Pod blachą/Tom III/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


POWIEŚCI HISTORYCZNE — Tom LXXX


J. I. KRASZEWSKI
POD BLACHĄ
POWIEŚĆ Z KOŃCA XVIII WIEKU
CZĘŚĆ III
Wydawnictwo M. Arcta logo2.jpg



1930


WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE



DRUKARNIA ZAKŁADÓW WYDAWNICZYCH
M. ARCT, SP. AKC. W WARSZAWIE,
CZERNIAKOWSKA 225







I.

W kilka dni po opisanych wypadkach, gdy post przerwał bale, tańce i muzyki, zaczęto szukać innych rozrywek, o których już wyżej wspominaliśmy.
Piękna hrabianka Aneta pierwsza ufundowała Na górze to, co naówczas z francuska zwano un bureau d’esprit. Schodzono się wieczorami na dowcipne zabawy, na szermierkę słów...
Najczęściej były to zapytania ciągnione losem i odpowiedzi na nie dwuznaczne, rymy i dorabiane do nich poezje, rozwiązywanie zagadek, pisanie portretów, jakie już na dworze cesarzowej Katarzyny były w modzie, deklamacje i epizody z klasycznych dramatów.
Panie i panowie, którzy grywali w Socjecie, z przybranymi amatorami, stawali do monologów i scen pojedyńczych. Francuzi, naturalnie, bardzo byli czynni w tych popisach, gdyż nikomu nawet na myśl nie przychodziło, aby się coś podobnego po polsku odbywać mogło.
Tak jak Fryderyk II nie wierzył, aby po niemiecku coś dobrego napisać można i otwarcie ogłaszał to przekonanie, społeczność polska nie przypuszczała, aby w języku „ludowym“ można być dowcipnym. Posługiwano się francuszczyzną we wszystkiem, a gdy kto po polsku mówić lub pisać musiał, przez wyrazy polskie, jak kości z pod skóry przebijała w środku tkwiąca francuszczyzna.
Teatr naówczas jedyny znany, jedyny uznawany, składał się z Corneille’a i Racine’a, z Voltaire’a wkońcu; gdyby kto był przypadkiem przełożył już istniejącego Goetza z Berlichingen Goethego, z pewnością byłby świat polski takie o nim wydał zdanie, jak oburzony król pruski.
Z francuskich mistrzów nie mieliśmy jeszcze dobrych przekładów, bo młody Osiński i inni poczynający literaci, choć już na nich sił swych próbowali, nie ogłaszali jeszcze drukiem tłumaczeń, a język polski w wyższem towarzystwie uważany był za zupełnie niewyrobiony do wyrażenia wszystkich delikatnych uczuć odcieni.
Uchodziło to za niesłyszane zuchwalstwo, za nadzwyczajny poryw, gdy Kropiński ważył się na Julję i Adolfa i na miłosne suspiry w narodowej mowie!
Wreszcie Francuzi napełniali salony, niby więc przez samą grzeczność dla nich musiano francuzieć, et on ne demandait pas mieux.
Nikt się nie domyślał nawet, oprócz może Staszica, Chreptowicza, Krasickiego, Niemcewicza, że język mógł do patrjotyzmu należeć. Wielki świat nie zaprzątał się tem wcale, kosmopolityzm, który jest jego cechą, panował w nim; kosmopolityzm, suknia jak szlafrok wygodna, której do stanu i figury przykrawać nie potrzeba.
Biuro dowcipu raz uzyskawszy prawo obywatelstwa w towarzystwie, przenosiło się z jednego do drugiego salonu. Osoby do niego należące wszędzie prawie były też same.
Piękna Aneta przed innemi prym brała, choć nie zbywało innym damom na tym dowcipie łatwym, do którego język francuski dostarcza napół gotowego materjału.
Nieskończenie zawsze trudniej być dowcipnym po polsku, bo u nas każde słowo, jak dawniej obywatel Rzeczypospolitej, chodzi samopas, po jednemu je zbierać potrzeba, aby coś skleić, gdy po francusku lada dwa kawałki tego odwiecznego kastetu — dają się pręciuchno na zawołanie złożyć na figielek udatny.
Ci, co z jakichkolwiek bądź powodów do biur i ich towarzystwa nie należeli, pocieszali się tem, że na dowcipnych pisali nie zawsze dowcipne paszkwile.
Przybrały one formę, która się łatwo przyjęła, bo była dogodną. Tak jak za sejmu czteroletniego składano tysiącami zagadek, na wszystkie znakomitości ówczesne — tak teraz tworzono z nich — katalogi.
Były to spisy osób, z rozmaitemi przyczepionemi do nich, często nadzwyczaj złośliwemi dodatkami.
Katalogów takich rozmaitych obiegała w rękopismach po świecie moc wielka. Niektóre z nich przez usłużne ręce dostawały się do osób umieszczonych w nich, obudzały gniewy, domysły, wywoływały często zemstę.
Autorów tych świstków dojść było trudno. Rzucił ktoś słówko, ktoś inny do niego drugie uczepił — było to dzieło zbiorowe opinji publicznej, czyli, jak się wyrażano po pałacach — opinji ulicznej, a często i zemsty prywatnej.
Jednego dnia takie biuro dowcipu miało zasiadać Pod blachą.
Wszystkie panie i wszyscy panowie, należący do towarzystwa, stawili się do tego popisu i zapasów. Osób było mnóstwo. Wielki stół największego salonu obsiadły najpiękniejsze damy, za których krzesłami postawali adjutanci ich i wielbiciele.
Ci, co tu miejsca nie znaleźli, i te, co do dowcipu pretensji nie miały dnia tego, przechadzali się, cicho i ostrożnie stąpając po pokojach.
Książę Józef należał do tych, co siedzieć nie lubili i nie umieli. Najczęściej przechadzał się, stając niekiedy na rozmowę z jedną z pań lub przyjaciół, nigdy prawie nie zatrzymując się długo przy jednej osobie.
Tego dnia zdawał się niespokojniejszym jeszcze niż zwykle, zaglądał często do pierwszego pokoju, jakby kogoś wyglądał albo się spodziewał, przechadzał się nieopodal ode drzwi i odwołać od nich nie dawał.
Nareszcie przez nawpół uchylone podwoje spostrzegł suknię czarną z wstęgami ponsowemi i wybiegł.
Sylwja wchodziła z panią Czeżewską, blada, z oczyma płonącemi, trochę mniej może śmiała, niż zwykle.
Książę pośpieszył naprzeciw niej z kilku słowy grzecznemi i wielkiem, rządkiem u niego wzruszeniem, którego odblask odbił się zaraz na wdzięcznej, smutnej twarzyczce szambelanówny.
Nikogo nie było w pokoju — na panią Czeżewską gospodarz wcale się zważać nie zdawał i długim, poufnym szeptem zatrzymał już mającą wchodzić szambelanównę.
Mówił coś tak żywo i gorąco, jakby chciał słowy temi przelać swą duszę, odwagę i swobodę w dziewczę strwożone.
Podał jej potem rękę i uroczyście sam wprowadził ją na salę. Zwrócono na nich oczy, pani Vauban podniosła się, co u niej było prawie niesłychanem, wyciągając ku nadchodzącej chudą rękę z długiemi palcami.
Kilka pań, odwróciwszy się ku drzwiom, odezwało się ze stłumionemi wykrzyknikami.
A! Sylvie! Enfin! La voilà! — zaczęto ją witać natrętnie, ze wszech stron, z nadskakiwaniem i ciekawością bardziej może naprzykrzoną niż miłą. Rumieniec na twarz jej występował i niknął, ledwie cichemi półsłówkami na grzeczności odpowiadała.
Zato biedna Czeżewska, najzupełniej zapomniana, skłopotana, gniewna, musiała się prawie narzucić, aby w ostatku być postrzeżoną i choć skinieniem głowy pozdrowioną.
Zrobiono Sylwji miejsce przy stole, obchodząc się z nią jak z osobą chorą, szczególnej pieczołowitości wymagającą.
Szambelanówna, którą to zwrócenie na nią uwagi wszystkich widocznie męczyło, natychmiast poczęła się zajmować kartkami na stoliku leżącemi, czytając pytania i odpowiedzi, unosząc się nad dowcipem obojga, aby znowu rozmowę i zabawę uczynić ogólną i móc zniknąć w tłumie.
Nierychło się to jednak udało dokonać, dopiero, gdy hrabianka Aneta, czy z litości, czy przez żywość sobie właściwą wniosła, by dalej pisano dewizy, gra weszła znów na dawne tory.
Książę, który się przechadzał zdala, nie spuszczał Sylwji z oka. Ta ochłonąwszy nieco, gdy gorączkowy spełzł rumieniec, wróciła do bladości, którą po sobie zostawiła choroba.
Była z nią może, jak mówiono na wielkim świecie, więcej interesującą, lecz owa świeżość młodości, jaką z sobą przywiozła z Burzymowa, znikła bezpowrotnie. Po licu jej przeszedł żar gorącego cierpienia i zwarzył je, na wieki zostawiając piętno po sobie, kwiatek to był, co mógł na słońcu się orzeźwić i być świeżym jeszcze, ale już raz był zwiądł na łodydze.
Niektóre z dewiz i odpowiedzi pobudzały do śmiechu i ta jakaś tęsknota, którą z sobą Sylwja przyniosła, ustąpiła wkrótce weselszemu usposobieniu.
Hrabianka Aneta z tryskającym iskrami świetnemi dowcipem co chwila odnosiła zwycięstwa.
Gdy się wreszcie i przebrało, i uprzykrzyło zadawać i rozwiązywać tematy różne, ktoś wniósł, aby szambelan Pokutyński wystąpił z próbą w roli Nathana, jaką miał grać jednego z następnych wieczorów Na górze.
Napróżno szambelan się wymawiał, że nie był przygotowanym, że roli swej napamięć jeszcze dobrze nie umiał. Znalazła się Athalja na stoliku, panna Fabre gotową była podjąć się urzędu suflera i nieszczęśliwego Pokutyńskiego zmuszono, ażeby powszechnemu zadosyć uczynił żądaniu.
W czasie, gdy się na to zbierało, siedzące przy stole panie odzyskały swobodę, zaczęły z miejsc swych wstawać, przechadzać się, szukać dogodnych do słuchania i Sylwja, której towarzyszyła troskliwa bardzo o nią gospodyni, a jeszcze więcej nadskakujący baron de Beaumont, wysunęła się także, rada, że będzie mogła zejść trochę z oczów i ukryć się w cieniu.
Pomimo męstwa, jakie jej wielka miłość dawała, mimo odwagi, jaką czerpała z rzucanych na nią wejrzeń księcia, Sylwja drżała w duszy i bladła na twarzy, ile razy przypomniała sobie, co świat mówił o niej.
Chodzić tak z piętnem na czole, jestże co boleśniejszego nad to? Choćby chwilami nie czuło się upokorzenia i mogło o niem zapomnieć, każdy powrót jego to nowe wstrząśnienie, ból nowy.
Sylwja, dla której okropne to położenie nowem było — to odzyskiwała moc nad sobą, to na siłach opadała i traciła ją.
Rumieniec i bladość mieniały się na jej twarzy, wesele i smutek przelatywały po niej i znikały. Żadna z tych zmian nie uszła pewnie oka księcia, który niespokojny przechadzał się zdala, ale oczyma jej pilnował. Tak samo pani Vauban jego strzegła i poruszenia śledziła, czytając w twarzy, co myślał i czuł.
Musiała odgadnąć zapewne, że potrzeba było ułatwić im rozmowę, porozumienie czy przejednanie — ale, wśród tylu oczów zwróconych dnia tego ze szczególnem natężeniem na Sylwję — księciu niepodobna prawie było zbliżyć się do niej.
Vauban przeszedłszy się parę razy z Sylwją po salonie, porzuciła ją na chwilę samą, a poszła coś szepnąć księciu, który wkrótce potem zniknął.
— Wiesz, — odezwała się pani Sewerynowa Potocka do pani Cichockiej, która przy niej usiadła — wiesz, jestem w admiracji dla tej Burzymowskiej. Co za odwaga! jaka pewność siebie! Quelle majesté! quelle admirable prestance!
Cichocka westchnęła.
— Któraż z nas jej nie ma, — rzekła melancholicznie — gdy kocha i jest pewna, że ją kochają? Naówczas idzie się naoślep, nawet przeciwko ludzkim szyderstwom!
— Ale to dziewczę, nie wiem, czy ma lat dwadzieścia! bez doświadczenia! — mówiła hrabina — co za instynkt!
— Właśnie, zdaje mi się, że ten brak doświadczenia, ta nieświadomość niebezpieczeństwa czynią ją tak odważną — odparła Cichocka. — A potem! Szczęśliwa! kocha się po raz pierwszy!
Mówiąca to znaną była ze swej sentymentalności, nawet na owe czasy — wygórowanej.
— Tak — admirują ją, ale mnie los jej przeraża, — dokończyła pani Sewerynowa — dla płochego człowieka taką mieć miłość to nieszczęście!
Coś w tem jest tragicznego!
— A! z miłości się nie umiera! — dokończyła cicho piękna blondynka — bo inaczej, jabym już dawno umrzeć powinna!!
Wśród tej rozmowy i przechadzek po salonie, nim Pokutyński się zebrał do deklamowania jakiegoś ustępu z roli Nathana, szmer się zrobił na sali, wiadomość jakąś podawano sobie z ust do ust.
Wszyscy się zaczęli cisnąć i dowiadywać od sąsiadów.
— Co to jest?
— Co się stało?
Nierychło dopiero ktoś umiał wytłumaczyć to poruszenie tem, że z Szulca nadbiegł posłaniec od księcia eks-podkomorzego, który oddawna już był bardzo słaby, i zażądał się widzieć z synowcem.
Wszyscy wiedzieli, że stary eks-podkomorzy dogorywał, nie przyjmował już nikogo, i co chwila spodziewano się katastrofy.
Nikt się jednak nie zasmucił tem bardzo, a nikt też nie zdziwił, gdy powiedziano, że książę wyjechał na stryja wezwanie.
Wkrótce potem i goście się rozjeżdżać zaczęli. Czeżewska, która smutną tego dnia rolę grała, zapomniana w kątku, kręciła się też, namawiając jeszcze niebardzo zdrową i silną Sylwję do powrotu.
Znalazła ją nadspodziewanie gotową na ten raz spełnić jej życzenie i obie panie, pożegnawszy gospodynię, która je, szepcząc coś Sylwrji na ucho, odprowadziła do progu — natychmiast wyjechały.
Zaledwie siadły do powozu i o kilkanaście kroków oddaliły się od pałacu, gdy Sylwja, nie pytając wcale Czeżewskiej, nie tłumacząc się jej, pociągnęła za sznur i przywoławszy służącego, kazała jechać do majorowej.
Wojska była w pierwszej chwili tą samowolą tak zdumiona, iż zaprotestować nie umiała, dopiero, gdy kareta ruszyła, zawołała przerażona:
— Do majorowej! o tej porze! Sylwjo kochana! cóż to ma znaczyć! Ja cię nie rozumiem. Co to jest?
— Muszę, muszę jeszcze dziś być u niej — odparła bardzo stanowczo szambelanówna.
Głos, którym wymówiła te słowa, przeraził może więcej wojską, niż to nagłe a dziwaczne postanowienie. — Drżący był, poruszony, ale zuchwały, rozkazujący.
Czeżewska pochwyciła ją za rękę.
Silvie! ma chère Silvie! — co ci jest! — krzyknęła.
— Co mi jest? — odparła z rodzajem rozpaczy wychowanica. — Jakto! ty nie widzisz! nie wiesz! pytasz mnie, co mi jest?... Ja kocham, kocham szalenie! ja tracę głowę, ja wstyd straciłam! Ja go kocham, a on mnie, kochając, odpycha! Muszę go widzieć dziś, dziś jeszcze! Mówić z nim. — Niech się los mój rozstrzygnie... Poszłabym piechotą! Nie zlękłabym się oczu tysiąca ludzi!
Czeżewska, posłyszawszy to, krzyknęła, zasłaniając sobie oczy.
— Ja jestem zgubioną! — poczęła. — Wina wszystkiego spadnie na mnie! Jam nic niewinna! Wszystko to te niegodziwe kobiety ukartowały, aby ciebie i mnie zgubić!
— Mnie! — przerwała Sylwja, gwałtownie wybuchając. — Jam się zgubiła sama! Jestem zgubioną, bo kocham go nad życie, nic mnie uratować nie może, bo bez niego — umrę. Dopiero, ukochawszy go, jak szalona postrzegłam, że on moim być nie może. Ja, żoną jego — to niepodobieństwo! Więc — kochanką — a potem, umrzeć! umrzeć!!
Sparła się na ręku Sylwja i zamilkła nagle, Czeżewska w dłonie ująwszy głowę, siedziała, jak zabita.
Cicho powtarzała błagającym płaczliwym głosem:
— Sylwjo! Sylwjo!
— Stało się! To było przeznaczeniem mojem — mówiła szybko szambelanówna. — Gdym go pierwszego dnia zobaczyła przez okno, uczułam, że on mnie pokocha, że ja go kochać muszę.
Potem strach mnie ogarnął; a potem zapomniałam o wszystkiem — kocha mnie! kocha mnie... Potrafię umrzeć!
Powóz się zatrzymał przed kamienicą. Sylwja natychmiast rzuciła się do drzwiczek, pierwsza wbiegła na wschody, nie patrząc nawet na Czeżewską, która, słabnąc z przestrachu, goniła za nią, zadzwoniła do drzwi z całej siły, i tak samo wpadła do saloniku, w którym siedziała majorowa.
Nie mówiąc nic, nie witając jej, oczyma spytała, gdzie ma iść.
Habąkowska zwróciła się ku bocznym drzwiom, ale nim je czas miała dla niej otworzyć, Sylwja sama chwyciła za klamkę i wbiegła do drugiego pokoju, drzwi zatrzaskując za sobą.
W ciemnym jego kącie stał książę — Sylwja rzuciła się ku niemu, i nie rzekłszy słowa, gdy Pepi chciał wziąć jej rękę do pocałowania, uwiesiła mu się na szyi. Było coś tak namiętnego, tak gwałtownego w tym ruchu, w łkaniu jej i oddechu, że książę, który wiele doświadczył w życiu, uczuł się przejęty jak młode chłopię, przycisnął ją do piersi i długo nie mógł przemówić. Zlekka wreszcie odsunął ją od siebie jeszcze drżącą a już zawstydzoną.
— Uspokój się — odezwał, całując jej rękę z uszanowaniem, które dziwnie odbijało po namiętnym uścisku. — Zaklinam cię — uspokój się. Mówmy rozsądnie!
To mówiąc, ujął wpół i zaniósł na kanapę, na której ją posadził, sam miejsce zajmując przy niej. Sylwja nie puszczała go od siebie, głowę położyła na jego ramieniu, oczy zamknęła, zdawała się chcieć tak usnąć lub umrzeć, czując serce jego bijące przy sobie.
Książę razy kilka chciał mówić, zamykała mu usta, całował jej ręce, słychać było płacz cichy.
Nagle Sylwja się podniosła — odepchnęła go, spojrzała czarnemi oczyma i wstrząsłszy się cała, poczęła:
— Chciałeś rozmowy, Pepi — mówmy! tak! mówmy wszystko... Mówmy prawdę, żadnego kłamstwa, złudzeń żadnych.
Gorycz, która została na dnie tego marzenia, potrzeba wypić do kropli, ale mężną jestem, bo wiedziałam, co mnie czeka! — Zabrakło jej głosu, książę, korzystając z milczenia, wziął rękę jej i całować ją zaczął, potem odstąpił krok, starając się być panem siebie.
Twarz jego zwolna wypogodziła się i przybrała wyraz istotnie idealny.
— Sylwjo droga — winienem ci prawdę. — Mówmy chłodno.
Jestem winien! Miłość zawróciła mi głowę, nie obrachowałem następstw. — Winien jestem, ale nieuczciwym być nie chcę — nadto cię kocham, nadto wysoko podniosła mnie miłość twoja.
Tej miłości winienem uwielbienie, cześć, ofiarę!
Dałem ci serce, nie odbiorę ci go, ale więcej dać nie mogę. Nie należę do siebie, zawód mój skończony nie jest, czuję, że przyjdzie dla mnie godzina, w której powołany zostanę. Żołnierzem jestem przedewszystkiem, wiązać się nie mogę żadnemi obowiązkami, bo życie moje do mnie nie należy.
Swobodny nie zważałbym na nic — byłabyś żoną moją — jestem niewolnikiem mojego powołania, jestem żołnierzem... Urosnąć muszę na wodza, dobić się sławy, której mnie dotąd los pozbawił. To moje przeznaczenie. Na tom poprzysiągł, a nawet dla miłości twej nie złamię przysięgi.
Sylwja słuchała, oddech wstrzymując. Książę, mówiąc to, zmienił się zupełnie. Salonowy Pepi urósł, podniósł głowę, oczy mu się iskrzyły, stał się idealnie pięknym, razem i strasznym.
Coś bohaterskiego, wielkiego jakby aureolą go otoczyło.
— Miłość moja dla ciebie — dodał — ani ustała, ani ustanie — ale będzie świętą i czystą.
Chcę cię mieć ideałem, nie kochanką.
Sylwja zapłakała, chciała się rzucić ku niemu, książę zwolna posadził ją znowu na kanapie, a sam odstąpił.
— Zrozumiej mnie — zawołał — nie obwiniaj. Kiedym się zakochał, była to miłość płocha, nie przewidywałem, że ona mnie zmieni, odrodzi — uczyni sumiennym. Kocham cię i szanuję, Sylwjo! Pragnę twojego szczęścia!
— A! zabijasz mnie! — odpowiedziała szambelanówma z płaczem, — odpychasz... A! nie, to niepohamowanie dla mnie, to nowa jakaś miłość każe ci się mnie pozbyć...
— Mylisz się, — chłodniej coraz począł książę — nie kochałem nigdy nikogo tak, jak ciebie. Masz tego dowód, bo z najgorętszej namiętności czynię ci ofiarę.
— Ofiary tej nie chcę, ani poszanowania — nie — miłości twej tylko — przerwała z łkaniem Sylwja.
Książę stał, walcząc z sobą widocznie.
— Zlituj się, — rzekł po chwili — jesteś jeszcze w gorączce — zlituj nade mną i nad sobą.
— W gorączce? — przerwała Sylwja — ja chcę w niej pozostać. Nie mam rozumu, mieć go nic chcę...
— Ja go za nas dwoje mieć muszę — odparł książę powoli.
Po chwili milczenia Sylwja podniosła oczy zapłakane.
— Rozstać się więc mamy! — zawołała — ja tego nie przeżyję!
— Sylwjo kochana, — rzekł książę powoli, sam się zmuszając do chłodnego mówienia, aby biedną szambelanównę z jej egzaltacji wywieść, — mówmy rozsądnie. Chcę twojego szczęścia... chcę, abyś była zmuszoną, choćby krótkiem cierpieniem lepszą, spokojniejszą przyszłość okupić... Znajdziemy godnego ciebie człowieka...
Szambelanówna się zerwała z dumą i pogardą na czole.
— I będziemy go we dwoje oszukiwali? — zawołała szydersko. — O! nie! mości książę. — Mogę być nawet kochanką, ale nie będę wiarołomną, gdy przysięgnę, byłabym podłą. Przysiąc zaś miłości, mając w sercu inną — nie potrafię — byłabym oszustką...
— Nie zrozumiałaś mnie — odparł książę zimno — nigdy myśli podobnej nie miałem. Szanuję cię dziś i chcę cię móc szanować do zgonu...
— Dlatego chcesz się mnie pozbyć, wydając zamąż! — odparła szydersko znowu.
— Chcę, abyś nie cierpiała tyle, abyś zmuszoną była o mnie zapomnieć — rzekł smutno książę...
— Nie kochasz mnie już? to słowo zagadki — przerwała Burzymowska. — Powinnam to była przeczuć, odgadnąć! Mógłżebyś pomyśleć bez zgrozy, że inny mężczyzna ręki mej tylko dotknie... nazwie się panem moim!
Książę stał blady i zmieszany, prawie zrozpaczony, jakby już nie wiedział co mówić. Sylwja po chwili zaczęła z gorączką wznowioną.
— Pocóż to wszystko? Zostaw mnie jak jestem! Zniosę, co mi ta miłość zgotowała, dla niej! dla ciebie! Widziałeś mnie dziś, jestem nieulękniona!
Szłam na oczu tysiące złych, zazdrosnych, zabijających z uśmiechem, pod pręgierz! Stałam pod nim, nie drgnąwszy — bo kocham!
I z rozpaczą rzuciła mu się na szyję — książę uwolnił się od uścisku żywo i odskoczył.
— Prawda! — zaczęła Sylwja, padając na kanapę — taka miłość, jak moja, straszna! zabijająca..., lecz nie lękaj się, nie zabije ona nikogo oprócz mnie.
Wyście do innej przywykli, do tej wystudzonej, co trwa godzinę i topnieje, jak śnieżek na słońcu, co się światła boi, ludzi lęka i — kłamie!
Nic już nie odpowiedział książę, stał zdaleka. Sylwja mierzyła go oczyma — nieporuszony wytrzymał jej wzrok.
— Ojca masz, którego kochasz, Sylwjo, — odezwał się spokojnie — jeśli nie dla mnie, dla niego coś powinnaś uczynić. Niech mi twój los i jego łzy nie ciężą na sumieniu...
— Ojca! mojego, poczciwego, dobrego ojca, który nic nie wie o mojem szaleństwie, — odezwała się Sylwja, ręce załamując — o! tego mi żal!... o! żal mi go...
Zerwała się z siedzenia i chwyciwszy za głowę, powtórzyła kilka razy:
— Ojciec! biedny ojciec!
I jakby sama do siebie dodała:
— Nie mogę! nie mogę, ani dla ciebie — ani dla niego! — Nie mogę.
Scena ta przedłużyła się jeszcze, lecz książę wytrwał z przybraną powagą, którą uczucie hamować się starał — uspokajając, starając się wybuchy Sylwji i jej roznamiętnienie ukołysać powoli.
Przychodziło mu to z trudnością wielką. Długo potrząsała głową, opierała się, słuchać nie chciała, z ust jej wyrywały się wymówki szyderskie, lecz nareszcie uległa wpływowi głosu ukochanego, uśmierzyła się i cicho rozpłakała.
Była to nowa próba dla księcia, którego łzy kobiece drażniły — a na te sposobu nie miał, oprócz pokornych próśb i zaklęć.
Tak godzin parę upłynęło, a że się z czasem nie liczono, mogłoby się to było nie wiedzieć jak długo przeciągnąć, gdyby siedząca w saloniku Czeżewska, przez cały ten czas milcząca i rozgniewana, nie była wreszcie przywiedziona do ostateczności. Kilka razy już porywała się z krzesła, jakgdyby wychodzić chciała, rzucając piorunujące wejrzenie na majorową, na której pytania wcale nie odpowiadała, odwracając się od niej z pogardą. Zniecierpliwiona w ostatku zaczęła, podniósłszy głos, domagać się gwałtownie powrotu do domu. Zkolei Habąkowska na to żądanie jej nie dała w początku żadnej odpowiedzi.
Zagroziła pani wojska, że pójdzie przebojem szukać Sylwji i wstała znowu.
— Przepraszam cię, — zawołała Habąkowska — w moim domu ja panią jestem i żadnej esklandry nie dopuszczę.
Miarkując wszakże, iż do wybuchu głośnego przyjść może, bo Czeżewska coraz straszliwiej burząc się, podskakiwała ku drzwiom, majorowa sama do nich zapukała.
Długo nie dano żadnej odpowiedzi, lecz, gdy zastukała powtórnie, Sylwja z twarzą zapłakaną wyszła nagle, nie spojrzała na gospodynię, nie szukała oczyma Czeżewskiej, i jak wpadła tu niemal bezprzytomna, tak zbiegła do powozu napowrót, cała zatopiona w sobie.
Wojska zadyszana, przeklinając los swój, dogoniła ją już siedzącą w kąciku karety z osłonioną twarzą.
Nie przemówiwszy do siebie, pojechały tak do domu.
Tu szambelan niespokojny czekał na nie z Zybkiem na dole, a gdyby miał cokolwiek więcej przenikliwości i baczenia, postrzegłby łatwo na twarzy córki i na pani Czeżewskiej ślady wcale niezwykłego usposobienia.
Poczciwy Burzymowski niczego się w świecie nie domyślając, nie przypuszczając, aby się mogło im co trafić wychodzącego z trybu i ram powszedniego żywota, przywitał córkę wesoło, nie dopatrzył w niej smutku, ani śladu łez na oczach; ze złym zaś humorem pani wojskiej będąc oswojony, poprowadził je jak zawsze, baraszkując, na górę.
Wzruszyło go tylko, że córka czulej, niż zwykle, uściskała go i ucałowała, co po chwili wesołość starego podniosło jeszcze.
Po wschodach prowadząc kobiety, śmiał się, gderał, żartował, że tak późno powracały.
Każdy wyraz jego niezręczny ranił Sylwję w serce samo.
— No, już nie możecie powiedzieć, — wołał, patrząc w oczy córce — ażebyście się nie ubawiły za wszystkie czasy! Choć to już u drugich post, ale u panów i w piątek się najeść można u stołu i w popielce nawet zabawić, tak oni sobie radzić umieją, aby był wilk syty i koza cała.
Sylwja nie mogła się zebrać na żadną odpowiedź i chciała się zaraz cofnąć do swego sypialnego pokoju, pod pozorem bólu głowy, gdy stary dodał:
— Ból głowy, to nie z czego innego, tylko że oni tam Pod blachą palą, jak w łaźni. Ale, ale, ja się też dziś dobrze spociłem u Micia!
Sylwja posłyszawszy to imię, mimowolnie się zawróciła.
— Cóż się z nim dzieje? — zapytała.
— Źle z nim jest — odparł szambelan. — Źle! źle! Doktór mówił w początku, że — nic, nic! A tu, piękne mi to nic! zaczynają teraz przebąkiwać nie o okulawieniu, ale że bodaj czy mu nogi do kolana odjąć nie wypadnie.
Pan Bóg łaskaw, może się bez tego obejść — ale, kto wie? a nuż się co przyrzuci? W takich razach zawsze prędzej złego się trzeba spodziewać, niż dobrego. Biedne, poczciwe chłopczysko.
I muszę go też oczyścić, — dodał, ciągnąc dalej — bom niesłusznie przed tobą oszkalował.
Powiedziałem ci, zdaje mi się (bom się domyślał tego), że za dziewczynę jakąś bić się musiał. Otóż, przekonałem się, że byłem w błędzie. Coś to innego zaszło... Micio bo nigdy tak płochym nie był.
— A o cóż im pójść mogło? — zapytała Sylwja z trochą ciekawości.
— Coś posłyszałem, piąte przez dziesiąte, zboku, ale tają przede mną, nie wiem prawdziwie dlaczego. Tom tylko zasłyszał z ust godnych wiary, — mówił zniżając głos szambelan — że się pojedynkował, stając w obronie honoru pewnej damy z towarzystwa (imienia mi nie chcieli powiedzieć), na którą rzucono potwarz o jakieś bliskie stosunki z księciem Józefem.
Ujął się za nią — i — musieli się strzelać.
Szambelan mówił to zupełnie spokojnie, nic się nie domyślając.
Sylwja, która zrazu słuchała obojętnie, zwróciła się ku niemu i zbliżyła, bledniejąc na twarzy.
— Damy? z towarzystwa? — zapytała głosem ledwie dosłyszanym.
— Tak jest, damy! — odparł żywo szambelan.
— Nie wiem i nie pojmuję, dlaczego przede mną z tego taką czynią tajemnicę. Przecież mi zwykle wszystkie sekreta komunikują, a nikogo nie wydałem. Com się naprosił nazwiska! nie i nie! Niezmiennie byłem ciekawy, zaprzysięgałem, że nikomu nie wyjawię, — jak się uparli — nie powiedzieli mi, a ani podsłuchać, ani się domyśleć nie mogłem. Jużto — dokończył stary — mądry, kto odgadnie, jaka z pań na porządku u księcia, bo on się, słyszę, co tygodnia w innej kocha...
Sylwja stała drżąca, patrząc mu w oczy, rumieniąc się i bledniejąc. Myśl, że Mieczysław mógł się bić za nią, ubodła ją jak sztyletem w serce. Chcąc ukryć wzruszenie, przeszła się parę razy po salce.
— Byłeś u Micia dzisiaj, — odezwała się cicho... — jakże on to... znosi?...
— Mężnie! — zawołał Burzymowski — chociaż dr. Witaczek i inni lekarze i chirurgowie strasznie głowami potrząsają. Ucinanie nogi jeszcze nie jest postanowione... Ma gorączkę, rana się zaogniła... Gangreny się lękają, czy coś — ale... Pan Bóg łaskaw!
Sylwja załamała ręce — łzy się jej w oczach kręciły.
— Wiesz, ojcze, — odezwała się — bardzo mi żal tego biednego Micia... Tak dobry był dla mnie, a ja go często tak drażniłam po dziecinnemu. Gdybyś, ojcze, pozwolił, bardzobym go chciała odwiedzić. Wiem, że sprawiłoby mu to przyjemność.
Spojrzała na ojca, stał mocno zdziwiony.
— A, co ci tam po tem, albo jemu! — odparł. — Widok dla ciebie nieprzyjemny, a jemu narobisz tylko kłopotu.
— Ale, jabym sobie tego bardzo życzyła! — rzekła, nastając, Sylwja. — Mój tatku!
Oprzeć się już nie mogła tej myśli, że Grabski za nią pojedynkować się musiał.
Popierając prośbę swoją, pocałowała go w ramię, oczy miała łez pełne.
— Mój tatku! ja bo go chcę koniecznie odwiedzić... Mnie go żal!
— Ha! jeżeli koniecznie ci się tego zachciało, to trudno — rzekł Burzymowski. — Wiesz, że ja ci się nierad sprzeciwiam. Jutro rano pójdę mu oznajmię o tem, żeby się trochę przygotował, a około południa...
— Tak, tatku, koniecznie! — powtórzyła Sylwja niespokojna.
To mówiąc, a nie chcąc mu dać poznać, że się jej łzy do oczów cisnęły, Sylwja prędko dała ojcu dobranoc i pośpieszyła się skryć w swoim pokoju.
Po wyjściu dopiero córki szambelan, wybierając się już na dół a kombinując jej znalezienie się wieczorne, ucinki, mowę, ton jej, zmiarkował, że Sylwja była, jak się wyrażał, „nieswoją“.
— Coś jej jest! Jużciż nie za Miciem przepada tak! Może niezdrowa, zmęczyła się tą nieustanną zabawą. Żeby mi tylko, uchowaj Panie Boże, nie zachorowała znowu — mówił sam do siebie, wychodząc. — To nierozsądne palenie Pod blachą może najmocniejszego człowieka zdrowia pozbawić, a ona taka delikatna!
Gdyśmy tu przyjechali, była jak różyczka, a teraz tak mi pobladła!...
W samych drzwiach od sieni stała, jakby czekając na jego wyjście z salonu, pani wojska Czeżewska. Burzymowski zabierał się jej dać dobranoc i co rychlej się wymknąć, bo go srodze nudziła, gdy jejmość szepnęła, palce kładąc na ustach, że się z nim na osobności rozmówić potrzebuje.
Miała minę nastraszoną i wielce ważne sprawy zapowiadającą.
Zajść do pokoiku Czeżewskiej, który cały przesiąkły był, jak ona, wonią ambry, jakimś pudrem i różnemi kosmetykami, dla samego już nosa szambelańskiego było rzeczą niemiłą, ale tajemnicze to wezwanie budziło ciekawość i trochę niepokoju o córkę, o którą jedynie chodzić mogło. Odmówić nie śmiał.
Wojska, czując się odpowiedzialną, coraz była niespokojniejszą. Całej okropnej prawdy przed ojcem wyjawić nie myślała, ale miała zamiar przynajmniej namawiać go do powrotu na wieś.
Gdy szambelan, kręcąc nosem, w krześle usiadł, Czeżewska zajęła miejsce naprzeciw niego i obracając pierścionki na chudych palcach, odezwała się, jąkając.
— Pan szambelan już to sam musiał dostrzec, że naszej Sylwce powietrze miejskie widocznie nie służy.
Burzymowski głową potwierdził uczynioną uwagę.
— Czyby też nam nie czas, gdy się już i karnawał skończył, dla odpoczynku do Burzymowa powrócić?
— Hm! — rzekł szambelan — a! zapewne! Nie byłbym temu przeciwnym wcale. Asińdźka masz lepszą zręczność wpłynąć na Sylwkę, wyrozumieć ją... Ja, ja się nie sprzeciwiam.
— Mówiłam już panu szambelanowi, — ciągnęła po chwili namysłu Czeżewska — że wpływ mój na Sylwkę teraz jest bardzo mały! Opanowały ją te panie z Pod blachy...
Powaga ojcowska jest większą, panby powinien wyrazić swe żądanie.
— Zapewne! — odparł zmieszany Burzymowski — ale, asińdźka wiesz, że ja mojej jedynaczce gwałtu w niczem czynić nie chcę. Jeżeli ona się tu bawi, a towarzystwo to jej miłe, a dlaczegóżby nie miała go używać? Dzięki Bogu, jeszcze nam staje na to... Prawda, powiem asińdźce, że mi tu sakwę doją, co się zowie, a! cóż robić! kiedyś grzyb leź w kosz! Na to ja, abym córce służył, a worek mój, aby w nim czerpała!
— Ale zdrowie! ale spokój! ale przyszłość!! — odezwała się, nacisk kładąc na wyraz ostatni Czeżewska.
Burzymowski, który znaczenia jego nie zrozumiał, popatrzył na mówiącą i zniżając głos, a zakrywając się ręką, szepnął:
— Może się co trafi... Zmiłuj się asińdźka! Nie kryję, że życzyłbym sobie tego. Z wielkiego świata, gdyby się udało, skomportować zięciaszka, ślicznieby było, bo w Burzymowie... zejdziemy na prostego szlachciurę. Hm? nie masz tam asińdźka jakich widoków? domysłów? sygnałów?
Czeżewska zesznurowała usta.
— Prawdziwie nie wiem... Nie! coś mi się nie zdaje — szepnęła. — Pannie Sylwji podobać się trudno, bardzo wysoko patrzy!
Rozśmiał się stary uradowany.
— A! — rzekł — bo czuje, że wiele warta! Tu drugiej takiej jak moja niema na całą Warszawę.
To powiedziawszy, czekał Burzymowski, czy mu Czeżewska jeszcze co nie powie, wojska zaś zdawała się wyglądać, czy się on jej z czem nie zwierzy.
Milczeli tedy oboje.
Szambelan się wreszcie dorozumiał, że więcej już nic nie usłyszy — i wstał.
— Asińdźka, jeśli to uważasz za dobre, abyśmy powrót na wieś przyśpieszyli, wpływaj na nią powoli. Zechce ona powracać, nie mam nic przeciwko temu, a woli jeszcze zostać — zostanę...
Dobrej nocy!
I wyszedł.
Wojska spojrzała za nim pogardliwie, i gdy się drzwi zamknęły, nie znalazła w gniewie swym na zaślepionego starego innego wyrazu na scharakteryzowanie go, nad bardzo gminny.
Mruknęła zcicha: — Cebula!
I ruszając ramionami, powtórzyła z przyjemnością trafne to przezwisko: Cebula!...
Burzymowski, który, schodząc po wschodach, nucił jakąś piosenkę, wielce z siebie uradowany, nie domyślał się, jak go wystrychnęła niegodziwa Czeżewska, która długo zabawiała się jeszcze, mrucząc — Cebula!

