Pod blachą/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


POWIEŚCI HISTORYCZNE — Tom LXXIX


J. I. KRASZEWSKI
POD BLACHĄ
POWIEŚĆ Z KOŃCA XVIII WIEKU
CZĘŚĆ II
Wydawnictwo M. Arcta logo2.jpg



1930


WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE



DRUKARNIA ZAKŁADÓW WYDAWNICZYCH
M. ARCT, SP. AKC. W WARSZAWIE,
CZERNIAKOWSKA 225







I.

Ówczesną społeczność nietylko dawnej stolicy, ale niemal całego kraju, porównać można było do jednej z tych pustynnych ruin starego jakiegoś grodu Egiptu, wśród którego gruzów i piasku szczątki dawnych wspaniałości porozbijane leżą z pieczęcią zgasłej wielkości na sobie.
Wielu z tych ludzi podobnymi byli do obalonych kolumn gmachu wywróconego kataklizmem dziejowym. Gdzie niegdzie widać było nagłówek cudnie rzeźbionej kolumny, sterczące wrota marmurowe, wnijście do nieistniejącej budowy — posąg obłamany sfinksa napół piaskiem zasypanego, fundamenta gmachu, którego już nie było, nie trzymające się z sobą, napisy bez początku i końca.
Tacy właśnie byli tu ludzie, pozostałość różnych epok, innego organizmu społecznego, szczątki wywróconego świata, chodzące widma i upiory przeszłości.
Młode pokolenia rosły bez starych tradycyj — i były jako wrota grodów w pustyni stojące same jedne, nie wiedząc, czem być mają; — nie chcąc zostać tem, czem być musiały, nie mogąc stać się tem, czemby były powinny.
Zycie szło z dnia na dzień, nie umiejąc sobie wyrobić form pewnych, więc zapożyczając cudze. Społeczność ta pożyczanym obchodziła się żywotem, pożyczanym z przeszłości, zdala, francuskim, kosmopolitycznym, bo swojego własnego obłamy jej tylko zostały.
Pamiątki saskich czasów, wspomnienia burzliwego panowania ostatniego z królów, spuścizny gorączek i apatyj, wszystko miało w tem społeczeństwie reprezentację. Jedni nosili żałobę wesołą, drudzy smutną, inni bezwiednie byli żałobą żywą, bo strasznym upadkiem.
Wśród tego cmentarzyska, jak u nas zawsze, siły żywotne domagały się wyrazu, a nie mogąc inaczej, objawiały się szałem i weselem.
Szukano rozrywek, aby o bólu zapomnieć, a im ból był większy, tem rozrywka gorętszą być musiała.
Towarzystwo nie samemi tytułami swych członków składało się ze wspomnień, każdy nosił jakąś bliznę lub niezasklepioną ranę. Dla większej części, która zaludniła ówczesną Warszawę, była ona jakby drogą krzyżową, ze stacjami bolesnemi, przypominającemi im dni ciężko i słodko tu przebyte.
Jenerałowa Grabowska, domniemana czy rzeczywista królewska wdowa, Kicki poufny przyjaciel króla, Krasicki arcybiskup, który go witał mową w dniu koronacji, mnóstwo innych — nie należeli właściwie do dni dzisiejszych — wszyscy oni się przeżyli.
Sam książę Józef, młody jeszcze, już miał za sobą całą burzliwą przeszłość od Kaniowa do Targowicy przeciągniętą, cóż dopiero Arystydes Małachowski i inni.
Z tych pięknych niegdyś pań ileż wzdychało do niepowrotnych dni, gdy jaśniały szczęśliwe pierwszym rozkwitłym wdziękiem młodości?
Do tych żywiołów dawnych dodać potrzeba było nowe, obce, które fale rewolucji francuskiej na ten daleki ląd wyrzuciły, — ludzi z tradycjami wykrzywionemi, z sercami żółcią zalanemi, z dumą upadłych, usiłujących sobą przedstawiać społeczność starą, jakiej już na świecie nie było. Rzeki krwi uniosły ją w przeszłość.
Te podpory legitymizmu, monarchji i religji znalazły się wśród społeczności polskiej, prądami XVIII w. przenurtowanej, wśród arystokracji i duchowieństwa lekko encyklopedyzmem zafarbowanych — zaprawdę w dziwnem położeniu.
Cześć dla Woltera jeszcze tu nie przebrzmiała, gdy oni przyszli jako żywe doktryn jego ofiary.
Rodziła się reakcja przeciwko reformie wprzód pożądanej, ale w młodszych pokoleniach może, bo starsze się już przerobić nie dawały. Dziwne więc anomalje musiało na każdym spotykać się kroku.
Naostatek odrobina niemieckiego świata w otoczeniu Hoyma i Koehlera z tradycjami po Fryderyku II, które były negacją wszelkich tradycyj, także w pewnej małej cząstce do składu społecznego wchodziła. Można ją było porównać do tłuszczu, który po powierzchni się unosił, nie mogąc z płynem połączyć, a nie chcąc się z nim rozstać.
Obyczaj pozostał w znacznej części stanisławowski, płochość zepsutego dworu, miejskie nawyknienia, lekceważące prawa moralne. Niżej, po wsiach staroszlachecka, rubaszna prostota poczciwa mieszkała, na samym wierzchołku nic nad pożyczaną francuszczyznę, która dawała dobry ton, choć go już we Francji samej nie było.
Horyzont, krwawemi zaciągnięty obłokami, nie dozwalał nic dojrzeć w oddaleniu, nic osnuwać na jutro. — Żyło się sobie wesoło z dnia na dzień, aby dalej do końca.
Jedni w nic już nie wierzyli, drudzy mieli wiarę w przeznaczenie, podstawy do czynu nie było, a nowi gospodarze owych Prus południowych wyglądali na załogę, mającą jutro lub pojutrze opuścić kwatery. Mała tylko gromadka ludzi poważnych, czujących, że zawsze i wszędzie pracować można i trzeba, starać się należy, obowiązki znajdą się, gdy się ich szuka, a jedno zwątpienie prowadzi do niepowrotnej zguby — krzątała się, by coś poczynać, otrząsnąć z płochego używania chwili obecnej.
W tej grupie na czele stali starzy, jak Krasicki, Staszic, Czacki, Chreptowicz, Małachowski, byli i młodsi od nich znacznie ledwie rozpoczynający życie czynne, jak Koźmian, Osiński, Woronicz. Może nie wiedziano dobrze dokąd iść i gdzie się zajdzie, ale się usiłowano poruszać. Arcybiskup Krasicki krzątał się około założenia drukarni u siebie w Łowiczu, posługując się Dmochowskim, który dawniej Kołłątajowi chętnie przychodził w pomoc. Czacki sposobił się do życia publicznego, które nań czekało.
Księciu Józefowi, nie rozumiejąc go, miano za złe nietylko lekkomyślne życie jego, ale ton, jaki nadawał towarzystwu, wśród którego tak wybitne zajmował miejsce. Ale mógłże on innym być wobec Hoyma i Koehlera, chcąc się na swem wyczekującem stanowisku Pod blachą utrzymać? Co w innych osobach jego otoczenia było prawdą, u niego było zręczną rachubą i ofiarą.
Dawał na siebie krzyczeć, bo nie chciał zdradzić czego żądał i było mu to nawet potrzebnem. Im płochszym się ludziom wydawał, im koło niego szalano dziwniej, tem pewniejszym był łaski i spokoju.
Do najwspanialszych kolumn obalonego gmachu, stojących jeszcze na ruinach, należał dom pani kasztelanowej połanieckiej; — oaza spokojna wśród zawichrzonego, zmąconego młodego świata. Wiele zapewne podobnych jej znaleźć było można na prowincjach — w Warszawie był to dom jedyny.
Dorównywając mu powagą, ale nie cechami staropolskiemi, mógł stanąć obok dom starościny krakowskiej, ale tu francuszczyzna mocno się już czuć dawała gdy u pani Lanckorońskiej wcale jej nie było.
Tu życie płynęło, nie zważając na zmienione dokoła obyczaje, wedle trybu prastarego, przy krosnach, nabożeństwie, w bojaźni Bożej. — Starościna dla świata nie robiła ustępstw żadnych.
Gdzie indziej na płoche obyczaje przymykano oczy, w powszechnem zepsuciu znajdując ich usprawiedliwienie; u pani kasztelanowej czarne pozostało czarnem, białe było białem, a sąd jej przez rewerencję dla imion się nie zmieniał, jak gdzie indziej.
Brzydziła się brzydkiem, choć stało wysoko i znać go nie chciała.
W jej domu też mało kto postał z tych, co się sądu staruszki obawiać mieli powody. Wiedzieli, że dla nikogo nie czyniąc wyjątku, powie prawdę gorzką.
Dom pani starościny krakowskiej był więcej pański, kasztelanowej bardziej szlachecki, choć oba do przeszłości należały surowem poszanowaniem cnoty i obyczaju dawnego. Pani Lanckorońska ani sama nie rzuciła białego swojego czepca dla modnej jakiejś fryzury, ani liberji swej nie przebrała cudzoziemską fozą. Marszałek jej dworu paradował w kontuszu, w salonie po francusku mówić nie było wolno, a o tem, co się na zepsutym świecie działo, wolała nie wiedzieć. Ci, co do rodziny jej i koła należeli, a stykali się ze światem francusko-polskim, gdy szli do misjonarskiej kamienicy, przywdziewali na chwilę pozór inny, niż zwykle mieli; układali się, aby nie razić staruszki, ani manierami, ani słowy, ani wspomnieniem o tem, co się działo poza jej malutkim światem starego pokroju.
Impan Stanisław Kostka z Burzymowa Burzymowski niegdyś miał to szczęście być dobrze znanym pani kasztelanowej, chociaż żona jego, osoba światowa i scudzoziemczona dobrowolnie, nigdy do towarzystwa jej nie należała. Miał więc nadzieję, że i teraz zostanie tu przyjęty i znajdzie u staruszki opiekę i radę.
Nazajutrz rano po dniu strutym rozmaitego rodzaju małemi przygodami, a najbardziej owym bukietem, szambelan ubrał się wcześnie w swe buty garniturowe, przywdział strój najwykwintniejszy i more aniquo naprzód się udał na mszę świętą do najbliższego, naprzeciw kościoła Kapucynów. Powróciwszy do domu na kawę, zastał wschody pełne przekupniów, których pani wojska pozamawiała dla dostarczenia różnych małych potrzeb tualetowych, bo tysiąca rzeczy brakło, a wieczorem miały być na owem przedstawieniu w tak zwanej „Socjecie“ (Théâtre de Société), na które pięknie i modnie wystąpić było potrzeba.
Ten tłum przekupniów popsułby znowu humor szambelanowi, gdyby nadchodzący Grabski go nie naprawił.
Potrzebował się od niego dowiedzieć, o której godzinie i jak się miał stawić w misjonarskiej kamienicy. Micio go nie umiał o tem objaśnić, bo do tego domu wstępu tak dobrze jak nie miał.
Niespokojny Burzymowski, uprosiwszy Grabskiego, ażeby na niego czekał i zatrzymał się u córki na górze, sam pobiegł do misjonarskiej kamienicy. Godzina była wczesna, ale u Sylwji i pani Czeżewskiej oddawna się już drzwi nie zamykały. — Obie panie były nadzwyczaj zajęte i zakłopotane.
W przedpokoju Grabski pełno znalazł ichmościów z węzełkami, Żydówek, kupczyków, których niespokojna wojska, obawiając się, aby czego nie zabrakło, do zbytku pościągać kazała.
Po ścisłym rozbiorze przekonano się, że tu lwowskiego nic nie uchodziło, począwszy od trzewików. Czekał i fryzjer, aby ważną odbyć naradę co do fryzur pań obu, które się à la grecque urządzić miały. Stał szewc z całą pstrą chustą rozmaitych trzewiczków, kupczyk z próbkami materyj i wstążek; mnóstwo bezimiennych figur na coś tym paniom potrzebnych, a ponasyłanych przez majorową, która się podjęła zamówień.
Grabski wszedł właśnie do salonu w tej chwili, gdy Czeżewska nieubrana biegła do przedpokoju i krzyknąwszy, ukryć się przed nim musiała, co ją jeszcze gorzej dla niego usposobiło, bo nic nie gniewało ją nad to, gdy ktoś wdzięki jej nieuporządkowane jeszcze zobaczył.
Sylwja natomiast wyszła do niego nawpół ubrana, na rano, i uśmiechnięta powitała go dosyć uprzejmie, choć kuzynek i dla niej w godzinie tak ważnej, gdy się losy tualety roztrząsały, niebardzo był na rękę.
— Darujesz mi, że zdaje się, nie w porę tu przychodzę — odezwał się, witając, Grabski, ale szambelan przykazał mi tu czekać na siebie.
— A ojciec gdzież jest? — spytała Sylwja.
— Powrócił ze mszy, wypił kawę naprędce i pobiegł się dowiedzieć, kiedy może być przyjętym u kasztelanowej Lanckorońskiej.
Posłyszawszy nazwisko, Sylwja się trochę zasępiła.
— Kochany tatko, — zawołała, ręce załamując rozpaczliwie — chce bo mnie koniecznie zapakować do tego klasztoru! Niby to ja nie wiem, co to za dom! to śmiertelne nudy! Ale my tu przyjechałyśmy na zapusty, nie na rekolekcje!
Grabski ruszył ramionami.
— Kochana kuzynko, — rzekł — nie masz się podobno czego obawiać, bo zawsze z tatkiem wkońcu zrobisz, co ci się podoba!
Trochę się tem obraziła piękna panna i spojrzała groźno.
— Pan Mieczysław ma pasję robić mi wymówki i karmić mnie morałami! — odezwała się zagniewana a smutna.
— Niestety — odparł pokornie Grabski. — Mamże, jak inni, pochlebiać, chwalić, unosić się nad wszystkiem, gdy mi kuzynki żal i strach o nią!
— Strach? o mnie? Cóż to za strach być może? — zawołała Sylwja z coraz dobitniejszą urazą. — Jestemże ja takiem nieroztropnem dzieckiem, co nie ma ani rozwagi, ani pomiarkowania?
— Wszystko, — kochana kuzynko, masz, co w swych szczęśliwych latach mieć można, będąc wychowaną na wsi i nie znając świata! Przepraszam!
Jesteś zachwycająca, ale tej ślizgawki, na którą się puszczasz tak śmiało, nie masz najmniejszego wyobrażenia — rzekł Grabski odważnie. — Na lodzie tym są rysy, łatwo się na nim załamać i utopić, a upaść można przy pierwszym kroku!
— Wiele pan masz lat? — zapytała z oburzeniem Sylwja.
— Blisko trzydziestu — odpowiedział Micio spokojnie.
— Tylko? proszę!! Z mowy można było sądzić, że najmniej pięćdziesiąt. Pan nigdy nie byłeś młodym i dlatego ani rozumiesz młodości, ani być drugim młodymi dozwalasz.
Zarumieniła się piękna Sylwja, Grabski cofnął się o krok. — Spokojna twarz jego nabrała wyrazu smutnego. — Nie odpowiedział nic.
W tej chwili Czeżewska, zła, zburzona, przez drzwi pół otwarte zawołała na Sylwję, która do niej wyszła. Mieczysław usiadł zrezygnowany.
Wybiegając z salki, spojrzała nań jeszcze zagniewana kuzynka i zobaczywszy go takim zbolałym, pożałowała go, zawstydziła się swej prędkości i mimowolnie wychodząc, rzuciła mu:
— Zaraz powracam! Proszę na mnie czekać. Rozmowa nasza nie skończona.
Grabski głową tylko dał znak, że będzie posłusznym.
Oczyma wodząc po pokoju, na kominie około zegara zobaczył w wazonie porcelanowym bukiet wczorajszy, i — co gorzej! w drugim, odpowiednim mu, stał jego brat rodzony, również ładny a świeższy, drugi, który prawdopodobnie musiał tu już przybyć z rana i — mimo zakazu, został przyjęty. Zachmurzył się Grabski bardziej jeszcze i westchnął.
Oddawna zrezygnowany był na to, że śliczne dziewczę, w którem się kochał tak mocno, za stracone dla siebie uważać musiał, żal mu je było jednak widzieć lecące tak naoślep w nieznane strefy, których on znał niebezpieczeństwa, a ona tylko widziała ponęty.
Dosyć prędko Sylwja z gałgankiem jakimś w ręku powróciła i stanęła przed nim.
— Gniewasz się na mnie? — zapytała.
— Gdybym nawet chciał, piękna kuzynko, pogniewać się na ciebie — nie mógłbym! Przechodzi to siły moje.
— Nie gniewam się, ale — boleję.
— Nad czem? nad tem, że ja się chcę bawić? widzieć? słyszeć? uczyć? — zawołała Sylwja.
— Nad tem, że tak nieostrożnie, z zapałem lecisz nie znając drogi, na której zbłąkać się i skaleczyć łatwo — rzekł Micio powolnie.
— Dlaczegoż ja mam się tam koniecznie skaleczyć? — żywo przerwała Sylwja. — Wszyscy wy macie mnie za jakieś nieroztropne dziecię, potrzebujące niańki jeszcze!
— Milczę — rzekł Grabski.
— Ale ja bo nie chcę, żebyś milczał, — odparła Sylwja — owszem, proszę mówić otwarcie, proszę się kłócić ze mną. Za milczenie będę się gniewała, boby ono znaczyło, że ja niegodną jestem zrozumieć mądrego pana Mieczysława i niewarta, aby się dla mnie fatygował z przekonywaniem.
Grabski popatrzał długo na nią.
— Twoja śmiałość, kuzynko, dowodzi już, że świata nie znasz, ku któremu się tak wyrywasz z zapałem i pragnieniem zajaśnienia na nim. Każesz mi mówić otwarcie, będę posłusznym.
Panna Sylwja jest młodziuchną, piękną i uroczą, bardzo łatwo jej będzie liczne wielbicieli grono ściągnąć do siebie. Przypuśćmy, że jeden z nich szczęśliwy serce jej pozyszcze. — Sądzisz, szanowna kuzynko, że tu ktokolwiek na serjo bierze zalecanki z galanterją, — i o serca pozyskanie się stara? Zdobyć je zapragnie każdy, ale ocenić nie potrafi nikt. Dziś nosić cię będą na rękach i czcić, a głosić królową, jutro nowa piękność i gwiazda świeża, zjawiająca się na horyzoncie, odciągnie ich od ciebie.
Sylwja potrząsnęła główką, nie widać na niej było wielkiego tych wyrazów wrażenia.
— Kto panu Mieczysławowi mówił, że moje serce tak jest łatwem do zdobycia?
Grabski zmilczał, przeszedł się po pokoju, stanął u komina i, patrząc na bukiety — odezwał się, zmieniając rozmowę.
— A więc bukietów już dwa? — do pary? — Przyznać muszę, że im tu bardzo ładnie na tym kominie.
Sylwja się zarumieniła.
— Gdybym śmiała przypuścić, że taki trzpiot, jak ja, może się podobać takiemu, jak pan, sensatowi, doprawdy, gotowabym myśleć, żeś zazdrosny — rzekła.
— Ja się z tem wcale nie taję, — odparł z rezygnacją Grabski — i że mam zawróconą głowę, i że jestem zazdrosny. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć, kochana kuzynko. — Kocham się bez najmniejszej nadziei, a pragnąłbym twojego szczęścia nie dla siebie, ale dla ciebie. Gdybym dziś widział człowieka godnego twej ręki, mogącego ci zapewnić przyszłość, jakiej ci życzę, spokojną, cichą, szczęśliwą, byłbym mu pewnie raczej pomocą, niż przeszkodą. Widzieć zaś cię narażoną na igraszkę płochych ludzi — boleć mnie musi.
Gdy poważnie wymawiał te słowa, Sylwja, słuchając, przypatrywała mu się z uwagą.
Czy jej uderzyło serce, czy oceniła ofiarę, czy się poruszyła uczuciem wdzięczności za uczucie, które w głosie jego brzmiało — któż wie? dosyć, że odpowiedziała mu krótko, z pewnem wzruszeniem, szybko, jakby mimowolnie.
— Dziękuję.
Jakby dla przerwania tej rozmowy przykrej dla obojga wpadł właśnie szambelan, zdyszany i cały sobą zajęty.
— Patrzajcież! — zawołał. — Kasztelanowa przyjmuje dopiero około południa, dowiedziałem się o tem w kamienicy.
— Wiesz co! — zwrócił się do Micia — wypada mi koniecznie być u Pokutyńskiego — jedź ze mną, raźniej mi będzie.
To mówiąc, spojrzał na córkę.
— Cóż będzie z tą nieszczęsną Socjetą, czy jak się ona tam nazywa? — Macie być na niej? z kim? jak? Czy to widowisko płatne, za biletami, czy proszone? kto prosi?
— I proszone, i płatne — odparł Grabski. — Uprzywilejowani dostają zaproszenia, osoby nienależące do towarzystwa kupują bilety...
— My je już mamy! — Rano jeszcze przysłała nam majorowa — odezwała się Sylwja.
Grabski pochmurniał na wspomnienie tej pani.
— Wolałbym był — rzekł — bilety kupne, bo takie do niczego nie obowiązują; ale wzgardzić zaproszeniem, byłoby obrazić tych, co je tak uprzejmie przesłać raczyli. — Cóż robić! — westchnął.
Szambelan zacmokał i potarł się w głowę.
— Wysoce poważam ją, szacuję, adoruję, wdzięczen jestem pani wojskiej, — rzekł — ale ona z tą swoją majorową, wściubską, co się moją przyjaciółką nazywa, kością mi już w gardle stoi. — Robią mi takie przysługi, że chce się kuksnąć za nie!
Sylwja zbliżyła się, pocałowała ojca i stary się zaraz udobruchał.
— Cóż robić! — mruknął. — Stało się! to trudno! niech będzie i tak, na przyszłość trzeba radzić inaczej.
Córka uśmiechnęła się wesoło, ale trochę szydersko.
— Miciu kochany, — zawołał, ruszając się żywo stary — jedziemy! jedziemy!
Wyszli tedy razem. Pokutyński stał na Krakowskiem Przedmieściu, wzięto powóz, aby paradnych butów nie narażać na błoto.
Mieszkanie szambelana kawalerskie, na pierwszem piętrze, urządzone było z pewną elegancją i staraniem o nią, ale za młodo, za świeżo na poważnego już człowieka. — Coś w niem przypominało starą kokietkę, otaczającą się jaskrawemi barwami i błyszczącemi cackami, przy których zwiędnienie jej wyraźniejszem się staje.
