Gehenna/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


HELENA MNISZEK
GEHENNA
POWIEŚĆ
TOM II
Helena Mniszek - Gehenna - ornament.png
WIELKOPOLSKA KSIĘGARNIA NAKŁADOWA
W POZNANIU 1921.


CZCIONKAMI DRUKARNI L. KAPELI W POZNANIU.
I.
Ku przeznaczeniu.

Ekspres, dążący z Warszawy do Nicei i Canne, wpadł z impetem pod halę dworca w Vintimilli i stanął jak wryty. Okna zapełniły się sylwetkami eleganckich pasażerów.
Granica Francji. Rewizja.
Ale pociąg luksusowy ma swe prawa wyłączne. Urzędnicy francuscy weszli do wagonów i z lekkim ukłonem, grzecznie pytali jadących, czy nie wiozą rzeczy kwalifikujących się do oclenia. Ceremonja ta nie trwała długo, lokomotywa bowiem huczała, dymiła, wyrywając się gorączkowo do biegu.
W jednem z okien wagonu, lśniącego lakierami, przypruszonego pyłem włosko-austrjackim, ukazała się drobna, blada twarz i wielkie, czarne oczy, patrzące z ciekawością. To zaciekawienie błyszczące w źrenicach, o głębi tęsknej, nawet smutnej czyniło wrażenie kwiatu kolorowego na czarnej glebie.
Hańdzia Tarłówna oparła się na oknie spuszczonem i wychyliła głowę z poza ram okiennych, rozglądając się z zajęciem. Postać jej smukła, w jedwabnym, szarym płaszczu zakołysała się wdzięcznie; włosy czarne, obfite, okrywał kapelusz podróżny, owinięty popielatym welonem. Z pod ronda widać było sute, błyszczące jak lawa, pukle rozdzielonych włosów nad czołem. Brwi gęste i wąskie, zarysowane nisko od nosa i przy końcach wzniesione nieco w górę, ściągały się jakby w skupieniu myśli, czy nagłej tęsknoty. Spoglądała na tłumy przepychające się w różnych kierunkach, słuchała gwaru, szumu, tartasu charakterystycznego na wielkich dworcach kolejowych. Pojedyńcze słowa francuskie, włoskie, angielskie, niemieckie, wpadały do uszów Andzi, tworząc zupełną wieżę Babel. Czasem jakiś głos wyrzucił słowo polskie, wówczas Tarłówna wychylała się głębiej, szukając rodaka. Odczuła czyjś wzrok na sobie. Spojrzała w tę stronę. Na platformie, blisko jej okna stał wysoki i szczupły mężczyzna, na pierwszy rzut oka Anglik, wygolony starannie, z twarzą bardzo rasową, ale bezbarwną. Cerę miał śniadawą, matową zupełnie, lecz nie chorą. Oczy ciemno-siwe, z odcieniem zielonkawym, utkwione były w Andzię uparcie, usta ironiczne i cała postać, przy swej wytworności, wyrażała pewną niedbałość i swobodę albiońską. Ubrany w wykwintny strój podróżny, zdawał się być lordem, lub dyplomatą angielskim. Bez ceremonji patrzył na Andzię, lecz w jego wzroku nie dostrzegła nic obrażającego i nagle, rozbawiona tą obserwacją obejrzała się za siebie, z cichem pytaniem:
— Czy widzisz Linciu tego Anglika, przed nami na prawo?
— Widzę właśnie, że ci się tyranicznie przygląda — odrzekła panna. Niemojska.
— Jak się Linci zdaje, kto to jest?...
— W każdym razie skończony typ brytański, brakuje mu tylko ubrania w kratę i pleda przez ramię, oraz aparatu fotograficznego.
— Nie, toby go skarykaturowało, ja uważam, że jest bez zarzutu w typie, ale kto to taki? Wygląda na jakiegoś polityka, i jest niezwykle podobny do Chamberlaina, tylko dużo młodszy..
— Nie mów tak głośno, bo cię usłyszy.
— Wszystko jedno, nie zrozumie.
Nieznajomy oderwał wzrok od Tarłówny, z doskonałą obojętnością i zaczął wolno spacerować po platformie, nie troszcząc się zbytnio, że ekspres za chwilę ruszał w dalszą drogę.
...Nie jedzie z nami — pomyślała Andzia mimowoli.
Gdy już zamykano wagony, Anglik z największym spokojem wsiadł do pociągu i za chwilę wszedł do przedziału Andzi i panny Eweliny. Zdjął kapelusz, z lekkim ukłonem powitalnym i usadowił się naprzeciw pań, na niezajętej kanapie. Z flegmą wyjął gazetę, rozłożył i zaczął czytać. Był to angielski Times. Na Andzię już nie zwracał uwagi, sprawiło jej to ulgę wielką. Stojąc w oknie patrzała na obszar morski, który wyłonił się z poza zabudowań stacyjnych Vintimilli. Gdy po raz pierwszy, za Genuą ujrzała morze, wstrząsnął ją dreszcz zupełnie nowy, fala gorąca życia, uśpiona w niej, ocknęła się i zatargała jej nerwami. Zlękła się tej przemiany w sobie i jęła tłumić war we krwi, który jednak burzył się i rósł. Tak już dawno nie znała tego, myślała, że zamarło w niej wszystko co było życiem i dążyło do życia. Oto minęła trzyletnia rocznica śmierci Andrzeja, od tamtej pory Andzia nie uśmiechnęła się ani razu, dusza jej, pogrążona w smutku beznadziejnym, zasnuta była kirem rozmyślań żałobnych. Okrutna zima, po zgonie Olelkowicza przebyta w Wilczarach, potem dwa długie ciężkie lata przy łożu chorej ciotki Smoczyńskiej, ciągle prawie konającej, jej śmierć pamiętna i straszna była dla Andzi.
Wydarto jej z serca przemocą tę obietnicę, nie dbając o wiwisekcję, jaką jej zadano. Rozszarpała duszę swą zbolałą i z tą raną żyła w apatji, przez całe lato, z myślą obłędną, że ma zostać żoną Jana. Mieszkała znowu w Turzerogach, dokąd po śmierci ciotki musiała wrócić, ubłagana przez Ewelinę, niechcąc zresztą nowych skandalów, gdyby zamieszkała w Wilczarach. Zamiar taki był, lecz Ewelina do tego nie dopuściła.
Długie nieskończenie miesiące letnie i jesienne, wlokły się dla niej jakby przysłonięte szybą okopconą. Zajęcia w szkółce i ochronce, które Andzia namiętnie lubiła, park turzerogski i las, stawy w głuchej części sadu, parokrotne odwiedzenie Wilczar i Temnego hradu, wycieczki tragedji pełne do Dubowej, na grób Andrzeja, to był jej świat i obręb, w którym się obracała. Apatja jej rosła, wpadając w melancholję, Andzia mizerniała zastraszająco; jej neuroza przerażała Jana Smoczyńskiego, lecz nie umiał na to zaradzić.
I oto pewnego dnia, po świętach Bożego Narodzenia, Tarłówna uczuła przypływ energji dziwnej, pożądliwości czegoś nowego. Zdecydowała się jechać na Riwierę. Naglona listami od Lory, zapraszającej ją gwałtownie, z początku nie śmiała nawet o tem myśleć, bała się ludzi i świata. Lecz chwila twórcza niemal nadeszła, Andzia doznała pragnienia szalonego, co jak nakaz wewnętrzny, despotyczny, wołał w jej duszy... — Jedź!
Panna Ewelina zgodziła się chętnie towarzyszyć jej, chciała od dawna dla swej wychowanki jakiejś zmiany, aby wyrwać ją z tego stanu niepokojącego i nadać jej życiu pewną barwę cieplejszą. Kościesza robił trudności niesłychane, odradzał, awanturował się, terroryzując Andzię za ten „nowy wybryk“ jak się wyraził. Ale Jan najniespodziewaniej poparł projekt Andzi, pragnąc dla niej rozrywki, oraz wyzwolenia jej od Kościeszy. I wyjechała.
Lecz energja Tarlówny znikła prędko. Z Warszawy już chciała wracać na Wołyń, gwar wielkomiejski przeraził ją, zapał jej ostygł. Na dworcu wiedeńskim w Warszawie, wsiadając do ekspresu, żegnała się z Janem tak żałośnie, jakby już na całe życie. Łzy spływały jej gęsto po bladych policzkach, lecz gdy on, widząc jej wrażenie, zaproponował, aby została i napomknął coś o ślubie, który możnaby przyspieszyć. Andzia szarpnęła się jakby ugodzona ostrzem.
— Nie! Muszę, muszę jechać!...
Płakała, gdy pociąg ruszył i pogrążyła się odrazu w swoją nirwanę. Pierwszy raz oczy jej błysnęły zachwytem, pierś wydała okrzyk radosny, gdy ekspres wpadł w góry Seemeryngu. Tarłówna pochłaniała widoki urocze panoramy górskiej, nęciły ją przepaście, wabiły nieprzeparcie szczyty skalne i białe wiadukty, zwieszone nad rozpadlinami, w szczelinach skał. Pociąg wspinał się pracowicie na wyżyny, lokomotywa sapała jak potwór żyjący, zziajany ciężarem swego cielska. Andzia wolała, gdy spadali w dół, po stokach względnie stromych nad przepaściami, wówczas miała wrażenie, że się zaraz pociąg rozbije, że nastąpi coś strasznego, że wszystko runie, zmiażdży się, skotłuje jak ongi przed laty w Wilczarach, gdy była świadkiem katastrofy z kurjerem. Tu gorzej, tu pociąg wykolejony stoczyłby się jak piłka w głębokie bezdnie skalne, tu o ratunku nikt by nie marzył. Zatrata bezwarunkowa, śmierć na miejscu. Pomimo dreszczów podniecających nerwy Andzi rozkoszowała się perspektywą gór, ich malowniczością i grozą podróży na zrębach skalnych. Wychylona z okna, wpijała oczy w rozpadliny ciemne, w głębokie parowy i przepaście, nad któremi tor kolejowy zdawał się być zawieszony. Śledziła biały kłąb dymu innego pociągu, zdążającego naprzeciw ekspresu i ze zdumieniem widziała go, jak czasem płynął nisko, jakby pod nasypem, na którym sama jechała, lub nagle rozmotywał białe welony wysoko, na szczytach prawie, podczas gdy ekspres pędził niziną.
Tarłówna rozbawiła się jak dziecko, lecz gdy minęli tunel Seemeryngu i wjechali w lasy, w okolicę skalistą, lecz mniej piękną, opanowała ją tęsknota za borami wilczarskiemi, wizja Temnego hradu stanęła przed nią ponura, ciągnąca ją zaborczo. Andzia czyniła sobie wyrzuty, że odjeżdża tak daleko od grobu Andrzeja, że zostawiła tam wszystkie drogie miejsca wspomnień smutnych.
A pociąg gnał naprzód, wrzynał się w góry, z szumem okrążał doliny, dudnił na mostach i pędził, rwał ku morzu, hen... na kraniec Europy. Tarłównę zachwycił krajobraz nad Osiak-see w Karyntji. Śnieżne szczyty gór świeciły srebrzyste na tle ciemnego nieba, różowiły się zachodem słońca i wychylając się dyskretnie z poza bliższych gór, porosłych lasem błyszczały, czarowały, niby królestwo snów, kraina niedościgła. Pociąg biegł nisko u podnóża góry, mając z lewej strony jezioro Osiackie lśniące, migotliwe jak oko, piękne i uśmiechnięte wśród wyniosłych rysów gór i rzęs leśnych. Te przemijające wrażenia upojeń były niczem, w porównaniu do pierwszego rzutu oka na morze Śródziemne w Genui. Andzia czuła skrzydła u ramion, coś ją poniosło z żywiołową potęgą. Przepadły smutki, znikły tęsknoty, jej nirwana przeistoczyła się w apoteozę życia, tak szaloną, że zapłakała ze szczęścia, iż żyje na świecie i widzi ten cud — morze. Od tej chwili apatja znikła: przestwór morski porwał jej wyobraźnię i niósł ją na falach szerokich ku nieskończoności. Fale kołysały duszę Andzi, goiły ją skutecznie, śpiewając jakby tylko dla niej hymn wzniosły, szumiąc, burząc się na jej cześć. Andzia nie mogła oderwać się od okna; zatopiona oczyma w morzu, oddana mu. Gdy pociąg odbiegał od brzegu, nieco głębiej w ląd, gdy zakrywały morze ogrody kwiatowe, wille i domki nadbrzeżne, gdy wpadali w ciemność tunelów. Anna doznawała uczuć rozpacznych; siadała na ławce nagle zgnębiona, przygasła. Nie bawiły jej kwitnące grzędy ogrodów, po prawej stronie pociągu, ani winnice, ani góry porosłe oliwkami, ani piękne wille i mury oplecione różanemi krzewami i mnóstwem kwiecia o świetnych barwnych plamach. Ją czarowały fale błękitne, spienione grzywy na grzbietach bałwanów, z szumem pędzące na piasek nadbrzeżny, czasem zda się wprost pod koła pociągu, gdy ekspres biegł tuż nad brzegiem, na torach kamiennych, mając fale prawie pod sobą. Andzia wychylała się mocno przez okno z wrażeniem, że przeważy pociąg i runie w błękitno-pienistą toń. Panna Ewelina chwytała ją wówczas za suknię, przerażona, odciągając od okna. Tarłówna igrała z tunelami; wysunięta przez okno głęboko patrzyła z biciem serca na zbliżające się obmurowanie tunelu, z okopconemi kamieniami przy samej czeluści, czarnej i złowrogiej. Cofała się w tył w ostatniej chwili, myśląc z zupełnym spokojem, jak głowa jej mogła by się roztrzaskać o kamień, wpadła by do morza i nicość, nicość wieczysta. W Bordighera, przed Ventimillą spoglądała z zazdrością na mały ogródek palm, agaw i kaktusów, na plaży, tuż przy brzegu, obmywany falami. Siadłaby, ot tam, na ławce, a wielkie połacie zapienionej wody, ślizgającej się po piasku stwardniałym, chwytały by ją za stopy. Wieczna praca fal, jednostajna i cierpliwa. Z daleka, z roztoczy morskiej biegnie płaski, długi kłąb wód i rośnie, pęcznieje, nabiera jakby ciała, runią skarbowaną się pokrywa, aż wyrasta w bałwan olbrzymi, wściekły i zaczyna pienić. Biały grzebień podnosi we fryzy coraz wyżej, aż wreszcie cały ten potworny wał zwija się nagle, bierze pod siebie drobne fale i bucha z impetem grzywą pian na piasek. Szeroki robi zamach jakby chciał ugryźć kawał lądu. Piasek jednak przyjmuje obojętnie ten cios nowy, podczas gdy gładka tafla wody z poprzedniego bałwana, cienką warstwą spływa pokornie do morza, pod świeżą, zaborczą falą. Takie to jest wyraźne, tak się te dwa strumienie dawny i nowy odrzynają od siebie plastycznie, że ma się złudzenie, jakoby ostatni bałwan, rozlany na brzegu, wciągał pod siebie wodę z dawnego, z pasją i gniewem, że mu przeszkadza w pochłonięciu lądu. I w tej bezsilnej złości jest śmieszny, głupi, prawdziwy bałwan, bo i sam nic nie zwojował, a tymczasem nadlatuje następny wał wód i złośnik, za przykładem swego poprzednika, spływa cicho pod nową pianę, upokorzony. I tak trwa ciągle, bez przerwy, jedna melodja szumu, jeden akord, jeden ton. Rozgwar morza potężnieje lub cichnie, ruch mniejszy lub większy, ale system zawsze jednakowy, jakby odwiecznie wytrwała praca dążąca do jedynego celu; pochłonięcia lądu i utorowania sobie drogi w dal.
Kiedy dokażesz tego, o morze, morze! — myśli Tarłówna, zapatrzona w rozhuśtaną przestrzeń ruchomego błękitu. Pomimo łoskotu pociągu słyszy wybornie szum wód, rozumie mowę fal, odczuwa bezsilną walkę bałwanów gryzących piasek.
Tunel za tunelem szarpie nerwy Andzi, dym duszący, który w tunelach wtłacza się do okna otwartego draźni ją niebywale.
Poczuła zapach miły bok siebie, obejrzała się. Na kanapie po za nią, odsunięty od okna, siedział ten sam Anglik, trzymając przy ustach i nosie chustkę uperfumowaną, bronił się w ten sposób od dymu. Panna Ewelina stała w korytarzu przy oknie zamkniętem. Andzia zawstydziła się swego egoizmu, chciała okno zasunąć, lecz nieznajomy zaprzeczył ruchem ręki, dając do poznania bez słów, ze mu to nic nie przeszkadza, od dymu zaś ma chustkę. Tak to wymownie wyraził gestami, że Andzia nie pytała o więcej. Zresztą nowy widok przykuł jej uwagę. Pociąg przebywał właśnie wiadukt nad Mentoną; ujrzała z wysokości morze w oddali, plażę elegancką, Promenade du Midi, bliżej zaś kwietniki cudne jak dywany strzyżone o przepysznych barwach, po bokach wille białe, hotele, pałace. Pociąg przemknął. Jeszcze parę tuneli, wyłonił się owalny cypel Cap-Martin, tonący w zieleni drzew, z białemi dachami pałaców, które wyglądały niby nimfy zanurzone w ciemno-szmaragdowej toni, a tylko głowy jasne podnoszące do słońca i lazuru niebios. Andzia z kart i albumów przysyłanych przez Lorę, orjentowała się jako tako co do miejscowości, ale teraz dopiero poznała jaka przepaść różnicy istnieje pomiędzy fotografją, rysunkiem, nawet kolorowanym artystycznie a rzeczywistością w naturze; szczególnie morze i niebo urągało wszelkim reprodukcjom, było zbyt piękne, by każda odbitka nie stała się profanacją. Ale tylko natura czarowała Annę, miasta i miasteczka, które mijali, nie zachwyciły jej. Dużo szablonu i monotonji w budynkach, białe ściany, dachy czerwone na tle zielonych drzew, lepiej, gdy palm, pinji i cyprysów, gorzej gdy niezgrabnych, rozłożystych oliwek. Ale oto zdaleka, na skale, zarysowały się dwie wyniosłe wieże białe w otoczeniu gęstej zamieci pysznych gmachów, na tle gór zielono-siwych, ze sterczącą na szczycie odległym, Tete de Chien i z półokrągłą, nisko nad samym morzem postawioną na filarach, jak na kozłach, patelnią, tire aux Pigeons.
— Monte-Carlo!... — wołał konduktor wchodząc do przedziałów.
— Jesteśmy u celu, Aniu — rzekła panna Ewelina, dotykając ramienia wychowanki.
Andzia nie ruszyła się z miejsca.
Pociąg szedł wysoko, nad samem morzem, fale obmywały dolne kamienie toru kolejowego, rzucały się z zajadłością na głazy nadbrzeżne i lizały je spienionemi językami, opadając bezsilnie na drugą stronę zapory. Wysoki nasyp kamienny, opatrzony barjerą żelazną od strony morza, zataczał półkole i wsunął się w cień, pod skrzydła rozpiętego dachu dworca.
Ekspres stanął.
Cały zastęp tragarzy wpadł do wagonów: powstał zgiełk, zamieszanie. Andzia i panna Ewelina w kilka minut znalazły się na peronie od strony morza, razem z rzeczami, które dobroduszny Francuz, w bluzie granatowej ładował na wózek. Tarłówna zeszła z asfaltu na ostre kamyki nasypu kolejowego i zbliżyła się tuż do barjery. Pod nią grały fale. Słońce nieciło tysiące gwiazd, iskier, złotych trzęsień na sfałdowanem morzu, piany grzywiaste były oślepiająco białe, aż srebrne. Roztocz przepyszna mieniła się tęczowo, karbowała w łuskę świetną jak potężne szyby płynnego kryształu, pod któremi gorzało słońce, przesycając je blaskiem na wskroś, z zewnątrz zaś owiewał je złoty tuman i bławat powietrzny.
— Ach! rzucić się w tę otchłań przeczystą, zginąć w falach szumiących... Jak tu cudownie... Boże!...
Okrzyk zupełnie mimowolny wybiegł na usta Andzi. Drgnęła, poczuwszy, że ktoś za nią stoi. I była jedna jedyna, krótka sekunda niemal pewności, że tam po za nią jest jej przeznaczenie, które ją tu wiodło, jej fatum opiekuńcze i że zaraz, natychmiast pchnie ją w migotliwą toń morską... zamkną się nad nią błękity wód, zakwitną nad jej zagładą piany srebrzyste.
Ocknęła się i usunęła nieco w bok.
Za nią stał nieznajomy z Vintimilli, chłodny, sztywny i oparty na lasce patrzał na morze wzrokiem tak obojętnym, jak na porcję rostbifu, na którą w dodatku niema apetytu.
Tarłówny zdawał się wcale nie widzieć.
— Andziu jedziemy, fiakr czeka.
Anna wolno podążyła za swą opiekunką.






II.
Moloch.

Na schody marmurowe Kasyna, grającego światłami, wchodziły dwie ciemno ubrane postacie kobiece; Anna Tarłówna i panna Ewelina, zalęknione trochę tłumem strojnym, płynącym szumnie do przybytku hazardu i zabawy.
Przy drzwiach głównych Andzia zatrzymała się i przyparta do oddrzwi, patrzyła z zapartym oddechem na damy wykwintne mijające ją z szelestem jedwabiów, z falą perfum, niosąc na swych twarzach uśmiechy kokieteryjne, znudzono-przeżyte, lub pożądliwie ciekawe.. Często pod artystyczną warstwą bielideł i różów błąkała się bezmyślność zupełna, lub zwierzęca żądza gry. Różność typów kobiecych i męskich, pędzonych tu jedynie, rzec można, siłą namiętności, sprawiało wrażenie rzeki, z bardzo odmiennych strumieni i potoków utworzonej, a dążącej do jednego bóstwa dla wszystkich żywiołów, bóstwa złota — z bałwochwalczym pokłonem.
...Co ja tu robię wśród nich, po co tu idę? — myślała Andzia z uczuciem niemiłem. Podniosła wzrok od tej szumiącej rzeki ludzkiej i zapatrzyła się na oświetlone Monte-Carlo rozpięte na stokach gór. Kondygnacje świateł niższe i wyższe, pełznące w górę i jakby spływające na dół układały się w szarfy migotliwe, w rozety, w snopy i gwiazdy drżące na powietrzu.
Wyżej górował światłami hotel Riviera, panujący swym gmachem białym nad willami i miasteczkiem tonącym w zawieji ogników. Dalej, aż w górach, gdzieniegdzie błyszczało światełko pojedyńcze, lub po kilka w małej grupce, jakby genjusz, który rzucił tę moc gwiazd gorejących na miasto, uronił kilkanaście z nich wśród ciemnych gór. Nisko płonął światłami elektrycznemi gmach wykwintny, Café de Paris, z oszkloną galerją na froncie i wielką, przysadzistą kopułą na szczycie. Wewnątrz tego przybytku i zewnątrz, przy gęstych stolikach, bawił się z wesołym gwarem tłum barwny, pyszny, pełen uciech życiowych i umiejący je znaleźć. Na lewo od fasady Kasyna promieniał hotel Paryski; wielkie tafle szklane tarasu, idącego wzdłuż całego budynku, strojne były w kwiaty i blask. Wszędzie ludzie, mnóstwo ludzi, życie wre, kipi, aż rozsadzać zda się nawet te ramy wspaniałe. Naprzeciw Andzi kwietniki, palmy przepiękne o koronach monarszych, wyniosłe, strzegą zwartym szeregiem, z dwóch stron, rozpięte dywany kwiatów. W oddali tryska fontanna, dyskretną kaskadą, w otoczeniu olbrzymiego wieńca białych stokroci. Przepych, bogactwo, jeden czar.
Andzia olśniona przymknęła oczy, pociągnięta przez swą towarzyszkę, weszła do pierwszego przedsionka Kasyna.
— Czy zaraz weźmiemy bilety wejścia do sal gry? — spytała ją Ewelina.
— Wszystko jedno, możemy jeszcze poczekać.
— Bo widzisz, jeśli chodzi o spotkanie Lory, to już ona z pewnością nie będzie siedziała w atrium, tylko w salach, zatem...
— Może jej tu niema? Mówiła panna służąca, że wyjechała na cały dzień do Nicei.
— Ale zwykle, podobno, wieczory spędza w Kasynie, tylko tu możemy ją dziś spotkać.
— Lińciu, najpierw rozpatrzmy się w atrium, taki tu gwar, czuję chaos w głowie. Och, jakie kwiaty!
Tarłówna podeszła do grotki z kwiatami ulokowanej na prawo, obok drzwi od kotramarkarni i wzięła w rękę pęk purpurowych róż, zapytała o cenę.
Lecz w tymże momencie zadrżała na całem ciele...
... Szkarłatne róże... Andrzej...
Krew gorąca buchnęła jej do serca.
Przypomnienie uderzyło w jej mózg taranem. Rzuciła kwiaty na stolik jakby z trwogą zabobonną...
...To już nie dla mnie, nie dla mnie!...
Wzięła skromną wiązankę fiołków, płacąc monetą żądaną za róże.
Kwiaciarka patrzała na nią ze zdumieniem, ale panna Ewelina zrozumiała i westchnęła cicho.
Weszły do kontramarkarni, popychane przez tłum, znalazły się przy ladzie, blisko drzwi wejściowych do atrium. Andzia mechanicznie zdejmowała z siebie okrycie.
W tem naprzeciw niej błysnęło, zatrzymała się winda oszklona, podziemna, z hotelu Paryskiego, ukazując w swem wnętrzu strojne postacie jednej kobiety i paru mężczyzn. Z trzaskiem otworzono drzwi szklane, dama wybiegła ze śmiechem, za nią panowie. Rozbawieni byli, roześmiani, opowiadając sobie coś na wyścigi. Chwilę zatrzymali się przy wejściu do atrium, wspaniała dama poprawiała nieco zawikłany tren, podnosząc suknię nadmiernie i ukazując wysoko nogi, jak z marmuru wykute, w blado-niebieskich, pajęczych, lśniących pończochach.
Tarłówna poznała ją odrazu.
Była to Lora.
Andzia zamieniła szybkie spojrzenie z Eweliną, podczas gdy mężczyźni pomagając strojnisi w uporządkowaniu pajletowego trenu, pochylali się do jej nóg zbyt nisko.
Towarzystwo znikło za drzwiami, wówczas panna Ewelina spytała po francusku, stojącej za ladą odbiorczyni ubrania, w czarnej sukni i białym motylku na głowie.
— Kto są ci państwo?
— Pani von Bredov Nordica i jej... znajomi.
Andzia niemile tknięta akcentem służebnej weszła szybko do atrium.
— Poco Lińcia pyta, skoro poznałyśmy ją obie?
Panna Ewelina milczała.
Zmieszały się z tłumem. Wyniosła, piękna sala atrium huczała gwarem rozmów, płynął tu szum toalet świetnych i unosiła się woń wytwornych pachnideł. Pośród kolumn z ciemnego marmuru wiły się korowody ludzi strojnych, roznamiętnionych grą. Wielkie kanapy zapełnione odpoczywającemi po wzruszeniach gry poważnymi wiekiem ludźmi, których jednak oczy wcale nie poważnie paliły się ogniem chciwości, lub ciskały złe połyski zawodu.
Siedziały tu i apatyczne babcie, niezrozumiałym sposobem wtłoczone w ten tłum kalejdoskopowy, ale także po przegranej, lub z nadzieją wygrania.
Siedziały młodsze i starsze kobiety pawice, w dziwacznych, najmodniejszych łaszkach, świecących od haftów, pajletów i barw. Obnażone szyje i gorsy, szumne uczesania, szminki, pudry, karminy na twarzach, klejnoty migocące na biustach, w uszach, włosach i rękach; obok twarzy zniszczonych jak ściany obdrapane, na których już żadna sztuka cudu nie dokaże; obok kostjumów tak samo wiekowych gustem i fasonem, przypominających kufer z rupieciami, lub stuletnią komodę w składzie najnowocześniejszych mebli.
Różnorodność postaci ludzkich zdumiewała Andzię, przepatrywała ten rój człowieczych istot oczyma szeroko rozwartemi. W umyśle jej powstał zamęt. Oszołomiona doszczętnie odnalazła pustą kanapkę, wsuniętą pomiędzy drzwiami wchodowymi do sal gry i ścianą. Kanapka stała pod lustrem olbrzymiem, Andzia podchodząc do niej ujrzała odbicie swe w zwierciadle i chwilkę zdziwiona, przyglądała się sobie.
Jakaż była mała i drobna w tym pysznym tłumie, pod filarami wyniosłych sklepień, pełnych rzeźb, malatur, złoceń, bronzów. Jak nikłą wydawała się jej postać w czarnej sukni lekkiej i dużym kapeluszu rembrandtowskim, tegoż koloru. Blada twarz Andzi miała tony delikatne lekkiej podniety, usta piekły żarem krwi, oczy zapalały w sobie iskierki niepokoju i ciekawości. Usiadła na kanapce. Panna Ewelina została gdzieś w tłumie.
Tarłówna szukała wzrokiem Lory, lecz nie było jej w atrium, natomiast coraz nowe osoby wpływały do sal gry, legitymując się za pośrednictwem biletów pokazywanych stojącym w drzwiach urzędnikom Kasyna. I znowu mieszanina; szły damy dekoltowane w strojach niemal bachanckich, w pióropuszach, djademach; szły kobiety dostojnie i z gustem ubrane, szły babcie archaiczne i cudaczki kobiece; szli mężczyźni jakby manekiny krawieckie, z twarzami wyzywającemi, lub napiętnowani stygmatem kompletnego przesytu; szli abnegaci ubraniowi, lecz z zapałem i wiarą w źrenicach, krokiem tak pewnym, jakby dążyli bezwarunkowo do zwycięstwa: teraz rozbiją bank! Szli młodzi, zblazownni panicze, ruchem nonszalanckim, z pochyłym karkiem i oczyma zastygłemi w biernej umyślnej czy chorobliwej niemocy neurasteników. Wszystkich niósł na swych skrzydłach nietoperzowych, krwiożerczy, zimny, ironiczny i mściwy Moloch.
Anna ukryta na swej kanapce widziała twarze wchodzących. Każda z nich miała charakter odmienny, ale jakby jednem tchnieniem owiany. Jakby w promieniu jednego reflektora cały ten tłum, pomimo odrębności poszczególnych jednakowe miał tło i po tym samym kroczył szlaku.
Panna Ewelina namówiła wreszcie Andzię do wzięcia biletów wejściowych. Załatwiwszy te formalności znalazły się wkrótce w salach gry, przy gęsto obstawionych stołach rulety. Brzmiał tu głuchy poszum dużego zbiorowiska ludzi, lecz dominowały głosy krupierów, wołających we wszystkich krańcach sali, charakterystyczne i fachowe:
— Messieurs faites le jeu!...
— Le jeu est fait?...
— Rien ne va plus!...
Potem następowało głośne wyjawienie wygrywanego numeru, koloru i liczby parzystej lub nie.
Andzia obeszła salę i stanęła przy jednym stole, pojedyńczym, w małej salce, ozdobnej, przylegającej do sali „trente et quarante“. Przez lukę, pomiędzy głowami „galerji“ ciekawych i grających ujrzała machoniową miednicę rulety, w pełnym ruchu z krążącą dokoła gałką białą. Skupione twarze graczów i obojętne, często bezczelne fizjonomje krupierów, otaczały stół zwartym murem. Oczy wszystkich śledziły rozpędzoną gałkę, magnetyzując ją, każdy na swą korzyść. Na stole jeszcze panował ruch, rzucano pospiesznie ludwiki, „plaki“ złote, papiery grube i skromne pięciofrankówki na różne numera, kolory, przedziały. W tem zaklekotała gałeczka, obijając się na mosiężnych skówkach miednicy...
— Rien ne va plus!... — zawołał krupier.
Paf! gałka wpadła w przedziałek pod dziesiątką.
— Dix, noir, paire, manque! — znowu głos krupiera.
Na numerze tym leżała gruba suma w papierach; wygrał ktoś en plain. Zaszeleściały bilety tysiącfrankowe, sypało się złoto na kupkę, poczem młotki krupierów całą tę masę pieniędzy posunęły do właściciela, na drugi koniec stołu. Tarłówna poszła wzrokiem za ich śladem; wytworne ręce męskie, z pięknym sygnetem na palcu zgarniały obojętnie banknoty, jakby bez najmniejszej uwagi. Andzia spojrzała wyżej, szczęśliwym graczem był nieznajomy z Vintimilli. Z niezmąconym chłodem zbierał pieniądze. Nagle spotkał jej wzrok na sobie. Źrenice jego błysnęły wyrazem cieplejszym, zamigotał w nich promyk radosny. Zaskoczona zmianą wyraźną w jego oczach cofnęła się, chcąc odejść, ale zaciekawiła ją nowa stawka Anglika. Wszystką wygraną porozkładał po numerkach, tak, że niemal całą połowę zielonego stołu zarzucił biletami i złotem. Spoglądano na niego ze wszech stron, on zaś czekał z chłodną obojętnością, ani jeden rys nie drgnął mu na twarzy.
Gałka rzucona umiejętnie przez krupiera, z zamachem godnym sprawy, kołowała impetycznie, jakby wybierając numer, jakby z namysłem, właściwie pędziła do celu pewnego i gdy pęd jej osłabł, zachwiał się, potknął kilkakrotnie, kulka spoczęła w wyznaczonej dla siebie komórce.
— Zéro! — zawołał krupier głosem bezczelnym.
Nic nie stało na zerze, nieznajomy przegrał wszystko.
Andzia badała go. Ta sama obojętność i chłód na twarzy, spokój kamienny. Żaden muskuł twarzy nie znamionował wrażenia z tak kolosalnej przegranej. Tylko gdy krupierzy zsuwali jego pieniądze do kasy, on znowu spojrzał na Tarłównę i znowu jakby się oczyma do niej uśmiechnął. Odeszła od stołu z uczuciem dziwnego niepokoju. Panna Ewelina jak cień podążyła za nią. W sali „trent‘a“ białej, przepysznej, hojnej we freski, rzeźby i rzęsiste a dyskretne kule lamp, które potopem świateł owiały plafon wyniosły i szczyty ścian, przy pierwszej kanapce umiejscowił Annę okrzyk gwałtowny.
— Hańdzia!
Lora podbiegła z twarzą rozpromienioną. Uścisnęły się wszystkie trzy, nader serdecznie.
— Nareszcie przyjechałyście?... kiedy?.. Czemuż nie pisałaś? Nie depeszowałaś?... Czy zajechałyście do mnie wedle umowy?...
Pociągnęła ją ku narożnej kanapce, tam dopiero zaczęły się gęste pytania i objaśnienia.
— Dawno już jesteście w Kasynie?...
— Przybyłyśmy jednocześnie z tobą, wychodziłaś z windy.
Pani von Bredov Nordica poczerwieniała trochę.
— Ach tak?... Czemuż nie zawołałaś na mnie.
— Byłaś tak zajętą...
— I rozbawioną dodaj. Wróciliśmy z Nicei na podwieczorek do Paryskiego. Ci panowie są wyborni, w ich towarzystwie można umrzeć, ale nie wolno się nie śmiać.
— Czy w tej toalecie jeździłaś do Nicei?... — spytała Andzia wątpiąco.
— Cóż znowu?... Ach, ty mała dziczko z wołyńskich borów! Widzę, że będę zmuszona cywilizować ciebie. Jakże tam moja służba, dobrze się sprawiła?... pokoje wygodne?...
— Aż nadto Loro, wolałabym skromniejsze, ten mój, z widokiem na morze jest śliczny. Mamy skrupuły, że zajęłyśmy ci takie piękne dwa pokoje.
— Dla was je oddawna przeznaczyłam, uprzedzając służbę. Ale co prawda byłam pewną, że zawiadomicie o przyjeździe, wyjechałabym na spotkanie automobilem, a tak mimowoli stałam się niegościnną.
Lora mówiła z życiem i zbyt głośno, wyglądała na wielką damę zupełnie riwierowego pokroju.
Andzia patrzała na nią badawczo, panna Ewelina bardzo nieufnie. Suknia Lory, głęboko wycięta, trzymała się ramion tylko na wąskich szarfkach. Błękitne zwoje gazy błyszczące od pajlet złocistych, przysłaniały lekką chmurką pysznie rozwiniętą kibić młodej kobiety. We włosach kunsztownie upiętych migotała kometa z brylantów, na szyi lśniły brylantowe łzy spłynięte z cienkiego łańcuszka. Andzia widziała Lorę ostatni raz na pogrzebie w Smoczewie, teraz wydała się jej jeszcze piękniejszą, strój balowy podnosił urodę Lory, podkreślał główne jej cechy — piękność zmysłową i wyzywającą, ale Tarłównę przykro dotknął przepych jej tualety.
— Nie nosisz żałoby Lorko?... A wszak to zaledwo pół roku od śmierci cioci.
— Chodziłam w czerni przez kilka tygodni, nawet było mi bardzo do twarzy, ale to takie smutne, ciężkie, takie... nie tutejsze. I ty chyba, Hańdziu, zdejmiesz te twoje kiry? Dosyć tego, tu inny świat.
— Możebym już nie potrafiła obracać się w jasnej sukni?... — szepnęła Anna.
— Nie bądź Anuś taka smutna, co warte jest życie bez śmiechu i wesela? Ten kto wyławia z życia same blaski, wie, że żyje, wiecznie zaś płakać, tęsknić jest to powolne samobójstwo. Wierz mi Hańdziu, smutek to marny wynalazek, utop go w morzu i bądź jasną, wesołą, jak dawniej pamiętasz?...
Cień przeleciał po twarzy Tarłówny. Panna Ewelina zauważyła to i zmieniła rozmowę.
— Czy i twój mąż, Loro, jest w Kasynie?...
Piękna pani zaśmiała się.
— Och, mój mąż? Nie, on jest obecnie... bo ja wiem gdzie! na morzu, w Paryżu, w Krymie... Tout court... w świecie.
Nie spowiada mi się ze swych eskapad, za co mu jestem wdzięczną, bo i ja nie potrzebuję zdawać mu raportów ze swych czynności. Daliśmy sobie oboje carte blanche, to ułatwia życie stokroć lepiej niż wszelkie sakramentalne przysięgi wierności małżeńskich, posłuszeństwa i tem podobnych banialuk. Tak praktyczniej i wygodniej.
— A jednak przysięgałaś Loro — rzekła panna Ewelina mocno zgorszona.
— Ją?... Nie, droga pani! Myśmy wzięli ślub cywilny u mera, ani ja ani... Nordica nie pragnęliśmy zupełnie ceremonji klerykalnych. Ach, nie miejcież moje drogie takich min zdumionych, bo was tu wezmą za jakieś kwakierki, będą myśleli, że przyjechałyście mnie nawracać. Ha, ha, ha! A propos! Kiedyż naznaczony ślub, Hańdziu?...
— Czyj ślub?...
— No twój... z Jasiem.
Tarłówna zbladła strasznie, zaćmiło się jej w oczach, sala zaczęła drżeć w posadach, ludzie kręcili się w kółko, doznała uczucia, że całe Kasyno wraz z nią dostało pomieszania zmysłów.
— Nie.... wiem — wyjąknęła.
Ale Lora już nie uważała na nią. Podszedł do pięknej pani mężczyzna stary już, lecz pełen pretensji w całej postaci, niedwuznacznie trzęsący się na tabetycznych nogach. Przez szkła na nosie zlustrował pobieżnie Tarłównę i przemówił do Lory po francusku.
— Może pani pozwoli, przy drugim stole „trent‘a“, idzie pyszna serja „couleur‘u “... olbrzymie stawki, zanotowałem już 6 razy.
Pokazał Lorce kartkę z punktami kolorowemi, które długą szpilką przekłuwał z namaszczeniem.
Lora wstała.
— Przepraszam was na chwilę. A, pardon, Duc d‘Escars, ma cousine mademoiselle Anne dé Tarło, madame Niemojska.
Po obojętnem powitaniu się, stary pan w binoklach i Lora odeszli w głąb sali.
Andzia siedziała cicho, patrząc biernie na co raz inne postacie snujące się przed nią. Nie uważała, że przeszedł koło niej parokrotnie nieznajomy Anglik, z takim wyrazem w oczach, jakby ją tylko widział na sali. Z głębokiego zamyślenia otrzeźwiła ją panna Ewelina pytaniem.
— Co myślisz Andziu o Lorce?...
Tarłówna zastanowiła się chwilę.
— Że jest taką samą jaką była, tylko w stopniu spotęgowanym i... teraz jest w odpowiednich ramach.
— Mnie się ona nie podoba dużo więcej niż dawniej. Sądzę, że gdyby Jan widział ją tu na miejscu, nie puściłby ciebie do niej.
Andzia zerwała się z kanapy. Prawie groźnie spojrzała na Ewelinę. Rzekła wzburzona, głosem zdławionym.
— Znowu Jan?! Proszę mnie nim nie prześladować. Przyjechałam tu z własnej woli, nie żądając od niego pozwolenia.
Krokiem płynnym, szybko poszła do wyjścia. Ewelina przestraszona jej wybuchem podążyła za nią.
Minęły nieznajomego z Vintimilli, który bacznie przeprowadził je wzrokiem. Gdy wsiadały do powozu, panna Ewelina z przerażeniem ujrzała na rzęsach Andzi, wielkie, ciężkie łzy.