II.

W pokoju zieloną przysłonionym firanką, w którym leżał ranny Grabski, cicho było jak w klasztorze i jak w nim smutno.
Doktorowie, opatrzywszy i wysondowawszy ranę, właśnie byli odeszli, oświadczając, że przypuszczenie, jakoby amputacja mogła być wskazaną, co najmniej przedwczesne było. Znaleziono, że stan nie pogorszył się tak dalece i nie odejmował nadziei zachowania nogi ranionej.
Zmęczony opatrywaniem Grabski nawpół drzemał, wpół marzył. Kilka książek rozrzuconych około niego na łóżku i krzesłach świadczyło, że długą, przymuszoną samotność i obezwładnienie czytaniem skracać się starał.
Wśród ciszy tej z przedpokoju dał się słyszeć dobrze mu znany, wesoły i zawsze hałaśliwy głos pana szambelana.
— A co? byli doktorowie? Co? odpoczywa? To dobrze!
I Burzymowski ze swą rumianą, okrągłą twarzą pokazał się w progu.
— Widzisz, jak częstym gościem jestem! A dziś to ci jeszcze wesołą, miłą przyniosłem nowinę. Na twojem miejscu będąc, podskoczyłbym, mimo nogi zranionej. Zwiastuję ci wizytę ślicznej panny!
Grabski pobladł i poruszył się niespokojnie.
— A no, spodziewam się, że ślicznej, kiedy ci powiem, że jaśnie wielmożna szambelanówna Sylwja Burzymowska ma cię zaszczycić odwiedzinami swemi!... A co? nie złoteż to serce?
Przyznam ci się, — kończył, siadając przy łóżku i rozglądając się dokoła — muszę popatrzyć, żeby tu co gdzie nie leżało nieprzyjemnego dla jej ocząt, jaka okrwawiona chusta, lub bandaże...
Poczciwy szambelan, troskliwy o córkę, żywo zaczął gospodarować po pokoju, lecz nic nie znalazł do schowania. Grabski tem się właśnie od innej młodzieży różnił, iż do przesady lubił czystość i porządek. Śmiano się z niego nawet, że jak u młodej panienki, wytwornie było i kwiecisto w jego mieszkaniu. Burzymowski pochodził, pomruczał i powrócił na miejsce swoje.
Grabski niespokojny, słowa nie mogąc wyrzec, gospodarował na swem łóżku i koło siebie.
— Widzisz, — odezwał się stary — nawet mi nie powiedziałeś: Bóg zapłać!
Micio się nieco zarumienił.
— Kochany szambelan wiesz i bez tego, jak ja mu wdzięczen jestem.
— Powinieneś jej być wdzięcznym — rzekł ojciec. — Toć to, panie, dziś jest gwiazda Warszawy! ulubione dziecko całego wielkiego świata! Wszyscy przed nią na kolanach! A ona, owa monarchini czyni ci ten honor...
Zarumieniony Grabski dodał cicho:
— I bardzo wielką przyjemność!
Zaturkotało w ulicy, troskliwy ojciec pobiegł do okna, poznał powóz i wyszedł śpiesznie naprzeciw swej jedynaczki, aby jej służyć za przewodnika.
Grabski z oczyma we drzwi wlepionemi, naprzemiany blady i zarumieniony, czekał ukazania się Sylwji. Nie przypuszczał on wcale, aby się domyślać mogła pojedynku przyczyny.
Nie widzieli się już od dosyć dawnego czasu, upływ krwi, cierpienie zmizerowały i zmieniły bardzo Mieczysława, Sylwja też od owego wieczora na kasynie nosiła na twarzy piętno głębokiej boleści.
Spojrzawszy na siebie, oboje doznali przykrego wrażenia. Sylwji uderzyło serce, wyciągnęła ręce, zbliżając się do łóżka zarumieniona i z uczuciem wpatrując się w chorego, rzekła:
— Dawno powinnam była spełnić ten obowiązek, daruj mi!
Grabski usiłował okazać się wesołym, próbował uśmiechać; ale badawcze wejrzenie Sylwji mieszało go.
Czeżewska po przywitaniu usiadła zdala, z podziwieniem przypatrując się pięknym kwiatkom na oknie.
Szambelan, który też przy chorym nic do czynienia nie miał, począł honory kawalerskiego apartamentu robić ciekawej wojskiej i pociągnął ją z sobą.
Sylwja na chwilę została sama przy łóżku Grabskiego i natychmiast, korzystając z tego, pochyliła się ku niemu z zapytaniem:
— Na pamięć twej matki, na cienie jej cię zaklinam, mów mi prawdę! Jaki był powód tego pojedynku?
Wejrzenie, które na niego rzuciła, przeraziło go, zbladł i nie potrafił zebrać myśli.
— Ani prawdy, ani fałszu ci nie mogę powiedzieć, nawet na takie zaklęcie, — odparł po krótkim namyśle — dałem słowo, że zachowam tajemnicę.
— Która dla nikogo w mieście już nią nie jest! — prędko odpowiedziała Sylwja. — Może część tylko prawdy zakrytą jest przede mną i przed ojcem, ale ja się jej domyślam!
Wyciągnęła rękę, którą Mieczysław ucałował i podnosząc głowę, rzekł:
— Nie wiem, dlaczegoby cię ta tajemnica obchodzić miała?
Po namyśle krótkim Sylwja, na siebie wskazując, odezwała się głosem spokojnym, w którym jednak jakby jęk stłumiony słychać było.
— Bo ta tajemnica tyczy się mnie!
Grabski rzucił się gwałtownie, przestraszony.
— Któż ci coś podobnego śmiał powiedzieć?
— Mnie? nikt — poczęła Sylwja tym samym głosem dziwnym. — Ojcu mojemu powiedziano wczora, żeś się pojedynkował za honor kobiety, którą wskazywano publicznie jako kochankę księcia Józefa.
— Więc cóż to ma za związek z tobą? — zapytał słabym głosem Grabski.
Sylwja obejrzała się, jak daleko był ojciec i Czeżewska, która w sąsiednim saloniku sztychy angielskie właśnie szambelanowi starała się tłumaczyć.
— Wiem, że życzliwi ludzie na mnie coś podobnego mówią! — odezwała się szambelanówna.
Rumieniec oblał jej twarz, lecz, zebrawszy się na męstwo, ciągnęła dalej.
— Widzisz, że ja nawet miłości księcia Józefa ani się wstydzę, ani zapieram! Jest to szlachetny charakter i piękna dusza, w której zakochać się można! Nie potrzebuję się sromać, bo ani on, ani ja nic sobie do wyrzucenia nie mamy. Przyszłam ci podziękować, żeś szlachetnie stanął w obronie mojej, żeś we mnie wierzył. Dziękuję ci!
Mogę ci śmiało spojrzeć w oczy!
Uśmiechnęła się smutnie.
— Widzisz, — dodała — jak z tobą jestem po bratersku otwartą i szczerą. Tak, Miciu, kocham tego bohatera, on mnie kocha, ale to miłość jest czysta, smutna, święta, bez nadziei!
Pożałuj mnie, wstydzić się mnie nie będziesz...
Mówiła to gorączkowo, ze łzami w oczach, a choć do jej odwagi i charakteru nawykły był Micio, wystąpienie to jawne, przyznanie się do uczucia, o którem chciał wątpić, zabolało go mocno.
Spojrzał na nią z politowaniem i współczuciem. Ona też patrzała mu w oczy, szukając wrażenia, jakie uczyniła.
Grabski ręką cisnął piersi, bo mu się zdało, że serce pęknie z boleści.
— Sylwjo moja, — rzekł — dziękuję ci za zaufanie... Cóż mam powiedzieć ci więcej? Życzę ci szczęścia, a nie widzę go... Pamiętaj na ojca i siebie!
— Bóg da, że biedne moje ojczysko nic wiedzieć nie będzie o tem, co córkę wpędzi do grobu. Ty, Miciu, synem mu bądź! — odezwała się cicho.
— Zwyciężyć się potrzeba, — dodał pośpiesznie Mieczysław, obawiając powrotu szambelana — zaklinam cię, panuj nad sobą. Wracaj na wieś!
Nim szambelanówna mogła mu odpowiedzieć na to, posłyszeli kroki i głos Burzymowskiego, Sylwja zamilkła. Mieczysław zaczął mówić o czemś obojętnem.
Na twarzy jej jednak takie widać było jeszcze rozgorączkowanie i zmianę wielką, że nawet szambelan, zbliżywszy się, dostrzegł ją.
— A mówiłem! — zawołał szybko, poruszony, podchodząc do Sylwji. — Ta wizyta na nic się zdała! Cała jesteś poruszona tym widokiem... Dla kobiet lazarety nie są stworzone!
— Mylisz się, kochany ojcze, nic mi nie jest! — podchwyciła Sylwja. — Owszem, jestem bardzo rada, że Mieczysława widzieć mogłam, żem go może trochę rozerwała. W szakżeśmy my dobrzy, starzy przyjaciele od dzieciństwa.
Dobrzeby tatko nawet zrobił, żeby nam rozmowy nie przerywał, bo mamy jeszcze wiele sekretów do powiedzenia sobie.
— Co? sekretów? — zapytał Burzymowski. — Wy? sekretów?
— Ale tak! sekretów! — uśmiechając się przymuszenie, dodała Sylwja. — Cóż tatko wiedzieć może? A nuż ja przynoszę tu jakie czułe poselstwo od jakiej pięknej pani, która sama chorego odwiedzić nie może?
Burzymowski, nawykły do posłuszeństwa córce, ramionami poruszył zdziwiony.
— Co znowu! — mruknął.
— Jak jest, to jest, mój tatku, daj mi jeszcze z Miciem pomówić na osobności — dodała Sylwja.
Naleganie to niespodziewane wprawiło w wielkie zdumienie Burzymowskiego, lecz opierać się nie był zwykł córce, i choć nic nie rozumiał, cofać się zaczął.
Czeżewska, trzymająca się trochę zdala, potrząsała głową.
Gdy się oboje oddalili znowu, obejrzawszy się ku nim, Sylwja pochyliła się do zamyślonego kuzyna.
— Tyś rozumniejszy ode mnie, — odezwała się cicho — życzysz mi dobrze, kochasz mnie, jak siostrę.
Grabski podniósł oczy, protestując.
— Wiesz, że cię nie jak siostrę kocham!
— To źle! bo ja cię tylko jak najdroższego z braci kochać mogę — mówiła szambelanówna. — Psujesz mi tem wszystko, tracę odwagę.
— Mów, ja ją mieć będę za nas dwoje — wtrącił Grabski.
— Cóż ci mam mówić! O mnie nie idzie mi; o ojca tylko... Śmiało ci w oczy spojrzeć mogę, — dodała, rumieniąc się — ale ludzie są źli, ale potwarz jest zabójczą....
Ojciec mój! o Boże!
— Należy zerwać wszystko, jechać stąd! — powtórzył Grabski. — Przecierpisz, przebolejesz... wszystko w świecie się zapomina.
— Tylko nie pierwsza, jasna miłość, — śmiało przerwała Sylwja — gdy była takim snem ślicznym, a bohaterem jej człowiek, co jest bohaterem... Ja jedna znam jego duszę i rycerski charakter... Ludzie sądzą z tego, co on im ukazuje, aby ukrył się przed nimi!
Grabski słuchał z oczyma spuszczonemi, przybity, dysząc od wzruszenia.
— Wierzę, — rzekł — nie mów więcej! Na potwarze jest jedno lekarstwo... gorzkiem może być ono dla ciebie... ale, gdy się stanie koniecznem, Sylwjo, masz — mnie.
Pomimo przytomności szambelana Sylwja krzyknęła. Czeżewska i on zwrócili na nich oczy.
— Proszę nas nie podsłuchiwać i nie przerywać — wtrąciła nakazująco Sylwja — rozmowa nieskończona.
To mówiąc, pochyliła się znowu do chorego.
— Miciu! — zawołała — tyś także szlachetny! tyś bohatersko poświęcający się. Ale sądziszże, iżbym, nie mogąc ci dać serca, taką przyjęła ofiarę? Ja?!
— O przeszłości zapomniałbym, — rzekł Grabski — a nie żądałbym nic więcej nad to, abyś mi sobie służyć i pocieszać się dozwoliła... Przyszłość...
— Jaka przyszłość? — przerwała Sylwja — bez serca, ze wspomnieniami takiemi! O! ty nadto dobrym jesteś!
Grabski się uśmiechnął tylko.
— Chociaż dziś — rzekł — odrzucasz moją ofiarę, pamiętaj o niej, ja jej nigdy i w żadnym razie nie cofnę. Będziesz może zmuszoną zamknąć usta ludziom, uspokoić ojca, szukać kogoś, coby ci życzliwą, braterską podał rękę, nie wymagając nic... oprócz przyjaźni... Pamiętaj, że mnie masz, którego życie do ciebie należy...
Cicho dokończył ostatka, w milczeniu popatrzyła nań zdumiona i rozrzewniona Sylwja, nie dowierzając prawie temu, co słyszała. Wyciągnęła obie ręce ku niemu w milczeniu wymownem i odezwała się cicho.
— Nie! mój Miciu, ciebie jeszcze czekać powinno szczęście, boś ty na nie zasłużył, a ze zwiędłego serca mojego cóżbyś miał! O! byłabym bezecną egoistką, przyjmując ofiarę.
— Byłabyś moim aniołem wybawcą! — dokończył Grabski. — Pamiętaj, Sylwjo — dziś, jutro, za lat dziesięć, póki żyć będę, jam twój.
Łza się szambelanównie zakręciła w oku.
— Co oni, proszę asińdźki, mogą tam z sobą szeptać i mruczeć — mówił szambelan do wojskiej. — Patrzaj tylko, jak ona się nachyla, ręce mu podaje, jaka ożywiona rozmowa! Dalipan to przechodzi moje pojęcie! Może istotnie Sylwji która z tych jejmościanek, ta, za którą się bił — czy co? poleciła co powiedzieć? Słowo daję! nie rozumiem! Jak się też asińdźce zdaje?
— Ja także tego zupełnie nie rozumiem — zaciskając i sznurując usta, odezwała się Czeżewska. — Naszej panny Sylwji nikt na świecie nie odgadnie!
— Już co to, to prawda! — rozśmiał się szambelan. — Ale bo, spójrz, proszę, na nich, tak coś żywo rozprawiają, jakby o losy świata chodziło! Niechby tam sobie było, co chciało, — dodał — ażeby tylko mojej Sylfidzie to wzruszenie nie zaszkodziło!
— Ja sądzę, że i dla pana Grabskiego zbyteczne poruszenie dobrem nie jest — dodała Czeżewska. — Niech pan swoją powagą wejdzie w to i położy koniec szeptom!
— Powagą! — syknął Burzymowski. — Asińdźka jak na muła wszystko składasz na tę moją powagę, albo jak na żydowskiego konia, z pozwoleniem! Ale! Powaga! Była ona kiedyś, ani słowa, póki panna nie podrosła i głową mnie nie przerosła, teraz ja jej najniższy sługa. Lepiej asińdźka zagadaj i przerwij.
— Mnie nie wypada.
— A ja nie mogę, w żaden sposób — rzekł Burzymowski. — Sylwja mnie nie posłucha i resztę tej powagi djabli wezmą.
Zdaleka tedy przypatrywali się tej zagadkowej dla nich a tak ożywionej rozmowie. Szambelan tylko kiedy niekiedy chrząkał, jakby o sobie znać dawał; Czeżewska wzdychała głośno, wszystko to nie pomagało.
Pół godziny może piękna panna przesiedziała tak u łoża chorego, naostatek jeszcze raz podała mu rękę i wstała, wysilając się, jeżeli nie na wesołość to na jakąś odwagę sztuczną.
Grabski, sparty na ręku, leżał jak przybity — widać było na nim wrażenie, które litość obudzało.
— E! ona mu tam, widać, nic dobrego nie przyniosła, — rzekł Burzymowski w duchu — strasznie nosa spuścił na kwintę.
Widząc, że już nawoływanie na ustąp się skończyło, a Sylwja wstała, szambelan odetchnął i poweselał.
— No, teraz, — rzekł — nie pozostaje nam nic, jak tylko szanownego gospodarza pożegnać, życzyć mu rychłego powrotu do zdrowia i zalecić spoczynek, który doktorowie nakazali. Lękam się właśnie, abyśmy go nie naruszyli naszą wizytą.
— Ja bo jestem nielitościwa, — odezwała się Sylwja — zepsuta egoistka! — Zapomniałam, że to Miciowi szkodzić może i pełnąm mu głowę nabiła różnych niedorzeczności, aby tylko paplać!
Przez grzeczność Grabski protestował, chociaż w istocie czuł się mocno zburzonym i rozgorączkowanym.
— A! — rzekł z wesołością nadrobioną — takie drogie odwiedziny, jak wasze, choćby odchorować za nie przyszło, człowiek nie będzie żałował!
Czeżewska zbliżyła się z radą jakąś lekarską, aby także wtrącić słówko i nie pozostać wiecznie milczącym Chaperonem. Szambelan pożartował jeszcze, aż Sylwja, której twarz wypieczone rumieńce krasiły, pożegnała chorego, dając znak do odejścia.
Sam pozostawszy, Grabski nieporuszony przetrwał długo oparty na łokciu, pod wrażeniem rozmowy, której każdy wyraz jeszcze w uszach mu dźwięczał.
Ta Sylwja, którą przed chwilą widział rozgorączkowaną, zrozpaczoną, z taką ufnością i otwartością spowiadającą mu się ze swych cierpień i uczuć, nagle z dzieweczki naiwnej zmienioną w jakąś bohaterkę romansu — zdawała mu się nieprawdopodobną istotą. Porównywał ją z tą, którą znał w dzieciństwie i przyznać wkońcu musiał przed sobą, że pomimo zaszłej zmiany, w samowolnem dziewczęciu dawnem była już dzisiejsza romansowa Sylwja. Powolność ojca, płochość dziwaczna Czeżewskiej aż nadto tłumaczyły to rozwinięcie się charakteru, na który wpłynęły także ówczesne romanse francuskie i obyczaje społeczeństwa.
Było coś poetycznego w niej, Grabski tłumaczył ją i uniewinniał przed sobą, ale sąd świata nielitościwego, cieszącego się każdym upadkiem i słabością, mógłże wypaść równie łagodnie i miłosiernie??
Straszne myśli przychodziły choremu; widział dom opustoszony, starca zbyt powolnego i dobrego złamanego boleścią — siebie — bez przyszłości, skazanego na bezsilne ratowanie tych, których ocalić nie mógł.
Rana, która go czyniła bezwładnym, dolegała teraz podwójnie, gdyż byłby, przemagając swój wstręt, wcisnął się w towarzystwo, które mu Sylwję odebrało i znalazł może jaki środek ratunku.
Wzruszenie, jakiego doznał, ból serdeczny, rozdrażnienie stan jego pogorszyć musiały tak, że wieczorem przybywający lekarz z przestrachem znalazł go prawie w niebezpieczeństwie.
Gorączka wzmogła się straszliwie, przytomność stracił wkrótce, a wyrazy, które mu się majaczącemu z ust wyrywały, świadczyły o rozpaczliwym stanie ducha.
Całą noc lekarz z przybranym felczerem musiał spędzić u łoża chorego i nad ranem udało się ledwie sztucznemi środkami sen i uspokojenie sprowadzić. Gdy około dziesiątej nazajutrz Zybek przybył w imieniu Sylwji i ojca jej dowiedzieć się o stanie chorego, doktór oświadczył bez ogródki, że wczorajsze odwiedziny i wzruszenie tak dalece pogorszyły stan Grabskiego, iż na przyszłość wszystkich podobnych stanowczo zakazać musi.
Zybek z tą wiadomością powrócił wprost do panny, która go wysłała.
Słuchając, Sylwja załamała ręce. Po tym, którego ukochała, Grabski był jej najdroższym. Czuła dlań obowiązek wdzięczności, a spełnić go ani umiała, ani mogła. Nastręczył się ojciec, któremu Sylwja dała szczegółową instrukcję jak się miał znaleźć, i wyprawiła go do Mieczysława.
Szambelan, który też kochał poczciwego kuzynka, poszedł posłuszny i został przy nim na straży.
Około południa Grabski był już lepiej, mógł więc stary powrócić z tą pocieszającą nowiną do córki. Ale Sylwji już nie zastał.
Dnia tego towarzystwo, korzystając z resztek śniegu i sanny, wyprawiało kulig do Młocin.
Sylwja była zaproszona.
Bolało jej serce, ale książę miał tego dnia jednemi sankami powozić — chciała, dopóki mogła widzieć go przynajmniej, rzucić wejrzenie i zyskać je od niego.
Wśród tej zabawy, która dla Francuzów miała urok nowości, baron de Beaumont zjawił się u boku Sylwji, natrętniej nadskakując, niż kiedy, śmielszy, zmieniony w obejściu się z nią, jakgdyby ktoś mu uczynił nadzieję, że dotąd nieczuła na wejrzenia i westchnienia piękność będzie łaskawszą dla niego.
W jego postępowaniu było coś tak dziwnie natarczywie narzucającego się, że szambelanówna oburzona, nie taiła gniewu i złego humoru.
W czasie podwieczorku książę zbliżył się do niej, tak że mogli kilka słów zamienić nie podsłuchiwani.
— Może mi książę potrafisz wytłumaczyć, co znaczy ta odmłodzona galanterja barona! Nie nazywam tego innem imieniem, abym go nie profanowała. Baron zdawał się już mieć tyle rozsądku, że mnie przestał nudzić swemi grzecznościami — cóż mu się znowu dzis stało? Quelle mouche l’a piquée?
— Nie wiem, tą muchą chyba mogłaby być majorowa, której, pomimo wszystkich jej usług, nie cierpię — rzekł książę. — Ale cóż to pięknej Sylwji szkodzi, gdy ma więcej adoratorów?
— Wszyscy oni są mi nieznośni, a ja wolę żadnego nie mieć! — odezwała się Sylwja. — Miałażby majorowa — czego nie przypuszczam, zrobić mu jaką niedorzeczną nadzieję?.
Szambelanówna spojrzała na księcia, jakgdyby jego posądzała, ale Pepi ruszył ramionami i uśmiechnął się obojętnie, widać nie poczuwając się do grzechu.
— Jeśli piękna Sylwja mnie o taką zbrodnię posądza, to się bardzo myli — rzekł krótko.
— I nie domyślasz się książę kto mnie zaszczycić mógł swą opieką i narzucić nieznośnego Francuza? — zapytała Sylwja.
— Mówiłem już, posądzam tylko zawsze nadto domyślną i zbyt usłużną majorową — odparł książę. — O innych przypuszczeniach mówić nie chcę, bo mogłyby być fałszywe.
— Mniejsza już o sprawcę tego figla niesmacznego — zawołała szambelanówna. — Książę mógłby mi tę łaskę uczynić i uwolnić mnie od barona... Wiem, że się narazić księciu nie zechce...
— Tak, ale moja interwencja — dodał książę — byłaby niepotrzebnie kompromitującą.
— A! zdaje mi się, — szepnęła Sylwja smutnie — że ja już dostatecznie jestem skompromitowaną!
Ktoś nadchodzący przerwał tę rozmowę, a Beaumont, jak rozpoczął dnia tego, une cour assidue, tak nie zrażony niczem, dotrwał w swych obowiązkach aż do powrotu z kuligiem Pod blachę.
Tu Sylwja uciekła się pod opiekę pani de Vauban i potrafiła się takim opasać łańcuchem, iż baron, nie mogąc do niej dostąpić, musiał się ograniczyć wzdychaniem zdala na uboczu.
Pan baron de Beaumont, kawaler św. Ludwika, mówiący często i wiele o swych aljansach z pierwszemi rodzinami dawnej Francji, niegdyś wojskowy — był jednym z tych cadet de famille, którzy, oprócz pięknego imienia i praktycznego wychowania w salonach, nic nigdy więcej nie mieli.
Rewolucja pozbawiła go rozpoczętej karjery, ale więcej mu nic nad nią nie odebrała.
W znaczeniu nawet urósł jako emigrant, a ci panowie, coby za dawnych czasów, u dworu Ludwika XVI, ani nań spojrzeć nie chcieli, teraz się z nim obchodzili poufale, jako z męczennikiem wspólnych zasad i przekonań jednych wyznawcą.
Uśmiechało mu się wyzyskanie tego położenia przez bogate ożenienie. Słyszał on, że córka pana szambelana miała po ojcu znaczny odziedziczyć majątek, znajdował ją w najlepszem towarzystwie, uroczo piękną, wychowaną starannie, czegóż mógł więcej pragnąć dla siebie?
Wprawdzie, chociaż żadne szczegóły uszu jego nie doszły, słyszał coś o tem i widział sam, że Sylwja bardzo się księciu podobała, mówiono, że książę był w niej zakochany, że ona nie była dlań obojętną — to wszystko nie stanowiło przeszkody, nie zrażało go wcale, prędzejby jeszcze pociągnąć mogło.
Nie były we Francji bezprzykładne małżeństwa z rachuby i dla protekcji, a synowiec króla w oczach barona miał niemal prawa książąt krwi, którym i dozwalano i przebaczano wiele.
Baron w początkach nieśmiało zabiegał około pięknej panny, dając jej poznać tylko, że gotów jest podać rękę do ołtarza... Zdawało mu się, że położenie szambelanówny mogło ją uczynić powolną, że książę mógłby mu pomagać. — Rachuby omyliły, — Sylwja ani chciała nań patrzeć, baron powiedział sobie, że panna musi mieć wielkie nadzieje i ufność w przyszłość, gdy się nie śpieszy wychodzić za mąż.
To w oczach jego wartość skarbu podniosło.
Nie nabijał się już zbyt natrętnie — czatował tylko.
Tymczasem pocieszał się i zabawiał łatwiejszemi, przyjemnemi i nie bez korzyści stosunkami z paniami dojrzalszych lat, które wszystkich Francuzów z wielką dystynkcją i sympatją przyjmowały. — Znana powszechnie rozwódka i wdowa, starościna ...ska, wielce była baronowi przyjazną i zazdrosną o niego. Na nieszczęście miała tylko dożywocie i lat co najmniej czterdzieści. Przyjaźń więc i dobre obiady w bliższe stosunki zmienić się nie mogły.
Baron de Beaumont, jak wielu innych, znał panią majorową, jej był winien nawet przyjaźń swej starościny; bywał u tej protektorki i miał u niej dosyć łaski.
Zapraszała go czasem na podwieczorki, znajdując dosyć zabawnym.
Beaumont, gdy był w atmosferze właściwej, stawał się bardzo wesół, prawił kalambury i opowiadał anegdotki trochę drażliwe, które wielu osobom, mniej zważającym na decorum, wielce się podobały.
Śmiali się czasem godzinami całemi z majorową, do której Francuz robił słodkie oczy, i klapsy od niej dostawał, gdy się zbyt natarczywym okazał.
Jednego z ostatnich wieczorów baron, który podobno, zawiedziony w rachubie na swą starościnę, potrzebował pilno sukursu i spodziewał się, że mu go protektorka wyjedna, udał się do majorowej.
Składki na emigrantów płynęły znaczne bardzo. Rozdzielała je, między innemi, i pani de Vauban, łatwo się więc było do źródła docisnąć, ale tu nie płynęło ono z równą dla wszystkich szczodrobliwością.
Habąkowska podejmowała się wstydliwym uzyskiwać i zręcznie wsuwać sukursa, gdy ich potrzebowali.
Baron szedł do niej jak w dym.
— Kochana pani — rzekł po przywitaniu. — Wstyd mi wyznać, la starostine nie ma ani grosza et je suis à sec!
Majorowa usłyszawszy wyznanie, poruszyła głową i ramionami, skrzywiła usta...
— Starościna, c’est un pis aller et un interim, — odezwała się — trzeba coś bardziej serjo obmyśleć, panowie nie umiecie korzystać ze swego szczęśliwego położenia. Tyle pięknych i bogatych panien jest na wydaniu, któreby chętnie na tytuł się złakomiły, gdy go nosi młody i piękny mężczyzna.
Ale wy wolicie się umizgać do starszych bab, spędzając czas na karmieniu się u nich konfiturami, które nie dają nic, oprócz nudności. Baby i konfitury! — dodała, śmiejąc się. — Żaden z was serjo nie myśli o jutrze... Emigracja może potrwać długo.
— A! mój Boże! — odparł baron z żywością wielką — ja gotów jestem! ale nie idzie mi jakoś!
— A gdzieżeś pan chciał, aby mu poszło? — zawołała majorowa.
— Próbowałem się zalecać pięknej szambelanównie.
Majorowa spuściła oczy i głowę poczęła z ramienia na ramię kołysać.
A! vous n’êtes pas dégoûté! — rzekła. — C’est un joli brin de filie! I ojciec dobry jak ciasto, a majątek wcale duży.
Nie dokończywszy, popatrzyła z uwagą na Francuza; baron zrozumiał ten wzrok.
— O! ja wiem wszystko — rzekł.
— Wszystko? — rozśmiała się szydersko Habąkowska — a więc z łaski swej powiedz mi choć połowę tego, co wiesz?
— No, księciu się podobała! — rzekł baron.
Gospodyni znowu wlepiła w niego oczy, chcąc wyrozumieć, jakie to upodobanie księcia miało znaczenie u Francuza.
Po długim przestanku odezwała się — dosyć śmiało.
Avez vous des préjugés? (Masz pan przesądy?).
— Ja! najmniejszego! — zaśmiał się Beaumont.
— O księciu ja tam tak dalece nie wiem nic... — rzekła pocichu. — Ale, któż wie, myśl starania się o szambelanównę mogłaby być niezłą. Zczasem, kto wie, dałoby się to może doprowadzić do skutku... tylko — pannie się trzeba podobać, a ona — elle est difficile!
— Podobać się? — podchwycił de Beaumont. — Jakiż sposób na to?
Majorowa dźwignęła ramionami.
— Ty! Francuz! Mistrz w galanterji, pytasz mnie, jak się masz podobać kobiecie! A to — doskonałe... Żartujesz chyba!
— Nie, moja śliczna pani! — odezwał się baron — nie, bo jest trzydzieści sześć sposobów podobania się płci waszej, jak to pani wiadomo. Są kobiety, które się biorą szturmem, inne potrzeba oblegać wedle wszelkich reguł strategicznych, inne jeszcze zyskuje się pokorą i służebnictwem. Pani jedna, znając bliżej szambelanówmę, powiedzieć mi możesz, jakimbym sposobem mógł pozyskać piękną Sylwję?
— Zadałeś mi pan pytanie, na które ja, doprawdy, odpowiedzieć nie potrafię — odezwała się majorowa po namyśle. — Jedną tylko (w wielkim sekrecie) służyć mu mogę informacją, że pora do zdobycia szambelanówny, jeśli się nie mylę, jest — nader przyjazną.
Baron trochę się namarszczył, niedobrze zrozumiawszy, a majorowa śmiać się poczęła.
— Więcej powiedzieć nie mogę — dodała szydersko. — Mówię panu, że pora jest przyjazną, bo znam bliżej okoliczności. Książę jest bałamut, panna samowolna, dumna, dziwaczna... O! potrzebujesz pan wiele cierpliwości i pokory! Fin finale!! mogłoby się udać! Byłaby to partja co się nazywa świetna!
Czy majorowa udzieliła jakich poufniejszych wskazówek baronowi, nie wiemy, lecz długo jeszcze rozmawiali o tym przedmiocie.
Niezmiernie czynna Habąkowska zaraz nazajutrz rano poleciała do księcia, któremu się zalecić chciała właśnie dlatego, że jej nie lubił.
Już sam widok majorowoj humor mu psuł, zwłaszcza, gdy się mieszała w jego stosunek z Sylwją. Odważna kobiecina nie dawała się zrazić niczem.
— Mości książę — odezwała się obcesowo wpadając do gabinetu, w którym sobie audjencję wyjednała. — Dwa słowo tylko. Niech się książę nie zapiera przede mną, masz już tej platonicznej miłości dla pięknej szambelanówny dosyć i aż nadto?
— A! gdybyś ty mi się tylko w moje sprawy serdeczne nie mieszała! — westchnął książę.
— Ale ja, jeśli się mieszam, to nie żeby psuć, ale żeby cudze omyłki naprawiać.
Cały ten romans do niczego oprócz kwasów i rekryminacyj nie prowadzi. Panna naiwna narzuca się, książę jesteś tak sumienny...
— Bo ją kocham!
Majorowa zżymnęła się.
— Trzeba temu jakiś koniec zrobić — rzekła. — Wydać ją zamąż.
— A! zapewne! — odparł książę.
— Widzisz w. ks. mość, że ja jestem de bon conseil!
— Ale między radą i wykonaniem, entre la coupe et les lèvres — szepnął książę.
— Potrzeba choć spróbować jakiś epilog stworzyć do tego dramatu czy poematu — uśmiechając się, mówiła Habąkowska. — Mam konkurenta, qui est très prêsentable, a il est de si bonne composition!
Książę się zarumienił i przerwał.
— Mówiłem, że szanuję ją — wtrącił.
— A! i ja także! — dodała piękna Jutka.
Na chwilkę zamilkła, książę się przechadzał zniecierpliwiony.
— Mam księciu przedstawić konkurenta? — spytała majorowa.
— Ja się do tej sprawy mieszać, a nawet wiedziećbym o niej nierad...— odpowiedział sucho.
— Baron de Beaumont! — szepnęła Habąkowska.
Nie było odpowiedzi.
— Już jeżeli go książę protegować nie chcesz, to przynajmniej może raczysz mi powiedzieć, czy nie będziesz przeszkadzał?
— Jestem i pozostanę w tej sprawie zupełnie neutralnym! — dodał z przyciskiem książę. — Nie mieszaj mnie do niej.
— Niewdzięczny! — szepnęła półgłosem majorowa.
Ukłonił się jej książę i chciał odchodzić.
— Mam więc choć milczącą aprobatę? — spytała Jutka.
Odwrócił się już od progu książę Józef ze smutną twarzą.
— Kochana majorowo! — rzekł szydersko — wszędzie i we wszystkiem oceniam twe talenta i pomoc skuteczną, — tylko, proszę cię w tej jednej sprawie! nie czyń nic, a jeśli się już powstrzymać nie możesz od ruchu, nie mów mi przynajmniej o nim. Adieu.
Wyszedł. Skrzywiła się Habąkowska, lecz wcale ją to nie wstrzymało od narady w tym samym przedmiocie z panią de Vauban, i obie postanowiły księcia z tych więzów platonicznych oswobodzić.
Zdaje się, iż obie były tego zdania, że platoniczne są najniebezpieczniejsze.
Powróciwszy z Pod blachy, majorowa znalazła czekającego na nią barona, umiała go natchnąć nadzieją dobrą, zaleciła starać się uparcie i wytrwale.
— Zrozumiej mię pan dobrze — mówiła mu. — W pierwszej chwili będziesz pan może traktowany, comme un chien dans un jeu des quilles (jak pies w kręglach), nie trzeba się tem zrażać! Pokory i rezygnacji zapas zrobić musisz! Gdyby nawet powiedziała panu coś wyraźnie nieprzyjemnego, możesz udawać, że jej nie rozumiesz. Słowem, dużo cierpliwości, uporu, wytrwania! Kochać się pan nie potrzebujesz! myślę, że to nawet zaszkodzićby mogło... natomiast wiele łagodności baranka, akomodowania się niewolniczego, pokory zalecam...
Allez, — dodała z powagą przybraną — et que Dieu vous bénisse! (Idź, niech cię Pan Bóg błogosławi!).
Pobłogosławiony baron poszedł, jak widzieliśmy, i — został w istocie nie najlepiej przyjęty, ale cały plan kampanji tak mu się uśmiechał, a taką wiarę miał w nieomylność majorowej, iż pozostał wytrwale na stanowisku.
Następnych dni Sylwja spotykała go wszędzie, udawała, że nie widzi, gdy mówił, zdawała się nie słyszeć, nie poznawała go wkońcu — ale to nic nie pomagało, znajdowała go przy sobie na każdym kroku.
Jednego wieczora tak się stał pokornie natrętnym i nieznośnie słodkim, iż szambelanówna postanowiła otwarcie się z nim rozmówić i — dać mu odprawę.
Wstała od stolika pod pozorem gorąca, aby się przejść po salonie.
Beaumont natychmiast się znalazł przy niej. Gdy tylko mógł przystąpić, spytał, czy jej w czem służyć nie może, czy nie mógłby szala jej odnieść, wody przynieść?...
Dodał, uśmiechając się, iż mu się zdaje, że gdyby gwiazdki z nieba zażądała i tego komisuby się podjął, tak pewnym jest, iż uczucie admiracji i weneracji, jakie ma dla niej, pomogłoby mu do dokazania cudu.
— A! gdyby cud ten mógł się stać, żebyś mnie pan baron nudzić przestał! — odezwała się niegrzecznie Sylwja.
— Pani jesteś nielitościwa! — westchnął Francuz.
— Pan jesteś niemiłosierny! — odparła. — Powiedz mi, czego możesz żądać ode mnie?
— Trochę życzliwości! Pozwolenia, abym był tylko jej sługą i niewolnikiem (esclave).
— A! panie baronie, — szydersko zawołała Sylwja — niema na świecie cięższej służby jak u mnie.
— A jednak, ja przyjmuję wszelkie warunki, bylem do niej został przyjęty!
— Służba u mnie, — ciągnęła dalej Sylwja — bez żadnej zapłaty innej, oprócz złych humorów, niegrzecznych słów — goryczy! Utrapienie ciężka.
— Opłaci się szczęściem patrzania na nią!
Szambelanówna zżymnęła się z niecierpliwości.
— Pan jesteś tak dziwnie zrezygnowanym, — rzekła — jakgdybyś chciał tylko zdobyć stanowisko, na którem rezygnacja mogłaby się w tyranję odmienić!
— Nigdy! — zawołał baron. — Przecież niczem nie chcę być tylko sługą, a sługom się daje kontrakty...
Wejrzeniem pogardliwem od stóp do głowy zmierzyła go Sylwja.
— Jakże żałuję, — odezwała się — że wszystkie miejsca w mej służbie zajęte, i z tak doskonałego kandydata korzystać nie będę mogła.
— Czyż wszystkie? — zapytał uparty baron. — I ani kącika dla mnie? Jabym się nadzwyczaj skromnem kontentował.
— Ale! dajże mi pan pokój! — zakończyła do ostatniej doprowadzona niecierpliwości szambelanówna.
Baron się skłonił.
— Tak jestem pewnym, iż, bliżej poznając mnie, oceniłabyś pani, jakiego miałabyś sługę, iż — gotów jestem na wakans czekać, czekać i czekać bez końca!
Pomimo grzeczności baron się pomścił trochę.
Zdala pokazał się książę Józef.
— Naprzykład, — rzekł z uśmiechem — jestże drugi taki sługa, coby chętnie, nie wzywany nawet, uczuł, kiedy mu ustąpić wypada?
To mówiąc, skłonił się nisko i Sylwję zostawiwszy samą, odszedł do salonu.
Szambelanówna nie wiedziała, czy ma się śmiać czy gniewać. Ruszyła ramionami pogardliwie i powtórzyła księciu całą rozmowę.
Książę zachmurzył się mocno, był gniewny widocznie, mruknął tylko.
— Impertynent!
I zagadał o czem innem.
Z wypieczonym na twarzy rumieńcem Sylwja wróciła do salonu.