W saloniku znajdował się właśnie Kalinowski i dwóch z tych panów, których Burzymowski poznał w Jabłonnie.
Wszyscy powitali przybywającego nader wesoło i hucznie, gospodarz zrobił mu miejsce na kanapie, — na Grabskiego spoglądano zukosa.
Znany im był ten młodzieniec, który do koła ich nie należał i od wesołych towarzystw stronił, widocznie za złe mu to miano. Siadł też pan Mieczysław na uboczu i zachował się milcząco. Przedmiotem rozmowy tego ranka była awantura wczorajsza. Bogatemu kupcowi z Długiej ulicy, niemieckiego pochodzenia, ale oddawna osiadłemu w Warszawie, córkę wykradziono.
Panna była bardzo piękna, dobrze wychowana i godna lepszego losu; ojciec w rozpaczy biegał jak obłąkany.
Domyślali się wszyscy, kto był sprawcą, bo oddawna już romans trwał, przed ojcem tylko tajony.
— O! to sprawa Piotrusia! — mówił, okiem mrugając, Kalinowski. — Niema go dziś nigdzie, drapnął z panienką do Wrocławia! — Ale cóż znowu tak strasznego, żeby tyle z małej rzeczy robić hałasu. — Że się z nią nie ożeni, to niema wątpliwości, ale łatwo znajdzie kupczyka, który na tę małą eskapadkę sentymentalną zważać nie będzie!!
Śmiali się wszyscy, Burzymowski jeden mocno się zachmurzył.
— Ojciec się, słyszę, — dodał drugi — udał pod opiekę praw pruskich, ale jużciż szlachcicowi za taką tam jakąś kupcównę, że sobie z nią poromansował, głowy nie zetną.
— No, wiesz, — przerwał Pokutyński — jabym za tych bestjów Prusaków nie ręczył. Hoym mi powiadał, że u nich prawa dla wszystkich jeneralnie są równe i jednakowe. Szlachcic nie szlachcic za gwałt i uprowadzenie małoletniej...
— Jakto małoletniej? — zawołał Kalinowski. — Piękna mi małoletnia, która tak już umiała dobrze z Piotrusiem oczkować i po dobrej woli z nim poszła.
Wszczął się spór długi o możliwe następstwa wykradzenia, w którym Burzymowski i Grabski żadnego nie brali udziału. Gdy się to przeciągać zaczynało, Pokutyński dyskretnie spojrzał na zegarek.
— Wiecie panowie co? — rzekł — hora canonica się zbliża, proponuję o trzy kroki stąd na znane mi ostrygi i białe winko.
— Przewybornie, — przerwał Burzymowski, rad, że rozmowie koniec położy — ja akceptuję, ale z tym warunkiem, że mi panowie uczynicie honor być gośćmi moimi...
Byłem u was na śniadaniu, rewanż mi się należy.
— Zgoda! — zawołał Pokutyński — chodźmy za szambelanem.
Ja lokal pokażę.
W progu już Grabski coś na ucho szepnąwszy szambelanowi, ukłonił się, pożegnał i zniknął.
— A to — ten pani jakże się zowie? — odezwał się po odejściu jego Kalinowski do Burzymowskiego — krewny czy pupil waćpana?
— Krewny, daleki — odparł szambelan.
— Jako weredyk, mimo waszego pokrewieństwa, powiem ci, szambelanie, — podchwycił Kalinowski — to może być bardzo zacny młodzieniec, ale pedant, zaschły nudziarz, jakich mało!
— Dobry chłopiec! — mruknął Burzymowski.
Rozśmiano się, a wtem weszli do izdebki na tyle winiarni, kędy świeżuteńkie tylko co z poczty ostrygi być miały. Istna to była dziura, ciemna i brudna, odrażająca niemal i cuchnąca jakiemiś nieczystościami kuchennemi, ale była w modzie, bo znawca znakomity, Pokutyński, zaręczał, że nigdzie lepszych i świeższych jak tu ostryg nie było. Codzień je ekstra-pocztą i kurjerami umyślnie przywożono, beczułkami szły stąd Pod blachę, Na górę, do Skierniewic. Wino też szampańskie i burgund biały miały być nadzwyczajnych przymiotów.
Burzymowski, który sobie na buty żałował, gdy miał gości, posuwał swą gościnność do rozrzutności. — Zastaw się, a postaw się — mówił po staremu. Poszedł więc sam zadysponować co należało i uprosił gospodarza, aby ostrygi i wszystko, co z niemi szło, było — co się zowie, ut sic — choćby tam licho wie, co kosztować miało. Zielona siatkowa sakwa naładowana dukatami nigdy go nie opuszczała, a oprócz tego miał trzos ciężki, którym chodził opasany i nie zdejmował go z siebie nigdy, tylko nocą pod poduszkę, będąc w wielkiej obawie od warszawskich rzezimieszków.
Przyniesiono ostryg takie masy, iż szambelan myślał zrazu, że się w liczbie osób omylono, ale miał do czynienia z tymi, co je pożerali kopami, i przekonał się wkrótce naocznie, że zanadto ich nie było. Znikały połykane tak szybko, iż wkrótce blaty się poopróżniały.
Z butelkami też młodzież obchodziła się ze zdumiewającą zwinnością, sama się zachęcając, nalewając i rozlewając bez ceremonji. Humory nastroiły się wkrótce do nadzwyczaj wysokiego tonu.
Burzymowski, siebie tylko oszczędzając, także dolewał a dolewał, ichmość się prosić nie dawali.
Za późno postrzegł się, iż śniadanko zbyt długo się przeciągnąć musi, a odwiedziny dzisiejsze u kasztelanowej przepadną. Nie wypadało mu ani się gości pozbywać, ani przyznawać do tego, co go trapiło. Pokutyński go uratował, gdy około południa, na zegarek spojrzawszy, zaintonował do odwrotu.
A że już i butelki były próżne, i głowy pełne, rozeszli się jakoś wszyscy, wyściskawszy łaskawego amfitrjona i Burzymowski wpuścił rękę w kieszeń głęboką po ową zieloną sakiewkę. Rachował zawczasu, że kilkanaście dusiów pęknąć musi, nie przewidywał jednak, ażeby za skromne śniadanko, złożone z ostryg, sera, szampana i maleńkich różnych dodatków, dwadzieścia i kilka obrączkowych dać było potrzeba.
Zawołał w pierwszej chwili:
— Ależ! Bój się Boga!
I chciał się targować, gdy gospodarz mu z zimną krwią oświadczył, że u niego targu niema i że wszyscy jego łaskawi klienci tak płacą, o czem łatwo się może przekonać, pokazując rachunek Pokutyńskiemu. Rad, nierad, mrucząc pod nosem przeciw zdzierstwu, zapłacił Burzymowski, tem w gorszym będąc humorze, że do kasztelanowej było już za późno prawie.
Przeklął obrzydłe ostrygi na progu i nie patrząc na godzinę, bo niedawno widział coś nakształt dwunastej, wziął powóz i poleciał wskok do misjonarskiej kamienicy.
Służba siedziała w sieni. Marszałek w kontuszu wyszedł naprzeciw i pokłoniwszy się, drzwi mu otworzył, sądząc zapewne, że był gościem na obiad zaproszonym przez kasztelanową, gdyż godzina pierwsza, o której tu zwykle jadano, już się zbliżała.
W salce bardzo skromnie umeblowanej, w której naprzód uderzały krosna staruszki i koszyki z jej pieskami, znalazł Burzymowski, oprócz sędziwej gospodyni i trzech panienek jej krewnych, towarzystwo dosyć liczne.
Podszedłszy do staruszki, szambelan z wielką czcią submitował się jej, przypominając, w dosyć zgrabnym, staropolskim i zawczasu ułożonym komplemencie, wyraziwszy, jak jest szczęśliwy, że, przybywając do Warszawy, oglądać ją może w czerstwem zdrowiu i t. d. Dodał, iż ma sobie za najprzedziwniejszą rozkosz, zaszczyt, iż u nóg pani kasztelanowej weneracją swą złożyć mu wolno.
Przypomniała sobie kasztelanowa dawnego znajomego, podziękowała mu w kilku słowach zaledwie, gdy w tejże chwili otwarły się drzwi do jadalni i marszałek głosem woźnego trybunalskiego dawnych czasów oznajmił, iż do stołu dano!
Burzymowski stanął skonfundowany, wyglądało to, jakby się na obiad gwałtem wcisnął, zaczął więc przepraszać, tłumacząc nieświadomością godziny, wieśniaczym obyczajem i t. p., gdy pani Lanckorońska przerwała mu z uśmiechem.
— Uczyńże mi asińdziej tę przyjemność i przyjmij u mnie łyżkę rosołu. Bardzo go proszę!
Co tu było robić!
Burzymowski musiał pozostać, lecz w duchu znowu przeklętym ostrygom złorzeczył.
Dopiero teraz ochłonąwszy, miał czas się obejrzeć po dostojnem towarzystwie i postrzegł naprzód pięknej twarzy, otyłego, niemłodego, ale wyglądającego świeżo mężczyznę, którego purpury i fiolety oznajmywały, że nikim innym być nie mógł, tylko jmksięciem arcybiskupem Krasickim. Oprócz niego duchownych było kilku i świeckich drugie tyle, ale ci już mniej uwagę na siebie zwracali.
Sławne imię niegdy księcia biskupa warmińskiego, autora ksiąg tylu, które cała Polska czytała, wielką dlań weneracją przejęło szambelana.
Kazano mu podać rękę jednej z panien Świdzińskich i tak pociągnięto go do stołu.
Miejsce mu się też bardzo szczęśliwie dostało niedaleko ks. arcybiskupa, który w poufałym a wesołym tonie począł z przybyłym rozmowę.
Ani się mógł nigdy takiego szczęścia spodziewać Burzymowski, ażeby sam książę arcybiskup go zagadnął; tem mniej, ażeby rozmowę zagaił tak naturalnym a wesołym tonem, jakby był prostym śmiertelnikiem i niczem więcej nad dobrego szlachcica.
Wystawiał w nim sobie autora „Podstolego“, surowego, namaszczonego moralistę, a znalazł człowieka wyśmienitego tonu, wesołego, który o swem dostojeństwie rad był zapomnieć na chwilę, starając się być jak najnaturalniejszym, okazać jak najprzystępniejszym.
— Z którejże to części dawnej naszej Rzeczypospolitej, acan dobrodziej przybywasz? — odezwał się ks. arcybiskup — bo my teraz — choć całości pozbawieni, części mamy dużo.
— Z za kordonu cesarskiego — odpowiedział uszczęśliwiony szambelan.
— Zatem z kraju, z któregom ja rodem i gdzie całą moją mam rodzinę — rzekł ks. arcybiskup. — Wątpię jednak, abyś acan dobrodziej znał moje rodzinne gniazdo, Dubiecko, gdzie brata mam.
— Nie, w innych mieszkam stronach, domatorem jestem i wycieczek mało czynię — odparł Burzymowski. — Gospodarstwo, kłopotarstwo!
— A ja na starość — odezwał się wesoło arcybiskup — muszę peregrynacje odbywać. To na śluby, to na chrzciny moich synowców i synowic. Proszę sobie wystawić z Berlina, gdzie przebywam często, drogę do Dubiecka, a dawniej z Heilsbergu do Lwowa!!
— Czyś w. ks. mość już w łowickiej swej i skierniewickiej rezydencji — przerwała gospodyni — zapomniał trochę o ulubionym swym Heilsbergu i cudnych jego ogrodach?
— Sadzę już na pociechę nowe w Skierniewicach, — odparł arcybiskup wesoło — chociaż owoców z nich nie ja się już doczekam! Przynajmniej tu tę pamięć zostawię po sobie, że dobre jabłka, gruszki i śliwki mieć państwo będziecie, bo o to pilno się staram tak tu, jak w Heilsbergu. Kwiatami i egzotycznemi roślinami jedna tylko księżna z Nieborowa piękniejszemi, niż moje pochlubić się może. Wkrótce i Skierniewice zakwitną, ale to nie będzie Heilsberg mój kochany! — westchnął arcybiskup.
— Z wielu względów, — wtrącił Dmochowski, słusznego wzrostu, wyrazistej twarzy mężczyzna, który razem z kanonikiem Kalnaszym arcybiskupowi towarzyszył — z wielu względów Heilsberg przechodził Skierniewice, nie ogrodem samym, bo i wspaniale a smakownie urządzonym pałacem, bibljoteką, galerją — i wszystkiemi skarbami, w jakie obfitował.
— Lecz dobrze to Pan Bóg wszystko zrządził — przerwał arcybiskup. — Tam już niemal nie było co robić, tylko się co roku kaskady mnożyło i klomby przecinało, a tu wiele mam do roboty i nowe zajęcie.
— Bylebyś w. ks. mość — odezwała się pani kasztelanowa — dla tych kwiatków i cebulek, które tak lubisz, o złotem swem piórze nie zapomniał, bo to byłoby z wielką szkodą naszą i potomności.
— A! pani kasztelanowo dobrodziejko, — odparł zawsze wesołym tonem Krasicki — pióro moje niewiele już warte. Nigdy ono złotem nie było, dziś lękam się, aby ołowianem się nie stało. Ludzie moich lat mogą już powiedzieć sobie — Fuimus!
— Mości książę, — odezwał się posępny, blady, dziwnej i oryginalnej twarzy, ks. Staszic, cały jakby zamknięty w sobie i dotąd milczący — dziś my wszyscy, ile nas tu jest, o sobie to powtórzyć możemy: Fuimus. Przeszłość wszędzie — przyszłości nigdzie.
— Daruj mi, czcigodny panie, — podchwycił arcybiskup — jest zawsze przyszłość w niewyczerpanej Opatrzności Bożej, tylko my jej niedaleko sięgającemi oczyma dopatrzyć się nie umiemy. Uczą nas dzieje, że wszystko, co rosło, co trwało, starzeje, ginie i odmładza się ciągle. Zatem i my o naszych losach, lubo zmienionych, wątpić nie powinniśmy.
Spera, ora et labora!
— Święte słowa!... — szepnął Dmochowski.
— I jam ci też — rzekł, patrząc na talerz, Staszic — nie zwątpił o ludziach, ani o sukmanach, tylko, sit venia verbo, o kontuszach!
Burzymowski drgnął, choć dobrze nie zrozumiał; inni się uśmiechnęli, gospodyni dodała:
— A ja, ani o nich nawet!
Po chwilce milczenia ks. arcybiskup jakby się ulitował nad szambelanem, iż wśród nieznanych osób trochę się osamotniony czuć musiał, zwrócił się znowu ku niemu.
— Cóż to pana szambelana z za kordonu do nas przypędziło? — zapytał.
— Przyznać się wstyd... Mięsopust, m. książę — odpowiedział Burzymowski. — Nie dla siebie, boby mi o nim nie wczas myśleć było, ale Pan Bóg mnie obdarzył córką dorosłą, która zapragnęła zobaczyć dawną stolicę. Nasłuchała się o niej ode mnie. Człek słaby a dziecko jedyne.
Pani Lanckorońska popatrzała nań bacznie.
— A! to mi acana dobrodzieja szczerze żal, — odezwała się — niepokoju z młodą panienką dużo mieć będziesz.
— Ale panienka dobre miała przeczucie, — w trącił ks. arcybiskup — Warszawa jest w istocie wesołą bardzo, gdyby tylko nie nadto. Za panowania Fryderyka II, który wielce łaskaw był na mnie, jak i za teraźniejszego króla naszego, zdarzało mi się nie jeden raz, non tam volenter, quam reverenter, spędzać karnawały w Berlinie. Szczerze powiadam, że Warszawa więcej od stolicy Prus jest ożywioną.
— Byle też i cnotliwszą była — dorzuciła pani Lanckorońska.
— Daj Boże! — szepnął książę, — a no pono ambo meliores. Ale gdzież są miasta wielkie, zbiegowiska ludzi wzorami cnoty? Trzeba się więcej do natury zbliżyć, aby jej gniazdo odszukać! Na wsi tylko życie zdrowe... Miał słuszność, sławiąc ją, Bernard święty.
— Tak, tak! — odezwał się ks. Staszic, jakby przebudzony — to prawda, czy ją św. Bernard wygłosił, czy nie... Każdego narodu siła spoczywa w ludzie, ale i miasta mają swą użyteczność, jest to malum necessarium.
— Zapewne, gdybyśmy miasta własne mieli, — wtrącił Dmochowski — ale my mamy je tylko zasiedlone zdawiendawna cudzoziemcami i różnymi przybłędami. Obcy ten żywioł na swojski niełatwo się przerabia.
— Myśmy bo na mieszczan tak dalece nie stworzeni, — odezwał się Staszic — że u nas i miasta miały rolniczy charakter. Co w nich było polskiego, to orało i siało, choć razem szyło buty i krajało sukmany, bośmy narodem od prastarych wieków rolniczym per excellentiam. Niemcy się od nas gospodarstwa nauczyli, pług razem z jego nazwiskiem pożyczyli od nas, choć dziś my już do nich za to na naukę rolnictwa iśćbyśmy powinni.
— Niemiec ma to do siebie, — odezwał się arcybiskup — że z naszego lnu tka płótno, które my kupujemy, z naszej wełny robi dla nas sukno, a gotów tak samo i z naszej myśli książkę nam utkać.
Roześmiał się, aplaudując, Burzymowski wielce rad mądrej rozmowie, której się przysłuchiwał z atencją nadzwyczajną i ustami otwartemi, jakby ją chciał połknąć.
Panienki chichotały i szeptały, ożywione bardzo pocichu mieniając słówka. Spojrzał ku nim ks. arcybiskup i coś o tem pani Lanckorońskiej powiedzieć musiał, bo mu odrzekła półgłosem:
— Panny moje zajęte są tak mocno teatrem dzisiejszym, to dla nich wielka satysfakcja, a ja jej pozbawiać ich nie mam serca, choć... choć!...
Spuściła oczy, nie domawiając, staruszka, na twarzy jej malował się jakiś frasunek.
— Tak zwana Socjeta i nasi Francuzi bawią się tym teatrem wyśmienicie — odezwał się Dmochowski. — Mybyśmy też nic przeciw temu nie mieli, gdyby biedny nasz Bogusławski na tem nie cierpiał, bo u niego za to pustki straszne.
— Sąć przecie ludzie co i do niego chodzą! — wtrąciła gospodyni.
— Przez miłosierdzie, — odpowiedział Dmochowski — a smutna to rzecz być politowania przedmiotem. Teatr nasz już nie w modzie, bo Francuzi bardzo modni!
— Zachciałeś asińdziej! — rzekła gospodyni — modzie się tej wybacza, która ma litość w sobie. Wygnańcami są ci Francuzi, nieszczęśliwi, bez ojczyzny, a gorzej może jeszcze, niż bez niej, bo ją im popsuto. Choćby wrócili już się w domu nie poznają, a z gruzów odbudowywać nigdy stare nie wstanie!
— A ja mam dobrą w Bogu nadzieję, — rzekł arcybiskup — naprawi się to, co popsuło. Idzie i we Francji ku lepszemu, wróci dynastja i dawne prawa... tak, tak! ufajmy w to...
Dmochowski głową jakoś niedowierzająco potrząsł, Staszic zmilczał.
— Tymczasem — przemówił ostrych rysów twarzy nieznany mężczyzna już podżyły, który w końcu stołu siedział i milczał dotąd — tymczasem Francuzi nas zalewają. Warszawa się tak francuską stała, iżby ją za paryskie przedmieście wziąć można. Nie wszyscy też goście nasi pamiętać chcą, że gospodarzami nie są.
— Nieszczęściu przebacza się wiele — dodała gospodyni.
Wtem podano wety, bo rozmowa kilkakroć przerywana przez cały skromny polski obiad się toczyła. Przysunięto zimowe owoce do arcybiskupa, który był ich szczególnym znawcą i miłośnikiem.
— Ja o tej porze w Heilsbergu — rzekł arcybiskup — już poziomki miewałem!
I westchnął.
— W Skierniewicach się dopiero przysposabiam ku temu!
— O! słyszeliśmy wiele o sławnych zimowych ogrodach dawnej rezydencji w. ks. mości — rzekła gospodyni.
— Wstydby mi było tego miłośnictwa, które na sybarytyzm zakrawało, — rzekł Krasicki — gdyby ono nie miało swej dobrej strony i nie wyszło na korzyść okolicy. Gdym dawną moją rezydencję opuszczał, już i włościańskie ogródki aż do Frauenburga w dobre owoce obfitowały, a ananasowe poziomki chłopi na wsi zjadali i sprzedawali.
Rozmowa stała się powszechniejszą, gdyż ten i ów słowem się do niej wmieszał. Burzymowski, nie śmiejąc się wtrącać, słuchał bardzo pilnie, napawał się nią. Miarkował już, że oprócz przyjemności towarzystwa i przypomnienia się gospodyni, więcej ze spóźnionych odwiedzin tych korzyści mieć nie będzie, gdyż zaraz po obiedzie, zostawiając czas do wytchnienia gospodyni, usunąć się wypadało.
Musiał się więc wyrzec rozmowy poufnej na osobności, o którą mu chodziło, odkładając ją do dnia innego. Okoliczności dlań składały się jakoś niefortunnie, losy się nań spiknęły, aby nic po swej myśli uczynić nie mógł.
Wstawszy od stołu, przeszli wszyscy do salki, w której kawę czarną podano. Burzymowski wsunął się między mniej znanych sobie gości ku drzwiom, aby się do wyjścia przysposobić. Jakoż wkrótce goście wszyscy poruszać się, żegnać i wysuwać poczęli. Jemu też nic nad to nie pozostawało, i przy ucałowaniu ręki pani Lanckorońskiej, uprosiwszy tylko o pozwolenie złożenia jej uszanowania wraz z córką, szambelan wymknął się z misjonarskiej kamienicy, pośpieszając do domu, gdzie mogli go z obiadem czekać, bo nie spodziewał się jeść go gdzie indziej.
Tak było w istocie, a pani wojska dała mu do zrozumienia, jak wiele zawinił, zawichrzając cały porządek dnia, w którym jeszcze tak niezmiernie wiele było do czynienia.
Przed wieczorem przecie musiano piętrowe zbudować fryzury, poopinać suknie, i tyle razy ztyłu i zprzodu przypatrywać się sobie w zwierciadle, azali szpilki gdzie lub fontazia nie brakło.

