posłać po niego?
— Nie, nie znajdą go.
Poszedłem sam, gdyż uważałem za niewskazane wskazywać innym jeszcze miejsce, przez które wszedłem do wieży. Gdy odszukałem żołnierza, leżał w ruinach i spał. Obudziłem go i rozkazałem pójść za sobą. Przetarł oczy i zaczął za mną się wdrapywać, potykając i czołgając na czworakach, albo też posuwając się na grzbiecie. Z wyrachowania nie wyprowadziłem go wprost na powierzchnię, lecz poprzez resztki murów i po rumowiskach drogą okólną tak, że, wskutek ciemności, nie zdawał sobie zupełnie sprawy z tego, gdzie

35