III.

W parę dni potem, rano, szambelan Burzymowski, znajdujący się na dole z Zybkiem w swoich dwóch brudnych izdebkach, spędzał na nim swój zły humor. Chodził niespokojny, mrucząc, ruszając ramionami, postukując nogami, to stając naprzeciw okien zamyślony, to trąc czuprynę konwulsyjnie dając wszelkie oznaki wewnętrznego zburzenia, jakiego w nim nikt oddawna nie widywał.
Na wsi mu się takie nadąsanie częściej trafiało, tam potrzebował czasem być groźnym, aby swą powagę utrzymać wobec oficjalistów. W Warszawie prawie statecznie wesół chodził i przyjemnie uśmiechnięty, dla przypodobania się ludziom, z którymi chciał być w zgodzie.
Zybek, wyłajany raz za buty, które stały nie oczyszczone, potem za porzuconą w drugim pokoju szczotkę, dalej za niewylaną miednicę, za stare i nowe grzechy, wyszedł nareszcie na swój zwykły punkt obserwacyjny, we drzwi kamienicy, i mówił sam do siebie.
— Co mu się stało? To niedarmo! Ktoś mu za skórę zalać musiał. A tom go już dawno, przedawno takim nie widział. Sierdzi się na mnie, jakby było o co? Wczoraj toż samo widział, nie mówił słowa, a dziś jak pojechał! Tylko że nie oberwałem. Co mu to jest? Kto inny coś zmalował, a na Zybku się krupi, ale z nim zawsze tak!
W tej chwili przechodzący kondukt pogrzebowy przyniósł wielce pożądaną dystrakcję Zybkowi i czarne jego myśli rozproszył. Długiemi szeregi postępujące zakony, niesione chorągwie rozliczne, krzyże błyszczące, rozmaite mnichów ubiory, wspaniały karawan, muzyka — wszystko to razem tak silnie podziałało na Zybka, że o gderaniu starego pana zupełnie zapomniał.
Szambelan tymczasem sam pozostawszy, latał po swych dwóch izdebkach, nie mogąc jeszcze przyjść do siebie.
Parę razy próbował usiąść w krześle i uspokoić się mechanicznem kładzeniem pasjansu, ale — niepodobieństwem mu było zebrać myśli, nawet do takiej kabały.
Zaledwie przysiadłszy się, zrywał się znowu, jakby go co piekło.
Kilka razy dobył zegarek Gugenmussa, który nosił w zanadrzu, popatrzył na godzinę i wracał do utrapionej przechadzki po ciasnych izdebkach, przerywanej tylko stawaniem u jednego to u drugiego okna, jakby czegoś lub kogoś wyglądał, a doczekać się nie mógł.
Łatwo odgadnąć było, że to coś, czy ten ktoś nie miał mu przynieść nic przyjemnego.
Kroki dały się słyszeć przed progiem i Burzymowski rzucił się pędem ku wnijściu, gdy we drzwiach ukazał się z wielką flegmą wkraczający szambelan Pokutyński, z uśmieszkiem na ustach, rumiany, wesół jak naprzekorę niespokojnemu koledze swemu.
Burzymowski, nic nie mówiąc, stanął naprzeciw niego, ręce opuszczone załamawszy z rozpaczą.
— Nareszcie! — zawołał, a raczej wybuchnął głośno. — A mnie tu djabli biorą, czekając! Człowiecze!
— Szambelanie mojej duszy! gorączka jesteś! — rzekł Pokutyński. — Ze sześćdziesiąt lat jest, jak cię w gorącej wodzie skąpano, a do tej pory nie ostygłeś!
— No! daj pokój morałom! zamykaj drzwi, siadaj i na miłego Boga, na rany Chrystusowe, wytłumacz mi!
Pokutyński, stawiąc laskę, składając kapelusz, ściągając powoli rękawiczki, regulując en petit maitre, nieco zmięte ubranie, uśmiechał się ciągle, jakby naumyślnie nie śpiesząc z odpowiedzią.
— Ależ, proszę cię — proszę cię! — wołał, przynaglając go, Burzymowski z niecierpliwością rosnącą coraz. — Co to było? co to ma znaczyć?
Pokutyński zajęty był strzepywaniem i zdmuchiwaniem pudru z rękawów, odprostowywaniem pomiętych nieco żabotów, przyglądał się butom swoim, dobywał chustki, aby je otrzepać.
Zwłoka ta umyślna do najwyższego stopnia doprowadziła rozdrażnienie Burzymowskiego, który, jakby gwałt sobie zadając, sparł obie ręce na poręczach krzesła, palce sobie wyprostował i usta niemi zatknął.
Gdy szambelan przybyły usiadł nareszcie, dobył tabakiereczki, zażył tabaki trochę i począł się w kolegę wpatrywać, Burzymowski krzyknął.
— Drwisz sobie ze mnie, czy co? Jak mi Bóg miły. No? będęż ja nareszcie wiedział, co to ma znaczyć?
Pokutyński zdawał się odgrywać jakąś rolę, zachęcony może dosyć szczęśliwie wykonaną Nathana w Atalji. Powolniejszym był, niż zwykle. Może go to bawiło.
— Kochany panie Stanisławie — odezwał się zwolna i dobitnie, cedząc wyrazy. — W twoim wieku, z twem doświadczeniem, z twoim rozumem, z przenikliwością (szydersko trochę położył nacisk na tym wyrazie), gdzież się mnie pytać o rzecz jasną jak słońce?
— Gdzie u kata, jasną! — wybuchnął, porywając się, Burzymowski, i wnet znów opadając na krzesło. — Cóż tu jasnego? Urzędownie mi wprowadzasz do domu tego barona czy barana francuskiego — poco? Naco? Do czego? Kto cię prosił o to?
Siedzimy tyle czasu w Warszawie, Francuz ani mnie znał, ani na mnie spojrzał. Nagle, coś do niego przystąpiło — każe mi się prezentować! Ty go tu wprowadzasz!
— A no, tak jest! Lepiej późno niż nigdy! — rzekł Pokutyński.
— Ale pocóż on mnie? Naco ja jemu? Ja z innej, on z innej parafji! Mnie jego francuszczyzna, notabene nieosobliwa, nie bawi, bo czy szepleni, czy źle wymawia, dosyć, że ja, umiejąc dobrze po francusku, ledwie go mogę zrozumieć. — Ja go moją polszczyzną też pewnie nie rozerwę.
Pokutyński ramiona podniósł.
— A zatem, — rzekł — jasna rzecz, że on tu dla ciebie nie przybył.
— Nie dla mnie? — podchwycił Burzymowski. — Więc dla kogóż? Chyba dla wojskiej Czeżewskiej, albo może Zybka chce uczyć parle franse!
— No! znajdzie się u ciebie ktoś więcej? — szepnął, zukosa spoglądając nań, Pokutyński i — chrząknął.
Burzymowski ogromnie usta wydąwszy, brwi podniósł, minę nastroił straszną i głową począł zwolna wahać.
— Fiu! fiu! Nie dla psa kiełbasa!! ho! ho! Patrzajcieno go? Patrzajcie! Zapewne! Jeszcze czego nie stało! A cóż to on sobie myśli?
Łagodnie rozśmiał się Pokutyński.
— Słuchaj kolego, — rzekł poważnie — mówmy rozsądnie!
Baron de Beaumont, kawaler św. Ludwika, spokrewniony z dukiem de Fleury, z Choiseulami, z najpierwszemi domami we Francji. — Cóż ty sobie myślisz?
— Co ja myślę? A to ja ci powiem — żywo odparł Burzymowski. — Gdyby mi się baronostwa chciało, tylkobym palca zakrzywił i miałbym austrjackie, świeżo z rożna, w najlepszym gatunku. On kawaler św. Ludwika, nie uwłaczam temu świętemu ze krwi panującej, ale ja jestem kawalerem św. Stanisława i — nie wiem, który tam z nich lepszy. Choćby był kawalerem wszystkich świętych, Francuz, z pozwoleniem, goły, jak bizun, niekoniecznie młody, przybłęda, — a co ja z nim będę robił? To mi dopiero szczęście i partja! Sylwja piękna jak anioł, a mój mosanie, Burzymów, Burzymówka, Sawin, Miatnica i Przegony, choćby dla księcia ładny posag stanowią. Ona jedynaczka, a ja się żenić nie myślę. Czyś ty oszalał, Pokutynsiu? Co tobie? Przeżegnaj się!
I począł się śmiać szambelan suchym śmiechem, naprawdę gniewu pełnym. Pokutyński laskę ze złotą gałką trzymał w ustach, patrzał, słuchał, milczał.
— Wygadałeś się już? — zapytał.
— Reszty się może domyśliłeś — dodał stary, trzęsąc się z aprehensji.
— No — otóż ja ci powiem, że racji nie masz — odezwał się Pokutyński. — Francuz jest człowiek europejski, znany całej rodzinie królewskiej. Gdy przyjdzie do restauracji, dynastji, a to nastąpić musi, ma przed sobą ogromną przyszłość. Człowiek zdolny, ma talenta...
— Zdolny? Do czego? — przerwał Burzymowski. — Ja tylko wiem, że sylwetki z papieru czarnego wystrzyga, i jak mnie raz zrobił, upalantował mi takiego nosa...
— Przeczuwał widać, że ty mu także dasz nosa, — dodał Pokutyński — ale posłuchajże cierpliwie, nie skończyłem.
— Zatem? Cóż dalej? — spytał, zasiadając w fotelu głęboko, Burzymowski.
— Starożytne baronostwo francuskie z czasów krucjat, przecież narówni z ladajakiem tam austrjackiem iść nie może? De Beaumonty są szlachtą historyczną!
— Człecze! Na rany Pańskie — krzyknął Burzymowski. — A mnie co po historycznym szlachcicu w Burzymowie? — którego wszyscy za fryzjera brać będą? Żeby moje wnuki miały być Francuzy! A! niedoczekanie wasze! Na to — ja nie pozwolę!
Nagle, opamiętawszy się w gorączkowym zapale, szambelan rozśmiał się i rzekł:
— Czyż może być, ażeby ten mój śliczny, różowy, wonny kwiatek, ten mój aniołek drogi, nie był już więcej wart nad wędrownego Francuza w dziurawych pończochach? Możeż to być, aby moja córka taki wybór zrobiła? Chybaby oślepła czy oszalała!
— Strasznie bo się gorącujesz! — odparł zimno Pokutyński. — Wszakże niema jeszcze nic, a za propozycję gniewać się nie godzi.
— Mnie ona gniewa! — wołał szambelan — bo jużciż córka moja i ja więcej coś warci jesteśmy.
— Ale cię nikt nie zmusza! — rzekł przybyły.
— Ba! ale mnie to, do trzechkroć sto tysięcy, kompromituje! — dorzucił Burzymowski. — Ludzie, dowiedziawszy się o tem, śmiać się będą. Przywożąc tu moją Sylfidę, marzyłem wcale o czem innem...
Pokutyński, gałkę w ustach trzymając, milczał.
— Takie dziewczę! z takiem wychowaniem, dowcipem, urodą, majątkiem, miało prawo czegoś innego wyglądać.
— Cóż bo ty myślisz? — przerwał Pokutyński — we Francji de Beaumonty to tak jak u nas niby Potoccy! Co się zowie rodzina znakomita.
— To niechże sobie z tem imieniem jedzie tam, gdzie ono tak wiele znaczy. U mnie ta moneta waloru nie ma! Dla mnie Beaumont wszystko równo co kuchcik, a, na uczciwość powiadam, taki Ledoux, co kasyno sztyftuje, ledwie mi się nie lepszym wydaje nad niego!
— Ale pfe! pfe! — mówił, coraz się więcej rozpalając, Burzymowski. — Na samą myśl wydania córki za niego włosy mi się jeżą. Dopierożby to, panie, cały dom trzeba było tłumaczyć na język francuski. Ta bestja języka naszego się nie nauczy, tak samo jak razowego chleba jeść nie będzie. Przyniosą, suponuję (quod Deus avertat) bigos lub kapuśniak panu Burzymowskiemu, zięciaszek (Boże od tego uchowaj!) delikatny nos zatyka! Dla zięcia smażyć trzeba ślimaki i żaby! Teść ucieka od stołu, aby nie womitował!
Pfe! pfe! No, ale o tem i mowy być nie może, — dodał, uspokajając się, szambelan — ani ja, ani córka na to nie zezwolimy. Pocóż mi go tu było wprowadzać, abym ja go wyprowadzić musiał?
— Czekajże, uspokój się, nie gorącuj! — przerwał Pokutyński. — Zróbmy przypuszczenie, prostą hipotezę.
A gdyby go przypadkiem panna Sylwja sobie podobała, przyszła i powiedziała ci: — Kochany tatku, ja koniecznie chcę za barona de Beaumont.
— To nie może być! — krzyknął Burzymowski, który przez chwilę stał osłupiały. — Chybaby moją córką nie była!
— Lecz przypuśćmy — nalegał Pokutyński.
— No, to powiedziałbym jej: — Głupia jesteś! — zawołał oburzony szambelan.
— Ale córkę kochasz? — zapytał gość.
— Jakże ty mnie o to pytać możesz? — ofuknął z oburzeniem Burzymowski.
— Więc, gdyby ci się rzuciła do nóg i powiedziała, że bez niego żyć nie może? — ciągnął dalej nielitościwy Pokutyński.
Burzymowski ręce założył na piersiach i stał przybity.
— Naówczas — wyjęknął — byłby chyba koniec świata!
To mówiąc, począł chodzić i wzdychać.
Zamilkli oba. Pokutyński udał się po ratunek do tabakiereczki. Dobył ją, zręcznie z niej we dwa palce tabaki wziął, zażył, strzepnął je i podsunął gospodarzowi tabakierkę. Ten odmówił, a Pokutyński się odezwał flegmatycznie:
— Mój kochany szambelanie, są na świecie gusta niepojęte, są sympatje, których przyczyn nikt nie zbadał, miłości niezrozumiałe, a często śmieszne. Może się trafić, że najpiękniejsza panna zakocha się szalenie w człowieku ni z pierza, ni z mięsa — no, i będzie z nim szczęśliwą!
— Wszystko się trafia — odparł Burzymowski, znacznie już uspokojony po wylaniu tego, co mu na sercu ciężyło. — Ale my ludzie jesteśmy ordynaryjni i nie mamy gustów popsutych a dziwacznych. Jużci są panny, co lak i kredę jedzą! Wszyscy jednak Burzymowscy, jak świat światem, żenili się, ot tak, z ordynaryjnie ładnemi kobietami, a Burzymowskie wychodziły za zdrowych i majętnych szlachciców.
Pan Bóg mi syna nie dał, na Sylwję spada majątek wcale nieszpetny, ona też nielada kwiatek, mam prawo wymagać, aby się w suchej wierzbie nie zakochała. Daj mi więc z tem pokój — i kwita.
A, żeś mi Francuza do domu wprowadził, niech ci Pan Bóg nie pamięta!
— Gniewasz się na mnie, — przerwał gość, śmiejąc się — no! a córki pytałeś? mówiłeś z nią o tem?
— Cóżem ja z nią miał mówić? — odparł szambelan z ruszeniem ramion. — Poddawać jej taką myśl głupią? Patrzałem tylko jak ona go przyjmie. Chodziła, powiadam ci, jak królowa, a Francuz zwijał się, jak fagas, robił się maleńki, choć go było do kieszeni schować, gdyby jej nie zapaskudził... Nawet Czeżewska, która expedite mówi po francusku, jak rodowita flądra francuska, a szwargotać lubi, na niego się bundziuczyła... Ale bo — pfe!
— Koniec końców, — dodał Pokutyński — jeśli tak, niema o czem mówić i niema się gniewać za co. Ja odmówić takiej posługi nie mogłem, zwłaszcza dla jednego z tych wygnańców, którym my winniśmy respekt, jaki się nieszczęściu należy.
— A! to co innego! — odezwał się Burzymowski. — Jestem z respektem zawsze względem wygnańców, kalek i wszelkiego rodzaju zawiedzionych. Oprócz respektu niemało dałem dukatów do składek na nich, ale żebym przez miłosierdzie miał mu jeszcze dać córkę w dodatku?... A! przepraszam — to jużby było zanadto! Prędzej sobie dam uciąć palce.
Gdy gospodarz to mówił, szambelan wstał i począł z tąż samą powolnością, z jaką się wprzód rozbierał przyszedłszy, ubierać na nowo; rękawiczki wdziewać, kapelusik otrzepywać, futerko naciągać, perukę układać.
Stanął nawet naprzeciw lustra, aby być pewniejszym, że wszystko na nim dobrze leży.
— A więc, kochany panie Stanisławie, — rzekł, przygotowawszy się do drogi i rękę do niego wyciągając — bez gniewu. — Uczynisz, co zechcesz, jak ci się podoba. Mnie zaś grzeczności, dopełnionej dla emigranta, za złe mieć nie możesz.
Burzymowski wstrzymał się już od nowych wyrzutów, pomruczał coś pod nosem, pożegnał go i zatrzasnąwszy drzwi, powrócił chmurny do krzesła.
Cała ta rozmowa, której przyczyną była wizyta barona, usposobiła dziwnie naszego starego. Smutek mu jakiś padł na duszę. Inaczej zaczynał widzieć wszystko, tęskność się w nim budziła do spokoju na wsi, do dawnego życia, miasto mu zbrzydło i nagle wydało się czemś nieznośnem, brudnem, nawet niebezpiecznem.
— Już lepiej ją wydać za tamtego, com go trzymał w zapasie — rzekł w duchu. — Trochę ułomny, ale szlachcic polski i poczęści na pana zakrawa. Dali im hrabstwo, a choć natura go nieco pokrzywdziła, prezentuje się, jak nie można lepiej i człowiek do rzeczy.
Prawdę rzekłszy — ciągnął dalej, zaczynając przerwany pasjans kłaść, Burzymowski — ja nie wiem, poco my tu dłużej siedziećbyśmy mieli? Zapusty się skończyły, ta zabawa w pisane karteczki niekoniecznie dziewczynę rozerwie; życie okrutnie kosztowne, człowiek w śmierdzących dwóch izdebkach siedzi, jedzenie pożal się Boże, albo figatele i pulpety, albo coś takiego, co ani do gęby; żołądek cierpi, kieszeń się wypróżnia, czas, by, jak Boga kocham, do domu powracać.
Wysiedzieliśmy tylko — Francuza! a to, panie, tak jak ta kura, co wylęgła bazyliszka!
Śliczny interes! Słowo daję, powiem Sylfidzie, niech manatki pakuje i do Burzymowa. Spenetrowała już, co chciała — i dosyć tego.
Raz powziąwszy tę myśl, Burzymowski się do niej coraz mocniej zaczął przywiązywać — utkwiła mu w głowie.
Postanowił tegoż wieczora, doczekawszy się córki, bo teraz rzadko kiedy siedziała w domu, rozmówić się z nią o tem kategorycznie.
Zdawało mu się, iż na powrót chętnie się zgodzi. Zbliżała się wiosna, wołał piękny ogródek i kwiatki w Burzymowie.
Oprócz innych pobudek, list rządcy dóbr szambelana przyczynił się do utwierdzenia go w myśli opuszczenia Warszawy.
Jmpan Fansowicz donosił mu, że omłoty nadspodziewanie chybiły, w stertach myszy polne wyrządziły szkody ogromne i że w dwóch folwarkach na nasienie jarzynę kupować będzie potrzeba. Pieniędzy żądanych zamiast dwóch tysięcy wysłał tylko półtora tysiąca czerwonych złotych, bo więcej w kasie nie było.
Z kupna gorzałki Żyd się zrzucił, wołów na braże kilka zdechło i t. p.
Burzymowski czuł zgryzoty sumienia, że majątek i gospodarstwo zdał na najemne ręce i oczy, a był tego przekonania, iż jego kierunek i dozór nadzwyczaj tam były potrzebne.
Utwierdziwszy się więc w przekonaniu, że wracać musiał, niecierpliwie na córkę oczekiwał. Ale wieczór nadszedł i noc już się zbliżała, a pań tych nie było.
Przysłuchiwał się szambelan wszelkim ulicznym hałasom, ciągle spodziewając się, że powóz jakiś przed jego domem się zatrzyma — wszystkie go mijały.
Pasjans kładł nieskończoną liczbę razy, aż go znudził, chociaż miał ich kilka na zmianę.
Wieczerzę kazał sobie Zybkowi przynieść do domu i butelkę piwa, bo sam pozostawszy, żył skromnie. Zjadł kawałek żyłowatego mięsa, piwo kwaśne do kropli wysączył, zmęczył się chodzeniem, myśleniem znużył, kobiety nie powracały.
Zaczynał się już dąsać, coraz to spoglądając na gugenmussa.
— Z temi babami to tak zawsze, — mówił w duchu — guzdrzą się, nim wyjadą, a potem powrócić nie umieją nigdy na godzinę naznaczoną. Choćby która była najstateczniejsza, natura w niej kobieca zawsze. Z nocy dzień, z dnia noc robią, kota do góry nogami przewracają.
Zaturkotało. Szambelan wybiegł. Sylwja wysiadała właśnie w sukni długiej, obcisłej, papuziego koloru, przejrzystym woalem osłoniona jak obłokiem, śliczna jak anioł, ale gdy ojciec spojrzał na nią, przestraszył się.
Blada była jak trup, oczyma osłupiałemi patrzała nie widząc, ręce jej drżały, oglądała się niespokojnie, nie poznała, czy nie zobaczyła ojca. Zamyślona, pogrążona w sobie, zdawała się przez boleść jakąś od przytomności odchodzić.
Dopiero przemówienie ojcowskie, głos ten łagodny, tak jej dobrze znany, przywrócił ją do życia. Zobaczyła go i rzuciła mu się na szyję z nienaturalną, wezbraną czułością jakąś, jakgdyby obawiała się go utracić.
Czeżewska, idąc za nią wyprostowana, sztywna, usta miała zapadłe, zaciśnięte, czoło sfałdowane, a w twarzy wyraz jakiejś trwogi.
Szambelan, jakkolwiek wcale nieprzenikliwy ani domyślny, dostrzegł, że kobiety powracały strwożone czemś i znękane, nie tak jak z zabawy przybyć były powinny.
— Cóżto? czy nie chora jesteś? uchowaj Boże! — zapytał córki.
Sylwja jakby nie zrozumiała.
— Chora? — wybąknęła cicho — chora? Nie wiem! Tak! niedobrze mi, niedobrze!
Czeżewska przyszła jej w pomoc.
— Przelękła bo się w drodze, powóz się przechylił.
Szambelan począł łajać woźnicę.
— A jakże, proszę jaśnie pana, nie miał się przechylić — ofuknął warszawski stangret, z kozła się pochylając. — Gdzież to kto o takiej porze jeździ po takich dziurach, kędy nawet latarki żadnej nie uwidzi. Jać kocich oczów nie mam.
— Toż powracacie z Pod blachy? — krzyknął szambelan. — Co on plecie?
— Ale, z Pod blachy! — zaśmiał się szydersko woźnica. — Bodaj pan tak zdrów był! Aha!
Zaciął konie i odjechał.
W czasie tego epizodu Sylwja stała w sieni, Czeżewska z przestrachem wbiegła do niej także. Burzymowski, ze zdziwienia osłupiały, nie wiedział, co miało znaczyć to jeżdżenie nocą po dziurach i zawrócił do córki.
— Skądże bo jedziecie? gdzie byłyście? o tej porze? — począł pytać zburzony.
— Musiałam odwieźć majorową, której powóz nie przyszedł, i na chwilę do niej wstąpiłam — śmiało odpowiedziała Sylwja. — Cóż tak dziwnego?
— A! niechby ją, tę majorową wilcy zjedli! — krzyknął Burzymowski — żebyś ty dla niej miała się sakryfikować!
Nic mu już nie odpowiadając, córka poszła na górę, a on powlókł się za nią, rozmyślając nad tą tak późną wizytą u Habąkowskiej, której cierpieć nie mógł.
Gdy na górę weszli, Sylwja, jakby znużona, nie zrzucając nic z siebie, padła na kanapę. Nawet Burzymowski, spojrzawszy teraz baczniej na nią, znalazł ją tak jakoś strasznie zmienioną, chorą, smutną, znękaną, iż odwaga go opuściła wniesienia drażliwej kwestji powrotu.
— Ale bo to, duszko moja, — rzekł łagodnie — ty musisz się czuć niedobrze i zmęczona jesteś! czy cię, uchowaj Boże, co nieprzyjemnego nie spotkało?
Stojąca obok wojska głową tylko potrząsała.
— Ja właśnie czekałem na ciebie, chcąc pomówić w jednym interesie, — rzekł stary — a tu, widzę, nie pora.
— O czem chciałeś mówić, kochany tatku? — słabym głosem odpowiedziała Sylwja, oczy podnosząc na niego.
— Rzecz nie jest jeszcze tak pilna, będzie na to czas — odparł szambelan. — Tyczyło się to naszego powrotu do domu.
— Do domu? czy ci tak pilno? — spytała, podnosząc się nieco.
— No, poraby już wracać — rzekł Burzymowski. — Ty się tu więcej męczysz, niż bawisz, co i z humoru, i z twarzy widać, a ja naprawdę nudzić się zaczynam. W domu, do kaduka, źle idzie gospodarstwo; rządca mi pisze, że jabym mu się tam bardzo zdał.
— Ale, zmiłuj się, ojcze, ja bo powrócić nie mogę! nie chcę! — zawołała Sylwja stanowczo.
— Jakto, nie możesz! — zawołał zdziwiony ojciec — nie możesz? Cóż? dlaczego?
Szambelanówna spuściła oczy, zmieszana drąc swój woal w rękach.
— Stosunki towarzyskie, projekta różne, prawie zobowiązania. Ja obiecywałam, nie przewidując, żebyśmy tak rychło mieli opuścić Warszawę. Ojciec o powrocie nie wspominał dotąd nigdy, a jam się nie spodziewała...
— Jużciż mogłaś przewidywać, że do domu kiedyś powrócić potrzeba — rzekł szambelan kwaśno i skłopotany, trąc głowę. — Widoków tu żadnych nie mamy, czegóż będziemy się rujnowali i siedzieli.
Sylwja milczała, Burzymowski, poczekawszy próżno na odpowiedź, dodał:
— No, więc cóż ty na to?
— Mówiłam ojcu ja teraz, tak prędko, wyjechać?! ale ani myśleć! nie mogę!...
— To jest, nie chcesz! moje dziecko! — śmiejąc się niby, począł Burzymowski, którego na widok córki przykre jakieś ogarniało uczucie.
— No, to może i nie chcę! — niedbale odparła Sylwja, — a może, może mi nie wypada!
— Serce moje — zbliżając się do niej, szepnął ojciec tak, aby go Czeżewska nie słyszała. — Masz co napiętego?...
Na bladą twarz biednego dziewczęcia wystąpił rumieniec i zniknął. Popatrzyła z politowaniem i czułością na ojca.
— Mój ty dobry, mój kochany tatku! — odezwała się głosem zbolałym, błagającym. — Nie pytaj mnie o nic. Nic ci powiedzieć nie mogę takiego, coby ci radość sprawiło, a próżnym smutkiem poco cię karmić?
— Ale, na Boga! jakiż ty możesz mieć smutek! — załamując ręce, krzyknął szambelan.
— Ach! nic, nic! — przerwała Sylwja, widząc go tak poruszonym — ale, smutne jest to życie! zabawy są smutne i wesołość niewesoła, mój dobry ojcze!
Burzymowski zbliżył się, całując ją w czoło i przestraszył się, dotknąwszy go, znajdując je jak ogień gorącem.
— Ale ty chora jesteś! — zawołał — głowa rozpalona okropnie!
Sylwja białą dłoń przyłożyła do czoła, powiodła po niem i odpowiedziała:
— Nie wiem! Może!
Mowa i twarz córki zaniepokoiły wielce starego, nie myślał, nie chciał już nalegać o nic. Sylwja spróbowała wstać, opierając się na ręku, i opadła ze smutnym uśmiechem na kanapę. Spuściła oczy, milczała; potem jakby dla zmienienia przedmiotu, szepnęła:
— A z Miciem co się tam dzieje? nie wiesz?
— Mieczysław ma się lepiej — odpowiedział żwawo Burzymowski. — Widzę, że cię poczciwy chłopiec obchodzi. Otóż, łaska Boża nad nim, nic mu nie będzie. Witaczek mnie zapewnił, że może nawet i bez okulawienia się obejdzie. Jakiś czas tylko o lasce chodzić musi, póki się nie wzmocni noga.
— A prędkoż mu wyjść pozwolą? — zapytała Sylwja.
— No, rana jeszcze się nie zabliźniła, — rzekł szambelan — ale po pokoju trochę, czasem mu się przejść pozwolą wkrótce.
Czeżewska, która w początku na coś niby oczekiwać się zdawała, widząc, że rozmowa między ojcem a córką się przedłuża, kwaśna, pomrukując, wysunęła się do swojego pokoju.
— Idź i ty spać! — rzekł, całując Sylwję, Burzymowski — spocznij. Dobry to ten wasz wielki świat, ale męczy i nuży. Na wsi, dalipan, lepiej.
Uwaga ta została bez odpowiedzi, Sylwja wstała i powoli przeszła do swojego pokoiku. Ojciec zatrzymał się, śledząc ją oczyma, a gdy się drzwi zamknęły, powlókł się smutny na dół, gdzie Zybek śpiący na krześle i świeca łojowa z narosłym grzybem nań oczekiwała.
— Dobrze to mieć dzieci! — mruczał, rozbierając się — a no ma i to błogosławieństwo swe inkonwenjencje. Człowiek nie należy do siebie, a nie wie, jak im służyć. Dziewczyna, co mi się tu miała z pączka rozwinąć, zmarniała. Zabawy te ją zamordowały!
Trzeba temu koniec położyć!
Z tem się, odmówiwszy pacierze, poczciwy szambelan spać położył, a we śnie marzył, że się kłócił z Pokutyńskim o Francuza.
Nazajutrz, gdy się z rana o gospodarskiej godzinie obudził stary i na gugenmussa spojrzał, była na nim siódma.
Zybek, wysłany na górę po kawę, z zastrzeżeniem, aby się cicho sprawiał, po wschodach nie łomotał, a w kawiarni nie krzyczał, pannie snu nie przerywając, rozśmiał się wróciwszy.
— Gdzie ja, proszę jaśnie pana, panienkę miałem zbudzić, kiedy do świtu poszła na mszę do Kapucynów.
Szambelan nabożeństwem tem zdziwiony był mocno.
Dzień był już niby wiosenny, ale chłodny z przechodzącemi śnieżnicami, wcale do pieszej przechadzki nie zachęcający. Sylwja też nie zwykła była w tak rannej porze i sama jedna wyrywać się do kościołów.
— Jakto, poszła? sama, powiadasz? — przerwał nagle Zybkowi. — A Czeżewska?
— Gdzie? pani wojska jeszcze się na drugi bok wylega — odparł naiwny Zybek. — Potem, nim wstanie, kawę wypije, wysmaruje się, wypudruje, usznuruje... ho! ho!... u Kapucynów się nabożeństwo skończy i kościoły pozamykają. Ona... chyba świece gasić!
Czeżewska wogóle miłości u ludzi nie miała.
Burzymowski się zżymnął zły, pomruczał coś. Ta zbytnia pobożność po wczorajszym smutku wydała mu się jakąś podejrzaną.
Ówczesny świat nasz był wprawdzie katolickim, jak zawsze, zachowywał wszystkie zewnętrzne formy, jakich kościół wymaga, ale, począwszy od wyższego duchowieństwa, które dosyć lekko sobie poczynało w sprawach wiary, aż do szlachty niezbyt gorliwej, religja była, skutkiem wieku tego, rewolucji francuskiej i wolterjańskiej literatury — dosyć zaniedbaną.
Biskupi świetnieli dowcipem w salonach, lubili życie wesołe, tolerujący byli wielce i wyrozumiali, bo potrzebowali, aby i im przebaczano wiele. Niższe duchowieństwo szło w ślady starszyzny.
Bardzo niewielu pojmowało surowiej obowiązki duchownych. Staszic, który się sam wyłamywał z kapłańskich swych obowiązków, przyjętych za wcześnie i nierozważnie, nielicujących z późniejszem jego powołaniem, nie zrzucał jednak sukni, a na zepsucie i demoralizację duchowieństwa oburzał się silnie. Do jakiego stopnia dochodziła tolerancja, ten jeden przykład posłużyć może, iż Dmochowski, który suknię duchowną zrzucił i zmieniwszy wyznanie, ożenił się, był najlepszym przyjacielem arcybiskupa Krasickiego i niemal domownikiem.
Nowego pokolenia kapłanów, ściślej zachowujących i wymagających surowszego strzeżenia obowiązków, reprezentantem był młody Woronicz, ale ten skromną naówczas grał rolę.
Wyższe towarzystwo nazywało się katolickiem, lecz było niem powierzchowne tylko i póty, póki religja życiu nie zawadzała.
Po wsiach zato, w szlacheckich dworach tradycyjna tolerancja dla drugich łączyła się z największą gorliwością religijną dla siebie. Przywiązanie do wiary gorące było i wielkie. Ze wsi to pani starościna krakowska, pani kasztelanowa połaniecka przywiozły pobożność do Warszawy, nie poświęciwszy jej obyczajowi miejskiemu.
U nich mszy słuchano codzień, poszczono piątki, suche dni i wigilje, ale w pałacu Pod blachą, Na górze, w większej części innych eleganckich domów wielkie się tylko obchodziły święta.
Szambelan sam pobożny był raczej z nałogu niż z ducha, córka jego, wychowana przez sfrancuziałą Czeżewską, od niej się religijności nauczyć nie mogła. Zdziwił się więc niepomału szambelan nagłemu przebudzeniu tego uczucia w dziecku, gdy dawniej go nie postrzegał.
Od wczora już niespokojny, poparzył się kawą, wdział co prędzej futerko i sam też pobiegł do Kapucynów.
Tu ranne msze już się dawno odprawiały, msze ubogich, biednych, pobożnych. Ławki stały puste, cisza uroczysta, po kątkach klęczały tu i ówdzie zakwefione niewiasty. Przed dwoma ołtarzami razem msze księża odprawiali.
Szambelan, wszedłszy, oczyma poszukał córki, z początku jej nigdzie dostrzec nie mogąc.
Chciał ją widzieć, nie będąc widzianym, przesunął się popod ścianami ostrożnie i po chwili dopiero zobaczył, a raczej przeczuł Sylwję w kobiecie, która napół klęczała, wpół siedziała na ziemi, z rękam i spuszczonemi, z głową na piersi zwieszoną.
Cała czarną okryta zasłoną, zdala wydawała się jak śliczny posąg na grobowcu. Nieruchoma, pogrążona w sobie, klęczała tak u stóp księdza, który mszę odprawiał powoli, ale z postawy jej jakby skamieniałej widać było, że myślami uciekła gdzie indziej.
Dotknęło to szambelana, że wczoraj widział ją tak przerażająco smutną, prawie nieprzytomną, a teraz postać jej cała wyrażała taki ból, takie zwątpienie, iż najzaślepieńszy człowiek w zrozumieniu ich omylić się nie mógł.
Ojcowskie serce jego uderzyło. Miał jakby objawienie nagłe, że córka jego jest, musi być nieszczęśliwą.
Lecz jakież to nieszczęście dotknąć ją mogło? Kto, co mogło ją nagle uczynić tak biedną? Co młodą, wesołą, swobodną zdołało tak przybić do ziemi? Myślą nawet sięgnąć nie umiał przyczyny!
Stał skamieniały, jak ona, dwa tylko łez strumienie puściły mu się z oczów, a ręce same się do modlitwy błagalnej złożyły.
Ukląkł stary i rozrzewniony, poruszony, nieszczęśliwszy nad wyraz wszelki, z sercem rozdartem, modlić się począł i płakać.
Za łzami widział ciągle tę postać w czerni, jakby skostniałą od boleści, nie mogącą modlić się nawet.
U ołtarza ksiądz Hostję podnosił, dzwoniono, schylały się głowy, uginały ramiona, Sylwja nic zdawała się nie słyszeć, ani rozumieć. Ta straszna jej nieruchomość przejmowała coraz bardziej ojca, który poczynał drżeć i coraz mocniej czuł się ogarnięty trwogą niewysłowioną.
Chciało mu się zerwać z miejsca i biec ku niej, ale i jemu zabrakło siły.
Msza święta kończyła się nareszcie, ksiądz przeżegnał pobożnych, którzy wstawali do wysłuchania ewangelji ostatniej.
Ruch ten rozbudził Sylwję, dźwignęła się jak przestraszona, podniosła szybko, nagle powiodła oczyma po kościele, zdziwiona, że się w nim znalazła, gdy myślami gdzie indziej była, i krokiem chwiejącym, powoli, spuściwszy gęstą zasłonę na oczy, zaczęła iść ku drzwiom.
Ojciec patrzał na nią, jeszcze się zbliżyć nie śmiejąc.
Szła, przystając, opierając się o ławki, jakby umyślnie zwalniając kroku. Dopiero, gdy ją zobaczył zbliżającą się ku kruchcie, Burzymowski, który wahał się z tem jeszcze, czy ma się z tem wydać, że ją śledził, że wykradł tajemnicę jej duszy, rzucił się wślad za nią z niepohamowaną niecierpliwością, i pochwycił wpół, gdy wodę święconą brała.
Sylwja przestraszyła się, obejrzała, i poznawszy ojca, uśmiechnęła się z za łez do niego.
— Sylwjo moja! — zawołał łkając stary, po którego twarzy ciekły jeszcze dwa nieotarte łez strumienie. — Sylwjo moja! Ty jesteś nieszczęśliwą, a taisz się przed ojcem, przede mną.
Nie odpowiadając mu, córka głowę zbolałą schyliła na piersi jego.
— Ojcze mój, — rzekła — smutno mi na świecie, ale ty nic na to nie poradzisz! Smutno mi i ciężko w sercu, lecz widzisz, żem się modliła, że do Boga szłam ze skargą, więc winną się nie czuję.
To mówiąc, wybuchnęła jękiem i łzami konwulsyjnie.
Zapłakaną przerażony ojciec, bezprzytomny poprowadził do domu.

IV.

O trzy kroki od kamienicy, którą zajmowali Burzymowscy, znajdował się dom, zwany Pod filarami.
Mieszkali w niej państwo Sołtykowie.
Chociaż pan eksstolnik koronny, synowiec sławnego biskupa krakowskiego Sołtyka nie mógł uniknąć całkowicie wszelkiego zetknięcia się z Blachą i jej towarzystwem, dom Pod filarami stanowił jedno z ognisk opozycji przeciw francuszczyźnie, księciu Józefowi i płochemu życiu świata eleganckiego.
Komedja, którą się książę osłaniał od prześladowania, tak dobrze była odegrywaną, że ją za prawdę brano. Nikt w zanudzonym księciu nie domyślał się przyszłego bohatera.
Pani Sewerynowa Potocka, rodzona siostra pani Sołtykowej (obie były Sapieżanki z domu) — należała do wszystkich zabaw i do poufałego kółka Blachy, pani generałowej Grabowskiej i pałacu Na górze.
Siostry widywały się i żyły z sobą, chociaż charaktery ich wcale nie zbliżały.
Pani Sewerynowa przekwitła piękność, chociaż urzędownie z mężem nie była rozdzieloną, nie żyła z nim, pan Michał Grabowski był przyjacielem jej domu. — Sołtykowa cała oddana dzieciom i ich wychowaniu podzielała przekonania męża, i przekładała to kółko szczuplejsze, w którem się on obracał.
Tu się schodziło, co było naówczas poważniejszego w Warszawie, a nadewszystko co pragnęło moralnego, duchowego odrodzenia kraju przez pracę spokojną, uczciwą i jawną.
Na wieczory przybywali tu czasami arcybiskup Krasicki, Staszic, Chreptowicz, Czacki, Dmochowski, młody Osiński. Tu zrodziła się pierwsza myśl towarzystwa naukowego, któremu sankcję królewską wyrobił w Berlinie u dworu pruskiego najlepiej położony arcybiskup Krasicki.
Zajmowano się nią właśnie w tej porze.
Księciu Józefowi i towarzystwu jego nie przebaczano Pod filarami, że żyli płochemi rozrywkami, oddzielali się od poważnych ludzi, że się zdawali wszelką myśl pracy jakiejś i krzątania się w domu odrzucać.
Jeden arcybiskup Krasicki, który dla całej rodziny Poniatowskich miał miłość i szacunek, starał się bronić księcia.
— Tak jest, śpi nasz książę, — powiadał — ale zobaczycie, że pierwsza trąba co zagra na pobudkę — obudzi go.
— Chyba już ta, co ma zabrzmieć na Józefatowej dolinie! — odważył się raz cicho szepnąć Osiński młody, autor roznoszonego po Warszawie dwuwiersza...

.........................................................

Bo nie cała Warszawa jest Blachą pokryta.
Pod filarami głośno nawet czasami ubolewano nad płochością towarzystwa, nad skandalem owego gospodarstwa pani Vauban, miłostkami i intrygami, pojedynkami i hulankami, które zdawały się całą treść życia młodzieży stanowić.