II.

Teatr de Société urządzonym był w jednej z sal radziwiłłowskiego pałacu, a że w owych czasach mniej daleko wymagającą była publiczność, nie odznaczał się wcale ani wspaniałością, ani wykwintnością zbytnią.
Ówczesnych dekoracyj najlichszy teatrzyk na prowincji dziśby się powstydził.
Miejsca też dla widzów wygodami wyszukanemi nie grzeszyły. Proste krzesełka dosyć gęsto ustawione zajmowały salę, rozdzieloną tylko na dwie części, jak świat, który tu uczęszczał. Jedna była dla śmietanki towarzystwa, dla zaproszonych gości, druga dla szarego mleka, dla z łaski za pieniądze wpuszczonej publiki.
Tu już zawczasu zajmowały miejsca postacie do najrozmaitszych warstw społeczeństwa należące, nawet tacy pewnie, którzy znajomością języka francuskiego pochlubić się nie mogli.
Główna za to część sali, przeznaczona dla zaproszonych, niezmierną prostotą urządzenia swego w sprzeczności była bijącej z osobami, które ją napełniać zaczynały.
Świat wielki w całym swym splendorze, piękności jego, elegancja, wytworność, stroje najwykwintniejsze cisnęły się tu i zajmowały szczupłe miejsca dla nich przeznaczone.
Francuskie nowe ubiory, głowy męskie à la Titus poostrzygane, gdzie niegdzie dawniejsze peruki i włosy ztyłu pozwiązywane, kobiece greckie fryzury najrozmaitszych kształtów, suknie jedwabne, klejnoty, koronki, kryzy, aksamity — jakby mozaiką żywą zaczynały wypełniać parter sali.
Nadewszystko błyszczało tu mnóstwo piękności, twarzyczek młodych, odmłodzonych, chcących być młodemi, już pięknych i pięknych jeszcze.
Wdzięk nie był nawet wyłączną cechą arystokratycznej części sali. Wśród płatnych miejsc, do których napływali mieszczanie, kupcy, drobna szlachta, a może nawet starsza służba możnych panów, dawały się dostrzegać lica, które z najdostojniejszemi o palmę piękności walczyć mogły.
Niejedna tu twarzyczka miała i arystokratyczną dystynkcję, i strój, któregoby się tytułowane pierwsze rzędy nie powstydziły. Z pokolenia, które schodziło, mało już było reprezentantów, świat młody po większej części lub mogący się liczyć do niego.
Z typów fizjognomij łatwo tu było wyróżnić Francuzów w wielkiej liczbie, których większość miała owo piętno galijskiego pochodzenia, jakiego wieki zetrzeć nie potrafiły. Na emigracji tej wcale znać nie było jej położenia, ani w wyrazie dumnych twarzy, ani w strojach wyszukanych i modnych.
Wszystko to zdawało się krajowcom wskazywać, poczuwać się do jakiejś wyższej roli i bardziej do zdobywców, niż do wędrowców bezdomnych było podobne.
Cisnęli się do nich ciekawi i z upragnieniem słuchali jak wyroczni.
Cała francuska kolonja zajmowała pierwsze rzędy, łączyła się z najwykwintniejszem towarzystwem i zdawała mieć poczucie, że mu zaszczyt czyni, poufale się z niem obchodząc.
Z większego świata, kto tylko nie grał dnia tego w zapowiedzianej komedji Dorat’a, znajdować się musiał w szrankach widzów. Było w modzie koniecznie pokazać się na Socjecie; gra artystów obudzała najżywsze zajęcie.
W sali ścisk się coraz powiększał, a że zaproszonych osób nie liczono i z płatnemi biletami się nie rachowano, przewidywać było można, iż wkrótce wszyscy się dusić będą.
Grabski, który unikał nazbyt ścisłych stosunków ze światem eleganckim i o zaproszenie dla siebie się nie starał, kupił sobie bilet zawczasu i znalazł się, wszedłszy, wśród bardzo różnorodnego tłumu, w którym rozpoznawał i w ulicach, i po sklepach, i na świecie gdzie niegdzie widywane twarze. Nie mógł on towarzyszyć kuzynce, gdyż liczba osób na bilecie zapraszającym była ograniczoną do trzech.
Majorowa podjęła się te panie i szambelana z niemi wprowadzić do krzeseł w pierwszych rzędach.
Mieczysław umieścił się tak przy ścianie, aby przynajmniej zdaleka mógł się widokiem pięknej Sylwji napawać.
Właśnie się był ubezpieczył, że go stamtąd nikt nie wyruguje, gdy we drzwiach ruch postrzegł i z bijącem sercem poznał po słusznym wzroście i ślicznej, radością rozpromienionej twarzyczce Sylwję, która, choć po raz pierwszy w życiu znajdowała się w towarzystwie tak tłumnem i z tak dobranych żywiołów złożonem, miała pewność siebie największą i nieustraszoną odwagę kobiety, która czuje, iż do tego świata jest przeznaczoną.
Szła jak królowa, śmiałe dokoła rzucając wejrzenia, ubrana ze smakiem wielkim, a razem z prostotą jej wiekowi przyzwoitą; szła z uśmieszkiem na ustach, zdając się mówić.
— Patrzcie, jak mnie Bóg piękną stworzył i jak mi z tem dobrze.
Włosy jej cudownie były związane wedle rysunku z kamei greckiej zdjętego i dodawały rysom twarzy szlachetnego, klasycznego wyrazu.
Suknia jasna, śliczne koronki, łańcuszek złoty wenecki na szyi, u boku zegareczek z emalją kameryzowany, na ręku biały szal turecki, jak do portretu ją ubierały.
Nad wszystko jednak ubierała ją młodość i te dziewicze kształty posągowe, które ówczesny strój uwydatniał, a żadna sztuka naśladować nie mogła.
Tuż za nią pani wojska Czeżewska z minką ściągniętą, zesznurowaną, d’une vraie précieuse ridicule, z oczkami przymrużonemi, sentymentalna, jak niewinna srogich losów ofiara szła, panosząc się sobą, aby ją, uchowaj Boże, o plebejuszostwo nie posądzono. Nakładła tego dnia na siebie co tylko mogła, i kokardami, fontaziami, wstążkami, fiokami, pstrocizną uczyniła się jak najdoskonalej śmieszną.
Była to żywa karykatura paryska, ale ona jedna wcale tego widzieć nie chciała.
Za nią przesuwała się żwawo, zamaszysto, strojna z prawdziwą dobrego tonu choć trochę jaskrawą elegancją, majorowa, wesoła, trzpiocząca się — łająca jednych, drugim coś poszeptująca na ucho, popychając, śmiejąc się, dowcipując, dając znaki oddalonym, wszystkim znajoma, miła, a tak pewna siebie, jakby tu była niezbędnem kółkiem w machinie.
Nim do miejsc dla siebie przeznaczonych doszły, miała zręczność mówić po francusku, po polsku, po włosku, zdaje się nawet po niemiecku, bo rodzina Hoymów zajmowała też miejsce w krzesłach.
Oczy wszystkich, a szczególnie mężczyzn młodych i starych, zwracały się na piękną nieznajomą, na Sylwję. Panie, którym przybywała rywalka, mierzyły ją od stóp do głów, w tym żywym, ślicznym posągu szukając plamki, rysu, czegoś, coby było wadą, coby psuło harmonję całości, coby pierworodnej zmazy ludzkiej było piętnem.
Z niepokojem trudnym do odmalowania wlepiały wzrok w twarzyczkę jej, wyraz i charakter chcąc zbadać. Nie brakli jej inteligencji? nie będzieli śmieszną? Egzaminowały strój, czy nie zdradzi niedostatku smaku i parafjańszczyzny? Z siłą intuicji, jaką posiadają kobiety, wcielały się w to nowe bóstwo, aby odkryć słabą stronę jego, coby je między słabe, pospolite córki Ewy strącić pozwalało.
Jedyną plamką, jaką mogły w Sylwji znaleźć, był zabawnie się przedstawiający, okrągluchny Polonus, jej ojciec, który, tuż ją ścigając, skarbu swego z oka nie spuszczał.
Ojciec ten kontuszowy dowodził, że i wychowanie panny, nawpół przynajmniej, staropolskie być musiało.
Czcigodny nasz szambelan Burzymowski na ten dzień występu coram publico przybrał był, na nieszczęście, fizjognomję jakąś niezwykłą, uroczystą, z którą mu nie było do twarzy. Czuć było, że ją zapożyczył. Wystroił się też, wiernym pozostając moribus antiquis, w najparadniejszy kontusz, w karmazynowy żupan, w złocisty pas nazbyt gruby, który na żołądku już i tak zaokrąglonym tworzył górę ogromną. Czapkę wspaniałą z obawy, aby mu jej nie pognieciono, niósł w ręku, wysoko unosząc nad głową.
Ale niczem było to wszystko przy nieocenionym wyrazie twarzy, na dni powszednie wesołej, jowjalnej, rubasznej, a na ten wieczór przerobionej w statystę.
Więc usta nadęte, czoło miał namarszczone, głowę wtył odrzuconą, a cała postawa wynaśladowaną była z jakiegoś niedobrego wzoru, dla szambelana niewygodną, dla patrzących zabawną.
Burzymowski, niosąc w garści zaproszenie, był pewnym, że jest w prawie zająć miejsce na straży około córki, i wcisnął się za nią między krzesła, depcząc suknie, miętosząc stroje, gdy nań zewsząd sykać zaczęto.
Pierwsze te rzędy krzeseł były wyłącznie tylko dla samych dam odseparowane.
Majorowa, widząc to, nachyliła mu się do ucha.
— Panie szambelanie, niech pan sobie miejsca szuka gdzie indziej, tu same kobiety! Widzi pan, tu nie można!
Obejrzał się Burzymowski.
W istocie mężczyźni u drzwi i w ostatnich rzędach się skupiali. Rad, nierad musiał się rejterować, co mu humor nadwerężyło. U wnijścia, do którego się wycofał, ujrzał twarze znajome Kalinowskiego i młodzieży śniadaniowej, witającej go nadzwyczaj serdecznie. To go ujęło znowu i przywróciło myśl dobrą.
Pan Pacewicz schylił mu się do ucha.
— Chodź pan do nas! co ci tam do bab pilno! Nim się rozpocznie gra i kurtyna podniesie, wychylimy w kąciku burgunda po lampeczce. To nam oczy zaostrzy.
Oparłby się był szambelan, bo i burgunda znajdował nie na miejscu, i chciał choć zdaleka patrzyć na córkę a pilnować jej, ale młodzież go siłą, mocą pod ręce uchwyciła i niemal w powietrzu uniosła, wołając:
— Szambelanie, Cygan się dał powiesić dla kompanji, czyżbyśmy gorsi być mieli od Cygana. Chodźmy!
— Chodźmy! Chodźmy! — powtarzano dokoła natarczywie — i szambelan sam nie wiedział, jak się znalazł za drzwiami, w sionce i w bufecie.
W tym improwizowanym bufecie, który podobno panu Ledoux z tepperowskiego pałacu powierzono, ścisk już był i gwar. Młodsi i starsi chłodzili się i rozgrzewali, niektórzy dla pań kupowali cukry i łakocie.
Burzymowski zostawiony sobie nie dostałby był ani kropli wody nawet, ale panowie prowadzący go mieli swe prawne przywileje, zasługi, głos przeważny i na jedno ich skinienie tłusta butelka burgunda natychmiast się zjawiła, jako przednia straż tych, które w ślady za nią iść miały.
Burgund nie był już teraz od rzeczy. Szambelan się rozmyślił, rozważył i znajdował, że się nim pokrzepić nie wadziło; naprzód z tej racji, iż u obiadu pani kasztelanowej tylko lekkie wino stołowe węgierskie podawano, które, wedle teorji Burzymowskiego, kwasy w żołądku mnożyło, powtóre, że się czuł bardzo zmęczonym, a na znużenie niema lepszej rzeczy nad kieliszek wytrawnego, krzepkiego jak burgund wina, naostatek ponieważ mu nierozsądna jakaś trwoga o córkę serce uciskała, a chciał ją rozpędzić.
Kielich więc wystałego burgunda przychodził w porę, siły mógł dodać... przyjął go szambelan i wszyscy ochoczo się stuknęli.
— Oby się nam dobrze działo! — zawołał, mrugając, szambelan i nadając toastowi szerokie znaczenie.
Młodzież otaczająca go, dając mu poznać, iż doskonale zrozumiała doniosłość życzenia tego, także mrugać i uśmiechać się zaczęła. Wzięto go w oblężenie i otoczono nieprzebytem kołem.
— Jedna lampeczka dobra rzecz! — dodał, smakując, Burzymowski.
— Dwie jeszcze są lepsze, bo bis repetita placent! — podchwycił Kalinowski — jest to aksjomat niewzruszony.
— Ba! ale nieskończenie prawdziwsze i uroczystsze jest mistycznego znaczenia omne trinum perfectum! — wtrącił inny.
— Cztery, aby było do pary! — wołał trzeci.
— Pięć jest połową dziesiątka — dodał ktoś zboku.
— Sześć stanowi dwie trójce!
— Zlitujcie się! co te wszystkie liczby znaczą przy siedmiu! Siedem dopiero to mi lik! Liczba kabalistyczna, dni w tygodniu, kolorów w tęczy, mędrców... i nieporachowanych zjawisk najprzedziwniejszych...
— A! niech ichmościów z ich arytmetyką! — rozśmiał się szambelan, trzymający się jeszcze jedności. — Na jednym dość! Trzeba pamiętać, że — ne quid nimis.
I tak pito, a dolewano nieznacznie ztyłu do kieliszków napoczętych.
My zostawmy szambelana w dobrem towarzystwie, a powróćmy do sali.
Miejsce dla mających przybyć pań było zachowane, wskazała je usłużna majorowa.
Obok Sylwji siedziała już osóbka niezbyt ładna, ale młodością i życiem, wyrazem rozumu i dowcipu odznaczająca się w tłumie. Pomimo nadzwyczaj starannej tualety, można było dostrzec, gdy się poruszała, jakby odrobinkę ułomności, jedno ramię trochę wyższe, ale to jej nie szpeciło. Gasiła tę przypadkową wadę twarzyczka tak rozjaśniona, tak rozumna, umiejąca przybrać wyraz, jaki chciała, tak przejęta wewnętrznym jakimś duchem młodzieńczym, iż przy niej najpiękniejsze nie zwracały uwagi; wydawały się martwe, bez życia, bezduszne.
Z ust i oczów tryskała jakaś siła, oznajmująca bogate wyposażenie głowy i serca.
Panienka ta od wnijścia Sylwji śledziła każdy ruch jej z ciekawością, z chciwością, a gdy szambelanówna usiadła przy niej, nie przestała badać najmniejszego szczegółu powierzchowności swej sąsiadki. Majorowa, zapewne już przygotowana na to, natychmiast przedstawiła pannę Burzymowską hrabiance Anecie Tyszkiewiczównie, córce pani hetmanowej, której między widzami nie było, bo miała wystąpić na scenie.
Niemłoda już pani hetmanowa miała taki talent dramatyczny, taką dystynkcję i wdzięk na scenie, iż wszystkie serca podbijała.
Hrabianka Aneta była jedną z gwiazd Warszawy, szczególniej się odznaczając rozlicznemi talentami, wielką umysłu żywością i znakomitem wykształceniem. Artystka, rysowniczka, sztycharka, zapalona czytelniczka wszystkiego, co na świat wychodziło, miała nad pospolitemi kobietami wyższość, jaką jej nadawały przymioty, które piękność zastąpić i kazać o niej mogą zapomnieć. Dlatego wdziękami nie mogąc walczyć z innemi współzawodniczkami, hrabianka Aneta zwyciężała je łatwo jednem słówkiem, i jak matka wdziękiem i słodyczą, podbijała dowcipem, często ostrym i wyższością umysłu niezaprzeczoną.
Lękano się jej zarówno, jak o łaski jej starano. Narazić się hrab. Anecie było to niepowrotnie się zgubić. Umiała okryć śmiesznością, a komu przyczepiła grzechotkę, ten się jej już pozbyć nie mógł. Sława jej dowcipu była ustaloną w Warszawie, powtarzano trafne jej słówka, a może i na rachunek hetmanówny tworzyć je sobie pozwalano.
Po drugiej stronie miały przybyłe panie piękność już niemłodą, goniącą ostatkami, świetną jeszcze przy wieczornych świeczkach i mroku, niezmiernie strojną, niespokojną, rzucającą oczyma na wszystkie strony.
Majorowa na ucho oznajmiła Czeżewskiej, że to była z domu księżniczka Sapieżanka, następnie księżna Sanguszkowa, a teraz hrabina Sewerynowa Potocka, — i że oczy jej biegały tak, szukając pana Michała, syna jenerałowej Grabowskiej.
Zkolei cały ten wieniec piękności najrozmaitszych musiała majorowa po imionach i nazwiskach dać poznać Sylwji, której też panna Aneta, zabrawszy z nią prędką i łatwą znajomość, służyła uprzejmie swą wszechwiedzą, ostrożnie dowcipem zaprawną.
Rozpoczęta rozmowa i zbliżenie się hrabianki Anety do szambelanówny dały jej poznać, że miała przed sobą niestrwożoną i trwożliwą wieśniaczkę, ale istotę bardzo dobrze usposobioną i przygotowaną do wcielenia się w świat wielki. Rozumiała wszystko od pół słówka, domyślała się łatwo tego, co dopowiedzieć nie wypadało, nie potrzebowała długich wyjaśnień. Dwie panienki wybornie do siebie przystały. Sylwja miała szczęście się podobać, prawda, że dowcipem wcale się nie myślała mierzyć z hetmanówną, a umiała go ocenić...
Ukazanie się świeżej, nieznanej piękności w Socjecie, osóbki, o której jeszcze nikt nic powiedzieć nie umiał, na którą wszystkie oczy były zwrócone — robiło wrażenie ogromne... Zapytywano dokoła, kto to mógł być taki? — skąd? — pod czyim patronatem wchodziła w towarzystwo? — do jakiej jego części miała należeć?
Na chwilę wszystkie panie musiały uczuć trochę zazdrości, takie dziewicza piękność wieśniaczki wywoływała zachwyty, tak pod pierwszem wrażeniem zgodnie cały ten świat uznawał ją — prześliczną.
Wprawdzie kobiety wkrótce potem znalazły różne drobniuchne skazy na tym diamencie. Jedna pani utrzymywała, że oczy miała za duże, druga, że usta za małe, inna, że jej płeć była wieśniaczo, chłopsko świeżą a niedystyngowaną — i t. p. Mężczyźni jednak wszyscy godzili się na to, że piękność była pierwszej wody.
Książę Józef, który ze swym przyjacielem, zakrytym kilku Francuzami, stał w kątku i wpatrywał się w Sylwję z nietajonem zachwyceniem, tak się urządził z wyborem miejsca, despotycznie trochę, aby w ciągu całego przedstawienia z oczów jej nie tracić.
Kiedy niekiedy wejrzenie jego spotykało się ze wzrokiem majorowej, która zdawała się mu coś chcieć dać do zrozumienia, ale książę, jak gniewny i zmieszany, natychmiast oczy odwracał.
Szambelana nie było ani śladu, młodzież opanowawszy go, trzymała w bufecie, nie puszczając do teatru. Mieczysław Grabski, stojący opodal, zaledwie mógł oczyma niespokojnemi raczej odgadywać, niż dopatrzeć, co się działo z jego kuzynką, której ledwie grecką dostrzegał fryzurę. Marszczył brwi, napróżno ojca szukając.
Gdzie się zapodział, pojąć nie mógł. Widział go wchodzącego, a przy córce nie był, w tłumie u drzwi znaleźć go nie umiał. Tymczasem oczy niebezpieczne, czarne, śliczne oczy księcia magnetyzowały dziewczę nieopatrzne, które ich nie unikało.
Gdyby nawet zawsze usłużna majorowa księciu nie pokazała go Sylwji i nie nazwała, szambelanówna z widzenia przez okno w powozie sama go była poznała.
Wydał się jej idealnie pięknym, miał w sobie coś pańskiego, szlachetnego, rycerskiego, co go wyróżniało od wszystkich, jakgdyby innej krwi był, rodu, plemienia, niż ci, co mu, dokoła stojąc, dworowali. Odblask tronu lśnił się na nim jeszcze. Nawet Francuzi, duki i markizy z wielkiemi tony swojemi wyglądali przy nim na lokajów. Sylwja spojrzała i spotkała wzrok jego wlepiony w siebie, przeszywający, ognisty, natrętny. Zarumieniła się, odwracając oczy, lecz gdy po chwilce nieśmiało znowu wzrok rzuciła w tamtą stronę, znalazła jego źrenice czarne, nieporuszone, nieprzestannie jeszcze patrzące na nią. Zrobiło się jej gorąco, dreszcz przebiegł po ramionach, chciałaby była uciec, skryć się od tego wzroku napastliwego, zuchwałego, mówiącego nadto i męczącego ją natarczywością swoją. Poczęła rozmawiać z panną Anetą, która jej właśnie oświadczyła, że po teatrze radaby ją zawieźć Pod blachę, aby tam poznała matkę jej, panią hetmanową.
