Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dząc, że to, co powiem, cokolwiekbym powiedział, nie podoba ci się, wolę nie mówić nic.
— Doprawdy? — śmiejąc się, przerwała Sylwja — kłócimy się więc z sobą, jakgdybyśmy się kochali. Znasz przysłowie? — kto się kocha, ten się kłóci.
— Co do mnie, znajduję go najzupełniej prawdziwem — odparł Mieczysław.
— A! to kochanie! — zawołała Sylwja, krzywiąc usta — ja nie wierzę w nie! takiej jakiejś chmurnej, tragicznej, kwaśnej miłości nie lubię. Wolę wesołą i śmiejącą się.
— A tą ja, na nieszczęście służyć nie mogę! — rzekł Grabski.
Czeżewska wtrąciła jakieś zapytanie i spór ten przerwała. Szambelan kazał sobie opowiadać ze szczegółami całe u pani hetmanowej przyjęcie, pochlebiało mu widocznie, że córkę tak honorowano. Uprzedzenia jego nikły i rozwiewały się potrosze i rad był, wdzięczen i obiecywał sobie nazajutrz, paradnie się wystroiwszy, pójść z dziękczynieniem wymównem do pałacu Na górze.
O odwiedzinach u majorowej przemilczały obie panie, nadskakiwania też księcia Józefa nie wchodziły do sprawozdania Czeżewskiej.
Burzymowski coby się miał pogniewać za zbliżenie do Blachy, zdawał się uszczęśliwiony, powtarzać sobie kazał o przyjaźni zawartej z hrabianką Anetą, o najdrobniejszych szczegółach obiadu, zabawy, ucałował córkę i znajdując, że wypoczynku potrzebować musi, razem z Grabskim zszedł na dół w myśli udania się z nim gdzieś jeszcze na wieczerzę i kieliszek wina. Ckliło go, jak powiadał. Wyśmienity jego humor dziwnym się wydawał posępnemu Mieczysławowi, ale go psuć niczem nie myślał.
Poszli więc Pod orła na przekąskę wieczorną.
Czeżewska, która mimo że się trzymała prosto i chciała udawać młodą, cierpiała w kościach łamanie, wkrótce po odejściu tych panów, czując się zmęczoną, odeszła do swego pokoju.