Natomiast Pod blachą, gdy Sołtyk na prawą rękę cierpieć zaczął, która mu później obezwładniała, skomponowano anegdotkę (równie fałszywą jak ta, którą wymyślono na Ożarowskich) — iż ś. p. Kajetan Sołtyk, gdy po smutnej katastrofie ukazano mu podpisy tych co go uznali obłąkanym, między niemi znalazłszy imię synowca, miał zawołać:
— Bodaj mu ręka uschła!
Wszystkie wybryki ks. Józefa, życia jego Pod blachą i w Jabłonnie, były przedmiotem sarkazmów, dowcipów, oburzeń Pod filarami.
W Jabłonnie oddawano to im z nawiązką.
Gdy na Socjecie, w późniejszym teatrze, w domu dla obu sfer przystępnym spotykały się dwa obozy, witano się zdala, z musu i dla przyzwoitości przemawiano słów parę, chłód i odraza były widoczne.
Wszystkich Sołtyka przyjaciół, „polakerją“ zwanych, pomawianych o patrjotyzm d’antichambre, miano za pedantów, ludzi ograniczonych, niewykształconych.
Dosyć powiedzieć, że do nich należeli Czacki, Woronicz, Chreptowicz, Krasicki, Staszic.
Dla księcia arcybiskupa tylko miano trochę więcej respektu, bo był dowcipnym, miał maniery wielkiego świata, europejską sławę i ten szczęśliwy charakter, który mu dozwalał wszędzie i zawsze z taktem, zimną krwią, tonem arystokratycznym a łagodnym, stać się przyjemnym nawet tym, co chcieli mu być nieprzyjaźnymi.
Pod filarami nie bawiono się tak bardzo hucznie, ani tak wystawnie i wspaniale jak Pod blachą, ale przyjęcie było pańskie, dom na wielkiej stopie, a gospodyni nadzwyczaj uprzejma i miła.
Pan eks-stolnik miał w różnych sferach przyjaciół, klientów i stosunki.
Właśnie dnia tego, gdy rano córkę Burzymowski zastał w kościele, do pana Stanisława Sołtyka przyszedł Dominik Szymanowski, sławny dowcipniś swego czasu, w którym na dowcipnisiach wesołych nie zbywało.
Godzina była wieczorna, pan eks-stolnik sam siedział w swoim gabinecie, oczekując na podanie światła i odwiedziny znajomych, które się zwykle o szarym mroku poczynały.
— Cóż tam słychać, panie Dominiku? — spytał, krzesło mu podając, gospodarz.
— Nic a nic nie słyszałem nowego. Jak na Warszawę, zdumiewająca cisza. Od wczoraj nikt się z nikim nie pobił, nie było pojedynku, nie rozerwał się żaden nadwerężony węzeł, nie zadzierzgnął nowy, nie zgrał się nikt, i Pod blachą ziewają.
— Więc nie wiesz, że grają w dewizy? — rzekł Sołtyk.
— Ale to ziewać nie przeszkadza — mówił pan Dominik. — Może kartują małżeństwa skromne, o których się głośno nie mówi. Rodzaj absolucji in articulo mortis... O jednem z takich słyszałem, ale w nie nie wierzę.
— No, o jakiem? — spytał gospodarz.
— Pięknej sąsiadki pana dobrodzieja — rzekł, palcem w stronę ukazując, Szymanowski.
— Jakiej?
— Jużciż nie mogłeś pan nie widzieć jej i nie słyszeć o tej, cette adorable Silvie!
— A! a! wiem! Mówisz o córce tego szambelana Burzymowskiego, co tu obok mieszka! — odparł Sołtyk. — Starego ojca jej widuję czasami, pannę parę razy najrzałem zdaleka... Piękna bo bardzo.
— Była! — dodał Szymanowski. — Od pewnego czasu mocno pobladła i strasznie melancholicznie zaczęła wyglądać.
— A! wiem! — odezwał się obojętnie gospodarz. — Plotą, że książę się w niej kochał, czy kocha... bo, o księciu mówiąc — dodał — a o kochaniu, zawsze bezpieczniej używać czasu przeszłego.
— Książę kochał się może! — odparł Szymanowski — ale panna za nim szaleje. Radby się jej pozbyć, bo mówią, że mu jej żal, że ma dla niej osobliwe poszanowanie. Więc, żeby się uwolnić od natrętnej miłości, męża jej pono szukają.
Sołtyk ruszył ramionami.
— Nie pleć, proszę cię — rzekł. — Nie godzi się. Żal mi biednej ofiary...
— Powiadają o niej dużo, o natarczywości, z jaką ściga księcia, a on jej unika, ale — jeśli mówić nie wolno, milczę — dodał Szymanowski.
— Najniedorzeczniejsze plotki po mieście obiegają i rosną, jak lawiny, — rzekł gospodarz — ja ich powtarzać nie lubię.
Pani Sołtykowa, która pocichu się zbliżywszy, stanęła w progu i wysłuchała koniec rozmowy, podeszła z zapytaniem.
— Czy nie o sąsiadach mówicie panowie?
Pan Dominik odwrócił się, aby przywitać gospodynię, a mąż potwierdził domysł jej.
— Tak, — rzekł — mówiliśmy o Burzymowskim, ja szambelana spotykałem dawniej i teraz. Znam go trochę. Człowiek dobry z kościami, przywiązany do dziecka, ale dobroduszny i łatwowierny do zbytku. Przywiózł tę młodą swoją, niedoświadczoną, spragnioną zabawy i świata istotę, nie wiem pod czyją oddając opiekę.
— A! mnie jej niewymownie żal — westchnęła pani eks-stolnikowa. — Tak bliskie sąsiedztwo nasze, iż niepodobna było uniknąć ich podpatrywania. Panna mnie interesowała. Z twarzyczki jej ślicznej patrzało dziecinne roztrzepanie, natura namiętna i nieopatrzna. Co ludzie mówią o jej rozkochaniu się w księciu, nie wiem o ile prawdziwe, wiem, że książę dla niej był i jest z największym szacunkiem i nigdy płocho się koło niej jak koło innych nie kręcił.
Ale w tym domu — coś się dziś stało! Nie wiem, co to jest! Mimowolnie, przez okno wyglądając, spostrzegłam coś, co mi daje do myślenia, że nad tymi biednymi ludźmi zawisło nieszczęście jakieś.
— A cóżeś to dopatrzyła tam? — spytał mąż.
— Raniuteńko, — mówiła pani Sołtykowa — panna sama, zakwefiona, pobiegła do kościoła. Trudno jej nie poznać po figurze, po chodzie, bo ma wiele dystynkcji i wdzięku. Trochę później, gdym zaciekawiona oknem wyjrzała, dostrzegłam, że ojciec pośpieszył za nią. Wyszli nareszcie razem, szambelan ją podtrzymywał, jakby osłabłą. Szła z głową spuszczoną — szeptali coś z sobą.
Słuchacze milczeli, gospodyni mówiła dalej powoli z wyrazem współczucia.
— To jeszcze nic. W chwilę po ich powrocie do kamienicy wybiegł pędem sługa, siadł do dorożki, poleciał, nagląc woźnicę i przywiózł wkrótce doktora Witaczka.
Około domu ruch się zrobił jakiś niezwykły. Posłałam zaraz dowiedzieć się, co to było. Przyniesiono mi tylko wiadomość, że szambelan nagle zachorował mocno.
Około południa, na kulach, ranny niedawno, przyjechał kuzyn ich, Mieczysław Grabski, który, jak powszechnie głoszą, pojedynkował się za pannę. Musiano go z powozu wysadzać, bo o swej mocy wysiąść nie mógł.
Coś go więc bardzo pilnego skłonić musiało do przybycia. Wiele osób dowiadywało się tam w ciągu dnia, które po większej części nie przyjmując, odprawiano. Między innemi poznałam barona de Beaumont i szambelana Pokutyńskiego.
— Coś się więc tam smutnego i groźnego stać musiało — odezwał się Sołtyk. — Ale starego szambelana widziałaś przecie zdrowym, gdy szedł do kościoła?
— Córka mi się wydała daleko słabszą od niego! — potwierdziła gospodyni.
Służący wnosili właśnie światło i kroki czyjeś słyszeć się dały.
Pani Sołtykowa, obejrzawszy się, spostrzegła jednego z przyjaciół domu, pana Wasilewskiego, który nadchodził powoli z twarzą smutną i zasępioną.
Był to człowiek niemłody już, tetryk, surowych obyczajów, sędzia niemiłosierny ówczesnego społeczeństwa.
— Cóżeś to taki chmurny? — odezwał się, witając go, gospodarz.
— Mógłbyś się pan stolnik zadziwić raczej, gdybym pod te czasy śmiał być wesołym, — odparł Wasilewski — jest to zaprawdę chwila, co i żółć burzy i łzy z oczów wyciska.
— Nowego coś? — zapytała gospodyni.
— Nowości smutnych bezliku, niestety, — mówił przybyły — żadnemu dniowi na nich nie zbywa. Nulla dies sine nigra linea. Lecim tak szybko do przepaści, jakgdybyśmy z wielkich wyżyn spadli.
Był to zwykły tryb wysławiania się Wasilewskiego, który, zamilkłszy i westchnąwszy, dodał:
— A taż nieszczęśliwego Burzymowskiego historja?
— Właśnieśmy o nich mówili, bo to sąsiedzi nasi. Naprawdę nie wiemy dobrze, co się stało, ale coś złego!
Niepokój tam wielki.
— Tyle tylko wiem, — rzekł Wasilewski — że rano był wesół i zdrów, poczciwe szambelanisko, simplex servus Dei, jak rzadko. Gdy to mówię, nie zaręczam, czy żyje.
Wpadł tu ze swą dobrodusznością między ludzi najzepsutszych, ślepy na wszystko, i najlepiej trzymając o naszem towarzystwie. Powiadają, że się czemś zgryzł nagle i apopleksją został tknięty.
Padnie ofiarą pewnie.
Wprawdzie sprowadzono doktora, który mu zaraz krew puścił, ale podobno już ani przytomności, ani władzy nie odzyskał — i co chwila spodziewają się, że skończy.
Wasilewski mruknął coś jak przekleństwo.
— Nigdy się to z nim i z córką skończyć dobrze nie mogło — mówił dalej. — Przyjechało to ze wsi, a wpadło w gniazdo osie. Panna, dziecko, z wyobraźnią rozbujaną, dostała się w ręce Vaubanowej i kompanji, pod opiekę blaszaną, — głowę jej książę zawrócił, choć może sam nie chciał!
Już gdy się Grabski o nią pojedynkował z tym młokosem, chodziły bałamutne plotki, że panna się w księciu kochała, a on bardzo to miał przyjmować obojętnie. Dziewczyna, nieopatrzna, nie dbała co o niej mówić będą, afiszowała się jakby umyślnie, któż wie? ojciec mógł się czegoś dowiedzieć, był do dziecka przywiązany!
Wasilewski kończył swe uwagi, gdy się wsunął do salonu stary Białopiotrowicz.
Gospodarstwo oboje chcąc uniknąć dalszego rozprawiania o tym niemiłym przedmiocie, poczęli o pogodzie, o Prusakach, o Francji, o wojnie. Przybyły gość po kilku słowach sam wtrącił.
— Słyszeli państwo o nagłej śmierci Burzymowskiego? Wszak to w sąsiedztwie? Przechodziłem właśnie około kamienicy i ledwiem się mógł przecisnąć, tyle tam powozów, ludzi, służby, i taki zamęt około tego domu.
— Zatem umarł, biedny! — westchnęła pani Sołtykowa.
— Raziła go nagle apopleksja; człowiek był otyły, jeść pono lubił — coś go zirytowało!
Pan Białopiotrowicz nie chciał nic wspomnieć o plotkach, które chodziły.
Spojrzeli wszyscy po sobie.
— Mnie żal tego poczciwego Grabskiego — wtrącił Wasilewski. — Z rany jeszcze nie wyleczony, o kulach się przywlókł, gotowa mu się przyrzucić gangrena, ażeby jedną więcej było ofiarą.
Przyjemne to następstwa nader wesołego karnawału! — dodał szydersko. — Niema co mówić, sowicie opłacona zabawa!
Nadchodzili i inni goście, a pani Sołtykowa, której się serce ścisnęło nad niedolą sieroty, odeszła pocichu z oczyma łzawemi.
Wyobrażała sobie położenie biednej sieroty z brzemieniem tej śmierci ojcowskiej na sercu, osamotnionej, zrozpaczonej i litość czuła nad nią wielką.
Ci, co chętnie wesołość podzielają, nie są tak skorzy do dzielenia się boleścią.
Nie znała ona zbliska Sylwji, zaledwie parę razy spotkawszy ją w towarzystwach, a jednak pociąg ku niej czuła tak wielki, że wreszcie postanowiła, ulegając mu, bez wiedzy męża się wymknąć, wziąwszy służącego, pójść do sąsiedniego domu i ofiarować pomoc swą i usługę.
Dobre serce długo jej się namyślać nie dało; bliskość mieszkania krok ten niejako tłumaczyła; wysunęła się więc nieznacznie.
Przed kamienicą stały dwa, czy trzy powozy, we drzwiach pełno było gawiedzi, zaglądającej ciekawie na lewo, gdzie leżało ciało świeżo zmarłego szambelana, około którego ludzie się jacyś kręcili.
Wahała się pani Sołtykowa, czy wnijść na górę, mając myśl ofiarowania domu swego za przytułek na dni kilka sierocie, gdy ze wschodów biegnąca pokazała się Habąkowska, w dosyć potarganym stroju, zdyszana i niebardzo przytomna.
Majorowa znała panią eks-stolnikową, bo kogóż ona w Warszawie nie znała? Spostrzegłszy ją tu, zdziwiona, zatrzymała się.
Skorzystała z tego pani Sołtykowa, aby się do niej zbliżyć i spytać, czyby nie potrzebowano pomocy jakiej? czy nie lepiejby było pannę stąd zabrać, aby jej smutnego oszczędzić widoku?
— A! niech pani hrabina sobie oszczędzi bardzo przykrego widzenia się z tą nieszczęśliwą, — zawołała majorowa. — Biedna szambelanówna ma przy sobie kuzyna, doktora i dame de compagnie. Z domu się oddalić nie chce, chociaż jej ofiarowano gościnność Pod blachą, Na górze, a i ja także mój domek oddawałam do dyspozycji... Mnóstwo osób już nadaremnie próbowało ją stąd odciągnąć. Ani jej cieszyć, ani przemówić do niej, zupełnie prawie nieprzytomna.
Tak nagła, niespodziewana, straszna katastrofa.
Ten poczciwy szambelan zdrów był z rana, naraził się na cug powietrza, wychodząc z kościoła!
— Więc ja jej w niczem pomocną być nie mogę? — spytała pani eks-stolnikowa.
— A! mogę zaręczyć za to! Dostąpić teraz nawet do niej niepodobna.
Chwyciła się majorowa za głowę i nadzwyczajną okazując troskliwość o panią Sołtykową, aby w tłumie tym i nieładzie, jaki w domu panował, potrąconą nie była, sama ją zaraz wyprowadziła z kamienicy.
Od majorowej więcej ani się mogła ani chciała dowiadywać eks-stolnikowa i smutna wróciła do domu.
Habąkowska, pożegnawszy ją we drzwiach Filarów, sama siadła do powozu, który za nią tu podjechał.
Tak samo jak u państwa Sołtyków, w całej niemal Warszawie mówiono tylko o Burzymowskich. Śmierć ojca wielu usta rozwiązywała.
Wszyscy przyjaźni towarzystwu z Pod blachy tłumaczyli ten wypadek w ten sposób jak majorowa, jakimś wiatru przeciągiem, skłonnością do apopleksji i t. p., aby na nikogo wina nie spadała. Ogadywano nieboszczyka, że jeść lubił, i w wesołem towarzystwie rad do kieliszka stawał; apopleksja otyłego, krwistego, niemłodego szlachcica, który na nią przez całe życie zarabiał, była bardzo naturalnem jego następstwem.
Czy co zaszło po powrocie z kościoła między ojcem a córką, o tem nikt nie wiedział.
Sylwja weszła z nim razem do dolnych pokoików, gdzie sami z sobą pozostali dosyć długo, gdy nagle krzyknęła, wołając o ratunek i znaleziono ją klęczącą u nóg ojca siedzącego w fotelu a już rażonego apopleksją.
Czeżewska natychmiast posłała po lekarza, do Grabskiego, a nawet do nienawistnej sobie Habąkowskiej, której pomoc w tej chwili, gdy wszyscy głowy tracili, była pożądaną.
Sylwja prawie nieprzytomna nie odstępowała od ojca, odciągnąć jej od niego było niepodobna.
Grabski, któremu Zybek sam dał znać, że stary pan, jak on się wyraził, paraluszem rażony został, chociaż mu lekarze jeszcze wychodzić nie pozwalali, ubrał się natychmiast i żadna siła ludzka już go powstrzymać nie mogła, aby się natychmiast nie stawił na miejscu.
Przyjechał o kulach, naówczas, gdy już szambelan, po krwi puszczeniu, oprzytomniony trochę, dogorywał.
Zobaczywszy Micia, poruszył się, mówić już nie mógł, ale mu się wargi zatrzęsły i oczyma kilka razy wskazał Mieczysławowi na córkę.
W jednem ręku miał trochę władzy i gdy się Grabski zbliżył doń, chwyciwszy dłoń jego, konwulsyjnym ruchem położył ją na głowie klęczącej Sylwji.
Wysilał się na wymówienie czegoś, bełkotał, lecz zrozumieć go nie było podobna. Niecierpliwiło go to widać, że Mieczysław począł go uspokajać, zaręczając, iż na jego pomoc i usługę w każdym razie rachować może; potakiwał to, potrząsał głową stary, i raz jeszcze chwyciwszy rękę Micia, położył ją na ramieniu córki...
Chciał czegoś więcej, czego wypowiedzieć już nie zdołał.
Sylwja zachodziła się z płaczu, przerażenia i rozpaczy.
Gdy stary Burzymowski doczekawszy się Grabskiego nieco się potem uspokoił, oczy mu się przymykać zaczęły, napadła go senność. Ile razy podniósł powieki, oczyma już omdlałemi wskazywał Mieczysławowi Sylwję.
Tak drzemiąc i usypiając coraz mocniej, wreszcie zasnął na wieki.
Omdlałą córkę na rękach musiano przenieść na górę i złożyć na łóżku, przy którem doktór Witaczek, Czeżewska i Grabski przesiedzieli dzień cały.
Stan taki, w jaki ją śmierć ojca wprawiła, opisać się nie daje. Boleść wielka ducha łamie ciało, cierpienie moralne staje się naówczas chorobą, której symptomata nie psycholog, ale chyba lekarz odmalować potrafi.
Obok tej zrozpaczonej niewiasty na straży stał drugi pacjent, ranny Grabski, zapominający o tem, że i on nie był całkiem panem siebie, bo mu kalectwo odejmowało siły, władze i rana groziła następstwy niebezpiecznemi.
Ile razy doktór zwrócił na to jego uwagę, odpowiadał cicho, że na pobojowisku gorzej bywa, a obowiązki iść powinny przedewszystkiem.
Choć z gorączką, osłabiony, kulejący i chwilami zmuszony spoczywać, aby siły odzyskać, Micio oddalić się nie chciał.
W ciągu tego dnia majorowa niesłychanie czynna, dwa razy była z raportem Pod blachą, a trzy razy na Miodowej ulicy.
Książę Józef wcale się nie ukazywał nikomu, jedni mówili, że wyjechał do Jabłonny, drudzy, że był w Skierniewicach, nikt właściwie powiedzieć nie umiał, gdzie się ukrywał.
Wieczorem w pałacu nie było przyjęcia, a pani de Vauban siedziała z Cichocką sama.
Bocznemi schodkami wpuszczano majorową, która się kręciła jak fryga, biegała, nie mogła przysiąść na chwilę, nieustannie przed sobą i przed drugimi potrzebując się tłumaczyć, że qu’elle n’y était pour rien (do niczego nie należała).
Rozpowiadała też szeroko o wszystkich znakach ostrzegających, które apopleksję szambelana oddawna przeczuwać dały... i t. p.
Ponieważ stan zdrowia córki nakazywał wielką ostrożność, nazajutrz pocichu zwłoki nieboszczyka przeniesiono do kościoła, a trzeciego dnia odbył się pogrzeb wspaniały, którego całem urządzeniem zajął się przyjaciel z ramienia Grabskiego wyznaczony.
On sam przykuty był do domu, nie mogąc się poruszać dla pogorszonego stanu rany, a nie mogąc opuścić Sylwji, zdając ją na niezręczną opiekę Czeżewskiej i majorowej.
Ile razy chora odzyskiwała przytomność, pytała o Mieczysława, do niego rozkazując się odnosić we wszystkiem. Uważała go niejako za opiekuna przez ojca jej wyznaczonego.
Jednego dnia po pogrzebie, na znak szczególnego faworu swego, hrabina de Vauban, wedle swojego zwyczaju (bo tym sposobem wszędzie oddawała wizyty), podjechała pod kamienicę, posłała bilet i kazała do siebie do drzwiczek karety wywołać panią wojską Czeżewską.
Największe panie naówczas, hołdując Francuzicy, dającej sobie tony królewskie, schodziły tak nieraz do jej powozu na rozmowę, nie śmiejąc delikatnej jejmości narazić na fatygowanie się po schodach i zmiany temperatury, które jej szkodzić miały!
Wojska także musiała posłuszna zejść na zawołanie, opowiedzieć jej jak się miała Sylwja, ukłon, pozdrowienie i kondolencję zanieść dla niej, wysłuchać westchnień i szeptów hrabiny, za honor sobie poczytując, iż w obliczu całej Warszawy zaszczytu takiej rozmowy poufnej dostąpiła.
Sylwja, staraniem troskliwych lekarzy, którzy ją na chwilę nie opuszczali, ze stanu gorączkowego przeszła w rodzaj prostracji i apatji, która zwolna miała ją do zdrowia przeprowadzić.
Tak się przynajmniej spodziewano.
Nie odstępując jej Grabski musiał tymczasowo zająć smutne mieszkanie na dole po nieboszczyku i tam, gdy mógł, odpoczywał.
Noga mu była naprzykrzoną wielce, szczególniej z powodu, że ciągłego opatrywania potrzebowała.
Jednego rana doktór przyszedł do niego i zastał bardziej niż zwykle podrażnionym i niecierpliwym. Zaledwie go zobaczywszy w progu, Mieczysław się odezwał:
— Kochany konsyljarzu! mówiliście mi, przypominam to sobie, że ranęby prędzej zagoić można, pocóż ją umyślnie trzymacie tak, nie dając się jej zabliźnić?
— Abyś pan później na nią nie cierpiał — odezwał się doktór.
— Ale ja dziś szczególniej potrzebuję tej nogi, — zawołał Grabski — ruchu swobodnego i zdrowia! Jutro niewiele mnie obchodzi! Dziś! dziś mi zdrowia potrzeba! Zlituj się, doktorze, przestań myśleć o jutrze. Zaklinam cię.
Doktór przyjął to ruszeniem ramion.
— Nie godzi się tak czynić! — odparł sucho.
— Ja mam obowiązki — począł Grabski niecierpliwcie — i ręczę wam, że, nie zważając na żadną ranę, będę je spełniał, choćby się mój stan miał pogorszyć.
Lepiej więc z dwojga złego, abyście mi ją zgoili czem prędzej.
Pomimo oporu lekarza, Grabski wezwał potajemnie felczera i kazał mu ranę goić czem prędzej, bądź co bądź.
Sprzeciwiał się i on zrazu, twierdząc, że się to później odezwać może, lecz pokonany nadzieją przyobiecanej nagrody, milcząc, wreszcie zgodził się na żądanie pacjenta.
Stan zdrowia Sylwji, wedle przewidywania lekarzy, acz powolnie, polepszał się. Siły, przytomność, pamięć wracała, ale razem z nią smutek się zdawał rosnąć.
Mówiła mało, a gdy Czeżewska lub majorowa, odwiedzająca ją aż nadto często, rozpoczynały rozmowę, zamykała oczy, udawała śpiącą, ażeby jej uniknąć.
Doktór Witaczek, który był nadwornym Pod blachą, zdawał o stanie chorej raporta i on to zapewne urządzić musiał, upatrzywszy chwilę, gdy się Grabski oddalił, że niepostrzeżenie, z wielkiemi ostrożnościami wpuszczono płaszczem otulonego mężczyznę na górę.
Majorowa stała na straży.
Łatwo się domyśleć, że nieznajomym tym był książę Józef, który oddawna domagał się widzenia z Sylwją.
Zdawało mu się, że jej przyniesie pociechę, że przyśpieszy wyzdrowienie.
Jakkolwiek płochym być może mężczyzna w stosunkach z kobietami (a w owych czasach panowała w nich lekkomyślność i niesumienność największa, o czem świadczą pamiętniki współczesne) szlachetniejszy charakter musi uczuć boleść istoty sympatycznej i zapragnąć jej ulżyć.
Miłość księcia, utrzymywana i rozbudzana niemal bałwochwalczem przywiązaniem Sylwji, nie wygasła była jeszcze. Książę udawał oziębłego i radby był ostudzić ją, aby nie mieć sobie tej ofiary do wyrzucenia, ale kochał ją i cierpiał na długiej rozłące. Nieszczęście, jakie dotknęło szambelanównę, zbudziło w nim litość i współczucie.
Oddawna byłby w jakikolwiek sposób dostał się do tego domu, gdyby lekarz się temu ze względów zdrowia nie opierał, lękając zbytniego wzruszenia.
Naostatek doktór Witaczek zgodził się na odwiedziny te i dostanie się potajemne do domu ułatwił.
Książę szedł z mocnem postanowieniem namawiania, zaklinania Sylwji, aby wracała na wieś, zapomniała o nim i starała pokój odzyskać.
W pokoju chorej przebywszy godzinę na rozmowie, której świadkiem była zdala u okna siedząca Czeżewska, napróżno starająca się z niej choć słówko pochwycić. Książę wyszedł blady, zamyślony, smutny i wymknął się na ulicę niepostrzeżony.
Grabski wpół godziny dopiero potem powrócił. Tajemnica tych odwiedzin dla obcych jak najściślej była zachowaną.
Czeżewska, choć z konieczności wtajemniczona, ale prawie nie zyskawszy ukłonu ani wejrzenia, oburzona była i zemstą pałała.
Czuła, że schodziła coraz niżej i w domu nie liczyła się wcale, chyba za starszą sługę.
Nazajutrz, gdy Grabski zapukał do drzwi Sylwji, zapytując, czy mu ją wolno odwiedzić — wpuszczony, z wielkiem podziwieniem znalazł ją nie w łóżku, ale siedzącą w krześle, ubraną w suknię czarną, bladą, jakby z grobu powstałą, idealnie piękną, jak jakieś widmo z drugiego świata, ze świata aniołów smutnych.
Stanął u progu niemal przerażony tą nagłą, niespodziewaną rekonwalescencją.
Sylwja podała mu rękę, patrząc bojaźliwie w jego oczy.
— Widzisz, — odezwała się — muszę jeszcze żyć na utrapienie twoje, opiekunie mój! Myślałam, że już wszystko skończone... ale nie — kazano żyć i cierpieć.
— Ale czyż doktór pozwolił na to, abyś wstała? — zapytał niespokojny Micio.
— Nie lękaj się, mam od niego upoważnienie. Nic mi się nie stanie!
Unikając wszystkiego, coby mogło jakieś przykre obudzać wspomnienie, Grabski mówił o rzeczach obojętnych, napomknął potem, że, gdy cieplejsze dni nadejdą, możeby Sylwja chciała o powrocie na wieś pomyśleć.
Drgnęła, słysząc to, szambelanówna.
— Już? — zapytała. — A! drogi mój opiekunie. Tak! ja wiem, że powracać musimy... lecz, błagam cię, nie wypędzaj mnie stąd jeszcze! Mnie się zdaje, że ja tu tylko jeszcze żyć mogę!
Spojrzała nań błagająco.
— Mnieby się zdawało, — rzekł Grabski spokojnie — iż właśnie tam na wsi, wśród ciszy, zdala od tych miejsc, które mogą przykre obudzać wspomnienia — niepotrzebne — tam lepiejby ci było!
— A! nie! nie! — krótko i stanowczo zawołała Sylwja. — Ja cię proszę! Jesteś opiekunem moim, powinnam ci być posłuszną, napozór ty mówisz rozumniej, życzysz mi dobrze, ale ja cię proszę! Daj mi — jeszcze trochę czasu!!
— Przedewszystkiem, — przerwał Mieczysław — kochana kuzynko, teraz, gdyś zaledwie wstała, sił nie masz jeszcze... nie sprzeczajmy się o nic, odłóżmy na później...
Wiedząc, jak Sylwja lubi kwiaty, Mieczysław przyniósł jej właśnie tego rana bukiet, gdy chcąc go umieścić w wazonie, spostrzegł, że w nim tkwiła już przepyszna wiązanka najśliczniejszych wiosennych hiacyntów i tacetów.
Zarumienił się, zobaczywszy ją i zwrócił się do Sylwji, na której twarz rumieniec też wystąpił.
Spuściła oczy, unikając zapytania, na które trudno jej odpowiedzieć było.
Grabski, nie chcąc jej dręczyć badaniem, bukiet swój położył na stoliku i szybko się zaraz oddalił.
Na schodzącego na dół oczekiwała już pani wojska Czeżewska, która teraz postanowiła była jego trzymać stronę.
— Wie pani, — rzekł do niej Grabski — że Sylwja, dzięki Bogu, jest nad wszelkie spodziewanie lepiej.
— A tak, jest lepiej, — odparła pani wojska, zapraszając go do swojego pokoju — ale to polepszenia na gorsze wyjść może.
— Dlaczego? jakim sposobem? — zapytał zdziwiony Grabski.
Wojska, która w rozmowie zawsze, gdy mogła, za efektami się uganiała, zaczęła od szyderskiego uśmiechu, pokręciła głową, kazała długo oczekiwać na wystudjowaną odpowiedź, aż wkońcu, gdy już dostatecznie zniecierpliwiła Mieczysława, odezwała się cichuteńko, tajemniczo, ale z uroczystością wielką:
— Był tu ktoś wczoraj!!
Grabski pobladł.
— Jak? kiedy? — zapytał, przybliżając się, niespokojny.
— Kiedy? Nad wieczór, wówczas, gdy wiedziano, że pana nie będzie w domu. Przede mną nie czyniono tajemnicy, bo mnie oszukać nie można. Byłam więc niemym i głuchym świadkiem rozmowy, z której słowo jedno nie doszło do mnie.
Był — tak jest, był, siedział tu prawie godzinę. Gdy wyszedł i ja się oddaliłam, bom nie była potrzebna, bo nie odezwała się do mnie ani słowa, nie spojrzała nawet... Zdaje mi się, że płakała, uważałam, że ktoś napominał, pocieszał i czułości unikał.
Na dole stała straż, pilnowano, aby się mógł niepostrzeżenie wyśliznąć, jak przyszedł, ale nie ręczę, czy nie był obserwowany.
Hm? jak to pan znajduje?
Grabski milczał, oczy wlepiwszy w podłogę.
— Gdy później wróciłam do Sylwji, — mówiła dalej wojska — znalazłam ją siedzącą na łóżku, z rumieńcami wypieczonemi, prawie w gorączce. Poczęłam, żadnych jej nie czyniąc wyrzutów, pytać, jak się czuje? Odpowiedziała mi, że jutro chce wstać, że pragnie jeszcze i potrzebuje być zdrową.
Siedziałam potem długo, sądząc, że się ze mną zechce z zaufaniem rozmówić jak dawniej.
Mówiła tylko o rzeczach obojętnych — nic i nic!
Ja dla niej już żadnego nie mam waloru!
Grabski słuchał pogrążony w sobie, nie okazując Czeżewskiej, jakie to na nim czyniło wrażenie. Zabolało go, że stosunki, które za zerwane uważał, na nowo się zawiązywać zdawały. Należało mu otwarcie się o tem z Sylwją rozmówić, wahał się ze względu na stan jej zdrowia.
Wszystkie jego plany, projekty przyszłości, jakie sobie roił, znowu zachwiane były. Ta, której on nazywał się opiekunem, wyłamywała się zwolna z pod jego opieki.
Domyślając się nie bez podstawy, że doktór mógł być pośrednikiem w tej sprawie, Grabski tegoż wieczora do siebie go na dół zaprosił.
— Szanowny panie, — rzekł do niego grzecznie — nie weźmiesz mi tego za złe, jako krewnemu i opiekunowi tymczasowemu panny Sylwji, gdy go zapytam, dlaczego bez mojej wiedzy ułatwiliście odwiedziny, niewłaściwe dla chorej, kompromitujące ją, mnie nieprzyjemne, a sądzę, że i dla zdrowia pacjentki niebardzo korzystne.
Doktór, na chwilę zmieszany, natychmiast swą doktorską śmiałość odzyskał.
— Wiesz pan już o tem? — rzekł. — Właśnie ja sam go o tem miałem uwiadomić.
Dla chorej i jej uspokojenia odwiedziny te właśnie były najpotężniejszem lekarstwem. Przekonać się pan o tem mogłeś, bo dziś wstała i jest znacznie lepiej.
— Ale nawet to chwilowe polepszenie — rzekł Grabski — nie tłumaczy mi tego kroku.
— Jeśli pan chcesz, — odparł dosyć szorstko doktór — rozmów się o tem z księciem. Ja oprzeć się nie mogłem.
To mówiąc, zlekka się skłonił i wyszedł.
Nazajutrz go nie było, a gdy chora się przybycia domagała i posłano po niego, doktór Witaczek przybycia, mrucząc, odmówił.
— Niech sobie innego doktora poszukają, — rzekł — ja nawykłem do podziękowań, nie wymówek.
Dowiedziawszy się o tem, Sylwja wezwała Grabskiego. Była znacznie lepiej, ale podrażniona tem, że doktór, jak mówiła, grymasił.
— Proszę cię, Miciu mój, pójdź ty do niego i przyprowadź mi go koniecznie — zawołała z uporem rozpieszczonego dziecięcia. — Żeby mi tu zaraz był. Ja od nikogo innego rady nie przyjmę, mam w nim ufność.
Spojrzawszy na zacięte usta i surowy wyraz twarzy kuzyna, Sylwja, jakby się czegoś domyślając, dodała:
— Przyznaj się, musiałeś go czemś zniechęcić?
— Może być, mimowoli — rzekł Grabski.
— Wiem o co ci szło, — dodała powoli — domyślam się, powiedziano ci, że ktoś był u mnie, sądziłeś, że go doktór wprowadził, musiałeś mu robić wymówki...
— Nie zapieram się tego, — rzekł Grabski — to było moim obowiązkiem.
Ruszyła ramionami.
— Tak ci się zdawało, — rzekła — a nie wiesz, że ten ktoś, którego się lękasz, jeśli się przez litość, jak teraz, zbliżył do mnie, to tylko, aby mnie, jak ty, namawiał do wyjazdu na wieś, do pozbycia się marzeń, do stania się bardzo rozsądną i pospolitą kobietą... Jest twoim pomocnikiem!
— Być może, jeśli jest człowiekiem sumiennym i uczciwym, o czem nie wątpię, — rzekł Grabski. — Lecz, pomimo tych morałów, jakie on z sobą przynosi, kochana Sylwjo, sama jego przytomność nie dobrą jest dla ciebie... Jeżeli chcesz być swobodną, wypędźże mnie...
Sylwji łzy z oczów pociekły.
— Miciu! — odezwała się — jaki ty jesteś nielitościwy! Dajże mi czas, jaki się daje choremu, aby wyzdrowiał, rannemu, aby się zagoiły rany! Miciu!
Grabski stał milczący; Sylwja płakała.
— Miciu! — powtórzyła raz jeszcze — ja cię proszę... trochę cierpliwości!
— Radbym z duszy być posłuszny rozkazom twoim, ale ja — odezwał się Grabski — w tej przedłużonej kuracji widzę tylko przeciągającą się chorobę.
Wolno ci czynić, co chcesz, — dodał — mnie sumienie nie pozwala patrzyć obojętnie na to, co mi się zdaje być szkodliwem... Cierpliwość moja byłaby grzechem, nie chcę na to patrzyć, czego pochwalić nie mogę.
Pozwól mi się więc oddalić... Zostawiam cię panią twej woli. Zawołasz mnie, gdy ci będę potrzebny...
Ze spuszczoną głową, nie patrząc na niego, Sylwja dała mu odejść, nie mówiąc nic.
Przywiedziony do rozpaczy prawie, Grabski, natychmiast z dolnego mieszkania zabrawszy co miał, posłał po dorożkę i odjechał do domu.
Nazajutrz położyć się musiał, bo noga przygojona, zaogniła się i nabrzękła.