Sylwja była tem uszczęśliwioną i wdzięczną.
Nie spoglądała długo w tę stronę, gdzie stał książę Józef, ale, rzecz dziwna, nie widząc jego wejrzenia, czuła je na sobie, paliło ją — a gdy po długim przestanku ukradkiem się chciała przekonać, czy książę jeszcze patrzył na nią — z przerażeniem zobaczyła czarne oczy jeszcze z większem natężeniem, wyrazem, blaskiem, jakby szukające jej wzroku.
Zapłonęła niezmiernie, gdyż pomyślała, że tak, jak ona, wiele innych osób mogło dostrzec to spojrzenie i tłumaczyć je sobie.
Zlękła się tego, ale razem szczęśliwą była i dumną.
W młodej główce co się to czasem roić może!
Któż wie? — widziała już może na białych ramionach swoich gronostajowy płaszcz książęcy, siebie panią i królową, u nóg swoich dwór cały, świat ten cały, a pięknego księcia, bohatera u boku — książę wydawał się jej coraz piękniejszym; zręczna postać jego rysowała się na białej ścianie sali w półcieniu, jakby ustawiona na piedestale — nie poruszał się prawie.
Francuzi, którzy się kusili zabawiać go rozmową, widząc, że do niej nie miał ochoty, odsunęli się nieco.
Kamenecki i Rautenstrauch zdawali się stać na straży, aby mu w jego zadumie nie przeszkadzano.
Dwór przyjacielski księcia Józefa łatwo było odróżnić po stroju, wszyscy doń należący mieli na sobie ubranie zwane mundurem przyjacielskim, złożonym z całego ad hoc garnituru: fraki zielone z czarnemi kołnierzami aksamitnemi, z guzikami, na których stał napis: Jabłonna, i ponsowe kamizelki, szamerowane po huzarsku.
Przypominało to przyjacielskich Albeńczyków i Szczęsnego Potockiego tulczynieckie liberje, upodlający serwilizm i lokajstwo szlachty, otaczającej magnatów — ale nie wszyscy też przyjaciele księcia Józefa radzi przywdziewali tę barwę dworską.
Po długiem oczekiwaniu podniosła się wreszcie kurtyna; — szmer rozmów, jakby czarodziejską różdżką zaklęty, nagle zmienił się w najuroczystszą ciszę, i wszystkie prawie wejrzenia zwróciły się ku scenie.
Mówimy: prawie, gdyż książę Józef był tego dnia roztargniony, zadumany i wolał się przypatrywać pięknemu temu parterowi kwiatów, który miał przed sobą.
Grano tego dnia Dorafa — La feinte par amour.
Nie będziemy ani podawać treści tej komedji, ani opisywać gry artystów, dosyć powiedzieć, że widzowie wszyscy byli zachwyceni; a panie Vauban, księżna Ewa Sułkowska, Sobolewska, panowie Vauban, de Beaumont, Grabowscy i inni co chwila wywoływali frenetyczne oklaski.
Szczególniej zimny i sztywny Vauban, który w codziennem pożyciu zdawał się bardzo pospolitym człowiekiem, na scenie okazywał talent dramatyczny znakomity, jakiego się po nim nie można było spodziewać, — szło wszystko jak z płatka, bo nawet role były doskonale wyuczone i nie potrzebowały powoływać się do budki suflera. — Na twarzach publiczności malowało się zdumienie i przejęcie.
Ze sztuki dowcipnej Dorat’a wiał francuski duch dawny, coś wypieszczonego, wydelikaconego, wysmażonego, wydającego się tak dziwnie dystyngowanem, jakby być miało ideału cywilizacji wyrazem, zamiast jego karykaturą... Niestety, styl ten był zwiastunem przeżycia się i chorobliwego wycieńczenia.
W czasie sztuki Sylwja słuchała jej z wielką uwagą, i z większą może, niż inni słuchacze naiwnością dała się porwać urokowi tego języka i akcji; okazywała szczerze swe wrażenia, ale to ją ożywiało, czyniąc piękniejszą jeszcze. Książę Józef patrzał a patrzał na nią jak w zwierciadło, w którem się komedja odbijała. Czasem i ona zwróciła szybko oczy, czy też zawsze ściga on ją tym nieznośnym wzrokiem i przekonywała się, że książę był niesłychanie uparty.
Któż nie wie o tem, że oczy mówić umieją, że wzrok nietylko powiada — kocham cię, nienawidzę, gardzę, brzydzę się tobą, ale ma sposób oznaczyć dobitnie każdy odcień myśli i uczucia? Sylwja pierwszy raz się w życiu przekonała, że niemą taką można było prowadzić rozmowę i doskonale się rozumieć.
Mówiła mu:
— Ale, proszę księcia, wszyscy patrzą, ja się wstydzę!
Książę jej odpowiadał.
— Przestać na ciebie patrzeć jest nad siły moje.
— Czyż znowu? — czyż jeszcze?
— Muszę! — Nie ustąpię kroku, nie odwrócę oczu!
— Ależ — ludzie?
— Co mi tam świat i ludzie?
Niech wiedzą wszyscy, że ty jesteś bóstwem dla mnie.
— My się nie znamy przecie.
— Ja cię poznać muszę — i t. p.
Co się tymczasem działo z szambelanem, niepodobna było odgadnąć. Wprawdzie komedja po francusku grana, szybko, żywo, nie byłaby mu może całkowicie zrozumiałą, ale powinien się był choć pokazać między widzami i pośmiać na wiarę cudzą, gdy się wszyscy śmiali. Ani jego, ani młodzieży, co mu do bufetu towarzyszyła, nie było w sali. Czasami niektórzy z tej bandy ukazywali się we drzwiach na krótko, zarumienieni, w dobrych humorach — i wnet znikali. Zdawali się tylko przybywać dla przekonania się, że teatr był jeszcze pełny.
Grabski wszystko zdala obserwujący, bladł i niecierpliwił się, odgadł był prawie spisek na starego uknuty.
Nie mógł nic poradzić na to. Widział ze swojego miejsca, jak Sylwję opanowano, wciągnięto w koło dam z Pod blachy, jak ożywiona, szczęśliwa, zapomniawszy o ojcu, cała się oddawała nieznanej, nowej dla siebie przyjemności.
Odwróciwszy się po chwili, ujrzał Mieczysław przy sobie stojącego niemłodego mężczyznę, ze smutną jakąś twarzą, na której ślady lat przeżytych burzliwie bardzo były widoczne.
Ubrany skromnie, z założonemi na piersiach rękami, oparty o mur przyglądał się i przysłuchiwał z uwagą wielką, znawcy i miłośnika sceny. Grabski znał tę twarz z widzenia, nie mogąc jej sobie przypomnieć zrazu. Dopiero szukając w pamięci nazwiska, trafił na Bogusławskiego. On to był w istocie.
A że Mieczysław był mu niegdyś prezentowany, pomiędzy aktami zbliżył się do niego, przywitał i przypomniał mu się.
Stary milcząco, skromnie, z jakąś nieufnością przyjął Grabskiego, był pod wrażeniem przykrem, przygniatającem.
— Cóż pan, jako najlepszy znawca, mówisz o grze tych artystów amatorów? — zapytał go pocichu Grabski.
— Wyborna jest! — odparł dyrektor. — Przyszedłem uczyć się i podziwiać, bo ze wszystkiego należy korzystać. W rolach salonowych są to aktorowie nie porównani — dodał z nieco dwuznacznym uśmiechem, w nich też oni więcej od nas mają wprawy.
Całe życie aktorami być nawykli. My, schodząc z desek, radziśmy być prostymi ludźmi, jak nas Pan Bóg stworzył — oni...
Nie dokończył Bogusławski, czując, że nadto może był szczerym, a po chwilce milczenia dodał, jakgdybv pod ciężarem trapiącej go myśli.
— Jutrobyśmy tego Dorat’a mogli dać na polskiej scenie, o niewiele gorzej może, ale któż przyjdzie słuchać nas i patrzeć na nas po tych dostojnych artystach? Konkurencji z hrabiami i książętami nie sprostamy — ani talenta, ani stroje nasze!
Pan młodym jesteś, — mówił ze łzą w oku Bogusławski — nie pamiętasz lub nie widziałeś na naszej scenie — „Powrotu posła“, a potem „Krakowiaków i górali“. Nasz teatr trzeba było naówczas oglądać, gdy jedno serce biło na scenie, w lożach i na parterze. Naówczas rosnął aktor, siły mu dodawała publiczność, z nim i w nim grali wszyscy.
Otarł łzę stary Bogusławski, a Grabski szepnął poruszony:
— Mylisz się, szanowny dyrektorze — bardzo młody jeszcze, z całą żywością uczuć młodzieńczych, słuchałem „Powrotu posła“ i byłem na „Krakowiakach!“
Bogusławski za obie ręce go pochwycił, oczy mu oschły i zaiskrzyły się.
— Byłeś pan! byłeś! — zawołał drżącym głosem. — A! to były czasy szczęśliwe. — Nie! to był sen i marzenie! Znikło też i rozwiało się jak senne mary!
Kurtyna podniosła się znowu. Grabski daleko był mniej zajęty Dorat’em i maleńką sztuczką, która po nim nastąpiła, niż Sylwją i jej ojcem. Czuł się coraz niespokojniejszym, a szambelana jak nie było, tak nie było.
Zapadła nareszcie zasłona po raz ostatni wśród grzmotu nieskończonych oklasków, wszyscy wstawać zaczęli, zamieszanie wielkie wszczęło się na sali, a że widzowie powstawali z miejsc swoich, Miecio nie mógł już nawet dojrzeć, co się działo z Sylwją i jej ojcem. Chciał co najprędzej wynijść, ale właśnie u drzwi płatnych miejsc ścisk był taki, że przecisnąć się stawało niepodobieństwem.
On i Bogusławski wstrzymani, zduszeni, cofnęli się, dając innym, szczególniej kobietom, wydobyć z tłumu i nieprzyjemnego tłoku. Czekali trochę, próbując po kilkakroć przebić się napróżno, — czekali znowu, i tak aż prawie do samego końca, gdy się już tylko resztki pozostały.
Grabski wybiegł nareszcie z sali, i na myśl mu przyszło zajrzeć do bufetu, jakby miał przeczucie, iż tam wciągnięto starego.
Znowu zmuszony przebijać się przeciwko prądowi, dostał się do pierwszej izdebki, w której nikogo już nie było, gdy do drugiej zbliżywszy się, zaleciał go głos znajomy.
Szambelan otoczony pięcią czy sześcią młodzieży, z kielichem w ręku, właśnie im nader raźnie i zamaszysto opowiadał, jak dzielnym był niegdyś myśliwym i jak na polowaniu u książąt Sanguszków wypadł na niego razem dzik i rogacz.
— U księcia, mościbdzieju, porządek w myślistwie był rarytalny. Każdy myśliwy miał przy sobie chłopaka, który co najmniej dwie strzelby nabite trzymał w gotowości dla niego. Ja miałem właśnie jedną pogotowiu w ręku, gdy usłyszałem łomot — patrzę sadzi na mnie wprost wspaniały rogacz. Jak nie palnę... brzdęk! wywrócił się, a tu chłopiec mi drugą fuzję ciśnie, — odyniec! Złożyłem się do bestji. Jak huknę, mościbdzieju — wywrócił się i jucha mu pyskiem buchnęła! A, to powiadam asińdziejom, na ręku mnie tego dnia nosili...
W ciągu opowiadania szambelan spostrzegł stojącego we drzwiach, jak widmo, nieporuszonego Grabskiego.
— A! asińdziej tu co robisz! mocanie Miciu? — zawołał.
Wszyscy się zwrócili ku nowemu gościowi i, znaki sobie dając, żwawo się wysuwać poczęli, nawet bez pożegnania. Grabski się zbliżył do szambelana.
— Już po teatrze! — rzekł do niego.
— Jakto?! co gadasz?! po teatrze?! Słyszę się jeszcze nie zaczęło! Coś tam zabrakło... — zawołał szambelan — ci panowie mi ręczyli.
Obejrzał się na swych towarzyszów, aby się do nich odwołać, obwinionych już nie było.
— Sztuki obie dawno odegrane, — dodał Grabski — wszyscy się do domów rozjechali, na sali niema nikogo.
Szambelan osłupiał!
— Ale, — możeż to być? — zakrzyknął, szukając aksamitnej swej czapki, którą tak troskliwie niósł nad głową w ręku, aby mu jej nie zmięto. Czapka znalazła się, ale spłaszczona i wysiedziana wniwecz... Burzymowski strzepując ją, aż nogą tupnął z gniewu.
— Najsłodsze Serce Jezusowe! — zawołał. — Co ty prawisz! sztuka skończona? wszyscy się rozjechali? Możeż to być? któraż godzina?
— Ostatni prawie wyszedłem z sali — potwierdził Grabski.
Szambelan począł się śpieszyć, klnąc pocichu. Wybiegli oba ku teatrowi, bo Burzymowski chciał się przekonać naocznie, jak rzeczy stały. W teatrze istotnie zastał pustki, dwie tylko świeczki łojowe paliły się w kątach, a kilku ludzi rozpatrywało się w pogubionych rzeczach, w pozapominanych chustkach i szalach.
Przed pałacem radziwiłłowskim powozu nie było żadnego, głucha cisza. Jeden chłopaczek z latarnią prosił się do przeprowadzenia.
— A no, to chodźmy z nim do domu — rzekł Burzymowski zrezygnowany. — Nie tak ci to daleko, a mnie niepilno. Prawda, że teatr straciłem, wdawszy się z tymi szałaputami, ale com się ubawił, tom się ubawił — powiadam ci, jak nigdy. Serdeczni to ludzie, młodzież złota! A łgą!! aż się za nimi kurzy, ale z taką fantazją, zawsze arte i zabawnie!!
Sylwja — dodał szambelan, idąc — będzie na mnie markotna, bo — mea culpa, winienem, zabałamuciłem się, jak młodzik! przeproszę ją! Przecież Czeżewska zna miasto jak swoją kieszeń, i powóz miały, i służącego, więc o nic się pewno nie zafrasowały! Nic się im nie stanie.
Grabski milczał posępny, szli dalej.
— Lękam się, — odezwał się wreszcie Micio — czy tylko powróciły do domu?
— No! a gdzieżby być miały? cóż znowu? — zaśmiał się Burzymowski — do kościoła za późno, a na przejażdżkę za wcześnie.
— Nie wiem, alem obserwował, — rzekł Grabski — że Sylwja porobiła znajomości, otoczoną była przez panie i — mam jakieś przeczucie, że ją musiano gdzieś zaprosić na resztę wieczora.
— Cóż znowu? co znowu? gdzie? jak? beze mnie? tak obcesowo? To nie może być! — zawołał szambelan — imaginacja!
Śpiesznym krokiem szli ku Miodowej ulicy. Zbliżając się do domu, podniósł oczy szambelan ku oknom pierwszego piętra, nie zobaczył w nich światła, ale wytłumaczył to sobie tem, że tylko co powróciwszy, panie się jeszcze z wielkich toalet rozbierać musiały.
Zybek, jak zwykle, dla lepszego przypatrywania się miastu stał we drzwiach. Zobaczywszy go zdala, niespokojny trochę Burzymowski zawołał:
— Zybek! dawno panienka powróciła?
— A! panienkiż niema! — odparł chłopak — musić w tyatrze, czy co.
— Jakto niema? trutniu jakiś! jakto niema! Musiałeś, ty jucho, latać i prześlepiłeś, gdy wróciły — zawołał gniewnie szambelan.
— Ani krokiem nie ruszałem się od tego progu, — odpowiedział Zybek — toć oczy mam, widziałbym.
Z wielkim pośpiechem i rosnącym niepokojem wprost na górę popędził stary i wpadł do garderoby, gdzie służąca ze wsi i służąca z miasta wzięta, w towarzystwie jakiegoś eleganta z ogromnemi pseudokoralowemi dewizkami na żołądku, zabawiały się wesołą konwersacją.
— Panienka powróciła? — zahuczał głos szambelana.
Towarzystwo niezmiernie zmieszane — pierzchnęło na widok tej twarzy meduzy we drzwiach, a jedna z panien odpowiedziała, głos odzyskawszy.
— Panienki niema! Pan nas tak nastraszył!
Burzymowski drzwi nawet nie zamknąwszy, w rozpaczy się stoczył na dół do oczekującego nań Grabskiego.
— Patrzajże! patrzaj! — począł jeszcze na wschodach. — Bodajby cię z proroctwem twojem, a mnie z mojem bałamuctwem wszakci — ich niema!
Co to może być!!
Weszli na dół do stancyjek, w których Zybek już był świecę zapalił i, znając obyczaj pański, gotował się go z kosztownych szat rozbierać.
Łaska to Boża była dla szambelana, że jedno zmartwienie drugiego mu postrzec nie dało. Buty! owe paradne buty pooblewane były i srodze zabłocone, czapka pognieciona straciła cały swój urok dziewiczy, a na paradnym kontuszu i żupanie plamy od wina pozsychałe świadczyły wymownie, gdzie i w jakiem znajdował się towarzystwie. Co najgorzej! pas ucierpiał złocisty, okapany łojem!
Zybek nie mógł się wstrzymać, aby, zdjąwszy z pana kontusz, nie pokazał mu zaraz szkód i obelg, jakie poniósł w teatrze. Innego czasu kląłby był Burzymowski, na czem świat stał, teraz był tak zgryziony i znękany, że to nowe nieszczęście najmniejszego już na nim nie uczyniło wrażenia.
— Pal go tam djabli! — mruknął niewyraźnie, dając kułaka Zybkowi.
Chciał Grabski odejść, nie puścił go szambelan.
— Nie odstępujże ty mnie! ratuj! radź! — krzyknął niemal płaczliwie, ręce załamując, gdyż wino uczyniło go sentymentalnym. — Co my tu poczynać mamy? Gdzie się one podziać mogły, a raczej ona — bo o Czeżewską mi nie chodzi, choćby z kretesem przepadła?
— Być może, iż majorowa ta, która z niemi była, zaciągnęła je do siebie na kolację, — rzekł, usiłując go uspokoić, Grabski — ale mogły i te panie, przy których siedziały, bom widział koło Sylwji hrabiankę Anetę Tyszkiewiczównę, — zabrać z sobą Pod blachę.
— Tegoby mi tylko jeszcze brakło!! tego! nadomiar nieszczęścia mojego! — zawołał, ręce ku niebu podnosząc, szambelan.
Narzekań biednego ojca powtarzać nie będziemy, bił się w piersi i obwiniał. Grabski przez litość starał mu się to w mniej przykrem świetle przedstawić.
Przesiedzieli tak prawie do północy.
Nareszcie usłyszano turkot powozu, który się u drzwi zatrzymał, i nieszczęśliwy ojciec wybiegł na córki spotkanie. Grabski pozostał umyślnie, czując, że w pierwszej chwili byłby tam zbytecznym.
Sylwja, jak anioł piękna, jak ptaszek wesoła, rzuciła się ojcu na szyję.
— Tatku kochanv! — zawołała — nie uwierzysz, jaka ja jestem szczęśliwa! wszystko to winna jestem tobie, mój drogi, mój najlepszy ojcze!
Szambelan, który nagotował się był ciskać pioruny, rozbrojony, osłupiały — stał niemy.
— Ale cóż się z wami stało? — zaczął, przychodząc do siebie i głos odzyskawszy. — Gdzieżeście mogły być beze mnie? bez wiadomości mojej? Ja tu ze strachu umierałem.
— Byłyśmy Pod blachą! kochany tatku! — szczebiotała Sylwja. — Pani hetmanowa z panną Anetą zabrały nas. Szukałyśmy ciebie wszędzie, czekały, posyłały, nigdzie tatka znaleźć nie było podobna... A! co za wieczór rajski! jakie towarzystwo! co za ludzie! Jakie śliczne i miłe panie. Co za dystyngowani ci francuscy panowie.
Czeżewska, która stała, czekając, żeby się odezwać, pośpieszyła, dodając z emfazą, jakby była twórczynią tego triumfu.
— A! córka pana szambelana zrobiła tam, prosto mówiąc, konkietę całego świata! wszyscy nią zachwyceni, uniesieni, w admiracjach! Jutro jesteśmy proszone na obiad en petit comité do pani hetmanowej Na górę.
Fakt był spełniony! po tem, co się stało, cóż już mógł mówić szambelan? Spuścił głowę, potrząsł nią, zmilczał, nie pisnął ani słowa, przyjął życzenie dobrej nocy od córki i powrócił do Grabskiego oniemiały.
Popatrzał mu w oczy długo, potrząsając głową — uściskał go i rozpłakał się. Burgund wylewał się łzami.
— Ale powiedzże ty mi, — odezwał się żałośliwym głosem, upadłszy na krzesło — powiedz mi tak sumiennie, rzetelnie, uczciwie, co ja tu winien? Skład okoliczności! nieprzeparty fatalismus! Żebym się był nawet nie zagadał z tymi szaławiłami — to co? Mógłżebym się ja oprzeć pani hetmanowej? — Nigdy w świecie! Nie było na to rady! powiadam ci — fatalizm! przeznaczenie!!
Grabski nie chcąc go drażnić wymówkami, już teraz próżnemi, zabierał się do wyjścia milczący.
— Ja tam na ten obiad do pani hetmanowej nie pójdę — dodał zadumany Burzymowski. — Przyjdź ty do mnie, zjemy razem i pogadamy! Zlituj się. — Ja głowę tracę z tą dziewczyną — a ona powiadam ci, jakby ją kto na sto koni wsadził, taka szczęśliwa!
I tak się ten niefortunny dzień zakończył.

III.

