Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Pan eksstolnik miał w różnych sferach przyjaciół, klientów i stosunki.
Właśnie dnia tego, gdy rano córkę Burzymowski zastał w kościele, do pana Stanisława Sołtyka przyszedł Dominik Szymanowski, sławny dowcipniś swego czasu, w którym na dowcipnisiach wesołych nie zbywało.
Godzina była wieczorna, pan eks-stolnik sam siedział w swoim gabinecie, oczekując na podanie światła i odwiedziny znajomych, które się zwykle o szarym mroku poczynały.
— Cóż tam słychać, panie Dominiku? — spytał, krzesło mu podając, gospodarz.
— Nic a nic nie słyszałem nowego. Jak na Warszawę, zdumiewająca cisza. Od wczoraj nikt się z nikim nie pobił, nie było pojedynku, nie rozerwał się żaden nadwerężony węzeł, nie zadzierzgnął nowy, nie zgrał się nikt, i Pod blachą ziewają.
— Więc nie wiesz, że grają w dewizy? — rzekł Sołtyk.
— Ale to ziewać nie przeszkadza — mówił pan Dominik. — Może kartują małżeństwa skromne, o których się głośno nie mówi. Rodzaj absolucji in articulo mortis... O jednem z takich słyszałem, ale w nie nie wierzę.
— No, o jakiem? — spytał gospodarz.
— Pięknej sąsiadki pana dobrodzieja — rzekł, palcem w stronę ukazując, Szymanowski.
— Jakiej?
— Jużciż nie mogłeś pan nie widzieć jej i nie słyszeć o tej, cette adorable Silvie!
— A! a! wiem! Mówisz o córce tego szambelana Burzymowskiego, co tu obok mieszka! — odparł Sołtyk. — Starego ojca jej widuję czasami, pannę parę razy najrzałem zdaleka... Piękna bo bardzo.
— Była! — dodał Szymanowski. — Od pewnego czasu mocno pobladła i strasznie melancholicznie zaczęła wyglądać.
— A! wiem! — odezwał się obojętnie gospodarz. — Plotą, że książę się w niej kochał, czy kocha... bo,