Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/351

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


je kochała, wychowywać nie umiała, a on sam za surowy był.
Górkę, już teraz czternastoletnią, mogę powiedzieć, żem na ręku wynosiła, a Wojciech, syn, po francuskuby nie umiał tak jak teraz, gdybym ja go do konwersacji nie zmuszała.
Nie mogę się też na nich skarżyć, że o mnie zawsze pamiętali i nie zbywało mi na niczem.
Najokropniejszą katastrofą, moja droga, skończyło się to pożycie, — posłuchaj tylko, opiszę z detalami.
W piątek zawsze kozaczek dworski jeździł na pocztę i przywoził nam gazety, bo i on i ona się bardzo polityką interesowali. Jak zawsze tak i teraz oto powrócił rano, gdyśmy przy śniadaniu byli, a że jesienne drogi bardzo złe, o parę godzin się spóźnił.
Poszedł niecierpliwy pan Grabski sam do stajni, aby torebkę z listami i gazetami od kozaczka odebrać, a że już o jakiejś wielkiej bitwie, w której cesarz francuski pobity być miał na głowę, chodziły wieści, był tak ciekawy, że w podwórzu począł czytać.
Ja siedziałam w oknie i widziałam, jak chwilę postawszy na zimnie i wietrze, gdyby wkuty w ziemię, nagle gazetę do kieszeni wetknął, papiery wszystkie przepatrzył i powrócił do nas, jakiś jeden list tylko trzymając w ręku.
Sylwja spojrzała na niego, że gazet nie miał i zapytała żywo:
— A gazety?
Grabski ruszył ramionami.
— Opóźniły się czy coś... nie wiem, — bąknął — niema.
— Jakże to być może? — uparcie mu w oczy patrząc odezwała się ona.
— Czasy są takie, moja Sylwko, że spóźnienie gazety niedziwne! — rzekł on.
— Ale właśnie teraz! — krzyknęła Sylwja ręce łamiąc — teraz, kiedy się losy świata rozstrzygają, nie mieć żadnej wiadomości...