W pałacu Na górze, w małej salce jadalnej zasiadła niewielka liczba osób dnia następnego. Oprócz gospodyni i jej córki, hrabianki Anety, byli oboje państwo Vauban, których rzadko razem widywano, baron de Fontbrune, książę Józef i Sylwja z nieodstępną a uszczęśliwioną Czeżewską.
Szambelanówna była istotnie bardzo szczęśliwą, malowało się to dobitnie na jej pięknej twarzyczce; ale szczęście jej nie dorównywało rozpromienieniu pani wojskiej, która, choć ją nieco zaniedbywano, i mało się mogła mieszać do rozmowy, samem uczuciem tem, że się znajdowała wśród osób tak wysoko położonych, tak dystyngowanych — była w siódmych niebiesiech.
Oglądała się, uśmiechała, wciągała z rozkoszą to błogosławione, wonią arystokratyczną przesiąkłe powietrze, napawała się szmerem rozmów, w całem znaczeniu wyrazu tego używała swojego szczęścia z rozrzewnieniem, z wdzięcznością Opatrzności.
Już teraz snuła sobie, jak będzie mogła później okraszać opowiadania, wtrącając do nich ten prosty, ale wielkiego znaczenia frazes: „Gdym była u pani hetmanowej“.
Lub: „Słyszałam, jak książę Józef mówił”.
A nareszcie, choćby: „Zapewniała mnie hrabianka Aneta, gdym u nich była“.
Przed obiadem zaledwie zawiązać się mogła rozmowa.
Hrabianka Aneta porwała swą rówieśnicę, aby się przed nią pochwalić nieco swojemi zajęciami, zabawami, całym zasobem umiejętności i talentów.
Gdy książę Józef nadszedł z baronem, zbliżył się razem do hrabianki i do Sylwji, grzecznie je zapytując:
— Czy wczorajszy wieczór nie zaszkodził im? bo Pod blachą, jak zwykle, było bardzo gorąco.
Tak nawet tego dnia napalono, że pani Cichocka w tańcu omdlała. Przypisywano to jednak jakiemuś wrażeniu, silniej działającemu na nerwy, niż ciepło pokojowe.
— A! owszem! — odparła Sylwja z właściwą sobie swobodą i śmiałością. — Wróciłam bardzo szczęśliwa i rozmarzona wszystkiem, com widziała i słyszała. Sny miałam czarodziejskie.
— Bardzobyśmy pragnęli, — odezwał się książę Józef — aby pierwsze wrażenie, jakie na pani uczyniła Warszawa, nie popsuło bliższe jej poznanie. Będziemy się starali o to.
Sylwja miała jeszcze odwagę podziękować wogóle za przyjęcie, jakiego tu doznała, nadeszła panna Aneta, która na chwilę ustąpiła, a później wszyscy zasiedli do stołu.
Przy obiedzie mówiono o tym tysiącu drobnych miejskich wypadków, których znaczenie tylko dla wtajemniczonych było zrozumiałe. Hrabianka jednak z uprzejmością wielką albo objaśniała siedzącej przy niej Sylwji, o czem była mowa, lub osobno ją zabawiała o czem innem rozmową, usiłując wybadać i poznać bliżej tę wieśniaczkę tak odważną i wesołą.
Sylwja, jakby przysposabiając się do ukazania na wielkim świecie, dużo czytała tych książek, które naówczas były w modzie; mogły więc wzajemnie sobie o nich udzielać postrzeżeń i myśli. Świat naówczas znękany radykalizmem rewolucji i utopjami ideologów, którzy się zwracali do stanu natury (jaki tylko w ich wyobraźni mógł istnieć), zaczynał się rozlubowywać we wskrzeszonych czasach rycerskich. Pisano romanse sensacyjne, średniowieczne niby, pełne szczęku broni i uczuć najtkliwszych. Wkrótce potem miała się ukazać Malwina, czyli Domyślność serca, i Julja i Adolf, mogące dziś dać pojęcie o tem, jakie obrazy i fikcje do serc społeczności przypadały.
Malarze tworzyli sceny, w których rycerze, od stóp do głów okuci w żelazo, przyklękali przed bóstwy swojemi, przyjmując od nich kokardy i szarfy. Idealizowano mało znane wieki barbarzyńskie, jak najpiękniejszą przeszłość, do której wrócić się chciało, a że historyczne wiadomości, któremi się posługiwano do tego rezurekcjonizmu, niebardzo były obfite, dziwnie wyglądały i na obrazach, i w książkach, te poetyczne postacie, nawpół tylko wystudjowane, pół fantazyjnie dopełnione wedle smaku epoki.
Po takich kataklizmach, jak rewolucja francuska, która swem zwierzęcem barbarzyństwem oburzała, zawsze się ludzie zwykli uciekać dla ochłody i pociechy ku przeciwległej ostateczności. Sentymentalizm więc wykwintny, uperfumowany, mdły szczepił się na świeżem zepsuciu dawnych dworów i arystokracji. Nerwy, tkliwość, czułość, ekstazy miłosne były w modzie, jak stroje greckie, co nie przeszkadzało złośliwemu dowcipkowaniu, ani największej płochości obyczajów, bo sentyment miał ten dar, że wszystko uniewinniał i tłumaczył, a serce wszystko, nawet rozpustę rozgrzeszało.
U stołu, jak zawsze u pani hetmanowej i jej córki, dowcip grał wielką rolę — on faisait assaut d’esprit. Sylwji nawet rozgrzanej i ośmielonej tym fajerwerkiem wśród którego się znalazła, udało się parę razy szczęśliwie rzucić słówko, które książę podnieść umiał.
Wszyscy już od wczoraj to postrzegli, że młoda szambelanówna bardzo się księciu podobała. Pani Vauban zdala przypatrywała się jej uważnie, robiąc minkę nieco złośliwą, a po obiedzie znalazła się z nią jakoś sam na sam u okna.
Czy to był egzamin, czy próbka pozyskania sobie Sylwji — nie mogła zrozumieć sama nawet szambelanówna. Pani Vauban była dla niej, co się bardzo rzadko zdarzało, nadzwyczaj grzeczną i miłą. Zapraszała ją do siebie en petit comité na wieczory, zebrała się na parę komplementów i wobec towarzystwa dała jeden jeszcze dowód, że wcale nie była zazdrosną.
Potrafił się też później i książę Józef zbliżyć do Sylwji, wypytując ją bardzo troskliwie o jej gusta, o upodobania.
— O! mości książę, — odezwała się Sylwja — ja jeszcze jestem w tym wieku szczęśliwym, gdy wszystko jest miłem, a każda rzecz ciekawą.
Tak mało w życiu widziałam, że mi się wszystko miłem i zajmującem wydaje.
— Lubisz pani zabawy, czy ciche w małem kółku spędzane godziny? — badał książę.
Sylwja nie chciała się zdradzać z niczem.
— Mnie się zdaje, — odpowiedziała — że jedno drugie podnosi i czyni przyjemniejszem.
— A więc? — rzekł książę — diversité est votre devise? Czy we wszystkiem?
I bystro zapatrzył się w jej oczy.
— Nie wiem, jak to książę rozumiesz! — odparła Sylwja trochę zmieszana.
— W uczuciach serca, czy także pani potrzebujesz odmiany? — dodał książę.
— Na to pytanie, mości książę, — rzekła, rumieniąc się, wychowanka pani wojskiej po pewnym namyśle — jako bardzo jeszcze niedoświadczona istota mogłabym chyba odpowiedzieć teorją nie ze znajomości serca. Za mało żyłam. Wolałabym zapytać księcia o jego zdanie i radabym wiedzieć jego usposobienie.
Spojrzała w oczy księcia z trochą złośliwości: książę się rozśmiał.
— Ja tak mało o tem wiem, jak pani — odezwał się wesoło. — Różnie się trafia! Sądzę jednak, że siła sentymentu, która nas przywiązuje do osoby, nie w nas leży, ale w niej. Uczucie może być stałem, gdy przedmiot, co je obudza, godzien stałego uczucia.
— I ja — tak sądzę! — cicho szepnęła Sylwja.
Oczy dopełniały tej na sentymentalne manowce zbaczającej rozmowy.
— Posłyszysz pani pewnie, — dodał książę — wiele osób zarzucających mi płochość, a jednak obwinienie to niesłuszne. Człowiek szuka diamentu, chwyta wszystkie świecące kamyki leżące na drodze, a widząc, że nie są nim, cóż dziwnego, że je odrzuca?
— A gdyby znalazł diament, — spytała Sylwja pocichu, trochę złośliwie — czyby po chwili, znudzony nim, nie zapragnął wzamian choćby prostego kamyka.
To mówiąc, Sylwja rzuciła wejrzenie, jak na swój wiek i wieśniactwo, pełne znaczenia i śmiałości. Książę się zadumał trochę.
— Byćby to mogło zapewne, — odparł — ale jabym nie lubił człowieka, któryby tak za nowością gonił, i nie uniewinniałbym go, gdyby mu zarzucano lekkomyślność.
Jakby chciał zwrócić już za daleko zabłąkaną rozmowę, książę, z powodu bukietu stojącego na stole, zagadał coś o kwiatach. Spytał Sylwji, jakie szczególniej lubi.
— Mości książę, — odparła, jakby z aluzją do przeszłej rozmowy, rezolutna panienka — ja lubię wszystkie kwiaty, ale jest wiele osób, które największe mają upodobanie w tych, których — niema.
— To są te same osoby, co diamenty rzucają dla kamyków, nieprawdaż? — zapytał książę smutnie. — Czy panna szambelanówna posądza mnie, że ja do tego niefortunnego należę rodzaju?
— A! uchowaj Boże! mości książę! — śmiejąc się, zawołała Sylwja — skądżebym o nim mogła powziąć myśl taką?
— Bo są ludzie, — rzekł książę — co, nie znając mnie, liczą do tych nieszczęśliwych, znudzonych, zrozpaczonych, którzy z niczego nigdy nie są kontenci. Chciałbym, abyś pani choć miała o mnie trochę lepsze wyobrażenie.
Wymówił to z uczuciem, a piękna panna odpowiedziała zcicha, naprawiając swój błąd.
— Proszę wierzyć, że ja mam o sercu księcia jak najlepsze wyobrażenie. Jest to serce rycerza i bohatera.
Nagle uczuła Sylwja, że jej rękę ścisnął książę, zręcznie bardzo tak, że nikt pewnie ruchu tego dostrzec nie mógł, i w tejże chwili z wielkim pośpiechem, rzuciwszy wejrzenie na barona, który mu towarzyszył, pożegnał się i wyszedł.
Rozmowa przedłużona księcia z szambelanówną nie uszła niczyich oczów. Uśmiechano się złośliwie, pani hetmanowa wysunęła się do przedpokoju za wychodzącym, pogroziła mu, potrzęsła głową, szepnęła coś na ucho — książę się rozśmiał, ramionami poruszył i unikając dłuższej rozprawy, wymknął się z pośpiechem.
Wojska, chociaż rozpływała się w szczęśliwości, siedząc w pałacu Na górze, co miało dla niej stanowić w życiu epokę, zbyt była ścisłą obserwatorką zwyczajów, ażeby się tu nad godzinę dozwoloną mogła zatrzymać.
Skinęła więc na szambelanównę, aby pożegnała gospodynię i obie wyjechały, nowym gościom poobiednim robiąc miejsce.
Zaledwie wsiadły do powozu, gdy w uniesieniu wojska zaczęła ściskać Sylwję, nie mogąc znaleźć wyrazów na uwielbienie wychowanki, która jej taki honor czyniła. Dumną była z tego dzieła, przypisując sobie całe wykształcenie tak idealnej, zachwycającej istoty.
— Zawsze miałam o tobie największe wyobrażenie, — wołała — zawszem się spodziewała, że będziesz świetnieć w towarzystwie, ale przyznam ci się (tu głos podniosła z egzaltacją największą), takich sukcesów, takiego taktu i takiego szczęścia, jak ty masz, nie marzyłam nawet.
Książę Józef jak młodzik się w tobie zakochał... wszyscy to widzą. Vauban nie śmie nawet być zazdrosną i pada przed tobą. To czego tu żadna najznakomitsza piękność dostąpić nie mogła, ty to potrafisz jednem spojrzeniem... ty... miluśka czarownico!
Sylwja także była trochę dumną swym podbojem, o którym z pewnością tak dobrze wiedziała, jak i wojska, ale udała, że weń nie wierzy.
— Droga moja ciociu, — odezwała się — co mówisz! To tylko chwilowa ciekawość i fantazja księcia, który, jak mi sama powiedziałaś, miał ich nadto wiele w życiu, aby je na serjo brać można.
Czeżewska uśmiechnęła się szydersko.
— No! no! zobaczymy! — rzekła. — Nie potrzebuję cię nauczać, jak się z nim znajdować należy. Masz instynkt cudowny, sama będziesz wiedziała.
I uściskała ją raz jeszcze.
Nagle jakby sobie coś przypomniała, Czeżewska pociągnęła za sznurek, który stangret miał na ręku.
— Wiozą nas do domu, jak widzę, — zawołała — a ja przyobiecałam, że po obiedzie na kawie będziemy u naszej majorowej.
Sylwja spojrzała trochę zdziwiona.
— Ale koniecznie — dodała śpiesznie Czeżewska — musimy być u niej przez wdzięczność, przez grzeczność! To się należy poczciwej mojej Jutce, bądź co bądź, bo jej zawdzięczamy wiele, a potrzebować jej będziemy co chwila. Nie można jej chybić.
— A cóż na to powie ojciec? — szepnęła zcicha Sylwja.
— A! co tam! Poczciwy nasz szambelan ani świata, ani jego wymagań nie rozumie wcale. Nie potrzeba bo mu się tak sumiennie ze wszystkiego spowiadać! Powiemy, żeśmy były w sklepach, albo — na przejażdżce, albo... coś się skomponuje.
Nie najlepsza to była nauka dla młodej panienki. Sylwja nic na nią nie odpowiedziała, a powóz potoczył się do mieszkania pani majorowej.
Wydało się ono ciaśniutkie i maleńkie po salonach hetmanowej, ale wytwornością swą nie ustępowało pewnie buduarowi największej pani.
Błyskotki te i cacka podobały się Sylwji, która aż zakrzyknęła z podziwu na widok saloniku, co majorowej pochlebiło.
Piękna niegdyś Jutka miała tego dnia na twarzy jakby wspomnienie przeszłości. Wdzięczek jakiś jej zwiędłe lice okraszał. Ubrana była niby po domowemu, ale z elegancją wielką i smakiem. Salonik pachniał jakąś wonią w nim rozlaną, nieznajomą i dziwną. W atmosferze jego było coś niezdrowo rozgorączkowującego, podbudzającego — lecz dla Sylwji i to miało urok nowości. Czuć w tem było bujne życie, którego jej młodość, nie znając, pragnęła.
Sama gosposia nadzwyczaj ożywiona, wesoła, przyjmowała te panie, a szczególniej Sylwję, z przesadną, nadskakującą, natrętną gościnnością, wynajdując im miejsca, troszcząc się niepomiernie, aby im było jak najlepiej.
Wniesiono natychmiast kawę na przepysznym serwisie kanarkowym z saskiej porcelany, ciastka, cukierki, konfitury...
Majorowa sama biegała, pędzała swego ładnego lokaika, nalewała, rozlewała, śmiała się, chwili na miejscu nie mogąc usiedzieć.
Czeżewskiej pilno też było pochwalić się z obiadem u hetmanowej. Poczęła zaraz opowiadać o przyjęciu, jakiego doznały, o księciu Józefie — (pomrugiwała oczami ku majorowej, dając jej do zrozumienia więcej daleko niż mówiła).
O! ma chérie! — odezwała się gospodyni do Sylwji. — Prawda, że zawrócić głowę takiemu bałamutowi, jak nasz książę, już jest niepospolitą sztuką, ale pono na sumieniu masz więcej jeszcze!
Panna raki piekła, poprzysięgając zupełną nieświadomość popełnionego grzechu.
— Możesz ty tam o tem nie wiedzieć, — mówiła żywo Habąkowska — ale ja coś wiem o tem! Nieszczęśliwy de Beaumont jest zachwycony, jeden z Grabowskich poprzysięgał wczoraj, że w życiu piękniejszej nie widział kobiety, a są pewnie ofiary (victimes), o których się dopiero zczasem dowiemy!
Czeżewska triumfowała, majorowa przysiadła się do szambelanówny.
— Książę — poczęła jej szeptać na ucho — ma najlepsze serce w świecie, ale jest trochę sukcesami zepsuty. Gdybyś go naprawdę ujarzmić potrafiła — co za świetne zwycięstwo! Jakkolwiek dobrze już przeszedł za trzydziestkę, co to znaczy dla mężczyzny!
Dla mnie on zawsze jest ideałem rycerza — d’un chevalier, to Bayard nasz!
Długo tak paplała piękna Jutka, a to, co się z jej ustek sypało, niedobrze się jedno drugiego trzymało. Sylwja odpowiadała zaledwie półsłówkami, słuchała tego gwaru, napawała się nim, ogarniało ją jakieś upojenie, poza które dalej w przyszłość ani śmiała, ni chciała zaglądać.
Wśród tej żywej rozmowy długo do słowa nie mogąca przyjść Czeżewska naostatek odciągnęła majorową ku sobie i żywo jej coś do ucha sypać poczęła.
— A! — głośno odezwała się Habąkowska — dosyć spojrzeć na tego kochanego szambelana, aby go poznać i ocenić. Mój Boże! któryż ojciec jest innym? Żaden z nich nie rozumie młodości, każdyby na nią rad żelazne włożyć pęta. Czas później będzie pomyśleć o jakichś serjo postanowieniach.
W jej wieku — to mówiąc, wskazała na Sylwję — trzeba się bawić! kochać! bardzo kochać! Nie trwożyć się żadną przyszłością! Ona nigdy do nas nie należy, a te dni jasne i młode to cały skarb nasz!
— A! tak! tak! — mimowolnie uniesiona potwierdziła Czeżewska — to jest najrozumniejsza życia zasada! Później przychodzą nieuchronne dni smutnych rozmyślań, wspomnień, rachuby! Młodość jest tylko jedna!
— A miłość! sentyment — przerwała z zapałem majorowa — jest jedyną, co daje choć chwilkę szczęścia na ziemi.
Takiemi to przedziwnemi zasadami, zaczerpniętemi z własnego doświadczenia, karmiły Sylwję dwie jej nauczycielki. Pierwszy raz, pod wpływem otwartości pani Habąkowskiej, i wojska się ośmieliła tak jawnie wystąpić z teorją życia, której Sylwja dotąd z półsłówek jej zaledwie domyślać się mogła. Atmosfera Burzymowa nie sprzyjała podobnym aforyzmom. Ogarnął szambelanównę niepokój jakiś, trwoga instynktowa, jakby poczuła, że jej podawano truciznę, lecz tak była zasłodzoną, tak wonną.
Gdy się tak zabawiano na kawie u pani majorowej Habąkowskiej, w kamienicy na Miodowej ulicy, po skromnym obiadku z Grabskim, szambelan zmusił gościa swojego do marjasza.
Mieczysław niechętnie biorący karty w ręce, przez litość nad osamotnionym i niespokojnym starym, musiał przystać na nudną dla niego rozrywkę.
Co chwilka szambelanowi zdawało się, że córka z obiadu powraca, zrywał się za każdym zbliżającym powozem i powtarzał nieustannie, że hetmanowa za długo u siebie Sylwję zatrzymywała.
Grabski się domyślał, że z obiadu panie te już gdzie indziej pojechać musiały, ale przypuszczeniami swemi nie chciał trapić szambelana. Na nicby się też to nie zdało, gdyż nikt go słuchać nie myślał, i niczemu on zapobiec nie mógł. — Pocóż miał skarżyć!
— Rozmyśliłem się — odezwał się wśród gry zacny Burzymowski, — rozmyśliłem się, że jużciż znowu tak złego w tem nic niema, że się w towarzystwie Sylwka moja trochę potrzpiocze. To młodemu potrzebne, jak woda rybie. Na wsi okrutne miała nudy, a to temperament żywy, czysta matka nieboszczka. Bez świata, bez szumu to żyć nie może. Niech się rozrusza, pośmieje, poskacze... pod okiem Czeżewskiej, jaka ona tam jest, to jest, nic znowu zajść nie może.
Grabski przebąknął.
— Pani wojska niekoniecznie mi się zdaje stworzoną na towarzyszkę osoby młodej i niedoświadczonej, bo za mało z własnego doświadczenia korzystała. Wydaje mi się dosyć płochą.
— Myślisz?? — zapytał szambelan. — Hm! i ja tak sądziłem, ale, powiem ci, przekonałem się, że ma gruntowne zasady. Co się zowie — pryncypja! Jestem tego pewnym!! Mówię to nie bez podstawy! Pozór tylko ma taki lekki, ale to nic więcej jak pozór, a względem Sylwji postępuje sobie z taktem wielkim i łagodnie, bo wie, że z nią najlepiej sobie da radę w dobry sposób. Tak! — łagodna jest, miękka, ale co się tyczy pryncypjów! ho! ho!!
Grabski się nie myślał sprzeciwiać.
— Ja bo widzisz, — ciągnął dalej szambelan — ja także choć napozór jestem łagodnym, choć niby ignoruję wiele rzeczy, ale oko mam na wszystko — nic nie ujdzie przede mną. Gdybym tylko coś niewłaściwego, niebezpiecznego przewąchał, stanąłbym okoniem! Sylwja wie, że ze mną żartów niema, gdy co postanowię. Dobry jestem, ale w potrzebie — u mnie, znaj duch!!
Czy Grabski wierzył tym przechwałkom, nie wiemy, spuścił oczy na karty, siedział zadumany, spierać się nie chciał, wiedząc, że się to nie zda na nic.
Szambelan raz wpadłszy na tę materję, mówił dalej:
— Niech się Sylwja potrzpiocze i zabawi, nie mam nic przeciwko temu! Niech się chłopcy do niej garną, aby nabyła doświadczenia, jak się obchodzić z nimi. Trafi się co na serjo, zobaczymy, rozważymy, czy to nam pasuje, czy nie. Nie trafi się, powrócimy do Burzymowa, a tam dla niej mam napatrzonego jednego młodego hrabiego Cetnera, chłopca bogatego, skoligaconego, który już na nią bardzo miłem oczkiem poglądał. Partja gotowa i doskonała. Majątek co się zowie, choć może trochę odłużony, ale kto dziś długów nie ma? — kasztelanic tytulik ma — co chcesz?
Zdziwiony trochę Grabski podniósł głowę. Szambelan się uśmiechał, triumfując z jego podziwienia.
— Oho! filut ja jestem lepszy, niż się wam zdaje — mówił dalej. — W Warszawie jeśli Sylwka ułowi większą i tłuściejszą rybę — Vivat! dobrze! — jak nie, mam w kieszeni Cetnera.
— A panna Sylwja jak dla niego usposobiona? — zapytał Grabski.
— Nie podobał się jej, odrobineczkę ułomny, choć twarz przystojna. Naprawdę niepozorny jest i simplex servus Dei. Ale właśnie takiego potrzeba dla kobiety rozumnej i trochę samowolnej, to jest skłonnej do samowolności. To będzie najlepszy mąż, potulny, akomodujący się!
Cieszył się szambelan swą przezornością, przenikliwością i doskonałą rachubą. Grabski nie śmiał mu przeczyć, ani uwag czynić żadnych, bo nie przywiązywał wielkiej wagi do tych projektów starego.
Głęboko strapiony tem, co się w oczach jego działo, a czemu zapobiec nie mógł, kryć w sobie musiał i miłość, którą usiłował zwyciężyć, i obawę o los dziewczęcia, i ból, jakiego doznawał.
Szambelan, jak wszyscy ludzie słabi, gdy nic uczynić nie mógł, wyrozumowywał sobie, że to, co się działo mimo jego woli, on sam dokonał.
Wmawiał sobie najdziwaczniejsze rzeczy, uspokajając swe sumienie.
Późno wieczorem powróciły obie panie, szambelan wybiegł natychmiast, towarzysząc im z Grabskim na górę. Zobaczywszy kuzyna, którego twarz chmurna wyraziście o uczuciach świadczyła, Sylwja zarumieniła się trochę i zmieszała. Spojrzenie nań było jakby wyrzutem dla Sylwji, niepokoił ją, bo czuła, że przy swym rygoryzmie mógł mieć słuszność, a posłuchać go — nie chciała!
Wrażenia świata, z którego powracała, w takiej były sprzeczności z tem, co Grabski niósł z sobą, iż szambelanówna zachwiana się czuła między temi dwoma prądami, które ją w dwóch przeciwnych ciągnęły kierunkach, ale — kości były rzucone.
Podała rękę Mieczysławowi i powitała go słowem bardzo uprzejmem, jakby mu za jego smutek zapłacić chciała.
Ojciec rozpytywał Czeżewską, która głosiła triumfy, to się wygadując zanadto, to wycofując a starając się przekonać szambelana o jednem, że powinien był z wychowanej przez nią córki być dumnym, że nie umiał skarbu tego ocenić i t. p.
Zajęła tak Burzymowskiego swemi opowiadaniami, iż Sylwja pozostała na osobności z Miciem.
Poskarżyła mu się na zmęczenie i ból głowy. Może się spodziewała, że Grabski wypytywać ją będzie i miała zamiar pochwalenia się nieco przed nim przyjęciem u hetmanowej, ale kuzynek, radząc różne lekarstwa na migrenę, wcale się nie dowiadywał, co mogło być jej przyczyną.
Sylwja po innych swych wielbicielach znalazła go impertynencko obojętnym i chłodnym. Ubodło to jej miłość własną niewieścią. Micio wedle jej pojęcia powinien się był stale, szalenie kochać, wzdychać i, nie będąc kochanym, służyć jej z pokorą i ofiarnością bez granic. To emancypowanie się z niewoli kuzynka nie podobało się ślicznej pannie.
— Cóż kuzynek dziś porabiał? — zapytała.
— Byliśmy z szambelanem na obiedzie, a potem czekaliśmy na powrót pań... grając w marjasza.
— I ogadując nas? nieprawdaż? — zapytała Sylwja — bo ja — wiem to, nie mam szczęścia w niczem, nigdy zasłużyć na pochwały kuzyna dobrodzieja!
— Zdaje mi się też, że kochana kuzynka nie wielką wagę do mojego zdania i pochwał przywiązuje — odparł Grabski.
Sylwja spojrzała nań, przymrużając piękne oczęta.
— Zawszebym jednak chciała wiedzieć, co mi macie do zarzucenia — rzekła. — Nie taję się, jestem ciekawa, mówią, że to należy do wad naszych, ja myślę, że do przymiotów.
Mieczysław zamilkł, nie dając żadnej odpowiedzi.
— Widzę, — dodała Sylwja z przekąsem — iż tak dalece łaski straciłam, że nawet rozmowa ze mną przykrą ci się staje!
— Czy się to tak mówić godzi? — z wyrzutem odparł Grabski — wiesz o tem bardzo dobrze, że samo usłyszenie głosu twego jest szczęściem dla mnie. Wiedząc, że to, co powiem, cokolwiekbym powiedział, nie podoba ci się, wolę nie mówić nic.
— Doprawdy? — śmiejąc się, przerwała Sylwja — kłócimy się więc z sobą, jakgdybyśmy się kochali. Znasz przysłowie? — kto się kocha, ten się kłóci.
— Co do mnie, znajduję go najzupełniej prawdziwem — odparł Mieczysław.
— A! to kochanie! — zawołała Sylwja, krzywiąc usta — ja nie wierzę w nie! takiej jakiejś chmurnej, tragicznej, kwaśnej miłości nie lubię. Wolę wesołą i śmiejącą się.
— A tą ja, na nieszczęście służyć nie mogę! — rzekł Grabski.
Czeżewska wtrąciła jakieś zapytanie i spór ten przerwała. Szambelan kazał sobie opowiadać ze szczegółami całe u pani hetmanowej przyjęcie, pochlebiało mu widocznie, że córkę tak honorowano. Uprzedzenia jego nikły i rozwiewały się potrosze i rad był, wdzięczen i obiecywał sobie nazajutrz, paradnie się wystroiwszy, pójść z dziękczynieniem wymównem do pałacu Na górze.
O odwiedzinach u majorowej przemilczały obie panie, nadskakiwania też księcia Józefa nie wchodziły do sprawozdania Czeżewskiej.
Burzymowski coby się miał pogniewać za zbliżenie do Blachy, zdawał się uszczęśliwiony, powtarzać sobie kazał o przyjaźni zawartej z hrabianką Anetą, o najdrobniejszych szczegółach obiadu, zabawy, ucałował córkę i znajdując, że wypoczynku potrzebować musi, razem z Grabskim zszedł na dół w myśli udania się z nim gdzieś jeszcze na wieczerzę i kieliszek wina. Ckliło go, jak powiadał. Wyśmienity jego humor dziwnym się wydawał posępnemu Mieczysławowi, ale go psuć niczem nie myślał.
Poszli więc Pod orła na przekąskę wieczorną.
Czeżewska, która mimo że się trzymała prosto i chciała udawać młodą, cierpiała w kościach łamanie, wkrótce po odejściu tych panów, czując się zmęczoną, odeszła do swego pokoju.
Sylwja była temu rada, potrzebowała sama zostać z myślami swemi, z sercem wzruszonem, z wyobraźnią rozkołysaną. Czuła się jakby z chłodnej atmosfery rzuconą w ukrop jakiś, który ją parzył, przestraszał a razem nieznaną napełniał rozkoszą.
Przeszłość szeptała do niej strachem, teraźniejszość podawała rękę, aby biec po ukwieconej drodze. Prowadziła li ona do przepaści czy na zielone doliny edenu??
Smutny głos Grabskiego zdawał się mówić o przepaści, wesołe szczebiotanie nowych ludzi szeptało o edenach. Sylwja sama nie wiedziała jeszcze, co z sobą i sercem swojem uczyni.
Ziściło się to, czego pragnęła, weszła w świat pożądany, idealnym rycerzem wydający się jej książę był w niej niezawodnie zakochany — zajęty — winszowano jej szczęścia, ona drżała teraz jakimś przestrachem złowieszczym.
W tych myślach, rozwiązując swe piękne włosy, szambelanówna zbliżyła się ku zwierciadłu. — Na stoliku przed niem leżał prześliczny bukiet z fiołków samych złożony, skromny, wonny, a tak piękny!
Sylwja chwyciła go, niosąc do ust i twarzy, gdy zajrzawszy w głąb jego, spostrzegła zaledwie dostrzeżony rożek białego papieru!
Co to być mogło? Drżącą rękę zapuściła ostrożnie między ściśnięte fiołki i za kończyk malutki wydobyła z nich, cała zarumieniona, z sercem bijącem — bilecik!!
Dwie świece paliły się przy zwierciadle, rozerwała bilet prędko i zbliżyła się do jednej z nich, chciwie czytać poczynając. Liścik pisany był po francusku w stylu romansowym owej epoki, pełnym wykrzykników i zaklęć, patetyzmu i wymuszenia. Sylwji się jednak zdawało, że w nim znalazła drgające uczucie, prawdziwe, głębokie.
Był to w jej życiu pierwszy bilecik miłosny. Czytała go, odczytywała, w oczach się jej ćmiło, nasycić się nim nie mogła. Nieznany amant nie żądał odpowiedzi, ani żadnego faworu, błagał tylko, aby mu gwałtowne jego uczucia, jakiemi widok Sylwji go natchnął, płomienie, któremi gorzał, wolno było składać u stóp najpiękniejszej, boskiej Sylwji.
Miłość jego była czysta i miała pozostać wieczną, choć bez nadziei!
Dlaczego nadziei tak się wyrzekał, Sylwja zrozumieć nie mogła.
Szybko schowawszy bilet, piękna panna zadzwoniła na służącą.
Weszła jej dawna, przywieziona z Burzymowa Maryjka, ładna dzieweczka wiejska, która już z miastem się obeznawać zaczynała i znajdowała je wcale miłem. Ów elegant z dewizkami, którego szambelan przeszłego dnia znalazł w garderobie, mocno się do niej zalecał, i głowę jej zawrócił swoją pańską powierzchownością a nadewszystko tem, że ją w rękę całował, gdy tymczasem na wsi galanci zaczynali od szyi.
Maryjka była faworytką pani.
— Proszę cię, któż tu przyniósł ten bukiet? Jak można go było przyjmować, kiedy raz powiedziano, aby nic nie brać od nieznajomych? — z pozorną surowością odezwała się Sylwja.
— E! niech bo się panienka nie gniewa — śmiało odparła dziewczyna. — Bukiet! albo ja wiem! mogę poprzysiąc na wszystko przenajświętsze, że wpadłszy tu do pokoju, zastałam go leżącym przed zwierciadłem, a kto go przyniósł, Boże mnie skarz, rozstąp się ziemio pode mną, nie wiem. Może Ludwika wie.
Powołano w mieście już przyjętą pannę Ludwikę, filuta dziewczynę, która weszła bardzo śmiało.
— Jakiś pan przyszedł, gdy stałam na dole, — odezwała się — powiedział mi: — Weźno, weź, panienka o tym bukiecie wie od kogo i gniewać się nie będzie. Jakże ja miałam go nie przyjąć! taki pachnący!
Sylwja bez gniewu i dąsania się, ale dosyć serjo oznajmiła obu pannom, aby odtąd od osób nieznajomych nie ważyły się przyjmować żadnych bukietów. Gdy mówiła, głos jej tak drżał i tyle było w niem wyruszenia, a tak mało gniewu, iż ani Maryjka, ani tem mniej Ludwika doświadczona, nie wzięły danej nauki do serca.
Wyszedłszy do sieni, miejska dziewczyna rozśmiała się.
— E! to tak one się zawsze przy pierwszym drożą — szepnęła Maryjce. — Gadanie! a żeby jej nie wstyd było, toby mi podziękowała i dukata dała!
Sylwja odprawiwszy je obie, zaryglowała drzwi, dobyła bilecik, czytała go raz jeszcze i nie wiem ile razy, chowając, dostając znowu, przyglądając mu się na wszystkie strony. Jedną tylko osobę posądzić mogła o napisanie i tak zuchwałe nasłanie listu, jedną — lecz mogłoż to być?
Miała się poradzić Czeżewskiej i przyznać się przed nią do tego, co ją spotkało, czy przed nią zataić?!
W rozmyślaniach nad temi zadaniami wielkiej wagi piękna Sylwja, rozmarzona, nierychło usnęła.