III.
W parku Monaco.

W pięknym swym buduarze, na atłasowej kanapie, gorąco żółtego koloru, Lora von Bredov Nordica leżała rozciągnięta swobodnie. Paljowy szlafrok, raczej zwój z tiulów i koronki owiewał ją bajecznie subtelną powłoką, nie zazdrosną wszakże; różowe tony ciała przeświecały z pod tej obłocznej szaty niezbyt dyskretnie. Nogi bose, w sandałkach purpurowych, złotem szytych, Lora założyła jedną na drugą, ramiona obnażone rzuciła swoim zwyczajem poza głowę i, zanurzając palce w kaskadzie włosów rozpuszczonych, złoto rudych, śmiała się drażniącym chichotem do Hańdzi Tarłówny, która naprzeciw niej siedziała, wtulona głęboko w fotelu na biegunach.
— Pytasz o Oksztę? A no, widzisz on był motorem wprowadzającym mnie w świat. Adrjan miał temperament i umiał szaleć, zaraził mnie. Oddałam się mu jeszcze w Wilczarach. Och! pamiętna noc. Pomyśl sama; w gnieździe takiego smoka, jak Kościesza, obok takiej niewinności anielskiej jak ty Anuś i takiej cnoty zamarynowanej jak Ewelina. No... i przy boku mamy, to także coś znaczy. Emocja niebywała, zresztą pierwszy raz!...
Ach! tempi passati! Wyjechaliśmy o świcie, ucałowałam ciebie śpiącą i hajda w świat!... W Szwajcarji byliśmy do zimy, zapał nasz trwał, ale z chwilą, gdy zaczął słabnąć, oglądaliśmy się oboje za drogą wyjścia.
— Więc go nie kochałaś Loro?... I tak bez uczucia, bez wiary poszłaś za nim? I nie czułaś potem goryczy, niesmaku?... Nie zapragnęłaś powrotu?...
— Nie Andziu! Ja wiem, to ci się w głowie nie mieści, a jednak tak jest.
Nie obiecywaliśmy sobie z Adrjanem małżeństwa, żadnych zobowiązań, tylko szał. Skoro ten minął i myśmy się rozpryśli w dwie strony. Przyjechałam tu. Pamiętasz może, zażądałam wówczas pieniędzy od mamy i trochę mi ich przysłała. Biedna! okłamałam ją, że wychodzę za mąż, a naprawdę było ze mną wtedy krucho. Lecz wybrnęłam...
Andzia zabujała silniej fotelem, Lora zauważyła jej wzrok pytający.
— Nie pytaj Anuś jakim sposobem, nie pytaj!... Widzisz... trochę grałam szczęśliwie, bardzo szczęśliwie. Piękna, młoda dziewczyna zawsze znajdzie tu opiekuna, miałam wówczas dziewiętnaście lat, jesteśmy rówieśnicami, jakież inne nasze drogi! I czy wiesz, nie zazdrościłam tobie, było mi tak jak zawsze pragnęłam, no, cokolwiek inaczej... z początku. Weszłam w ten lej tutejszy, który słabych ciągnie na dno.... ja obijałam się trochę o złote jego ściany, lecz nie zepchnięto mnie w głąb. Mam spryt duży i urodę, umiem te dary wyzyskać, wierzę w siebie nieograniczenie.
Zaległa chwila ciszy. Tarłówna nie odrywała oczu zamyślonych od pięknej kuzynki. Sama była bledszą niż zwykle. Biały, lekki szlafroczek i warkocze czarne, spuszczone na przód figury, które wiły się lśniąc jedwabiem miękkim, nadawały jej wyglądu jakby jakiejś kapłanki, słuchającej w skupieniu spowiedzi jawnogrzesznicy. Spytała cicho.
— Więc takie życie dało ci zadowolenie?... A kiedyż poznałaś twego męża?...
— W rok po przyjeździe na Riwierę. Odrazu oszalał za mną, przejrzałam go na wylot i zaczęłam grę. Powiedziałam sobie, że on będzie moim mężem. Kolosalnie bogaty Rumun, viveur w całem znaczeniu, łatwowierny, zapalny i... głupi. Ha, ha, ha!... Przytem nazwisko podobało mi się. Utrzymałam nasz stosunek ceremonjalnie aż do ślubu, którego zażądałam jako jedyną drogę... do mnie... Dziwisz się?...
— I on uwierzył w twą... niepokalaność?...
Lora parsknęła śmiechem.
— We wszystko wierzył byle mnie posiąść. Myślę, że tylko w takich podnietach Jowisz zamieniał się w woły i węże. Robiłam z Nordicą co chciałam, przeistoczyłam go w baranka, żebrał u moich nóg. Nie i nie... Wściekłość go porywała. Po ślubie wynagrodziłam mu mękę... Och, trzeba być niekiedy wyrozumiałą. Oddawałam mu się z taką pasją, tyle ognia i mistrzowskiego rozpasania miał odemnie, że zmysły doprowadzały go do obłędu. Szalał...
— A ty Loro?... Czyś go kochała?...
— Kochać?... Ach nie! tego uczucia zupełnie nawet nie znam. Rozpalał mię tylko, do wściekłości doprowadzał... wkrótce się wyczerpałam... ostygłam.
— Więc tylko zmysły i zmysły? — wybuchnęłą Andzia. — One wiodą ludzi do grzechu, który nazywają rozkoszą, one wytwarzają takie szały?... Czy wy jesteście — ludźmi, czy karłami ludzkimi?... Czy to jest piękno, czy rynsztok plugawy, te wasze zapały, ten wasz szał?...
— To jest życie Andziu, esencja życia, jego paliwo główne, jego byt, jego poezja...
— Nieprawda! świat nie jest tak lichym, poezją jego nie mogą być zmysły. To fałsz! To tylko ludzie zwyrodnieli, odrzuciwszy wszystko co głębokie, co święte, co wielkie, zostali przy małostce, bo najwygodniejsza, bo daje rozkosz fizyczną. Nie znacie duchowej: do tamtej trzeba się wznieść, tę waszą łatwiej osiągnąć. Podstawą życia jest...
— Pieniądz i rozkosz! — dokończyła Lora.
Tarłówna opadła ciężko na fotel.
— A miłość potężna, święta?... wszak z niej wszystko wypływa — szepnęła ciszej. — Ona także budzi szały, ona daje natchnienie bardzo szeroko zakreślone, twórcze, ona promieniuje... Miłość... pozwala ogarniać przestworza rozległe, nad miarę umysłu ludzkiego. Zapał, zachwyt, urok szał, nawet i szał podniety zmysłowej, ale poczęty z miłości — jej twór, jej wykwit... Genjusz miłości daje taki war we krwi, to jego dzieło, wtedy tylko... czaruje.
— Mylisz się Aniu! Wtedy daje najczęściej cierpkie owoce, zawodu, lub... kir wieczystego smutku, jak tobie naprzykład.
— Wówczas nawet cierpienie jest miłością. Taki ogrom nie maleje, nie ginie.
— Ale się nim przesyca. To siła, przyznaję, lecz nie dla każdego dostępna. Zmysły au naturel upajają wszystkich, bo to realność, to potrzeba fizyczna, to wola organizmu, to wreszcie rozkosz! Miłość jest upojeniem?... dobrze, ale i męką. Wreszcie powtarzam, taki kwiat nie na każdem podwórku zakwita. To lepiej. Nie byłoby w życiu głównego barwnika, gdyby tylko miłość duchowa rozdawała szały. I... cóżby robiły kobiety, których jest większość na świecie?...
— Ach, w ten ton uderzasz...
— Bo ważny, moja Hańdziu. Miłość przy wszystkich swych hojnościach daje niezaprzeczenie zazdrość i... pragnienie wyłącznej przynależności. Wszelkie recepty na wiarę i zaufanie śmiało rzucić można w piec. Gdy się kocha, zazdrość wkracza z taką pewnością do uczuć ludzkich, jak... ach! no, jak żandarm na granicy Rosji wołający o paszport. Jest to nieodzowne, bezwarunkowe. Czyli, że miłość nakłada pęta, na obie strony, męską i kobiecą. Kochasz i jesteś niewolnikiem tej miłości.
— Ona wygładza taką niewolę, czyni ją nietylko znośną, lecz... drogą.
— Bon! ale tymczasem należycie do siebie, a co robią inni? ci, którym nie sądzono było kochać i trafić na miłość?...
— Paradoksujesz Loro. Tak stawiać kwestji nie można.
— Poczekaj, ja jeszcze chcę mówić o parze zamkniętej w kręgu miłości. Czy ty myślisz, że to uczucie szczytne daje zarazem ślepotę i głuchotę na wszelkie blaski i melodje świata?... nie, ma petite! Nie łudź się. Prędzej lub później, ona lub on, gdy już napatrzą się na siebie dowoli, napieszczą, naidealizują, mówmy otwarcie, namnożą niezbitych dowodów swej wyłączności, wówczas przecierają oczy, żeby zobaczyć, co też świat porabia? I daltonizm wytworzony przez patynę miłości niknie, wzrok, słuch przeciera się. On, albo ona nabierają apetytu do jakiejś odmiany w codziennej potrawie. Pobożny marcepan miłości trochę się przejadł, zapachniały ostryżki, pieprzyk nęci, a tu pokusy są, wabią. Och, ja maluję notabene bardzo klerykalną parę. Zwykle prędzej i łatwiej zaczynają się takie wycieczki ciekawe, po za próg uświęconego ogniska. Ale miłość pomimo tego trwa i... zazdrość jest już jak w domu. Mąż robi wycieczki, żona histerjuje się lub cierpi, żona pierwsza przetarła oczy, mąż urządza jej piekło. Już po spokoju, już się wkrada podejrzliwość, niechęć, obraza. Oto są owe opiewane tęcze miłości.
— O jakich ty wycieczkach mówisz, Loro?...
— O najprostszych. Żona zazdrosna z miłości, często z własnej próżności, chciałaby, żeby jej mąż nie spojrzał już na żadną kobietę, nie mówię, żeby ją zdobywał, ale nawet patrzyć nie wolno, pochwalić pobawić się. Sama jednak, gdy się komu podoba, odrazu odgadnie i wcale nie broni, owszem to jej pochlebia, często bawi i ukrasza jej życie, smak cnotliwego marcypanu zaostrza trochę. Za to mąż choćby sam miał stokroć wybujalsze zakusy nie daruje żonie jej powodzenia. To przecie grzech ciężki, występek! A jeśli ona polubi czyjeś towarzystwo, nawet najniewinniej, najszczytniej, po prostu wiedziona potrzebą szerszego horyzontu, bez osobistych zmysłowych podniet, gdyż te ma w domu, pod sklepieniem swej miłości, wtedy pan mąż dęba staje. Zazdrość rozsadza go jak dynamit i miłość wytwarza już pole bitwy.
Tarłówna powstała z fotela. Zdenerwowana przebiegła pokój parokrotnie.
— Zbyt czarno przedstawiasz, Lorko, życie i małżeństwo. Tak nie jest! ty zawsze byłaś pesymistką, zawsze ironizowałaś to, co uświęcone, co drogie, co wreszcie jest poezją, jedyną w życiu.
— Jeśli zakucie dwojga ludzi w kajdany obowiązków i w jakieś tam przysięgi, ma być poezją życia, to ci Andziu nie zazdroszczę, — odparła Lora. — Szkoda, że właśnie kobiety z takiemi pojęciami, gołębice uczuciowe idą najczęściej na ofiarę całopalną zupełnie odrębnych mężczyzn. To jest tragedja! Wogóle najczęściej bywa tak: że kobieta odchodząc od ołtarza widzi przed sobą niebo i marzenia swe najszczytniejsze w pełni rozkwitu, mężczyzna zaś tylko — pokój sypialny...
— Loro zmiłuj się! Loro nie bądź tak okropnie wyzutą, taką cyniczką, nie sądź ludzi tak surowo, tak... podle...
Andzia zakryła oczy i stojąc przed kuzynką, trzęsła się z oburzenia, szepnęła cicho zawstydzona.
— Wybacz mi, mój okrzyk, daruj... ale... jesteś straszną...
— Jestem tylko szczerą, nigdy się nie łudziłam co do idealnych uczuć mężczyzn i kobiet. Są takie wyrodki, owszem są, lecz i tym łuska spada z oczu dosyć prędko.
— Nie możesz mieć doświadczenia w takiej kwestji.
— Ty chyba tem mniej?...
— Przyznaję, ale jeśli sądzisz mężczyzn, miarą Adrjana Okszty i...
— Mego męża, bądź odważną Hańdziu.
— Więc tak. Wszakże oni nie mogą tworzyć teorji, obaj są zmysłowcami bez zastrzeżeń.
— Doskonale! Przynajmniej od razu wiadomo z kim się ma do czynienia. My oboje wychodząc od mera, po ślubie cywilnym, nie różniliśmy się zupełnie w naszych... widzeniach, tylko że on szalał wewnętrznie, jak wulkan przed wybuchem, ja... nastrajałam się do... nowej partji. W nagrodę za jego zapał, wytrwałość, za danie mi nazwiska, chciałam rolę swą odegrać... wirtuozowsko i... odegrałam...
— Wstrętne, wstrętne! — krzyknęła Andzia z oburzeniem.
Z rękoma przy skroniach i ohydą w oczach, przerażonych tem co słyszała, prędko wybiegła z pokoju.
Pani von Bredov Nordica parsknęła krótkim śmieszkiem, wyciągnęła się rozkosznie na kanapie, ruchem wężowym, nagle jak sprężyna skoczyła na nogi. Kilku poruszeniami rąk rozmotała spowijające ją tiule i, stanęła przed zwierciadłem, jak bogini grecka w świetnej plastyce swej nagości. Włosy rude spływały na plecy bogatym zwojem, strząsnęła głową i wzrokiem pałającym przyglądała się sobie długo. Uśmiech drażniący a tajemniczy pełzał po wargach krwawych, żądnych rozkoszy. Pierś dyszała szybko.
... Pragnę, stale pragnę... oto jest piękno i poezja życia.
...Handzia nazywa to wstrętem... gdzież jest prawda?...
...O! wieczna męko... kobiecości!... pragnienie rozkoszy... to grzech,... wyrzeczenie się jej... to smutek i... zasługa... cnota, ha, ha, ha!...
Nacisnęła guzik dzwonka elektrycznego.
Cicho rozsunęły się drzwi buduaru.
— Vittorina?...
— Jestem, pani.
— Kąpiel gotowa?...
— Tak, pani.
— Tualeta biała z ponsową siatką, płaszcz adamaszkowy z sobolami.
— Już wiem; wszystko gotowe.
— Automobil?...
— Czeka. Szofer pytał czy pani nie zmieniła projektu.
— Która godzina?...
— Kwadrans po jedenastej.
— Czy panna Tarło poszła do siebie.
— Tak, pani.
— To dobrze. Idę do wanny.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Hańdzia źle się czuła w pysznem mieszkaniu pani von Bredov. Nie mogła się oswoić z atmosferą panującą tu, duszno było jej i niespokojnie. Miny lokajów ironiczno-bezczelne, niesmaczne uśmiechy subretek dokuczały Hańdzi. Męczyły ją przytem ciągłe zebrania w salonie Lory, nie gustowała w nich. Mężczyźni byli zbyt obcesowi, wzrok ich obrażał Hańdzię. Chociaż unikała ich starannie, jednak towarzystwo to stało się dla niej nieznośnem. Kobiety raziły ją tembardziej. Wszystkie te wielkie damy, zachowaniem się i wyglądem nasuwały wątpliwości co do swej dystynkcji. Stroje bezwstydne, kosmetyki na twarzach, rozmowy i ruchy zbyt swobodne, często wprost wyzute, robiły na Andzi wrażenie, że się dostała do jakiejś jaskini. Zauważyła prędko, że i ją uważają za coś cudzego, nie liczono się z nią, ale ją krytykowano. Była tu intruzem. Częste, dzienne prawie wycieczki do Kasyna, gra w ruletę, roznamiętnienie towarzystwa hazardem, napawało Tarłównę obrzydzeniem do tych ludzi. Po tygodniowym pobycie uczuła przesyt i mękę; rozgoryczenie do Lory spotęgowało ten niesmak. Andzia nie mogła darować kuzynce jej sposobu życia i środowiska, w którem się obracała. Ciążyła Andzi myśl, że i tu spotkał ją zawód, że dawna Lora jakkolwiek zawsze zdradzająca zbyt śmiałe poglądy, zawsze cyniczna, ale jakaś swoja, teraz wyłączyła się zupełnie, stawiając mur pomiędzy sobą i towarzyszką lat dziecinnych i młodzieńczych. Lora postępowaniem swem nie obiecywała nigdy zjednoczyć się z Hańdzią duchowo, ale jednak dawniej była bliższą, bardziej siostrzaną, obecnie wiał od niej chłód na Andzię i mroził ją.
Tarłówna uciekała na częste wycieczki, samotne, do miejsc ustronnych, rzadziej uczęszczanych przez gwarną publikę. Panna Niemojska zwykle nie towarzyszyła jej, nie mogąc chodzić, ona więc zostawała na tarasach, które były dla starej nauczycielki szczytem piękna i marzeń. Siedząc na ławce, odwrócona do morza, z gazetą lub książką w ręku potrafiłaby przetrwać tak cały dzień. Słońce grzało, morze mieniło się tęczowo, szum fal rytmiczny kołysał słodko duszę panny Eweliny.
Andzia nie lubiła tarasów. Za dużo ludzi, hałasu, ciągła, sucha strzelanina do gołębi, nisko nad morzem, mordowanie bezmyślne niewinnych ptaków, huk tramwajów, częsty łoskot pędzącego pod tarasami pociągu, przeraźliwe ryki samochodów. I zresztą znowu tłum, wprawdzie mniej zahypnotyzowany grą, niż w salach Kasyna, ale także bardzo rozmaity i „rozriwierowany“. Nie częstymi okazami są tu ludzie zupełnie normalni, spokojnie, dla potrzeb zdrowotnych używający ciepła zbawczego i powietrza, o kryształowych własnościach. Takich ludzi spotyka się nie wielu na tarasach montecarloskich, odrazu się ich odróżnia. Ci, co przybyli po zdrowie, mają inną patynę od osobników zagnanych tu żądzą gry; mają wyłączną dystynkcję i powagę, którą nawet tubylcy szanują więcej, niż niepokój gorączkowy, charakteryzujący tych, co przybyli napełnić kasy pana Blanca, bo nie własne kieszenie. Odrębność kuracjuszów jest tu widoczną i sympatyczną.
Panna Ewelina i Andzia nie przyjechały tu dla klimatu, lecz i nie dla Kasyna, odrazu też przywarły do tej drugiej kategorji tłumu, brano je powszechnie za kuracjuszki. Tarłówna miała uprzywilejowane miejsca spacerów swych i rozmyślań. Jeśli nad morzem, to park Monaco, piasczysta połać dla łódek obok bulwaru Condomine i płaskie skały tuż przy fali, pod nasypem kolejowym stacji Monte-Carlo. Jeśli drażniło ją morze, uciekała do parku obok Kasyna, do altany z żywopłotu, gdzie była klatka gołębi werflów, lub do zagrody drucianej, w której hodowały się kozy górskie, skaczące po sztucznej skałce. Często lubiła przebywać na górce, w kącie parku, otoczonej gęstwiną drzew i krzewów rzadkich gatunków, agaw, kaktusów i różnego gąszczu roślin, dokąd z niższej strony parku wchodziło się po kamiennych schodkach, zupełnie zatopionych w zieleni. Morze szafirowe i góry rdzawe o różowych refleksach, przeświecały poprzez krzewy.
Do parku Monaco uczęszczała najchętniej.
Pewnego popołudnia Andzia zmęczona wyjątkowo obiadem w galerji Karola III-go, gdzie była z Lorą, w licznem towarzystwie, przebrawszy się, pojechała tramwajem do Monaco. Pragnęła ciszy, samotności. Wysiadłszy z wagonu, szybkim krokiem, w obawie by jej kto nie uprzedził, poszła przez cały park, aż na jego kraniec ostatni, dotykający już ogrodu książęcego. Miała tam swój ukochany kącik, na cyplu skały, schowany w zieleni, otulony jak gniazdo ze wszech stron, tylko szeroko rozwarty na morze, z widokiem jak z bajki. Prowadziła tam uliczka wąska, zagłuszona w gąszczach i kręta. Schronisko wyborne dla tych, co chcą być sami. Od jedynej ławeczki, przypartej do skały, w zwojach bluszczu i przedziwnych roślin pnących było zaledwo parę stóp, nie więcej, do niskiej barjerki żelaznej, poza którą rozpościerało się morze w przepaści kilkunastopiętrowej. Tarłówna patrząc w dół doznawała zawrotu głowy, lecz podniecał ją widok dzikich złomów skalnych, spadających pionowo, od zrębu owego cypla ku morzu. Rosły w szczelinach kamieni dzikie agawy, jakieś pnące, niezwykłe kwiatki chorowite, kępki szaro-zielonej roślinności morskiej.
Nisko na dole burzyły się piany białe, fale tłukły o kamienie, pluły na nie z bezsilną zajadłością, lub też, uspokojone, lizały je poufale, omywając biedne roślinki słonemi językami. Morze i morze, hen, w nieskończoność idące. Wzrok biegnie swobodnie i krańca nie znajduje, niebo nalane błękitem, woda szafirem nasiąkła, na niej spiętrzone grzbiety faliste, pasma białych welonów i grzywy wzburzonej bieli i ciemniejsze załomy szafiru i ruch bezustanny, żywiołowy, bełkot, szum, rozgwar, masy wód. Rozkołysana przestrzeń, otchłań pełna tajemnic, skąd głosy jakieś i szepty i melodje płyną. Organ jedyny, świat odmienny i nęcący, mistyczne społeczeństwo wnętrza i dna. Czyż jest tu dno?... Morze, morze niezrównane, kolos! Na prawo, ze swego gniazda skalnego Andzia widziała w oddali, wysunięty w morze, wąski pas przylądka Beaulieu. W przeczystem powietrzu widoczne były białe sylwetki domów i pałaców, jakaś wieżyczka. Bliżej rysowały się brzegi wpełzające w morze, wzgórza, domy i drzewa, Cap Ferrat, Eze, Cap d‘Ail. Tor kolejowy biegł tam nisko nad morzem, kłąb dymu zaplątany w mozajkę domów, skał, kwiatów rozpływał się jak obłoczek. Tarłówna oswojona już z tym widokiem napawała się nim dowoli, poczem siadła na ławeczce i puszczając oczy w dal bezbrzeżną, myśli swe tęskne wysłała na Wołyń. Odwiedzały wszystkie, bolesne i drogie zjednoczone z sobą miejsca, rozbudziły śniące tam wspomnienia. Zamajaczyła chata Grześka, w uroczysku pod Wołkiem, postać dzielna Andrzeja wyrosła, wycieniowana z plastyką niesłychaną. Scena w stajence... Watażka parskający nozdrzami, obawa spotkania Kościeszy... czarowna chwila upojenia w ramionach Andrzeja, jego szał, miłość, pocałunki, moment wybuchowy, gdy siedzieli oboje na siodle. Przytulona do jego piersi, pieszczotami okryta była jak dziecko, lub jak branka porwana przez junaka zakochanego, sama półprzytomna z miłości. Jego słowa pamiętne, jego oczy sokole i usta jak dwa węgle...
Jego głos niski, męski, a młody, pełen dźwięku i uroku.
Jego szept zdławiony uczuciem.
Hańdziu!... Hańdziu!... moja!...
Tyle chwil cudownych!... taka krótka minuta szczęścia nieziemskiego. Bo wszak epopeja, którą przebyli, to minuta tylko wobec życia, to kropla słodyczy w oceanie, mało!... w potopie niedoli.
...Szczęście jest zazdrosne, daje z siebie po listeczku, który schnie prędko...
... Pozwala ogarnąć się w całokształcie i w pełni swego czaru ginie, pustkę zostawiając...
...Dlaczego tak mało?...
...Dlaczego morze tak piękne, niezmierzone, trwałe jest i wieczne...
... Szczęście z Andrzejem było jak morze głębokie, rozległe, a złote, a błękitne, a tęczą i zorzą prześwitujące...
... Dlaczego znikło tak prędko, bez ratunku... brutalnie... strasznie!...
Zwikłały się obrazy w myśli Andzi, wizje sunęły jedna za drugą, splątały wspomnienia...
Była ich taka moc...
Płynęły od nich barwy pastelowe, natchnione, świetliste odbrzaski...
Może motyl podczas swego istnienia krótkiego, jak sen o niebie nazbiera takie mnóstwo kolorów i kropel słodkich z kielichów kwietnych?...
Myśli falowały w mózgu Andzi jak cicha toń morska. Melancholijne były, smutne, tęskne.
Czasem myśl słodszą nasunęła wizję, ona niosła zapomnienie chwilowe, koiła, dobry, łagodny dając spokój duszy zbolałej.
Zaszumiały przed Andzią stepy wilczarskie, roztocze kwiecia, traw, ziół wonnych... zapach macierzanki... Dokoła chylą się główki kwiatowe, idzie od nich szept miłosny, idzie rozkosz. Jakiś głośniejszy szum.... to dęby huczą z oddali... tam została chata Grześka; stary borowy uśmiecha się i robi znak krzyża za Andzią i Andrzejem. Oni idą przez step... Jędrek odprowadza ją do Wilczar.
Otoczył ją ramieniem silnem i wiedzie... swoją narzeczoną.
... Hańdziu! Jędruś!... szepcą usta na ustach.
Step ich kryje w sobie, zanurzeni w nim, spokojni... Idą... szczęśliwi, a kwiaty śpiewają nad nimi. Och, jak słodko szumi step...
Andzia oczy ma zamknięte, siedzi na ławce sztywno, zapatrzona w wizję...
Bełkot fal morskich bierze za szum kwiecia i traw...
Głośniejszy zew morza... to u niej dęby huczą...
Pachną rośliny wytworne, słony smak wody miesza się z wonią subtelną kwiatów skalnych...
Ale dla Andzi to stepy wilczarskie zapach ronią...
Niema morza, ni skał, ni krzewów rzadkich, są tylko białe margeryty, dzwonki lila, krwawe smółki, bodziaki-osty wyniosłe o liljowych i bordo szczoteczkach... Są zioła... trawy bujne... jeden kwietnik...
... Niema niebezpiecznego cypla na zrębie skały, nad przepaścią morską...
... Jest tylko step i step...
Ona i... Jędrek...
... Niema barjerki żelaznej, zbyt niskiej oddzielającej ją o krok od zguby...
Jest tylko step szumiący... kwiaty...
Hańdzia czuje, że rosną jej skrzydła,... coś ją unosi z miejsca, podrywa... Melodja stepu woła ją ku sobie... Och, jak wabi słodki szelest stokroci polnych... jakże falują trawy, ukochane trawy wilczarskie.
Skrzydła rosną, zrywają się do lotu...
... Już... już... zaraz unoszą...
...Do kwiatów... do Jędrka!...
Rozwinęły się skrzydła... chrzęszczą...
... Tam nieście... na stęp!...
Jednym susem szalonym rzuciła się naprzód...
Głuchy krzyk, jakiś obcy, nie jej własny i silna zapora. Coś ją porwało w pół niby, w obręcze żelazne... zatrzymało, jakby wbiło w skałę.
Ocknęła się momentalnie. Stała przy samej barjerce, zwieszona nad nią, zawiśnięta prawie nad przepaścią.
Oczy pobiegły w dół, krew uderzyła do mózgu. Obręcze trzymały ją silnie. Głos obcy, barytonowy w brzmieniu, przemówił tuż za nią.
— Qu‘avez-vous?... Etes-vous desesperée,. ou un cauchemar, vous tourmente-t‘il?...
Oprzytomniała zupełnie, odwróciła się uwolniona z silnych więzów...
Stał przy niej nieznajomy z Vintimilli, oczy ciemno-siwe, zielonkawe, wświdrowywał badawczo w jej spłoszone źrenice. Na twarzy zimnej malowało się pewne przerażenie w połączeniu ze zdumieniem.
Hańdzia przetarła oczy, odrzekła wolno, głosem drżącym.
— Non! C’etait une hallucination... Je me voyais sur les prés fleuris de mon pays natal, la Pologne...
— La Pologne?!... Ach! elle reve toujours!...






