Strona:Karol May - Zwycięzcy.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak tragarza? Słysz, sihdi, jam fest najwyższym szeikiem wszystkich Haddedihnów, z wielkiego szczepu Szammarów, i biada temu, ktoby spróbował odmówić mi tego poważania, jakiego stanowisko i osoba moja wymagają! Nie chcę nic więcej słyszeć o tych pieniądzach, nic! Żadnego, złamanego choćby para nie wezmę! Znajduję to za zupełne słuszne z twojej strony, i całkowicie się z tobą, zgadzam, że stoimy zbyt wysoko, aby ta odrobina znalezionych tu pieniędzy miała nas przez chwilę choćby absorbować — abyśmy mieli choć okiem rzucić na te piastry! Nie potrzebujemy ich. No, z tą więc sprawą jużeśmy się załatwili; coś innego jest teraz dla mnie ważniejsze.
— Cóż takiego?
— Przyrzeczenie, jakieś mi dał. Zamierzasz wywiązać się ze słowa, danego żołnierzom i byłemu kol-agasiemu a obecnemu bimbaszi, mam więc nadzieję, że i w stosunku do mnie obietnicy swej dotrzymasz.
— O cóż ci chodzi?
— Mój kurbacz niechaj zapachnie Sefirowi!

9