IV.

Karnawał, chociaż dosyć długi w tym roku, był skończony, nadszedł post, a z nim zabawy mniej głośne u stolików, które pierwsze u siebie zaprowadziła pani hetmanowa.
Zadawano rymy, do których dorabiały się poezje francuskie czasem wcale zręcznie i pisano na kartkach pytania, a ten, komu z losu wypadło, starał się na nie jak najdowcipniej odpowiedzieć. Deklamowano sceny z klasyków francuskich i t. p.
Historja tego karnawału była tajemniczą. Mniej od wielu swych poprzedników zostawił po sobie śladów jawnych i skutków widomych; nie zaręczył się nikt, nikt nie myślał żenić, żaden dawny stosunek intime nie został rozerwany, nawet pani Sewerynowa pozostała przy wiernym, ostatnim adoratorze.
Żadna nowa liaison nie zawiązała się tak jawnie, aby o niej z pewnością mówić można. Szeptano sobie wiele domysłów różnych, ale dowodów na ich poparcie brakło. Twierdzili jedni, przeczyli drudzy, inni ramionami, nic nie mówiąc, ruszali.
Napływ emigrantów francuskich coraz był większy, mówiono nawet, nie oznaczając czasu, o przybyciu królewskiej rodziny do Warszawy.
Pod blachą szło życie zwyczajnym trybem swoim, w niczem się nie zmieniwszy; tylko ze zbliżającą się wiosną przygotowywano wilegjaturę w Jabłonnie, na przyjęcie księcia Józefa i jego dworu. Plenipotent księcia, p. Michałowski, po kilkakroć był wzywany Pod blachę; przyjeżdżał rządca, p. Hofman, oczyszczano i odświeżano już przez zimę zabrukane i zaniedbane pałac i oficyny.
Jak w trybie życia, tak w usposobieniach księcia Józefa widocznej zmiany nie było. Zawsze to był ten sam nieco znudzony i zobojętniały pozornie człowiek, żyjący sam w sobie, nie przywiązujący wagi ani do tego, co się wkoło niego kręciło, ani co się szeptało poza nim i przy nim.
Miał ten talent arystokratyczny książę, iż doskonale umiał nie słyszeć tego, o czem wiedzieć nie chciał, nie widzieć, co mu niewygodnie było zobaczyć.
Niekiedy młodsi i starsi jego przyjaciele próbowali go wprost o czemś zawiadomić, o czem mu się dowiedzieć nie podobało. Książę naówczas tak umiejętnie wyprowadzał ich w pole swą zimną krwią, iż spróbowawszy napróżno, cofali się zawstydzeni.
Jeden może przyjaciel młodości, książę de Ligne, znał lepiej tego człowieka, który dla innych był miłą, wielce dystyngowaną, ale nieprzeniknioną zagadką.
Gdy chciał, nikt mu ani z oczów, ani z twarzy nic nie potrafił wyczytać. Śmiał się wesoło bez ochoty do śmiechu, żartował dowcipnie, bawił się niby, dawał zabawiać, ale można było dostrzec, kto go znał lepiej, że wszystko to, czem się najgoręcej zajmował, było mu zupełnie obojętne. Nic nie powinno było zamącić raz przyjętych, dogodnych form życia.
Książę znał z pewnością wartość ludzi, którzy go otaczali, niektórych z nich niewiele cenił, ale mu byli potrzebni dla jakiejś rozrywki, dla zajęcia miejsca w salonie lub przy stoliku; cierpiał ich, umiejąc uniknąć zbytniej poufałości.
Niektórzy utrzymywali, że delikatna pani de Vauban, tak samo, przez pewien obrachowany indyferentyzm utrzymywała się na raz zdobytem stanowisku.
Z tej budowy życia, obrachowanego na spokój i pozorne odrętwienie, nie można było wyjąć ani cegiełki, boby się reszta nadwerężyła i runęła.
Czasem wspomnienie jakieś lat, w których był czynnym, o których sąd miała wydać przyszłość, jedno go jeszcze poruszało, tak że powłoka lodowa, którą się okrywał, schodziła na chwilę. Spojrzenie na medal Miles Imperatori, leżący na stoliku, obok innych niewkładanych nigdy oznak i pamiątek, wprawiało go w zadumę, wymówione nazwisko jakieś wywoływało żywsze uczucie, malujące się na twarzy, lecz wnet siłą woli poskramiał się książę, kazał sobie zastygnąć i stygnął posłuszny. Dwór poubierany w przyjacielskie mundury bawił go natenczas bajeczkami, których on słuchał z roztargnieniem, gdy mu je do kawy i fajki przynoszono.
Kto chciał w nim pochwycić drgnienie życia wewnętrznego, tak starannie pokrywanego, musiał go zobaczyć, gdy sam na sam w gabinecie rozrywał i czytał przywiezione mu z poczty dzienniki i korespondencje z zagranicy. Nie mówił nigdy publicznie o polityce, udawał dla niej obojętność największą, ale śledził obrót spraw, szczególniej we Francji, z gorączkowym niepokojem. Zdawał się czekać na coś, czegoś spodziewać. Czasem nad gazetami znajdowano go z rozpłomienioną twarzą, z włosem rozrzuconym, lecz zagadnięty o nowiny, mówił o nich z chłodem, z obojętnością największą. Nie zawsze się nawet przyznawał, że coś czytał... Wszystko to było mu li potrzebnem wobec Hoymów i Koehlera, czy dla własnego spokoju? nikt naówczas nie śmiał odgadywać.
Sławny niegdyś jeździec, niemniej dzielny woźnica, co stojąc, czterema młodemi końmi w czwał się puszczał lekkim karyklem przez Warszawę, lubił i teraz wprawdzie piękne konie, ale je rzadko dosiadywał, a liców już nigdy nie brał w rękę, zostawiając je staremu Czerepińskiemu, niegdy stangretowi króla jmci, który go teraz tureckiemi stadnikami na wielkie występy powoził.
W pierwszych dniach po zjawieniu się pięknej Sylwji w Warszawie mówiono wiele, acz pocichu o gwałtownej pasji, jaką w księciu wzbudziła.
Uśmiechano się, szeptając o tem, sądzono różnie, przepowiadano rozmaicie, potem jakoś to zupełnie przebrzmiało.
Panna Sylwja Burzymowska weszła w świat wielki, pozyskała w nim miejsce, bywała Pod blachą i w poufałem towarzystwie pani de Vauban, ale książę, przynajmniej przy obcych ludziach, nie okazywał dla niej szczególnych względów, z pewną nawet obrachowaną ostrożnością jej unikał. Panna nie przemawiała doń tak śmiało, jak w pierwszych dniach, on rzadko odzywał się do niej. Sylwja chłodno i krótko mu odpowiadała. Słowem, zdawało się, że fantazja księcia tak była nietrwałą, jak wiele innych, co ją poprzedziło.
Panna Burzymowska w pierwszych początkach po ukazaniu się swem mająca licznych adoratorów do których rachowano dwóch Francuzów, jednego z panów Grabowskich, jakiegoś jeszcze mniej znanego nazwiska panicza i podżyłego księcia, który afekt posunął był tak daleko, iż o ożenieniu przebąkiwał — umiała się ich wszystkich pozbyć chłodem, surowością i pewną dumą.
Dziwiono się tej nieczułości, a poodprawiani zwali ją, wedle ówczesnego języka, „La Cruelle“ i znano ją pod tem nazwiskiem.
Uderzającą była zmiana, jakiej uległa, zbliżywszy się do wielkiego świata, ładna, wesoła i śmiała wiejska dzieweczka. Pod wpływem jego straciła swą śmiałość, naiwność, uśmiechy, z jakiemi przybyła do Warszawy, stała się nienaturalnie na swój wiek poważną, prawie smutną.
Nie odjęło jej to wdzięku, ale zmieniło prawie do niepoznania. W mowie była również pewną siebie i tak śmiałą, jak przedtem, lecz atmosfera tych sfer, do których tak wejść pragnęła, gdy ją raz owionęła, nie czyniła już na niej tego upajającego wrażenia, jak w dniach pierwszych po przybyciu.
Urok nowości rozwiał się prędko. Obracała się wśród tych nowych ludzi, jakby nigdy nie żyła gdzie indziej, jak w świecie sobie właściwym, do którego była stworzoną. Można było sądzić, że po matce odziedziczyła wiedzę, czy instynkt tego towarzystwa, do którego nieboszczka należała.
Wielki rozgłos, jaki miała jej piękność, przebrzmiał powoli, mniej już na nią zwracano uwagi.
Szambelan, który, jak widzieliśmy, miał zrazu tyle obaw i uprzedzeń, najzupełniej był z nich uleczony. Powoli zaczął wchodzić do domów, w których córka jego bywała, znalazł w nich przyjęcie grzeczne, obył się z niemi, spoufalił i pod niebiosa wszystkich wynosił.
Sam się teraz obwiniał, iż dawał ucho głupim plotkom i tak fałszywe miał o najzacniejszych w świecie ludziach i domach wyobrażenie.
— Człowiek się, mocibdzieju, uczy do śmierci — powtarzał zawsze milczącemu Grabskiemu. — Z jakiemi to ja tu przybyłem pojęciami, a wszystkie w łeb wzięły, gdy się człek zbliżył i rozpatrzył. Narzekałem, że mnie tu Sylwja na karnawał ściągnęła, nalękałem się napróżno, a ta dziewczyna lepszy, niż ja instynkt i nos miała. Nigdy w życiu przyjemniej nie spędzałem czasu i — słowo daję — najmniejszej teraz ochoty nie mam powracać do Burzymowa. — Albo i to moje niesprawiedliwe, parafjańskie uprzedzenie przeciwko tej poczciwej Wobanowej, która dla Sylwji — niech jej tam Pan Bóg płaci — mogę powiedzieć, jest drugą matką. Prawda, że Francuzica wydelikacona i grymaśna i że ma ten nieprzyjemny zwyczaj, że ciągle na jakieś składki dawać każe (bo ze mnie samego, lekko biorąc, jakie pięćdziesiąt czerwonych złotych ściągnęła), ale zresztą kobieta rozumna, przyjemna, z głową i z taktem...
Szambelan był teraz zarazem tego przekonania, iż u poczciwej, czcigodnej, szanownej kasztelanowej połanieckiej panowały śmiertelne nudy, że Sołtykowie źle bardzo robili, iż się boczyli i zimno stawili przeciw Blachy i t. p.
Jedna tylko rzecz zawadzała szambelanowi w tym świecie, to francuszczyzna. Wprawdzie dobrze się przysłuchując, trzy po trzy coś z niej chwytał, ale trafiało się często, gdy sam na dłuższy puścił się frazes, że albo w połowie utknął, albo coś takiego nieudałego sfabrykował, iż go zrozumieć nie było podobna.
Francuzi delektowali się jego mową, nie śmiali się z niej nigdy, — ludzie byli delikatni i obyczajni. Krajowcy tylko czasem zagryzali wargi i dawali znaki podziwienia.
Bywało wśród długiego wieczora, na którym Francuzi liczbą przemagali, że Burzymowski chodził od jednej grupy do drugiej, przysłuchując się — i nic a nic zrozumieć nie mógł.
Zmieniał pozycje — nie pomagało, wreszcie stawał zrezygnowany z rękami wtył założonemi, udawał, że słucha i rozumie, uśmiechał się, widząc drugich uśmiechających, trząsł głową gdzie wypadało i powracał do domu znudzony, ale uratowawszy reputację.
Przed Grabskim poufnie wyraził się, iż ci Francuzi, co do Polski przybywali, rzeczywiście mówili jakimś językiem popsutym, a nie prawdziwą, czystą francuszczyzną. Miał to najmocniejsze przekonanie.
Lubiono go wogóle, należał do wszystkich składek, nie zawadzał nikomu; pito pił, jedzono jadł, humor miał łatwo się akomodujący, a temperament łagodny. Zdolności nikogo nie upokarzały, o ludziach nigdy złego nie mówił, o nic złego ich nie posądzał, owszem, gdy zasłyszał o czemś komu uwłaczającem, uporczywie zawsze bronił i zastawiał się. Miał też powszechną miłość u ludzi.
Mówiono o nim:
— Dobre człeczysko!
On wogóle o wszystkich powiadał:
— Poczciwe ludziska!
Stosunkowo, najwydatniej, po niejakim czasie, zmieniła się może pani wojska Czeżewska.
Po nadzwyczajnym entuzjazmie dni pierwszych dla tego wielkiego odzyskanego świata, który tak kochała, owładnął nią jakiś strach i niesmak razem.
Przyszło to nie nagle ani trwało ciągle; w początkach bywały jeszcze dnie, w których była bardzo ożywioną, potem nagle po nich następowała trwoga i niesmaki. Naostatek zachwyt i uwielbienie znikły gdzieś niepowrotnie, a milczący strach i kwaśny humor je zastąpiły. Chodziła chmurna, niespokojna — i wielka przyjaźń dla majorowej stygnąć zaczęła.
Poznać ją było trudno, tak zesztywniała, zachmurzyła się, stała się milczącą, nieznośną, a gdy usta otworzyła, gderliwą.
Nikomu to się więcej nie przykrzyło jak szambelanowi, który lubił twarze wesołe widzieć koło siebie, a był zmuszony codzień się spotykać z posępną fizjognomją rezydentki i niemniej nasępioną Grabskiego.
Starał się nawracać, ożywiać, lecz nie mógł się pochwalić, aby mu się to udawało.
— Co asińdźka, — mawiał do pani wojskiej — chodzisz jak ze środy na piątek, skrzywiona, znudzona, nieswoja. Dzięki Bogu, wszystkim się nam tu dobrze dzieje, nie trzeba grymasić.
Wojska odpowiadała na to westchnieniami, zawracaniem oczu i wymuszonemi minami, które Burzymowskiego do gorszej jeszcze niecierpliwości doprowadzały.
— Z temi babami, mościbdzieju, jak się to postarzeje, a nikt się już do tego nie umizga, rady niema; krzywią się, stękają, ze wszystkiego niekontente, w ocet się obracają. Jeszcze, która się dewocją ratuje, przynajmniej ma w niej jakąkolwiek konsolację, umizgając się do Pana Boga i imaginując, że jej wzajemnością się odpłaca, ale te inne!! Boże odpuść!
Być bardzo mogło, że wojska czuła się zawiedzioną w nadziejach tej roli, jaką się spodziewała odegrać na wielkim świecie.
W salonach, do których wchodziła jako Chaperon Sylwji, jako rodzaj Duègne (tak ją zwano), rzadko kto chciał ją zabawić i zbliżyć się do niej.
Trudno było długo wytrwać z nią na rozmowie pretensjonalnej a czczej. Siadywała więc osamotniona w kątku i chyba się druga taka ofiara zębów czasu znalazła, natenczas we dwie wzdychały razem i żaliły się na „świat srogi i przewrotny“.
Majorowa, przyjaciółka młodości, szczególniej jej nie dopisywała, ona wiek swój średni nosiła wesoło, malowała się, barwiła, stroiła, wieczorami ludziom obdarzonym krótkim wzrokiem wydawała się jeszcze wcale ładną i niejeden jej prawił dusery; wreszcie, będąc bardzo zajętą, nudzić się i narzekać nie miała czasu.
Stosunki z nią wprawdzie pozostały na stopie bardzo przyjaznej, ale dwie serdeczne przyjaciółki zgodzić się nie mogły z sobą. Wojska zahukana, zagadana osłaniała się dumnem milczeniem.
Była tak nieszczęśliwą, że nigdy a nigdy z panią Habąkowską na swojem nie mogła postawić.
Stosunki jej z ukochaną wychowanicą czasu tego karnawału także się wielce zmieniły.
Wojska Czeżewska w początkach uradowana na wszystko zezwalała, pomagała do wszystkiego, nie sprzeciwiała się jej nigdy i w niczem. Zwolna obudzał się w niej duch opozycji, poczęła Sylwję powstrzymywać, robić jej uwagi, trwożyć, sprzeczać się z nią.
Piękna panna miała dosyć energji, by jak ojca, tak i wojską pokonać, robić, co chciała i stawić na swojem, ale czasem po całych dniach nie mawiały do siebie.
Sylwja udawała wesołą, Czeżewska siedziała pogrążona w zadumaniu, darła czarne mitenki i wzdychała. Parę razy nawet ośmieliła się wojska ostrożnie zwrócić uwagę szambelana na to, iż Sylwja zbyt sobie śmiało poczynała, zbyt rezolutnie na tak młodziuchną istotą — ale wiary szambelana w córkę zachwiać nic nie mogło.
— Daj bo asińdźka pokój — odpowiadał. — Ho, ho! wie ona, co czyni, bo ma więcej oleju w główce, niż my z asińdźką razem we dwoje. Na nią z zamkniętemi oczyma zdać się można, że ani omyłki ani głupstwa nie popełni.
W początkach sam się trwożyłem, ale gdym się przypatrzył, jak to tam chodzi, jak gada, jak z nimi swobodna, a het wszystkich zgóry traktuje, dopierom się przekonał, że u niej więcej w małym palcu, niż u mnie tu!
I stukał się palcem w czoło poczciwy Burzymowski, ukazując, jaki to u niej tam dobry zapas był.
Wojska w takich razach, zwyczajem swym, zaciskała usta, siadała boczkiem, podpierała się na łokciu, suchym palcem jednym uciskając zwiędły policzek i oblekała się majestatycznem milczeniem, tem milczeniem wymownem, pełnem znaczenia, upartem, pogardliwem, które tak mocno drażni.
Nie zważano na nią w ostatku, tak że się musiała czuć osamotnioną.
— Na hipochondrję cierpi, — mruczał Burzymowski — ale osoba zacna i pryncypja ma. Radziłem jej pigułki doskonałe, cóż kiedy nie słucha.
Sylwji zmiana nie tak była znaczną, bo się raczej rozwinięciem, niż metamorfozą nazwać mogła.
Zyskała ona z bardzo wielu względów na pewności i wierze w siebie, na śmiałości i dojrzałości. Może nawet posuwała zbyt daleko swobodę ruchów i czynności, więcej, niż młodej panience przystało, ale z tem jej pięknie było i z naturą zgodnie.
Twarz jej i postawa nabyły dystynkcji, powagi, wyraz fizjognomji z wesołego stał się bardziej melancholijnym, wzrok nabrał żywości i blasku. Oczy, które już mówić umiały, gdy tu przybyła, teraz wyręczały usta, nauczywszy się wyrażać wszystko, co dusza uczuła...
Obracała się wśród tego dystyngowanego towarzystwa jak pomiędzy swoimi, jak w domu, nie okazując najmniejszego zakłopotania, mając zawsze wpogotowiu słowo trafne, odpowiedź zręczną.
Kobiety były jej wdzięczne, gdyż nie tylko nie okazywała się zalotną, ale tych, co się jej natrętnie narzucali, odprawiała ostro i stanowczo. Dowcipem mogła czasem walczyć o lepszą ze sławną hrabianką Anetą; obawiano się też jej, bo nie oszczędzała nikogo.
Pomiędzy mężczyznami miała wielu zdala stojących i nienatrętnych wielbicieli, ale wśród pań, co dziwniej, przyjaciółek więcej jeszcze. Bardzo prędko i łatwo potrafiła się wcielić w towarzystwo Pod blachą, a pani Vauban, która uchodziła za tak grymaśną, podobać się tak, że za nią tęskniła.
Gościem też u niej była codziennym prawie, a niekiedy całe dnie do późnego wieczora tam spędzała. Bywało, że porzuciwszy wojską Czeżewską w domu, jechała tam sama, a pani wojska była skazaną na kabały, na ucieczkę do majorowej, która bawić jej nie miała czasu, albo na sprzeczanie się z szambelanem i dąsania się na wychowanicę.
Wesoła, trzpiotowata Sylwja, może skutkiem tej ciszy i melancholji chronicznej, które panowały u pani Vauban, spoważniała bardzo, posmutniała, do zabaw swojemu wiekowi właściwych coraz mniej okazując smaku.
Czytała wiele, Czeżewską parę razy wyszpiegowała ją piszącą, nie mogąc ani dojść, ani odgadnąć, co ona po całych dniach mogła tak troskliwie spisywać. — Było to dla niej drażniącą i niecierpliwiącą zagadką.
— Co ta dziewczyna tam pisze?
Czynione poszukiwania, nawet przy użyciu środków niezupełnie legalnych, nic odkryć nie dozwoliły.
Dla szambelana a może i dla Sylwji trochę Grabski codzień prawie przychodził, czasem tu przesiadywał dłużej, niekiedy się z kuzynką spotkał.
Nie dopuszczała mu jednak nigdy rozpocząć z sobą rozmowy o rzeczach, tyczących się spraw obecnych, odpychała od zbytniej poufałości.
Wejrzenie śmiałe Grabskiego, badawczy wzrok, którym czasem rzucał na nią, mieszały ją i niepokoiły.
Spotkawszy te oczy, które zdawały się czytać w jej duszy, odwracała się natychmiast i znajdowała jakąś pilną czynność, która jej pomieszanie ukryć pomagała.
Nawzajem spoglądała nań ukradkiem, niemal z obawą jakąś, jakby się lękała, aby jej myśli nie odgadł.
Raz czy dwa znaleźli się sam na sam. Grabski chłodny i obserwujący, ona poruszona i niespokojna. — Micio raz ośmielił się jej uczynić uwagę, jak ona mocno się zmieniła od przyjazdu do Warszawy.
— Ja? zmieniłam się? — odparła Sylwja — czysta imaginacia! Ja się nie zmieniam i nie zmienię nigdy, to nie jest w mojej naturze. Jestem czem byłam, nie poczuwam się i nie przyznaję do najmniejszej odmiany.
— Ale dla nas ona jest widoczną — rzekł Grabski.
Sylwja śmiało zbliżyła się do niego, znając moc, jaką nad nim miała, bo ta ją nigdy nie zawiodła i — rzekła:
— Proszę mi powiedzieć, jak i w czem się ja zmieniłam?
— Daje się to lepiej uczuć, niż określić — odparł Grabski. — Towarzystwo, w którem kuzynka teraz całe dnie spędza, podziałało na nią, — rzecz bardzo naturalna. Musiało się to odbić na pannie Sylwji.
— Więc chyba zyskać na tem musiałam, bo to jest niezaprzeczenie towarzystwo najlepsze, jakie być może? — spytała szambelanówna.
— Zapewne, najlepsze, ale nie nasze... — rzekł Grabski. — Przybyłaś tu, kochana kuzynko, wesołą wychowanką wsi naszej, a Pod blachą zrobili z ciebie czarującą Francuzeczkę.
Sylwja potrząsnęła głowią.
— Ja nawzajem kochanemu kuzynowi powiedzieć muszę, — odezwała się — że ty, niestety, nie zmieniłeś się wcale. Jak prawiłeś kazania dawniej, tak i dziś w nich masz upodobanie. Ja zaś, gdy mam ochotę ich słuchać, wolę pójść do kościoła.
Mieczysław ukłonił się i zamilkł.
Ile razy tak przycięła mu i dotknęła go ostrzej Sylwja, wprędce potem żal ją brał, starała mu się to nagrodzić, stawała się milszą, a Grabski nie obrażał się nigdy. On jeden był w domu, do którego zdania przywiązywała jakąś wagę, chociaż go nie słuchała. Zdawała się go obawiać, patrzała nań niespokojna, a gdy milczał uparcie, wyzywała półsłówkami.
Tak się tedy ciągnęło dalej a dalej ku wiośnie, a o wyjeździe z Warszawy wcale jakoś mowy nie było.
Szambelan przypominał tu sobie dawne czasy, wynajdywał coraz dawnych znajomych, bawił się w swojem kółku przedziwnie i według zasad swej polityki, do domu pisując ciągle, iż powraca lada dzień (aby się służba, co chwila spodziewając, nie zaniedbywała), w rzeczy samej nie wiedział, kiedy i jak stąd wyruszy.
Dwa razy już musiał sobie kazać przysyłać pieniędzy, wziętych naprzód z dochodów majątku. Grosz leciał, jak opętany, trzos się wypróżniał, nim się szambelan opatrzył, że zabraknąć w nim może.
Gdy się stawał lżejszym, a w ostatku resztki z niego do sakiewki wysypywać musiał, ruszał ramionami, zaglądał do rejestrzyków i pojąć nie mógł własnej rozrzutności.
Dla córki niesposób było żałować, a wielki świat, na którym się obracała, kosztował ogromnie. Sylwja musiała występować modnie i świeżo, szczególniej na bale, asamble i t. p. suknie dwa razy jedne nie służyły. Burzymowski wzdychał i płacił, płacił i wydychał. Jego własne utrzymanie oszczędne, ile razy sam był, wyciągało mu wydatki, gdy się znalazł w kompanii rozpasanej młodzieży. Skąpiąc dla siebie, na przyjęcia i postawienie się, jak to dawniej zwano, nie żałował ostatniego grosza. Ba! zdjąłby był koszulę.
Kurczył się, obliczając z groszem, ale, koniec końcem, dla jedynego dziecięcia czego się to nie zrobi!
Miał szambelan niepłonną, jak mu się zdawało, nadzieję, że przy takich Sylwii sukcesach, szczęśliwem wejściu w świat wielki, przy jej wdzięku, rozumie, reputacji majętnej jedynaczki, znajdzie konkurenta — co się zowie. Czekał, dowiadywał się, patrzył, dziwił i nie mógł pojąć, dlaczego nie było go — a! nie było! Przechodziło to wszelkie pojęcie Burzymowskiego i plątało jego rachuby. — Miałżeby być zmuszonym powracać z nią do owego odrobinę ułomnego hrabiego?
Jednego dnia, sam na sam znalazłszy się z córką, szambelan postanowił się z nią rozmówić w tym przedmiocie i zasięgnąć języka.
— Wiesz, moja ty najdroższa Sylfido (czasem ją w ten sposób spieszczał), wiesz, że ja obserwuję, przysłuchuję się, patrzę, czekam, a coś konkurenta dla ciebie nie widzę.
Nie najgorzejby było o tem pomyśleć przy takiej dobrej zręczności. A, może tam co napiętego masz? przyznajno się?
Sylwja, zmieszana, ruszyła ramionami, zrobiła minkę niezrozumiałą.
— Ale, niema nic! — rzekła krótko.
— To źle! źle — odparł szambelan. — Koniec końców jakiż cel? trzeba zamąż pójść! Na toście stworzone. Rachowałem na to, że moją Sylfidę tu z jaką mitrą zaswatam. Hę?? Czy nie zanadto jesteś dumna, a za mało angażująca. — Może wybredna? Co? Mów bo ze mną otwarcie, jak z ojcem należy.
— Co to tatko o tem myśli! — odezwała się córka niechętnie — czyż na to nie mamy dość czasu? Co pilnego?
— Zapewne! jużciż mnie się ciebie pozbyć niepilno! — rzekł Burzymowski — ale gdzież na zwierzynę polować, jeśli nie w lesie? (Rozśmiał się sam, rad z trafnego porównania). Gdybyś tu kogo złapała, ja nie byłbym od tego... Na wsi, dokąd wkońcu trzeba będzie kiedyś powrócić (bo trudno całe życie siedzieć w Warszawce), jeden tylko Cetner, co tak niby dla ciebie się kwalifikuje — a tu! jest w czem wybierać!!
— Możnaby doprawdv sądzić, że ja jestem ciężarem i że się mnie tatko chce pozbyć! — smutnie odparła Sylwja.
— Nie plećże! — ofuknął obrażony szambelan. — Chcę twego szczęścia nic więcej.
Córka go w ramię pocałowała.
— Pozwólże mi go szukać sobie samej, — rzekła cicho — a nie naglij! Nie idzie mi tak bardzo o wydanie się zamąż, zawsze się ktoś znajdzie co tę biedną Sylwję weźmie — a swoboda mi droga.
— Hm. Jakby to rozumna taka, jak ty, kobieta — i po ślubie swobody mieć nie mogła.
Jużciż, że ty męża za nos będziesz wodziła, to nie ulega wątpliwości.
Rozśmiała się Sylwja, ale smutnie.
— Widzisz, tatku, — odezwała się — takiego, któregobym za nos wodzić mogła, ja nie chcę, a takiego, coby chciał mną rządzić — nie wezmę.
— Otóż widzisz, dilemma, czyli inaczej mówiąc, alternatywa, jaką stawisz — nie do wybrnięcia z niej. Tu sęk! — odpowiedział dobrodusznie Burzymowski. — Jak świat światem republiki w małżeństwie nie bywało nigdy — monarchiczne rządy zawsze, albo król albo królowa.
Wybieraj, kogo chcesz, — ciągnął dalej Burzymowski — mam w tobie wiarę zupełną, że złego wyboru nie zrobisz — byle nie Francuza! obliguję, nie Francuza! Choćby dukiem był, czy markizem, czy jak się tam oni tytułują, ja ich nie chcę... Mówią tylko tym kobylim językiem, którego ja dobrze nie rozumiem, a nadęte to i — finalnie gołe. Koszule im trzeba sprawiać i jeszcze ci pod nos..... Że się prezentują, pięknie, ani słowa, ale co mi z tego na dzień powszedni? kat ich bierz...
— Możesz być tatko spokojny, — uśmiechała się Sylwja — Francuza żadnego podbijać nie myślę.
— Ditto, Niemca, — dodał Burzymowski! — z tymi to już w jednym domu żyć nie można! Quod Deus avertat! Żebyśmy się z nimi bratać mieli, byłby koniec świata.
Sylwja upewniła zkolei ojca, że Niemiec i jej się niemożliwym wydawał. Szambelan dodał jeszcze parę przestróg i ekscepcyj, — na tem się skończyło.
— Dziewczyna dumna, — rzekł sobie w duchu Burzymowski — będzie przebierać jak w ulęgałkach, i powrócimy na wieś do mojego hrabiego... Byle się ten nie zaswatał! Ale — cóż tam już robić, byle jej z tem dobrze było — choćby do trzydziestki zwłóczyła!
Ku końcowi karnawału Czeżewska raz przez dwa dni z rzędu została w domu zapomnianą. Sylwja jeździła i wracała sama, pod różnemi pozorami.
Drugiego dnia ku wieczorowi zniecierpliwiona pieszo pobiegła do majorowej wojska, nie bawiła tam długo, wróciła niezmiernie wzburzona i siadła w salce, sparłszy się melancholicznie na ręku, w nadziei, że Burzymowski nadejdzie.
Stało się, iż w istocie, po obiadku postnym, solo, szambelan, dowiedziawszy się od Zybka, że wojska sama była na górze, przyszedł do niej na gawędę. Bo choć z kobietami nie lubił rozmowy, ale gdy nikogo nie było, oprócz Zybka!
— A cóżto tak asińdźka siedzisz solo basso, osierocona? — zapytał, wchodząc.
— Widzisz pan!! — odrzekła, wstając, głosem pełnym wzruszenia Czeżewska. — Widzisz pan! Do czego to przyszło!! Niech mi pan szambelan daruje, ale co nadto to nadto, swobody pannie dajesz za wiele!
— O! o! o! — powoli począł Burzymowski. — Cóż się to stało nowego? Gniewy jakieś? dąsy? Na miły Bóg! hę?
— Nie wiem, czy się co stało, — odrzekła wojska z przyciskiem, zbliżając się do Burzymowskiego, który się trochę cofnął, gdyż zapachu ambry, którym Czeżewska zawsze była nasyconą, nie cierpiał. — Nie wiem, czy się co stało, ale że się stać może, to pewna! Otóż ja zawczasu zawarowuję sobie, że za nic odpowiedzialną nie jestem i być nie chcę!...
Stanowcza ta, piorunowa protestacja wojskiej tak silnie uderzyła szambelana, że niemal osłupiał.
— Nie rozumiem, — rzekł po chwili — za co pani nie jesteś i nie chcesz być odpowiedzialną?...
Wojska już ochłonąwszy nieco po pierwszym wybuchu, zmieszała się. Poczuła, że zaszła może za daleko.
— Widzi pan, panna Sylwja jeździ sobie sama dokąd chce, nie mówiąc mi nawet miejsca, do którego się udaje, bawi, powraca, robi, co się jej podoba. Pan na to pozwalasz, niechże sobie będzie, co chce... ja ręce umywam! Umywam!...
— Ależ moja pani wojska, zreflektujże się, jakież jej może grozić niebezpieczeństwo? — zapytał Burzymowski — między osobami tak dystyngowanemi?...
Wojska ruszyła ramionami.
— Przepraszani pana szambelana, — poczęła, znowu się nieco zapalając — pan jesteś, doprawdy, dobroduszny i naiwny, jak dziecko. W najdystyngowańszym świecie, na królewskich dworach, trafiają się pannom nieopatrznym nieprzyjemne — wypadki. Mężczyźni nie mają sumienia...
Burzymowski zbladł jak ściana.
— Cóżto? czy pani masz jakie poszlaki? Co to ma znaczyć? — zawołał groźno — mów pani! mów pani!
Czeżewska ulękła się, zmiarkowała, iż już po raz drugi za daleko się posunęła. Wypadało się cofnąć.
— Ja mówię ogólnie o tem, co się na świecie dzieje — poprawiła się. — Panna Sylwja nie jest wyjątkiem, nie ma doświadczenia.
— Przepraszam panią! — zagrzmiał Burzymowski uniesiony — Sylwka jest wyjątkiem... Tak! — powtórzył, głos podnosząc i rozpalając się coraz, — tak! Sylwka jest wyjątkiem!
A, to proszę! — dodał ciągle gniewny, — pani ją tak sądzisz rychtyk jak garderobianę, którą trzeba pilnować, aby nie padła ofiarą kredencerza! Co bo to za wyobrażenie! No proszę! Słowo daję!...
Szambelan zwykle dobry jak baranek — kipiał.
Czeżewskiej nie pozostawało nic, tylko chustkę do oczów przyłożyć i łzy ocierać, których przyjścia lada chwilę się spodziewała.
Wiedziała, iż w takim razie szambelan, rozbrojony, natychmiast przepraszał.
I tym razem chustkę zobaczywszy, pośpieszył z przebłaganiem Burzymowski, biorąc ją za rękę, którą mu wyrywała, i całując.
— Proszę mi wybaczyć, jeślim się za ostro wyraził, — rzekł — nie miałem intencji obrażenia pani. Słowo daję!
— Przecież pan to rozumiesz, — płaczliwie odezwała się Czeżewska — że ja to mówię z przywiązania do Sylwki, przez miłość dla ich domu!
— Ale dobrze, dobrze! rozumiem! nie płacz już asińdźka, — wołał szambelan — dajmy temu pokój... nie mówmy o tem. Dosyć. Sylwki swobody nie mogę ograniczać, widzisz asińdźka, bobym jej okazał nieufność. Nie mam też o nią obawy żadnej! Dziewczyna rozumna, któraby mnie i asińdźkę poprowadziła lepiej, niż my ją we dwoje. Dajmy jej pokój!
Gdy się wojska nieco uspokoiła, Burzymowski dodał cicho.
— Między nami, czy asińdźka masz jakie powody domyślania się, posądzania, że tam — co — jakiś romansik jest, czy co podobnego?...
Wojska długo stała w niepewności, z oczyma spuszczonemi, namyślając się, co ma odpowiedzieć.
— Mów asińdźka otwarcie — dodał Burzymowski.
Czeżewska głową dała znak potakujący i zdziwiła się, gdy ujrzała na twarzy szambelana zamiast gniewu, którego się spodziewała, ukontentowanie.
Zacierał ręce z radości i zbliżył się, o ambrze zapomniawszy.
— Mogę ja wiedzieć, co to jest? — zapytał.
— Ponieważ to są tylko domysły, ze wszech względów nie wypada mi ich wyjawiać — rzekła, cedząc przez zęby, Czeżewska. — Słowo daję, nie mogę nic powiedzieć!
— Ale coś tedy jest! coś jest! a Sylwka przede mną ani pisnęła! — zawołał Burzymowski z miną nadzwyczaj wesołą. — Widać, że pewnego jeszcze niema nic!... Mniejsza o to — dodał po krótkim namyśle. — Jestem pewny, że jeśli uczyni wybór, to dobry, a sprawę rozpoczętą potrafi poprowadzić. Zatem, moja wojska sza!...
Zdziwiona tem zakończeniem Czeżewska umilkła.
— Asińdźka — mówił dalej szambelan ze spokojem wielkim. — Asińdźka bądź tak pewną jak ja, że ta dziewczyna sobie radę da! Nic jej nie grozi! chyba temu, kto jej w ręce popadnie. To druga nieboszczka matka jej, świeć Panie nad jej duszą, a tę ja znałem dobrze... Kubek w kubek!...
To mówiąc, śmiać się począł raźnie, przeszedł się po salce, podrzucając nogami, zatarł włosy i z rodzajem politowania popatrzał na Czeżewską, która darła już swe mitenki, słowa się nie odzywając.
— Nie chcesz mi asińdźka wyjawić tajemnicy, — dodał wesoło — nie nalegam. Dość mi na tem, że bystre jej oko poszlaki pewne znalazło! Mądrej głowie dość na słowie! Cieszyłbym się, cieszył!
Tak się rozeszli, a Burzymowski na dół do swych izdebek się spuściwszy, w godzinę może doczekał się wiernego Grabskiego. Nie miał nic pilniejszego nad wyspowiadanie mu się ze swej dramatycznej z wojską rozmowy, wyśmiewając, co wlazło, jej obawy nierozsądne.
Pewnym był, że Micio podzielać będzie jego sposób zapatrywania się na postępowanie Sylwji, i zdziwił się trochę, widząc go zasępionym.
— Cóż ty na to? — zapytał.
— Zdaje mi się, — odparł Grabski — że Czeżewska, której ja wcale nie jestem admiratorem, na ten raz miała słuszność.
— Oszalałeś, czy co! — ofuknął go Burzymowski. — Baba obrażona, sama nie wie, co plecie. Ty zaś, poprostu, jesteś chyba zazdrosny. Hę? przyznaj się!
To mówiąc, uściskał go, zanosząc się od śmiechu.
— Ja, ty, Czeżewska! — zawołał, unosząc się, szambelan — co my jesteśmy przy Sylwji!... To rozum, to takt, to mocibdzieju powaga i majestat we wszystkiem! Klękajcie narody! Nieśmiesznież to, abyśmy my, mizeraki jakieś, brali ją w opiekę, ją, któraby nas wszystkich w kaszy zjadła!...
I śmiał a śmiał się serdecznie, Grabski zaś popatrzał nań długo zdumiony, jak Czeżewska, i długo pozostał niemy.
— Szambelanie, — rzekł wkońcu — ja także jestem wielkim Sylwji wielbicielem, o tem ci mówić nie potrzebuję, zważ jednak, że ona nie ma doświadczenia, że, jak każda istota szlachetna, daje wiarę ludziom, na fałszywych sentymentach poznać się nie potrafi — a na wielkim świecie nie sami aniołowie.
— Kochany mój Miciu! — zawołał, ściskając go, szambelan. — Roją ci się niebezpieczeństwa! Sylwja nie potrzebuje doświadczenia, bo ma instynkt nieomylny, przedziwny. To istota wyższa, jak była jej matka! Dajmy my sobie pokój! my jej po kolana! mocibdzieju! po kolana!
Grabski zagadał już o czem innem, i usiedli do marjasza.