IV.
Pierwszy sojusz.

— Tak, pani, jestem Polakiem.
Słowa te nieznajomy wypowiedział po polsku, odpowiadając na nieme pytanie, zawarte w oczach Andzi. Patrzała na niego ciekawie.
— Nazywam się Oskar Horski — dokończył uchylając kapelusza.
Andzia podała mu rękę, mówiąc swe nazwisko.
— Dziękuję panu, powstrzymał mnie pan od możliwego wypadku — szepnęła.
Uścisnął jej dłoń z uszanowaniem.
— Och, no, nietylko ja, trochę może i balustradka, za nikła w każdym razie na taką przepaść. Wybrała pani miejsce do marzeń jedyne ale niebezpieczne.
— Jakże pan tu trafił?...
— Czasem tu przychodzę. Mam podobny gust z panią. Ale ja się w marzeniach nie zagłębiam, więc nie grozi mi runięcie w otchłań. Zapewne dlatego... że nie znam łąk kwiecistych Polski.
Patrzał na morze, znowu zwykłym swym wzrokiem obojętnym... znowu chłodny.
— Czy pan nie zna rodzinnego kraju?...
— Owszem. Znam dobrze Warszawę, jakąś wieś polską na płaszczyznach, trochę drzew, rzeczkę, dwór patryjarchalny, ganek opleciony winem. Przyjeżdżałem tam niegdyś bardzo często, gdy żył jeszcze mój ojciec. Teraz bywam rzadziej.
— A Wołynia, Ukrainy nie zna pan?...
— Nie pani. Jestem urodzony i wychowany w Anglji, moja matka jest Angielką, ojciec był Polakiem. Umierając zostawił mi w spuściźnie. Legendarny kult dla Polski. Ten kraj jest legendą dla mnie, melancholijną legendą. Polska piękna, sentymentalna, marząca, ale przeczulona i smutna. Prawda pani?... Wiecznie śni i tęskni.
— Znam głównie kresy, Wołyń, Ukrainę, dawniejsze kraje kozackie, ale i tam duma tęskna łączy się z wesołą nutą. To kraj bujny niesłychanie, gorący, pełen temperamentu. Tamta natura dostraja ludzi do siebie. Cudna to kraina!...
Andzia uniosła się w zapale. Horski spojrzał na nią z bladym uśmiechem.
— Wierzę, panią również nastroiła na swój ton. Muszą to być prerje bajeczne, skoro nawet tu w Monaco, marzyła pani o nich. Samo to zdradza pani narodowość; Polacy są poetami, przebywają często w obłokach i zawsze tęsknią za urojeniem, za mrzonką.
— Pan nie doznaje tych wrażeń?... nie odziedziczył pan po rodakach wspólnej nam wszystkim chimery, naszej egzaltacji?...
— Nie pani, może dlatego, że przez pół tylko jestem Polakiem. Ale ja trzymam się ziemi, uważam, że tak praktyczniej, no i racjonalniej.
— Jednak pan uznaje piękno, umie pan odczuć.
Spojrzał na nią z uśmieszkiem dwuznacznym.
— Och, tak, piękno zawsze spostrzegę tam, gdzie ono istnieje naprawdę.
— Sądzę z tego, że pan lubi ten oto cypel skalny, więc chyba dla jego malowniczości?...
— Przyznam się pani, że nie. Jest to kąt nieco odmienny od całokształtu montecarloskiego typu, oryginalny, zatem nowy.
Nie lubię szablonu, to spowodowało, że ten cypel mnie zainteresował. Tu jest dziko, nieprawdaż?... To już duży plus. Dziś wyłącznie przyszedłem tu za panią.
— Za mną?...
— Tak. Niech pani się nie dziwi. Pani również nie jest szablonem na tutejszym gruncie. Obserwuję panią od Vintimilli. — Pani mnie także zauważyła odrazu, rozmawiała pani o mnie ze swą opiekunką. Od Vintimilli do Monte, była pani pochłonięta morzem. Podziwiałem cierpliwość... Nigdy bym tak nie potrafił stać przy oknie kilka stacji, dusić się w dymie, żeby nie stracić z oczów jednego skrawku tej wielkiej wody.
— Ależ pan profanuje morze.
— Za to wszyscy zbyt się nad niem unoszą. Spotkałem panią kilkakrotnie w Kasynie. Pani mnie raz widziała, potem już nie. Ujrzałem panią, któregoś dnia wychodzącą z kościółka Sainte-Dévote, miała pani twarz bardzo skupioną. Dziś spostrzegłem panią w tramwaju na Condamine, siadłem w następny. W parku szukałem krótko.
— Domyśliłem się, że tylko tu panią znajdę. Ujrzawszy zaś byłem dyskretny, lecz widząc pani stan, będący jakby pod wpływem hypnotyzmu... czuwałem.
— Szczególne! Skąd pan wiedział, że jestem Polką?
— W Vintimilli, przez chwilę, brałem panią za Węgierkę, w bardzo udoskonalonym typie, ale usłyszałem rozmowę pań. Teraz — francuzczyzna wpadła mi na usta mimowoli, pod wpływem strachu o panią. Tu się mówi przeważnie w tym języku.
— Ja zaś myślałam, że pan jest Anglikiem.
— Wiem, jakimś politykiem, podobnym do Chamberlaina. Co do narodowości, nie popełniła pani wielkiego błędu. Ale chodźmy stąd, wicher zaczyna dąć zbyt nieznośnie.
Puścił Andzię przed sobą, sam podążył za nią. Na szerszej ulicy parkowej zrównał się z nią. Szli w milczeniu. Tarłówna rozmyślała o nowym znajomym z pewną ciekawością. Po co on ją szukał i jaki to dziwny człowiek, że jej to odrazu sam powiedział? Polak! jednak widocznie typ matki utrzymał się w nim przeważnie! Rasowiec... twarz zwracająca uwagę; dziwny chłód, obojętność, uśmiech zagadkowy i oryginalny, nie rozjaśnia całej twarzy, ani oczu, skupia się tylko na ustach wąskich, nieco szyderczych? Głos niski, przytłumiony i dość suchy. Całość, pomimo zimnej obojętności nie odpychająca; wielka staranność i wytworność w ubraniu, pewien odrębny styl w całej postaci. Jest w nim dużo dystynkcji, powagi i kultury.
... Dokądże tak pójdą razem?... niepokoi się Andzia. Poco mi ta znajomość jeszcze, czyż mało już znam tu ludzi?...
Zastanowiła się.
... Wprawdzie ten zupełnie różny od tamtych, z salonów Lory... z żadnym z tamtych nie rozmawiałaby tak długo, sam na sam w ustronnem miejscu, nawet w takiej samej sytuacji. Tak, ten jest inny...
Horski jakby odgadując jej myśli, spytał obojętnie.
— Co panią łączy z towarzystwem, w którem widywałem panią w Kasynie, raz w oszklonej galerji Paryskiego hotelu, raz w Café de Paris i w znajomym mi automobilu, co już było najdziwniejsze?...
Tarłówna doznała wrażenia, nad wyraz przykrego, jakiegoś wstydu, poczerwieniała silnie, zmieszanie odbiło się na jej twarzy. On patrzał przed siebie jakby o nic pytał i nikogo przy sobie nie miał. Ten szczegół otrzeźwił ją.
— To są moi znajomi — odrzekła wahająco...
— Pani znajomi?... Chyba nie oddawna?...
— Od czasu jak tu jestem; czyli od tygodnia.
— Hm! Wciągnięto panią. Ale jakim sposobem? Czy i panią von Bredov Nordica, poznała pani teraz zaledwo?...
— U niej mieszkam.
Horski zatrzymał się. Wzrok swój z przestrzeni skierował na Tarłównę, dojrzała w nim zdumienie. Brwi podniósł w górę.
— A, a! Więc to dlatego jechały panie razem automobilem pani Lory?... Hm...
— Lora jest moją kuzynką, razem wychowałyśmy się — rzekła Andzia, gorączkowo podniecona.
— Doprawdy?... To zadziwiające, nawet niezwykłe...
Zaczął iść powoli, Andzia szła obok niego zgnębiona, coraz więcej zaczynała rozumieć o co mu chodziło.
— Cóż to pana tak dziwi?...
— Och! bardzo byłem zdziwiony ujrzawszy panią w tem towarzystwie.
— Przyznam się, że nawet zepsuło mnie to panią na razie, takie to było nie podobne do pani typu, charakter pani nieco zamazało. Ale na krótko. Właśnie, gdy spostrzegłem pani sylwetkę w oszklonej galerji Paryskiego hotelu, w licznem towarzystwie i rozbawionem, zauważyłem, że siedząc przy samych szybach, patrzy pani uparcie na kwiaty, rosnące tam przy ścianie galerji, na rabatach. Miała pani wyraz twarzy taki inny, niż oni wszyscy, taki od nich daleki, zbolały, zmęczony, powiem smutny, że wtedy zrozumiałem sytuację gołębia, w klatce jastrzębi, papug i... ściewików.
Andzia drgnęła, kurcz bolesny przebiegł po jej rysach. Horski dostrzegł to.
— Przepraszam panią, jestem dosadnym w wyrażeniach. Czy pani dawno rozstała się z kuzynką?...
— Przed trzema laty.
— I teraz jechała pani do niej na Riwierę?...
— Tak, Lora mnie do siebie zapraszała.
— To ciekawe! I cóż, zmieniła się kuzyneczka?!...
Pytanie, rzucone tonem ironicznym, rozgniewało Andzię.
— Daruje pan, ale... dość tej indagacji.
— Spieszę do domu. Żegnam pana.
Zatrzymał jej rękę w swej dłoni, tak stanowczo, że się nie opierała.
— I teraz rozumiem panią — rzekł z bladym swym uśmiechem... Polska duma zadraśnięta, moje badania obrażają panią. To służy dowodem, że scharakteryzowałem jej sylwetkę wybornie, w swej wyobraźni. Jestem pewny, że z czasem pani mi wybaczy moją natarczywość. Tymczasem pozwolę sobie jutro złożyć jej uszanowanie w salonie pani Nordica.
— Pan zna Lorę?...
— A, a... tak! Bywam... niekiedy u pani von Bredov...
Puścił rękę Andzi i rzekł jeszcze:
— Odprowadzę panią do tramwaju.
W milczeniu minęli wspaniały gmach muzeum Oceanoznawczego, gdy weszli na plac, przed pałacem gubernatora Monaco, tramwaj właśnie ruszał. Horski dał znak woźnicy, aby zaczekał i pomógł Andzi wsiąść.
Skłonił się jej kapeluszem z wyjątkową powagą.
Na drugi dzień, w odpowiedniej godzinie dla wizyt, lokaj zaanonsował w salonie Lory przybycie Horskiego. Było już kilka osób zebranych i nazwisko to zrobiło wrażenie. Pani Lora uśmiechnęła się, żywe zadowolenie odmalowało się na jej twarzy, gdy kazała prosić.
Horski wszedł, zimny, bardzo poprawny, lecz z wyjątkową sztywnością w ruchach i całej postaci. Odrazu poszukał wzrokiem Tarłówny; dojrzał ją, błysnęły mu oczy ożywieniem. Powitał Lorę, reszcie towarzystwa złożył chłodny ukłon i podszedł do Andzi. Uśmiechnęła się do niego mimowoli, przedstawiając go pannie Ewelinie.
— Dowiedziałam się od kuzynki, żeście się państwo wczoraj poznali z sobą. Zapewne dlatego jedynie zawdzięczam dzisiejszą wizytę pańską — rzekła Lora.
Horski skłonił się.
— Zaliczam się wszakże do znajomych pani i jej gości — rzeki wykrętnie.
— W ostatnich czasach nader rzadko mam przyjemność mieć pana u siebie, ale tembardziej rada jestem, że pan... powraca. — Znowu ukłon zdawkowy. Lora kontynuowała rozmowę, raczej flirt z dwoma panami, Horski zwrócił się bezpośrednio do Tarłówny.
— Czy pani poznała już wszystkie ciekawsze miejscowości jasnego brzegu?...
— Prócz Monte-Carlo i Monaco nic więcej nie znam.
— A w la Turbie, zębatą koleją były panie?..,
— Także nie.
— Ależ to warto zwiedzić, miejsce ciekawe! Jestem pewny, że spodoba się pani ta wyżyna; 1,500 metrów nad poziom morza; są tam ruiny rozwalonej wieży, zwanej tour d’Auguste, od rzymskiego imperatora, który ją budował. A także Cap-Martin będzie w guście pani, godne zwiedzenia. Czy państwo nie mają w projekcie wycieczek?...
— Ja bym pragnęła bardzo, namawiałam Lorę do wycieczek, ale ona pieszych nie lubi, zresztą zna tu wszystko.
— Jeśli panie pozwolą, mógłbym towarzyszyć, jestem na rozkazy. Pochlebiam sobie, że potrafiłbym paniom pokazać na Riwierze wszystko, co najciekawsze.
— Będziemy panu bardzo wdzięczne — żywo zawołała Anna — prawda Lińciu? Ciekawą jestem tych okolic, chciałabym wywieść stąd wrażenie głębsze i milsze od Kasyna i wogóle od tutejszych miejsc dla zabaw, które jedynie widuję.
— Zatem sojusz zawarty. Przeistaczamy się w trójkę turystów i jesteśmy niezmordowani. Czy tak?...
— Ze mnie będą państwo mieli niewielką pociechę — rzekła Ewelina. — Nie potrafię dużo chodzić.
— Dokąd można dojedziemy, proszę pani, a poza tem dystanse są nie wielkie.
Horski przedstawiał Hańdzi programy wycieczek, był zainteresowany, sympatyczniejszy pod wpływem lekkiego ożywienia. Panna Niemojska przyglądała mu się badawczo. Robił na niej wrażenie dodatnie, jakkolwiek nie mogła zrozumieć tej twarzy. Ze zdumieniem zauważyła, że i Andzia w rozmowie z nim staje się weselszą, mówi swobodnie, z ożywieniem, robi projekty. Serce starej nauczycielki zadrgało radością. Ucieszyła ją choćby drobna zmiana usposobienia na lepsze w ukochanej wychowance. Sama zaczęła przychylniej spoglądać na Horskiego i ze strachem wprawdzie o swe nogi, zgodziła się towarzyszyć im w wycieczkach. W salonie zwracano uwagę na rozmowę „dumnej Polki“ — tak nazywano Andzię — z Horskim, znanym tu bywalcem i grubym graczem w Kasyno, jakkolwiek nie namiętnym. Mówiono o nim, że jest pozbawiony nerwów; największe wygrane i przegrane nie wyprowadzały go z równowagi. Lekceważył grę, ignorował krupierów, nic sobie nie robiąc z ich obrażonych min. Widywano go czasem w towarzystwie pięknych kobiet, lecz zawsze z twarzą zimną, z bezzapalnem zachowaniem się.
Wiedziano, że jest Polakiem i obecną sympatję jego dla Tarłówny, którą odczuto, komentowano sobie tożsamością rasy. Hańdzia zwracała tu uwagę, lecz nie była zachęcającą, nie podniecała. Mężczyźni śledzili ją z daleka, podziwiali jej wdzięk, nawet w smutku zawarty, lecz nie śmieli jakoś natarczywiej z nią postępować. Wszelkie próby flirtu, wszelkie sposoby rozruszania jej i zastosowania do własnych wymagań chybiły celu. Andzia nie odpowiadała typowi kobiet, łatwych do zdobycia na partnerkę wesołej i pustej zabawy. Jej smutek uderzający wszystkich — zrażał, jej oczy tęskne wzbudzały żal, że nie igrają w nich djabliki grzechu. W gronach męskich szeptano o niej, że byłaby cudowną, gdyby wzbudzić w niej jakąś namiętność, taka uroda wymaga płomienia, żaru wewnętrznego, do tego jest stworzoną, jest zaś jakby śniegiem zawiana.
Ale do wzbudzenia takich płomieni nikt nie miał odwagi. Czekano, aż ta śnieżno-biała, mroźna powłoka roztaje trochę na Riwjerze, aż ta Polka harda zarazi się nieco gorączką tutejszego świata, wówczas można będzie przystąpić śmielej, do zupełnego wypolerowania jej na własną modłę. Czekano, nie zostawiając jej na boku, zbyt ładną była na to by ją zaniechać i pominąć. Trzeba naprzód oswoić. Aż oto nagle Horski, zimny Polak-Anglik, zdawałoby się, wygasły wulkan, może tylko lodowiec, porusza w niej pewne żywsze odbłyski. Jej oczy mają mniej groźną czarność, usta zdobyły uśmiech bardzo wdzięczny, znać, że nie kokieteryjny, lecz naturalny, ale jednak Horski go wywołał.
Paru mężczyzn zaniepokojonych domniemanym tryumfem Horskiego, odsunęło się z grupy otaczających Lorę i podeszło do Tarłówny. Jeden z nich hrabia włoski, wsadził monokl w oko, krzywiąc połowę twarzy tak potwornie, że wyglądała jakby kawałek miękkiej materji, w którą wbito ćwiek: zmarszczona była i sfałdowana. Przez szkło monokla patrzało na Andzię małe czarne oczko niby pieprzyk, drugie było zamknięte.
Włoch podszedł blisko i słuchał, obserwując Andzię. Horski umilkł, spojrzał na hrabiego pytająco.
— Zwabiła mnie żywa dyskusja państwa — rzekł tamten po francusku, głosem rozklekotanym. Państwo są rodakami, to nasuwa tematy obszerne. Wymieniają państwo różne miejscowości Riwjery, czy jakaś wycieczka w projekcie?...
Andzia ostygła odrazu, porozmawiano parę minut ozięble, poczem Horski powstał, żegnając się. Lora zaprosiła go na wieczór do towarzystwa, będą grali ruletę w Kasynie i razem zjedzą kolację.
— Tam omówimy obszerniej plan pierwszej wycieczki — rzekł Horski do Tarłówny.
Wyszedł.
Włoch w monoklu natychmiast zastąpił go przy Hańdzi, lecz się zawiódł, po paru suchych zdaniach, Anna pod jakimś pozorem opuściła salon. Hrabia był niekontent.
— Ta dziewczyna jest zupełnie dzika, na nas zaś patrzy, jak na hydry ośmiornice z musée Océanographique. Te Polki nie nadają się do naszego klimatu... mrożą.
— A pani Lora?... — spytał towarzysz hrabiego.
Włoch twarz skrzywioną, jeszcze bardziej skrzywił, cmoknął wargami i uniósł je w górę jak wilk, odsłaniając zęby spróchniałe, przy których ten grymas ust zamiast drapieżnie wyglądał lubieżnie.
— Pani Nordica jest Polką, ale modern, jest słoneczna, zacząwszy od włosów; słońce nie skąpi swych darów, ale ta druga to... odległa epoka, wogóle musiała się urodzić dużo dalej na północ. Monsieur Horsky to lodowiec, zatem odnaleźli w sobie wspólne cechy.
— Ee... nie panie, panna Tarło ma oczy, które nie dowodzą chłodnej krwi, a włosy, a usta?... Jeśli pani Lora jest słoneczna, to ta księżycowa, ale to przejściowe. Jestem pewny, że gdyby ona zapłonęła, od takiego upału możnaby dostać porażenia.






V.
La Turbie.

Miniaturowa lokomotywka kolejki zębatej, gwizdnęła przejmującym dyszkantem i sapiąc jęła pracować. Popychała przed sobą jeden wagonik, nakryty płaskim dachem bez ścian i parła go w górę, po torze złożonym z trzech szyn, z trybową po środku. Na przednięj platformie, pod daszkiem wystającym, Andzia i Horski stali przy balustradzie żelaznej, panna Ewelina siedziała w wagonie. Horski rzekł:
— Zaczynamy piąć się coraz wyżej. Nie boi się pani przepaści?...
— Nie, zresztą gdybyśmy się tu wykoleili, nie ocalał by chyba nikt. Śmierć na miejscu. A to już strasznem nie jest.
Tarłówna wpatrywała się w przepaście z natężoną uwagą. Czarne jej źrenice pałały.
— Niech pan spojrzy jak wygląda stąd Monte-Carlo, jak gniazda jaskółcze; Kasyno śmiesznie małe, a morze?... Doprawdy tu jest cudnie.
Horski milczał.
Andzia podniosła wzrok na niego, stał obok, patrząc na jej rękę opartą na balustradzie.
— Rasową ma pani rękę, klasyczną, taka ręka...
— Nie podziwia pan widoku?...
— Znam go zbyt dobrze. Dlaczego pani przerwała?... Ja nie chciałem mówić komplementów, że pani ręka mogłaby uszczęśliwić tego, komu pani ją odda, że sprawiałaby przyjemność całującemu ją, wcale nie to miałem na myśli. Nie jestem pani adoratorem.
— Gdybym go w panu zauważyła przestałabym natychmiast z nim przebywać — odrzekła chłodno.
— A! to znowu ciekawy szczegół. Wytłumaczy mi to pani później. Tymczasem nie przeszkadzam w obserwowaniu krajobrazu. Widzi pani na dole, na tych grzędach ułożonych jak schody, wino rośnie i tytoń.
— Ach prawda! Jakież małe winnice i plantacje. Tu mieszkałabym z ochotą.
— W takiej pustce, wśród oliwek i skał tylko?... Jeśli pani zechce pójdziemy kiedy piechotą do la Turbie, dróżką, która się wije wśród gajów oliwnych. Wjeżdżamy teraz na wiadukt, stąd widoki najpiękniejsze. Morze leży spokojnie jak namalowane, nie widać żadnej fali; zdaje się być zupełnie martwą taflą niebieskiego szkła, albo płytą z lapis lazuli. Życie morskiej toni zastygło. Co to znaczy odległość.
Andzia odwrócona w stronę przeciwną kierunkowi jazdy, nie traciła z oczu ani jednego szczegółu, otwartej przed nimi panoramy.
Wpatrywała się długo i uważnie.
— Ma pan słuszność! — Monte-Carlo i Monaco jest teraz zupełnie obrazkowe, stoi cicho, w grze kolorów, właściwie w jednym tonie błękitu. Gdyby nie obłoki płynące nad nami, miałabym wrażenie, że patrzę na kartę z widokiem przez powiększające szkło, albo, że jestem ptakiem i bujam na skrzydłach.
— Och, ta jazda chropawa po szynie zębatej nie daje uczucia lotu, nie jest to przyjemne, ale pewne; lokomotywa idzie jak po drabinie w górę. Podjeżdżamy już. O widzi pani ten różowo-ceglasty gmach, to hotel Rive de Ver, styl jakiś wschodni, a dalej ruiny i wieża.
— Podniebna okolica, oryginalnie tu i pięknie. Pójdziemy do ruin prawda?...
— Dlatego przyjechaliśmy, aby wyzyskać tę górę dla... naszych wrażeń.
Spojrzała na niego niepewnie.
— Pan tu już wszystko zna... więc...
— To też mówię w liczbie mnogiej, dla naszych wrażeń. Nie robię z siebie ofiary, proszę wierzyć. Jesteśmy na miejscu.
Pociąg stanął. Wysiedli przed małym budyneczkiem stacyjnym i poszli uliczką na okrągły placyk, na szczycie wysuniętej góry, nad głęboką rozpadliną z widokiem na morze, Monte Carlo, Monaco, Cap Martin, po bokach zaś i z tyłu na góry rudawe, hen, w dal idące. Z prawej sterczała wydatnie ze skał bryła olbrzymia stromo ścięta, jak duży łeb potwora, zwana tete de Chien, którą widać z każdej miejscowości w Monte i w Monaco i wszędzie wydaje się blisko. Plac ten niby małe forum odgrodzony był od przepaści okrągłym murem, z wysuniętą na wewnątrz ławką cementową tak samo kolistą jak i mur.
... Panna Ewelina ulokowała się zaraz na ławce oznajmiając, że nie ruszy się stąd, aż do odjazdu. Andzia podziwiała widoki.
Horski rzekł:
— Chodźmy lepiej w góry, do ruin, tam ciekawiej.
Po za budką przekupnia wrzeszczącego głośno pochwały swych okolicznościowych towarów, poszli na prawo w stronę różowo-ceglastego hotelu. Szli prawie na stoku góry. Rosły tu trawy grube i jakieś drobne kwiatuszki, Andzia zrywała je z chciwością. Dzika natura dokoła czarowała ją uśmierzając tęsknicę jej duszy. Horski nie drażnił jej, jak inni mężczyźni, znajomi Lory, nie narzucał się jej, widząc, że jest zamyślona, szedł obok, nic nie mówiąc, zimny jak automat, z cygarem Hawanna w ustach. Andzia lubiła wonny, siwawy dymek, który omotywał głowę Horskiego, przyzwyczaiła się do jego chłodu, wolała to, niż zapały innych znajomych. Czuła się przy nim spokojną i bezpieczniejszą. Idąc tak w milczeniu minęli hotel, pokręcili się trochę na placu przed nim, i poszli dalej, już po dzikiej i kamienistej dróżce nad przepaściami. Bawiło się tam kilku chłopczyków, oberwańców, którzy zaraz ofiarowali turystom swe usługi, prosząc o kilka centimów za przeprowadzenie po stromej ścianie skały. Andzia zaczęła z nimi rozmowę, zabawni byli robiąc dziwaczne grymasy i żebrząc o centimy. Horski zaspokoił ich chciwość, wtedy pobili się, wymyślając sobie okropną francuzczyzną.
— Siądźmy tu na kamieniach, na tych dużych, białych.
— Czy pani zmęczona?
— Nie, ale tak tu jest pysznie, cóż za widok niezrównany.
Tarłówna siadła na głazie. Horski stanął przy niej.
— Zauważyłem, że pani lubi dziką przyrodę, jest pani weselszą w tych skałach i nad przepaściami niż nąprzykład w Kasynie.
— Nie lubię tamtego gwaru i tłumu; dziwnie mnie ludzie drażnią, tam ich takie mnóstwo.
— I to spostrzegłem w pani, zamiłowanie do samotności. Niezwykły objaw w takiej młodej i pięknej osobie. Znowu obraza w oczach?... Powtarzam, że nie mówię komplementów. Chyba nie można wymagać, aby ktoś na to co jest piękne mówił, że jest brzydkie? Patrzę na panią ze stanowiska artysty, jak na dzieło sztuki, dla mnie nawet oświetlenie tego obrazu nie razi, dla innych jest może nazbyt... w cieniu.
Podniosła na niego oczy zdziwione. Stał obok niej i patrzał na nią z góry, z pod wpółprzymkniętych powiek. Przeszył ją ten wzrok matowy na wskroś, opuściła rzęsy, on mówił.
— Pani postać w pełnym blasku, rzec można w świetle tak jaskrawem, jak... pani Lora naprzykład, możeby właśnie przygasła, zmieniłaby swój charakter. Ach, pani nie lubi tego tematu! Ale proszę się teraz wytłumaczyć, dlaczego moja adoracja, gdybym ją pani okazywał, raziła by ją, do tego stopnia, że niechciałaby pani ze mną przebywać? Proszę o szczerą odpowiedź.
— Owszem. Oto nie miałabym już do pana zaufania.
Uniósł lekko kapelusza.
— Dziękuję za istniejące, okupiam je wprawdzie grubym kosztem.
Na ustach jego błąkał się blady uśmiech.
Andzia powstała.
— Chodźmy stąd, do ruin.
Chwycił ją za rękę.
— Wolno, ostrożnie, kamyki się z pod nóg pani usuwają. Niech pani zaczeka chwilkę, chcę wyczerpać sprawę.
— Ach panie, taki nudny temat!
— Bardzo ciekawy. Pod jakim względem mianowicie, straciła by pani zaufanie do mnie... w podobnej ewentualności?...
— Pod każdym.
— Tak krańcowo?...
— Absolutnie.
— Hm! To poniekąd rzuca cień na panią, nie miałaby pani zaufania do człowieka, któryby ją uwielbiał, czyli że taki osobnik nie wzbudzał by uznania pani?...
— Stawia pan kwestję dziwacznie. Ja tylko nie chcę mieć adoratorów, nie chcę być przedmiotem hołdów, tego się boję i pragnę unikać.
— Dlaczego?...
— To już jest moja osobista rzecz.
— Przepraszam, wyjawienie swego credo jest tu nieodzowne, jeśli chodzi o osiągnięcie celu. Każda religja ma swój kościół, każde stronnictwo swoje hasło, każdy legjon swój sztandar.
— Ale nie zawsze go rozwija.
— Nie przed każdym szeregowcem, chciała pani powiedzieć, bardzo to dla mnie pochlebne! Spodziewałem się co prawda od pani wyższej rangi, szczególnie na tutejszym gruncie.
— Nie chciałam pana obrazić, może użyłam niestosownego zwrotu, proszę mi wybaczyć. Co zaś do mego sztandaru, jest on żałobny i... tak święty... że... rozwijać go... nawet grzech.
Oczy jej pociemniały, spadła nań chmura smutku.
— Kiedyś mi to pani opowie, prawda?...
— Dobrze, o ile...
— Już wiem, o ile nie będę pani uwielbiał.
Uśmiechnęła się.
— Niech i tak będzie... Chodźmy nareszcie...
— Stoimy na skrawku skały, proszę mi podać rękę, o tak, teraz wolno za mną. Niech pani patrzy jak się z nas ci malcy śmieją. Pani stąpa jak gazella. Właściwie niepotrzebnie panią prowadzę.
— Więc proszę puścić.
— Och nie, sprawia mi satysfakcję...
— Co?
— Zaufanie pani.
Błysnął ku niej uśmieszkiem zagadkowym.
Wydostawszy się na szerszą dróżkę, rozdzieleni już, postępowali w górę ku ruinom i wkrótce weszli w wąski zaułek rozwalonych kamieni i muru, który wiódł do wieży Augusta. Gdy stanęli u jej stóp, Andzia wybiegła na gładką platformę otaczającą ruinę, obeszła ją dokoła. Horski towarzyszył jej idąc niżej po kamieniach, spoglądał na Andzię, śledząc jej ruchy.
Chodziła po głazach lekko, swobodnie, obeszła wszystkie kondygnacje będące podstawą wieży, zaglądała do otworów wśród kamieni, ruina ta zainteresowała ją widocznie. Z przyległych domów wysypało się kilkoro dzieci, brudnych jak cyganięta. Andzia zaczęła z niemi rozmowę. Po paru dość udatnych próbach dzieciarnia opadła ją dokoła i jęła świergotać jak wróble gwarą włosko francuską, łamaną jakąś. Przyplątał się kudłaty psiak i łasił do nóg dziewczynie, głaskała jego wełnę przemawiając doń po polsku.
Horski wzruszał ramionami.
Tarłówna przypomniała sobie jego obecność.
— Chodźmy panie w tę uliczkę, zwiedzimy zaułki, te dzieci nas poprowadzą.
— Nic tam pani nie zobaczy prócz brudu i suszącej się bielizny. Podziwiam pani zamiłowania; dzieci, psy... och!... Cała ta zgraja ma nam towarzyszyć?... Piękna kompanja!....
— Nie chce pan?... to dobrze, pójdziemy sami.
Przemówiła do dzieciarni łagodnie, dając im po parę centimów odczepnego.
Horskiego mile usposobiło jej ustępstwo. Sprowadził ją ze złomów kamiennych i patrząc jej silnie w oczy, rzekł głosem przyciszonym:
— Zdaje mi się, że... prędko straci pani do mnie zaufanie.
Andzia pomimo woli zaśmiała się.
— To może lepiej odrazu wracajmy do Lińci?...
— Nie, Wolałbym, żeby jeszcze za nami nieco potęskniła. Więc opuszczamy ruiny, idziemy w ślad za temi turystkami, widzi pani?... Jakieś Angielki przywędrowały, obie razem mają ze sześć aparatów fotograficznych przy sobie, teraz zdejmują wieżę i nas. Komiczne, prawda? Moje rodaczki po kądzieli.
Dwie cienkie i blade miss nastawiły kodaki na wieżę, ogromnie zaaferowane zdejmowały wszystko co się nawinęło; gruzy, i grupkę dzieci i starą kobietę rozwieszającą bieliznę na sznurze pod ścianą domu. Tarłówna i Horski wyprzedzili turystki, znaleźli się wkrótce w ciasnych uliczkach, z obu stron szczelnie zabudowanych domostwami. Stare mury, opadłe z tynków lub tylko kamieniem i cegłą świecące, często upstrzone kępkami roślin gnieżdżących się w szczelinach ścian, stały tu natłoczone, niższe i wyższe. Pełno tu było schodków kamiennych na różne pięterka wiodących, jakieś bramy starożytne, wnęki w murach, mnóstwo okien różnych rozmiarami i kształtem. Chodzili po tak zwanej starej ulicy, Vieille Rue, gdzie życie jakby zamarło, tylko czarne dzieciaki, bawiące się pod przyzbami domów i psy urozmaicały monotonję zaułka. Przy Porte Romaine zatrzymali się dłużej. Horski objaśniał epokę pochodzenia bramy, Andzia zaś na pół słuchając wpadła w smutną zadumę. Zakątek ten przypomniał jej nagłe jeden fragment z zamku w Temnym hradzie. Posępny cień wspomnień żałobnych zawisł nad nią, pogrążając ją w mroku. Przysunęła się do bramy i oparła głowę profilem o kamienne jej sklepienie. Kapelusz z woalem trzymała w ręku, bujne sploty czarno-lśniących włosów, przyciśnięte do starego muru, miały w sobie świeżość kwiatów wiosennych i twarz zaróżowiona ze zmęczenia, była jak kwiat młody i wonny. Przy gruzach bramy starożytnej, postać Andzi zdrobniała, cicha była, jakaś, potulna, niby dziecko strwożone. Oczy przymknęły się pod grozą napływających wizji z Temnęgo hradu, myśl uleciała w ciemny bór, oszroniony sadzią mroźną, pod dąb rozłożysty, na którym wisiał teraz metalowy krzyżyk. Pod tym dębem...
Horski przyglądał się Andzi i odczuł, że ona rozwija przed sobą swój sztandar żałobny. Usunął się cicho, aby jej nie przeszkadzać, prędko wyjął z kieszeni malutki aparacik fotograficzny i nastawił na Andzię.
Cichy trzask ocucił ją. Uniosła głowę, spojrzała bystro. Dostrzegła jak Horski chował do kieszeni małe, czarne pudełeczko.
— Co to było, panie?...
— Nic nadzwyczajnego, zdjąłem panią na tle tej bramy.
— Po co pan to zrobił?... — spytała go z takim żalem, aż się zdziwił.
— Najpierw dlatego, że... przyszła mi taka fantazja, chciałem mieć pani podobiznę, a przytem zaduma pani pod tą bramą była tak malownicza, powiem charakterystyczna, jak dwa kontrasty, coś jak wiosna w ruinach, że nie oparłem się pokusie. Tembardziej, że i wiosna nie była zupełnie wiosną, postać pani skarżyła się tym zwaliskom na... tęsknotę życia.
Ona tknięta trafnością jego obserwacji szepnęła.
— Tęsknotę, to za mało, raczej tragedję. Ale... wyśmiewał pan Angielki, tymczasem i sam bez kodaka ani rusz.
— Lecz używam go tylko w razach wyjątkowych.
Zwiedzili mały kościółek na stoku góry, zbłądzili w jakimś ciasnym dziedzińczyku, z którego wiodły uliczki jak rynsztoki, czerniały w domach niechlujne czeluście wejściowych drzwi, pięły się schodki. W jednych drzwiach ciemnych jak nora bawił się kamykami malec osmolony z głową czarną i jak wiecha rozczochraną. Wielkie gałki oczów, koloru węgla, utkwił w przybyszów i bełkotał coś pod noskiem. W okienku na piętrze pojawiła się młoda dziewczyna, również czarniawa i pilnie przypatrywała się Andzi i Horskiemu. Ciasno tu było, brudno, nędznie.
— Uciekajmy stąd prędzej — rzekła Tarłówna. Policzki jej zbladły, oczy świeciły gorączką.
— Nerwuje panią ten ponury kąt, widzę to, ale do djabła, nie wiem którędy iść. Niech pani wstąpi na te schodki, wyjdziemy zdaje się naprzeciw wieży. Dość już murów i brudu.
Przebywszy schodki ujrzeli istotnie pustą przestrzeń i odetchnęli. Przed nimi stała ruina wieży, na prawo zaś góra kamienista, duże drzewo pinji. Poszli tam. Ujrzeli kościółek, który tylko co zwiedzali, wyżej — murowany cmentarzyk, przed nimi, za płotem, bardzo prymitywnym, leżał ogródek ubogi w roślinność i pasł się osioł przywiązany do kołka.
— Okropna tu nędza. Jak ci ludzie żyją w takiej ciasnocie, wśród kamieni?
— Pani mówi, że im tu ciasno?... a przecie góry, o... jak okiem dojrzy pustka i skały, to wszystko dla nich. Tylko, że to są grunta bezpłodne, zupełnie jałowe, za wielka już wyżyna i skalna. Zresztą to naród leniwy, całe wybrzeże Cote d’Azur żyje przeważnie z przyjezdnych, sezon to ich żniwo, przez lato wegetują, przeżywając dobrobyt zdobyty na obcych. Niech pani spojrzy na tego człowieka, który leży przy ośle, czy nie są do siebie podobni?... ten sam wyraz apatji i nudy.
— To dziwne, na dole życie wre, burzy się gorączkowo, tu zaś wszystko senne, jakby cały temperament życia spłynął na dół, po stokach, zostawiając tu jedynie okruchy — mówiła Anna. — A nad tem leży słońce nieruchomo i pali, aż białe ma promienie. Zapach rozpalonych murów i skał... dusi. Wolę tam na zrębach, bo woń morza orzeźwia, wicher uderzy czasem o wyżyny; tu zadusiłabym się chyba.
— Pójdziemy zatem na przestrzeń otwartą, skąd widać morze.
— Miała mi pani opowiedzieć coś... właściwie rozwinąć przedemną... swój sztandar. Może jestem zbyt natarczywy.
Andzia milczała.
Szli obok siebie cicho i znowu stanęli na skale, mając przed sobą nisko w dolinie Monte-Carlo i Monaco, jak wielki potwór morski wygrzewający się w słońcu, na wybrzeżu; brzuchem położony na fali, grzbietem wzniesiony w górę, na który ponaczepiało się mnóstwo białych, zębatych muszli i krabów; to pałace i domy sterczące na szczycie Principauté Monaco wyglądały niby muszle z wyżyn la Turbie. Na przystani morskiej, równolegle z bulwarem Condamine, rysowały się nieruchomo statki, zupełnie małe z wysokości, łodzie największe nawet były jak linijki cienkie, latające nad falą mewy i gołębie nikły bez śladu w błękitnej oddali.
Wszystko przenikał, wsiąkał w siebie lazurowy kryształ powietrzny.
— Więc nic mi pani nie powie?...
Andzia zerknęła ukośnie na Horskiego; był jak zwykle obojętny, sztywny.
...Ach, temu można...
— Pan się dziwi, dlaczego nie pragnę asysty i hołdów?... najpierw nie jestem do tego przyzwyczajona.
— Pani?... czyż to możliwe?...
— Nie żyłam nigdy w wielkim świecie, nie znam zabaw, towarzystw licznych i świetnych. Moje lata dziecinne i młodzieńcze przepędziłam w domu, na wsi, na Wołyniu, wśród naszych borów głuchych i stepów kwitnących. Ojca nie pamiętam, matka umarła mi jak miałam dziesięć lat, opiekował się mną... ojczym.
— Hm. Ta opieka była widocznie pierwszym, czarnym ściegiem na sztandarze pani życia?...
— Miałam różne plany młodzieńcze, poloty, pragnienia, które urzeczywistnić nie mogłam. Musiałam ulec.
— Czy powody materjalne?
Andzia z uczuciem niezrozumiale miłem spojrzała na Horskiego.
...Myśli, żem biedna, to dobrze...
— Ustąpiłam na prośbę. Wyzbyłam się egoizmu własnego dla czyjegoś, nie rozumiejąc wówczas, że to był tylko egoizm.
— Ojczyma oczywiście. Hm!...
— Zgaduje pan trafnie. Żyłam potem z nadziejami w duszy, aż nastąpiły momenty głuszące siłą swoją... wszystko.
Umilkła, znowu jakby chmura zasnuła jej oczy, całą twarz.
Siadła machinalnie na kamieniu, Horski obok niej na trawie. Zapalił cygaro w milczeniu, po długiej chwili odezwał się pierwszy cichym, ale suchym głosem.
— Pokochała pani... nieszczęśliwie. Czy tak?...
Andzia pierwszy raz w życiu wyjawiała przed kimś swe bóle, nawet się sobie nie dziwiąc. Mówiła z bezmiernym smutkiem, lecz spokojnie, oczy jej tylko łzawą miały powłokę.
— Czy nieszczęśliwie?... Taka miłość ogromna, święta, jedyna, jest najwyższem dobrem i szczęściem. Wspólność uczuć gorących, jedne ideały... Ale mściwy cios, okrutny, przeciął w zaraniu i... wieczna tęsknota.
— Rozstaliście się państw?...
— To by nigdy nie nastąpiło. Jedynie śmierć...
— Umarł zatem?...
— Został zabity.
— Za... bity?...
— Na polowaniu... Podobno... wypadek.
Wstrząsnęła się i zakryła oczy.
Horski patrzał na nią badawczo.
— To zdumiewające istotnie. Pani mówi tak, że można zgadywać różnie.
— Można, niestety, można panie! Mówmy już o czem innem. Teraz pan wie moje credo; żyję przeszłością i wspomnieniem krótkiej zorzy mego życia.
— I tak pani pozostanie? A cóż obecnie?...
— Teraz jestem... narzeczoną.
— Ironiczny ma pani uśmiech, mówiąc te słowa, powiem nawet zjadliwy. Nie kocha pani narzeczonego.
— Tego odemnie nikt wymagać nie może.
— Czy i on także?...
— Tembardziej. Zna moją tragedję, ale kocha mnie... od dziecka. Jest to mój kuzyn, brat Lory.
— Ach tak?! Pani zgodziła się, aby zagłuszyć ból?... aby zapomnieć o... tamtym?...
— Skłoniono mnie do tego. Matka Lory i Jana, umierając wymogła u mnie słowo, że będę jego żoną. Przysięgłam.
— I... dotrzyma pani tej przysięgi?...
— Muszę.
— Och, musi pani? Wielkie słowo! Czy to także credo życiowe, bo ja to nazywam poprostu barbarzyńskim zabytkiem.
Muszę, hm! krótko brzmi, ale skutki nieobliczalne, cięcie gilotyny, także krótkie, lecz głowa odpada. I owo muszę wypełni pani z przekonaniem...
— Z rozpa... z biernością.
— Aha z rozpaczą?... Dokończyłem za panią. Ciekawy horoskop przyszłości wobec takiego status quo. Proszę mi wytłumaczyć jaka siła tkwi w owem muszę?...
— To obowiązek.
— Och, och!... Piękna obroża do noszenia całe życie! Ależ to kajdany! Czy pani się nad tem zastanowiła?... Co?...
— Przysięgłam konającej ciotce w ostatniej chwili jej życia. To dosyć.
— Czy ta ciotka była... Bogiem, ołtarzem, wcieleniem bóstwa?...
Spojrzała na niego zdziwiona.
— No, bo przecie pani przysięgła nie Bogu tylko ciotce. Czy to równoznaczne?...
Tarłówna zerwała się z kamienia.
— Nie mówmy już o tem! Nie mówmy!
— Przepraszam, jeszcze słowo. Kiedy pani popełnia tę... samobójstwo?
— Nie wiem! nie wiem!...
— Zatem dziś już składam pani kondolencję.
— Panie Horski, błagam pana... dosyć.
— Jak pani każe.
Usunął się jej grzecznie z drogi. Poszli w stronę hotelu.
— Czy pani przyjechała do Monte jedynie na zaproszenie pani Lory, czy i dla zdrowia?...
— Nie dla zdrowia w każdym razie, zmiany klimatu nie potrzebowałam.
— Więc do pani Nordica.
— Nie zupełnie. Coś mnie tu niosło, w świat, w przestrzeń!...
— Rozumiem. W ojczyźnie doznała pani nostalgii za... obczyzną. I to bywa. Przedewszystkiem była to dezercja; uciekała pani od zakratowanej klatki, w której czeka na nią... obowiązek.
Szyderstwo zabrzmiało w jego głosie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Nic mi pani nie odpowiada? Moja wina. Za szczerość pani nie powinienem jej męczyć. Na początku naszej rozmowy wspomniała pani o wielkim świecie, w znaczeniu towarzyskiem. Zdaje mi się, że pani jest w błędzie. To nie jest wielki świat, to tylko wielki teatr, scena opery komicznej, często wielki... cyrk, lub... po prostu wielki salon.
— Cóż pan nazywa wielkim światem?...
— Nigdy ludzkie zbiorowisko wytworzonych form, w wykwintnych oprawach, nigdy tytuły, herby, rody, finanse i tak dalej. Wielki świat, to nie ludzie, lecz ich wytwory; cywilizacja, kultura, w znaczeniu społecznem, nie tylko osobistem, wynalazki ułatwiające życie, słowem wydobywanie z globu ziemi jego esencji, z przyrody pięknej, lecz nie wygodnej wszystkich jej skarbów, wyzyskanie każdej góry, skały, każdego atomu w naturze na swoją korzyść. To według mnie jest wielkim światem.
— A przyroda dzika, puszcze dziewicze, góry niedostępne?...
— To piękny świat, ale pierwotny, zatem tylko świat, możnaby nawet nazwać go małym.
— Więc i wśród ludzi to samo się dzieje. Ludzie pierwotni, małych potrzeb, niecywilizowani, bezkulturalni, to świat mały, tyko świat jak pan nazwał. Ci zaś ogładzeni, z patyną, najwyższej kultury, z piętnem cywilizacji i rasy, którą wszak wytwarza wiekowa przynależność do kultury, to wielki świat. O tym właśnie mówiłam.
— Zgadzam się na określenie w ten sposób, ale tylko pojedyńczych i małych grup ludzkich.
— A wszak przyzna pani, że wielkim światem nazywają przeważnie pewne sfery w hierarchji społecznej, sferę, no, głównie właścicieli dużych fortun i głośnych nazwisk. Są wśród nich osobniki z wielkiego świata, w mojem rozumieniu, ale są i z bardzo małego, instynkta kompletnie pierwotne, kopalne, często zwyrodniałe w masce patrycjuszowskiej. Czy mogą oni nosić dostojną nazwę wielkiego świata?...
— Nawet nie są pięknym światem, jak w naturze okolice niewyzyskane, więc tak jak mówiłem... teatrem, cyrkiem, salonem. Stoją obok siebie różni, tacy i owacy, szlachetność i błazeństwo, kultura i zwyrodnienie, rasa i skorpjon w masce, słowem wielka reduta, maskarada. Ale oto idzie ku nam opiekunka pani.
— Lińcia! Za długo spacerowaliśmy nawet na cierpliwość Lińci. Prawda.
Panna Niemojska podeszła zdyszana.
— Szukałam was długo, bo upał dokucza. Nie chce się wierzyć, że to styczeń. U nas tam mrozy, śniegi leżą, a tu słońce aż pali. Kraj jak z bajki. Bałam się, żebyście nie spadli gdzie ze skał.
— Może pójdziemy na obiad? — zaproponował Horski.
— A czy tu można co zjeść? Co prawda jestem głodna.
— Znam małą restauracyjkę na prawo od stacji, przy drodze do miasteczka.
Galerja oszklona wisi na górce, niby latarnia, widać stamtąd skały i pociągi podchodzące, a automobile jak żuki śmigają po drodze kołowej. Tam zjemy.
— Andziu, co tobie jest? Zbladłaś — spytała Ewelina.
— Nic Lińciu. U nas tam śniegi leżą, biało i mroźno, sanna, janczary dzwonią... śnieżne zaspy...
— Da pokój, dziecko...
— Czy ja tu powinnam być?... Czy jabym tu była?... gdyby... Tam lepiej, Lińciu.
— Byłoby, ale nie jest. Nie myśl o tem Aniu.
Rozmawiały cicho, Horski jednak słyszał.
Milczał, pozornie zajęty obcinaniem cygara.