V.

Nadeszła wiosna, książęcy dwór z Pod blachy wybierał się już na rezydencję letnią do Jabłonny.
Można to było w istocie dworem nazywać, tak po królewsku niemal żył i otaczał się książę Józef.
Oprócz mnogich zawsze gości, na których mu nie zbywało, sami domownicy niemały orszak stanowili.
Jedną z oficyn pałacyku zajmowała pani de Vauban, której nieodstępną towarzyszką była pani Cichocka z córką Terenią, a często jeszcze któraś więcej z przyjaciółek.
W czasie pobytu pani Tyszkiewiezowej ona też miała dworek osobny i niewieścią swą a męską posługę, do której rzadki jeszcze naówczas u nas, prawie jedyny w kraju murzyn, Zamor, stanowił oryginalny dodatek.
Dom jeden zajmował kamerdyner Brodowski z rodziną, inny plenipotent Michałowski, inny jeszcze rządca, a w rozmaitych przybudówkach i chatkach a dworkach w parku, około dziedzińca mieścili się koniuszy, łowczy, strzelcy, kucharze z kuchmistrzem Francuzem impanem Faroc’iem, woźnice, czeladź i t. p.
Same stajnie, cugi, wierzchowce, rozmaite zaprzęgi, konie tureckie, wschodnie, polskie i korsykańskie małe, mnogiej posługi wymagały.
Trzeba też było wygodnie przy pałacu rozmieścić przyjaciół Francuzów, państwo de Coudene, barona de Fontbrune, de Beaumont i innych.
Towarzyszyli księciu do Jabłonny dla rozrywki w samotności: Rautenstrauch, Kamenecki, Tribes, Bronikowski, nie licząc przybywających z Warszawy gości, którzy często bawili tygodniami.
Książę był tu tym samym co w Warszawie, choć mniej na oku Prusaków, zawsze się czując przez nich śledzonym i podglądanym nieufnie. Starał się więc być napozór wystygłym, znudzonym, do rozbawienia trudnym, potrzebującym silnych wrażeń, aby się na nim odbić mogły, poruszającymi się nagle i na krótko, gwałtownym czasem, lecz łatwo się uspokoić dającym.
Cieszyło go to niewymownie i uśmieszek niedostrzeżony sprowadzało na usta, gdy mu opowiadano, że Hoym się o nim wyrażał przed zaufanymi.
C’est un homme fini, usé, dont on n’a rien à redouter. (Jest to człowiek skończony, zużyty, którego się nie ma co obawiać).
— Cieszy mnie nadzwyczajnie, — mruczał cichutko — że tak dobrą mają o mnie opinję! Niechże nikt mnie nie broni! proszę!
W tej Kapui warszawskiej i Jabłonnie wiódł jednak książę zawsze życie wspomnieniami wojskowemi otoczone i jakby tęsknotą do rzuconego oręża w głębi przejęte.
Tak samo, jak Pod blachą, najskromniejszym pewnie z pokojów pałacyku był ten, w którym on sypiał, na żelaznem łóżeczku, burką okryty, aby mu się obóz przypominał. Orłowskiego szkice go ubierały, przypominające zapasy rycerskie ubiegłych czasów, bitwy i konie.
Poczciwy gubernator Koehler, Hoym, jenerałowie dowodzący naówczas wojskami pruskiemi w Warszawie, Pletz, Wagenfeld i Rochetti, a nawet dyrektor policji Tilli, mieli to najmocniejsze przekonanie, iż książę pozbył się wszelkich widoków na przyszłość, ambicji, rycerskiego ducha i że mu szło jedynie o spokój, wygodne, ciche, błogosławione życie magnata, któremu wspomnienie tronu pokrewnego przyświecało.
Za niewinne wcale uważano upodobanie z przeszłości zachowane w koniach, bez których żaden pański dwór się nie obchodził.
Ci, co otaczali księcia, po większej części daleko od niego rozwiązlejsi i rozpieszczeni próżnowaniem, albo wtajemniczeni w rolę, jaką grać było potrzeba, potwierdzali swem postępowaniem przekonanie, iż nad rozrywkę, trzpiotostwo i małą intrygę nic księciu więcej do życia nie było potrzeba.
Koehler pobłażał ich wybrykom, nawet gdy do starcia z oficerami załogi przychodziło, wiedząc, że zalanym głowom wiele przebaczać należy, boć — nie wiedzą, co czynią.
I w tym roku, jak lat poprzedzających, rozjechali się z wiosną prawie wszyscy. Małachowski do dóbr swoich za kordonem, inni do Karlsbadu, który już naówczas tej sławy, jaką dziś zachowuje, używał; pani Sewerynowa do Celejowa, inni panowie i panie, gdzie kto mógł i chciał.
Na ochocie do podróży zdawiendawna nam nie zbywało, gdy chciano prawa stanowić nawet, któreby od zbytnich a próżnych wędrówek wstrzymywały.
Wypróżniała się Warszawa po burzliwej zimie, zamykały teatry. Pan Ledoux odpoczywał, a książęce ekwipaże, kuchnie, cugi, lokaje wyciągały do Jabłonny pod stare, piękne drzewa parku, na zielone trawniki i wiejską ciszę.
Grabski od pożegnania swojego z Sylwją nie pokazywał się u niej więcej, dogajał nogę, wracał do dawnych zajęć swoich, zamykał się w szczupłem kółku znajomych, po większej części wojskowych z 1792 i 1794 roku, dawnych towarzyszów broni.
O Sylwji wiedział tylko tyle, ile, czy z rachuby jakiejś, czy przez ducha przekory, który był w jej charakterze, wojska Czeżewska mu donosiła.
Wzięła ona sobie za rodzaj obowiązku, gdy tylko mogła znaleźć wolną chwilę, odwiedzać pana Grabskiego.
Dawniej był jej antypatycznym; i on też się wzajemnością wypłacał; dziś zmienione okoliczności uczyniły ją, jeśli nie przyjaciółką pana Mieczysława, to tajemnym jego sprzymierzeńcem.
On też, tłumacząc sobie opozycję Czeżewskiej poruszeniem jej sumienia, bardziej był dla niej pobłażającym, chociaż z dawnych swoich pretensyj i śmieszności nie straciła nic, a może nawet przybyło jej nowych w Warszawie.
Ile razy za jakimś interesem była w mieście, wojska wstępowała zawsze do Grabskiego, niby dowiadując się o jego zdrowie, a w istocie przynosząc mu plotki o Sylwji, która, wyzdrowiawszy, wróciła wprawdzie do dawnych z Blachą i panią de Vauban stosunków, ale coraz mniej zdawała się z nich kontenta. Zwolna, choć bardzo zwolna przychodziło rozczarowanie, czasem wstręty, nawet i chmurki na czole.
Wojskiej zdawało się, że tam dla pozbycia się Sylwji znowu marjaż jakiś knowano, aby nie mieć na sumieniu rozkochanej szambelanówny, dla której książę umyślnie się okazywał coraz chłodniejszym i widocznie jej unikał.
Baron de Beaumont powrócił na służbę piękności, której żałoba nadzwyczaj była do twarzy.
Młody jakiś Zatorski, podobno z za kordonu, jak utrzymywała Czeżewska, znający majątkowe stosunki Burzymowskich, zabiegał także około pięknej Sylwji, która z nim równie pogardliwie i traktując go z góry obchodziła się, jak z posłusznym baronem de Beaumont.
Wojska donosiła, że i stosunki i uczucia Sylwji zmieniły się wielce i ona sama ochłodła, smutna była i zadumana.
Wśród tego smutku przychodziły czasem krótkie błyski jakby odżywającego uczucia, ale te gasły wprędce.
Kilka razy Sylwja wspomniała Czeżewskiej o Mieczysławie, nazywając go nieznośnym, iż się tak uparcie trzymał zdaleka. Zawołać go jednak nie chciała, wiedząc, że na wieś ją ciągnąć będzie.
Jakaś resztka nałogu serca, tęsknoty, może nadziei niedorzecznej trzymała ją tu jeszcze.
Zmiana jednak była bardzo widoczna.
Ostatnim razem przyszedłszy Czeżewska mówiła coś o kłótni dwóch rywali, pana de Beaumont i Zatorskiego, która groziła pojedynkiem. Sylwja po raz pierwszy oddawna miała się śmiać, posłyszawszy o niej.
W istocie Francuz, czatujący na pastwę, nie mógł znieść tego, aby mu kto śmiał stawać na drodze i grozić wydarciem owocu długiej cierpliwości. Młody Zatorski był też szlachcic zawadjaka i pojedynkowicz, jak znaczniejsza część ówczesnej młodzieży, miał przyjaciół sobie podobnych, na Francuza więc czatowano, aby mu kurtę skroić.
Z opowiadań wojskiej, jakkolwiek fantastycznemi przeplatanych wymysłami, Grabski mógł wyciągnąć ten wniosek, iż Sylwja zażąda kiedyś jego powrotu i wezwie do siebie. Pytał ją więc często.
— Nie mówiła o mnie? nie pytała o mnie?
Czeżewska utwierdzała go w przekonaniu, iż chwila zwrotu była bliską; że, choć nie żądała wyraźnie powrotu Mieczysława, zdawała się tęsknić za nim i do wsi.
Kiedy niekiedy mówiła już o Burzymowie. Naówczas zaczynała płakać, bo miejsce to ojca jej przypominało.
— Jednakże, — dodawała Czeżewska — wspomnienie księcia poruszało ją całą jeszcze, najmniejsze słówko uwłaczające mu oburzało.
W sercu walka była rozpoczętą, lecz zwycięstwo na żadną się jeszcze nie przechyliło stronę.
Za każdem Czeżewskiej przybyciem doniesienia jej o Sylwji zdawały się dobitniej oznaczać ten stan ducha na przełomie, który powinien się był skończyć zerwaniem z towarzystwem, z miastem i powrotem na wieś, chwilę tę jednak stanowczą musiał wywołać jakiś fakt, coś, czego oznaczyć nie umiała Czeżewska i Grabski.
Gdy Blacha zaczęła się do Jabłonny przenosić, słabą jakąś powziął nadzieję Mieczysław, że Sylwja, sama pozostawszy w Warszawie, będzie zmuszona myśleć o powrocie do Burzymowa; nie przypuszczał bowiem, aby razem z panią Cichocką i jakąś Francuzką towarzyszyć mogła pani de Vauban do Jabłonny.
Wprawdzie tak mała odległość dzieliła Warszawę od rezydencji letniej księcia, sam on tak często odwiedzał stolicę, że Sylwję mogła nadzieja widywania go zatrzymywać; ale Czeżewska zapewniała, że książę sam unikał tego.
Miłość księcia, choć trwała zawsze, choć była, jak utrzymywali wszyscy, bezprzykładnie stałą a pełną poszanowania i sympatji dla istoty, która tak ukochać umiała, z coraz większym mieszała się niepokojem o los Sylwji, z coraz mocniejszem postanowieniem nakłonienia jej, aby się marzeń wyrzekła... Gotów był książę użyć jak najheroiczniejszego lekarstwa, aby Sylwję zrazić do siebie, gotów był nawet spaść w jej przekonaniu z idealnych wyżyn, na których go postawiła. Im dłużej trwało uwielbienie Sylwji dla niego, i im stalszem się okazywało, tem on rozpaczał i niepokoił się mocniej, wyrzucając je sobie. Dręczyło go sumienie. P. de Vauban uśmiechała się, zlekka ruszając ramionami, nie dając rady żadnej, bo wagi do jednej biednej panienki losu nie przywiązywała i inne miała w tym przedmiocie pojęcia.
Musiał się więc książę, rad nierad, mimo wstrętu, jaki miał do majorowej, udać do niej po radę. Habąkowska także niedobrze rozumiała poszanowanie takie i troskliwość o szambelanównę. Ona także o intrydze miłosnej i jej rozwiązaniu inne miała wyobrażenia. Nawykła jednak do stosowania się do kaprysów księcia, aby całkiem łaski jego nie stracić, musiała się godzić z jego wymaganiami.
— Wy to sobie lekko bierzecie, — odezwał się raz do niej książę — nic dziwnego, bo lekkie byłyście i jesteście... Dla mnie to sprawa sumienia! Potrzeba, ażeby wróciła na wieś, bodajby mnie znienawidzieć miała.
Okazuję oziębłość, uciekam, nic to nie pomaga.
— Mości książę, — odpowiedziała żywo majorowa z tajonym uśmieszkiem. — Na to jest tylko jeden sposób... Il faut se faire une douce violence i afiszować jakąś inną miłość, któraby ją do desperacji przyprowadziła...
Skrzywił się książę...
— To księcia niewiele powinno kosztować, poumizgać się trochę do pierwszej lepszej — dodała Habąkowska.
— Chyba do pierwszej najgorszej, — poprawił książę — aby ją zrazić moim złym gustem i zepsuciem.
Wiesz, że już na to jestem zdecydowany.
Majorowa śmiała się.
Wybierzże książę, quelque chose de piquant! — dodała.
— Tak, — dołożył Pepi — coś tak ostrego wybrać potrzeba, jak ser angielski, w czemby już były robaki...
Krótka ta rozmowa z majorową, choć nic napozór stanowczego nie postanowiono, miała jednak nie pozostać bez skutku. Myśl była rzucona.
Grabski wiedział już o przygotowaniach przenosin do Jabłonny, czekał niecierpliwie na Czeżewską, która mu dać znać miała, co Sylwja w tej mierze postanowi.
Jakoż jednego rana nadbiegła swym zwyczajem z mocno wysznurowanemi ustami, które się zawsze tem silniej ściągały, im ważniejszego coś miała do oznajmienia. Niespokojna, poruszona, wpadła jakby przejęta niezmiernie uczuciem jakiemś, z którego ochłonąć potrzebowała. Sparłszy głowę na ręku, wypoczywała. Dyszała długo, nim się zebrała na opowiadanie.
— Stało się — zawołała patetycznie z ruchem rąk rozpaczliwym do stojącego przed nią i oczekującego Mieczysława. — Wszystkie moje przewidywania zawiedzione, zrozumieć jej nie mogę. Któżby się był spodziewał? daje się zabrać Vaubanowej do Jabłonny. Jedziemy — czy ona jedzie sama, bo ja już nic nie wiem.
Grabski się rzucił.
— Tak, — dodała Czeżewska — i owoc moich insynuacyj, moich próśb i refleksyj może być stracony. Była znacznie ostygłą, przekonywała się, że książę wcale o niej nie myśli... a teraz — ja już nie wiem i nie mogę przewidzieć, co się dalej stać może...
Załamawszy ręce na kolanach, wojska trzęsła głową.
— Czyniłam, co mogłam, — dodała — ale gdy ona co postanowi, niema środka jej przekonać. To darmo!
Grabski, nie mówiąc nic, słuchał przygnębiony.
— Że pojedzie, to niema wątpliwości, — mówiła ciągle Czeżewska. — Przez dni kilka była jakąś wahającą się, niepewną, chodziła niespokojna, wyrywały się jej słowa, z których wnosiłam, że się opamięta, że do rozumu przyjdzie. Nagle, raz powróciwszy z Pod blachy, wpadła do mnie rozweselona, szczęśliwa i oznajmiła, że Vauban ją z sobą zabiera.
Ruszyłam ramionami, chcąc czynić uwagi, nie dała mi mówić nic. Zamknęła usta...
Czeżewska, powtórzywszy po kilkakroć z najdrobniejszemi szczegółami, jak do tego przyszło, co mówiła, co czuła, jak była zrozpaczona, po długich narzekaniach pożegnała wreszcie milczącego i strapionego Grabskiego.
W kilka dni potem on sam w ulicy spotkał ekwipaż pocztowy księcia wiozący hrabinę Vauban, a w karecie spostrzegł siedzącą Sylwję, która, poznawszy go, rzuciła się w głąb powozu, jakby się przed wzrokiem jego ukryć chciała.
Ponieważ wszelkie sprawy pieniężne zdane były na Grabskiego, a rządca z listami tyczącemi się rachunków i gospodarstwa do niego się udawał, był więc zmuszonym Mieczysław kiedy niekiedy zajrzeć na Miodową ulicę. Najczęściej listy, papiery, pieniądze zostawiał u Czeżewskiej, unikając spotkania się z Sylwją, której widok bolesne, upokarzające na nim czynił wrażenie.
Jednego z następnych dni, potrzebując też oddać przesyłkę otrzymaną z Burzymowa, a wiedząc, że nie zastanie nikogo oprócz służby na Miodowej, Grabski zaszedł na górę.
Zybek, który się śmiertelnie nudził, bo miał już tej Warszawy dosyć, co nieustannie powtarzał („Ona mi już tu siedzi!“) — i służąca, przywieziona z Burzymowa — byli sami. Zdziwił się, nie zastawszy Czeżewskiej, która mu oświadczyła, że pupilce swej do Jabłonny towarzyszyć nie będzie.
— Cóż się z panią wojską stało? — zapytał chłopca.
— A, pojechała i ta! — odparł Zybek, ręką machając.
— Kiedy?
— A zaraz po panience! Przysłali po nią powóz z pod tej Blachy i liścik. Trochę się dąsała, prychała, a potem słoiki swoje zabrawszy, pojechała.
Zybek śmiał się złośliwie.
— Możeby się była została, — dodał — ale ja to wiem, proszę panicza, co ją tam pociągnęło... O! ja to spenetrował!
— Naprzykład? — rzekł Grabski.
— A cóż? słowo daję paniczowi, — żwawo dokończył Zybek — nic innego tylko, że łakocie lubi, a zawsze powiadała, że tam stół choć palce oblizywać. Ona za dobrą leguminę do piekłaby się dała zaprowadzić.
Nie chcąc słuchać dalszych zwierzeń Zybka, Grabski odszedł milczący.
Upłynęło dni kilka, gdy jednego rana głos piskliwy pani Czeżewskiej dał się słyszeć w przedpokoju. Grabski sam pośpieszył jej otworzyć.
Nastąpiło wypoczywanie i wszystkie te miny, mające obudzać współczucie, które zawsze opowiadania poprzedzać były zwykły.
— Przyjechałam, wyrwałam się, — poczęła słabym głosem — słowo daję, tylko dla pana.
— Jakże się ma Sylwja? — zapytał Mieczysław.
— Zdrowa — ciągnęła dalej wojska. — Ale wątpię, ażeby pobyt w Jabłonnie był jej przyjemnym. Stoimy w oficynie razem z Vaubanową. Swoboda na wsi bardzo wielka, to prawda, pół dnia spędzamy w parku pod ślicznemi drzewami, gdy pogoda. Ale książę zimniejszy, posępniejszy niż kiedykolwiek, roztargniony, szyderski. Sylwja podrażniona, smutna, w złym humorze. Zdaje mi się, że ten nasz pobyt nie potrwa długo, a jeżeli wrócimy, to i do Burzymowa się wybierze...
Chodzi niespokojna po swoim pokoju i widocznie rozmyśla, co począć, bo to tak trwać nie może.
Pomilczawszy trochę, Czeżewska dodała, zawsze z dramatycznym akcentem.
— Książę widocznie zajęty pewną osóbką...
Skrzywiła się pogardliwie.
Grabski ruszył ramionami z oburzeniem i niesmakiem.
— Słowo panu daję, — paplała, ożywiając się, wojska — wszyscy tam już mówią o tem. Miłość romantyczna, posępna, melancholijna, to nie jego rzecz, długo z nią nie wytrwa. Ta osóbka, o której mówię, daleko ponętniejsza dla takiego bałamuta, niż idealne istoty!
Do Vaubanowej przyjechała Francuzka, pani de la Brétèche, ani bardzo młoda, ani piękna, bo nawet, zdaje się, że nigdy nią nie była, ale dowcipna, roztrzepana, umiejąca mówić bardzo paskudne rzeczy w sposób niby przyzwoity, że się ze wstydu palić trzeba, gdy się rozgada.
Od pierwszego wieczora książę z niej oczów nie spuścił.
Co rzadko bywa, przysiadł się do stolika, żartował z nią. Plotła, widząc że go to bawi, niestworzone rzeczy, że musiałyśmy się wachlarzami zasłaniać, udając, że nie słyszymy.
Vaubanowa ją zatrzymała w Jabłonnie, codzień się słyszę dopytuje o nią książę, godzinami z nią śmieje się i dokazuje...
Sylwja na to patrzyć nie może i jak tylko ją zobaczy, wychodzi... Dworacy powiadają, że to sobie zabawka i roztargnienie bez konsekwencji, a ja panu ręczę, iż Francuzica się tak obrachuje, aby były konsekwencje! Biega za nim formalnie — bezwstydnica! Vaubanowa śmieje się, kontenta, że jej go ktoś bawi i rozchmurza.
Opisawszy cały tryb życia w Jabłonnie, ranki i wieczory, przejażdżki, przechadzki, gry i zabawy, wojska wkońcu pożegnała Grabskiego, oznajmując, że końmi, któremi przyjechała, powracać musi. Przyrzekła jednak najuroczyściej, że jak dotąd, tak na przyszłość, trzymać będzie pana Mieczysława au courant tego, co się w Jabłonnie stanie.
I dni kilka upłynęło tak znowu. Grabski, korzystając z ciepła wiosennego, odbywał wycieczki po okolicach, o ile mu noga dozwalała, na którą trochę kulał jeszcze.
Dnia jednego powróciwszy późno z Wilanowa, znalazł na stole kartkę do siebie, ręką Sylwji nakreśloną, niewyraźnie, z pośpiechem, pod wrażeniem jakiemś gwałtownem.
Zawierała ona następujące słowa:
„Proszę Cię, jak tylko będziesz mógł, przybądź do mnie. Potrzebuję się widzieć z Tobą, rachując, że serce Twe braterskie niczem, nawet niewdzięcznością, zrazić się nie da. Przyjdź, proszę. Wróciłam na Miodową. Zastaniesz mnie zawsze, do północy nawet, bo pilno mi widzieć się z Tobą. Wzywam Cię jako opiekuna, nie odmawiaj. W Tobie jednym, dobry mój Mieczysławie, ufność pokładam.

Sylwja“.