V.

Przed dawnym pałacem Teppera przy Miodowej ulicy, jednego z ostatnich wieczorów karnawału, paliły się dwie latarki z knotami obrosłemi. Tłum chłopaków i ciekawej gawiedzi oblegał drzwi, powozy zajeżdżały co chwilę, muzykę słychać było na górze.
Dnia tego dawny metr tańców i baletmistrz królewski, jwpan Ledoux ogłosił Cassino.
Wieczór w kasynie p. Ledoux nie był w niczem podobny do innych zgromadzeń po domach prywatnych. Tu najwyższe towarzystwo — socjeta — miało przyjemność ocierać się i przypatrywać klasie średniej, mieszczaństwu i wogóle wszelkiemu stworzeniu, które miało sześć złotych do wydania i strój na salę przyzwoity.
Zwało się to w salonach z francuska s’encanailler un peu.
Pan Ledoux o misji swojego kasyna mający wysokie przekonanie, powtarzał to często i głośno, że dwa tylko wielkie domy otwarte miała Warszawa — Blachę i kasyno Ledoux!
Kasyno łączyło w sobie wszystkie ówczesne zaludniające Warszawę narodowości, bo tu nawet Niemców spotykać było można, którzy jedyną prawie mieli sposobność przypatrzenia się na niem polsko-francuskiej społeczności.
Niedaleko od wnijścia na salę można było, kupując bilety, mieć szczęście oglądać samego baletmistrza, który wart był istotnie, aby go za biletami pokazywano.
Jak wielu innych cudzoziemców, przybył on niegdyś do Polski przejęty ważnością swej misji cywilizatorskiej. Wiedział, że jedzie do barbarzyńskiej ziemi, kędy taniec był bez metody, nogi bez wykształcenia, skok wielkiej szkoły ignorowany — czuł, że wiezie z sobą smak, piękność, przyszłych pokoleń grację i że mu należy pewny rodzaj panowania w Rzeczypospolitej, której być miał dobroczyńcą.
Długie lata upłynęły od tej chwili, zacny Ledoux zachował statecznie przekonanie, iż położył tu pierwsze fundamenta lepszej przyszłości.
Z jego szkoły wyszły te panie, które z nieporównanym wdziękiem tańczyły wśród ogólnych oklasków tamburyno, szal, menueta i tym podobne popisowe sztuki.
Sumienie mówiło mu, iż miał znakomite w kraju zasługi.
Malowało się to poszanowanie siebie dobitnie w całej już zestarzałego baletmistrza postaci.
Stał teraz na uboczu wystrojony, w peruczce utrefionej starannie, z żabotem fantastycznym na piersiach, nogi w pierwszej pozycji, ze złotej tabakiereczki czerpiąc delikatnie hiszpankę i rękom nawet chudym nadając wdzięk, bo każdy palec inaczej był zaokrąglony.
Patrzał na cisnącą się publikę triumfująco. — Kasyno było dziełem jego!
Na twarzy wygolonej do włoska, szerokiemi fałdami poprzecinanej, widać było spokojne sumienie człowieka, którego misja duchowa pogodzić się dała ze sprawą kieszeni, czującego, że obowiązki swe spełnił, a kabzę ma nabitą.
Niekiedy ktoś z wchodzących skinieniem głowy pozdrawiał pana Ledoux, naówczas Francuz, który tu wszystkich znał, a położenie każdego ocenić umiał, mierzył odpowiedź swą na powitanie wedle stopnia wartości człowieka. Niektórym z uśmiechem wdzięcznym kłaniał się do ziemi, rękę spuszczając; innych pozdrawiał grzecznie, ale niezbyt uniżenie, niektórych witał skinieniem głowy, a na wielu udawał nawet, że nie patrzy, aby się ich znajomością nie kompromitować.
Dnia tego spodziewał się pan Ledoux wielkiego napływu ze wszystkich obozów, bo wybrał szczęśliwą datę, gdy ani Pod blachą, ani Na górze, ani Pod filarami, ani nigdzie indziej przyjęcia nie było; Bogusławski zaś i pani Delicati, nie śmiejąc się z nim mierzyć, musieli mu ustąpić...
Kasyno dla wszystkich było miłe i pociągające, każdy rad się tu przypatrywał, jak też inne warstwy społeczeństwa wyglądają. — Napływ sześciozłotówek był pożądany, kasa się napełniała, powozy turkotały nieustannie i w salach robiło się coraz gwarniej.
Oprócz sali do tańców, gabinetów dla spoczynku, bufetów nieodzownych dla wielkiej zawsze ilości spragnionych i głodnych, w jednym pokoju przygotowane były stoliki do gry, gdyż namiętność do niej, tak nadzwyczajna za Stanisława Augusta, wcale nie była ostygła, zdawała się wyrastać jeszcze.
Grywano wszędzie, ciągniono bank u księcia Pod blachą i w Jabłonnie. Lubiła bardzo grać pani Tyszkiewiczowa i inne damy, całe wieczory niekiedy schodziły na tej kosztownej rozrywce. I przy kasynie, gdzie tyle osób tańcować nie mogło, bez kart się nie obchodziło.
Widok główniej sali, mimo dumy pana Ledoux, który się urządzeniem tego przyjęcia szczycił, wcale nie był wspaniały, ani zachwycający. Prawdę rzekłszy, oświecały ją świece łojowe, rurkowe, po dwie pooprawiane przy rodzaju lusterek umieszczonych na ścianach. Dokoła stojące ławki i krzesła dosyć już wytartym, zmiętym i poplamionym kazimirkiem były pookrywane. Wieczorem barwa tego okrycia nie dawała się już ściśle oznaczyć.
Nigdzie też zbytku ani elegancji dostrzec nie było można, chyba w strojach pięknych dam, które nawet na kasyno występowały bardzo elegancko.
Zbierało się na ścisk wielki, bo choć jeszcze dość było wcześnie, sale się już wypełniały i przybyli grupowali się wedle rozmaitych praw powinowactwa.
Zaszczycił na chwilę bytnością swą kasyno pan gubernator Koehler, około którego bliżej i dalej dosyć się już osób, mężczyzn i dam ustawiało. Była to postać sympatyczna, jeden z tych dobrodusznych Niemców starego pokroju, który człowiekiem być umiał i pojął swe posłannictwo w kraju — jako zesłany dla łagodzenia i przejednania.
Jeden on ze wszystkich urzędników zostawił po sobie imię szanowane, pamięć zacności charakteru i dobroci.
Widać też było z obejścia się podchodzących ku niemu osób różnego stanu i wieku, iż wszystkim był miły i dla wszystkich uprzejmym być umiał. Witano go z uśmiechem, nie sztywniał nikt na widok jego, nie zawadzał nikomu.
Francuskie i polskie towarzystwo napływało coraz gromadniej; panie w sukniach jasnych z krótkiemi stanikami, panowie w pończochach i trzewikach, długich frakach, z krótko poostrzyganemi włosami lub w peruczkach fryzowanych, z kapelusikami pod pachą.
Kilku pruskich wojskowych stało na uboczu, kilka kontuszów polskich tuliło się po kątach. Dam w podeszłym wieku było mało, a kwitnących młodością i wdziękami nieprzeliczone mnóstwo. — Poufalszy, swobodniejszy ton panował w kasynie, niż na innych zebraniach w domach prywatnych, młodzież zwijała się ochoczo, przygotowując do tańca, a choć i tu dzieliły się od siebie warstwy społeczeństwa, samo ocieranie się ich i swobodne rozglądanie dodawało im życia.
W chwili, gdy osób już było dosyć wiele, we drzwiach ukazała się postać dziewczęcia w lekkiej sukni przejrzystej, narzuconej na drugą, cięższą, z włosami misternie utrefionemi, wachlarzem w ręku i szalem...
Była to Sylwja, na której widok damy się zaczęły uśmiechać, a mężczyźni szeptać między sobą. Niektórzy zdawali się zapytywać o nią, a drudzy im ją ukazując, opowiadali żywo i wesoło...
Zajęcie nią było powszechne, oczów mnóstwo śledziło jej ruchy.
Szła poważna, zamyślona, obojętna, z pańskim jakimś majestatem i lekceważeniem tłumu, nie racząc prawie podnieść nań pięknych oczów, jakąś mgłą smutku czy szczęścia przysłonionych. Za nią postępowała wyfiokowana nadzwyczajnie, wonią ambry jak atmosferą otoczona, pani wojska Czeżewska, wykrygowana, usznurowana, z oczyma nieco przymrużonemi, na głowie niosąc włosy chyba nie swoje, w których tkwiły najrozmaitsze ozdoby, świecidła i pióra.
Wślad za panią Czeżewską postępował w całej chwale swej, w garniturze paradnym, odświeżonym i z plam oczyszczonym szambelan. Ale tego zaraz od progu pochwycili znajomi, i z jednych objęć przyjacielskich podając w drugie, natychmiast go od Sylwji z jej towarzyszką oderwali. Cieszyło go, iż tylu dla siebie znalazł życzliwych. Wyciągały się doń dłonie, dolatywały go zdala wyrazy, a szambelan rozpromieniony odpowiadał, urozmaicając formuły:
— Do nóg upadam.
— Do nóżek się ścielę!
— Stopki całuję.
— Uniżony...
Servus i t. p.
Był tego dnia w usposobieniu różowem, jak rzadko, widział, iż całą sobie podbił Warszawę, i w czasie stosunkowo krótkiego pobytu mógł się już uważać jak w domu.
Sylwja znikła zaraz w bukiecie pięknych pań, które na nią czekały i otoczyły. Burzymowski od jednego do drugiego przechodząc, łapany, odwoływany, zatrzymywany, zupełnie się obłąkał.
Nie dostrzegł nawet opodal nieco stojącego pod oknami Grabskiego, który osobno przybył wprzódy, niż oni, choć zwykle na kasynach nie bywał.
Można było posądzić, że go tu wiodła chęć widzenia choć zdala pięknej Sylwji. Stał w cieniu i od wnijścia jej na salę oczów od niej nie odrywał.
Sylwja wcale go nawet nie postrzegła, on śledził z zajęciem widocznem każdy jej ruch, uśmiech każdy, wejrzenie, mieniący się dziwnie, a zawsze smętny wyraz jej twarzyczki. Zdawało się, że chciał odgadnąć, co się działo w jej duszy, jakie myśli krążyły pod tem czołem białem — czy była szczęśliwą? czy?
Mówił w sobie Mieczysław:
— Biedna istota! Przyleciała tu, szukając szczęścia, a na czole jej widzę obłok, który nie schodzi nigdy. — Osłania się tajemnicą! zmieniona! niespokojna! Co dla niej gotuje przyszłość?
I myślał potem, jak ją wyrwać z tych prądów, z tego wiru, który ją unosił na skały. — Środka nie widział.
Kochać tak zdaleka, — patrzeć bezsilnemu na niebezpieczeństwo tego, co się miłuje, nie móc ust otworzyć, podać ręki! co za męka!
Sylwja nie wiedziała może o nim, ale obiegając salę oczyma roztargnionemi, nie postrzegła go i teraz — nie szukała. Obojętnie tak parę razy wzrok jej pobłądził po sali, prawie się nie zatrzymując na nikim i wrócił do bliższych osób. Stała, nie zdając się ani bawić, ani ciekawić w tym tłoku, choć inne panie szeptały, śmiały się, pokazywały sobie różne przesuwające się postacie.
Czeżewska przyglądała się przez szkiełka publice, chcąc jej dać poznać nadewszystko, że przecież była czemś lepszem nad nią.
Ponieważ tańce się już zaczynać miały, panie, które nie życzyły sobie brać w nich udziału, chyba później, ustąpiły ku ławkom i krzesłom, miejsca na nich zajmując. Sylwja znalazła się przy samych drzwiach do drugiej sali, zasłonięta niemi. Na progu stali mężczyźni, których widzieć nie mogła, ani oni jej... Nim muzyka grać zaczęła, mimowolnie posłyszała rozmowę panów stojących w progu. Nie domyślali się oni, że mogą być podsłuchanymi, albo to sobie lekceważyli.
Była to młodzież ochocza, hulaszcza, która o tej dnia godzinie nigdy w złym humorze nie bywała — a tym razem wstawała właśnie od zbyt przedłużonego szampanem, który w modę wchodził, i burgundem, który był w modzie, obiadu.
— Słuchaj, Władek, — mówił jeden — patrzajno tam, w lewo, pod trzeciem oknem, suknia biała, we włosach granat ponsowy, na szyjce kanak złoty. Widzisz ty ją? Co to za twarzyczka śliczniuchna! co za oczy pałające, jaka postawa pieszczotliwa i do pieszczot stworzona!
— Któż to taki?
— Nie znasz jej?
— Pierwszy raz widzę...
— Toć przecie dziś pani koniuszyna...... owa... nie pomnę już nazwiska. Wydano ją, czy wydała się za kogoś majętnego. Mąż, nie wiem co za jeden, ale o to mniejsza. Ona zaś, jakto żebyś nie znał, nie widział, nie słyszał? przecie to owa sławna Handzia, w której się książę Józef szalenie kochał przez trzy lata całe. Mieszkała wówczas we dworku, który książę dla niej kupił umyślnie. Mówią, że to była prosta sobie dziewczyna, ani czytać, ni pisać nieumiejąca, ale cud piękności, a nawet naturalnego dowcipu i sprytu... Książę szalał za nią i kochał się jak w wielkiej pani. Nim się nauczyła ręce umywać dla niego, całował brudne paluszki. Ile razy wynosił się do Jabłonny, jechała za nim. — Ale — znasz kochanego Pepi naszego, o ile zapalczywy w miłości, o tyle bałamut. — Zaczęła go wówczas kokietować ta Czo..... i Handzię dla niej zaniedbał. Szczęściem jeszcze, że o jej losie pamiętał, a dobrze wydał zamąż. Córeczkę ma śliczną jak aniołek — ba! ale i sama jeszcze ładna! a! ładna bestyjka! Co przy niej wszystkie nasze panie wymokłe, uwiędłe, namaszczone i umalowane...
— Ale, ba! Książę bo ma gust dobry, co się zowie, — rzekł drugi — teraźniejsza jego pasja piękna, jak królowa. — Widziałeś przecie Burzymowską?
— A któż jej nie widział! — odparł pierwszy. — Tylko ta różnica podobno w tej pasji księcia od innych, że więcej się Burzymowska w nim, niżeli on w niej kocha. Powiadają, że unika.
— Książę uczciwym i szlachetnym jest, — przerwał głos drugi — choć mu się narzuca, choć rzeczywiście bardzo nią zajęty — ale...
Tu muzyka zagrała... słychać było szmer tylko niewyraźny. Mężczyźni stojący pode drzwiami śmiali się i szeptali... Kiedy niekiedy pochwycić było można dobitniej wymówione nazwiska majorowej Habąkowskiej, pani Vauban i t. p. W przestanku jakimś jeden z rozmawiających odezwał się.
— Skończy się to tak, jak zwykle podobne romanse! Znajdą dla niej Francuza utytułowanego, albo poczciwego szlachcica... i — co było a nie jest, nie pisze się w regestr!
Muzyka znowu zabrzmiała głośniej, nic już nad nią nie było słychać. Czeżewska siedząca przy Sylwji, a ciągle zajęta salą, spojrzała w tej chwili przypadkiem na swą pupilkę i zerwała się przerażona. — Sylwja, z głową o drzwi opartą i o ścianę, leżała blada i zemdlona, wachlarz wypadł jej z ręki, oczy miała zamknięte — lice było trupie i zimne...
Nikt oprócz wojskiej nie spostrzegł wypadku. Czeżewska, która bez flakonów nie wychodziła nigdy, co prędzej dobyła jeden z nich z kieszeni i zaczęła cucić nieszczęśliwą Sylwję, która nierychło otwarła oczy, podniosła się przestraszona, chwytając ręce wojskiej, drżąca, blada jeszcze, jakby nie wiedziała, gdzie się znajduje i co się z nią dzieje.
— Gorąco w sali! Tyś taka zmęczona! Może wody.
— Wody! wody! — poczęła wołać Czeżewska — i zaraz ktoś usłużny pobiegł po nią.
Wpośród zgiełku i przewijających się osób nikt nie spostrzegł tego nieszczęśliwego omdlenia.
Młodzi ludzie, którzy we drzwiach prowadzili rozmowę, śmiejąc się, w głąb cofnęli.
Sylwja oprzytomniawszy, zwróciła oczy na ową Handzię i długo oderwać ich od niej nie mogła. Pani koniuszyna... owa w istocie była jeszcze bardzo piękną, a młodzież koło niej się roiła. Ona obchodziła się z nią dosyć pogardliwie a butnie. Śmiano się w kątku koło niej, i piękna Handzia czasem też pokazywała ząbki białe, dając się skusić do śmiechu, choć minkę robiła nadąsaną.
Grabski, który w początku ciągle tylko na Sylwję patrzał, szukał jej i teraz wzrokiem, gdy usiadła, ale mu ją drzwi zasłaniały, tak że się jej domyślał w kątku tym i całej sceny nie postrzegł.
Woda nieco szambelanównę orzeźwiła. Czeżewska nie domyślając się przyczyny omdlenia, a posądzając, że gorąco wielkiej sali spowodowało mdłości, rozmaite czyniła wnioski. Gotową była nawet poświęcić się dla wychowanicy i powrócić z nią do domu, jeżeliby się bardzo czuła osłabioną.
Sylwja odmówiła; ale twarz jej była tak zmienioną, że wojska ciągle się nowego obawiała omdlenia. Szczęściem pan de Beaumont, wielbiciel odepchnięty szambelanówny, która się go bardzo zimno pozbywała, co Francuza nie zrażało, zbliżył się, korzystając z tego, że ją zobaczył samą.
Był to średnich lat, piękny mężczyzna, który lepiejby się może wydawał, gdyby mniej o swej piękności pamiętał. Petit maitre w całem znaczeniu wyrazu, miał w sobie coś niewieściego, co go zapewne kobietom czynić musiało wstrętliwym...
— Piękna pani! — odezwał się głosem wystudjowanym — dziś na jej licu uwielbienia godnem (adorable) znać niezwykłe znużenie, — czy pani nie słaba?
— W istocie czuję się dziś niebardzo dobrze, — odparła Sylwja — ale to przejdzie.
— A! niechże nas pani swem cierpieniem nie przeraża — dodał Francuz. — Za jej zdrowie każdyby dał życie!
Sylwja uśmiechnęła się z rodzajem szyderskiego politowania. Francuz nie odchodził, stał w pozycji jak do tańca, z ręką założoną za kamizelkę, szukał wejrzenia pięknej panny i — jak Francuzi powiadają — czynił się sam pięknym. Byłby nawet nim może, gdyby nie tak bardzo przypominał komedjanta na scenie.
— Szczęściem dla mnie, dziś pani osamotniona, — mówił dalej — mogę jej ofiarować służby moje?
Czeżewska, widząc Sylwję zmęczoną i pomieszaną, wtrąciła się do rozmowy.
— Pan baron mógłbyś w istocie pannie Sylwji — nam, uczynić wielką łaskę. Gorąco jej zaszkodziło, szklanka limonjady możeby otrzeźwiła.
Zakręcił się Francuz i pognał szukać limonjady. Sylwja oczyma smutnemi toczyła po sali.
— Najlepiejby podobno było powrócić do domu, czuję się słabą.
— Ale — możeby to przeszło!... — odpowiedziała nieświadoma przyczyny wojska — trzeba się trochę przezwyciężyć! szkoda wieczora!
Szambelanówna nic już jej nie odpowiadała, spuściła głowę, zadumała się.
Baron, przyniósłszy własnoręcznie limonjadę, czuł się przez to upoważnionym stanąć na straży i zabawiać Sylwję swym dowcipem. Ten, zawsze prawie w jednem obracając się kółku, był już jej dobrze znanym, bo go się dawniej nasłuchała.
Grabski ze swego miejsca nie mogąc widzieć kuzynki, a dla niej tylko tu przyszedłszy, szukał w początku innego stanowiska, ale gdy postrzegł przy Sylwji stojącego Francuza na straży, z którym o lepsze się ubijać nie myślał, znudzony powlókł się dalej.
W drugiej salce tańcowano także, posługując się tą samą muzyką, którą tu dobrze słychać było. W trzeciej zgromadziła się kupka starych na poufną jakąś rozmowę, a dalej przeze drzwi pół otwarte widać było stolik suknem zielonem okryty i na nim kupkę złota.
Mężczyzna średnich lat, ubrany bardzo wytwornie, we fraku aksamitnym, cały obwieszany łańcuchami złotemi, z mnóstwem pierścieni błyszczących na palcach, pudrem woniejący zdaleka, z niezmierną żywością, wykrzyknikami dowcipnemi i hałasem, wśród śmiechów i wrzawy, trzymał bank faraona.
Dokoła stało, siedziało, wciskało się z kartami, zwieszało przez ramiona otaczających stolik mnóstwo młodzieży, wywołując stawki i karty, sprzeczając się i podżartowując z siebie.
Niektórzy, stojąc nad stołem i pilnując kart swoich, pili z kielichów, które w rękach trzymali.
Co chwila słychać było nawoływanie do bankiera, którego nazywano to po imieniu, to tytułem jakimś...
Nielitościwie obchodził się ze swymi poniterami, gdyż nie tylko ich ogrywał, ale z nich szydził sobie w sposób najdotkliwszy.
Sypał konceptami nie przebranemi na wszystkie strony, a pieniądze zgarniał na kupę, która coraz poważniejsze przybierała rozmiary.
Wtem znienacka ukazał się wchodzący drzwiami drugiemi, incognito, książę Józef, który, jak się zdawało, nie miał wcale zamiaru odwiedzać sal kasynowych: — wpadł tu tylko, aby coś lub kogoś zobaczyć.
Znany był wszystkim sposób grania księcia. Nie bawiła go gra, nie siadał do niej nigdy, czasami tylko, przechodząc, zobaczywszy złoto na stole, rzucał pierwszą lepszą kartę, wołając:
Va banque!
Potem, czy przegrała, czy wygrała, więcej już nie stawił.
Wszedłszy tu, książę powiódł oczyma, jakby kogoś szukał, szepnął coś do stojącego przy sobie mężczyzny, zaczęto szukać pomiędzy tłumem wkoło, nie mogąc znaleźć tego, kogo potrzebował.
Ciągnący bank dowcipny i wesoły pan, postrzegłszy księcia, zmieszał się i pobladł.
Wesołość nagle go opuściła — udawał, że przybywającego nie widzi i patrzał w inną stronę.
Książę, który nie znalazłszy jednego ze swoich dworaków, już się miał nazad temi samemi drzwiczkami wyśliznąć, raz jeszcze rzucił okiem na stół gry, coś go pociągnęło ku niemu, schylił się, zdjął kartę z podłogi, szybko się przysunął do stolika, położył ją na rogu i zawołał swoim zwyczajem.
Va banque!
Bankier, trzymający karty w ręku, podniósł ku niemu twarz wykrzywioną wymuszonym śmiechem.
— Mości książę! — zawołał — na co się to księciu zdało — biednych ludzi „dewalizować“?
— Trzymasz? — zapytał książę Józef.
Bankier ruszył ramionami.
— Muszę, jeśli książę każesz...
Va banque! — powtórzył niecierpliwie stojący przy stole. — Nie mam czasu, — ciągnij!
Milczenie zaległo pokoik przed chwilą tak wrzawliwy, oczy wszystkich zwróciły się na talję kart, którą trzymał w trochę drgających rękach wyelegantowany bankier, z uczuciem jakiejś obawy czy niepewności rozpoczynający ciągnienie.
Książę ręką kartę swą cisnąc, patrzał na przechodzących, jakby go los jej mało obchodził.
Nagle szmer powstał, kilku wykrzyknęło coś niewyraźnie, książę spojrzał. Wygrywał.
— Mój drogi, — rzekł do stojącego przy sobie Kameneckiego — uczyńże mi tę łaskę i napakuj sobie kieszenie.
Bien bonjour!
Odwrócił się i wyszedł.
Towarzysz księcia zapakowywał bank, śmiejąc się, zsunął dukaty, zsypał je garścią i, nie rzekłszy słowa, pośpieszył za swoim wodzem.
Na twarzy bankiera, który z kartami opuszczonemi na kolana siedział chwilę zadumany, widać było gniew hamowany, jakby chętkę pomszczenia się i złośliwość, która się wyraziła uśmiechem szatańskim.
Westchnął głęboko.
— Cóż robić! A la guerre comme à la guerre! Pocieszajmy się tem, że kto szczęśliwy w kartach, w miłości szczęścia nie ma!
To mówiąc, dobył kilka rulonów dukatów z kieszeni, trzymanych w zapasie i, łamiąc je, na zielonem suknie rozsypał. Dodać potrzeba dla zrozumienia tego, co następuje, iż gracze, nie wyjmując bankiera, należeli wszyscy do najzajadlejszej opozycji przeciwko Blasze i księciu.
Gdy pułkownik puścił swój dowcip o szczęściu w grze i w miłości, jeden ze stojących nad stolikiem, rozśmiawszy się, rzekł półgłosem.
— Przysłowie chyba kłamać musi, boć nie może się nazwać nieszczęśliwym, kto pozyskał serduszko takie, jak panny szambelanówny!
— Serduszko! ba! ba! — przerwał drugi — czy tylko nie więcej, niż serduszko?
Mówiący zaczęli się bacznie oglądać, czy ich kto z przyjaciół księcia nie słucha, lecz nie dostrzegłszy żadnej ze znajomych twarzy dworu, głośniej i śmielej ciągnęli dalej:
— Pleciesz! — odezwał się jeden — to są zazdrosnych pań bałamutne wymysły...
— Ba! ba! — odparł ten, który mówił wprzódy — w mieście się nic nie utai. Dziewczynie zawrócił głowę. Nie dosyć, że Vauban ją do siebie wabi, aby księciu romans ułatwić, będąc nader wyrozumiałą i litościwą, oprócz tego, wiemy gdzie miewają czułe schadzki we cztery oczy i kto im je ułatwia...
Ostatni wyraz dodał półgłosem.
— O jakiejże to szambelanównie mówicie? — przerwał im inny. — Jaka to znowu szambelanówna? nic nie wiem, bom dopiero od trzech dni powrócił, a pół roku mnie tu nie było.
— I nic dotąd nie słyszałeś? — wtrącił pierwszy — a toś chyba nie chciał słuchać. Całe miasto o tem bębni — jest to sekret poliszynela. — Cha! cha! śliczna, jak różyczka świeżo z pączka rozkwitła, szambelanówna przybyła tu z poczciwym, ślepym tatulem, Polonusem z za kordonu, jm. panem Je Burzymowskim, a imię jej Sylwja!!
Jeszcze ostatniego wyrazu nie dokończył, gdy ode drzwi poskoczył ku niemu Grabski, rzucił mu rękawiczkę w twarz i krzyknął głosem wielkim:
— Kłamiesz! jesteś oszczercą!
Blady, straszny stał z pięściami zaciśniętemi.
Około stołu ruszyło się wszystko, ludzie zbili się w kupę, otaczając dwu przeciwników.
Ten, który dostał w twarz rękawiczką, niejaki Odrzyński, młody, płochy człek, bełkotał tak zmieszany, że go zrozumieć było niepodobna.
Przyjaciele jego zaczęli na Grabskiego napadać.
— Kto waćpan jesteś? jakie masz prawo mieszać się do tej sprawy?
Hałas się stał wielki, drzwi zamknięto od sali.
— Jestem bliskim krewnym panny szambelanówny Burzymowskiej, — zawołał Grabski — zowię się Mieczysław Grabski — mam prawo stanąć w obronie pokrzywdzonej potwarzą nikczemną i lekkomyślną kobiety. Gdybym zaś innego nie miał prawa i powodu nad oburzenie przeciwko niecnemu kłamstwu — to starczy.
Wśród wrzawy i gwaru, jedni zaczęli stawać po stronie Odrzyńskiego, drudzy się za Grabskim ujmowali.
— Panowie, — odezwał się, głos podnosząc, bankier, który tymczasem z bardzo zimną krwią karty swe przetasowywał umiejętnie i gotował się ciągnąć bank znowu. — Panowie! Wszystko to bardzo jest pięknem, dobrem, rycerskiem, ale tu ani miejsce ni czas do paladynowania!
Umówcie się sobie na jutro do szopki w Łazienkach, na Wolę, do Bielan, a niech my ludzie niewinni, co stajem do walki z losem, nie cierpimy za cudzą sprawę...
Bank gotowy! (Pstryknął kartami). Kto stawi? Czekam!
Nie zaczepiany już przez nikogo Grabski, rozmówiwszy się krótko z przeciwnikiem, blady i poruszony wyszedł z pokoju gry.
Zaledwie się za nim drzwi zamknęły, gdy gwar ogromny wybuchnął na nowo.
— Kto bo widział, — krzyknął jeden — w publicznem miejscu prawić takie rzeczy?
— Jakie rzeczy? Cóżto! tajemnice są! Całe miasto o nich wie! Wróble na dachach śpiewają.
— Wróblom wolno, bo one rozumu nie mają — wtrącił drugi.
— Pojedynek, nic! — przebąknął bankier — ale jutro, choćbyśmy tu wszyscy sobie dali najświętsze słowo honoru, że będziemy milczeli — rozniesie się to po mieście... Będziemy z tego mieli niezliczone nieprzyjemności.
— Waćpan panie... — podchwycił jeden z poniterujących — mówisz sobie, że pojedynek, nic... Widać, że nie znasz Grabskiego. Jest to dawny wojskowy, posądzam go mocno, że się w pannie, kuzynce swej, kocha, a chłopak z charakterem i zacięty. Z nim sprawa nie na żart. Na lada zadraśnięciu i przeproszeniu się nie skończy.
Bankier już cały był zajęty kartami, po za nim i koło niego, chociaż gra się zbliżała, rozprawiano o wypadku bardzo żywo.
Jedni znowu brali stronę Grabskiego, drudzy starali się uniewinnić nieopatrznego paplę Odrzyńskiego, który stał blady, a chcąc się niby okazać niestrwożonym, postawił dziesięć dukatów na kartę.
Bankier ciągnął, a że miał w swem rzemiośle wprawę wielką, razem pochylony do jednego ze swych przyjaciół, siedzących obok, mówił:
— Wszystko to najfatalniejsze jest dla mnie, najniewinniej wplątany jestem w tę historję, a i tak w nienajlepszym jestem u księcia odorze. Stanę mu się jeszcze bardziej wstrętnym, stracę prawo pociągnięcia czasem banczku u niego, gdzie baby grają, u których się zawsze wygrywa...
Odrzyński, który przegrał, tłumaczył się ze swej nierozwagi.
— Teraz wy wszyscy na mnie, — odezwał się — a czyż to ja jeden tylko o tem publicznie gadałem? Wszyscy głośno powtarzali toż samo, tylko mnie za wszystkich przyszło pokutować.
Dobierano już sekundantów na jutro.
Pojedynek zresztą w owych czasach był rzeczą tak pospolitą, a tak najczęściej nie grożącą niczem oprócz kosztownego śniadania i pijatyki, że wyzwanie nie liczyło się do nadzwyczajnych wypadków.
Pojedynkowano się za lada słowo przy butelce, za spojrzenie, za potrącenie.
Krew kipiała w próżnującej młodzieży, potrzebowała ją sobie upuszczać, choćby pod najbłahszemi pozorami.
Na ten raz jednak domyślano się, że z Grabskim walka nie przejdzie płazem i nie może się skończyć na niczem. Znano go zdaleka, liczył się do poważniejszych ludzi, którzy płocho nic nie poczynali i nie dawali się zbyć lekko.
Mieczysław ustąpiwszy z pokoju gry, dopiero wypocząwszy nieco, odzyskał przytomność i krew zimną. Potrzebował czas jakiś stać na osobności, ażeby ochłonąć ze wzruszenia i obmyśleć, co mu czynić należało.
Chciał, korzystając z kasyna, wyszukać sobie dwóch przyjaciół, którzyby się nazajutrz rano umówili o warunki. To właśnie było dlań najtrudniejszem. Miał wiele znajomości między starszymi, mało wśród młodzieży, od której unikał. Szukał w myśli tych, którychby mógł wezwać na pomoc, gdy uczuł się pochwyconym za rękę i uśmiechnięta, pogodna, jasna twarz szambelana Burzymowskiego stanęła nagle przed nim.
— Co ja widzę!... a to cud! Micio! Micio na kasynie! Ty!... A to już chyba i kapucyni zaczną na redutach bywać! Jakżeś ty się tu znalazł?
I nie czekając na odpowiedź, zaczął go ściskać serdecznie.
— Wiedziałem, że wy tu będziecie, — przyszedłem umyślnie — odezwał się Grabski, nie mogąc z twarzy zetrzeć wyrazu frasobliwego, który się na niej wypiętnował.
— I nawet na kasyno nie wziąłeś asińdziej weselszego oblicza? a młody jesteś! — wołał Burzymowski. — Wstydźże bo się. Poważnym być, dobra rzecz, ale kwasić się niezdrowo. Co z ciebie będzie na starość? Człowiecze!
Niezgrabnie Miecio się spróbował uśmiechnąć.
— Ale to moja natura! — odparł.
— To ją rzuć w kąt taką niedorzeczną i nienaturalną naturę — zawołał szambelan. — Patrz na mnie!
Com tu ja przebył! com przeżył! co przecierpiałem! A czy znać na mnie? hę? Patrz!
I okręcił się żwawo na pięcie, wziąwszy pod boki.
Grabski patrzał nań z wyrazem politowania.
— Przepraszam kochanego szambelana, — rzekł mu na ucho — przyznam się, że mam na kasynie mały interesik do załatwienia. Darujesz mi, że mu towarzystwa nie dotrzymuję.
— O! rozumiem! romansik gdzieś jakiś z ładną kupcową, albo z mieszczaneczką, co to do szlachty i paniczów lgną! Patrzaj tylko, żebyś mi się nie dał złapać i nie wprowadził ladajakiej krwi do starego szlacheckiego rodu... Boć, jesteście w Paprockim! Hulaj, bratku, to ci pójdzie na zdrowie, ale nie żeń się, chyba z równą!
Pogroził mu na nosie.
Grabski wolał być już posądzonym niesłusznie o płochość, niż zdradzić swą tajemnicę, uśmiechnął się dwuznacznie i oddalił szybko.
Po drodze, jakby szczęśliwem losu zrządzeniem, spotkał dwóch dawnych wojskowych, znajomych dobrze, odciągnął ich na stronę i, nie mówiąc o kogo poszło, objaśnił, co się stało, w krótkich słowach.
Choć nie z wielką ochotą, oba mu przyrzekli, że za przyjaciół służyć będą.
Nieradzi oni byli narazić się rządowi pruskiemu, który choć do zbytku surowości nie posuwał, w razie śmierci jednego z pojedynkujących się do odpowiedzialności towarzyszów pozywał. Uciekać więc było potrzeba, a dwaj wojskowi ani środków nie mieli po temu, ani ochoty.
Nie mogli jednakże odmówić prośbie usilnej.
Nic już nie mając do czynienia na kasynie, Grabski przesunął się wśród par tańcujących, oczów już nawet nie podnosząc i dążył wprost ku miejscu, gdy we drzwiach spotkał wychodzącą Czeżewską, która pod rękę Sylwję podtrzymywała.
Zbliżył się ku nim niespokojny, nie pojmując, co mogło być przyczyną tak wczesnego usunięcia się ich z balu, ale twarz Sylwji, którą ujrzał w tej chwili, wszystko mu wytłumaczyła.
Szła blada, zmieniona, chwiejąc się. Wejrzenie czarnych jej oczów obłąkane jakieś podniosło się na Grabskiego.
— Kuzynko! Co ci jest? na Boga!
— Mdłości dostała z gorąca... Chora! — odparła śpiesznie Czeżewska. — W sali było nieznośnie duszno, przejdzie to na świeżem powietrzu.
Sylwja milczała, ale wejrzenie jej smutne nie schodziło z Grabskiego.
— To nic, — rzekła wreszcie, pokaszlując — to przejdzie... Słabo mi się zrobiło!
— Nieznośny tłok! towarzystwo najokropniejsze — prędko mówiła Czeżewska, nachylając się ku Grabskiemu. — Daję słowo, że na moje oczy widziałam córkę kupca z Senatorskiej ulicy, która często w sklepie siaduje. Nazywają ją piękną Leonildą! A jaka wyfiokowana! Co za dziw! Ich to nic nie kosztuje!
Francuz, który nie był przy paniach, gdy wychodziły, napędził je w sieniach dopiero, i we dwóch z Grabskim pomogli im wsiąść do powozu, który przed czasem potoczył się na Miodową.
Szambelana w chwili odjazdu niesposób wyszukać było, musiano go więc zostawić na kasynie, za co się nie gniewał, gdyż spotkawszy obywatela z za kordonu, schwycił go, kazał na dwie osoby postawić kapłona i burgunda i przegawędził z nim o owsie i pszenicy do północy.

VI.