VI.
Cap-Martin.

Przed pomnikiem cesarzowej Elżbiety austrjackiej, w Cap-Martin, stała Andzia i Horski. Ona czytała półgłosem wiersz wyryty na kolumnie pomnika; czytała zakończenie.

Daignez donc de ce bois étre la protectrice
Les foréts autrefois appartenaient ause Dieux:
Soyez notre génie, o sainte Imperatrice
Et nous vous reverrons un beau jour aux cieux,
Car nous ne croyons pas aux éternels adieux.

— Miły jest ten wiersz; dowodzi uczucia dla cesarzowej i wiary w życie pozagrobowe — rzekła Anna.
— Pani wierzy w życie wieczne?
— O tak, nie wyobrażam sobie bytu na ziemi bez tej przyszłości poza mogiłą. Taki byt byłby bardzo smutny i bezcelowy. Zdaje mi się nawet, że bywają ludzie, których duch nie jest dostatecznie ucieleśniony, źle się czuje w swej człowieczej powłoce i dopiero może poza grobem otwiera się dla niego istotny byt. Takim duchem była zapewne cesarzowa Elżbieta. Życie ją prześladowało, nie dało jej szczęścia, bo świat nie lubi ludzi nie z własnej ulepionych gliny.
Horski podniósł brwi wątpiąco.
— Cesarzową Elżbietę przedewszystkiem prześladowało fatum rodzinne Wittelsbachów i nieszczęścia Habsburgów. W żyłach jej płynęła melancholja atawistyczna, którą ciosy życiowe potęgowały.
Po chwilowem milczeniu Horski rzekł znowu:
— Studjowałem kronikę życia tej męczennicy na tronie. Duch przewyższał w niej ciało uwieńczone koroną ziemską i zaszczytami. Postać pełna mistycyzmu.
— Może to właśnie otaczało ją nimbem, wywołując powszechne uwielbienie?...
— Zapewne. Kochały ją wszystkie narody lennice Austrji, Węgrzy ją ubóstwiali, urok jej płynął i na obce kraje, właściwie za nic. Była dobrą, słodką, cichą i niezwykle piękną, miała i momenty gorętsze, nawet porywy krwi. Nic znowu wybitnego nie zdziałała, żadnego czynu epokowej, historycznej doniosłości, jednak wielbiono ją, stawiają jej pomniki. — Jeśli postać jej nie będzie miała większej karty w historji, to zarysuje się w literaturze. Jestem pewny, że Elżbieta zmartwychwstanie na tem polu; że ją jakiś talent zamknie w poetycznej, lub prozaicznej formie: jako typ zasługuje na to, jest niepospolity, nadaje się do fantazji. A propos, pani bywa niekiedy także podobną do Elżbiety.
— Ja?... Cóż znowu!
— Często robi pani wrażenie, że tylko istotą cielesną przebywa na ziemi, duchem zaś błąka się gdzieś...
— Także na ziemi, panie, tylko daleko stąd, bardzo daleko. Duchem gonię za duchami tych, którzy niestety są już po za realnością i męczy mnie wątpliwość, czy im tam lepiej niż mnie, czy jeszcze gorzej? Ach, gdybyż wiedzieć!
— Czy pani zajmowała się kiedy spirytyzmem?
— Nigdy.
— To niekiedy bywa ciekawe, zwłaszcza dla natur przeczulonych, tak jak pani i wierzących głęboko w nieśmiertelność duszy. Pani byłaby nawet wyborne medjum. Niech pani spróbuje eksperymentów spirytystycznych; może się pani uda wywołać jakie zjawisko nadprzyrodzone, jakiegoś ducha? Bywałem w Paryżu na seansach i niekiedy wychodziłem zdumiony, zwłaszcza, gdy medjum powiedziało mi raz jeden szczegół z mego życia, którego nikt z obecnych nie znał, było to bowiem zupełnie moje własne przeżycie, powiem duchowe. Ten fakt trochę mnie zastanowił, że jednak jest coś niezbadanego, co prawie samo narzuca się nauce, aby zostać odkrytem. Uczęszczałem potem często na seanse. Moja matka jest spirytystką zapaloną.
— A w sny i wróżby czy pan wierzy? — spytała nagle Tarłówna.
— Wierzę trochę w chiromancję, to już jest nauka. Ale sny?... zabobon.
— Jednak ja miałam w życiu parę snów znaczących i te mi się okrutnie sprawdziły. A także wróżba starej cyganki, straszna wróżba sprawdziła się. Przeraża mnie, że wróżba ta nie jest jeszcze wypełniona do kresu.
— Niechże pani nie oczekuje na jej rezultat końcowy, to panią pogrąży na dno melancholji. Stanowczo jest pani także za mało ucieleśnioną, nazbyt mistyczną. Zaczynam wierzyć, że takie dusze jak pani mogą nawet nie umierać i trwają...
— Wogóle nie posiada pan tej wiary?...
— Naturalnie, że nie. Czyż mogę wierzyć, że istoty na wskroś zmysłowe, nędzne, bezczelne, podłe, albo takie biernie małe, bezmyślne, żyją życiem pozagrobowem?... No, proszę pani, co one tam zbudują?... a jeśli tam się dopiero mają udoskonalać, to poco tu są robactwem, podłymi jednostkami? Jaki cel?....
— Za życie nędzne i złe tam ponoszą karę.
— Och!... Da liegt der Hund begraben? Djabli nawłóczą ich na dzidę i smażą na wolnym ogniu. Tak?...
— W piekło nie wierzę, ani w istnienie djabłów, pokuta duchów jest inna, nie plastyczna, wszakże duchy się udoskonalają. Może w nowych istnieniach?...
— Metampsychozą?! Gdyby data śmierci cesarzowej Elżbiety była wcześniejszą od daty urodzin pani, gotówbym uwierzyć, że duch tamtej znalazł nowe wcielenie w Annie Tarłównie. To możliwe, ale znam ludzi, których dusza gdyby się powtórnie wcieliła w psa nawet, jeszcze stałaby się uszlachetnioną. Cóż o takich mówić?
Andzia w jednej chwili doznała jakby olśnienia, w wyobraźni stanął jej Chwed’ko, zgniły ludzki płaz... Potem zamajaczył tępy kontur głowy Kościeszy i jego białe oczy.
...Czy tacy ludzie mogą mieć duszę?....
Horski mówił dalej.
— To są powody, że w życie poza grobem nie wierzę. Indywidualności wielkie, wzniosłe giną tak samo jak i małe, nędzne, niby kwiaty różnych gatunków, które mróz niweczy. Tylko, że po pięknej róży, po lilji wonnej, po tworach gatunkowych wogóle, zostaje wspomnienie; po pokrzywie zaś, po zielsku plugawem zostanie tylko... nawóz. Tak jest i z ludźmi; duchy potężne, owiane genjuszem ginąc zostawiają po sobie pamięć, czy to abstrakcyjną jedynie, czy też w czynach, w dziełach ich zamkniętą na wieki. Sława takich ludzi przechodzi do, potomności, do historji, do legend wreszcie.
— Nędznicy bywają także wybitni.
— Nie przeczę pani, owszem, zatem i ci zostają w pamięci świata. Ale drobiazg ludzki, takie sobie człowieczki, albo ludzkie chwasty, co po nich zostaje?... zgnilizna fizyczna, zanik zupełny.
— Nie zgodzę się z panem. Ja sądzę, że te człowieczki, wedle określenia pańskiego, to może pierwsze wcielenie ducha, ten zaś udoskonala się stopniowo, aż dochodzi do maksimum swego rozwoju.
— Wierzy pani w przechodzenie dusz? Hm!... czyli, że każde życie pojedyńcze to kurs uniwersytetu dla ducha?... To jest kolosalne! Ile też jedna dusza może przecierpieć takich wcieleń-uniwersytetów?... Co?...
Andzia zarumieniła się.
— Pan ironizuje i wszystko zawsze wyśmieje. Ja wszakże nie głoszę tego jako teorji, to są moje osobiste myśli. Wierzę w metampsychozę, bo duch to taka potęga, która nie może trwać wieki i biernie we wszechświecie. Bywają istnienia krótkie, przecięte nagle, czyżby już dusze takie błądziły bezcelowo i wieczyście, po jedynem krótkiem, trwaniu? Pocóż spływały na ziemię, czy tylko aby zabić moralnie dusze żyjące, aby zatopić je w nieustającym żalu?... Dlaczego?...
— A może duchy z naszej planety przechodzą gdzieś na inne globy i tworzą nowe światy, społeczeństwa różne, doskonalsze od naszych?... Nie wiem, nie wiem! to tajemnica niezbadana, tego jeszcze ani nauka, ani religja nie zgłębiła gruntownie, więc ja tembardziej nie mam prawa o tem debatować. — Ale wierzę w istnienie dusz, w ich byt wiekuisty i w doskonałość ich, bo inaczej nie warto byłoby żyć. Pan nie wierzy? Cóż jednak wytwarza genjuszów?... — dusza. Pomiędzy zwierzętami nie mamy genjuszów.
— Ale są rasy, lepsze i gorsze, bywają różne inteligencje, instynkta, narowy.
— Lecz nie mają duszy.
— Więc coś podobnego, co ją zastępuje, taką ich własną, indywidualną duszę. Każde stworzenie posiada ją, nawet mrówka. Człowiek, jako istnienie najdoskonalsze, wykończone w każdym szczególe, posiada najwybitniejszą, w tem leży cała różnica, bo nie w nieśmiertelności naszych duchów. Bóg nas z gliny nie ulepiał, stworzyła natura a ewolucja świata wznosiła nas co raz wyżej wyżej i wznosi, gdy staniemy na szczycie doskonałości, hm!... wtedy zaczniemy może spadać, degenerować się, karłowacieć.
— Pan jesteś zwolennikiem Darwinizmu?...
— Niezupełnie, ale wolę jego teorję niż wszelkie otumanianie głowy, które po wniknięciu w istotę rzeczy budzą wątpliwości. Jest wiele dogmatów w jakie nie można wierzyć, ale każą nam czynić to na ślepo. Ja tak nie potrafię. Mnie tajemnica nie imponuje, boskości nie dodaje. — Imponuje mi wielkość, czyn ogromny, jakiś wynalazek... Do mistycyzmu nie mam kultu. Ale gdybym stwierdził realny objaw istnienia bóstwa, cud widomy fakt, któryby mówił sam za siebie, wówczas bym uwierzył. Że zaś tego niema, wszystko inne w tym kierunku uważam za fantazję, niekiedy bardzo piękną i poetyczną, będącą wynikiem potrzeby bóstwa. Jestto wrodzona konieczność ludzkości.
Ja osobiście patrzę na piękny obraz święty, zwiedzam kościół o ile jedno i drugie jest dziełem sztuki, zachwyca mnie tylko artyzm, ale naprawdę z uwielbieniem, że tak nazwę religijnem będę podziwiał jakiś wielki wytwór mechaniki, motor elektryczny o szalonej sile, nawet potężny statek okuty stalą a pędzący po spiętrzonych bałwanach z szybkością zawartą w jego kotłach i śrubach. Praca gigantyczna, myśl genjalna, jakaś dynamomaszyna kolosalnego znaczenia, to mi imponuje, w to wierzę i to czczę.
Andzia przypatrywała mu się z wrażeniem zupełnie nowem; nie zdając sobie sprawy, dlaczego zaimponował jej nagle.
Postać jego miała zarysy energiczne, twarz chłodna, niezłomną była, przemawiał za siłą, i sam miał ją w sobie, jakby skupioną.
Ale była to inna moc niż naprzykład Kościeszy; tamten występował jako siła bezczelna, zaborcza, bezwzględna, dzika nawet, ten... jako siła kulturalna, klasyczna, władcza, pociągająca arystokratyzmem. Tamten... tygrys, ten... lew, tamten dziki barbarzyńca, ten wytworny patrycjusz. Tamten przeraża, ten imponuje.
Szary wzrok Horskiego przenikał Andzię na wskroś, źrenice jego były zagadkowe, trochę cyniczne, lecz bez odrobiny zmysłowej brutalności. Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. On uśmiechnął się.
— Przeraziłem panią, czy tak?...
— Zadziwił mnie pan. Pierwszy raz spotykam człowieka, który tak śmiało głosi swą niewiarę. Ale wszakże to nie apostazja?...
— Nie, apostatą nie jestem, bo religji, w której mnie wychowano, nie wyrzekłem się dla żadnej innej wiary. Ale ateuszęm nazwie mnie pani z pewnością. Katolicyzm uważam za najpiękniejszą fantazję religijną, za najbardziej poetyczną i mającą najwięcej barw w swej tęczy. Tęcza katolicyzmu niezaprzeczenie opasała sobą prawie pół świata, dlatego, że najpotężniej działa na ludzką wyobraźnię. W żadnej religji niema tyle naprawdę pięknych legend co w starym i w nowym testamencie. Buddaizm także malowniczy i piękny, szerokie zakreślił kręgi, bo tak samo działa na umysły, żądne tajemnic i skłonne do misterjów.
— Jaka to naprzykład cudna idea Nirwany. Gdybym wierzył w duszę, wolałbym nirwanę, spokój błogosławiony, niż metampsychozę, w którą pani wierzy, z jej wieczystą udręką co raz nowych wcieleń. To straszne!
— Czyż lepsza wiara, że powstałam z nicości duchowej, i pójdę w nicość?...
— Lepsza. Niech mi pani wierzy, bo przynajmniej nie mam w sobie tej niepewności, że może siedzi we mnie teraz jakiś zbrodniarz. No, dziękuję za taką przyjemność. Ponieważ katolicyzm w założeniu jest piękny, zatem i metampsychozy nie uznaje, pani nie jest także dobrą katoliczką, panno Anno. Nie tylko nie posiada pani apologietyki, aby walczyć z takimi jak ja bezbożnikami,ale i sama pani grzeszy.
Tarłówna zaśmiała się.
— Względem pana nie podjęłabym się apostolstwa, ba wszystkie moje argumenty, mogłaby zdruzgotać jednym zamachem jakaś... dynamomaszyna, lub nawet wizja jej.
Horski ruszył brwiami w uśmiechu.
— Teraz pani ironizuje z moich dogmatów. Ja pomimo to powtarzam, że wszelkie apokalipsy z Pisma Świętego są to cudne legendy, nadające natchnienia do dzieł sztuki i to cała ich wartość. Dla mnie apokalipsą taką jest odkrycie Ameryki, nauka Kopernika, awiatyka, wynalazki Stephensona, Gutenberga, Edisona i tem podobne odkrycia. Napoleon Bonaparte to także objawienie świata, to nie poezja.
— Sądząc ze wszystkiego, co pan powiedział możnaby przypuszczać, ze i Chrystusa uznaje pan tylko z tego samego stanowiska, — rzekła Andzia sucho.
— A tak, niezaprzeczenie wielki genjusz. Panią to drażni, dajmy spokój tej rozmowie. Zapomnieliśmy o naszym cerberze; panna Niemojska już chyba odpoczęła przy stacji tramwajowej?... Nie przypominałbym jej, gdyby nie zachód słońca; mamy przed sobą zwiedzenie grot w Sante Romin.
— Najpierw obiecaliśmy Lińci, że po zwiedzeniu pieszem, obwieziemy ją fiakrem po Cap Martin.
— Widzi pani, ile jeszcze obowiązków względem panny Eweliny. Pożegnajmy się z obeliskiem Elżbiety i wędrujmy dalej.
— Ja tu jeszcze powrócę — szepnęła Anna. Miejsce to dziwnie nastraja do samotnych rozmyślań.
— Wskazówka dla mnie, żebym się więcej nie narzucał — mruknął Horski.
— Nie miałam tego na myśli, proszę wierzyć. Gdyby mnie nużyło towarzystwo pana, potrafiłabym uwolnić się od niego w inny sposób.
— Wbrew mej zasadzie, nie ufania kobietom, pani jednak wierzę. Tu nastraja panią las, wprawdzie oliwki i pinje zamiast dębów i sosen wołyńskich to nie złudzenie, lecz szum bliskiego a niewidzialnego morza z tym gajem zieleni tworzy pewien akord nasuwający wspomnienia. Czy pani całą istotą nie stanie na Riwierze? czy zawsze będzie rozdwojenie ducha z ciałem na korzyść Wołynia?...
— Przesadza pan moją tęsknotę. Tam jest moja świątynia, do niej modlitwą zabiegam, myślą. Tu żyję realnie.
— Ale nie wsiąka pani w tutejszą atmosferę.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Czy to byłoby lepsze?...
Horski uważnie przytrzymał ją wzrokiem.
— Dla innych tak, bo łatwiejsze. Ja osobiście wolę odrębność pani, to ciekawsze i... trudniejsze — dokończył cicho.
Andzia dostrzegła w jego źrenicach coś, co ją skłoniło do opuszczenia powiek. Czuła, że on patrzy na jej rzęsy opadłe na policzki i opływał ją zwolna... zwolna gorący rumieniec.
Szli w milczeniu po ulicy gładkiej, wśród mnóstwa drzew z obu stron rosnących. Gaj oliwny rozpościerał się dokoła; cięte szpalery, żywopłoty otaczały wille niknące w gąszczach drzew egzotycznych. Kwitły już pomarańcze, cytryny i różowe drzewa migdałów. Całe Cap-Martin przedstawiało się jak jeden ogromny park. Zapach tu był roślin wykwintnych, a słońce zachodząc rzucało na zwartą zieleń jaskrawe plamy światła. Woń róż caprifoljum, geranjum, słony smak od morza odurzał trochę. Andzia prawie biegła, bojąc się tych czarów działających na nią narkotycznie. Horski szedł zimny, z twarzą obojętną i wzrokiem już matowym. Gdy mijali willę cesarzowej Eugenji, Horski zawołał:
— Panno Anno, tu siedziba drugiej, ukoronowanej samotnicy. Ma już dziś około siedemdziesięciu lat i w samotności rozmyśla nad utraconą koroną Francji, mówiąc sobie na śniadanie — Vanitas vanitatum — na obiad — Tempi passati, — a na kolację — Tout passe, tout lasse, tout casse. To taka modlitwa zdetronizowanej monarchini. Pani nie obejrzy tego zakątka?...
Andzia zatrzymała się.
— Jeśli można zwiedzać, uczynimy to innym razem, teraz śpieszmy do Linci. Zresztą postać Eugenji nie nadaje się do uwielbienia, wybitna, lecz w zarysie niesympatycznym dla mnie.
— Och, pani jest wybredną, nawet pomiędzy monarchiniami. Eugenja naśladuje Elżbietę, kryjąc się w ciche ustronia.
— No, mając siedemdziesiąt lat?... Może odprawia w ten sposób rekolekcje?
— Pani jest surową. A jednak to była gatunkowa niewiasta. Sądząc z dawnych portretów przypomina ją z urody pani Nordica.
— Lubi pan takie kobiety jak Lora? — spytała Anna mimowoli.
— Źle się pani wyraziła, takie kobiety lubi każdy mężczyzna, bo są... łatwe. Czy je ceni, to inna sprawa, o to pani chciała pytać?... Co?...
Tarłówna szła prędko naprzód, nic już nie mówiąc.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przewodnik z latarnią w ręku postępował naprzód, oni szli za nim. Jaskrawe snopy światła padały na stalaktyty zwieszone ze sklepień grot w Sainte Romin. Wielkie i mniejsze sople koloru piaskowego w słoje ciemniejsze, lub tak jednolicie jasne jakby przezroczyste, polerowane niby z metalu, inne znów pełne guzów i zgarbień. Pochyłe ściany grot utkane tą rzeźbą, niekiedy płasko oblepione taflą gładkości marmurowej, wapiennej formacji.
Wklęsłych pieczar broniły potężne stalaktyty, utworzone w kształt kolumn i kolumienek smukłych, w wieżyczki, w długie ostre iglice. Kolce cienkie spływały ze sklepień tak samo jak lodowe z dachów, podczas mrozu, po odwilży. Wszędzie grupy tych sopli, kawowych, całe piramidy z nich. Pod niektóremi trzeba się było schylać, tak nisko sięgały, na inne patrząc trzeba wznosić głowę wysoko. Układały się z nich bramy tryumfalne, łuki, pagody indyjskie, wieżyce meczetów. Mistrzem snycerzem była tu natura, bez dłuta, bez rysunku stworzyła cuda. Płynie woda, płynie, i kamieniem wapiennym obkłada ściany grot, skąd się sączy. Płyną strumienie wody o własnościach skalnych, a gdzie się kończy podłoże, spływają w kamienne łzy.
Wytryskują strumyki i kamienieją, obrastają szklistą powłoką i piętrzą się w słupy, rosną w muzealne ostrokąty najeżone zębatemi wieżycami. Słupy te stykają się prawie z soplami spłyniętemi z góry, tak, że czasem pomiędzy nich palec tylko wsunąć można, czasem większa odległość dzieli te kolumny, często zlewają się w jednolitą całość. Wówczas tworzą arkady, filary i nowe sklepienia. Mnóstwo stalaktytów coraz różnorodniejszych, niezrównanych malowniczości.
Andzia zachwycona odnajdywała cuda za cudami, wsuwała się do najciaśniejszych wklęśnień, wpełzała niemal do ciemnych pieczar. Parę razy próbowała złamać najcieńsze iglice stalaktytów, lecz nigdy dokazać tego nie mogła. Przewodnik pozwalał jej na próby, z uśmiechem pobłażliwym, wiedział, że może być spokojny o ozdoby swych grot.
W ciemnym kącie jednej pieczary Tarłówna dostrzegła skamieniałego kozła, biały był jak wykuty z marmuru, dalej ujrzała psa doga, zachowanego w naturalnej postaci, w powłoce wapiennej.
Przewodnik pokazał im jeszcze niedźwiedzia ustawionego u stóp schodów, na których umieszczono różne przedmioty, przeznaczone na skamienienie.
Po schodach puszczony silny prąd tej wody niezwykłej, sprowadzonej sztucznie z całych grot, spełniał swe zadanie.
Andzia nie mogła się nacieszyć stalaktytami.
Panna Niemojska była przytłoczona.
— Gdyby tak silne trzęsienie ziemi w tej chwili, bylibyśmy pogrzebani żywcem.
Po wyjściu z grot, weszli do małego sklepiku obok; sprzedawano tam gotowe skamieniałości. Panna Ewelina pochylona nad gablotką przeglądała różne przedmioty, targując się o cenę. Andzia kupiła parę naturalnych jednostek skamieniałych.
— Niech i pan coś kupi z tej oto półki.
— Ja nie mam gustu, proszę mi wybrać.
— No, choćby to, śliczny gracik.
Podała mu koszyczek, zawierający w sobie gronko winogronowe, banana i kilka śliwek.
— Prawda, jakie to ładne?... Proszę.
Horski zaprzeczył ruchem głowy.
— Ach nie, tego nie kupię, na taki wybór pani nie zgadzam się.
— Dlaczego?...
— Zostały mi po ojcu pewne zabobony polskie, więc koszyka z rąk pani nie wezmę.
Andzia sponsowiała, jednocześnie groźnie zmarszczyła brwi.
— Jak pan chce, — rzuciła ozięble i podeszła do panny Eweliny.
Wkrótce opuścili sklepik, postali trochę na zrębie skały, tworzący rodzaj werandy pod daszkiem rozpiętych roślin, skąd roztaczał się pyszny widok na morze. Na falach widać było kilkanaście łodzi rybackich, z białemi jak mewy żaglami, płynęły ukośnie, często położone prawie na wodzie.
— Popłyniemy kiedy łodzią. Czy dobrze?...
— Ja za nic na świecie! — zawołała panna Ewelina.
— Czy dobrze, panno Anno? — spytał Horski powtórnie, z odcieniem niecierpliwości w głosie.
Andzi oczy błysnęły.
— Pozwolisz mi, Lińciu, prawda?... Cóż pan tak ochłódł jak stalaktyt, panie Horski?...
— Czekam wyroku wyższej władzy pani.
— Ach, jakiż pan nieznośny!
Gdy schodzili ze stromej góry, Horski podał ramię pannie Ewelinie i prowadził ją ostrożnie.
Zyskał tem wdzięczność Andzi. Spojrzała na niego dziękczynnie. W jego oczach odczuła przekorę...
...Prowadzę ją nie dla niej, lecz dla ciebie, bo gdy się cerber zmęczy nie będzie wycieczek.
Tramwaj dowiózł ich do Kasyna.
Późno już było w nocy, gdy Tarłówna rozbierając się w swym pokoju, ujrzała przed willą automobil.
Bardzo często Lora o tej porze wyjeżdżała gdzieś, sama, nie opowiadając nigdy o swych wyprawach nocnych. Andzia nie badała, lecz wycieczki takie niepokoiły ją zawsze, budząc podejrzenia.
— Czy pani von Bredov wyjeżdża? — rzuciła służącej obojętne pytanie.
Margerita zrobiła minę komiczną wytrawnej subretki.
— O nie, pani dziś nigdzie nie pojedzie.
— Więc dlaczego automobil czeka?...
— Bo to pan przyjechał.
— Kto taki?...
— Pan von Bredov Nordica.
Andzia odetchnęła.
...Nareszcie jest jakaś wyraźna sytuacja tego domu..