Do północy było jeszcze daleko, zegarek jednak dziewiątą wskazywał. Grabski zawahał się z początku, czy jechać natychmiast, czy do jutra widzenie się odłożyć. Z kartki wnosił, że coś nadzwyczajnego stać się musiało, że Sylwja cierpiała i potrzebowała pociechy. Obowiązkiem było nie zwłóczyć chwili.
Na Miodowej spostrzegł światło w saloniku, Sylwja sama jedna przechadzając się po nim, oczekiwała na niego.
Zobaczywszy ją, w progu stanął Grabski, tak go uderzył wyraz jej twarzy tragiczny, zbolały. Cała jej postać i ruchy gwałtowną walkę wewnętrzną znamionowały.
Zmieniła ją już była śmierć ojca, po której zwolna odkwitła na nowo, teraz był to najsmutniejszy obraz młodości, życia, kwiatu złamanego na łodydze. Czarne oczy wpadłe były głęboko, świecąc płomieniem jakimś, podsycanym gorączką wewnętrzną. Bladość mniejby może straszną wydawała się na tem licu, niż rumieńce, które paliły policzki i rozlewały się aż na czoło.
Piękne jej rysy były jakby zmięte i zgniecione męczarnią, oddychała prędko, chwytając powietrze, jakby go jej miało zabraknąć.
Pomimo oznak tej burzy przebytej, malowała się w niej energja prawie nie kobieca, wola namiętna, niezłomna. Ból nie przyprawił ją o zemdlenie, owszem siłę w niej rozwinął nadzwyczajną.
Zobaczywszy Grabskiego, posunęła się, milcząc, ku niemu kilka kroków i rękę mu podała. Potem obejrzała się szukając krzesła i padła na nie.
— Widzisz, — odezwała się, zmuszając do uśmiechu — powróciłam. Wszystkie biednej Sylwji wybryczki studenckie skończone, na wieki wieków. Jestem chłodna, rozczarowana, upokorzona i mam największe w świecie obrzydzenie do życia i ludzi. Zatem, kochany Mieczysławie, co mam zrobić?
Grabski chciał odpowiedzieć na zapytanie, przerwała, nie dając mu mówić.
— Nie potrzebuję się spowiadać przed tobą, — dodała — odgadniesz stan mojej duszy, boś go za wcześnie przeczuwał, namawiając mnie do powrotu...
Powrót na wieś w istocie byłby lepszym, boby mi zachował choć cokolwiek złudzeń, z których teraz jestem wyzutą. Jestem rozczarowaną, wytrzeźwioną i smutną...
Brzydzę się wszystkiem...
To okropna rzecz, nie móc nawet posilić się kłamstwem.
Co dalej? ja doprawdy nie wiem, obojętne mi wszystko.
Spojrzała na Mieczysława; ten stał ze współczuciem patrząc na nią.
— Smutne jest życie, gdy ani kochać, ani szanować nie można, ani uwierzyć w nic, i wkońcu o sobie samej zwątpić trzeba... — mówiła cicho. — Umrzeć na zawołanie niepodobna!
Uśmiechnęła się.
— Cóż tu począć?
Znowu Grabski chciał się odezwać, przerwała żywo.
— Od śmierci ojca zaczęły się moje strapienia i rozczarowania. Ty jeden naówczas byłeś mi dobrym bratem, inni radzi się byli mnie pozbyć. Byłam im ciężarem tylko... Powinnam była zawczasu to widzieć i — oddalić się. Nie miałam siły...
Teraz, choć siły nie mam do niczego, lecz zdobyłam przekonanie, że — ludzie nawet najpiękniejsi są istotami jeśli nie pogardy to litości godnymi... Aniołów niema, a ja w nich wierzyć chciałam!! Byłam dzieckiem za długo, kochany Mieczysławie, lecz, na teraz, ręczę ci — wszystko skończone!!! wszystko!
Podniosła oczy ku niemu.
— Co mam począć z sobą?
Grabski, który słuchał i milczał pogrążony w myślach, odezwał się nareszcie, starając być jak najchłodniejszym.
— Jeśli żądasz mojej braterskiej rady, nie mam innej nad tę, jaką dawałem wprzódy.
Jedźmy stąd jak najprędzej, opuść Warszawkę, powracaj na wieś, staraj się o przeszłości zapomnieć, wspomnienia tych dni tu przebytych pogrzebać na zawsze. Wierz mi, niema nic nieśmiertelnego na ziemi, nawet boleść umiera. Zaciera się wszystko, zapomina, przechodzi...
— Tak, — przerwała Sylwja — wszystko przechodzi, nic nie powraca, niestety... Młodości dni stracone... i marzenia trzeba pożegnać na zawsze... Ty, dobry mój Mieczysławie, coś mnie niegdyś chciał i starał się ustrzec od czarów i rozczarowania, ty, któregom ja nie umiała ocenić rad i serca dla mnie, przebacz mi! Wiem, ile cierpiałeś dla mnie...
— Nie mówmy o tem, — przerwał Mieczysław — radźmy o sobie. Jedziemy na wieś?
Sylwja potrząsnęła głową...
— Mówiłaś mi przecie, że cię już tu nic nie wiąże? — zapytał.
— Nic, oprócz tego, że wybór miejsca jest mi obojętnym — a na wsi??
Nie dokończyła.
— Ale pobyt w mieście ze wszystkich względów niewłaściwy. Niepodobna uniknąć niepotrzebnych i dziś ciężyć mogących stosunków! — zawołał Grabski.
Sylwja głową potrząsała.
— Nie rozumiesz mnie — odezwała się. — Życie potrzeba umieć skończyć, gdy się go począć nie umiało... Moje postanowienie jest stanowcze i nie od dziś powzięte. Mówiłam to sobie, iż — od świata, który mi obrzydł, uciekać muszę. Wstąpię do klasztoru...
Grabski rzucił się ku niej gwałtownie, chwytając ją za ręce.
— Sylwjo kochana! to postanowienie gwałtowne i gorączkowe uczyniłoby cię nieszczęśliwszą jeszcze, gdybyś je wykonać miała. Nie jesteś stworzoną do życia klasztornego, nie wytrzymałabyś w niem. W chwili rozdrażnienia powzięłaś tę myśl, przeciw której protestuję.
— Nie, kochany Mieczysławie, — odparła cicho Sylwja — z myślą tą chodzę od śmierci ojca, noszę się z nią, żyję nią. Jest to jedyny koniec możliwy, który mi da spokój pożądany.
— Mylisz się — rzekł Grabski. — Postanowienie to będzie fałszywie tłumaczone, każe się domyślać jakichś uczuć, które, spodziewam się, że wygasły. Ty sama nie znasz klasztoru tylko z książek...
— Przepraszam cię, — przerwała szambelanówna — umyślnie byłam kilka razy u wizytek, za tym progiem, który one, raz go przestąpiwszy, gdy suknię obloką, przysięgają nie przejść już nigdy, chyba w trumnie. Widziałam ich życie...
— Widziałaś jego stronę zewnętrzną, — zawołał Grabski, — aleś zbadać go nie mogła. Przedstawia się ono jako port spokojny, ale do niego trzeba przyjść z sercem nierozkołysanem lub ukojonem, w wieku innym. Ty sama nie znasz jeszcze siebie.
Sylwja zamilkła nieco, lecz widać było, że trwając przy swojem nie chciała się dać przekonać, a spierać się też nie miała siły ani ochoty.
Mówili jeszcze, a było już po dziesiątej, gdy Zybek drzwi otworzył i jak piłka wtoczyła się mała, okrągła pani majorowa. Przybycie jej tak późne kazało się domyślać, że wykomenderowana była na zwiady.
Sylwja zmarszczyła się cofając na widok jej w głąb salonu, Grabskiemu dając znak, aby nie odchodził. Majorowa obejrzawszy się, zobaczyła dopiero gościa, który jej nie był na rękę, bo skrzywiła się nieco, ale niewiele nań zważając podbiegła do Sylwji.
— Przejeżdżając Miodową, zobaczyłam światło w salonie! Co za siurpryza! jaka radość dla mnie! nie mogłam się oprzeć chęci uściskania cię... Na długoź do miasta?
Sylwja, cofając się ciągle, odpowiedziała zimno:
— Prawdopodobnie zostanę tu.
Parę razy spojrzała Habąkowska na Mieczysława, jakby go wzrokiem odpędzić chciała, ale widząc, że się nie rusza, przystąpiła do Sylwji.
Chère adorable! słóweczko w twoim pokoju! bo widzę, że się tego pana nie pozbędziemy...
Zawahawszy się nieco, Sylwja dała znak oczyma kuzynowi, aby nie odchodził i wprowadziła podskakującą Jutkę do swojego pokoju. Zaledwie się drzwi zamknęły za niemi, gdy Habąkowska, bystro spoglądając na Sylwję, poczęła:
Quelle mouche vous pique? Cóż znaczy to nagłe opuszczenie Jabłonny? Wszyscy są zdziwieni! zaniepokojeni! O cóż to idzie? Czy ci się ta Bretesza tak nie podobała? Prawda, że jest bardzo złego tonu, ale ona długo tam miejsca nie zagrzeje, a tymczasem bawią się nią jak pieskiem lub lalką!!
Zimno wysłuchała tych słów Sylwja, wpatrując się takiemi oczyma w majorową, że ta wzrokiem jej zmieszana była widocznie. Traciła śmiałość i wkońcu splątawszy się, dokończyła cicho:
— Vaubanowa miała fantazję ją zatrzymać!
— Wszyscy mają fantazje, — odparła Sylwja — a nikomu ich za złe mieć nie można. Otóż i ja mam fantazję siedzieć tu, albo wyjechać gdzie indziej...
— A nas chcesz osierocić? nas, cośmy cię tak wszyscy kochali? — żywo szeptała majorowa głosem zimnym. — Prawdziwie, to niewdzięczność! Cóż przecie myślisz? niech wiemy przynajmniej!
— Ale ja sama dotąd nic jeszcze pewnego nie postanowiłam, — odparła Sylwja obojętnie — i właśnie dlatego ściągnęłam tu mojego kuzyna i opiekuna.
— Na opiekuna za młody — przerwała z małym przekąsem majorowa.
Nie było odpowiedzi.
— Więc — zmieniając głos dodała Habąkowska — nie mamy się ciebie spodziewać? Byćże to może? Maż ten kaprysik ładnej Sylwji być nieodwołalnym?
Szambelanówna nie raczyła nawet odpowiedzieć, dawała do zrozumienia majorowej, że ją nudziła i że pozbyćby się jej chciała. Habąkowska nie ustępowała.
— Ale, chère Silvie! pozwólże nam, co cię tak kochamy, wiedzieć przynajmniej, co myślisz? co postanawiasz? Czy uszczęśliwisz kogo? Beaumont szaleje za tobą, o tem zapewniać nie potrzebuję, Zatorski kocha się rozpaczliwie i gotów cały świat mordować dla twych pięknych oczu! A może ten opiekun chevalier de la triste figure zostanie szczęśliwym wybranym?
Sylwja słuchając przeszyła takim wzrokiem majorową, że ta się mimowolnie cofnęła przestraszona.
— A! nie gniewajże się! — zawołała, śmiech udając i wesołość.
— Nie mam ochoty do gniewu, ani powodu, dziwuję się tylko — zbytniej o los mój troskliwości...
To mówiąc, szambelanówna powiodła ręką po czole, jakby chciała dać do zrozumienia, że ją głowa bolała i dodała zaraz.
— Żegnam panią, potrzebuję odpoczynku.
Nagle myśl jakaś jej przyszła i żegnając już majorową zmieszaną nieco, zatrzymała ją za rękę.
— Byłaś pani dla mnie w ciągu pobytu mego w Warszawie tak dobrą i grzeczną, iż mi za złe nie weźmiesz, gdy sobie pozwolę „przy rozstaniu“ (słowa te wymówiła z przyciskiem) ofiarować jej małą pamiątkę.
Habąkowska nawykła do odbierania pamiątek, uśmiechnęła się zaambarasowana, gdy Sylwja szybko ze stolika dobywszy pudełko, w którem leżała kosztowna kolja ametystowa, nieraz podziwiana przez majorową, złożyła ją w jej ręce. Uścisku, którym obdarzona chciała się wywdzięczyć za tak przyjemną dla niej niespodziankę, Sylwji udało się uniknąć.
— Więc — istotnie — chcesz nas porzucić? opuścić? — zapytała majorowa już się zabierając odchodzić.
— Tak jest, — szybko dokończyła szambelanówna — od jutra już mnie tu niema dla nikogo.
Milcząca wysunęła się majorowa z sypialni, przemknęła ledwie głową skinąwszy Mieczysławowi przez salon, i wyszedłszy do sieni, zawróciła jeszcze do pokoju wojskiej.
Czeżewska siedziała w krześle dotąd nierozebrana, bo wiedziała o przyjściu Mieczysława. Nie spodziewała się prawdopodobnie wizyty majorowej, z którą od niejakiego czasu stosunki były bardzo oziębione. Nieco zdziwiona podniosła się z krzesła na widok jej, gdy Habąkowska, która już swą trzpiotowatość i gadatliwość odzyskała, poczęła od progu.
— Przychodzę się pożegnać, bom od Sylwji dostała odprawę!! Więc jedziecie? opuszczacie nas? Powinnaś mnie za to podziękować, — dodała cicho z tłumionym śmiechem.
Wiem, żeś sobie życzyła uwolnić się stąd, ty i pan opiekun. Wiedzcież, żeście szczęśliwy rezultat nie komu innemu jak mnie winni.
Wojska słuchała z uwagą natężoną. Majorowa naprzeciw niej usiadła i pochyliwszy się poufnie szeptała:
— Książę dawno sobie życzył tego, żeby szambelanównę wywieść ze złudzenia! Żenić się z nią przecie nie mógł, a nadto był sumienny, aby gubić dziewczę, które się w nim tak szalenie kochało. Potrzeba było całą komedję ułożyć, ażeby raz Sylwja miłość tę sobie wyperswadowała...
Podyktowałam sprowadzenie wielkiego łotra Francuzicy, la Brétèche, która swoją rolę (nie wiedząc o niej) wyśmienicie odegrała. Książę niby się nią zajął niezmiernie...
Umieliśmy tak schadzki księcia z nią urządzać, aby byli podsłuchani... La Brétèche z przyjemnością napawała się czułościami księcia, odpowiadając na nie z werwą i dowcipem. Sylwja wreszcie mogła się naocznie przekonać, iż książę był zajęty i jeśli nie rozkochany, to zaintrygowany i roznamiętniony, i w ten sposób zupełne rozczarowanie uleczyło ją z tej pasji, której inaczej nie byłoby końca.
Wojska słuchając spoglądała na majorową i potrząsała głowią.
— Jakże, nie dziękujesz mi? — dodała Habąkowska.
— Wolałabym, — pedantycznie odparła wojska — aby rozczarowanie mojej drogiej Sylwki wcześniej było przyszło, by nie ucierpiała tyle...
— Dokądże jedziecie? na wieś? — wypytywała majorowa.
Czeżewska ruszyła ramionami.
— Wątpię, — rzekła — ona mówi o klasztorze!
Habąkowska tak była zdziwiona usłyszawszy to, że w ręce klasnęła, nieprzytrzymane pudełko z naszyjnikiem wysunęło się jej, padło na ziemię, otwarło i ametysty zaświeciły na posadzce.
Majorowa zaczerwieniona schyliła się podnosić, ale już oko bystre Czeżewskiej poznało go i usta uśmiechnęły się szydersko.
Wskazała na klejnoty, mówiąc z przekąsem:
— Nieboszczyk szambelan dla żony zapłacił za niego z zapięciem osiemset dukatów. Winszuję!
Nic nie odpowiadając, skłopotana majorowa poczęła ją ściskać serdecznie.
— Żegnam cię, moja droga! Wierz mi, jeżelim wam nie tak usłużyła, jakbym była chciała, to nie moja wina. Trochę mniej romansowości, a więcej praktycznego zmysłu, rzeczyby się były daleko lepiej złożyły. Ale któż jest panem swojego charakteru...
Czeżewska wyprowadziła ją do progu, szybkim krokiem, tuląc podarek pod pachą, Habąkowska zbiegła ze wschodów i karetka jej zaturkotała na bruku.
Sylwja po wyjściu majorowej wróciła do salonu.
— Jutro, — odezwała się do Mieczysława, — jutro potrzebujemy się widzieć jeszcze, aby wszystko skończyć, rozporządzić, zdać i polecić tobie.
Pojutrze chcę już być pod tym dachem, w tych murach, co mnie na wieki od świata oddzielą.
— Kochana kuzynko, — odważył się wystąpić Grabski, który miał czas do namysłu. — Stanie się jak zechcesz, ale ja jestem przez ojca twojego naznaczonym opiekunem, uznajesz to czy nie?
— Tak jest! — cicho szepnęła Sylwja.
— W imieniu ojca twojego mówię — kończył Grabski. — Żądasz wstąpienia do klasztoru, nie sprzeciwiam się, pod tym jednym warunkiem, że między światem a furtą zakonną rok, pół roku spoczniesz i namyślisz się na wsi...
Żądam tego od ciebie w imieniu ojca — wymagam, i nie odstąpię... Masz do wyboru, albo się oprzeć, w takim razie ja zrzekam się opieki i ustępuję, lub usłuchać mej rady, prośby, błagania...
Mieczysław złożył ręce i ukląkł przed nią, Sylwja zapłakana, wahała się widocznie.
— W imię ojca twojego — powtórzył Micio.
— Każesz mi męczyć się dłużej! — zawołała zakrywając oczy.
Chwila długiego milczenia nastąpiła, w czasie której Mieczysław na klęczkach pozostał. Sylwja jeszcze łzami zroszoną podała mu rękę, mówiąc słabym głosem:
— Będę ci posłuszną.
Krzyknęła, zlekka cofając się, poczuwszy, że Grabski ją w nogi całował.
— O, ty mój dobry opiekunie! — dodała, wyciągając ręce obie, — jaki ty jesteś nielitościwy!
Nie mówili już więcej, Grabski wzruszony szepnął tylko, że przenocuje na dole, aby być na jej rozkazy i usunął się natychmiast.
Długo stała szambelanówna jak wkuta do posadzki.
Szmer jakiś musiał jej przypomnieć Czeżewską, zawahawszy się nieco poszła szukać swej starej przyjaciółki.
Ta już się nie spodziewając spóźnionych odwiedzin zajęta była właśnie zwijaniem papilotów na resztce włosów, uzupełniającej stojącą na postumenciku peruczkę, gdy ujrzała wchodzącą swą wychowanicę.
— Kochana wojska, — poczęła Sylwja, stając przed nią, — przyszłam ci ze wstydem oznajmić, żem musiała ulec naleganiom Mieczysława... Nie pozwala mi schronić się jakem chciała do klasztoru...
Każe mi jechać na wieś!
Wojska rzuciła się ku niej z radosnym okrzykiem.
— Cieszy was to? — podchwyciła Sylwja — mnie to męczy i niepokoi; lecz nie spodziewam się, aby mojem mocnem postanowieniem zwłoka ta zachwiać mogła...
Jedziemy na wieś! moja wojska, — dodała, ręce składając, — przyszłam cię prosić, abyśmy jak najprędzej wyjechać mogły. Rozkazuj, dysponuj, rób co chcesz. Każ pakować w nocy... jedźmy!
— Natychmiast! — krzyknęła wojska chwytając za peruczkę, bez której się nigdy nie pokazywała. — Kochana Sylwjo! będziemy mogły jechać jutro, nawet rano!!
Ależ przecie nie pojedziemy same? Pan Mieczysław towarzyszyć nam będzie.
— Nie wiem — odparła Sylwja. — Jestem pod jego rozkazami. Zrobi co uzna właściwem.
Tylko prędko, prędko, wojska moja, uciekajmy stąd! proszę!
I chwyciwszy się za głowę, Sylwja wybiegła z pokoju.
Przez całą noc nikt oka nie zmrużył w kamienicy; począwszy od Zybka do Mieczysława, który pomagał do zbierania i pakowania rzeczy, biegali wszyscy. Głos pani Czeżewskiej rozlegał się na wschodach, po pokojach, w dziedzińcu. Wytaczano powozy, smarując je przy latarniach, najęta dorożka woziła to Zybka, to Grabskiego do jego mieszkania, a nadedniem Czeżewską po sklepach, w których nieopłacone pozostały rachunki.
Sylwja zamknięta w swoim pokoju nie pokazywała się wcale.
Dobry już dzień był, gdy na palcach wchodząca do niej wojska, która przez całą noc nie zmrużyła oka, znalazła ją uśpioną, z przyschłemi łzami na twarzy, bladą i jakby wielkim bólem zastygłą.
Przebudzona powstała, oglądając się i nie poznając gdzie jest, ani co się z nią dzieje.
— Do drogi wszystko prawie gotowe — odezwała się zbliżając do łóżka Czeżewska.
I przechyliwszy się nad nią dodała:
— Pan Mieczysław nam towarzyszy, odprowadza... mówił, że aż do Burzymowa...
Nie rzekłszy na to nic szambelanówna, z jakąś pokorą posłuszną, jakoby się własnej wyrzekła woli, poczęła wstawać, dając z sobą robić wojskiej co się jej podobało.
Z tem samem milczącem poddaniem się rozkazom opiekuna ubrała się do podróży, i napozór spokojna, gdy się powozy zatoczyły, siadła z Czeżewską i służącą, skryła się w kąt, zapuściła na oczy zasłonę i pozostała nieruchomą.
Wiemy, że droga, która wiodła do Burzymowa, prowadziła na Jabłonnę. Grabski pamiętał o tem i postanowił ominąć ją pobocznemi, aby Sylwji przypadkiem jakim nie narazić na przykre spotkanie, na przypomnienie miejsc i osób, o których powinna była jak najprędzej zapomnieć.

VI.

