Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie plećże! — ofuknął obrażony szambelan. — Chcę twego szczęścia nic więcej.
Córka go w ramię pocałowała.
— Pozwólże mi go szukać sobie samej, — rzekła cicho — a nie naglij! Nie idzie mi tak bardzo o wydanie się zamąż, zawsze się ktoś znajdzie co tę biedną Sylwję weźmie — a swoboda mi droga.
— Hm. Jakby to rozumna taka, jak ty, kobieta — i po ślubie swobody mieć nie mogła. Jużciż, że ty męża za nos będziesz wodziła, to nie ulega wątpliwości.
Rozśmiała się Sylwja, ale smutnie.
— Widzisz, tatku, — odezwała się — takiego, któregobym za nos wodzić mogła, ja nie chcę, a takiego, coby chciał mną rządzić — nie wezmę.
— Otóż widzisz, dilemma, czyli inaczej mówiąc, alternatywa, jaką stawisz — nie do wybrnięcia z niej. Tu sęk! — odpowiedział dobrodusznie Burzymowski. — Jak świat światem republiki w małżeństwie nie bywało nigdy — monarchiczne rządy zawsze, albo król albo królowa.
Wybieraj, kogo chcesz, — ciągnął dalej Burzymowski — mam w tobie wiarę zupełną, że złego wyboru nie zrobisz — byle nie Francuza! obliguję, nie Francuza! Choćby dukiem był, czy markizem, czy jak się tam oni tytułują, ja ich nie chcę... Mówią tylko tym kobylim językiem, którego ja dobrze nie rozumiem, a nadęte to i — finalnie gołe. Koszule im trzeba sprawiać i jeszcze ci pod nos..... Że się prezentują, pięknie, ani słowa, ale co mi z tego na dzień powszedni? kat ich bierz...
— Możesz być tatko spokojny, — uśmiechała się Sylwja — Francuza żadnego podbijać nie myślę.
— Ditto, Niemca, — dodał Burzymowski! — z tymi to już w jednym domu żyć nie można! Quod Deus avertat! Żebyśmy się z nimi bratać mieli, byłby koniec świata.
Sylwja upewniła zkolei ojca, że Niemiec i jej się niemożliwym wydawał. Szambelan dodał jeszcze parę przestróg i ekscepcyj, — na tem się skończyło.