VII.
Spotęgowany urok.

Poranek był słoneczny i ciepły, pachnący wonią morza. Wiatr południowy dmuchał lekko na błękitne fale, pędził je ku brzegom, rozpryskiwał w białe pióra pian. Monotonny plusk, rzucanie zwałów przezroczo-lazurowych wód na piasek miało swą muzykę odrębną. Coś rzeźwego wnikało razem z tym szumem do okna pokoju Tarłówny. Budził ją ze snu rozkosznem wołaniem potężny a słodki głos morza. Rozlewny jakiś był ten głos, sycił radością życia. Śpiewało morze pieśń wiekuistą poranku, a taki miało ton swobody i czarów pełen, że poiło pragnieniem życia, wzywało do życia.
Morze złotem się krasiło, syciło błękitem. Handzia odurzona fal rozgwarem podniosła powieki ciężkie od rzęs i żwawo wyskoczyła z łóżka. Podbiegła do okna. Szczęknęły żaluzje rozsunięte gwałtownie, kaskada świetlna buchnęła po pokoju. Andzia stała jak w glorji. Roztworzyła okno szeroko, ramiona wyciągnęła do morza.
Z piersi jej wydobył się jakby krzyk młodości i ockniętego życia.
— Morze ukochane jaką ty masz potęgę!...
— Jaką władzę rozpościerasz nad duszami ludzkiemi.
— Morze mocarne... ile w tobie piękna!...
— Każda twa fala to urok cały, każdy twój głos to upojenie.
— Ach, jak ty działasz ożywczo!
— Morze cudne! Morze moje!...
— Od ciebie o morze, morze, płyną na mnie światła, ciepła, płynie blask....
— Tak mi koisz duszę...
— W twej roztoczy wonnej smutek mój zatapiasz... leczysz straszny ból.
— Morze ukochane, czyż ty mnie miłujesz, że mi dajesz swój przedziwny lek?...
— Że tak złotem mnie opylasz?...
— Że sypiesz iskier purpurowe kwiaty do... mej krwi...
Ostatnie słowa Andzia wyszeptała z rumieńcem wstydu na policzkach.
Wtuliła twarz różową w białe swe dłonie i oddech wstrzymała, jakby z obawy by szmer jej słów nie usłyszało nawet morze, aby myśl taka już nie powracała.
Zaryczał w oddali statek nadpływający. Hańdzia porwała się, odrzuciła w tył głowę i prędkim ruchem warkocz rozplotła. Opadły jej na plecy czarne, miękkie włosy, wstrząsnęła głową, rozwiły się puszystą, lśniącą falą; na białym batyście koszuli nocnej zakwitły pachnącą okiścią.
— Trzeba się ubierać.
Biegnąc do umywalni ujrzała postać swą w wielkiem źwierciadle.
Stanęła.
Przez chwilę z brwią zsuniętą patrzała na odbicie swe w lustrze, jakby karcąc się za to, że nie odchodzi. Lecz stała.
I oto brwi się rozsunęły, uśmieszek kobiecej próżności przewiał po wargach ponsowych jak jagody, wesoły promień strzelił z aksamitnych źrenic.
— Ubiorę się jasno!...
Z werwą młodzieńczą zaczęła się ubierać nucąc półgłosem. Nagle wzrok jej padł na konsolę kominka. Pęk róż czerwonych w słoju i fotografja Andrzeja. Stroiła go tu zawsze w ulubione jego róże.
Na wpół ubrana podeszła wolno, wzięła ramkę z konsoli i, po raz nieobliczalnie który, zatonęli w sobie oczyma.
Tylko oczy jego patrzały jak z poza grobu, odtwórczo, z kartonu fotografji.
Jej źrenice żywym i twórczym świeciły płomieniem.
Jego oczy wypowiedziały już wszystko na ziemi, zgasły na wieki.
Jej wypłakały może już wszystkie łzy, ale żyły i nowe zapalały się w nich ognie.
— Jędrusiu!...
Usta jej musnęły szkło fotografji, spoczęły na odtwórczych jego oczach.
Andrzej patrzał na nią wzrokiem śmiałym, młodzieńczym, pełnym energji, dzielności zawadjackiej trochę, z lekkiem omdleniem stepowej zadumy. Źrenice jego mówiły Hańdzi to wszystko co z ust jego własnych słyszała.
Trzy lata ciężkie jak złomy skał granitowych przywaliły te dnie błogie, przyćmiły dźwięk słów.
Zachowane wszystko w pamięci...
Ale po cóż ta dziwna mglistość odległości?...
Jak to już dawno, dawno było.
Jak się te chmury wlokły długo, ponuro.
Jakie były brzemienne w niedolę.
Woła na ciebie morze: dziewczyno... ocknij się.
Snopy złociste ciska i wskrzesić chce.
Zbudź się, już dość tęsknot, dość goryczy.
Tarłówna patrzała w jego oczy odtwórcze, pragnąc w nich wyczytać swój wyrok.
...Ni tęsknot dość, ni żalu, szumi dla ciebie Hańdziu morze błękitne... kusi do życia... a ja wśród naszych borów śpię... — odpowiedziała duma stepowa w jego źrenicach zbłąkana.
— Jędrusiu!... — jęknęła żałośnie.
Nagłym ruchem postawiła fotografję na miejsce i jak automat jęła wdziewać czarną suknię. Ale słońce zbyt mocno grzało, słodko pieniło się morze, za wiele woni rzeźkiej, za wiele zapachów cudnych płynęło przez okno.
Czarna, choć lekka sukienka, paliła ramiona. A białe były, krągłe i smukłe, skórę miały jakby z kwiatu lilij utworzoną, różem delikatnym prześwitającą. Za ciężka dlań ta czarna szata.
Zbyt smutna.
Anna wkładała ją trochę jak włosiennicę.
... Tak trzeba... trzeba... coś rozkazuje.
Weszła panna Ewelina.
— Nie śpisz Hańdziuś?... Jak dziś pięknie! morze wprost kokietuje. Znowu te czarności?... Czemuż nie kostjum wczorajszy?...
— Za jasny Lińciu.
Stara nauczycielka ucałowała wychowankę serdecznie.
— Włóż Anuś białą suknię, włóż dziecko. To nawet zdrowiej... gdzież ciągle czarne i czarne na taki upał. Już się i tak wszyscy dziwią...
— O, to mnie mało obchodzi! Nie chcę się tu dla nikogo stroić.
Panna Ewelina zmiarkowała, że ta droga chybiona, obrała inną, jeszcze mniej zręczną.
— Myślą niektórzy, że się chcesz w ten sposób wyróżniać... jakby pozować...
— Aj, Lińciu już nie brnij dalej, bo nie umiesz. Powiedz, po prostu, że chcesz, abym się ubrała jasno.
— Dla mnie tego nie zrobisz.
— Tem mniej dla kogoś.
Andzia przy oknie, patrząc na morze, zamyśliła się. A fale grały, grały, improwizując całą harmonją tonów.
— Rzeczywiście dziś jest za gorąco.
Prędko zrzuciła z siebie suknię i włożyła białą, podaną jej skwapliwie przez opiekunkę.
Śnieżna, miękka, gniecona jakaś tkanina opłynęła ramiona i biodra Hańdzi delikatnemi linjami, odsłoniła się dyskretnie szyja z rąbkiem toczonego karczka i biustu, z poza białych haftów wyglądało ciało, nęcące powabem bladej róży, w pierwszym, ale już świadomym rozkwicie.
Panna Niemojska zapięła jej na szyi perły darowane niegdyś przez Kościeszę, poprawiła bujnie upięte włosy na tyle głowy.
— Cóż mnie Lińcia tak dziś stroi?....
— Ach, Aniu, tak podejrzliwie na mnie patrzysz?! Lubię cię w takim stroju i wiesz jak cię kocham.
— Wiem Lińciuchna, wiem, — przygarnęła się jak kotka do nauczycielki.
— Pójdziemy na śniadanie, Lora czeka na werandzie.
Andzia zastanowiła się chwilę.
— Podobno mąż Lory przyjechał?...
— Tak, poznamy go.
Weszły na taras zalany słońcem skąd widok był wspaniały. U podnóża willi huczało Monte-Carlo, biegł tor kolejowy, na prawo dworzec kolei, wyżej Kasyno, w oddali naprzeciw Monaco.
I morze, pełne, szerokie, wielmożnie, władczo panujące tej krainie.
Kolorem zbratane z przestworzem nieba.
Do Andzi i Eweliny podszedł prędko wykwintnie wyglądający mężczyzna, wzrostu średniego, nieco za tęgi. Brunet łysawy, z czarnemi wąsami i oczyma jak dwie czarne śliwy, w otoczeniu białek prawie szarych. Lora posunęła się za nim.
— Przedstawiam wam mego męża.
Von Bredov Nordica ociężałym ruchem skłonił się paniom, a gdy podały mu rękę pochylił głowę niżej. Przemówił po francusku.
— Niezmiernie rad jestem, że mamy z Lorą tak miłych gości, żałuję, żem się spóźnił z przyjazdem, że nie miałem szczęścia witać...
— No, no Berti oto twoja filiżanka.
Rozmowa popłynęła gładko, wesoło, pod znakiem złotych strzał słonecznych, w promienistości morskich lśnień, w tej niezrównanej atmosferze zabawy, blasku i życia.
Robert Nordica przyglądał się Andzi z widocznym zachwytem, przesuwał wzrok po jej figurze, szyi, ramionach, zatrzymywał długo i uporczywie na ustach dziewczyny. Wcale nie dwuznacznie badał jej urodę i coraz większe zainteresowanie biło mu z wypukłych źrenic. Anna z początku nie zauważyła tego, lecz spostrzegłszy, zmarszczyła groźnie brwi. Przez chwilę żałowała, że się ubrała jasno, ale myśl ta rychło pierzchła, pod mocą głuszącej wszystko, rozmarzonej pogody.
— Dziś pojedziemy do Nicei.
Projekt Lory przyjęto z zapałem.
Nordica ofiarował się być palaczem, żeby paniom było wygodniej w samojeździe.
— Niechże Bóg broni! — zawołała Lora. Berti dobry za szofera, ale nie wtedy jak ma za sobą kobiety, bo, wówczas może łatwo automobil wkierować w morze.... w przepaść. Całkiem ślepnie.
Andzia skrzywiła usta z niesmakiem. Żart dotyczył głównie jej. Nordica rzekł z ukłonem:
— To wina pań, jesteście za piękne. Kto zaś kult piękna posiada w tym stopniu co ja, nie może być obojętnym. Ciekawy kraj... Wołyń, który wydaje takie... gwiazdy....
— Berti, ja to już kiedyś słyszałam... mówiłeś wtedy o złotych gwiazdach, ciekawam jakje teraz wymyślisz?... bo czarnych gwiazd niema.
— Loro nie pozwalasz mi mówić.
Andzia rzekła nagle do kuzynki.
— Trzeba zawiadomić pana Horskiego, miał przyjechać o dwunastej, bo wybieraliśmy się łodzią na morze, jutro zaś do Nicei. Dziś więc pojedziemy razem.
Lora skrzywiła się.
— A, to taki nudziarz, ten Oskar, najzabawniejszy, gdy gra w ruletę, czasem ma szczęście, wówczas praktycznie z nim flirtować ale w zwykłych warunkach?... suchy Anglik, nawet nie folblut, bo tylko po matce.
Nordica zaśmiał się zmysłowem skrzywieniem wydatnych, krwawych warg.
— Lora traktuje go po sportsmeńsku.
Anna milczała, mieszając zawzięcie w filiżance i nie podnosząc oczu.
— No, powiedz Andziu, czy niemam racji co do Horskiego?... Zupełna mumja.
— Ja mam inne zdanie o panu Horskim.
— Ja również — potwierdziła Ewelina.
— Że jest zabawnym może?...
— Na to jest za poważny, ale bardzo przyjemny w towarzystwie i... taktowny.
— Aha, tem ciebie wziął, Anuś?...
— Nie rozumiesz mnie Loro...
— Ależ doskonale! Lubisz Oskara za jego chłód, który obecnie dostraja się do twojej powagi. Ale przyznam ci się, że jego lodowatość nuży, a la longue.
— Lubiłaś go jednak kiedyś, Loro — rzekł Nordica z odcieniem złośliwym w tonie.
— Nie mam powodu nie lubić, tylko nie jest to mój genre mężczyzny, nudzą mnie tacy jak on filozofowie zimnokrwiści.
— Mylisz się Loro, Horski jest epikurejczykiem, lubi życie i użycie, zna się na kobietach. Tak jak amator dobre wino pije wolno, tak samo Horski potrafi wyzyskać cały czar smaku... kobiet.
Hańdzia zsunęła brwi z irytacją.
Rozmowa ta była dla niej niemiłą, ogarnęło ją nieokreślone uczucie gniewu.
Tymczasem Lora opowiadała mężowi.
— Może ty, Berti, znasz go lepiej, ja go mam za nudziarza, za rybę bez krwi. Przytem jest brzydki.
Zaprotestowała najniespodziewaniej panna Ewelina.
— Na to się stanowczo nie zgadzam, pan Horski jest typem Anglika, ale przystojnym typem, jest bardzo dystyngowany, elegancki i rasowy.
— Ho, ho, ho! — śmiała się Lora.
— A w żadnym razie nie ryba — dodał Nordica — raczej głowonóg, któremu się trudno oprzeć, gdy już zarzuci macki.
Andzia wstała, nie uważając na żadne względy. Miała już tego dosyć.
— Pani odchodzi? Radzibyśmy usłyszyć sąd pani o Horskim?...
— O, to zbyteczne. Za mało go znam, aby go krytykować, lubię pana Horskiego, choćby dlatego, że jest mym rodakiem.
— Wszak tylko po matce, jak mówi Lora?...
Tarłówna spojrzała na Nordicę z lekką ironją i zwróciła się do kuzynki.
— Zatem pozwolisz, że zawiadomię Horskiego o wycieczce do Nizzy?...
— Ależ dobrze, Anuś. Poczekaj, idę z tobą.
Wyszły razem. Zaraz w następnym salonie, Lora, idąca za Andzią, podbiegła do niej, objęła ją ramionami i złotą swą głowę przytuliła do profilu twarzy Andzi. Zaszeptała ze śmiechem:
— Nie wierz temu co mówiłam o Oskarze, kłamałam jak najęta, ani słowa prawdy. Horski bardzo mi się podoba, wytworny, rasowy, kulturalny i kompletnie przystojny, przytem inteligient i... zmysłowiec...
— Ach Loro! Znowu to?...
— Ale w tonie klasycznym. To nie taka bezmyślna pała jak Berti, nie taka zmysłowa bestja!...
— Ależ ty cenisz swego męża....
— No, moja droga, czyż to nie jest tylko samiec?!...
— Lorko, zmiłuj się!
— Pardon, taki już mam język, innego nie wprawią, nazywam rzeczy po imieniu. Horskiemu nawet moja złośliwość nie zaszkodzi, on jest wyższy nad fochy kobiece, z których sobie nic nie robi.
— Do czego stosujesz te słowa, Lorko?....
— Oo! zaraz do czego?... Widzisz, mogłabym się gniewać na Oskara, mścić się na nim...
— Za co?...
Przeniknął Andzię dziwnie przykry niepokój.
Lora pominęła pytanie, jakby nie słysząc.
— Ale ja także jestem wyższa nad takie niskie zemsty. Tylko przed Nordicą umyślnie dyskredytuję Oskara, dając nawet błahe argumenta, głębszych dla Berti nie potrzeba.
— Po cóż to robisz?...
Lora ocierała twarz o policzek Andzi.
— Bo... bo on mnie posądzał, wyobraź sobie. Wogóle Berti jest zazdrosny, ale tylko o niektórych, bo zresztą... Ach!... On taki... taki głupi... Daliśmy sobie obopólną wolność i swobodę, więc niby o nic nie pyta, ale czasem, w przystępie... szału dla mnie, robi mi sceny... Ja go także o nic nie wypytuję, wszystko mi jedno... wiem, że ma teraz nowy feblik, jakąś Greczynkę. A jednak do mnie wraca.
Andzia delikatnie wysunęła się z jej objęć, Lora spojrzała na twarz dziewczyny i zawołała nieco zgryźliwie.
— Brzydzisz się nas, Anuś! Ha, inne światy! Ty i ja nie odczujemy się nigdy.
— Po co ja ci to mówię właściwie. Ale wiesz, że cudownie teraz wyglądasz... Riwiera ci służy, nabrałaś cery i... jakby to powiedzieć... oto blasku. Jaś pisał do mnie, pytając, o ciebie.
Andzia drgnęła wyraźnie.
— Cóż mu odpisałaś?...
— Jeszcze nic. Jaś jest jakiś kwaśny, jak zwykle zresztą. Pisał i do ciebie w tych dniach... prawda?... Był do ciebie list i od tego smyka, Janusza Kościeszy. Czy ty z nim korespondujesz?...
— Owszem czasem pisuję.
— Jan pragnie bardzo twego powrotu. Ale ja cię nie puszczę, aż do maja, do czasu wyludnienia się Riwiery. Niech potęskni, albo niech tu przyjedzie.
Anna poczuła, że blednie, w obawie by Lora tego nie zauważyła, zagadała pospiesznie o czemś obojętnem i uniknęła badań kuzynki...
Horski zawiadomiony o wycieczce przybył natychmiast. Był wyjątkowo sztywny. Andzia odczuła, że projekt wspólnej jazdy do Nicei zmroził go. Na chwilę przed wyjazdem zjawił się w willi hrabia włoski, w monoklu z bezczelnym wyrazem twarzy.
Lora powitała go rozkosznie.
— Zaprosiłam hrabiego Humberta na szóstego, do naszej kompanji. Pomieścimy się w automobilu, gdyż Berti będzie nas wiózł, szofera wysłałam koleją do Nizzy, na nasze spotkanie.
Na twarzy Andzi pojawiła się wyraźna przykrość, ze szczerem zmartwieniem spojrzała na Horskiego, szukając u niego obrony przed nienawistnym hrabią, który prześladował ją swą adoracją, ilekroć znalazł sposobność. Oskar zrozumiał obawę Andzi. Odezwał się do Nordicy obojętnie.
— Dlaczego właściwie pan ma prowadzić samojazd?...
— To proste. Jestem właścicielem automobilu, a dla gości zostaje tylko pięć miejsc.
— W takim razie pozwoli pan, że go zastąpię?
Nordica niezbyt lubił Horskiego i od razu przeczuł, że przy nim będzie się czuł skrępowanym wobec Hańdzi. Ona zaś przypadła mu bardzo do gustu. Lepiej zdać kierunek tamtemu i mieć większą swobodę.
— Staram się zawsze zadowolić swoich gości... jeśli więc zrobi to panu przyjemność... ustępuję...
— Dziękuję — odrzekł Horski, i matowy wzrok przesunął po oczach Andzi jakby mówiąc: teraz twoja rola. Ona w lot odgadła jego zamiar.
— Ja usiądę przy panu, lubię mieć przed sobą przestrzeń.
Horski skłonił się nisko, z żywem zadowoleniem na twarzy, którego już nie maskował.
Nordica zaskoczony i zły, zaczął energicznie protestować, hrabia Humbert również, ale Tarłówna była niewzruszoną. Lora wolałaby nie mieć męża obok siebie i jeszcze próbować swego czaru i kokieterji na Horskim, lecz już nic nie mówiła, trochę się tylko nadąsała.
Wsiadając do samochodu, Andzia ujrzała naprzeciw, na trotuarze mężczyznę w średnim wieku, z sumiastemi wąsami i chytrą twarzą, który przyglądał się jej i całemu towarzystwu z nieukrywaną uwagą. Widocznie śledził ją, gdyż głównie na nią patrzał. Tak może wygląda szpieg? — pomyślała Andzia.
Owiało ją chwilowe, niemile uczucie.
W samojeździe Oskar ujął ster pewną ręką. Spojrzał na Andzię bokiem; z pod zmrużonych powiek i rzekł cicho:
— Będzie pani za chłodno w tym lekkim płaszczyku, pojadę bardzo szybko.
— To dobrze, ale znowu nic nie zobaczymy w takim pędzie.
— Niech pani dziś nie liczy na zwiedzanie. Uczynimy to innym razem, we troje, jak dotąd.
Zawołał do nich Nordica z przedniego siedzenia.
— Jesteśmy gotowi, panie Horski.
— Powierzamy się pańskiej opiece — dodała Lora — i obawiam się trochę o naszą całość. Może pan dostać zawrotu głowy... nad przepaściami. Ha, ha.
Horski nic nie odpowiedział puścił w ruch maszynę. Pomknęli.
Andzia obejrzała się. Nieznajomy mężczyzna szedł za nimi i przeprowadzał ich wzrokiem aż do zakrętu. Nordica mówił do Lory:
— Czy w takich warunkach powierzyłabyś mi ster, Loro?...
— Och, za nic! Bałam się, że stracisz przytomność, mając... piękne kobiety za sobą, a cóż dopiero... obok.
— Dziwi mnie twoje obecnie zaufanie.
— Pan Horski jest przedewszystkiem sportsmenem.
— Bien, bien, ale sporty bywają różne.
— Rozczarowanie może przyjść kosztem naszych kości — zaśmiał się Humbert.
Horski i Tarłówna milczeli; on prowadził automobil, wprawnie i zręcznie, snać obeznany z motorem, jakby z ujeżdżonym wierzchowcem. Patrzał przed siebie zimnym wzrokiem, lecz Andzia zauważyła, że jest czujny wyjątkowo i uważny. Doznała wielkiej rozkoszy w tej jeździe zawrotnie szybkiej. Tafla szklanna na przodzie chroniła ją od wiatru, pęd trochę odurzał. Biały woal gazowy łopotał dokoła jej kapelusza, furkając na wietrze, jak skrzydła ptaka. Było jej dobrze, tak jakoś inaczej niż dotąd, bardzo dawno nie odczuwała podobnej swobody.
Minęli pędem plac Kasyna, impetycznie spłynęli po nad morzem, z góry, na bulwar Condamine, wpadli w ulicę Monaco, okrążyli skałę z pałacem książęcym i gnali dragą tramwajową, powyżej toru kolejowego do Cap d‘Ail, dalej i dalej...
Andzia wydawała co chwila okrzyki podziwu, Horski wymieniał nazwy przebywanych miejscowości, uśmiechał się czasem, słysząc jej zachwyty.
Gdy wjechali na wielkie skały, pomiędzy Eze i Beaulieu, Andzia oniemiała z wrażenia. Pionowe wyżyny, nad morzem, jak piramidy opasywała, niby obręczą, droga kołowa, strzeżona od przepaści morskiej, niskim, grubym murem. Droga ta pięła się w górę, wiła, zataczała elipsy, łagodnie spadała na dół i znowu biegła wzwyż. Tramwaje żółte, widocznie z oddali, wyglądały niby duże żuki łażące po skałach, automobile śmigały jak czerwone mrówki. Dołem, tuż nad brzegiem, huczały pociągi, wpadając w tunele pod temi właśnie skałami, po których szła droga kołowa. Andzia ujrzała nad sobą olbrzymi złom skalny, zwieszony nad szosą, zdawało się, że bryła straci równowagę, że lada chwila runie, zagrzebując drogę i jadących po niej ludzi. Tarłówna podniosła głowę, lecz nie dojrzała wierzchołka skały, byli jakby pod jej sklępieniem. Spojrzała na lewo, tu znów poza murkiem, wyglądającym niby opasanie tasiemką wobec gmachu skały, od razu morze, sinoblękitne pianą na kamienie plujące. Skała i morze, naprzeciw znowu taka sama skalna wyżyna i żwawo pełzające żuki tramwaje. Na dole pod skałą naprzeciw widać czarną czeluść tunelu.
— Ach, panie, tu jest bajecznie! Tu chyba jeszcze wyżej jedziemy niż w Cap-Martin, tramwajem z Mentony. Zresztą morze potęguje wyżynę. Muszę tu być jeszcze piechotą. Cóż za piękna dolina! Okrążamy ją, prawda?...
— Tak, aby znowu wjechać na tamtą skałę. A tu w dolinie mała wioseczka, kilka chatek, jak klatki. Cała wioska jakby w klatce, wśród skał tylko i morza.
— Jakże tu ładnie!
— Przyjedziemy tu powozem, zrobimy kiedy spacer po drodze wyższej, zwanej Route de la Corniche. Dziś tylko przelatujemy. Chcę pani pokazać najpiękniejsze widoki w innych warunkach.
Rzuciła mu wdzięczne spojrzenie, podziękowała uśmiechem.
— Nadużywam pańskiej grzeczności, wszak pan już to wszystko zna?...
— Gdy zwiedzam z panią, zdaje mi się, że pierwszy raz, udziela mi się zapał pani. Pani jest niezmiernie wrażliwą i entuzjastką.
— Panie Horski, czy mamy się już szykować na śmierć? — spytał nagle Nordica odwrócony od nich.
— A czy to ja mam być pańskim aniołem zwiastunem śmierci?
— Właśnie obawiamy się, że pan jest naszym Haronem, morze Styksem, zaś automobil łodzią, na której zawiezie nas pan do wieczności — wołała Lora.
— Skądże podobne przypuszczenie?....
— No, bo rozmawiacie państwo z sobą tak żywo, że nas ogarnia strach. Przebywamy miejsca niebezpieczne.
— Niech pani będzie spokojną, nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
— Czy i panu także?...
Dwuznaczne pytanie Nordicy, Horski zbył milczeniem. Andzia nie odzywała się więcej jakby spłoszona. Lecz Oskar w dalszym ciągu objaśniał ją, wskazując widoki tak malownicze, jakby natchnieniem anielskiem rysowane. Minęli Beaulieu, istny raik ziemski. Rzucały się tu w oczy różne zakątki cieniste, tarasy nad falą, oplecione pnącemi różami, caprifolium i powojem barwnym. Wille wśród kwitnących migdałów, pomarańcz i ciemnych cyprysów. Wszędzie przepych natury, jakby uśmiech jej słodki, czy pieśń. Jeden zachwyt. Wybrzeża malowane krasą i poezją. Wszystko walczy tu z sobą o piękno, trwa wieczna rywalizacja o własny czar. I niebo lazuru pełne i kryształu, a tak czyste, że nawet obłoczek nie śmie się splamić. I morze, jakby rozpuszczone turkusy z szafirami pod siatką złotą, gwiazdami tkaną, a niezgłębione, a potężne, uśmiechem nęcące, a jednak groźne, Potęga uroku i siły. I zieleń barwna, tonowana i biel przeczysta misternych willi, rdzawo-różowe skały i mnóstwo niezliczone cudów. W Villefranche w porcie stała eskadra francuska,. Imponujące pancerniki, żelazem okute, z wylotami armat w strzelnicach, najeżone kominami, ziejącymi dymem czarnym.
— To wielkie urozmaicenie widoku — rzekł Horski, pokazując Andzi przystań i statki. W ogóle Riwiera na pierwsze coup d‘oeil jest monotonna w krajobrazie. Zauważyła to pani?...
— Miewa podobne widoki, ale jednak coraz inne. Trzeba się w tym kraju rozsmakować, wówczas doznaje się dopiero niezwykłych wrażeń.
— Tak, to słuszna uwaga. Trzeba tę krainę przeniknąć, na razie sprawia zamęt i chaos w umyśle, że się tak wyrażę, nawet w oczach. Ja, gdym tu przyjechał po raz pierwszy, było to już dawno, doznałem wrażeń innych niż dziś.
— Lepszych?
— Przeciwnie, gorszych. U góry ultramaryna i na dole ultramaryna — to niebo i morze, po bokach zielenina, jak nasiane pietruszką, a w tem tkwią gęsto i pojedyńczo muchomory białe i czerwone — to domy.
Andzia wzruszyła ramionami.
— Także określenie Riwiery, barbarzyńskie jakieś.
— No, widzi pani. Ale się potem rozsmakowałem. Zawsze jednak twierdzę, że dominują tu trzy kolory zasadnicze, błękitny, zielony i biały. A pani gdzie najpierw doznała najsilniejszego wrażenia z Riwiery?...
— Ja... na cyplu skały w parku Monaco, gdy zaszłam tam pierwszy raz.
Horski zerknął na nią ukośnie.
— I tam marzyła pani o stepach swego kraju?... Riwiera nie porwała pani wyłącznie w swój krąg zaczarowany. Ale od naszego spotkania, nie byliśmy jeszcze na tym cyplu, pamiątkowym dla mnie. Pojdziemy tam kiedy, panno Anno. Czy dobrze? — spytał miękko, pochylając ku niej głowę.
Popatrzała mu śmiało, prosto w oczy.
— Lubię przebywać tam tylko samotnie.
Horski ostygł.
— Ja pani marzyć nie przeszkodzę, ale chcę sprowadzić panią do teraźniejszości.
— Bardzo trudne zadanie i niewykonalne.
Oskar milczał. Teraz Andzia z pod powiek rzuciła na niego wzrok niespokojny. Twarz jego była chłodną, oczy skierowane na drogę przed sobą.
Niepokój Andzi pierzchnął.
— Czyż już tak ciągle myśli pani przebywać wśród tych... swoich stepów, jak w celi klasztornej.
— Wrócę do nich, tam mój byt.
— Hm!... owe obowiązkowe „muszę“, kajdanki żelazne tak panią ciągną?...
— Panie Horski... to niedelikatnie...
— Dojeżdżamy do Nizzy — zawołał głośno nie odpowiadając jej.
— Należy się panu palma zwycięstwa za wyborną jazdę — wołała Lora. — A teraz prosimy podjechać do Palais de la Jetée, zjemy tam śniadanie, jestem głodna.
Nordica głosował za zatrzymaniem się na placu Massena, przed Casino Municipal. Lora nie ustąpiła. Jechali przez wąskie ulice przedmieścia, przez małe place, rodzaj rynków, gdzie sprzedawano warzywa i różne przedmioty porozkładane na świeżem powietrzu.
Niektóre zaułki były brudne i cuchnące, mury obdrapane, tanie i tandetne towary w oknach. Dopiero na placu Masséna rozjaśniło się wielką, zachodnią kulturą. Horski okrążył cały plac i skierował samojazd na pierwszorzędne ulice. Pędzili teraz przez najzamożniejszą dzielnicę miasta. Szeroko, przestrzennie. Samochód toczył się gładko jak po lodzie, z obu stron pałace, hotele, wille strojne, bogate, w zieleni drzew, werandy, balkony oplecione kwieciem, tarasy z wykwintną publiką przy stolikach, pod cieniem olbrzymich parasoli kolorowych. Sklepy zachęcające przepychem wystaw, eleganckie doróżki-landa i karetki, automobile, rowery, prywatne powozy, wszystko jakby nowe, blaskiem słońca i sezonu w pełni ozłocone. Mnóstwo jasnych strojów kobiecych i męskich, zapach kwiatów, woń rozkoszy i swobodnego używania świata tak samo zda się rozlana tu dokoła jak i zapach roślin. Wiaterek pociąga od morza co raz bliższy i kusi i woła.
Tarłówna oddała się cała wrażeniu. Odchyliła w tył głowę i przymknęła oczy. Rąbki woalu muskały jej twarz niby motyle w locie, parę promyków czarnych wywianych z pod kapelusza igrało na wietrze.
... Jaka rozkosz tak pędzić...
Ach jeszcze... jeszcze... dalej...
W duszy jej grała muzyka ockniętego życia.
Nagle uprzytomniła sobie, ze nie jest samą. Drgnęła. On patrzy na nią... napewno, poczuła dotyk jego wzroku. Prędko spojrzała na niego. Oblała ją krew gorąca.
Z pod rzęs prawie zsuniętych, szaro-zielone oczy Horskiego przenikały ją na wskroś. Andzia nie spuściła powiek, tylko łuna jej twarzy z różowej karminową się stała. I tak przez parę sekund, czarne głębie oczów Andzi i jego lwie, ukośnie patrzące źrenice, badały się wzajemnie. Nagle gumowa trąbka automobilu, naciśnięta jego ręką, zaryczała przeraźliwie. Andzia aż podskoczyła na siedzeniu.
— O jej, cóż to za wstrętny głos! po co pan tak hałasuje?...
— Przestraszyłem panią?... Owszem, mogę rozjechać kogo, jeśli to pani sprawa przyjemność, ale z powodu własnej nieuwagi niechcę karambulu.
— Więc niech pan uważa.
— Zasłaniają mi czasem wzrok... różowe łuny.
Powiedział to takim tonem i z takim wyrazem twarzy, jakby istotnie mówił o jakiejś realnej przeszkodzie.
Anna chciała pokryć zmieszanie.
— Niech pan zrobi jaką... katastrofę.
— Chce pani tego?...
— Chcę.
— Zgoda. Wysadzamy wszystkich przed Palais de la Jetée i jedziemy sami... do Antibes.
Tarłówna spoważniała w jednej chwili. Rumieniec zniknął, pojawiła się na czole, zmarszczka pionowa, skupiająca ku sobie nieco skośne brwi.
Z ulicy szerokiej wpadli na Promenade des Anglais. Roztwarła się perspektywa morska, jakby odłam niebios spadły na ziemię. Horski zrobił elegancki, zamaszysty zawrót samojazdem i stanął tuż przy trotuarzę, naprzeciw wielkiego pawilonu z kopułą, na wbitych w morze słupach, do którego wiódł pomost.
— Jesteśmy na miejscu — zawołano.
Zbliżył się szofer, oczekujący na maszynę i odebrał ją z rąk Horskiego.
Oskar pomógł Andzi wysiąść.
— Gniewa się pani?...
— Żałuję, że z panem jechałam...
— Och, no, niech pani nie żałuje, tam, z nimi byłoby gorzej...
Potwierdzenie jego słów Andzia miała natychmiast. Podeszła do niej panna Niemojska, blada, z twarzą lśniącą od potu, jakby zmęczoną.
— Co to Linci?...
Usunęły się trochę na bok.
— Ach, moje dziecko, jakie to szczęście, żeś ty z nimi nie jechała... To straszni ludzie!... ten Nordica... ten Humbert... albo Lora? Okropność — okropność!
— Cóż takiego?...
— Uszy mi więdły, powiadam ci, od tych rozmów, dwuznaczników anegdot, wyrażeń. Tacy bezczelni! Widząc, że się mienię na twarzy, tembardziej sadzili się na koncepty. I Lora... niedobra jednak. Jaki to inny człowiek Horski, znać, że Polak. Oho, już biegnie ten comte...
Humbert podszedł istotnie. Wołał z umizgiem.
— Z pod skrzydeł pana Horskiego pod skrzydła opiekunki?!... O nie, protestujemy! I nam się coś należy. Panie pozwolą na śniadanie, wewnątrz pawilonu. Trafiliśmy wybornie, jest jakaś uroczystość i koncert gra na estradzie w sali. Nordica i pan Horski zamawiają stoliki.
Bawiono się wesoło. Andzia z początku była trochę jak zwarzona, lecz prędko ogólny nastrój podziałał na nią.
Wykwintna sala, której część oszklonych ścian wychodziła wprost na morze, przepych, dużo kwiatów, świetna muzyka; wreszcie szampan pryskający w górę zamrożonemi igiełkami, wszystko razem wytworzyło w umyśle Tarłówny pewien zamęt, wykwitał on w formie ślicznej wesołości.
Nie wiedziała o tem, że jej humor wpływał na mężczyzn obecnych o wiele silniej, niż szampan, który był ich powszednim chlebem. Panna Ewelina rozruszała się, zapominając o swych troskach. Zresztą teraz nie można było się skarżyć... Dowcipy płaskie z automobilu zostały w nim, rozmowa burzyła się humorem, lecz w stylu poprawnym, panowie dowcipkowali w dobrym tonie, nawet Lora miała zachowanie się księżnej. Przybył jeszcze jeden towarzysz, w osobie Duca d’Escars, znajomego Nordiców. Andzia bezwiednie czarowała mężczyzn. Rówieśnica Lory wyglądała jednak na młodszą. Była w Andzi świeżość młodzieńcza, którą słońce Riwiery jakby na nowo powołało do życia. Lekkie cienie pod oczyma, z myślą zawartą w głębokich źrenicach, nieuchwytny grymas ust różowych, za mgłą melancholji i jakby smutku, chwilowo przyćmionego, nadawał jej zagadkowe tło. Odczuwało się, że nad tą dziewczyną-kobietą przewiała już jakaś burza życiowa, jakieś samum upalne i, że w tej dusznej atmosferze przeżyć, spaliły się pierwsze lotki dziewczęcych uniesień, że ten kwiat zanim rozwinął się z pąka już zasypany został tumanem gorącym: zbladły płatki kwiatu skurczyły się, zamknęły w sobie nadwiędłe. Ale oto własne siły twórcze pobudzają znów do życia, nawpół rozwita róża ożyła pod rosą nowych wrażeń, nowych promieni słonecznych. Roztacza się przed nią perspektywa krysztalna, burze ucichły, są już po za nią.... Może nawet róża uległa całkowitemu przekształceniu?... Może jej kielich pełny, gorący od krwi purpurowej, w metamorfozie zupełnej stał się różowym anemonem?...
Tak myślał Horski patrząc na Annę.
Może i inni doznawali tych samych wrażeń.
Andzia interesowała wyjątkowo. Duc d’Escars obserwował ją bacznie.
— To... to jest nadzwyczajne, zupełnie superbe — mruczał do siebie, wskazując nad własnym nosem, dwoma wyprostowanemi palcami rysunek brwi Andzi.
Horski, siedzący przy nim, zobaczył, usłyszał i zrozumiał.
— Styl grecki, prawda?... ozdobny a poważny, kolumnowy.
— Grecki, powiada pan? Nie zupełnie chyba jakiś renesans grecki, coś oryginalnego, bardzo niezwykły. A linja ramion, osada szyi, proporcja szyi do owalu twarzy! a płynność bioder, ruchy...
— Panie, za głośno... rozpatruje pan jak rzeźbę.
— O, bo to coś zupełnie nowego. Jakaś ukryta, zazdrosna perła.
— Dlaczegoż ten superlatyw?...
— Jest prześliczna, a parę razy ją tylko widziałem. Nie udziela się towarzystwu.
Horski pomyślał z odcieniem dumy, że jednak on widuje ją bardzo często.
Po śniadaniu powstały różne projekty. Oskar głosował za spacerem na łodziach, Lora miała jakieś sprawunki, Andzia zapragnęła zwiedzić starą Nizzę, górę zamkową. Panowie zgodzili się z nią natychmiast. Do stóp góry podjechano powozami, potem wszyscy szli piechotą, tylko d‘Escars z panną Eweliną nie wysiedli z doróżki. Francuz rozpytywał o Tarłównę, mówiąc o niej z uznaniem. Panna Niemojska ujęta tem rozgadała się szeroko. Andzia była jej dumą i jedyną miłością. Hrabia Humbert z Anną szli naprzód, Horski trochę z tyłu. Podszedł do niego von Bredov Nordica.
— Można panu powinszować gustu — rzekł z drapieżnem skrzywieniem tłustych warg.
— Hm, — pod jakim względem?...
— No, asystuje pan pannie Tarło, to dosyć.
— Wyjątkowa uroda, nie tyle piękna klasycznie ile oryginalna. Były tam jakieś dramaty podobno, ale to nic. Zagasłe iskry rozdmuchać... większa przyjemność. A tam iskry są, o są, ja się na tem znam. Temperamencik wcale pokaźny, tylko ta jakaś mimozowatość niepotrzebna, ale to się zetrze. Winszuję panu połowu.
Horski był jak jedna bryła lodu.
— Myli się pan cokolwiek, panie Nordica. Jestem znajomym panny Tarło, rodakiem jej i nic nadto, pomagam tym paniom zwiedzać Riwierę, której są ciekawe.
— O la la! tylko tyle?... Ona zasługuje na większą uwagę, przy całej swej urodzie ma jeszcze jedną, dużą zaletę.
— Mianowicie?...
— Jest bardzo bogatą.
— Taak? Nie wiedziałem o tem.
— Wiem od Lory. Należą do niej ogromne dobrą, gdzieś tam u nich na Wołyniu. Zarządza majątkami jej ojczym i podobno wyzyskuje. Ona od niego uciekła, były tam awantury jakieś, on sam chciał się z nią żenić, nie pozwolił jej wyjść za mąż za kogoś w okolicy, który już nie żyje...
— Hm, panna Tarło ma być pańską szwagierką, jest narzeczoną pana Smoczyńskiego, brata pani Lory.
Nordica mlasnął wargami, jak smakosz po przełknięciu ostrygi.
— Mądry chłopak ten Jan, nie znam go, ale zdaje się, że on jej nie wart; ma tu przyjechać, Lora go zaprasza.
— Wówczas się pan przekona, czy są siebie warci.
Robert spojrzał na Horskiego, a widząc jego twarz kamienną prawie, zdumiał.
— Cóż to nie podoba się panu panna Tarło?...
— Nie było chyba o tem mowy?
— Czyż pan jest naprawdę taki zimno-krwisty Anglik, jak twierdzi Lora?....
— Pani Lora tak mnie określa? To ciekawe. Brwi Horskiego posunęły się wysoko w górę, usta musnął uśmiech napół ironiczny. Cała twarz zadrgała rozbawionym wyrazem.
Nordica nie dostrzegł nic, mówił dalej.
— Panna Tarło jest luksusowa kobieta, bierze się do niej bardzo hrabia Humbert.
Horski wzdrygnął się.
— Jak pan powiedział?...
— O la la! No, zajęty nią jest, bogata, więc może się nawet o nią starać.
— Jakto o narzeczoną będzie się starał?....
— A cóż to szkodzi? Nie poznaję pana, panie Horski. Ja osobiście wolałbym, żeby wyszła za Smoczyńskiego, lepiej jak jej posag zostanie w naszej rodzinie. I jeszcze.... taka kobieta pyszna, przy mazgaju, jakim zdaje się jest Jan, nasuwa nadzieje bardzo korzystne. — Zaśmiał się rubasznie. Poufałym ruchem położył dłoń na ręku Oskara.
— Pan to rozumie ha, ha, ha!...
— Rozumiem panie, rozumiem. Teraz ja winszuję zakusów.
Ktoś odwołał Nordicę. Horski szedł sam. Myślał:
...Osioł ten Bredov. Lora nazywa mnie zimnokrwistym... Hm... sprytna!... Odgadła, że już do niej wrócę. Kobieta tego pokroju co ona, gdy czuje, że już dla kogoś... straciła smak, zaczyna wynajdywać przyczyny nie w sobie, ale w nim. Ciekawe...
...Śliczna Annie... bardzo bogata... nie przeczuwałem nawet... Lora nic o tem nie mówiła. Chce ją zachować dla braciszka. Sądziłem... że niezamożna, ojczym jakiś barbarus, nie miała się gdzie skryć... tu uciekła... do tej kuzynki, u niej mieszka.
... Bogata... Oh, to ogromny plus... a tak się skromnie ubiera...
... Poznali się na niej wszyscy... jednak na Riwierze ja pierwszy... odrazu w Vintimilli...
Czyli to moja zdobycz... A gdyby?...
Och, och, najpierw od tamtych trzeba ocalić... Chcieliby ją poźreć na surowo.
...Śliczna Annie... Hańdzia jak ją nazywają... Hań... dzia...
Horski przyspieszył kroku, zrównał się z towarzystwem.
Wkrótce weszli na szczyt góry zamkowej, na placyk obmurowany z widokiem na morze, Promenade des Anglais, Palais de la Jetée i prawie całą Niceę. Przy wejściu na plac znowu budki przekupniów, karty, albumy i potworne wyroby z tykw, drążonych i malowanych. Horski uderzył laską po tych niewybrednych petits cadeaux, porozwieszanych ostentacyjnie, na kolorowych tasiemkach.
— Wszędzie pełno tego śmiecia, do morza z tem!...
Oburzony przekupień skwapliwie oglądał swe towary, czy niema szkody, chcąc wyzyskać sytuację.
Oskar stanął przy Andzi obok muru okalającego plac.
— Niech się pani pochyli... widzi pani?... woda spływa ze skały, na której stoimy, ot całe strumienie... miniaturowe wodospady Niagary.
Tarłówna patrzała z zajęciem na kaskady wód wytryskujących ze złomów kamieni, odpryski mokre szły w górę zraszając twarz Andzi. Poddała się tej ochłodzie z rozkoszą. Wody burzyły się pod nimi, spadając w dół i łącząc się z nowemi kaskadami z niższych pięter skalnych.
— To wygląda jakby wskroś tej góry przepływała rzeka. Tam na dole pewno jest ślicznie. Pójdziemy tam.
— Dlaczego pani zbladła?...
— Ja?...
— Wygląda pani znowu jakby zgaszona. Jaki powód?
Podniosła na niego smutne oczy.
— Ach panie, już dosyć... takiej zabawy...
Ten Nordica... ten hrabia... doprawdy dosyć... jestem zmęczona.
— Wierzę, ale to jeszcze daleko do końca.
— Więc cóż będzie?... — spytała go z taką rozpaczą w oczach, dziecinną niemal, że Horski zdziwił się.
Tymczasem Humbert już podchodził.
Andzia rzekła prędko do Horskiego.
— Proszę, niech mnie pan nie zostawia z nim samą.
— Dobrze. Mogę go nawet zlynchować.
Włoch zbliżył się z nową serją komplementów i umizgów, które jednak przy Horskim nieco miarkował.
Oskar patrzył dyskretnie na Annę.
— Zawsze była godna zabiegów... teraz tembardziej... warta zdobycia. Okucie złotem podnosi cenę nawet artystycznej wazy z kryształu. Ona — to puhar sam przez się cenny... jeśli złota podstawa nie jest mytem, per Bacco!... puhar będzie mój.