Prześliczny dzień był wiosenny.
W naszych tylko krajach, posuniętych ku północy, wiosna czasem tak piękną być umie.
Są ziemie, co jej nie mają, są inne, w których wkrada się niepostrzeżona; u nas tylko jest to dramat wielki przebudzenia natury. Kurtyna się podnosi, ptasia muzyka gra uwerturę, słońce wychodzi z za chmur, wczoraj jeszcze skorupa zimy pokrywała trupią ziemię, dziś królowa wiosna panuje i rzuca pierwsze kwiatki po triumfalnej swej drodze.
Jeżeli kaprys jaki matuchny natury (która umie, jak wszystkie panie, bywać kapryśną) nie przerwie tego dramatu woni i zieleni śnieżycą, gradem i wiatrami zimnemi, wiosna się rozwija, rozkwita, rozpęka tak, że nawet najbiedniejszy człek, co wyszedł w pole z chlebem suchym, ościstym strasznego przednówka, raduje się królowej wiośnie i życiu!
W końcu XVIII wieku, który wyznawał boginię Rozumu i bóstwu Natury cześć oddawał, wiosna też była czczoną, śpiewaną, obchodzoną niemal uroczyście.
Napawano się nią po pięknych parkach, przy posągach i ołtarzach wznoszonych Miłości, Przyjaźni, Wspomnieniom, rozmaitym alegorycznym istotom rzeźbionym z kamienia, ale sercu nieznanym.
Jest rzeczą pewną, że wieki, w których uczucia istotnego jest najmniej, najskłonniejsze są do chorobliwej sentymentalności.
Rousseau, którego dzieci chowały się w szpitalu, wzdychał do natury i idealnego bytu na jej łonie. Voltaire, handlujący zegarkami i pochlebstwem, pisał razem tragedje pełne najwznioślejszych sentymentów, z których się gdzie indziej wyśmiewał.
Nigdy tyle o sentymentach nie prawiono jak naówczas, gdy się starano z nich świat wyzuć i ostudzić.
W Jabłonnie też dewizy, rymy, zabawy, rozmowy tchnęły sentymentami. Wszystkie te panie, co mieniały swe afekty jak sukienki, lubiły prawić o stałej miłości, o poświęceniu bez granic, o bohaterach serca. A żyło się sobie dlatego, nie kusząc o doskonałość i ideały, jak Bóg dał, i nikt nikomu z tego nie czynił wyrzutu, bo — grzeszyli wszyscy.
Trzy czy cztery dni minęły w słodkiem upojeniu wiosną po wyjeździe nagłym Sylwji.
Ślicznego jednego poranku właśnie kawiarnia na dole w oficynie, w której gospodarował Brodowski w białym fartuchu, miała się otworzyć dla gości, i widać było z oficyn, ze dworków, z parku ściągające się męskie towarzystwo.
Niektórzy nieśli z sobą długie cybuchy, z których po kawie lub czekoladzie palić było zwyczajem; dla innych przygotowane stały fajki w samej kawiarni.
Pp. Fribes i Pokutyński już wcześniej od innych przyszedłszy, bo tu każdy gdy chciał, na swoje śniadanie przybywał, popijali kawę, dziwiąc się, że dotąd byli sami.
— Dziś bo jakoś wszyscy zaspali, — mówił szambelan — prawda, że wczoraj faraon za długo ich zatrzymał.
— Książę podobno znowu zdebankował Francuza, — odezwał się Fribes — a dobrze mu tak, niech się nie porywa...
— Nasz książę bo ma nadzwyczajne szczęście i to we wszystkiem — odezwał się Pokutyński, który fajkę nakładał z osobliwszem staraniem, a Zamor mu już do niej węgiel żarzący trzymał wpogotowiu.
— I przysłowie kłamie, gdy o niego chodzi, — rozśmiał się Fribes — postawu Va-Banque, prawie zawsze zagarnie, spojrzy na kobietę, niema takiej, któraby mu się oparła i choć serca nie dała.
Szambelan się obejrzał dookoła.
— Pewnie nikt tak księcia nie kocha, jak ja, — rzekł — ale ta historja szambelanówny, choć on niewiele winien, zawsze mi się nie podoba...
— Zmiłuj się! — zawołał Fribes — on nie winien nic! a nic!
— No, tak! ale z początku, — rzekł Pokutyński — książę nieopatrznie dał jej poznać, że mu się podobała. W główce się biednej zawróciło! Odbolała to srodze!
Cmoknął szambelan z fajki, która zgaśnięciem groziła.
— Dajmy już temu pokój! — odezwał się Fribes. — Kto tam wie, ile zawinił książę, a i on też bolał i boleje! Ja powiadam ci, szambelanie, że miłość owocem jest smacznym, ale po nim oskoma zawsze zostaje.
— A, jak Boga kocham, Fribes! — szepnął Pokutyński — teraźniejsza pasja księcia niepojęta! — I splunął. — Gdyby ta Bretesza do mnie starego chciała robić słodkie oczy, jabym drapnął!!
— O! o! — zaczął, przedrwiwając, Fribes. — Szambelanie, coś mi to wygląda na zielone winogrona... Bretesza! ba! kobiecina z szalonym temperamentem! jak angielskie konie! książę ma gust i pewne zasady... Co stanowi w życiu smak? umiejętność posługiwania się kontrastami... Po romansie platonicznym, chłopskie zaloty, et vice versa!
— Ona ma blisko czterdziestówki! — ciągnął dalej Pokutyński — pod oczyma sińce. Przy świecach ledwie błyszczy i to resztkami — Pfe!
— No, ale kontrast po świeżych twarzyczkach, właśnie! — dodał Fribes. — C’est piquant!
Pokutyński tak pracował nad rozpaleniem fajki, iż odpowiedzieć nie mógł.
— Cóż się stało z szambelanówną, że jej nie widać? — spytał Fribes.
— Właśnie, że nie wiem i jestem niespokojny — rzekł Pokutyński. — Znikła jakoś nagle, a ostatnich dni chodziła smutna i zniechęcona, aż mi jej żal było.
— Przecież! nic się jej nie stanie! — odparł pierwszy — panna piękna, rozumna, dowcipna i bogata!
— Ale dziwnie samowolna i energiczna — dorzucił szambelan.
— To tylko przyszłemu małżonkowi może być groźnem, — rozśmiał się Fribes — a dla niej pewnie z tem lepiej. Energja nikomu, nawet kobiecie nie szkodzi. Pewnie na wieś musiała powrócić?
Na to pytanie Pokutyński ramionami ruszył, obejrzał się, książę nadchodził właśnie w haftowanej złotem aksamitnej czapce na głowie, dosyć już wynoszonej, a zapewne już oddawna mu służącej, pięknych rączek pracy. Mówiono, że to był dar pani Cz..., której książę długo pozostał wiernym.
Pepi twarz miał znużoną, bladą — poziewał.
Zobaczywszy Pokutyńskiego, odwiódł go nieco na stronę.
— Nie słyszałeś co nowego? z Warszawy? — zapytał, patrząc mu w oczy.
— Dotąd nie mamy żadnych nowych wiadomości, — odparł szambelan — ale sądzę, że dziśby majorowa przyjechać powinna, a z nią zapas plotek na długo...
— Myśmy tu i tego głodni, — odparł książę — cisza głucha, a gdy się do miasta nawykło...
Nie dokończywszy, odszedł książę.
Goście napływali zewsząd, witając się przed oficyną i pospieszając na śniadanie.
— Dzień dziś jakby stworzony na spacer w lasy i podwieczorek na murawie! — odezwał się Kamenecki. — Co za powietrze balsamiczne! jaki zefirek przyjemny!
— Trzeba jaką eskapadę ułożyć koniecznie! — dodał Rautenstrauch. — Damy powozami, my konno.
Wtem na gościńcu ukazał się powozik, który dwa zmęczone konie ciągnęły. Nadchodzący do kawiarni zwrócili nań oczy.
— Do Jabłonny, czy nie?
Zaczęto się odzywać.
— Do Jabłonny! — wołali jedni.
— Nie! gościńcem pojedzie dalej! — powiadali drudzy.
Angloman Fribes ofiarował trzymać zakład, że nie do Jabłonny zmierzał powóz, ale nikt stawać z nim nie chciał; a w chwilę potem miejska karetka opylona zawróciła w dziedziniec.
Wyszli naprzeciw ciekawi panowie dowiedzieć się, kto przyjechał.
Karetka zatrzymała się przed oficyną, w której mieszkała pani Vauban i — kobieta z niej wysiadła.
— Ani chybi, to majorowa! — zawołał Pokutyński.
— Czy sama?
— Sama jedna!
Przybyła znikła była już we drzwiach oficyny.
Książę, mimo że go usiłowano rozbawiać i zarzucano pytaniami, rozdenerwowany był, znudzony, milczący. Wypił prędko swoją kawę, zapalił fajkę i pominąwszy żywo rozprawiających o koniach, poszedł do oficyny.
Pani Vauban o tej godzinie nie była jeszcze widzialną. Przybyłej majorowej ukazano pokoik, w którym się z pyłu otrzepać i przebrać mogła.
Zaledwie wszedłszy do niego, zrzuciła woal z głowy, gdy wszedł książę. Spojrzenie na Habąkowską bystre mogło go przekonać, że z niebardzo dobrym przybywała humorem.
Eh bien? — zapytał lakonicznie.
— Prawdziwie nie wiem, co mam księciu powiedzieć — poczęła majorowa, poprawiając ubranie. — Z tego com widziała i słyszała, wiem tylko, że myśli opuścić Warszawę. Zupełnie jest uleczoną ze swej pasji, ale razem jakąś zniechęconą do życia, do ludzi, i Czeżewska mi powiedziała, że chce wstąpić do klasztoru.
Książę drgnął, ale widać było, że nie wierzył.
Pas de plaisanteries! — odezwał się serjo.
— Wcale nie żartuję, jest to bardzo prawdopodobne, — dokończyła Habąkowska. — Gdym z nią mówiła, a przyjmowała mnie z widoczną niechęcią, czuć w niej było rozdrażnienie, zwątpienie, tak że mi się jej żal zrobiło.
Pepi stał, usta mu się nieco skrzywiły, brwi namarszczyły, popatrzał w ziemię.
— Byłaś więc u niej? widziałaś się? — spytał.
— Na chwilę tylko... — mówiła Habąkowska. — Zastałam u niej kuzyna Grabskiego, namarszczonego, ją nadąsaną, milczącą tak, że ledwie mogłam na kilka minut wyprosić do drugiego pokoju.
Tu pożegnała mnie tylko, oznajmiając, że nazajutrz nie będzie już dla nikogo w domu. Czeżewska zaś pod sekretem powiedziała mi, że chce nieodmiennie wystąpić do klasztoru...
Ruszył ramionami Pepi.
— Toby było — szaleństwo! — zamruczał.
— Szkodaby jej było za kratę! — westchnęła majorowa.
Zamyślony stał książę czas jakiś, nie mówiąc już nic, zwrócił się ku drzwiom i w sieniach postawiwszy zgasłą fajkę, sam wszedł na schody do mieszkania pani Vauban.
Przybycie majorowej obudziło powszechną ciekawość, którą ona wcale nie miała ochoty zaspokoić.
Przyjechała zmęczona, w złym humorze, księciu przywiozła wiadomość nieprzyjemną i, co się jej bardzo rzadko zdarzało, była w usposobieniu kwaśnem, nadąsana, niekontenta z siebie. Prawda, że miała do tego powód słuszny, jeden z białych niegdyś ząbków na przodzie chwiał się tak, jakby był na wylocie.
Wszystko to razem czyniło ją tego dnia nieznośną.
Spojrzenie w zwierciadło zwiększyło jeszcze zły humor, bo się przekonała, że była bardzo żółtą tego dnia.
Zabierała się już, dobywając z kieszeni rozmaitych słoików, do naprawiania cery, gdy w progu ukazał się Pokutyński.
— Nie — przyj — mu — ję! — krzyknęła, tupiąc nogą. — Rozumie pan! Nie — przyj — mu — ję!
— Mnie! starego!
— Nikogo!
— Oprócz mnie jednego! przez miłosierdzie! piękna majorowo!
— Prześliczny szambelanie! proszę wychodzić! i drzwi zamykać...
— Ale! ale! pięknym paniom kapryśnym zwykło się gwałt zadawać — rzekł, wkraczając, Pokutyński. — Zlituj się nad spragnionymi! Miłosierdzia, piękna majorowo! Co się stało z szambelanówną?
— Z jaką?
— Z Burzymowską.
— Przecież ja jej niańką nie jestem! Nie wiem!
— Majorowo! jak żyję, takem cię okrutną nie widział. Byłem zawsze tego przekonania, że serce masz litościwe...
— Przestaniesz pan? — pogroziła z gniewem Habąkowska. — Śliczna pochwała dla kobiety! Serce litościwe! To sarkazm!
— Zawzięłaś się dla mnie być okrutną, — mówił złośliwy szambelan, idąc bez ceremonji do pokoju — okrutną teraz, gdy cię doświadczenie nauczyło, że litość nadweręża reputację!
— Jesteś impertynent, bezwstydny!
— Całe życie mi to mówią, — odparł Pokutyński — a ja uwierzyć temu nie mogę. Nie czuję się do tego.
Majorowo! chcesz się mnie pozbyć, aby rozpocząć tualetę, mów coś przywiozła?
— Ale! nic nie wiem! nic nie przywiozłam oprócz siebie... i wiązki siana za karetą, którą furman przyczepił na złość mnie...
Wiązkę tę siana mogę szambelanowi ofiarować.
Dygnęła mu.
— Rozumiem, masz mnie za osła, — rzekł spokojnie Pokutyński — ale, moja dobrodziejko, woźnica nie dla mnie ją przeznaczał. Objadać nikogo nie chcę.
Wtem weszła prędko pani Cichocka. Pokutyński stał jeszcze.
Kobiety zaczęły w kątku pokoju szeptać coś z sobą, ale ucho szambelana trochę przytępione z tej szybkiej wymiany wyrazów pochwycić nic nie mogło.
Zapomniano tak o nim, że wkońcu pokłoniwszy się z ironją Habąkowskiej, wyjść musiał.
Stanął niemal skonfundowany we drzwiach oficyny, naprzeciw której wprost, w drugiej jej odpowiadającej, widać było całe towarzystwo oczekiwać się zdające na niego, aby się z niem powziętą wiadomością podzielił.
Niecierpliwiono się, Fribes ręką na niego machał, aby prędzej powracał. Pokutyński stał i namyślał się.
Było naówczas w zwyczaju i w modzie, zwłaszcza u ludzi z dowcipu słynących, do których właśnie zaliczano Pokutyńskiego, trefnie mistyfikować towarzystwo.
Mistyfikatorowie, którzy umieli zręcznie puścić fałszywą wiadomość, uczynić ją prawdopodobną, zwieść przyjaciół lub doprowadzić ich do jakiego kroku wywołanego skomponowaną pogłoską — wsławiali się tym talentem.
Mistyfikowano często w bolesny i przykry sposób, dla uciechy, zabawienia się, gdy konceptu do zabaw i ochoty brakowało.
Pokutyński, nie czyniąc jak inni rzemiosła z mistyfikacji, niekiedy z wielką zręcznością wprowadzał w błąd najmniej nawet łatwowiernych. A że mu się to trafiało rzadko, nie posądzano i wiarę zyskiwał.
Chociaż miał wiele współczucia dla Burzymowskich, nie mógł się teraz oprzeć chętce zmistyfikowania ciekawych.
Wszyscy oczekiwali jakichś wiadomości z Warszawy, on rozmawiał z majorową, mogli więc ci panowie przypuszczać, że się coś o szambelanównie dowiedział, która tak nagle stąd znikła.
Przyznać się do tego, że go Habąkowska odprawiła z niczem, nie chciał, postanowił więc zażartować sobie.
Tłumaczyła ten żart niewczesny okoliczność, że się nic bardzo tragicznego nie spodziewał i spokojny był o przyszłość Sylwji, której energiczny charakter znał lepiej od innych.
Ułożył więc plan i minę nastroił do niego stosowną, stojąc we drzwiach. Nierychło, wolnym krokiem, z powagą, zamyślony, począł się zbliżać ku kawiarni.
Na wystawionych przed nią krzesłach siedzieli dworacy księcia, paląc fajki na długich cybuchach.
Zamor uwijał się z węglami i skórzanym, żółtym tureckim kapciuchem.
— Ale cóż bo tak leziesz na raku? — krzyknął Fribes do zbliżającego się Pokutyńskiego. — Chodźże — chodź.
— No, idę, a śpieszyć się nie mam z czem — odezwał się serjo Pokutyński.
Przyszedłszy do nich, stanął zasępiony i milczący.
— Cóż, pani Jutka przywiozła jakie wiadomości? — zapytał Fribes.
Pokutyński zamiast odpowiedzi na pytanie zażądał od Zamora węgla do zgasłej fajki.
Wszyscy patrzyli nań z ciekawością, z rysów twarzy zwykle wesołych, teraz posępnych, czyniąc wnioski, że musiał przynieść coś niedobrego.
Fribes zbliżył się do niego.
— Cóż tedy? co?
— Nic nie wiem! — odparł Pokutyński.
To „nie wiem“ wymówione było tonem tak wystudjowanym, iż dla wszystkich znaczyło nie co innego nad — „Wiem, ale wam nie powiem!“
Spoglądali na siebie siedzący.
Nadzwyczaj ciekawy angloman odciągnął na stronę szambelana.
— Ale powiedzże choć mnie, na ucho, co się stało?
— Nie mogę.
— Mnie...
— Ani tobie, ani nikomu!
— Ale, pod sekretem!
— Słowo honoru? — szepnął szambelan.
— Słowo honoru najuroczystsze! — szybko odpalił Fribes i ucha nadstawił.
— Nie mów nikomu, nie trzeba, żeby się to rozchodziło! Tragedja smutna, powiadam ci. — Burzymowska rzuciła się do Wisły, jak królowa Wanda!
Powiedział to jakoś smutnie, tonem żałosnym, tak iż Fribes mu uwierzył.
Zdala patrząca reszta towarzystwa spostrzegła ten szept, minę przestraszoną anglomana — i nic więcej.
Pokutyński natychmiast odstąpił kilka kroków.
Zbliżył się doń zkolei Kamenecki i wziął go pod rękę.
— Cóż mówi majorowa?
— Ale, nie wiem! — odparł znowu szambelan.
— Ba! mów komu chcesz! Cóż to znowu? Ja u ciebie mniej na zaufanie zasługuję niż Fribes — począł dawny adjutant księcia.
— Ale, dajże ty mi pokój! nie mogę mówić! niema nic!
Kamenecki począł męczyć, nalegać, wyzwał go na słowo Pokutyński i szepnął mu na ucho.
— Na Boga, nie gadaj nikomu! Otruła się...
Taż sama ciekawość, która dwu pierwszych napędziła w sieci szambelana, nie dała Rautenstrauchowi wytrzymać, począł i on, odciągnąwszy na stronę, męczyć Pokutyńskiego o powierzenie mu tajemnicy.
Pokutyński opierał się mocniej jeszcze i dłużej, uległ nareszcie i powiedział mu na ucho, że szambelanówna za indultem wyszła dnia wczorajszego zamąż za Zatorskiego.
Zkolei tak czwartemu, wziąwszy od niego słowo, zaręczał, że zaślubiła barona de Beaumont; piąty się dowiedział, że z Grabskim wyjechała do Paryża. Obdzieliwszy tak wszystkich ciekawych, którzy siedzieli milczący, rozmyślając nad losem szambelanówny, Pokutyński z wielką powagą usiadł na podanem mu krześle i fajkę kurzyć począł.
Po pewnym przeciągu czasu z oficyny pani de Vauban ukazał się wychodzący z fajką zagasłą, z głową spuszczoną, z twarzą, która nowiny pokombinowane przez Pokutyńskiego zdawała się potwierdzać, książę Józef.
Wszyscy mu się ze współczuciem przypatrywali zdaleka.
Książę, co było rzeczą zupełnie niezwyczajną, ponieważ Brodowski był jeszcze śniadaniem zajęty, Zamorowi kazał zawołać do siebie Francuza Harela.
Harel zajęty w samym pałacu około pokojów, wybiegł w rannej toalecie.
Książę zwrócił się ku niemu.
— Idź, proszę cię, powiedz Schusterbauerowi (koniuszemu), aby natychmiast kareta dla hrabiny do Warszawy była gotowa. Angielski zaprząg, ty i strzelec. Niech zajadą, jak tylko konie zaprzęgą. Et vite! — dodał książę.
Wydawszy ten rozkaz, zaczął się przechadzać. Przyjaciele nie pojmowali poco jeszcze pani Vauban potrzebną być mogła tak pilno w Warszawie, gdy wszystko już było skończone. Spoglądano ciekawie, ruszając ramionami.
Wąsaty Schusterbauer zjawił się zaraz od stajen, meldując księciu, że angielski zaprząg nie mógł być użyty, bo jeden z dżokejów w nocy zasłabł.
— A zatem, wiedeńska piątka pocztowa! — zawołał książę z trochą niecierpliwości i dodał powtórnie — Et vite!
