Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobre człeczysko!
On wogóle o wszystkich powiadał:
— Poczciwe ludziska!
Stosunkowo, najwydatniej, po niejakim czasie, zmieniła się może pani wojska Czeżewska.
Po nadzwyczajnym entuzjazmie dni pierwszych dla tego wielkiego odzyskanego świata, który tak kochała, owładnął nią jakiś strach i niesmak razem.
Przyszło to nie nagle ani trwało ciągle; w początkach bywały jeszcze dnie, w których była bardzo ożywioną, potem nagle po nich następowała trwoga i niesmaki. Naostatek zachwyt i uwielbienie znikły gdzieś niepowrotnie, a milczący strach i kwaśny humor je zastąpiły. Chodziła chmurna, niespokojna — i wielka przyjaźń dla majorowej stygnąć zaczęła.
Poznać ją było trudno, tak zesztywniała, zachmurzyła się, stała się milczącą, nieznośną, a gdy usta otworzyła, gderliwą.
Nikomu to się więcej nie przykrzyło jak szambelanowi, który lubił twarze wesołe widzieć koło siebie, a był zmuszony codzień się spotykać z posępną fizjognomją rezydentki i niemniej nasępioną Grabskiego.
Starał się nawracać, ożywiać, lecz nie mógł się pochwalić, aby mu się to udawało.
— Co asińdźka, — mawiał do pani wojskiej — chodzisz jak ze środy na piątek, skrzywiona, znudzona, nieswoja. Dzięki Bogu, wszystkim się nam tu dobrze dzieje, nie trzeba grymasić.
Wojska odpowiadała na to westchnieniami, zawracaniem oczu i wymuszonemi minami, które Burzymowskiego do gorszej jeszcze niecierpliwości doprowadzały.
— Z temi babami, mościbdzieju, jak się to postarzeje, a nikt się już do tego nie umizga, rady niema; krzywią się, stękają, ze wszystkiego niekontente, w ocet się obracają. Jeszcze, która się dewocją ratuje, przynajmniej ma w niej jakąkolwiek konsolację, umizgając się do Pana Boga i imaginując, że jej wzajemnością się odpłaca, ale te inne!! Boże odpuść!