VIII.
Głos z za sceny.

Minęło parę tygodni w nieustannym wirze.
Nordica wymyślał co raz nowe zabawy i przyjemności. Hrabia włoski i Robert organizowali je umiejętnie prześcigając się w pomysłach. Jeżdżono na dalekie spacery automobilem, pływano po morzu na jachtach i łodziach. Wspaniałe obiady u Noel’a i Pattar’da, lub w hotelu Paryskim, podwieczorki w Café de Paris, opera w Kasynie były na porządku dziennym.
Przypatrywali się obchodom karnawałowym w Nicei, ale Tarłównę nie zachwyciło to zbytnio. Podobało się jej bardzo corso kwiatowe w Monte-Carlo, lecz pomimo nalegań Nordiców nie chciała jechać w ukwieconym orszaku. Z Eweliną i Horskim, który im towarzyszył, przyglądali się strojnym powozom i różnym kombinacjom wehikułów. Lora jechała w automobilu przystrojonym różami, w kostjumie Greczynki, w otoczeniu całego pułku wielbicieli.
Zabawom nie było końca. Wycieczki tylko z Horskim i „cerberem“, Eweliną, ustały z konieczności, Nordica i Humbert otaczali Andzię własną asystą. Horski nie ustępował z placu, ale trzymał się na boku, zimny niby głaz. Nordica uwierzył w jego zimnokrwistość.
Anna początkowo zalękniona towarzystwem tych panów oswoiła się wkrótce, nie ufała im ani trochę, ale przestała się ich bać, mając niejako opiekuna w Horskim.
Wyróżniała go zawsze od innych mężczyzn, była z nim swobodną, szczerą. Jeśli w chwilach wyjątkowego rozbawienia stawała się zalotną to tylko względem Horskiego.
Ale jego chłód wyjątkowy drażnił ją często, czasem nawet doznawała wrażenia, iż jest znudzony jej towarzystwem i sprawiało jej to przykrość.
Spostrzegła parę razy jak flirtował z Lorą. W Kasynie grywał w ruletę z panią Nordica, podczas obiadów i śniadań przy niej siedział. Parę wycieczek mniejszych odbyło się bez niego gdyż nie przyszedł. Postępowanie jego zmroziło doń Andzię, nie umiała sobie wytłumaczyć czem go zniechęciła, ale trochę ją to dotknęło.
Due dʻEscars należał również do kompanji Nordiców, zanudzał Andzię wywodami o wynalezionym systemie gry w ruletę, który zdobył własną praktyką. Prócz tego przy każdej sposobności mówił jej dużo i obszernie o malarstwie, stylach i nowych prądach w sztuce. Dwie sprzeczności: ruleta i sztuki piękne były jego manją. Andzia wolała rozmowę z tym starcem niż z Humbertem lub Nordicą, lecz brakowało jej Horskiego. Tamten milczał.
Kilka razy wciągnięta przez starego duka próbowała grać w ruletę, stawiając na numerach, które on jej wskazał, najczęściej przegrywała. W trante et quarante miała więcej szczęścia, chwilowo zapaliła się do tej gry. D’Escars stojąc obok niej, gdyż Andzia nigdy nie siadała przy stole gry, pomimo uprzejmych zapraszań krupierów, wykłówał starannie szpilką kartę naznaczoną czerwonymi i czarnymi punktami i z pod binokli obserwował przebieg gry, albo z ironicznie komiczną miną i zadartym nosem patrzał milcząc na Annę, gdy nie postawiła w porę swej stawki, lub gdy przegrała. Któregoś wieczoru Andzia grała przy stole trent‘a; d‘Escars ze swą nieodzowną kartką stał za nią, Humbert i Nordica również. Doradzali jej. Przegrywała ciągle, gorączkując się. Humbert szeptał jej do ucha, nie słuchała go, gra ją pochłonęła, była cała w ogniach. Przy stole zwracano na nią uwagę. Nareszcie zmieniła się dla niej karta, zaczęła szalenie wygrywać. Krupierzy z uśmiechem przysuwali do niej coraz większe kupki ludwików. Andzia ryzykowała duże stawki, zaczęły już padać papiery z jej ręki drobnej, obciągniętej długą, czarną rękawiczką. Wysuwała się ta rączka z poza pleców siedzących, rzucając lub zgarniając złoto.
Krupierzy pożerali ją wzrokiem, jeden z nich stasowawszy karty na nowo, podał jej do przełożenia. Zawahała się, lecz zachęcona przez swych towarzyszy przełożyła talję. Przy stole zaczęto przegrywać niezwykle, Andzia wygrywała stawiając każdym razem na inny kolor, ciągle szło intermittens.
Przy stole powstał szmer niechętny.
Ani jednej najkrótszej serji, kolory skakały poprostu. Piękna nieznajoma nie natchnęła kart szczęściem.
Pomimo nalegań swych towarzyszy, szczególniej Nordicy, Tarłówna przestała grać, płonęła widząc kolące spojrzenia skierowane na siebie, głównie starych kobiet, graczek. Wiedźmy te w kapeluszach na bakier, spocone, czerwone dyszały złością jak machiny, ciskając na Andzię wściekłe oczy.
Jakiś bankier sapał z gniewu, patrząc jak kupa złota przy nim zmniejszała się przerażająco.
Tarłówna wycofując się zwolna z koła grających spostrzegła opodal Horskiego, stał i patrzał na nią. Tak jak w Vintimilli, sztywny, z ironją na ustach trzymał wzrok uparcie utkwiony w niej. Zawstydziła się, odruchowo chciała podejść do niego, ale zastąpił jej drogę Humbert.
Oskar znikł w tłumie.
Andzia straciła humor na cały wieczór.
W parę godzin potem udało się jej wymknąć z sal niepostrzeżenie. Przeszła przez atrium szybko, w obawie, by który z prześladowców nie dopędził jej. Potrzebowała samotności i ciszy.
Wbiegła po schodach do bibljoteki.
W pierwszej sali przy stolikach środkowych było zaledwo parę osób, w drugiej, przy stołach zarzuconych dziennikami kilku mężczyzn i Horski.
Podniósł głowę od gazety, zauważył ją w chwili, gdy i ona go zobaczyła.
Ani drgnął, znowu zaczął czytać.
Andzia usiadła w kątku na kanapce, odgrodzona od drugiej sali połową ściany. Machinalnie wzięła do ręki jakieś pismo.
...I tu niema spokoju, tak już go zapragnęła. Ciszy, zupełnej ciszy.
Po kilku minutach Horski wszedł, odrazu usiadł przy niej.
Patrzał na nią jak jej się zdawało sarkastycznie.
— Cóż, dużo pani wygrała?...
— Eh! niech pan nie wspomina.
— Przegrała pani zatem?... Co?...
— Właśnie, że nie. Ograbiłam bezczelnie cały stół... Przełożyłam karty i wszystkim przyniosłam nieszczęście, prócz sobie. To fatalizm!
— I gotowa pani płakać z tego powodu, że zostawiła tam tylu nędzarzy.
— Niechże pan nie żartuje. Mnie jest ogromnie przykro.
— I mnie było przykro, patrząc na panią.
Andzia zmieszała się.
— Dlaczego?...
— Hm... tak, zepsuło mi to panią...
— Już drugi raz słyszę to od pana. Ale najpierw nie zależy mi na tem, aby się panu podobać, a po drugie... cóż ja takiego robiłam?
— Och... nic nadzwyczajnego, nikt za to nie potępia, przeciwnie tu się nawet zyskuje w ten sposób, dowodem pani wygrana. Dlaczego jednak uciekła pani stamtąd... aż tu?.
— Mówiłam już panu.
— Aha, ograbiła pani grających i kasę... i... zrobiło się przykro?... Niech pani się nie lęka, Blanc nie zbankrutuje, a krupierzy wcale nie są zmartwieni... owszem cieszą się...
— Panie Horski, do czego pan zmierza?...
— Chciałem powiedzieć, że tylko gracze... te stare jędze są poszkodowane, ale to zwykły los grających, to nie wina pani.
Patrzała na niego badawczo. Jego twarz nic nie wyrażała, palcami obracał i i przewracał dziennik, oczy mając skierowane w głąb sali.
— Pan nie mówi wszystkiego... ja chcę wiedzieć o co panu chodzi?
— Nic pani wszakże na tem nie zależy, ani... mnie ostatecznie.
— Więc pan nie powie?...
Zwrócił na nią zimne oczy.
— Co mianowicie?...
Andzia drżała, rozdrażniona niesłychanie.
— No, to... to... co pan zaczął... Dlaczego było panu przykro... patrząc na mnie?...
— Powtarzam... zepsuło mi to panią...
— Ach, jakiż pan nieznośny! Więc dlaczego zepsuło?... — wybuchnęła.
— Hm... ci państwo, tam na środku, myślą, że się kłócimy...
— Pójdę sobie! Tak najlepiej.
Wstała, on ją zatrzymał ująwszy delikatnie za rękę.
— Niech pani siada i posłucha. Skoro pani... zależy... na mojem zdaniu, zatem powiem.
Puścił jej rękę, oparł się łokciem o stolik z dziennikami, i pochylony ku niej lekko, mówił głosem przyciszonym, patrząc na nią łagodnie...
— Pani nie zna Kasyna, ludzi tutejszych... różnych spekulacyj... Tymczasem wszystko to istnieje i dla pani wyłącznie ani myśli się przeistaczać. Siła leży po ich stronie, oni tu nadają prawa i ton, nie pani. Wolno się do nich stosować lubi nie. Pani dziś była zastosowaną.
— Nie rozumiem! Jakim sposobem?... Dlaczego?... — pykała gorączkowo.
— Jest pani młodą i... niezwykle piękną... widują panią niedawno w towarzystwie... znanem tu dobrze. O tem, że pani jest Tarłówną z Wołynia, nikt nie wie, pomijam osoby wtajemniczone, oczywiście. Ale wiedzą, że Nordica buja po świecie i samotnym być nie lubi, protegując wolną miłość, jego zaś żona bawi się w Monte-Carlo... bardzo wesoło... za jego przykładem. Duc d‘Escars zostawił w Kasynie swoje miljony. Lwią część zabrały... kokoty. Mogę mówić otwarcie, nie jest pani dzieckiem, chociaż czasem zdaje się niem być — blady uśmiech na ustach.
...Więc d‘Escars ma już tu swe zasługi... kampanję skończył, lecz nie zeszedł z pola... pośrednio jeszcze tkwi, sam nie gra... ale wciąga. Humbert właśnie teraz debiutuje; powodzenie duże, większe u kobiet, mniejsze w grze, to właśnie cechuje kasynowych ulubieńców. Ale płynie całą parą, tutta la forza, wszystkie maszty rozwiane, pojemność ogromna... Hm... Nordica to także viveur pośledniego gatunku..,
— Zaczynam rozumieć i... — szepnęła Andzia stroskana, nie dokończywszy myśli.
Horski kontynuował.
— Otóż przy stole gry zjawia się d‘Escars, gladjator dymisjonowany, ale tolerowany; pozwalają mu wykłówać kartki, wyszukiwać systemy gry... to zachęca.
... Drugi, Nordica z wyłączną reputacją. Dalej hrabia Humbert, obecny szermierz, wiele obiecujący, już trochę zasłużony... z właściwą opinją w Kasynie. Pośród nich ukazuje się młoda, piękna osoba. Ktoś nowy. Ubrana wykwintnie, że skromnie, to nic, perły na szyi bardzo cenne. Młoda osoba zaczyna grać, stary i nowy szermierz stoją za nią i... doradzają. Doskonale!... Gra bierze ją, rozpala... Jeszcze lepiej!... oznaka namiętności...
... Przegrywa, to ją rozgorączkowuje, podnieca silniej. Teraz niechże wygra biedactwo... trzeba zachęcić... To daje znakomite rezultaty na przyszłość. Kasyno nie darowuje pieniędzy, pożycza tylko na przynętę. Młoda osoba wkrótce przegra wszystko i innych wciągnie. Kasyno ma zysk. Taki manewr opłaca się.
— Panie Horski, w trente et quarente nie może być oszustwa. To nie ruleta.
— Wszystko mi jedno, ja stwierdzam fakt, że widziano panią z tymi panami. Krupierzy byli bardzo dla pani uprzejmi.... Teraz przy każdym stole może być pani pewną najmilszych uśmiechów tych... dygnitarzy.
— Taki nabytek jak pani robi tu wrażenie, towarzystwo zaś tamtych panów pogłębia nadzieję, że to istotnie... nowy nabytek. Uważałem na krupierów, są pewni, że złota rybka nadpłynęła z falą do progów Kasyna, taka co nie tylko wędkę pana Blanca sama uchwyci, ale poda ją innym, najgrubszym wielorybom i pociągnie. Złota, nie koniecznie w znaczeniu dosłownem, uroda więcej znaczy, bo większą ilość takich wędek rozrzucić potrafi. Wasza grupa przy stole zrobiła wrażenie, profesorów, ucznia zaawansowanego, w pełni powodzenia i nowicjusza... który ma największą władzę.
— Dosyć panie Horski, już dosyć. Rozumiem wszystko i tak mi bardzo... bardzo smutno. Tak źle.
— No, cóż znowu?.. — spytał łagodnie.
Żywo podała mu rękę.
— Dziękuję panu za ostrzeżenie, z całej duszy dziękuję. Ja tu... prawie sama, nikt mnie nie przestrzegł o... podłościach. Czasem własny instynkt mnie obroni... dziś i on zawiódł.
Horski przez krótki moment popieścił jej rękę, poczem wolno podniósł do ust.
— Ależ panie! — rozejrzała się z przestrachem, zaczerwieniona gwałtownie.
— Sala zbadana. Wszyscy wyszli, jesteśmy sami.
Tak to zabawnie powiedział, że Andzia pomimo zmieszania, zaśmiała się.
— Więc chodźmy i my. Jestem panu bardzo, bardzo wdzięczna.
— Och... był moment... jednakże...
— Pan myślał, że się obrażę?... Nie wiedziałam powodu pańskiej wymówki, nie odczułam przez nieświadomość swej nierozwagi, tam, przy stole gry.
Wyszli z czytelni. Schodzili razem po schodach w dół, do atrium. Andzia odwróciła się do Horskiego z uśmieszkiem, który miał w sobie odrobinę zalotności.
— Czy już jestem w opinji pańskiej... naprawioną?..
— Najzupełniej. Zresztą ten nietoperzyk psujący mi panią, nie dotknął bezpośrednio jej samej, tylko zaćmiewał orbitę pani, jej aureolę.
Nagle przystanął i spytał z kolei.
— Teraz jabym pragnął pewnego wyjaśnienia, bo mnie niepokoi... początek był taki: „najpierw nie zależy mi na tem, aby się panu...“
— Panie, na Boga, dość wyjaśnień!
Zbiegła prędko ze schodów. On szedł za nią i patrzał, na twarzy drgnęło mu parę muskułów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Andzia wracała do willi Nordiców razem z nimi. Nie odpowiadała na zaczepki Roberta, drażniły ją dowcipy Lory. Poczuła nagły wstręt do tej pary. Ogarniał ją przesyt i nuda. Dość tych zabaw czczych, tej bezmyślnej włóczęgi z ludźmi, którzy jedno tylko mają na myśli upijanie się najwyskokowszemi narkotykami życia. To co ich bawiło, ją zawstydzało, co podnietą było dla nich, ją przejmowało obrzydzeniem, wzgardą. A jednak wciągnęli ją w swój wir. Dlaczego pozwoliła się opętać i nie otrząśnie z siebie bierności z jaką przebywa wśród nich?... Bo nie z zapałem wszakże. Oni nie nęcą, nie wabią, oni ją tylko trzymają.
Ale jakież tego skutki?... Ich towarzystwo naraża ją na podejrzenie, że jest ich pokroju.
To co mówił Horski jest słusznem. W tem środowisku hazardu, namiętności, w tej jaskini swobodnych obyczajów i kobiet lekkich, tu gdzie na każdą kobietę młodą i piękną można patrzeć z zastrzeżeniem, tu trzeba uważać niemal na każdy krok, by nie był fałszywie zrozumianym. Szczególnie, gdy się przebywa w towarzystwie, które niema tu solidnej marki...
...Poco ja tu przyjechałam?... Mogłam się po Lorce wszystkiego spodziewać.
Horski ma słuszność. Ukazanie się z tymi dwoma, skoro oni mają taką opinję, jak mówił Oskar, mogło skompromitować. Gra pociąga, gdy się jej raz spróbuje, to się grzęźnie... Nie trzeba było zapalać się, nie słuchać rad starego manjaka i zblazowanego Włocha. Co sobie myśleli o niej ci wszyscy przy stole i krupierzy?... Ach, jakież nienawistne oczy starych kobiet przy stole, roznamiętnionych, złych za przegrywanie. Może i one kiedyś były młode, piękne, sypiące złotem... jak Lora.
... Jak ona sama dziś... w otoczeniu tych obrzydłych komplemencistów.
...Złota rybka, nowy nabytek...
Tarłówna wstrząsnęła się od ohydy. Uczuła gniew na siebie.
...Nigdy już, nigdy nie będzie grała. Lecz nie, wygrane pieniądze palą ją. Jutro umyślnie przyjdzie z Lińcią, stanie przy tym samym stole i wszystko przegra, co do centima, będzie tak manewrowała, żeby tylko przegrywać, nie chce tych pieniędzy. Kasyno pożycza pieniądze nie zaś daje, więc ona odda swoją pożyczkę kasie. Może lepiej sumę tę, dość grubą zawieść do kraju i zużytkować na jakiś cel dobroczynny?... — błysnęła myśl. Nie, za nic! Taką samą sumę już dziś przeznacza na cel pożyteczny w Toporzyskach lub w Wilczurach, ale te pieniądze odda wszystkie nietknięte.
I już nigdy więcej do gry nikt jej nie namówi... Trzeba stronić od tych ludzi...
Zatęskniła za wycieczkami z Horskim tylko i Eweliną. On jest inny niż ci wszyscy, on jednak odczuł niewłaściwe światło, w które weszła, on ją przestrzegł, ocucił.
Czemuż Lora nie dbała o to?... aby jej przyszła bratowa... ha, ha! — sarknęło w duszy Andzi. Bratowa... Lory!... Lora miała jej bronić przed własnym środowiskiem, a wszak ona ją sama wciągała...
Tylko Horski, on jest jej dobrym duchem opiekuńczym. On jej sprzyja serdecznie jak przyjaciel.
Pierwszy raz Anna była pod wrażeniem Horskiego, ale tak wątło i mgliście zaznaczonem, że sama się nie orjentowała w tym odcieniu psychicznym, wrażenie biorąc za wdzięczność....
Gdy weszła do swego pokoju ujrzała odrazu, na biureczku list w błękitno-pastelowej kopercie. Usta Andzi zacisnęły się. Jednocześnie, z drugiego pokoju rozległ się głos panny Niemojskiej.
— Anulko, ja już się położyłam, okropnie długo siedzieliście, byłam już niespokojna. Jest do ciebie list... od Jana.
— Widzę go.
Tarłówna wzięła kopertę i zaśmiała się sarkastycznie.
— Niebieski kolorek!... Jakaż niewinność! szkoda, że jeszcze niema winietki z konwalijką, albo gołąbków całujących się, lub splecionych rączek...
— Hańdziu! — jęknęła stara panna
Tarłówna rozbierała się wolno, ociągając chwilę czytania listu.
..Obowiązkowe „muszę“, „kajdanki żelazne...“, zaszeptał w wyobraźni głos Horskiego.
Rzuciła się na łóżko, rozerwała kopertę.
„Umiłowana moja dziecino!“
...Cóż za patryjarchalność!... — zaśmiała się ironicznie.
„Nie mogę doczekać się listu od Ciebie, a tak mi tego pokarmu potrzeba. Jestem spragniony Twego widoku i słów Twoich. Lora mnie zaprasza, abym przyjechał, ale od Ciebie czekam słówka zachęty, ty nie piszesz, nie wzywasz mnie, więc nie jadę...
„Pracuję w Smoczewie, aby jako tako uporządkować przyszłą siedzibę naszą, bo wszak tu zamieszkasz ze mną, tu rozjaśnisz mi dom, moja ty anielska dziewczynko, moja gwiazdeczko jasna... Ponury jest mój dom, ale Ty go opromienisz, Ty oprzędziesz go szczęśliwością...
— Jezus Marja! Jezus Marja! — jęczała cicho Andzia zakrywając oczy.
Usta jej bladły jak konający kwiat. Czytała dalej:
„Myśl o tem szczęściu dodaje mi otuchy w mej samotni i dźwiga w pracy.
„Gospodaruję w Smoczewie i uczę się sam, studjuję, bo... do uniwersytetu jechać nie mogę... Ty wiesz. Zresztą umysł mam przepełniony Tobą i myślą o naszem przyszłem życiu we dwoje. W wizjach swych widuję ciebie jak żywą, jak na jawie i wówczas płaczę ze szczęścia, że Ty masz być małżonką moją, duszą mojej duszy, moim aniołem,... gołąbko moja biała...
— Ha... ha! A co! gołąbka nieodzowna! Ach Boże! — głośno krzyknęła Andzia ze śmiechem i zachłysnęła się łzami.
— Boże... Boże... czyż on nie wie, czyż on nie czuje, że ja? Jak on może tak pisać... tak marzyć... Och litości... litości! — szeptała boleśnie ze strasznym szlochem w piersi.
Przebiegła wzrokiem parę stronic. Same elegje, miłosne jęki.
... Nie warto czytać. Kocha jak baba, jak pensjonarka. Cóż tam jeszcze?...
„Już jest marzec, zbliża się wiosna a z nią szczęście bez granic. Moja Andziuleńko!... bo wszak chyba już napewno ślub nasz odbędzie się na wiosnę, w rok od chwili, gdy nas mama pobłogosławiła. Wracaj słodka moja ptaszynko, czekam z tęsknotą bez granic. A może mi każesz przyjechać po siebie?... moja pieszczotko... Pisz kiedy wracasz, a wracaj co najrychlej. Najdroższa moja... żonusiu...“
— Jak on śmie, jak on śmie!...
Andzia wyskoczyła z łóżka, boso przebiegła pokój kilkakrotnie, wzburzona do głębi duszy, gniewna.
— Co tobie Anuś?... — zawołała panna Ewelina.
Nie odpowiedziała. Dopadła do szuflady biurka i wyjęła szkatułkę oksydowaną, otworzyła ją. Kupka listów Andrzeja, zeschłe kwiaty, fotografje jego i Prokopyszcz.
Wyjęła jeden list, pierwszy z brzegu.
Męski, silny charakter pisma.
„ Najdroższa dziewczyno moja!
... Nie drobienie damskie Jana i nie błękitna kopertka.
Wysyłam Fedora z listem, on najprędzej stanie w Turzerogach, chcę aby dziś słowa moje ukołysały cię do snu. Pamiętasz, jak ci śpiewałem nad Słuczą?...

„ Hańdzia ubka, Hańdzia duszka
Hańdzia cacy mołoduszka“.


„Śpiewam to samo teraz, gdy ten list czytasz. Czyś mnie napoiła „lubystkoj, czy czarami, czy słodkiemi oczami“ nie wiem? To tylko fakt, że oczy Twoje mam ciągle przed sobą. Czarownico moja! Kraśne usta Twe całuję i tulę ciebie do mej piersi miłującej szalenie. Jutro przyjadę na Watażce, przypomnimy sobie stajenkę Grześka. Hej Hańdziu! Skruszę cię w swych ramionach. A gdy będziesz moją.... Ratujcie mnie Anieli! Oszaleję do reszty. Za tydzień obławy w Wilczarach, co dzień będę cię widział, a za trzy tygodnie... moja Hańdzia! Wycałowuję Ci oczy, włosy i łapięta, z ust twych spijam upojenie i szał.
Dobranoc Hańdziuś mój

Twój Jędrek.“

— Chryste! Chryste!... po tamtym ten!... Po Jędrku... ten... ten...
Płacz okrutny buchnął z jej piersi. Zaniosła się łkaniem.
Panna Ewelina przerażona, przybiegła w jakiejś chustce narzuconej naprędce. Okrzyk Andzi zrozumiała i on ją poderwał z łóżka.
— Dziecko moje!
Andzia ze szlochaniem rzuciła się jej na szyję.
— Lińciu za nic, za nic! Ja nie mogę, nie chcę być jego żoną! To barbarzyństwo, to grób za życia1... On tego nie rozumie?... Czyż on taki.... głupi!...
— Aneczko uspokój się. Co on ci tam napisał, czegóż tak rozpaczasz?...
— Ślub na wiosnę, słyszysz? na wiosnę, już ta męka... przysięgłam ciotce. Chryste!... Jak ja mogłam to zrobić!? Ja się zabiję... Andrzeja mi wydarto, a tego mi dają. Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!...
Zaczęła się śmiać jakimś szalonym śmiechem, tak okropnym, że panna Niemojska zdrętwiała. Nie mogła jej uspokoić, bała się by kto w domu nie usłyszał i aby Lora nie nadeszła. Stara nauczycielka cuciła Andzię wodą, całowała ją po rękach, błagała o uspokojenie i wreszcie udało jej się Andzię uciszyć.
Dziewczyna padła na łóżko pół przytomna. Panna Niemojska uklękła przy niej.
— Anuśko najdroższa, bądź spokojna, wrócimy do kraju kiedy zechcesz, nikt nie nagli, nikt, dziecko drogie! Baw się tu i siedźmy dotąd, aż sama zechcesz wyjechać. Ja odpiszę do Jana, wytłumaczę mu... że... męczyć ciebie nie można, że... te projekty za wczesne... Ja napiszę...
Panna Ewelina nie wiedziała co mówić, jak się zachować.
Andzia podniosła się z pościeli, pochyliła do klęczącej twarz bladą i łzami zalaną i szepnęła z bolesnem skrzywieniem ust, co miało być uśmiechem.
— Nie pisz Lińciu, nic nie pisz... bo... ja... wrócę tam... muszę... muszę... i za Jana... wyjdę... przysięgłam... wyjdę!... Tylko... jeszcze trochę... odrobinę... swobody. Nie pisz Lińciu, poco go ranić... on nie winien... on kocha. Będę, będę... jego żoną. On wie, że... muszę. Dla mnie już nic... nic... wszystko jedno... a on kocha i wie, że... muszę...
Pannie Ewelinie krajało się serce, patrząc na uśmiech Andzi tragiczny i na jej cudnie piękne, łzami niedoli zalane oczy...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przez parę dni następnych Tarłówna nie opuszczała swego pokoju, nikogo nie chcąc widywać prócz Eweliny. Lora dopytująca się co zaszło, denerwowała Andzię, ale nie powiedziano jej prawdy.
Panna Niemojska chciała wyjawić wszystko pani von Bredov, aby przez nią uprzedzić Jana o niechęci Andzi względem zamierzonego z nim małżeństwa. Lecz Anna nie pozwoliła na to.
— Nie można mówić, to jego siostra i, jeśli sama nie odczuwa mej rozpaczy, ja jej demonstrować nie będę. Wyjdę za Jana, chybaby on sam zwolnił mnie z przysięgi, danej jego matce. On mógłby to zrobić, ja... nie mogę — odpowiadała Tarłówna na wszelkie projekty Eweliny.
Nordica i Humbert dobijali się do Andzi daremnie.
Ewelina mówiła wszystkim, że jest cierpiącą. Przyszedł i Horski, zbyła go w ten sam sposób. Ale nie poprzestał na tem, wypatrzył czas, kiedy nikogo w willi nie było, prócz Andzi i Eweliny. Postarał się o chwilę rozmowy z Niemojską i ta pod wpływem jego szczerej troskliwości o Andzię, wypowiedziała całą prawdę.
— Jakże się pani na to zapatruje? — spytał Horski.
— Chyba nie można wątpić, że pragnę tylko jej szczęścia, ale z Janem mieć go nie będzie. Ufam, że jakiś cud uratuje ją od tego małżeństwa nieszczęsnego, bo sama nie zerwie. Jedynie cud.
— Pewnie archanioł zleci z nieba na ratunek, albo święty Jerzy z mieczem ognistym... Widziałem gdzieś taki obraz; ś-ty Jerzy zwalcza smoka. Tu rolę smoka ma pan Smoczyński, ale skąd wziąć świętego tak na zawołanie. Hm!...
— Pan sobie żartuje, a to jest sprawa bardzo poważna — rzekła Ewelina z urazą.
— Wiem pani, to jest nawet kwestja całego życia panny Anny i dziwi mnie, że oczekujecie cudu, mając taki proste wyjście.
— Jakież, panie mój?... Jakie?...
— Zerwać z panem Smoczyńskim, obejdzie się bez interwencji cudu. Panna Anna sama powinna to zrobić, skoro nie czuje odwagi do tego małżeństwa.
— A tak! Niech pan przekona Andzię. Niech jej pan wytłumaczy.
— Ja nie mam do tego prawa, ale gdybym je osiągnął...
Myśl swoją zawiesił w powietrzu. Ewelina spojrzała na niego zdziwiona.
Horski wkrótce pożegnał ją. Wychodząc z willi był zamyślony, jak zawsze zimny i obojętny. Lecz ktoby go znał bliżej, ten by dostrzegł w wyrazie jego twarzy jak i w całej postaci pewien odcień tryumfu. Uśmiech wesoło szyderski mignął na jego wargach... błysnęła myśl:
...Strzeż się panie Smoczyński... albowiem święty Jerzy może objawić się... w Monte-Carlo....






