Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

wystawić z Berlina, gdzie przebywam często, drogę do Dubiecka, a dawniej z Heilsbergu do Lwowa!!
— Czyś w. ks. mość już w łowickiej swej i skierniewickiej rezydencji — przerwała gospodyni — zapomniał trochę o ulubionym swym Heilsbergu i cudnych jego ogrodach?
— Sadzę już na pociechę nowe w Skierniewicach, — odparł arcybiskup wesoło — chociaż owoców z nich nie ja się już doczekam! Przynajmniej tu tę pamięć zostawię po sobie, że dobre jabłka, gruszki i śliwki mieć państwo będziecie, bo o to pilno się staram tak tu, jak w Heilsbergu. Kwiatami i egzotycznemi roślinami jedna tylko księżna z Nieborowa piękniejszemi, niż moje pochlubić się może. Wkrótce i Skierniewice zakwitną, ale to nie będzie Heilsberg mój kochany! — westchnął arcybiskup.
— Z wielu względów, — wtrącił Dmochowski, słusznego wzrostu, wyrazistej twarzy mężczyzna, który razem z kanonikiem Kalnaszym arcybiskupowi towarzyszył — z wielu względów Heilsberg przechodził Skierniewice, nie ogrodem samym, bo i wspaniale a smakownie urządzonym pałacem, bibljoteką, galerją — i wszystkiemi skarbami, w jakie obfitował.
— Lecz dobrze to Pan Bóg wszystko zrządził — przerwał arcybiskup. — Tam już niemal nie było co robić, tylko się co roku kaskady mnożyło i klomby przecinało, a tu wiele mam do roboty i nowe zajęcie.
— Bylebyś w. ks. mość — odezwała się pani kasztelanowa — dla tych kwiatków i cebulek, które tak lubisz, o złotem swem piórze nie zapomniał, bo to byłoby z wielką szkodą naszą i potomności.
— A! pani kasztelanowo dobrodziejko, — odparł zawsze wesołym tonem Krasicki — pióro moje niewiele już warte. Nigdy ono złotem nie było, dziś lękam się, aby ołowianem się nie stało. Ludzie moich lat mogą już powiedzieć sobie — Fuimus!
— Mości książę, — odezwał się posępny, blady, dziwnej i oryginalnej twarzy, ks. Staszic, cały jakby zamknięty w sobie i dotąd milczący — dziś my wszy-