Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ojum[1], sznurów, które go rzucają tu i tam. Słowem, by dużo nie mówić, jest się... trupem! Czy możesz to sobie wyobrazić, effendi?
— O, jeszcze za dobrze!
— Podobnym cieniem, taką figurą, byłem do dnia dzisiejszego. Czułem przytłaczającą mnie pięść, i nie mogłem nic przeciw niej uczynić. Zerwałem z życiem, a tęsknotę i pragnienia chowałem w głębi duszy. Wiedziałem, że niema już dla mnie ufności, nadziei, wiary, zamiarów, celu. I wówczas tyś przyszedł, i nagle całkiem, nieoczekiwanie, wszystko się odmieniło! Zajaśniało we mnie słońce i tysiące kwiatów zerwało się ze snu. Czuję, że nie jestem już trupem, czuję, że żyję! Tyś mnie wyzwolił z niewoli; tyś...; o effendi, nie wiem, jak mam się wyrazić; najodpowiedniejszem byłoby powiedzenie, że tyś — pokonał mój kismet i na zawsześ go dla mnie unieszkodliwił! Czy to grzech, jeżeli tak myślę i mówię?

— Nie. Niema kismetu. Allah nie jest tyranem, uciskającym swych poddanych, lecz miłującym ojcem, który nie posiada niewolni-

  1. Cienie chińskie.
65