IX.
Męty.

Po wyjściu Horskiego Ewelina zastanowiła się głęboko.
... On jest zajęty Andzią...
Ten pewnik był rezultatem rozmyślań starej panny. Postanowiła zwrócić na Oskara baczniejszą uwagę i trochę się o nim wywiedzieć. Jej osobiście Horski podobał się; wykwintny pan, światowy, zbytnio czasem ironiczny i zdaje się bezbożnik. To w dzisiejszych czasach nie liczy się za wielki grzech, (panna Niemojska chciała być pobłażliwą), ale zawsze lepiejby było, żeby Horski z większym szacunkiem odzywał się o archaniołach i nie krytykował księży, zacząwszy od Watykanu, jak on to czynił. Ewelina przypomniała sobie jak raz w czytelni kasynowej, gdzie byli razem z Horskim, przeglądając pisma Oskar pokazał Andzi illustrację jakiejś uroczystości w Watykanie. Nieśli tam papieża na tronie, w tjarze, w otoczeniu niezliczonej, strojnej świty, mnóstwa księży i kardynałów. Horski spytał Tarłówny:
— Jakie to na pani robi wrażenie?...
I nie czekając na zdanie Andzi, rzekł ze swą częstą ironją na ustach.
— Pani naturalnie odpowie ze stanowiska katoliczki. Ja osobiście uważam zbytki watykańskie i te parady, przepych, ceremonje za pospolitowanie boskich tradycji, o ile one istnieją, czysto ludzkiemi naleciałościami. Jeśli papież ma być następcą Piotra Apostoła, skromnego rybaka, to niechże nie rywalizuje z królewską pompą. To mu nie dodaje majestatu, lecz go rozprasza, imponuje zaś chyba tylko bardzo płytkim umysłom. Nie uznaję dogmatu watykańskiego soboru.
Andzia spytała go wówczas.
— Pan zatem należałby w Rzymie do świata białych?...
A na to Horski.
— Tak pani, wolę być najluźniejszym z białych, niż kolorowym w czarnej sukni, jakich jest bardzo wielu wśród nich — wskazał szeregi księży na illustracji. — Bo gdy się czasem rąbek takiej wierzchniej szatki odchyli, wyziera arlekinada i wówczas bywa mniej ślicznie.
Panna Ewelina zapamiętała te bluźnierstwa, czuła by się jednak spokojniejszą, gdyby Horski był czarny.
Tarłówna powróciwszy do ludzi, po swych samotnych rozmyślaniach wpadła znowu w wir zabawy, hulaszczy trochę. Tylko już nie grała w Kasynie, oddawszy jego kasie całą poprzednio wygraną sumę.
Rzuciła ją na stół trent‘a jednym zamachem, wiedząc, że przegra na czarnym, podczas dużej serji koloru czerwonego.
Wówczas zobaczyła znowu nieznajomego mężczyznę o chytrej twarzy, który gładząc długie wąsy, przypatrywał jej się bacznie. Uważa na każdy jej ruch.
Andzię porwał gniew gwłtowny. Zmierzyła natręta ostrem spojrzeniem z powtórnem, jakoby wewnętrznem przekonaniem,, że to jest jakiś szpieg na nią nasłany.
Z ulgą wyszła z Kasyna, by więcej nie wracać.
Projektowane wycieczki z Horskim nie udawały się. Nordica był ciągle i roztaczał swój wpływ na towarzystwo, któremu i Andzia poddawała się mimowoli. Chciała oszołomić swój umysł, zatonąć w chaosie, skąd za kilka tygodni wypłynąć miała na ponure horyzonty swego przeznaczenia. Postanowiła bowiem nieodwołalnie, na Wielkanoc wracać do kraju i poślubić Jana.
Niech się to raz spełni. A teraz pić, pić z zachłannością musujący szampan zabawy, swobody, który nie czaruje, ale daje zapomnienie.
Będzie czas na ocknięcie się, straszna szarzyzna jej życia, leży przed nią i czeka na nią. Jak kiedyś we śnie w Wilczarach, gdy po rozpłyniętym, purpurowym kwiecie, szare, błotne otoczyły ją rozłogi. Śpiewały nad nią sonety chóry jakieś nieziemskie, lecz u stóp jej leżał zwój pergaminu z treścią jej życia i dewizą jego — Miej Boga w sercu...
...Miej Boga w sercu, Hańdziu — wołało w duszy jej pełnej żalu.
Napróżno! Jakieś szatańskie porywy chwytały ją w swe szpony.
Bawić się, szaleć, warjować.
Odpisała do Jana krótko, zapewniła o swym przyjeździe i o ślubie. Wyrywała słowa z siebie z taką męką, jakby kawałkując własne serce, z rozkoszą tyrańską patrząc na ociekającą krew.
Gdy list został wysłany, opanowała Andzię rozpacz, chciała cofać go telegraficznie z ostatniej poczty. Poco Jana upewniać, niech by on wiedział, że ona się waha, że dotrzymanie przysięgi to dla niej niemal śmierć. Poco było nowe dawać mu nadzieje?
Anna cierpiała strasznie, nawet nie przeczuwając, że list jej pełen obietnic, zrezygnowany i łagodny, był jednakże negatywą jej zapewnień, którą łatwo można dostrzec między wierszami. To co starała się uczynić dla Janą jasnem to w słowach jej, niby na kliszy, odbiło się bardzo ciemno. Andzia pisząc pod dyktandem silnej woli i obowiązku, do którego w sumieniu swem poczuwała się, nie spostrzegła, że dusza jej krzycząca protestem, każde słowo listu natchnęła tragizmem. Nie można go było wyczytać, ale się go czuło. Styl, ton, zdania, wyrazy w liście zawarte, dążyły do Jana razem z tchnieniem jej ducha, bezświadomym, subtelnością swą przeczącym plastyce słów. List poszedł. Tarłówna chciała pozyskać spokój choćby chwilowy; bawiła się.
Horski oblegał ją zręcznie, Nordica i Humbert natarczywie, zagłuszali sobą starania Horskiego. Andzia ich nie odczuwała. Oskar był w jej oczach dobrym przyjacielem, godnym szacunku, ufała mu i lubiła go bardzo bez najmniejszych podejrzeń. O tem, że i on chciał ją zdobyć dla siebie nie przyszło jej nawet na myśl.
Chwilowe wrażenie, odniesione po rozmowie z nim w czytelni Kasynowej, powtórzyło się parokrotnie, zawsze na krótko i tłumaczone zaufaniem, wdzięcznością dla niego. W takich momentach Horski widywał w niej lekką kokieterję względem siebie, zupełnie bezwiedną, będącą jakby skupieniem jej wdzięku przyrodzonego. To go podniecało silniej. Czuł się na dobrej drodze do swego celu, tembardziej, że konkury Humberta Andzia przyjmowała z pogardą; lekceważyła Włocha, traktując Nordicę w podobny sposób, nieco delikatniej ze względu na Lorę. Było to zbyteczne, bo Robert od żony nic lepszego nie otrzymywał, sam zaś postępował zupełnie dowolnie, nie licząc się z nią. Teraz zapałał do Andzi, okazując jej swe zachwyty bardzo wyraźnie.
Anna w zabawach różnych i wesołości własnej umiała wybornie zachować miarę, co krępowało obu panów, ale dostosowywali się do jej wymagań z pozorną tożsamością etyki, byle nie spłoszyć ofiary. Wyglądało to na skradanie się ciche lampartów, by nie zbudzić czujności gazelli, na którą obaj urządzili zasadzkę. Horski był trochę w roli strzelca, widocznego dla drapieżników, lecz w postawie niepewnej... śpi czy czuwa?... Ostrożność zachowywano z obu stron.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pewnego wieczoru po odbytej wycieczce statkiem, na morzu, Andzia i Ewelina powróciły do domu. Horski pożegnał się z niemi do następnego dnia.
Wkrótce po odejściu Horskiego Nordica zaczął namawiać panie, na spacer samochodem przy księżycu, korzystał z nieobecności Horskiego, ale postępował tak, aby Andzia nie domysliła się tego. Ponieważ noc była wyjątkowo piękna, Anna zaś podniecona wycieczką morską, projekt został przyjęty chętnie, tylko panna Ewelina odmówiła stanowczo swegoi udziału, co właśnie uradowało Roberta nadzwyczajnie.
Prosił ją, mizdrzył się, całował po rękach, nalegając by jechała, wiedział, że nie pojedzie, bo już na morzu panna Ewelina czuła się nie dobrze i wzdychała do łóżka.
Pojechali we troje, Lora z mężem i Anna. Drogą wśród gór nad Monte-Carlo, samojazd mknął z chyżością jaskółki, przepaście i skały oświetlone jaśnią matowo-błękitnawą księżyca w pełni upajały Andzię swą nastrojowością. Lora była także jakby senna, tylko Nordica rozgadany wpatrywał się w Tarłównę z lubością zmysłową. Znajdował ją co raz piękniejszą. Podniecenie i walka w duszy Andzi zawarta cieniowała jej urodę najczarowniejszym retuszem. Ale na jej duchowości Nordica nie umiał się poznać, brał wszystko ze strony zmysłowej, lubieżnik ten był przekonany, że to on właśnie działa na dziewczynę pobudzająco, że drażni jej pragnienia. Wlepiał w nią swe czarne gałki oczów, których dominującym wyrazem była zwierzęca namiętność.
Andzia zwykle spostrzegłszy jego wzrok na sobie odwracała oczy ze wstrętem. Robert rozumiał to inaczej, że nie może znieść jego spojrzenia, bojąc się siły jego uroku.
W takich razach stawał się natarczywszym. Na spacerze w górach Anna nie widziała go prawie przed sobą, zatonęła oczyma w widokach fantastycznych przy świetle pełni, i duszą nie odrywała się od nich. Marzyła o baśniach dziwacznych, własne rojenia tworząc wśród skał rdzawych. Ogarniała ją fantazja gór, nieokreślona a silna, chciałaby śpiewać o górach, na szczytach rwać szarotki, błądzić w pieczarach, zaglądać do orlich gniazd. Samej stać się orłem na wirchach, widzieć zdala siedziby ludzkie, ale ich nie dotykać skrzydłami. Czy jednak wytrzymałaby teraz bez ludzi, samotnie?... Och nie, nie! Gdybyż naprawdę ulec metamorfozie zupełnej, zabić wspomnienia, tęsknotę zamienić w błogi spokój teraźniejszości i w nim trwać. Przeszłość i przyszłość wyrwać z mózgu na zawsze. Wtedy unikać ludzi, wtedy dążyć na szczyty skał, bratać się z orłami, żyć ich życiem, bujać wśród natury, samotnie. Dziś nie można, trzeba jeszcze gwaru, zabawy, w tem zanurza się wszystkie bóle, to koi żal.
— Patrz Andziu, na tę dolinę pod nami, jakaś mała woda migoce i tak tu jest dziwnie liljowo, drobne krzaczki czegoś tam i kamienie, jak kępy na moczarach...
Głos Lory rozwlekły dziwnie, wpłynął do ucha Andzi i wywołał lekki niepokój. Odwróciła głowę. Dolina zalana liljową poświatą, przypomina coś, opadają jakieś mgły, wyłania się mętne, mętne wspomnienie...
— Krasna duszohuba — mówi Lora.
Tarłówna zatrzęsła się.
— A... tak... Krasna duszohuba...
— To jakby wizja tamtej, wizja nigdy nie bywa zbyt plastyczną. Ale złudzenie jest, prawda Andziu?... Ranek o świcie ma moczarach... Widzę ten obraz jak na jawie, nie wymienię osób, ale mam w oczach naszą gromadkę. Jakaż różnica teraz. Może tylko jeden stary Grześko nie uległ zmianie...
Lora umilkła, Andzia oddychała szybko. Nordica wsłuchiwał się nie rozumiejąc ani słowa.
— Dziwna rzecz... Krasna duszohuba... i zgubiła dwie dusze; zatrata dla jednej, otchłań dla drugiej, przez to spotkanie... A takie były piękne pierwsze chwile takie... krasne. Żyliście w liljowo-purpurowym blasku, lecz jakby na moczarach, wchłonęły was; jego na wieki... ciebie zatopiły w kałużach męczarni...
— Lorko przestań! Nie wywołuj tych wizji.
— A pamiętasz Hańdziu obóz cygański?... szatry, Makruna. Ja pamiętam wybornie: „mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie... szeroko i cudnie... krew zahuczy to i złota dorzuci... Ferdu, ferdu!... ot taka... cygańska dola...“.
Każde słowo mówione było ciszej, rozwlekłej, ostatnie wyszło z ust kobiety jak szmer leciuchny... Lora westchnęła.
— Mądra baba... worożycha! — zawołała nagle śmiejąc się.
Andzia patrzała na nią ze zdumieniem i trwogą. Więc ona sama przyznaje?... więc i tu wróżba... spełniona?...
W tem rzekł Nordica.
— Kazałem szoferowi zawracać do Monte. Panie się rozmarzają, a ja nawet nie wiem, na jakiem tle ten romantyzm. Muszę się uczyć po polsku. Już jeśli Lora marzy, musi to być niezwykły temat. Powtórzcie mi go panie.
— Nie dorosłeś do tego Berti.
— W takim razie teraz mój benefis, jedziemy do The Austria na bibę.
— Gdzie to jest i co to jest? — pytała Anna.
— To sobie restauracja, á la kabaret, od północy dopiero ma rację bytu, wesoły zakątek, zabawny.
— Jabym wolała jechać do domu i proszę mnie tam odwieść.
— Jedź Anuś z nami. Nie puścimy cię. Wcale miła dziura ta restauracja. Muzyka gra, tańce, szampana trzeba pić koniecznie, taki zwyczaj. Zabawimy się, utoną nasze marzenia.
Andzia uczuła się dotkniętą. „Nasze“ czyż skala jej marzeń i wspomnień może się równać z marzeniami Lory?...
Stanęli przed kawiarnią u stóp kolejki zębatej. Weszli, witani ukłonami szwajcara i kelnerów u wejścia. Niezbyt duża, niska sala od razu niepodobała się Tarłównie. Pod ścianami stoliki, w głębi orkiestra, bufet, perspektywa powiększona złudnie przez wielkie zwierciadło.
Na środku sali kręciło się kilka par tańcząc walca, kobiety malowane, w strojach ekscentrycznych kręciły się same z sobą.
Andzia uczuła niesmak, wionął na nią z tej sali jakiś zaduch obcy nieznany jej dotąd. Nordicowie chcieli iść w głąb sali, do pustego stolika, lecz Tarłówna usiadła przy pierwszym z brzegu, obok wejścia, poza klombem roślin egzotycznych.
— Dalej nie pójdę.
Musieli się zgodzić, Robert był nie rad.
— W takim kącie?... jakaż tu zabawa.
Mówiąc to, usadowił się obok Andzi.
Podano szampana. Tarlówna zażądała herbaty i sandwich. Nordica oburzał się na nią, wyszukiwał najwykwintniejszych potraw w jadłospisie.
Bardzo prędko zjawił się Humbert.
Zaraz od drzwi oddając palto lokajowi, skrzywił połowę twarzy niemiłosiernym uśmiechem i podszedł krokiem pantery.
— Prawdziwa uroczystość w The Austria, rzuca pani blask na całą salę — rzekł do Andzi.
Tarłówna obraziła się, przybladła, ale nic nie odpowiedziała.
Humbert usiadł przy Lorze, zaczęli szeptać.
Anna patrzała na tańczące dziewczyny, na ich ruchy lubieżne. Twarze niektórych prawie dziecinne, pod warstwą szminek, różów, uśmiechały się wyzywająco, lub sentymentalnie, oczy za mgłą wyczerpania zmysłowego, czasem dzikie, rozbestwione, czasem żałosne, przeważnie z wyrazem jagnięcej głupoty. Jedna brunetka, tęga, z ustami szeroko wywiniętemi tańczyła w luźnej tiunice podpasanej w stanie. Rzucała kędzierzawą głową, wydając w tańcu okrzyki mające illustrować temperament. Kilka było naprawdę ładnych i młodziutkich. Andzia patrzała na nie z przerażeniem w duszy. Wstręt najgorszy uczuła ujrzawszy jedną, nie młodą już, okropnie wymalowaną, w stroju małej dziewczynki; sukienka do kolan, dziecinnego kroju nisko opasana szarfą, z dużą kokardą z tyłu, warkoczyki opasywały głowę, kokardki po bokach, nogi w pantofelkach i skarpetkach, przytem twarz rozwięzłej ladacznicy. Panowie i Lora patrzyli na nią rozbawieni, śmiano się i dowcipkowano.
Geście napływali coraz nowi.
Kokoty zapraszały do stolików, narzucając się bezczelnie.
Jedna z nich, nie tańcząca w kole wodziła rej, siada bez ceremonji przy nowoprzybyłym młodzieńcu, który już miał tęgo w głowie. Pili szampana razem, on siedział niemy, jakby senny, ale jej zaczepki wywołały u niego reakcję. Zaczęły się umizgi z obu stron, co raz mniej dyplomatyczne. Andzia miała zawrót głowy, poczuła mdłości. Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego. Czy wpadła w jakiś męczący, podły sen?...
Z głębi sali buchnął śmiech rubaszny. Podniosła pół przytomne oczy. Siedział przy stoliku barczysty jegomość, wąsy wachmistrzowskie, duże i długie, mina djabła. Pochylony w tył, śmiał się z dwuch kokotek zaproszonych na kolację. Dysponowały sobie potrawy, jadły tak żarłocznie, że wesoły jegomość nie mógł się niemi nacieszyć.
— Patrzysz na tego dzika?... To nasz rodak... Polak. Przyjechał zapewne odwiedzić żonę na Riwierze i tak się zabawia... nic dziwnego, żona chora.
Tarłówna spojrzała na Lorę.
Miała cyniczny śmiech, twarz nastrojoną na ogólny ton sali.
... Polak... rodak... jakiż wstyd.
Nordicowie i Włoch jedli, pili i palili, dowcipy sypiąc podejrzane, pragnęli do swej harmonji wciągnąć i Andzię, ale ona czuła się tu intruzem zbytecznym i rażącym. Uciec stąd jaknajprędzej. Nie chciała pić szampana, nie mówiła ani słowa. Obrzydzenie rosło w niej. Doznawała wrażenia, że ugrzęzła w błocie, lepkiem, obrzydłem.
Na sali huczało od zabawy, obok siebie słyszała śmigające słowa, paliły ją wstydem.
... Jakaż ta Lora!... jakaż ta Lora!
Przyszły dwie strojne damy i siadły obok przy wolnym stoliku. Kelner zbliżył się, zagadał poufale, podał ognia do cygaretek, ponalewał wina w szklanki. Za chwilę dwie z koła tańczących podbiegły do nowoprzybyłych i zaprosiły je do tańca. Poszły bez wahania.
Andzia patrzała na to w osłupieniu, przeraziła ją myśl, że może i Lorę pociągną na środek sali, wszystkiego już mogła się spodziewać. Nordica i Humbert pili bez miary i stracili wkrótce cały ład w głowie, panowie zapomnieli o granicach stosowanych zwykłe przy Andzi.
Siedzący przy niej Nordica pochylał twarz ku niej, zionął winem i cygarami, oczy wyłupiaste za łzawą powłoką pijaństwa wgryzały się po prostu w postać Andzi, suwał pod niej wzrokiem lubieżnym, jakby zimną, wilgotną dłonią. Z drugiej strony stolika Humbert szeptał do ucha Lory, ona zanosiła się od śmiechu. Była tu w swoim żywiole.
— Pani jest piękna, pani jest bardzo piękna — mruczał Robert — stokroć piękniejsza od Lory, ona jest za duża, nazbyt rozrosła w biodrach, pani to Wenus z Milo, pani, ma ciało godne dłuta Praksitelesa... Ach czemuż nie jestem Praksitelesem, Skopasem, Fidjaszm?!... Rzeźbiłbym panią całe życie, nie oddał żadnego posągu nikomu. Ale jakbym miał żywą, prawda?.. — To już i rzeźbić nie trzeba, prawda?... Co?... moja droga pani. Co?
Andzia zmierzyła go ostrem spojrzeniem, usta miała pełne wstrętu.
— Proszę, niech się pan usunie odemnie...
— Moja droga pani, będąc tak piękną nie wolno być surową. Pani jest zazdrosną o własną urodę. Co?... Niech pani bierze przykład z Lory, to hojna kobieta, prawda?... O, jak się do niej łasi Humbert, ja wiem wszystko, ale to nic, jest piękna... trzeba darować.... Ona nie skąpi swych wdzięków, amatorów nie odpycha... Niech tak i pani robi, szkoda chować takie czary dla siebie...
— Panie Nordica, zakazuję panu mówić do mnie w ten sposób!... — zawołała oburzona.
— Pardon, pardon! Ale co ja takiego powiedziałem?... O piękności wolno zawsze mówić. Czemuż nie jestem malarzem, lub rzeźbiarzem, musiałbym wtedy panią...
Tarłówna szarpnęła się gwałtownie, jakby do ucieczki.
— Loro, wracajmy do domu albo ja sama odjadę!
Nordica złapał ją za rękę, wyrwała mu ją z gniewem.
— Niech mnie pan nie dotyka!
— Niech pani nie przeszkadza Lorze, ona grucha z Humbertem a ja z panią, pani taka piękna...
Anna nie słyszała dalszych słów Roberta, przerażonemi oczyma patrzyła na Lorę, której twarz pałała oczy rzucały ognie namiętności, usta skrzywił spazm zmysłowej podniety. Twarz Humberta przy uchu Lory była wprost straszna, satyra czy fauna rozbestwionego.
Andzia pochwyciła kilka zdań z ich rozmowy i te warem wstydu okropnego buchnęły na nią. Krew jej uderzyła do głowy.
Nordica także usłyszał zaśmiał się cynicznie.
— Ma foi, pyszna anegdotka! powtórzcie głośno, Lora jak to było. Co?...
Andzia odwróciła się całą figurą do sali, nie chciała słuchać Ale słowa bezwstydne bzykały jak osy dość głośno i dobitnie. Lora opowiadała anegdotę tak wyzutą z wszelkiej przyzwoitości, tak bezczelną, że Andzi zdawało się, iż to jest naprawdę tylko potworny sen, ogarnęło ją uczucie panicznego strachu, że słucha takich rzeczy, że mówią to przy niej... Gdyby ujrzała się nagle obnażoną, wrażenie chyba nie byłoby przykrzejsze. A Lora mówiła z zupełną swobodą. Humbert jej podpowiadał, Nordica akompanjował śmiechem.
— Słyszy pani. Co?... panno Anno to zabawne, to kolosalne... niech pani na mnie spojrzy, trzeba się śmiać. Aa... pani patrzy na tamtą parę? są w pysznej komitywie, młodzieniec się rozchmurzył. O... uszczypał ją... bravi, bravi!
W tej chwili weszło dwóch panów nowych. Rozbierali się z okryć i popatrzyli na Lorę, zerknęli na siebie, znowu na nią. Mijając stolik uśmiechnęli się do niej dyskretnie, jak dobrzy znajomi. Ona błysnęła, ku nim wzrokiem szelmoskim i cynicznie jakoś skrzywiła twarz. Andzia zdrętwiała. Nawet ona w tych uśmiechach zauważyła niedwuznaczne porozumienie się ludzi będących z sobą w najściślejszych stosunkach.
Anna zrozumiała, że już dłużej tu nie wytrzyma, ucieknie sama. Bała się tych ludzi, nie wiedząc co z sobą począć. Nordica znowu przysunął twarz do niej i szeptał coraz bezczelniej.
Nagle w drzwiach stanął Horski.
Błyskawicznie rozejrzał się po sali. Zobaczył ich wreszcie tuż obok. Popatrzał na Andzię i Roberta, ona utkwiła w Horskim oczy rozszerzone, dojrzał w nich bardzo wiele; obrazę, wstyd, wstręt, a zarazem jakby lęk i przerażenie dziecka zbłąkanego w tłumie pijanych, nieme błaganie o ratunek. Prośbę w jej źrenicach Horski wyczytał tak wyraźną, że nie potrzebował słów. Powitał wszystkich dość chłodno i zaproszony skwapliwie przez Andzię siadł obok niej z drugiej strony.
Nordica namarszczył się zły, posiniał z gniewu Humbert i Lora, zamieniwszy z Oskarem kilka słów powrócili do własnej rozmowy. Horski natychmiast pochylił się do Andzi i rzekł po polsku:
— Odwiozę panią do domu, dobrze?...
— Ach panie, proszę mnie ratować, dłużej ani minuty! Widział pan?...
— Widzę wszystko. Odjeżdżamy zaraz.
Andzia wstała. Nordica ją przytrzymał.
— Dokąd pani?... Co to jest?...
— Żegnam pana, jadę do domu... — Wyrwała mu rękę.
— Do domu, z opiekunem?... — zaśmiał się podle. — Ja nie puszczę! Pani musi zostać z nami...
Znowu chwycił ją za rękaw i ciągnął do siebie.
Andzia zbladła śmiertelnie.
Horski odsunął ramię Nordicy z taką siłą, że tamten zachwiał się.
— Co to jest?... Ma foi! Skandal — wołał Robert — wytrzeszczając oczy na Horskiego.
Humbert próbował wstać z krzesła, lecz poczuł dziwną ociężałość i krzywiąc twarz boleśnie zawisł tak pomiędzy krzesłem i stołem, wsparty na nim rękami. Lora śmiała się. Nordica i Humbert protestowali głośno, podczas gdy Horski ubierał Andzię w płaszcz. Dziewczynie zęby szczękały. Robert skoczył do nich w pasji, ale Horski odgrodził go ręką od Andzi ruchem bardzo stanowczym, zmierzył obu panów wzrokiem tak zimnym, strasznym i przygważdżającym, że obaj cofnęli się w milczeniu.
Horski złożył sztywny ukłon Lorze, podał ramię Andzi i wyprowadził ją z sali.
Przywołał samojazd Nordiców.
— Do willi państwa von Bredov.
Ulokował Andzię i usiadł przy niej. Była wzburzona, drżąca na całem ciele, prawie pół przytomna.
Rzeźwość nocy ocuciła ją.
— Ach panie... to ohydne! to... okropne.
— Nic nadzwyczajnego, nawet bardzo pospolite, tylko pani była tam zbyteczna. Skąd powstał taki zamiar?...
— Pojechaliśmy w góry na spacer, projekt Nordiców, nawet było bardzo ładnie, noc cudowna, potem tu zajechali. Czyż ja się mogłam spodziewać?...
— Jestem niezmiernie rad, żem panią wyratował.
— Wracałem także ze spaceru piechotą i poznałem automobil. Spytałem palacza, kto przybył, on mi powiedział, że i pani jest. Zdziwiłem się. Ale przeczucie mnie nie omyliło, pani była i miała wygląd torturowanej. To nie są ramy dla pani.
— Pan jest naprawdę bardzo dobry — rzekła serdecznym tonem i taki inny niż... tamci, taki inny.
Horski pochylił się ku niej.
— Jestem przedewszystkiem egoistą, pragnąłbym mieć panią... tylko dla siebie.
Andzia milcząc, podniosła na niego oczy zdziwione, on wyprostował się, patrzał na nią z pod rzęs, długo, bez słów. Nie przemogła tego spojrzenia, wolno spuściła powieki.
Samojazd stanął.
Horski pomógł jej wysiąść i wprowadził do przedsionka willi. Zatrzymał dłużej rękę jej w swojej i patrząc w oczy Andzi, rzekł z nikłym uśmiechem, akcentując pewnie słowa.
— Niech pani... pomimo to co powiedziałem, nie traci do mnie zaufania.
— Czy pani pamięta rozmowę naszą w la Turbie?...
— Pamiętam... i...
— Proszę nie kończyć. Trzeba odstąpić od stawianych przez siebie zbyt surowych warunków.
— Więc powtarzam... pomimo wszystko niech mi pani ufa.
Prędko pocałował jej rękę i odszedł. Lokaj zamknął drzwi.
Andzia wchodziła na schody z głową pełną chaosu, niewygasłego jeszcze wzburzenia i świeżego niepokoju.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Blady świt wpełzał do otwartego okna i omaszczał szaro-sinawym obrzaskiem siedzącą przy nim dziewczynę.
Andzia nie mogła spać, udręczona rozmyślaniami nie próbowała więcej snu, w białym szlafroczku, otulona ciepłym szalem, czuwała, patrząc na morze.
Wieczór ubiegły zdecydował zamiar, dojrzewający w niej już od pewnego czasu, postanowiła nieodwołalnie opuścić willę Nordiców i zamieszkać w Beaulieu, u przygodnej znajomej, która we własnej willi utrzymywała pensjonat.
Tam będzie uwolniona od towarzystwa Nordicy i Humberta, miała ich dosyć. Lora ją razi na każdym kroku. Kilka tygodni jeszcze spędzi na Riwierze, ale inaczej po swojemu.
Jeśliby Nordica i Humbert i tam się jej narzucali, da im ostateczną odprawę. Zostanie tylko Horski, ten jest inny. A jednak i on staje się zagadkowym, wywołuje czasem niepokój dziwny, słowami lub spojrzeniem.
Andzia przypominała sobie rozmowę w la Turbie ze szczegółami i słowa jego wypowiedziane wieczorem przy pożegnaniu, przedtem jeszcze w samojeździe. Czy można mu już ufać? Sama zresztą spostrzega jego zajęcie się nią, widzi to wybornie, instynktem kobiecym przeczuwa. Wie, że się podoba Horskiemu... i pochlebia jej to. Lubi jego towarzystwo, czasem ją drażni, zawsze imponuje. Jest w nim jakaś siła, która przykuwa. Nadewszystko działa on na nią uspokajająco swoim chłodem, bezpieczną się przy nim czuje.
W znajomości z Horskim Andzia nie przewidywała żadnych konsekwencji, nie zagłębiała tego stosunku, żyła teraźniejszością, w której Horski miał ładną rolę i to Andzi wystarczało. Wyjedzie wkrótce na Wołyń, może już go nigdy nie zobaczy, ale zachowa o nim jaknajlepsze wspomnienie.
W ciszy świtu rozległ się trzask samochodu. Andzia wyjrzała oknem.
... Przyjechali Nordicowie, zaledwo teraz...
Cóż to za życie!
Całą noc przepędzić w bezwstydzie...
...I Lora to znosi, to jej świat, jej pragnienia...
Tarłównie zaczęły powieki ciężyć ze znużenia. Zamknęła okno i podeszła do łóżka. Odrzuciła szal, włosy rozpuszczone jęła rozczesywać grzebieniem.
Wtem szczęknęła klamka u drzwi bocznych, wiodących do salonika, naprzeciw pokoju panny Niemojskiej. Andzia odwrócona była do nich plecami, zasłonięta masą rozwianych włosów pod ciosami grzebienia.
Usłyszawszy kroki obejrzała się gwałtownie.
Przed nią stał Robert Nordica, bez surduta, pijany, straszny.
Andzi zabrakło tchu w piersiach. Krzyk uwiązł jej w gardle. Cofnęła się w tył przerażona. On skoczył do niej jak zwierz i chwycił w ramiona.
— Czekałem długo na tę chwilę... Muszę cię mieć... tu zaraz...
— Precz! — wrzasnęła Andzia.
Uderzyła go w twarz z całej siły, odpychając na środek pokoju. Rzucił się do niej wściekły, z jakimś nieludzkim rykiem, ale Andzia dopadła do drzwi, szarpnęła je i omal nie przewróciła panny Eweliny, biegnącej na ratunek. Zgrzytnął zamek w chwili, gdy Nordica runął na zaporę całem ciałem. Klął i targał drzwiami jak szalony.
Andzia okropnie blada, z włosami w nieładzie, cisnęła energicznie guzik od dzwonka, dyszała oburzeniem, trzęsła się z wysiłku i trwogi.
Wbiegł lokaj i pokojówka Lory Vittoryna.
Anna wskazała im zamknięte drzwi.
— Tam jest wasz pan, pijany jak bydlę, wyprowadźcie go natychmiast!
Służba zdziwiona, usłyszawszy za drzwiami klątwy i sapanie Nordicy wyszła pospiesznie.
Tarłówna zawołała do Eweliny.
— Wyjeżdżamy stąd pierwszym pociągiem, trzeba rzeczy spakować.
W parę godzin potem, wczesnym rankiem, Andzia i panna Niemojska wsiadły do pociągu, dążącego w stronę Nicei.
W willi Nordiców prócz służby, nikt o tem nie wiedział. Wszyscy spali.
W samo południe zjawił się Horski. Zdumienie jego nie miało granic, gdy na zapytanie o Tarłównę lokaj powiedział mu, że obie panie wyjechały rannym pociągiem, ze wszystkiemi rzeczami. Oskar zażądał widzenia się z Lorą, lecz obojga Nordiców nie było w willi. Zagadkowe miny służących zastanowiły go, wypytywać nie chciał.
...Co to jest?... czy ona obraziła się na mnie, czy uciekła przed... tamtymi?...
Lokaj widząc jego wielkopański chłód, nieśmiał nic obiaśniać, rzekł tylko jakby rzecz zwykłą:
— Pan von Bredov Nordica odjeżdża dzisiaj do Paryża. Sleeping car zamówiony.
Horskiemu błysnęły oczy. Poszedł na dworzec kolejowy i przeprowadził badanie ze ścisłością detektywa. Wkrótce potem kupował przy kasie bilet do Beaulieu






