Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czucia tych dobrych ludzi, więc, jako człowiek światły, winieneś uznać za zupełnie zrozumiały fakt, iż zadłużyłem się u kahwedżiego na dwadzieścia piastrów, które mu też muszę natychmiast zwrócić, nie chcąc narazić na wieczne czasy swojej i twojej czci.
Miałem wielką chęć roześmiać się z tej interesującej historii garnków, lecz powstrzymałem swą wesołość na widok zasmuconego wyrazu twarzy, jaki miał bimbaszi, wzdychając:
— Dwadzieścia piastrów za trzy stłuczone i jeden cały, garnek! Ale jaką korzyść, u licha, może mieć garnek, gdy się na cześć jego trwałości i na mój rachunek pije kawę i limoniadę! Onbaszi, nie jestem wcale z ciebie zadowolony! I jakżeż mam ci dać pięćdziesiąt piastrów, skoro tak wielkiej sumy nie posiadam? Co zrobić?
— Masz przecież pieniądze!
— Gdzie?
— W kuchni pod korzeniami! Tam nawet jest więcej, znacznie więcej, niż mi potrzeba, leży tam pełnych dwieście tysięcy piastrów! Mam nadzieję, żeś nie zapomniał o tem!
— Nie waż mi się tknąć tych pieniędzy!

107