Schusterbauer pobiegł ku stajniom.
Panowie czekali, czy im co książę nie powie, ale Pepi był tego dnia bardziej jeszcze, niż zwykle zamkniętym i milczącym. Chodząc z głową zwisłą, nie mając ochoty nietylko się odzywać, ale ani nawet słuchać żywej rozmowy, którą przyjaciele rozpoczęli w nadziei, iż książę się da do niej wciągnąć i rozerwać.
Mówiono o koniach, o faworytalnej klaczy księcia, angielskiej, o ostatnich nowinach europejskich, które poczta przyniosła.
Sprzeczano się, dochodziło to do uszu księcia, ale nie odezwał się wcale, chodził zadumany.
Wtem z jednej z oficyn ukazała się wyskakująca, nieco za młodo i za fertycznie, osóbka niewielkiego wzrostu, w obcisłej z ogonkiem sukni kaszmirowej białej, szlakami szalu wschodniego obszytej, podpasana wysoko ponsową wstęgą, z drugą podobną szarfą w napiętrzonych włosach jasnych; jak na rano, zbyt może wygorsowana, wesolutka, udająca trzpiotowatą i dziecinną, choć sińce pod oczyma i zarysy zmarszczek o latach przeżytych smutne dawały świadectwo.
Była to sławna pani de la Brétèche.
Zobaczywszy księcia, kroczyła wprost ku niemu z zuchwalstwem, które w podziw i admirację razem mężczyzn wprawiło.
Książę jednak, który powinien był oszczędzić jej pół drogi i pośpieszyć na spotkanie, został w miejscu jak przykuty, odwrócił oczy i na twarzy okazał widoczny niesmak i zniecierpliwienie.
— A! co za dzień rajski, mój książę! — wołała zdaleka, mrugając oczkami, — co za dzień! Nigdym się nie spodziewała, ażeby w tej Polsce lodowatej taka piękna wiosna kiedyś być mogła! Ale ona mi przypomina moją ojczyznę, południową Francję, — dodała z westchnieniem — tylko że tu niema rozkwitłych migdałów.
Książę stał, nie okazując nawet ochoty przywitania się z nią, na co ona wszakże pozwolić nie mogła.
Stanęła też przed nim, podnosząc do góry głowę, aby mu zajrzeć w oczy.
— Dzień dobry! — zawołała.
— Dzień dobry!
— Książę ma dziś minę niewesołą?
— Nie wiedziałem o tem, — odparł Pepi odniechcenia — to prawda, że jestem znudzony bardzo.
— Chodźmy się przejść po parku! Ranek tak cudny!
— Przepraszam, mam zajęcie, — rzekł książę coraz zimniej — może który z tych panów służyć jej będzie.
Wskazał ręką na siedzących.
Nikt się jakoś nie ofiarował.
Ruszyła ramionami Bretesza, i trochę urażona, nie wiedząc, co z sobą zrobić, zapytała Kameneckiego, z którym była bardzo poufale.
— Cóż to dziś księciu?
— Nie wiem — odparł sucho adjutant, który się do tonu pana nastroił.
Może sądząc, że zazdrość obudzi, Bretesza podeszła pod oficynę, zaczepiając młodych panów półsłówkami dwuznacznemi; wszystkich znalazła w jakiemś usposobieniu żałobnem.
Wkońcu przekonawszy się, że tu nie ma co robić dłużej, wróciła do dam, które szła odwiedzić.
Pokutyński spotkał ją na drodze.
— Może szambelan mi powiesz, co was wszystkich taką melancholją zaraziło?
— Jakto! pani nie wiesz nic?... — zapytał niby zdziwiony szambelan.
— Zmiłuj się! Nic a nic!
Pokutyński ze smutnem obliczem pochylił się do jej ucha.
— Proszę tylko nie wydawać mnie z sekretu! Książę nasz jest zrujnowany! kapitały, które miał w jednym holenderskim banku, razem z nim przepadły. Katastrofa okropna, lecz proszę pani jeszcze raz, ażeby to między nami zostało!
Francuzka posądziła może w początku szambelana, że z niej żartował, ale Pokutyński był doskonałym artystą. Twarz jego mieniła się wedle wymagań sytuacji, wydawał się tak przybity i zmartwiony, iż Bretesza przelękła się i zmieszała. Zbladła o tyle, o ile jej róż na twarzy rozpostarty dozwalał, i cofnęła się do oficyny.
Szambelan jeszcze raz zaklął odchodzącą, żeby go nie wydawała z sekretu.
Właśnie w tym samym momencie odezwała się od stajen trąbka i tak zwana piątka pocztowa wiedeńska, zaprzężona do wygodnej karetki pani de Vauban, zwróciła oczy wszystkich.
W książęcej stajni, oprócz kilkudziesięciu koni wierzchowych i paradnego cugu, którym stary Czerepiński powoził, było dosyć czwórek i piątek polskich i korsykańskich, ale wiedeńskiej nie zrównała żadna. Konie lekkie, piękne, doskonale dobrane szły jak panienki w tańcu, z gracją, z humorem. Służba do nich na wzór poczt niemieckich ubrana, w palonych butach, łosiowych spodniach, wykładanych frakach, stosowanych kapelusikach, była wytworna i elegancka, aż patrząc na nią każdy się cieszył.
Książę też powiódł oczyma za swemi gniadoszami, a Fribes się do nich uśmiechnął. Pocztyljon powożący z blachą na ręku, popisywał się z trąbką, która wszystkich do okien i drzwi powoływała.
Karetka zatrzymała się przed oficyną i niebawem pani hrabina de Vauban z Habąkowską, która tylko co przybywszy, już jej nazad towarzyszyć musiała, siadły do powozu.
Pocztyljon zagrał, uderzenie z bicza rozległo się po dziedzińcu i ze zdumieniem wszystkich — karetka, kłusem wyciągniętym gniadoszów, potoczyła się ku Warszawie.
Hrabina, delikatna, niebardzo znosząca podróże, do rannego wstawania nieskora, że się dała skłonić do wyjazdu, dawało do myślenia wiele. Dziwniejszem jeszcze i bardziej zagadkowem było, iż majorowa zaledwie wysiadłszy napowrót z hrabiną jechała...
Łamano sobie głowy, a każdy ze zmistyfikowanych przez Pokutyńskiego inaczej to sobie tłumaczył.
Najnieszczęśliwszą była podobno Bretesza, której udzielona wiadomość o ruinie wszystkie plany, na przyszłość osnute, krzyżowała.
Książę zniknął z dziedzińca, dwór też, dopaliwszy fajek, rozchodzić się zaczął, rozmyślając nad niespodzianą komplikacją wypadków, mogących na czas jakiś zachmurzyć horyzont Jabłonny.
Przy obiedzie rozmowa jakoś nie szła, wszyscy byli tak posępni jak gospodarz, który odpowiadał roztargniony półsłowami i żadną nie zdawał się interesować rozmową. Nie poszedł potem nawet do bilardu i siadł w oknie sam jeden.
Pani Cichocka, Bretesza i dwie Francuzki, widząc go tak chmurnym, pocieszać i rozrywać nie śmiały.
Chociaż wszyscy Pokutyńskiemu dali byli najuroczystsze słowo, że powierzonej nie zdradzą tajemnicy, po obiedzie, znalazłszy się sami, Kamenecki z Rautenstrauchem, nie mogąc przypuścić, aby względem siebie byli do sekretu obowiązani, pierwsi zagaili sprawę pocichu.
— Proszę cię, co za smutna katastrofa! — szepnął Kamenecki — i jak to na księcia naszego podziałało! Chodzi jak struty!
— Co za katastrofa? Wyśmienity owszem koniec! — odparł Rautenstrauch. — Lepszego wyboru zrobić nie mogła. Zatorski dobre chłopczysko. Wybraćże kogoś musiała!
— A cóż tu ma do czynienia Zatorski? — spytał zdziwiony adjutant.
— Przecież za niego poszła! — odparł Rautenstrauch.
— Gdzie? co? Przysłyszało ci się! Ona się otruła!
Rautenstrauch ruszył ramionami. Wtem nadciągnął Fribes, powołano go, aby spór rozstrzygał, bo widziano, jak mu także coś szeptał Pokutyński. Ten powiedział, co słyszał od niego.
— Przecież wy to wiedzieć musicie, bo i wam się zwierzał!
— Jakto? on ci to mówił?
— Tak! że się utopiła w Wiśle... — dodał Fribes.
W pierwszej chwili stali wszyscy poglądając na siebie, nawzajem się posądzając o mistyfikację, aż Rautenstrauch parsknął.
— Ale to farsa Pokutyńskiego! — zawołał.
Oprócz zmistyfikowanej Breteszy, której nikt nie wyprowadzał z błędu, a ta na kanapce w ciemnym kątku siedziała rozmyślając o nowej kampanji, wszyscy zresztą, przekonawszy się, że z nich zażartowano, poszli napaść na Pokutyńskiego.
Szambelan, śmiejąc się, zeznał, że nie wiedział nic, bo mu majorowa powiedzieć nie chciała z czem przybyła.
Wieczorem, jak zwykle, założono bank, książę zaczął się przechadzać po salonach.
Była to godzina, w której się Bretesza do niego przyplątywała, bawiąc go paplaniną wesołą; tego dnia nie miała odwagi, została na kanapie w ciemnym kątku, rozmyślając nad marnościami świata tego.
W salonach goście zasiedzieli się dopóźna. Noc była majowa prześliczna, z księżycem i słowikami, jedna z tych cudnych, w których każdemu śni się o miłości i szczęściu. Okna były pootwierane, z za starych drzew parku blady księżyc zaglądał do wnętrza, a pieśń słowików rozlegała się, płynąc na woni bzów rozkwitłych. Spać nikomu się nie chciało.
Tak przy faraonie i cichej rozmowie doczekano się głosu trąbki pocztowej, która zdaleka, nim się turkot powozu dał słyszeć, zabrzmiała.
Książę z widocznym niepokojem pośpieszył na ganek.
Trąbka zabrzmiała bliżej raz, drugi i w bramie ukazała się piątka pędząca przed pałac tak żwawo i raźnie, jak z rana biegła ku miastu.
Harel otwierał drzwiczki, strzelec miał z drugiej strony podać rękę hrabinie, gdy sam książę wyręczyć go pośpieszył.
W ganku oprócz niego cały dwór niewieści pani de Vauban oczekiwał na nią.
Księciu, który zdawał się chcieć spytać o coś, przybyła wskazała majorową, kładnąc rękę na piersiach, aby mu dać do zrozumienia, iż ze znużenia słowa wymówić nie mogła. Sparta na ręku swych przyjaciółek, hrabina weszła do pałacu, a książę został sam z Habąkowską.
Oczyma naglił ją, aby mu prędzej powiedziała, co się dowiedziały, co zrobiły. Z miny majorowej trudno było co odgadnąć, sznurowała usta, rzucała wejrzenia ukośne, zdawała się chcieć trochę udręczyć niecierpliwego.
— Więc cóż? — zapytał Pepi, marszcząc brwi.
— Jak się księciu zdaje? — odparła majorowa tajemniczo.
— Myślisz mnie mistyfikować czy rozgniewać! — zawołał książę trochę niecierpliwie. — Nie zdaje mi się, aby to było w miejscu...
Byłyście w klasztorze?
— W żadnym, bo nie było poco! — odparła majorowa.
— Nie weszła jeszcze?... — pytał książę.
Habąkowska ruszyła ramionami.
— Książę jest naiwnym! — rozśmiała się. — O klasztorze się mówi, ale się do niego nie wstępuje tak łatwo.
— A więc?... powieszże mi nareszcie, gdzie jest i co z sobą postanowiła?...
Majorowa rozśmiała się wesoło.
— Możemy być spokojni! — poczęła — młody opiekun Grabski, który się w niej kochał oddawna, zabrał ją za kordon, na wieś. Wyjechali dziś rano. Mogę zaręczyć, że opieka skończy się marjażem!
Odbierzemy une lettre de faire part. A! któż wie? może pani Grabska zjawi się na przyszły karnawał w Warszawie!
To mówiąc, dygnęła Habąkowska. Księciu się twarz wyjaśniła.
— To się zowie dobra wiadomość! — zawołał wesoło.
I wbiegł do salonu zamaszysto, wprost do stolika faraona.
Va Banque!
— Jeżeli karta wygra! — szepnęła, podbiegając, majorowa — mnie się będzie coś z wygranej należało!
Książę przegrał stawkę, ale odszedł tak uśmiechnięty i dobrej myśli, jak nie był jeszcze dnia tego.
— To znaczy, — powiedziała sobie w duchu majorowa — że ona go przecie kocha; ale wolałabym mniej miłości, a połowę wygranej.
Westchnęła biedna...

EPILOG.

Moglibyśmy z czystem sumieniem na tem nasze opowiadanie zakończyć, gdyby dla dopełnienia go nie nawinął się nam pod rękę stały, zżółkły kawałek papieru, którego zużytkowaniu oprzeć się nie mogliśmy.
Jest to list pani wojskiej Czeżewskiej w kilkanaście lat po wypadkach pisany do starej przyjaciółki majorowej, która, jak się z adresu okazuje, zmieniła była stan i nazwisko, wyszedłszy zamąż za referendarza X., zamożnego człowieka, i spokojniej teraz dożywała dni swych, karmiąc siebie i drugich obfitemi wspomnieniami przeszłości.
List wojskiej, która pozostała jako kuzynka w domu państwa Grabskich, datowany jest z Burzymowa. Z pisma widać, że w późnym już wieku pani Czeżewska, chociaż jej się ręka trzęsła i oczy niedobrze służyć musiały, żywości umysłu nie straciła wcale.
List, o ileśmy go odczytać potrafili, jest następującej treści:
„Jutko moja najdroższa! Żądałaś dawniej ode mnie, abym ci od czasu do czasu o sobie znać dawała, co spełniać mi było miło zawsze, a teraz w wielkiem utrapieniu ducha i smutku mogę powiedzieć, że mi to jest konsolacją jedyną.
Wiesz już z listów moich, jak nadspodziewanie szczęśliwie skończyło się wszystko, zamążpójściem Sylwji za Grabskiego, któremu rok z okładem kazawszy czekać, naostatek w kapliczce domowej naszej rękę oddała.
Nie mogę powiedzieć inaczej, tylko że małżeństwo było najprzykładniejsze, najszczęśliwsze, jakie sobie wyobrazić można, jeżeli szczęściem nazwać się godzi — zgodne pożycie, spokój, dostatek i niczem niezamąconą chłodną przyjaźń małżonków.
Co do Grabskiego, ten choć sztywny i milczący, choć się z tem nie wydawał, kochał ją zapamiętale — ona zaś miała więcej szacunku dlań, wdzięczności, życzliwości, niż czulszego sentymentu. Pozostała zawsze jakąś smutną, melancholijną, małomówną i jedne dzieci, których im Pan Bóg dał dwoje, cokolwiek zdawały się ją ożywiać.
Siedzieliśmy przez te kilkanaście lat, jakem ci pisała, kamieniem w domu, bo ona nigdy nigdzie nie chciała się wychylić z Burzymowa, a on chyba musiał do Lwowa za interesami.
Nie chwaląc się, moja Jutko, gdyby nie ja, z temi dziećmi nigdyby sobie Sylwja rady nie dała, bo, choć je kochała, wychowywać nie umiała, a on sam za surowy był.
Górkę, już teraz czternastoletnią, mogę powiedzieć, żem na ręku wynosiła, a Wojciech, syn, po francuskuby nie umiał tak jak teraz, gdybym ja go do konwersacji nie zmuszała.
Nie mogę się też na nich skarżyć, że o mnie zawsze pamiętali i nie zbywało mi na niczem.
Najokropniejszą katastrofą, moja droga, skończyło się to pożycie, — posłuchaj tylko, opiszę z detalami.
W piątek zawsze kozaczek dworski jeździł na pocztę i przywoził nam gazety, bo i on i ona się bardzo polityką interesowali. Jak zawsze tak i teraz oto powrócił rano, gdyśmy przy śniadaniu byli, a że jesienne drogi bardzo złe, o parę godzin się spóźnił.
Poszedł niecierpliwy pan Grabski sam do stajni, aby torebkę z listami i gazetami od kozaczka odebrać, a że już o jakiejś wielkiej bitwie, w której cesarz francuski pobity być miał na głowę, chodziły wieści, był tak ciekawy, że w podwórzu począł czytać.
Ja siedziałam w oknie i widziałam, jak chwilę postawszy na zimnie i wietrze, gdyby wkuty w ziemię, nagle gazetę do kieszeni wetknął, papiery wszystkie przepatrzył i powrócił do nas, jakiś jeden list tylko trzymając w ręku.
Sylwja spojrzała na niego, że gazet nie miał i zapytała żywo:
— A gazety?
Grabski ruszył ramionami.
— Opóźniły się czy coś... nie wiem, — bąknął — niema.
— Jakże to być może? — uparcie mu w oczy patrząc odezwała się ona.
— Czasy są takie, moja Sylwko, że spóźnienie gazety niedziwne! — rzekł on.
— Ale właśnie teraz! — krzyknęła Sylwja ręce łamiąc — teraz, kiedy się losy świata rozstrzygają, nie mieć żadnej wiadomości...
— Uspokójże się, nadejdą one, poślemy jutro lub pojutrze drugi raz na pocztę.
Ja, com przez okno patrzała jak chował gazety, domyśliłam się zaraz, że chce coś przed Sylwją utaić, ale co? tego odgadnąć było trudno.
Z twarzy i z mowy poznać było po nim można, że coś skrywał, że kłamał i pewna jestem, że ona także, przenikliwa bardzo, znająca męża doskonale, musiała powziąć jakieś podejrzenia.
Udała uspokojoną, ale jej krew uderzyła do głowy i oczy się zaiskrzyły. Zadumana siadła w oknie, a po chwili Grabski, który wzroku jej nie mógł wytrzymać, wymknął się.
Chociaż dzień był brzydki jesienny, i wcale się bez tego mógł obejść Grabski, poszedł zaraz potem do gospodarstwa.
Myśmy jeszcze zostały w jadalnym pokoju, ale Sylwja nie mówiła nic, taka była w myślach zatopiona, że swawoli dzieci biegających około stołu zdawała się nie słyszeć.
Wtem gdy my tak siedzimy, patrzę, posłaniec jedzie i poznałam, że od pani Cetnerowej, wielkiej jej przyjaciółki. Konia przywiązał i idzie do dworu z kopertą dużą.
Ona go też spostrzegła i drzwi otwarła do sieni, a posłaniec list jej podał.
Karteczka była, bom ją później czytała, w kilku słowach:
— Posyłam gazetę, którą mąż mój przywiózł, bo jeszcze może nie doszedł was opis tej nieszczęśliwej bitwy.
Sylwja, upuściwszy bilet, natychmiast siadła czytać gazetę. Patrzałam na nią, jak bladła, bladła, dech jej zabiło, chwyciła się za piersi, oczyma zaczęła biegać po arkuszu, który trzymała w ręku. Jedną razą jak krzyknie! dopóki żywa głosu tego nie zapomnę. Gazeta jej z ręki wypadła, a ta blada jak trup w krześle — bez życia...
Skoczyłam do niej cucić...
Wszystko już było próżne.
Nie żyła. Doktorowie mówili później, że jej serce pękło i że anewryzm miała.
W gazecie opisaną była bohaterska śmierć księcia.
Wystawże ty sobie, kochana Jutko, położenie moje, krzyki i przestrach dzieci, rozpacz męża... który w zgon jej wierzyć nie chciał, zamieszanie, chaos, lament, okropność...
Że ja tego nie przypłaciłam życiem, nie wiem czemu to przypisać, chyba żem zaraz wzięła te krople, o których ci pisałam, a bez nichbym już pewno nie żyła dawno.
Gdy doktór przybył, już była zupełnie skostniałą i zimną.
Co się u nas potem przez kilka tygodni w domu działo, jak ten człowiek rozpaczał i rozpacza, opisać nie potrafię. Chodzi codzień na jej grób płakać i modlić się, choć oczywista rzecz, że ona go nigdy nie kochała.
Teraz dom cały na mojej głowie i córka, do której jest guwernantka Polka, ale to — do niczego...
Ze zdrowiem mi coraz gorzej, i gdyby nie krople cudowne..
Grabski cokolwiek odszedł, jednakże zawsze chodzi blady, mało nawet mówiąc, tylko tyle, że dzieci go czasem rozruszać mogą trochę.
Namawiałam go, aby wyjechał się rozerwać i do ludzi zbliżył, ale on nikogo nic słucha.
Bądź ty mi zdrowa, kochana moja, i obdarz mnie kilku słówkami — i t. d.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.