Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

na godzinę, bo niedawno widział coś nakształt dwunastej, wziął powóz i poleciał wskok do misjonarskiej kamienicy.
Służba siedziała w sieni. Marszałek w kontuszu wyszedł naprzeciw i pokłoniwszy się, drzwi mu otworzył, sądząc zapewne, że był gościem na obiad zaproszonym przez kasztelanową, gdyż godzina pierwsza, o której tu zwykle jadano, już się zbliżała.
W salce bardzo skromnie umeblowanej, w której naprzód uderzały krosna staruszki i koszyki z jej pieskami, znalazł Burzymowski, oprócz sędziwej gospodyni i trzech panienek jej krewnych, towarzystwo dosyć liczne.
Podszedłszy do staruszki, szambelan z wielką czcią submitował się jej, przypominając, w dosyć zgrabnym, staropolskim i zawczasu ułożonym komplemencie, wyraziwszy, jak jest szczęśliwy, że, przybywając do Warszawy, oglądać ją może w czerstwem zdrowiu i t. d. Dodał, iż ma sobie za najprzedziwniejszą rozkosz, zaszczyt, iż u nóg pani kasztelanowej weneracją swą złożyć mu wolno.
Przypomniała sobie kasztelanowa dawnego znajomego, podziękowała mu w kilku słowach zaledwie, gdy w tejże chwili otwarły się drzwi do jadalni i marszałek głosem woźnego trybunalskiego dawnych czasów oznajmił, iż do stołu dano!
Burzymowski stanął skonfundowany, wyglądało to, jakby się na obiad gwałtem wcisnął, zaczął więc przepraszać, tłumacząc nieświadomością godziny, wieśniaczym obyczajem i t. p., gdy pani Lanckorońska przerwała mu z uśmiechem.
— Uczyńże mi asińdziej tę przyjemność i przyjmij u mnie łyżkę rosołu. Bardzo go proszę!
Co tu było robić!
Burzymowski musiał pozostać, lecz w duchu znowu przeklętym ostrygom złorzeczył.
Dopiero teraz ochłonąwszy, miał czas się obejrzeć po dostojnem towarzystwie i postrzegł naprzód pięknej twarzy, otyłego, niemłodego, ale wyglądającego