Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

się zbliża, proponuję o trzy kroki stąd na znane mi ostrygi i białe winko.
— Przewybornie, — przerwał Burzymowski, rad, że rozmowie koniec położy — ja akceptuję, ale z tym warunkiem, że mi panowie uczynicie honor być gośćmi moimi...
Byłem u was na śniadaniu, rewanż mi się należy.
— Zgoda! — zawołał Pokutyński — chodźmy za szambelanem.
Ja lokal pokażę.
W progu już Grabski coś na ucho szepnąwszy szambelanowi, ukłonił się, pożegnał i zniknął.
— A to — ten pani jakże się zowie? — odezwał się po odejściu jego Kalinowski do Burzymowskiego — krewny czy pupil waćpana?
— Krewny, daleki — odparł szambelan.
— Jako weredyk, mimo waszego pokrewieństwa, powiem ci, szambelanie, — podchwycił Kalinowski — to może być bardzo zacny młodzieniec, ale pedant, zaschły nudziarz, jakich mało!
— Dobry chłopiec! — mruknął Burzymowski.
Rozśmiano się, a wtem weszli do izdebki na tyle winiarni, kędy świeżuteńkie tylko co z poczty ostrygi być miały. Istna to była dziura, ciemna i brudna, odrażająca niemal i cuchnąca jakiemiś nieczystościami kuchennemi, ale była w modzie, bo znawca znakomity, Pokutyński, zaręczał, że nigdzie lepszych i świeższych jak tu ostryg nie było. Codzień je ekstra-pocztą i kurjerami umyślnie przywożono, beczułkami szły stąd Pod blachę, Na górę, do Skierniewic. Wino też szampańskie i burgund biały miały być nadzwyczajnych przymiotów.
Burzymowski, który sobie na buty żałował, gdy miał gości, posuwał swą gościnność do rozrzutności. — Zastaw się, a postaw się — mówił po staremu. Poszedł więc sam zadysponować co należało i uprosił gospodarza, aby ostrygi i wszystko, co z niemi szło, było — co się zowie, ut sic — choćby tam licho wie, co kosztować miało. Zielona siatkowa sakwa naładowana