Historyczna szopka, inaczej stajnia czy wozownia przy Łazienkach, w której się najwięcej pojedynków odbywało, była teatrem tylu dla księcia Józefa nieprzyjemnych, krwawych wypadków, iż, jakeśmy już wspominali, uprosił był u gubernatora Koehlera, aby koło niej pruski żołnierz stał na warcie.
Obecność tego reprezentanta władzy przez parę miesięcy wstrzymywała zapędy młodzieży, która musiała jeździć do Młocin, na Bielany, na Wolę, i biła się sobie nieszkodliwie po różnych kątach. Wkońcu do wozowni nikt już nie zaglądał, wyszła z mody, zamknięto ją na kłódkę, a żołnierza pocichu ściągnięto z nieprzyjemnego stanowiska, na którem się nudził.
Wiedziano już o tem w mieście, a że zimą mało kto i rzadko w Łazienkach gościł, sekundanci Odrzyńskiego wskazali znaną wozownię jako miejsce do rozprawy najstosowniejsze.
Nazajutrz rano warunki pomiędzy przyjaciółmi z obu stron były umówione, Grabski jednak swoim oświadczył, iż na żart bić się nie myśli, innej umowy, jak na pistolety, nie przyjmie, do pierwszej krwi lub... co Bóg da.
Starano się przynajmniej uczynić spotkanie mniej niebezpiecznem, naznaczając dystans o kroków trzydzieści. Szopa właśnie na tyle starczyła.
Odrzyński, zwany pospolicie Trawką, dlatego, że z powodu jakiegoś zakładu raz, długo bardzo zieloną trawię nosił w dziurce od fraka! był sobie dobrym, lekkomyślnym chłopakiem. Jedynak u rodziców, majętny, niekoniecznie rad był ginąć.
Wpadłszy w rozhulaną młodzież, usiłował jej we wszystkiem dotrzymywać placu i hulał ogniście. Nie szło to u niego może z temperamentu, ale miłość własna podbudzała go do odznaczenia się w jakikolwiek sposób, a że inaczej nie umiał, odznaczał się przy kieliszku, u kart i w innych tego rodzaju młodzieńczych zapasach.
Do pojedynku na serjo nie miał Trawka tak bardzo wielkiej ochoty, lecz trzeba było męstwo i zimną krew okazać.
Koszycki i Kwiński, sławni pojedynkowicze i rębacze, służyli mu za sekundantów.
W duszy przeklinał Odrzyński swój długi język i znalezienie się niedorzeczne, lecz ani odwoływać, ni przepraszać nie było podobna — trzeba się było bić.
Nadomiar biedy słyszał Trawka, iż Grabski strzelał doskonale, on zaś na pistolety, kulami... nie miał najmniejszej wprawy. Do tego się nawet przyznawał przed Kwińskim, który mu odpowiedział:
— Głupstwo! W pojedynku na pistolety umiejętność nic nie znaczy. Ten, co nigdy nie strzelał, trafi, a co na gwoździe sadzi kule, chybia. Byle jeden z was drugiego drasnął, bić się więcej nie damy...
Godzina była wyznaczona pod wieczór. Grabski ze swymi dwoma przyjaciółmi, ludźmi skromnymi i milczącymi, stawił się pierwszy.
Przy szopie straży nie było, ale się koło niej przechadzał w kożuchem podbitej opończy, z rękami w kieszeniach, w kapuzie na głowie stary niegdyś berejter królewski, dziś na łaskawym chlebie siedzący w Łazienkach i dozorujący budowle w większej części puste.
Stary, postrzegłszy przybywających, łatwo się domyślił, co ich tu sprowadzało, popatrzał na nich i odezwał się do jednego z sekundantów, ręką pokazując ku miastu:
— Wiem ja czem to tu pachnie! Możecie panowie powracać sobie zdrowi, skąd przybyliście, bo ja tu nikogo nie puszczę.
A wyczekawszy chwilę na odpowiedź, której mu nie dano, palcem pokazał ogromną kłódkę, do wrót szopy przywieszoną. Był to jednak manewr zwykły dla wyzyskania pojedynkowiczów, którzy się staremu opłacać musieli. Grabski, który już o tem wiedział, wcisnął eks-berejterowi parę czerwonych, a ten, po krótkim namyśle, nieco uchyliwszy kapuzy, poważnym krokiem zawrócił się w inną stronę, mrucząc:
— Ja tam o niczem wiedzieć nie chcę, o niczem nie wiem. Róbcie jak wam lepiej. Nie moja rzecz.
Kłódka niezbyt mocno przytwierdzona, którą dawniej już ten sam los spotykał, natychmiast oderwana została, i przybyli wtargnęli do wielkiej wozowni.
Nie było w niej nic, oprócz starego złamanego karyklu i zielonej dryndulki, której trzech kół brakowało. Leżała w najniewygodniejszej pozycji w świecie, oczekując jakiegoś końca.
Szopa była wygodna; ślady dawnych odbytych tu bojów pozostały na podziurawionych jej ścianach. Gdzie niegdzie widać było napisy węglem, nazwiska i daty, a wesoły jakiś kawaler imię swe i rodziny zapisawszy, dodał:
— N. N. ręką i krwią własną.
Rana nie musiała być niebezpieczną, bo mu humoru nie odjęła.
Przybyli zaledwie mieli czas rozpatrzeć się trochę, zacząwszy plac rozmierzać krokami, gdy we wrotach postrzegli Trawkę z Kwińskim i Koszyckim.
Odrzyński nadrabiał fantazją, lecz twarz miał bladą, a ruchy gorączkowe zdradzały wzruszenie. Zato Kwiński żartował i śmiał się nadto głośno, a Koszycki wąsa kręcąc, nadymał się.
Grabski, pozdrowiwszy lekkiem skinieniem głowy przybyłych, stanął zboku i czekał spokojnie, aby miejsce wyznaczono.
Nabijanie, wybór stanowisk, rozmaite drobne szczegóły, o które się umawiać musiano, zabrały trochę czasu, a tuż powoli ściemniać się już zaczynało.
Kwiński począł wołać:
— Nie mamy czasu do stracenia! Na miejsca! Na miejsca!
Sekundanci je wskazywali.
Ponieważ pora chłodną była, nie rozbierał się nikt, stanęli jak byli poubierani naprzeciwko siebie. Odrzyński, nauczony widać, ubrał się całkiem czarno, nie biorąc nic ani błyszczącego, ani białego, coby za cel służyć mogło. Grabski o tej ostrożności nie pomyślał.
Strzelać miano na komenderówkę, która powierzoną była panu Koszyckiemu.
Raz — dwa — trzy!
Za trzecim padły razem dwa wystrzały, ale obaj przeciwnicy zostali nietknięci.
Kula Grabskiego świsnęła około samego Trawki, który się aż do ziemi przygiął, i uwięzła w ścianie. Mimowolnemu drgnieniu winien był życie.
Strzał był nadzwyczaj celny.
Kuli Odrzyńskiego, która poleciała gdzieś na poddasze do wróblów, odszukać nawet nie było podobna. Kwiński spróbował wnieść, ażeby na tem poprzestać można, i podać sobie ręce, ale Grabski nie chciał ani słuchać. Nabijano pistolety po raz drugi. Trawka już znękany pierwszem wrażeniem, stał blady i drżący, Grabski chodził ręce pod frak włożywszy, czekając, aż mu pistolet podadzą. Nabijanie trwało dosyć długo, które tylko uderzanie stempli przerywało.
Stanęli na miejscach swych po raz drugi, a Koszycki umyślnie, nie dając czasu do celowania, pośpiesznie zawołał:
— Raz — dwa — trzy.
Strzelili. Grabski, stojący niedaleko zielonej dryndulki, za nogę się pochwycił i pochylił.
Odrzyńskiemu kula przeciwnika oddarła zboku kawał sukna i dała mu silną kontuzję, ale w pierwszej chwili przestraszony obalił się, wołając, że jest zabity.
Poskoczyli ku niemu sekundanci i przekonawszy się o prawdziwym stanie boku, na którym znać tylko było, jakby silne bizunem uderzenie — śmiać się poczęli. Dopomogli mu wstać trochę skonfundowanemu.
Rana Grabskiego była nierównie groźniejszą, gdyż nogę miał przestrzeloną, krew uchodziła silnie i można się było lękać, czy arterja nie została przerwaną.
O lekarzu zapomnieli jakoś wszyscy, lecz dwaj starzy wojskowi rzucili się natychmiast do bandażowania.
Rzecz była szczęśliwie skończoną, pozostawało podanie sobie rąk, lecz Grabski pod pozorem, iż miał ją zbroczoną, skłonił się tylko zdaleka, nic nie mówiąc.
Koszycki i Kwiński krzątali się około rannego razem z jego sekundantami, mimowoli podziwiając jego męstwo i żelazną wytrwałość, bo, mimo wielkiego cierpienia, nie wydał głosu.
Mrok już padał, gdy jeden z wojskowych pobiegł po powóz, zostawiony w alejach i sprowadził go pod szopę.
Trawka, który się ciągle za bok porażony trzymał, bo jak powiadał Kwiński, kiełbasa mu na nim narosła, pozostał ze swymi, a Grabski do domu odjechał.
Dnia tego i na Miodowej ulicy chodzili wszyscy zakłopotani i strwożeni. Sylwja, która, powróciwszy z kasyna, czuła się niedobrze, z gorączką położyła się do łóżka, a w nocy musiano wezwać doktora.
Szambelan, który, przyśpiewując, powracał do domu, o mało nie padł rażony apopleksją, gdy się o słabości córki dowiedział.
Chciał zaraz zwołać wszystkich z całego miasta doktorów.
Pobiegł do łóżka córki, która go się starała uspokoić, i na jednym lekarzu Francuzie się skończyło. Burzymowski tylko spać się już nie kładł.
Całą noc, co chwila się zrywając, przedrzemał w krzesełku. Nazajutrz, chociaż zaręczano, że nie było najmniejszego niebezpieczeństwa, Sylwja jednak z łóżka wstać nie mogła.
Nakazano spoczynek...
Czeżewska niezmiernie czynna, kręciła się, rozkazywała i była w swoim żywiole, gdyż mogła się rozporządzać i słuchać jej musiano.
Napisała zaraz z rana do majorowej, donosząc o wypadku, a szambelan chciał posłać po Micia, który mu teraz był potrzebniejszym niż kiedykolwiek; zreflektował się jednak, że Grabski codzień sam przychodził i musiał lada moment nadejść bez posłańca, o którego było trudno.
Tymczasem Grabskiego z rana nie było, nie było go po obiedzie, nie przyszedł i wieczorem, a jeden z wojskowych, z polecenia jego o mroku zjawił się, oznajmując szambelanowi, iż Grabski bardzo przeprasza, że służyć nie może — bo — jest w pojedynku ranny.
Wypadek ten tak się zdawał do prawdy niepodobnym Burzymowskiemu, że uszom nie wierzył...
Chwycił za rękę kapitana Rozpędzińskiego i krzyknął:
— Grabski! Micio ranny! Ale to nie może być!!
Dopytywany o przyczynę zajścia kapitan nic powiedzieć nie umiał, bo sam nie wiedział, tylko że się na kasynie posprzeczali. Dosyć było na nogę nastąpić wówczas, aby do pojedynku przyszło.
Szambelanowi łzy się z oczów puściły. W chwili gdy najwięcej na pomoc Micia rachował, gdy ten mu był najpotrzebniejszym, zawistny los mu go odbierał.
Gniewał się i na los i na Micia, że śmiał w taki czas pojedynkować się i zostać rannym, kiedy tu prawie się bez niego obejść nie było podobna.
— Proszę asińdzieja, — odezwał się do kapitana, ręce załamując — czy nie jestże to istna kara Boża jakaś na mnie!
Tu mi właśnie córka zachorowała, ja z nią głowę tracę, a ten mi w taką porę utrapioną daje się postrzelić i kładnie! Prawdziwe to przysłowie, że jedna bieda nigdy nie dokuczy.
Miałem zaraz wczoraj na kasynie jakieś brzydkie przeczucie, gdy mi powiedział odchodząc szparko, że ma jakiś pilny interes. A ja to znam te ich pilne interesa! Nic innego być nie mogło, tylko jakiś głupi romansik, i musieli się z rywalem o ladaco zadrzeć. — Ależ takiej płochości, takiej lekkomyślności po nim, co mi się wydawał statecznym, nigdy w świecie nie byłbym się spodziewał!
Komu tu wierzyć! Otóż ta teraźniejsza młodzież! Za lada, z pozwoleniem, małpę życie stawi.
Kapitan ani tłumaczył, ani uniewinniał, krótko zabawiwszy, pożegnał się i wyszedł.
Szambelan jak zawsze gadatliwy, nic nie miał nadto pilniejszego, by natychmiast wcisnąć się do pokoju córki i bez ogródki poskarżyć się przed nią, że Grabski „za jakąś dziewczynę“ (był tego najpewniejszym) pojedynkował się i został ranny.
O owej dziewczynie, czupiradle, małpie, przeklinając ją, rozpowiadał, jakby ją widział. Sylwja, leżąca jeszcze w gorączce, podniosła się nieco, posłyszawszy to, i zapytała:
— Niebezpiecznie ranny?
— Kto go wie! — odparł szambelan — nogę ma na wylot przestrzeloną — a ja wiem co to noga! Rychlej człek ranę w łeb wytrzyma, niż gdy dostanie po tebinkach!
Smutnie ściągnęły się brwi Sylwji i opadła na poduszki...
Burzymowski chodził po pokojach, łajał i krzyczał na służbę, narzekał na losy, modlił się, popłakiwał, siadał, wstawał i nierychło zdecydował się pojechać odwiedzić Grabskiego, aby go porządnie zbesztać.
Objawił to postanowienie Czeżewskiej, zaręczając, że niedługo zabawi, posłał Zybka po dryndę i pojechał.
Lekarz i felczer właśnie opatrywali nogę rannemu, gdy szambelan wszedł niecierpliwy, od progu poczynając perorę, do której się czuł w sumieniu obowiązanym.
— A co? a nie mówiłem wczoraj? gdyś mi wspomniał o bardzo pilnym interesie? Przysięgnę, że poszło o jaką małpę, o lada trzpiota, mieszczankę! Otóż mi z pana sensat, oto mi stateczny młodzieniec, który wszystkich krytykował!! Masz tobie!!
Grabski blady podał mu rękę milcząc, uśmiech dziwny błądził po jego ustach.
— A cóż ta rana? — zapytał Burzymowski ciszej lekarza.
— Kuli niema, kość zdaje się mało co draśnięta, muskuły tylko poszarpane... Niebezpieczeństwa, dzięki Bogu, niema, zdaje się, żadnego, no — a przecierpieć i kawęczyć trzeba będzie długo.
A na ucho szepnął szambelanowi.
— Być może, iż trochę nakuliwać będzie! Być może!
— A! toś mi się spisał — począł Burzymowski, siadając przy łóżku. — Właśnie dla mnie w porę! Sylwja wczoraj od tego szelmowskiego gorąca w sali zachorowała i także dziś leży. Ona nie wstaje a tu i ty się położyłeś, pono na długo... kiedy ja sobie rady dać nie mogę.
A bodaj ciebie z tą twoją, z pozwoleniem, klempą!... Masz tobie warszawskie rozkosze! — dodał, wzdychając — oto tobie karnawał!
— Ale Sylwja przecie nie jest w żadnem niebezpieczeństwie? Choroba jej nie grozi?
— Nie! Niechże Pan Bóg uchowa! — zawołał prędko ojciec — gorączki ma tylko trochę. Doktór przykazał spoczynek, dał jakąś miksturę śmierdzącą... a póki ona wydobrzeje, ja się zamęczę.
Bo to z tą waszą Czeżewską, choć baba się kręci, wierci, niby coś ciągle robi, służy, ale z niej pociechy niema. Zwyczajnie pani stara, co zszyje to rozpara! Beze mnie one tam sobie rady nie dadzą, logiki u nich za grosz niema!
Pomimo tego zapewnienia, które zdawało się rychły odwrót zapowiadać, Burzymowski pozostał przy łóżku chorego, narzekając, rozpytując i ciekawym będąc dowiedzieć się koniecznie, o co właściwie poszło.
Grabski mu stanowczo odpowiedział, że tego wyjawić nie może.
— No, to mi dość, że ty gadać nie chcesz! — rzekł stary. — Gdyby awantura była, do której się przyznać godzi przed bliskim krewnym i przyjacielem, który ci niemal ojcem był, pewniebyś się nie wahał powiedzieć coś jak było. Zatem już ja się reszty domyślę. Podwika! podwika, nie co innego. Gdzie djabeł nie może, tam babę pośle. Jejmościanka koso może spojrzała!
Ranny się nie chciał tłumaczyć.
Nagderawszy dużo, z pełnego serca, Burzymowski pożegnał go i do domu powrócił.
Tu zastał gościa.
Po salonie chodziła mocno zirytowana wojska i oznajmiła mu, że u Syłwji była — majorowa. Mówiła o tem z jakimś przekąsem, z urazą, dając do zrozumienia, że przecie zasługiwała na to, aby przed nią nie czyniono tajemnic i nie zamykano się. Bolało ją strasznie, iż Habąkowska prosiła ją, aby z Sylwją sam na sam mogła pozostać chwilę.
Gdyby nie pewne obawy i względy, zdaje się, że byłaby pod wrażeniem wyrządzonej sobie krzywdy wyspowiadała się przed starym z powziętych teraz przekonań i opinji o pani majorowej. Musiała sobie jednak wczas przypomnieć, że ją sama ściągnęła do domu i zawiązała te stosunki, które teraz taką ją napełniały goryczą.
— Proszę pana szambelana, — odezwała się, ciągle patrząc na drzwi, które prowadziły do pokoju Sylwji — co mogą mieć za tajemnice, do których ja niegodną jestem, abym przypuszczoną była? Miała konferencja trwać pięć minut. Patrzę na zegarek, już tam z sobą są od pół godziny i słyszę jak żwawą prowadzą rozmowę. Chorą osobę zmęczy, gorączka się powiększy i tyle z tego całego pożytku. Jakem poczciwa!
— Ale, jeśli Sylwja sama sobie tego życzyła?! — zapytał szambelan. — Chorej się nie można sprzeciwiać. Może ją to rozerwie, gdy się wypaplą.
Wojska ruszyła ramionami, podeszła pode drzwi, przyłożyła do nich ucho i cofnęła się zniecierpliwiona.
Wkrótce potem wybiegła pani majorowa Habąkowska z twarzą dosyć ożywioną i wesołą.
Nie spojrzała nawet na przyjaciółkę Czeżewską, która natychmiast pędem wleciała do pokoju chorej, zwracając się z wielkiem nadskakiwaniem i grzecznością ku szambelanowi.
Burzymowski majorowej od owej pierwszej chwili, gdy ją wziął za wielką panią i odprowadzał do karety, nie lubił wcale. Była mu zanadto fertyczną, wściubską, nazywał ją bałamutką, pędziwiatrem i domyślał się w niej burzliwej przeszłości. W Czeżewskiej cenił pryncypja, a tu w nie nie wierzył. Być może, iż Habąkowska domyślała się co o niej trzymał Burzymowski, bo takie żwawe a dowcipne istoty miewają trafne przeczucia sentymentów, jakie obudzają. Dlatego zapewne tem mocniej pragnęła pozyskać sobie szambelana.
— Kochany panie szambelanie dobrodzieju! — odezwała się, tak podchodząc do niego, iż wanilja od niej doleciała biedaka. Burzymowski zaś ani ambry, ani wanilji, ani goździków, któremi się perfumowano, znosić nie mógł i otwarcie mawiał, że woli zapach kwaszonej kapusty. Cofnął się więc.
— Kochany panie, — rzekła — nie trwóż się o twoją ukochaną, a nam drogą jedynaczkę... Ja się na naszych kobiecych słabościach dobrze znam, jutro będzie zdrowa. To są nerwy, przejdzie rychło.
Burzymowski obie ręce podniósł do góry.
— Oby się słowa asanbdziki sprawdziły! — zawołał wzdychając. — Trzeba wiedzieć, że Sylwka moja od zębów a potem szkarlatyny, którą szczęśliwie przebyła, nigdy nie chorowała. Nigdy! a nerwów też nie miała, jako żywo! Skądże, proszę asińdźki, te modne nerwy znowu?
— Wczoraj na sali w kasynie było gorąco jak w piekle, — zawołała Habąkowska — a przestrzegałam tego nieznośnego Ledoux, żeby przepalać nie kazał.
— O, że gorąco było to gorąco! — odezwał się Burzymowski, głową potrząsając. — Wszak oto, najspokojniejszy z ludzi, kuzyn nasz, poczciwy Micio Grabski, z gorąca tego leży dziś z nogą przestrzeloną.
Majorowa, której powołaniem było wiedzieć wszystko co się w stolicy działo, mianowicie w sprawach miłosnych i pojedynkowych, posłyszawszy o strzale, przyskoczyła do szambelana.
— Zlituj się pan! Ja nic o tem nie wiem! Kto? Grabski? postrzelony? Któż go postrzelił? z jakiego powodu?
— Proszę asińdźki, — odparł gospodarz — jak tylko mężczyźni się strzelają, to — o co? o kobietę! Jakaś tam dziewczyna...
— Ale jakaż? która? zmiłuj się! Józia? Terenia? — poczęła gwałtownie Habąkowska nalegając. — Pan musisz wiedzieć! Z kimże się bił? mów mi pan, ja zgadnę o kogo!
Burzymowski się w czoło stuknął.
— A! jakże bo się zowie! Na śmierć zapomniałem! — zawołał. — Wiem tylko, że go Trawką przezwano.
— No, to już wiem — wtrąciła Habąkowska. — Trawka? Co to może być?...
Potrząsała głową.
— Mówże pan, — nalegała, znowu z wanilją mu się przysuwając — mów, szambelanie, co tylko wiesz! Jak ranny? Dokąd się strzelać jeździli, bo szopka zamknięta. Któż sekundował? Kiedy się to stało? Czy Trawka uszedł cało?
Na ten potok zapytań przyparty do kąta zapachem wanilji szambelan odpowiadał jak mógł, ale zawsze niedostatecznie. Habąkowskiej niepodobieństwem teraz oddalić się było, nie wyczerpawszy tego źródła plotki do dna, gdy szczęśliwie na nie trafiła.
Nie wątpiła, iż o pojedynku w mieście mówić będą wkrótce i że ona, dzięki szambelanowi, jak zwykle, przysłuży się ciekawym najświeższemi, najobfitszem i szczegółami z pierwszej ręki.
Burzymowski upewnił ją stanowczo, że rzecz poszła o jakąś dziewczynę niewiele wartą, że rana nie była śmiertelną, ale mogła grozić okulawieniem młodemu chłopcu. Dodał i to, że Trawka dostał porządnie po boku.
Pilno już teraz było majorowej jechać Pod blachę 1 zawieźć tam tę nowalję. A że i inne miała do pośpiechu powody, pożegnała wiec jak najczulej gospodarza, wahającego się czy ją miał przeprowadzać do powozu czy nie — i znikła.
Nim się szambelan namyślił nad tem, czy prejudykat przy pierwszej wizycie wiąże go tak, iż powinien ją sprowadzić — Habąkowskiej karetka już się toczyła po bruku. Zdało mu się, że nie zgrzeszył ani uchybił, mając chorą córkę jako wymówkę.
Gdy po chwili zapukawszy nieśmiało do pokoju Sylwji, wszedł do niej, znalazł ją w istocie, jak przepowiedziała majorowa, z wielką dla siebie pociechą znacznie zdrowszą i uspokojoną.
Siedziała na łóżku blada trochę, piękniejsza może niż była, uśmiechnięta smutnie, a mikstura doktora, nie tknięta jeszcze, pomóc nie mogła.
— Co to jest młoda natura! siły młode! — odezwał się szambelan — choroba się przed niemi cofa zwyciężona i napastować nie śmie.
Czeżewska w duchu przypisywała to nie naturze, ale tej majorowej, którą teraz nienawidziła, bo po wyjściu jej wszedłszy do Sylwji, znalazła ją już siedzącą, uśmiechniętą, postrzegłszy tylko, że papierek jakiś szybko schowała pod poduszkę.
Miała myśl wojska, później poprawiając troskliwie posłanie, wyjąć z pod poduszek ten bilecik tajemniczy, ale ją nadzieja zawiodła, bo sięgnąwszy ręką bardzo zręcznie, już go tam nie znalazła.
Sylwja widocznie lepiej się miała, lekarz, który przybył wieczorem, znalazł zmianę bardzo szczęśliwą, puls uspokojony, nerwy mniej podrażnione, stan nad wszelkie spodziewanie pomyślniejszy, wróżący rychłe uzdrowienie.
Szambelan uradowany sowicie mu za to zapłacił.
Później niż domowy ordynarjusz przysłany z Pod blachy doktór Witaczek przybył się dowiedzieć o stan panny szambelanówny, co nadzwyczaj Burzymowskiego rozrzewniło, dowodząc jak się żywo jego dziecięciem interesowano.
Wprawiło go to i coraz widoczniejsze polepszenie zdrowia córki ku wieczorowi w humor weselszy, tak że nie mając go na czem i na kim spędzić, żartował z Micia nielitościwie, z jego pojedynku i rany, puszczając się w dziwaczne domysły o owej mitycznej dziewczynie, która być powodem walki musiała.
W mieście się długo nigdy nie utrzyma tajemnica. Kłótnia acz bardzo krótka w pokoju gry nie uszła oka i ucha ciekawych. Tłumaczono ją sobie bardzo rozmaicie. Młodzież, która była jej świadkiem, milczała, gdy bardzo wielu słuchaczów, ale każdy z nich pojedyńczo, na ucho sobie wszyscy opowiadali, ze szczegółami, jak to było.
W rozmaitych wersjach, z rozlicznemi warjantami krążyło opowiadanie aż do wieczora dnia następnego. Pojedynek usta rozwiązywać zaczął.
Niektóre z pań bywających Pod blachą, nie ważąc się powtarzać, jak to było, cedziły półgębkiem, że miało pójść o szambelanównę, o której jeden z młodzieży z lekceważeniem się wyraził, za co krewny jej Grabski się ujął.
Ciekawość była podniecona, wyprawiono na zwiady, piękne panie rozesłały swych faworytów dla zasięgnięcia języka, i wieczorem wiedziano już, jeżeli nie wszystko, to główne motywy całego dramatu.
Rzadko pomiędzy pięknemi paniami, które się zawsze czują rywalkami, tyle jest miłości i przyjaźni, by z nieszczęścia współzawodniczek nie cieszono się choć troszeczkę.
Sądy na ucho komunikowane były bardzo rozmaite. Nie wszystkie pewnie życzliwe dla pięknej Sylwji, której chorobę przypisywano naturalnie świadomości tego, co zaszło.
W opinji ogólnej Grabski, dotąd mało znany, zyskał najwięcej.
Z opowiadania samych sekundantów Trawki wnosić było można, iż nie znalazł się ani rycersko, ni zbyt nawet mężnie.
Potwarz rzucić na kobietę, a choćby plotkę o niej powtórzyć, już w oczach niewiast czyni człowieka pogardy godnym, a gdy się do tego przyłączy brak odwagi, zgubionym jest na sławie.
Dwaj sekundanci, śmiejąc się, opowiadali zabawnie, jak Trawka krzyknął, że jest zabity, nie będąc nawet rannym, i jak Grabski nie jęknął nawet, choć kula mu nawylot nogę przeszyła.
Piękne panie, które zdala tylko widywały mężnego obrońcę honoru niewieściego, czuły dlań sympatję wielką.
Kilka osób zupełnie nieznanych posłało się dowiadywać o jego zdrowie. Trawka, który chciał wyjść na bohatera, spotykał wszędzie uśmiechy szyderskie i drwiny.
Tegoż wieczora Pod blachą u pani Vauban, en petit comité, opowiadano sobie historję całą, chociaż z pewnemi przemilczeniami (réticences).
Gdy książę wszedł do salonu w towarzystwie kilku mundurowych przyjaciół, Kameneckiego, Rautenstraucha, Pokutyńskiego, oczy pięknych pań siedzących u stolika z ciekawością się zwróciły ku niemu, jakby chciały wybadać wrażenie, które wypadek znany mu (jak się wszystkim zdawało) mógł na nim uczynić.
Książę dnia tego był trochę blady, może niespokojny, ale swą zwykłą obojętność i chłód umiał zachować dla oczów ludzkich. Czuć było tylko na nim rozdrażnienie nerwowe, które tego dnia czyniło go tak drażliwym na najmniejszy stuk i głośniejszy wykrzyknik, jak zwykle pani Vauban bywała. Uśmiechał się jednak, mówił o rzeczach obojętnych, prawił chłodne komplementa pięknym paniom i nie zmienił w niczem wieczornego swego obyczaju.
Późno już, gdy nadszedł doktór Witaczek, który był posyłany do Burzymowskich, książę, zobaczywszy go, nieznacznie kołując, zbliżył się ku niemu.
— Byłeś u szambelana, doktorze?
— Właśnie stamtąd powracam — odpowiedział Witaczek.
— Jakże się ma chora?
— Lepiej, niema nic niebezpiecznego, proste rozdrażnienie nerwowe, ale u kobiet ono i ostrzejsze czasem formy przybiera, a może się nawet stać groźnem. Jest lepiej, mości książę.
Nie chcąc, aby mowa z doktorem zwróciła uwagę, książę się natychmiast od niego oddalił, przechodząc do Pokutyńskiego, który uczył się roli Nathana do projektowanej sceny z Athalji, mając w niej na jakimś wieczorze występować.
— Szanowny Nathanie, — odezwał się do niego — nie masz ochoty się przejść ze mną? Słówko tylko.
— Służę w. ks. mości — rzekł Pokutyński.
— Dawno widziałeś się z kolegą swoim p. Burzymowskim? — zagadnął po chwili.
— Spotykamy się z nim ciągle; lecz, jeśli mam prawdę powiedzieć, poczciwy Je na dłuższy czas trochę jest nudny. Używam go pomiernie.
— Dzisiaj się z nim nie widziałeś? — dodał książę.
— Nie — odparł szambelan.
— Radbym wiedział, — rzekł książę z pewnem wahaniem — co tam się z nim dzieje. Rozmaitego rodzaju niedorzeczeństwa plotą po mieście.
Godzina jest za późna do wizyty, — dodał, spoglądając na zegarek — ale gdybyś był łaskaw zobaczyć się z nim i wyrozumieć, czy do starego nie doszło co — głupiego... byłbym ci wdzięczen.
— Jutro? — zapytał Pokutyński.
Godzina była dosyć późna, książę głową potrząsnął.
— A zatem, jutro, mój Pokutynsiu — dodał, oddalając się.
W chwili, gdy się to działo, Vauban zdala dawała mu znak, że z nim chce mówić. Książę z pośpiechem grzecznym podszedł ku niej. Francuzka miała na ustach uśmiech szyderski.
— W gabinecie u mnie siedzi Jutka, której się zdaje, że możebyś ją chciał spytać o co.
Na wspomnienie majorowej książę się zmarszczył.
— Ma pasję mieszać się do wszystkiego — rzekł kwaśno. — Merci. — Zawrócił się i pośpieszył do gabinetu.
Habąkowska w salonie wieczorem, en petit comité, rzadko się pokazywała. Nie będąc wyłączoną z towarzystwa, równie jak panny Julja Fabre, Sztauman i Nagle, majorowa czuła, że nie przez wszystkich była tu widzianą mile. Z taktem sobie właściwym występowała tylko, gdy szło o utrzymanie się przy prawie, o pokazanie się.
Tego wieczora pod pozorem, że jej było bardzo pilno, czekała na księcia w gabinecie pani Vauban, w którym było gorąco, jak w łaźni, wachlując się przed zwierciadłem i poprawiając fryzurkę.
Książę wszedł z wyrazem twarzy posępnym; spojrzał na nią. Uśmiechała się, zalecając, i widocznie rada z siebie.
Cher prince — poczęła słodziuchno i poufale przysuwając się do księcia. — Zdawało mi się, że sobie zasłużę na łaskę księcia, gdy mu pewną wiadomość przyniosę.
Książę stał nierozchmurzony i rzekł zimno.
— Cóż to takiego?
— Pewnie się książę domyślasz?
— Nic a nic — rzekł zapytany.
Urażona trochę majorowa, zagryzła usta.
— Od niejakiego czasu — odezwała się — nie mam zaufania u w. ks. mości.
— Przepraszam, — przerwał gospodarz — są sprawy, w których bardzo chętnie powierzam się łaskawej opiece pani, ale są inne, których wolałbym, żebyś nie tykała...
Habąkowska zarumieniła się urażona.
— Bardzo żałuję — rzekła — ale co się stało, jest rzeczą nieodwołaną. Byłam pewna, że się książę zafrasujesz o szambelanównę.
— O! gdybyś się nią opiekować przestała! — wybuchnął książę.
Pomimo bielidła i różu majorowa zarumieniła się mocno.
— Nie rozumiem! — przebąknęła.
— A powinnabyś, szanowna piękna Jutko, — żywo dodał książę z mieszaniną złego humoru i żartobliwości — powinnabyś to zrozumieć łatwo. Sylwja nie jest dla mnie pospolitą istotą, jakich tysiące w życiu pomija się, choć na chwilę zwróciły oczy i serce do nich zabiło. Jest to niewinne dziewczę, które ja kocham, ale które szanuję i o które się lękam...
— A więc mnie do tego bóstwa się zbliżyć nie wolno, abym go moim zatrutym oddechem nie pokalała! — zawołała szydersko majorowa.
Książę nic nie odpowiadając, głowę podniósł, ręce rozstawił, milczenie było wymowne.
— Nie mogę przecież uciekać i zamykać się przed nią, gdy ona lgnie do mnie i chce mnie mieć za pośredniczkę między ideałem swym... a sobą.
Książę się wstrząsnął.
— Majorowa powinnaś — powinnaś jej to mówić, co — co ja możebym jej powiedział, gdybym mógł.
Habąkowska przerwała.
— Czemu książę nie powiesz lepiej: „to co ja jej sto razy mówiłem“?
Książę zamilkł i przeszedł się po gabinecie.
— Niechże w. ks. mość raczy dokończyć! — odezwała się majorowa.
Pepi się odwrócił ku niej.
— Kocham ją, — rzekł, zapominając się — gdybym mógł, wiesz, ożeniłbym się.
Majorowa parsknęła głośnym śmiechem, książę się zmarszczył.
— Dajmy już temu pokój! nie zrozumiemy się — dodał. — Lecz cóż mi chciałaś powiedzieć?
— Dowiedziałam się o przyczynie jej choroby — mówiła żywo majorowa, jakby urazy zapomniała. — O pojedynku ona nic nie wie. Podsłuchała na kasynie rozmowę dwóch ichmościów, którzy sobie Handzię koniuszynę pokazywali, nie wiedzieć co pletli i mówiąc o niej, coś o szambelanównie wspomnieli.
— To nikczemnie! — krzyknął książę — to podle! Kto byli ci panowie?
— Ona ich nie widziała i nie zna...
A! c’est jouer du malheur! — zawołał książę chmurno — na jeden wieczór dwa takie wypadki. Ta biedna Sylwja!
— Już przychodzi do siebie, bo, — dodała poufnie i cicho Habąkowska — przejęłam na drodze pewien liścik i samam go jej oddała... ten poskutkował lepiej, niż lekarstwo.
Książę drgnął z niecierpliwości.
— Prosiłbym — rzekł sucho — abyś tego pośrednictwa zaniechała.
— Będę na przyszłość posłuszną, — udając wesołą, ciągnęła dalej majorowa — nawet, gdybym na drodze znalazła! Tymczasem co się stało, zmienić nie mogę. A! la pauvre enfant! Ona tak kocha, całą duszą, sercem całem, że byle o miłości swojego bohatera nie wątpiła, byle jej i serca była pewną, gotową jest znieść wszystko.
Zamyślił się książę, piękna Jutka przypatrywała mu się.
— Ponieważ, jak widzę, — odezwał się — jesteś już wtajemniczoną, proszęż cię, użyj wpływu, jaki mieć możesz na to, abyś — uspokoiła ją. Mojego serca — rzekł z powagą, jaką rzadko przybierał — mojego serca może być pewną... ale ja — nie należę do siebie. Myśleć o jakimkolwiek trwałym związku nie mogę, mam przed sobą inny cel... a Sylwję, powiadam ci, szanuję i nie chcę, aby swoje dziecięce marzenia opłaciła łzami...
Habąkowska ramionami ruszyła.
— Pierwszy raz widzę księcia tak — bardzo sumiennym.
— Bo po raz pierwszy trafiłem na serce czyste, na miłość prawdziwą i może — kocham raz pierwszy.
Dusząc się od śmiechu, majorowa odstąpiła kroków parę i dygnęła. Książę ruszył ramionami i począł chodzić niespokojny.
— Bardzo mi żal księcia — poczęła, popatrzywszy nań, majorowa. — To doprawdy smutny i nudny romans, na któryby trzeba poszukać lekarstwa... Wybierz sobie książę coś innego, z innej sfery, gdzieby było mniej szacunku a więcej namiętności...
— Wybierz! — powtórzył książę. — Dobra jesteś! alboż to się wybiera?
— A! to prawda! — żywo podchwyciła Habąkowska — ale bo książę byłeś nieostrożny — niech mi to będzie powiedzieć wolno. Régle générale, bardzo wielkie panie z miłości i miłostek robią sobie zabawkę, z temi on a beau jeu, nie prowadzi to za sobą żadnych konsekwencyj, pocieszają się łatwo.
Ładne dziewczątka ubogie klas niższych — wyposaża się. Rzecz skończona... Tylko z temi szlachciankami, jak szambelanówna, zaraz to grozi, cela devient sérieux! Taka Sylwja kocha się szczerze, na życie i na śmierć, i robi się z tego smutna tragedja!
— To prawda, — odparł książę — ale tamto są zabawki — a to — to jest miłość!
— Miłość!! — szydersko a patetycznie powtórzyła majorowa. — Mi — łość!!!
Nie uważając na to szyderstwo, książę zwrócił się z zapytaniem:
— Widziałaś ojca?
— A! jakże! Ten poczciwy, dobry szambelan, — poczęła Habąkowska — mówiąc po polsku, jest jak tabaka w rogu. O niego nie masz się co książę troszczyć.
Pepi ramionami ruszył, Habąkowska chciała mu się z czemś narzucić koniecznie.
— Wie książę co, — szepnęła — niema tu innego wyjścia, potrzeba, abyś ją wydał zamąż.
— Bardzobym rad, — odrzekł książę żywo — tylko nie w tym celu, jak myślisz...En tout bien, tout honneur, radbym znaleźć uczciwego człowieka.
Ale ona!... ona za nikogo wyjść nie zechce!
Majorowa uśmiechała się złośliwie. Zamilkli. Książę gryzł papier w ustach i rzucał niecierpliwie poszarpane jego kawałki. Myślami zdawał się błądzić gdzie indziej. Majorowa czekała.
— A więc o pojedynku nic nie wie? — zapytał Pepi.
— O nim wie, ale przyczyny jego się nie domyśla ani ojciec, ani ona. Szambelan wymyślił sobie i najmocniej jest o tem przekonany, że Grabski się bił za jakąś dziewczynę.
— To doskonale! — zawołał książę. — Stary jest nieoszacowany! Grabski, znam go, est un trop galant homme, żeby się jej miał przyznać do prawdy... Byle która z łaskawych przyjaciółek się nie wypaplała.
Jutka złożyła ręce na piersiach.
— M. książę! — odparła — ja tylko za siebie ręczę!
Pepi zwrócił się ku drzwiom i wziął za klamkę.
— Tysiąc podziękowań — rzekł — i dobranoc.
Majorowa podbiegła ku niemu.
— O mężu, o mężu niech książę myśli, to najpilniejsze... Ja...
Chciała coś mówić jeszcze, ale nim dokończyła, księcia już nie było. Oddalił się szybko.
— Tacy oni są wszyscy! — westchnęła. — Rozpoczną romans, nie myśląc o następstwach, a potem, gdy biedne stworzenie oszaleje z miłości dla nich, cofają się, mówiąc o sumieniu!
I pięść złożoną wyciągnąwszy ku drzwiom, któremi książę wyszedł, dodała pocichu:
Minotaury!...

KONIEC TOMU DRUGIEGO


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.