X.
Inkwizytor.

Małe saneczki zaprzężone w mechatego konika, sunęły żwawo polną dróżką po śniegu mokrym jaki piana.
Chłopak w świtce i czapce rogatej wywijał batem nad szkapiną, goniąc oczyma stada rozkrakanych wron. Naprzeciw saneczek, w odległości paru wiorst, po tej samej drożynie Jan Smoczyński szedł krokiem prędkim i niecierpliwym. Z bladej twarzy młodzieńca wyzierało zmęczenie, oczy świeciły niezdrowym płomieniem. Krótki zarost jasny, okalający jego ostry, chudy profil, dodawał mu powagi nad wiek. Głowę miał pochyloną, zgiętą troszkę w karku, jakby pod ciężarem troski. Postawił kołnierz od kożuszka, ręce włożył w rękawy i tak przygarbiony dążył spiesznie, stawiając szerokie kroki po kopnej, oślizgłej drodze.
Ciche były pola wołyńskie pod białą powłoką zimy. Ostatnie śniegi przedwiosenne spadły obficie, pokryły siedziby ludzkie, głuche przestrzenie borów i pól, ale nie miały już w sobie mroźnej tężyzny; miękkie, wodniste puchy rozpływały się pod stopą ludzką, płozy sań czyniły w nich bruzdy głębokie, aż do czarnej ziemi.
Wiosna szła, niepewna jeszcze, lękliwa, poprzedzana tylko przez skowronka, trylującego nad martwotą łanów, niewyzwolonych od ciężaru zimy.
Pływały w powietrzu prądy nikłe, zapowiadały nadchodzący poranek roku. Jak przed świtem dnia zaczyna się ruch w naturze, tak i teraz było już coś w przestrzeni, co objawiało zbliżenie się dorocznej jutrzenki — wiosny. Chłód panował przejmujący, wilgoć buchała z ziemi, roniły ją chmury deszczem nabrzmiałe, słoty wisiały grożąc śniegom bezlitosną zagładą.
Jan podniósł głowę, badał wzrokiem przestrzeń przed sobą. Dojrzał w bliskiej perspektywie wysokie topole rezydencji turzerogskiej i szczyt wielkiego domu, zwanego pałacem. Na tle białych rozłogów odrzynały się ponuro drzewa parku, ściany budynków z tym odłamem dachu, z pod którego widać było okna i balkon pokoju zajmowanego niegdyś przez Andzię. Jak tam kwitły wtedy czerwone pelargonje i fuksje, wiatr wywiewał muślinowe firanki. Dziś gołębie zapomniały o swej karmicielce, nie zlatują na balkon. Wszystko stoi głuche, jakby żałobą pokryte.
Jan westchnął. W wyobraźni widział Andzię na Riwierze, wśród nieznanych mu widoków... zawsze taką samą, śliczną, może piękniejszą niż dawniej. Nie umiał uplastycznić tych wizji. Czy Andzia jest teraz smutną i tęskniącą, jaką była zawsze od śmierci Andrzeja, czy też powróciła jej dawna żywość, młodzieńczość tryskająca krasą, która ją cechowała. Z listów jej, bardzo rzadkich i krótkich Jan nic nie mógł wnioskować, osobistych wrażeń skąpiła mu, zaledwo w kilku słowach, kreśląc poznane miejscowości. Wolałby usłyszeć coś o niej samej, aby odgadnąć stan jej duszy. Skrytość Andzi bolała go. Minęło dwa miesiące od jej wyjazdu, nie obiecywała jeszcze powrotu, choć już połowa marca. Nie myśli o ślubie z nim... jego marzenie jej nie dosięga. Riwiera pochłonęła ją i trzyma. W zapusty siedemnastoletni Januszek Kościesza przyjechawszy ze szkół do domu, pokazywał Janowi listy od Andzi, obszerne z wyczerpującym opisem jasnego brzegu i morza. Chłopak będąc zawsze złośliwym dogadywał Janowi, że Andzia już nie wróci, bo albo się utopi z rozpaczy po Olelkowiczu, albo złapie ją jaki Francuz i już tam z nim zamieszka, Toporzyska zaś, Draków i Wilczary zostaną dla niego, Janusza Kościeszy. Tak się należy; baby nie powinny dostawać majątków.
Z wywodów naiwnych młodzieniaszka, podobnego do swego papy, Jan wywnioskował tylko to, że Andzia woli pisywać listy do przyrodniego brata, niż do niego, bo pisząc do Janusza nie czuje się w obowiązku odkrywania swej duszy; posyła mu opisy z podróży, wrażenia czysto zewnętrzne, nic ją w tem nie krępuje. Podczas, gdy w listach do niego trzyma ją jakaś siła, tamując nawet powierzchowne wynurzenia.
Co ona odpowie na list ostatni?...
... Gdybyż wróciła! za parę miesięcy mógłby być ślub.
Jan pragnął tego, jak ptak zamknięty w klatce pragnie wolności.
Czekał na przyszłość jasną, pracując cicho w Smoczewie, który chciał uporządkować na przyjęcie Andzi.
Martwił się, że domek za ciasny, że za ubogo tu dla niej, ale wierzył, że swą miłością potężną wynagrodzi jej wszystko. Otoczy ją uczuciem, najtkliwszem, będzie dla niej mężem, bratem i... sługą. U nóg go swoich będzie miała, niewolnika w miłowaniu tak przeogromnem, że nawet miłość Olelkowicza nie byłaby większą. Czy przy jego boku zaćmi się w niej pamięć o tamtym?... On pozwoli na wspomnienia o Andrzęju, byle tylko była jego żoną i choć trochę go kochała.
Gdybyż to nastąpiło prędzej! Radość nieziemska z widoku jej i wyzwolenie.
Jan miewał dużo przykrości od Kościeszy. Posępny tyran siedział w Turzerogach zupełnie samotnie i korzystał z każdej okoliczności, aby jadem swym zatruwać narzeczonego Andzi. Jeśli on sam unikał Turzerogów, Kościesza pod byle pozorem pisał do niego zjadliwe listy, w których jawnie wyrażał swą pogardę, niechęć, ironizował w obrzydły sposób każdy postępek Smoczyńskiego. Dawał mu do zrozumienia, że użyli z matką postępu względem Andzi, że ją tyranizuje, zmuszając do niemiłego dla niej związku, że wreszcie takie przysięgi pod naciskiem ostatniej woli umierającej są barbarzyństwem godnem potępienia... kulturalny człowiek nie powinien się zgodzić na podobną ofiarę... ale ...szkoda takiego kąska złotego, storturowanie jej nie odbije się wszakże na jej majątkach.
...Dobrze wiedziała o tem ciotka Malwina, wyczekała odpowiedniej chwili dla ugruntowania marzeń swych, od urodzenia Andzi pielęgnowanych, a zapewniających synowi świetną przyszłość. Przeczuła, że w warunkach zwykłych nie osiągnęłaby od Andzi takiego przyrzeczenia.
Jan musiał nader często łykać podobne trutki, zadawane mu przez Kościeszę w różnych dozach i formach. Nieraz doprowadzonym się czuł do ostateczności, chciał zwracać Andzi słowo i zastrzelić się. Powstrzymała go zawsze myśl o niej; bo co się z nią stanie? Znowu Kościesza zawładnie nad nią, zgnębi ją ostatecznie.
Ale czy Kościesza do swojej trutki nie dodaje atomu prawdy?...
Jan nie przeczuwał, że tak jest rzeczywiście, nawet sam Kościesza nie domyślił się w jak dużej mierze dołączał prawdę do własnych złośliwości.
O rozpaczy Andzi żaden z nich nie wiedział.
Smoczyński cierpiał i znosił z upokorzeniem dotkliwe przymówki Kościeszy. Miał z nim kilka scen gwałtowniejszych, ale wszystko pokrywała miłość dla Andzi i oczekiwanie jej przyjazdu.
Wyzbył się ambicji dla niej, targano jego honor, on nie bronił, byle ją zdobyć, byle ją mieć dla siebie i nie utracić. Nawiedzające go myśli samobójstwa oddalał z przerażeniem, bo wyrzec się Andzi nie miał sił.
Niech go Kościesza depcze, niech mu pluje w twarz, niech mu serce rwie na kawały, miażdży duszę... będzie milczał, bo Andzia obiecała mu być.... żoną... Gdy, nastąpi ten dzień wielki, wówczas męka jego obecna przeistoczy się w szczęście olbrzymie, najgorsze katusze będą niczem i zresztą wtedy upaść muszą.
Zobaczył sanki, na dróżce pędzące cwałem. Parobek ujrzał go i pospieszał. Jan ruszył naprzód z bijącem sercem, kroki stawiał niewiarogodnie szerokie.
Zrównał się z saneczkami.
— Stój Wasyl! Masz listy?... Dawaj!
— Jest‘ panyczu pyśma i gazety, w chustku zamotał, daj za pazuchoj.
— Dawajże prędzej!...
Chłop gramolił się długo. Jan o mało go nie rozszarpał.
Chwycił gazety, targał je...
Wywinął list... Ten sam stempel Montekarloski, pismo Andzi.
— I, drugi także Monte-Carlo, Boże! i to od niej?... Nie, charakter odmienny, od Lory?... też nie...
Smoczyński rozerwał ten drugi...
„Kochany panie Janie!“
— Któż to?... — podpis: Ewelina Niemojska... Ona do mnie?...
— Co to jest?... Stało się coś, Jezus Marja!...
Jak warjat głośno wykrzykiwał nie zważając na rozdziawionego chłopa.
Wskoczył na saneczki. Do domu! tam dopiero przeczyta.
Kazał ćwiczyć konia, pędzili ile sił starczyło w szkapinie.
Niepokój szalony wichrzył w mózgu młodzieńca, list Eweliny palił go w rękę, kopertę Andzi trzymał przy ustach i drżał, czekał z upragnieniem i trwogą chwili czytania...
List Niemojskiej był dla niego groźną zagadką...
Może to zwiastun nieszczęścia?
Sanki nie dojechały do ganku. Jan wyskoczył z nich, wpadł do domu i zamknął się w swoim pokoju. Chłonął list Eweliny.
Tarł czoło dłonią, brwi marszczył, bladł i czerwieniał.
— Czego ona chce odemnie, co to znaczy?...
...„Andzia jest zdenerwowana, nie można jej męczyć, nie można drażnić...“
— Ja męczę Andzię?... Mój Boże miły!... Czem?...
„Trzeba ją oszczędzać, bo jej apatja nie przeminęła, smutek ją dręczy, ale Riwiera działa na nią zbawiennie, fizycznie poprawiła się bardzo, niech ją pan jeszcze nie niepokoi...
— Czem, na miłość boską? czem?... Co tej Ewelinie do głowy strzeliło?...
Czytał i nic nie rozumiał czego właściwie od niego chcą.
Stara nauczycielka zastrzegła się parokrotnie, że pisze bez wiedzy Andzi, że prosi go z własnej inicjatywy, bo czuje, że tak trzeba dla dobra Anulki...
Albo dostałem pomieszania zmysłów albo to jakieś kręcenie, całkiem niedorzeczne — burknął.
List istotnie był zagmatwany, plątały się słowa, mnóstwo niedomówień czyniły go trudnym do odgadnięcia, zwłaszcza w podnieceniu Jana, który oczekiwał czegoś konkretnego. Jednakże dało się odczuwać, że osoba pisząca kołowała wciąż blisko przedmiotu będącego treścią listu, lecz nie wymieniała go umyślnie, w przekonaniu, że będzie zrozumianą. Zakończenie, jak często bywa w listach kobiecych, stanowiło punkt ciężkości całego pisma.
„O powrót nasz niech drogi pan nie agituje, Andzi trzeba zostawić swobodę myśli i czynów, to dla jej spokoju niezbędne...
— Aha!... W tem leży jądro sprawy?
Jan z przykrym śmiechem rzucił arkusz i wziął list narzeczonej.
— Czy i tu taka sama dyplomacja?...
Z namaszczeniem, wolno rozcinał kopertę, rozkoszował się literami stawianemi przez Andzię. Jak dzieciak ucałował złamane ćwiartki, rozwinął i zaczął czytać.
Minęło parę długich godzin, zanim Jan oderwał się od tej lektury. Doznawał uczuć rozbieżnych. Nie wiedział czy być wdzięcznym Andzi, czy płakać, czy śmiać się? A jednak list pełen obietnic. Nie odmawia mu szczęścia, lecz go nie daje. Wszystkie jego projekty i prośby są przyjęte, przyjeżdża za trzy tygodnie, wzmiankuje o ślubie, myśli o tem, jemu pozostawia wyznaczenie terminu, żadnej opozycji, wahania nic! A pomimo to...
Jan w obłąkaniu biegał po pokoju, palce łamał w stawach.
Jakże rozumieć naprzykład taki układ zdania.
„Kiedy zechcesz ślubu wówczas będzie, mnie na tem nic nie zależy aby odkładać, zresztą co już postanowione niech się spełni....“
Albo to:
„Morze odrodziło mnie fizycznie, zabawię tu jeszcze parę tygodni, aby zaczerpnąć jaknajwięcej tchu do życia, ale Riwiera przykuwa, zapewne dlatego, że czar tutejszego klimatu zapominać każe o chmurach północy...“
... Cały list w tym tonie, ona pisząc miała piersi pełne westchnień?
Teraz Jan zrozumiał list Eweliny. Ona te westchnienia słyszała pod ich wpływem kreśliła do niego własne słowa. Ona go ostrzega: trzeba zostawić Andzi swobodę myśli i czynów... aby nabrała jak najwięcej tchu... tchu do życia... więc do życia z nim?... A Riwiera przykuwa, zapomina się, że chmury są na północy, ha, ha! tak, są chmury, nad Smoczewem wiszą, nad dniem ich ślubu, północ czeka ją tu ponura, zimna.
— Och Andziu! — jęknął Jan, łamiąc ręce nad głową.
...Nie kocha mnie! toż to widoczne!... Jest łagodna, smutna, bierna. Czy taką byłaś Andziu dla Olelkowicza?... Tak, tak! Uciekłaś z domu dla niego. Wyzwałaś do walki ojczyma i zmusiłaś go do ustępstwa.
A potem, gdy tamten zginął, świat zamarł dla ciebie... błąkałaś się Andziu po lasach zaśnieżonych Temnego hradu, aby tęsknić za tamtym... Temnyj hrad i mogiła w Dubowej to był twój świat, twoje życie...
A teraz... boisz się chmur północnych...
Mnie się boisz?... Zapomniałaś o wszystkiem coś tu zostawiła, co jest abstrakcją i co jest realizmem, byle uciec odemnie.
W Turzerogach niema już ochronki twojej, wszystko upadło, bo o tem coś jeszcze kochała zapomniałaś. I szkółkę Kościesza skasował, zrobił tam skład jakiś. Zmarniały twoje dzieła. Ty nie wracasz tu, bo się mnie boisz, bo przeraża cię moja miłość i... ślub.
Jan wybuchnął płaczem, wezbrane miał serce żalem, bólem straszliwym. W przystępie goryczy wyrzucał zmarłej matce, że wolą swą narzuconą Andzi, dała mu zakosztować złudę szczęścia, tylko złudę. Głos wewnętrzny szeptał z ironją, że nie trzeba się było zgadzać na taką ofiarę Andzi, obecnie następują konsekwencje. Płakał jak dziecko z innem uczuciem niż przed laty, nad stawami w Turzerogach, w uczniowskiej bluzie ale jeszcze rozpaczliwiej.
Wówczas zabroniono mu marzeń o niej, dziś ona sama wzbrania mu tego...
Rozpacz Jana przeistaczała się w zawziętość. Nie będę jej miał promieniującą szczęściem, ale będzie moją.
Wmawiał sobie, że i jemu należy się odrobina radości w życiu. Nie otrzyma od niej upojeń miłosnych, więc sam je dla siebie wytworzy, choćby w fakcie, że będzie jego żoną. Ona już przeżyła swój szał, uczuć najgorętszych, on ma go stale w niej zawarty i oczekuje nań i weźmie prawem silniejszem nad wszelkie względy altruistyczne, prawem własnego egoizmu. Idea osobistego szczęścia zwalczy szlachetne porywy, odzywające się niekiedy w duszy, aby Andzi nie unieszczęśliwiać. Sama mu się ofiarowuje, wiedziona koniecznością dotrzymania przysięgi, zatem brać ją bez wnikania w istotność jej psychiki i bez skrupułów. Szczęście trzeba łapać całą garścią, bez zastrzeżeń, czy oświetla je zorza purpurowa, czy tylko sztuczne światełko.
Młodzieniec potęgował w sobie zaborczą zawziętość względem Andzi, a jednocześnie łez gorzkich zatamować nie potrafił. Płynęły co raz obfitsze i piekące, przecząc wszelkim rozumowaniom praktycznym.
Wieczór zapadł ciemny, wilgotny od drobnej sieczki deszczowej, zacinającej w okna. Tajały ostatnie śniegi pod chłostą marcowej słoty. Jan zamknięty u siebie płakał za rozwianą złudą szczęścia.
Topniały w nim ostatki nadziei, że szczęście zdobyte w ten sposób, może być szczęściem.
Żył teraz w nieustającej męce, pragnął przyjazdu Andzi i jednocześnie chciałby odłożyć tę chwilę do nieskończoności. Nie pisał do niej, czekał. Nie zajmował się niczem, przesiadując w domu, najczęściej w swoim pokoju zamknięty z listem Andzi.
Wertował go tak często, że już go umiał na pamięć. Andzia nie pisała więcej, szczęście Jasia zawisło w niepewności.
Któregoś dnia wezwał go do siebie Kościesza. Jan odmówił przyjścia, dając jakiś drobny powód. Kościesza nie ustąpił, atakował go parę razy, bezskutecznie, nareszcie któregoś ranka sam przyjechał do Smoczewa. Jan wyszedł blady, bardzo zmieniony. Ojczym Tarłówny patrzał na niego uważnie, wreszcie rzekł grobowym swym głosem.
— Znękany pan jesteś... widzę, to było do przewidzenia. Miłe złego początku, ale koniec żałosny.
Jan spochmurniał.
— O czem pan mówi, nie rozumiem?...
— Proszę nie udawać, wiem wszystko. Anna odmówiła panu. Powtarzam, to było do przewidzenia.
— Jest pan w błędzie, nic podobnego nie zaszło — wykrztusił Jan z ukrytem przerażeniem w duszy.
— Miał pan list od Andzi?...
— Miałem i teraz ja z kolei powtarzam: jest pan w błędzie.
— Łudź się młodzieńcze, owszem, to dewiza; twego życia. Pielęgnuj nadzieję jaknajdłużej.
Smoczyński już chciał list Andzi rzucić mu w twarz, ale się powstrzymał.
... Taki list pokazać?... niepodobieństwo!
— Czy mogę wiedzieć co pana skłoniło do przyjechania tutaj? — spytał sucho.
Kościesza zmierzył go wzrokiem.
— Nie miałem zamiaru odwiedzać pana i zapytanie to jest nieprzyzwoite. Wybaczam z powodu ważności sprawy, która mnie aż tu popchnęła. Wzywałem kilka razy, nie przybyłeś pan do mnie, ja sam musiałem się fatygować.
— Przepraszam. Jakaż to sprawa?
— Czy pan wie kim jest Lora?...
— Lora, moja siostra?...
— No tak, tak, ta sama, kim jest teraz?
— Nie rozumiem pytania? Lora jest zamężną, nazywa się von Bredov Nordica i mieszka stale w Monte Carlo...
— Lora jest prostytutką.
Jan poczerwieniał. Zahuczało mu w głowie od napływu krwi.
— Panie Kościesza to podłość! To, to...
— Razi pana ta nazwa?... więc ją złagodzę; Lora jest kokoką, grandesą jak tam nazywają, nierządnicą jawną, pod protektoratem bardzo wygodnego męża. W takim domu przebywa pańska narzeczona, ha, ha.
— Jak pan śmie ubliżać mi w ten sposób?! To niegodnie, bezczelnie!
— Nie rzucaj się młodzieńcze, twoje gniewy nie przestraszą mnie. Rzecz jest sprawdzona. To fakt! Pańska siostra była materjałem bardzo podatnym do takiej egzystencji, przypomnijmy Oksztę w Wilczarach; wiemy do czego tam doszło, to dosyć. Okszta był impresarjem panny Lory na arenę rozpusty. Poradziła sobie łatwo, złapała nawet męża bogatego, służy jej za parawan dla naiwnych. Oo, mądra osoba! Cóż pan taki zaperzony?... wierzyłeś pan w cnotę siostruni?... Ha, ha! Ładnieś pan ulokował narzeczoną. W takim domu... Andzia...
— Skąd te wiadomości?... Czy to nowa obelga dla mnie?... nowy policzek?... Panie Kościesza, jeśli to kłamstwo, ja sprawdzę... ale... wówczas pan odpowie mi za to! Cierpiałem dość, więcej nie zniosę... nie będę uważał, że pan jest ojczymem Andzi. Za taką haniebną potwarz...
— Cóż mi zrobisz młodzieńcze... będziesz się ze mną pojedynkował?... Ha, ha, ha!
— Strzelę panu w łeb, jak psu! — krzyknął Smoczyński ochrypły z rozpaczy.
— Powoli... powoli kawalerze, nie zapominaj z kim mówisz. Mogę cię kazać związać.
— W moim własnym domu?... To się nie uda, ja zaś potrafię pana z mego domu...
Ręka, którą chciał wskazać drzwi Kościeszy opadła, głos zamarł....
... To ojczym Andzi...
Kościesza chwycił go za ramiona, gniótł je w pasji najwyższej.
— Słuchaj ty... ty smyku, nie kąsaj jak wesz, bo cię rozcisnę. Zapowiadam ci, że mężem Tarłówny nie zostaniesz. Ja nie pozwolę na to, ona sama zerwie, ona tob gardzi, nienawidzi ciebie. Zniewoliliście ją szantażem, ta przysięga to szantaż, wyzysk podły, aby złapać jej majątki. Każdy się na tem poznał i ona również...
— Panie Kościesza dość! stracę panowanie nad sobą.
— Milcz i słuchaj. Anna przed tobą uciekła do Lory, towarzystwo tej ladacznicy zdeprawuje ją, przez ciebie ciemięgo. Ona przebywa stale pośród łotrów; jakiś hrabia włoski... kanalja, twój szwagierek ladaco, jakiś stary łobuz Monte-Carloski nie odstępują jej, uczą grać w hazard, umoralniają. Andzia już grubo gra w ruletkę, zamiast tęsknić za tobą. Ha, ha, ha!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Nie wytrzeszczaj na mnie oczów jak żaba... kawalerze. Lora dba, aby posażek był wasz, tylko jabym na to nie pozwolił, nigdy.
Jan z jękiem zasłonił oczy obu rękoma, opuszczały go siły i przytomność. Słabł. Kościesza pochylony do niego rzęził mu w same ucho.
— Moja interwencja nie potrzebna, Andzia sama sobie poradzi. Jest tam zrujnowany gentleman Polak, ha, ha! gracz asystuje Annie, przestają z sobą często, on urządzi figla rodzeństwu Smoczyńskim, nawet Lorka kokotka, nie przeszkodzi. Czekaj listu... kawalerze, będzie odprawa dla ciebie. No, cóż to mdlejesz... smyku?... Słuchajno bez komedji, bo to nie ze mną...
Jan słaniał się w tył, blady jak wosk gromniczny, usta otwarte, zamknięte oczy, wyglądał jak umarły.
Walił się na ziemię, Kościesza chwycił go w powietrzu i rzucił na otomanę.
— Jeszcze tu hałasu narobi. Amant!...
Jan omdlał.
Kościesza cicho wyszedł.






XI.
Na szynach.

Smoczyński ocknął się i ujrzał nad sobą klucznicę Butkowską. Oblewała mu twarz wodą zrzędząc po swojemu.
— Przemęczył ty się, panicz, ni do jedzenia, ni do spania nienamówisz. Tak i zamrzesz z tej turbacji. Jak pusty brzuch, a w głowie pełno i tak głowa przeważy. Ot i zamroczyło. Smutek wie z jakiej przyczyny przyjeżdżał turzerogski pan, tyle wiadomo, że nic dobrego nie przywiózł. On zawsze taki, Sodomę Gomorę z sobą nosi. Wstawaj panicz, jeść dam, toż ty od wczoraj w gębie nic nie miał.
Jan siadł na otomanie podniesiony przez gospodynię.
— Dziękuję wam, Butkowska, zostawcie mnie samego.
— Ot zachciałeś, panicz, jeszcze by czego, żebyś znowu nogi wyciągnął? A toż i Grześko borowy, czeka na panicza, z jakimści interesem.
— Grześko?... Czego chce?...
— Chce do samego panicza. Ale naprzód jeść dam, jajecznicy z słoninką uskwarzę. Obiad jeszcze nie gotów.
— Nie będę jadł. Wołajcie Grześka.
Klucznica mrucząc wyszła.
Jan ścisnął dłońmi głowę, chłodną od wody.
— Co ja teraz pocznę?... Co ja pocznę... To kłamstwo! Wszystko zełgał.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W drzwiach stanął Grześko, prosty jak zawsze, ze starczą głową na barkach.
— Pochwalony! podobno panicz był chory, Boże chorony? Niepotrzebny ja tu, ale że pani Butkowska wołała.
— Jaką macie sprawę Grzesiu? Dawno was nie widziałem. Siadajcie stary, ot tu.
— Oj, że wy paniczu zmarnieli! Czy to choroba gryzie czy inna jakowaś udręka? Całkiem jak mgła.
— Trochę jestem chory.
— Trza się kurować, a to bojarzynka przyjedzie, daj tak zobaczy. Kiepsko!
Przez twarz Jana przebiegły drgania nerwowe. Zdawało mu się, że w głosie starego dosłyszał odrobinę ironji.
— A prędko ona, gołąbka, przyjedzie już?... Tuży się bez niej. Bywało przyjdę do Turzerogów, da choć popatrzę, abo i tu jak chorowała matusia, zajdę, daj pogadam, nad smutkiem biednieńkiej, powzdycham. To i lżej człowiekowi. A teraz ona sieroteńka daleko, na skraju świata, to i niewiadomo co z nią.
Jan milczał. Grześ po długiej minucie spytał znowu.
— A pisałaż ona do panicza?...
— Pisała.
— Boże chorony kiedyż wróci?...
— Nie wiem.
— Ot tobie i masz! Źle kiedy już i panicz nie wie. Był ja u nowotnego pana rządcy z Drakowa, co teraz w Wilczarach kontrolę lasów robi. Pytał się jego o bojarzynkę, ale to taki nieużyty, nic nie powiedział, daj jeszcze zwymyślał.
— Skądże nowy rządca drakowski może wiedzieć o panience?
— A onże tam był.
— Gdzie był?...
— A nad morzem, tam gdzie pannuńcia nasza, za granicą. Niby to panicz nie wie?...
— Grześkowi się zdaje, że jest tylko jedno morze i że zagranica to takie miasto jak Łuck, Równo, Dubno. Zagranica, duża i szeroka, bo to cały świat.
Stary obraził się.
— Panicz mnie za durnego ma, nie taki ja głupi. Wiem dobrze o tem, że pan Wereżba z Drakowa jeździł tam, gdzie jest bojarzynka a posyłał go turzerogski dziedzic.
Jan powstał z krzesła bardzo blady i podszedł do borowego.
— Co wam paniczu?... Boże chorony...
— Nic, nic. Czy napewno Wereżba jeździł do Monte-Carlo?
— Jak to się nazywa, to ja nie wiem, ale jest prawda, że tam był gdzie bojarzynka.
— I widział się... z nią? Gadajcie!
Grześko wstał również, patrzał na Jana i kiwał głową smutnie.
— Już ja zwęszył to, ja czuję, że panicz nic nie wie. Wereżba nie chciał nic mówić i przepędził... tak ja już miarkuję. Pan Kościesza wysłał rządcę na przeszpiegi. Boże chorony, on to potrafi, a dobrał sobie majstra. Owaa!...
Smoczyńskiemu zrobiło się nagle jasno w mózgu. Zrozumiał wszystko, ale tembardziej rozpacz i śmiertelne przerażenie skuło mu serce.
...Więc to istotnie zbadane... to prawda?...
... Czy tylko potwarz Kościeszy?...
...A może Wereżba był pośrednikiem intrygi z Andzią? może coś przeciw niemu uknuto i te listy to pierwsze zwiastuny?...
— Co panicz taki blednieńki?... Durny ja był, że przyszedł, ale dumał sobie tak: pan Wereżby nieużyty, niechce mówić, to pójdę do panicza, toć on pewno wie wszystko. A ot, jaka sztuka! Szachrajstwo to jest, daj już, zwyczajnie jak pan Kościesza. Tyle, że Chwed‘ka niema. Ale, żeby pan Wereżba na takie sprawy szedł. No, no!
Jan otrząsnął się z ciężkich myśli. Katowały go one bezlitośnie. Chłosta była okrutna, a może być jeszcze gorszą. Przyszła nagła decyzja.
— Zaraz, natychmiast jedziemy do Wilczar.
— Do pana Wereżby?...
— Tak jest. Niech Wasyl zaprzęga.
Nie pomogły błagania i lamenty Butkowskiej, Jan uparł się i pojechał bez obiadu. Grześ mu towarzyszył. Przeczuwał, że się coś dzieje, ale nie śmiał pytać.
Jan pogrążony w swych tragicznych myślach nie odzywał się wcale do starego.
Późnym wieczorem stanęli w Wilczarach. Okna leśniczówki gorzały światłem.
— Co tu bal?...
— Boże chorony, to tak co dzień paniczu. Wiadomo! Naczelnik Łechtienko, telegrafista, pan rządca drakowski, daj w karty. Nadleśny tylko głową kiwa, da kiwa, jego nie wciągną, a co zrobi.
Podjechali cicho, powitani przez psy. Z okien padały długie słupy światła. Janowi nagle, niewiedzieć skąd nadleciało wspomnienie, jak przed laty, z Andzią i Grześkiem tak samo zbliżali się do leśniczówki, wracali z szyn, na których leżała Andzia. Tak samo witały ich psy, a w leśniczówce był Łechtienko, bali się, że ich oskarży przed Kościeszą.
... Ile lat... ile lat... Już siódmy rok dobiega. W czerwcu to było... Andzia podlotek, z piaskiem we włoskach i na bucikach, Andzia taka wówczas jego własna. Och, czasy, czasy! Niepowrotne dni szczęścia...
Weszli do sieni. Drzwi od pierwszego pokoju pół otwarte. Słychać rozmowę, śmiechy, dym papierosowy kłębi się.
— Ee, naczelniku, furda karty! W ruletkę zagramy; przywiozłem taką małą, ręczną. Głupia ona wobec prawdziwej, ale tamta daleko, a ta blisko...

„Spiwała raz Marusia
Oj ne choczu Petrusia
Bo Petrus dałeko
Bo Petruś dałeko.

Na szczo tylki trudu
Z Hryćkom żyty budu
Hrycio mij myłeńkij
Bo Hryćko błyzeńkij“

Zaśpiewał czyjś przepity głos.
— Prawda! prawda! Lepszy wróbel w garści niż sikora na dachu, mówi przysłowie. Niema prawdziwej rulety, jest imitacja. Hej piwa, Oksena! dawaj żywo!
— Powiedz pan, czego wy jeździli do Monaco? Ha! Sekret chyba jaki czy co? Ja nie wydam, czesnoje słowo.
— Widzi naczelnik, sekret, nie sekret, ale gadać nie trzeba, ja po pannę Tarłównę jeździł. Zasiedziała się za długo. A tu narzeczony czeka.
— Ha, Co?... Tak łżecie, aż wam przez wierzch idzie, panie uprawlajuszczyj. Nu niczego! kto łże, ten dyplomat. Ja posłuszny, niech i tak będzie. Mużyki gadajut: „cholityka to czysta brechnia“. Wam trzeba polityki?... Możno...
Jan stał i słuchał czując, że się czerwieni jak żak, który sam nie wie, co z sobą zrobić. Bał się, że go spostrzegą przez uchylone drzwi i nie miał odwrotu. Dobiła go pewność, że Wereżba był w Monte, zachodzi tylko kwestja co tam robił.... i... co widział?
Grześko zawiadomił dziewkę, Oksenę, o przybyciu Smoczyńskiego. Kazał oznajmić rządcy i wywołać go do gabinetu z drugiej strony sieni.
Wprowadził tam Jana zmieszanego w najwyższym stopniu. Teraz dopiero młodzieniec zrozumiał jak trudne powziął postanowienie. Czy potrafi wykrztusić przed Wereżbą swe pytania?...
Uczuł upokorzenie straszne i wstręt.
...O kogo będę pytał?
...O Lorę będę się wywiadywał, o Andzię?... od obcego... od szpiega?...
... Jakaż podła moja rola.
...A jeśli on mi nic nic powie, potraktuje jak Grześka?...
...Nie, wszakże jestem jej narzeczonym, przyszłym... mężem jego pryncypałki... Cóż za ironja!...
...Jakaż wstrętna rola! pytać... śledzić czyny własnej siostry... narzeczonej. Okrutne!...
... A jeśli Kościesza zrobił intrygę przeciw niemu? jeśli skłamał... że Lora... że Andzia...
... Wówczas tembardziej nic się nie dowiem. Wereżba nie powie.
... Dziki pomysł przyjścia tu, jeszcze ta kompanja, pijatyka!...
Rządca z Drakowa wszedł prędko, zatrzymał się. Obrzucił Jana zdziwionem spojrzeniem.
— Sądziłem, że omyłka. Wszak pan Smoczyński?... — spytał z widocznem zaciekawieniem na chytrej twarzy.
— Tak panie.
— Wereżba do usług. Czem mogę panu służyć?...
Jan nie podał mu ręki.
— Chcę od pana pewnych informacji. Ale najpierw niech pan zamknie drzwi, tamci panowie słuchają.
— O, to się zrobi, w ten moment. Tamci panowie także myśleli, że omyłka. Pan tu, o takiej porze, w deszcz... nikt nie przypuszczał...
Podszedł do drzwi i zamknął je, dając znak oczyma swym towarzyszom, krążącym zbyt blisko i ciekawie. Powróciwszy siadł naprzeciw Jana.
— Jestem na rozkazy.
Jan przełamywał się ostatecznie. Panował nad głosem swym i nad wyrazem twarzy. Wereżba pilnie mu się przypatrywał.
— W jakim celu jeździł pan do Monte-Carlo? — spytał obcesowo trochę jednak niepewnym tonem.
Wereżba zmieszał się.
— Jeździłem z polecenia pana Kościeszy.
— O tem wiem, ale w jakim celu?
— Proszę pana, ja, bez upoważnienia pana Kościeszy nie mogę...
— Niech pan mówi otwarcie, rozmawiałem o tem z Kościeszą.
— A jeżeli tak! Bałbym się odpowiedzialności przed nim, ale jeśli tak, jeśli mogę mówić... Skoro pan już wie...
— Zatem?... Słucham pana — przerwał Jan, widząc wahanie Wereżby.
— To panie dość trudne do wyrażenia... to...
— Skoro się pan mógł tego podjąć, można o tem mówić... Widział się pan osobiście... z moją narzeczoną?
Słowo to Jan wypowiedział z mozołem. Czuł się śmiesznym, głupim.
— Osobiście... nie widziałem.
— A... z moją siostrą?...
— Także nie. Jestem, proszę pana, płatnym urzędnikiem na służbie u pana Kościeszy, co on mi polecił musiałem spełnić.
— To względne twierdzenie. Są wymagania, które człowiek... Ale... mniejsza o to. Więc nie osobiście... lecz zdaleka śledził pan siostrę i... pannę Tarłównę?
— Panna Tarłówna i panna Niemojska zajmują apartament w willi państwa von Bredov Nordica.
— Czy mąż siostry stale przebywa w domu?...
— Nie panie, jeździ po całym świecie, w Monte jest nie często i na krótko. Pani Nordica zaś...
— Proszę mówić wszystko szczerze — rzekł Jan takim tonem, że Wereżba przestał się wahać. I jak bywa u ludzi o niskich instynktach, uczuł zadowolenie, że będzie ranić Smoczyńskiego; zemści się na nim za widoczne lekceważenie, jakie mu Jan okazywał. Zrozumiał, że ma go w ręku. Rozparł się na krześle wygodnie, z miną bezczelną pewnego siebie detektywa, na którego opinji wiele zależy. Poczęstował papierosami swego rozmówcę. Jan odmówił. Wereżba zaczął niedbale cedzić słowa. Ręką gładził długie, zwisające wąsy.
— Jest tam stary Duk, jakiś Escars, podobno dawny gach pani Lory, tak ją tam nazywają. Obecnie prowadzi ona romans z Włochem, hrabią, bardzo bogatym, ale są jeszcze inni. Pani Lora nie przebiera, byle bogaty i dobrze płacił...
...Co to panu?... Może wina?. Ach tak, to są rzeczy bolesne. Rozumiem, rozumiem.
— Mów pan wszystko. Proszę się mną nie interesować.
— Bardzo mi przykro... Więc pani Nordica żyje na swoją rękę, a pan Nordica na swoją. Pan zmienia kochanki jak skarpetki... Udał mi się dowcip! Ha! Na prowadzenie żony patrzy pobłażliwie. Gdy on jest w domu, ustają tylko nocne wycieczki pani Lory, lecz wynagradza się to w dzień.
— Czy pan sprawdził, czy pan widział?... — jęknął Jan. Miał wrażenie, że głowa jego leży na pniu, kat zaś z toporem stoi nad nim i znęca się, ociągając śmierć.
— Sprawdziłem. Oczywiście nie widziałem faktu, bo prócz dwojga interesowanych, nikt go chyba nie widuje....
Sarkastyczny lubieżny śmiech.
— Ale stwierdziłem parokrotnie miejsce schadzek pani Nordica. Umyślnie pojechałem za nią i za jakimś eleganckim graczem, opchanym banknotami, na górę La Turbie, gdzie jest hotel Rive de Ver. Odosobniony hotelina, przygodny haremik. Tam ci państwo najęli pokój i nocowali, nocowałem również i z nimi wróciłem. Zasiągnąłem wówczas dużo informacji od palacza. Było to przed przyjazdem pana Nordicy. Takich schadzek wykryłem więcej. Co to panu?...
— Dosyć o tem. Czy... panna Tarłówna przebywa często z Nordicami?...
— Prawie zawsze. Pan Nordica, Włoch, stary duk nadskakuje jej bardzo, gra z nimi w Kasynie i ryzykownie gra. Raz widziałem. Ale najwięcej asystuje pańskiej narzeczonej (uśmieszek ironiczny) jakiś pan Horski. Lat trzydzieści cztery, pięć; wysoki dystyngowany, Anglik z postawy, grubo grywa w ruletę, mówią, że zrujnowany. On stale przebywa w towarzystwie panny Tarłówny i pani Niemojskiej.
— O tym panu pisała mi narzeczona — skłamał Jan — o nim wiem. Chodzi mi o to, czy panna Tarłówna... wie... że.. siostra...
— O zapewne, zły przykład, wpływy. Ale panu słabo?... przyniosę wody....
Jan zerwał się, czuł, że jeszcze chwila i nastąpi coś strasznego. Zabije Wereżbę, porwie broń ze ściany i będzie się walił w głowę aż do utraty zmysłów.
...Dość, dość! Uciec stąd jaknajprędzej.
— To wszystko... co chciałem wiedzieć!... To wszystko.
Słaniając się odchodził.
— Pan nie przenocuje?...
— Tak... tak przenocuję, zaraz wrócę.
Wytoczył się do sieni, potrącił kogoś, runął na drzwi, odepchnął je, wpadł na dziedziniec i dalej biegł przed siebie, szalony, z huraganem rozpaczy w mózgu.
Na ganek wyszedł Wereżba, wołał na niego, Nie słyszał nic, pędził naprzód.
...Do przystanku! na pociąg! Do Andzi!...
...Byle dalej stąd, dalej, jaknajdalej!
...Wszystko prawda, Kościesza nie kłamał!...
... Lora kokota, jego siostra publiczną kobietą. Nie. Tylko dla bogatych, gracz opchany banknotami... Tak... tak...
... Andzia wśród nich... Andzia!... Asystują jej... Włoch.... stary duk... oh, Boże! jakież to śmieszne!
... Skłamał, że wie o tym... tym... jakże nazwisko?... Orski... Hor... sky... ski... nie pisała nic... o nikim...
... Kościesza wiedział co wynaleść... nowa trutka... śmiertelna!...
... Niema już Andzi... niema!...
... Ach co znowu! pisała... przyjeżdża prędko... ślub będzie, kiedy on zechce.
... Zażąda za tydzień, Andzia przyjedzie... ślub... wezmą.... będzie jego żoną! Och! A jego rodzina?... Lora prostytutka... Andzia go nie zechce... Tak, tak!... Co to mokra głowa?....
...Ktoś kropi kropidłem, gęsto kropi... Rosa?...
...Nie to deszcz, szum ulewy... szaruga!...
... Czarno... pusto... śnieg ginie... Jaki szary!... Ktoś woła..: nic, nic, aby dalej.
— Dokąd idę?...
Oprzytomniał.
Stał przy nasypie kolejowym. Błyszczą światła, już blisko... to przystanek....
— Tak, pojadę do niej... po Andzię. Wsiądę do pociągu. Już idę, Anuś... już idę...
Jan szedł prędko wzdłuż toru, w przeciwną stronę stacji. Drżały mu kolana, ale szedł. Głowę niósł na karku ostrożnie. Taka ciężka, spadnie... zbije się jak... jak garnek.
...Czego taka ciężka głowa?...
W mroku dojrzał kontury wielkiej, rozdwojonej brzozy, krzywy pień potężny, gałęzie płaczące aż do ziemi. Płaczą naprawdę, leje się z nich deszcz. Strumienie ściekają z gałęzi. To ta brzoza... Ta sama...
Sągi drzewa, jak lepianki.
... Andzia tu siedziała... wianek z maków na włosach czerwienił się...
... Tak — ładnie, ładnie... I ta brzoza ta sama...
... Zbierali poziomki razem...
... Teraz ona daleko, och, jak daleko!...
... Orski... nie, Hors... wszystko jedno... Zwyczajnie znajomy. Uczciwa jest! Gdyby tamtego kochała... napisałaby. Tak! Wyznałaby. Ślub będzie z nim,, tylko z nim. Tamto to nic... głupstwo! Ale Lora... kokota, Lora! Ach, zawsze taka sama.
Usiadł pod brzozą, tuż obok nasypu. Włosy ociekały mu wodą, deszcz lał, huczał wiatr. Wiosenne roty wichrów ciskały się w przestrzeni.
...Był wieczór jasny... żaby rechotały. Tyś śpiewała Andziu. Siedem lat już... siedem.
...Inaczej, inaczej było.
...Co to... huk jakiś?... Coś huczy i coś woła?...
...A, a, a, pociąg pędzi.
... Tak jak wtedy! Andzia w jego palcie skoczyła na szyny, leżała płasko na nasypie, wzdłuż... wzdłuż; pociąg przeleciał nad nią... dudnił... i teraz dudni. O... jak gna!... potwór straszny... czerwone ślepia błyszczą. Jakiż huk... Brzoza ta sama; wtedy płakała liśćmi, teraz naprawdę łzami...
Jan uśmiechnął się jak dziecko: rozkosznie, bezprzytomnie trochę.
... Tak jak wtedy, zupełnie jak wtedy.
— Pojadę do ciebie Andziu!
Krzyknął i zerwał się z pod brzozy.
Pociąg nadlatywał z łoskotem... okrutna, czarna masa. Blask lunął na szyny... Potworne ślepia...
— Paniczu! Hej, hej! paniczu.
... Ktoś woła?... już niedaleko...
Jan zadrżał.
Nie puszczą do Andzi, zatrzymają!
Nagle z przeogromną trzeźwością uświadomił sobie całą prawdę.
... Hańba siostry... Anna go nie kocha, nie kochała nigdy... Wereżba... Kościesza... jego trutki... Życie... Takie życie?...
...Bankrut moralny... ruina!...
Pociąg był tuż, tuż.
— Tak jak wtedy Andziu! Tak jak wtedy!...
Jan skoczył jak żbik wprost pod koła lokomotywy.
Przewaliły po nim ciężkie, czarne masy. Pociąg gnał dalej.






XII.
Sic erat in fatis.

Na balkonie willi nadmorskiej rysowała się w cieniu nocnym drobna postać biała, skulona w kątku, przy żelaznej balustradzie.
Cisza, mącona tylko pluskiem fal.
Morze, pogrążone w czarno-sinym tumanie nocy, lśni połyskami stali tam, gdzie nań padnie blask matowy księżyca kryjącego się w chmurach. Obłoki ciężkie, ponure wiszą na niebie, suną leniwie, tak nisko, jakby spływały, by utonąć w odmętach morskich. Księżyc niekiedy osrebrzy ich brzegi, rzuci pasemek kilka jaśniejszych, zabłysną i znów mrok. Chmury przyszły tu z północy, cicho są, burzą nie zagrażają, jeno tłoczą płuca potężnej morskiej toni, która oddycha ciężko jakoś. Roztocz morza leży przyczajoną, przestrzeń gładką, niby oliwą zlana, karbuje się lekko, falki drobne wzniosą czasem na swych grzbietach kadłub bałwana i toczą go do brzegu. Zapieniony obuch wody ciska się na piasek nadbrzeżny i rozpływa w płaskie płetwy.
Czarne są bałwany od chmur.
Groźne, warczące, lecz nie często nadbiegają z ciemnych wód horyzontów.
Morze zasnęło. Toń śni pod naciskiem chmur. Wiatr skrył się, zwinąwszy swe skrzydła, nawet piórkiem jednem nie mąci spokoju uśpionego tytana. Bałwany podnoszące się, to westchnienia głębokie, falki krótkie, to oddech jego. Łyski księżyca, to uśmiechy przez sen, w marzeniu o słońcu.
A chmury północne płyną i płyną, ciężarem swych run zwisają nad morzem, idą ku własnym, odległym celom. Gdzieś dokąd dążą ich masy, gdzieś rozpętają się, ocucą wichry, dodadzą im piór do śmig szalonych i puszczą w przepędy, orkanem świsną.
Gdzieś niosą chmury przerażenie, miejsce wybuchu grozą wstrząsną. Tu, nad Śródziemnem mają tylko przemarsz swój, tędy szlak ich wiedzie.
...Gdzie wasz cel i oparcie? Skąd idą wełniste wasze zastępy, z jakich źródeł czerpałyście pokarm tłustych ciał waszych?...
...Może początek wzięłyście z oparów Słuczy? Może atomy jej nurtów niesiecie w żywotach swych? Może z nadstyrzańskich łąk, może z moczarów Krasnej duszohuby? Możecie macie w sobie kropelek parę z jeziorka w Temnym hradzie?....
...Powiedźcie chmury, obłoki o wymionach nabranych słodką wodą naszych rzek, jezior naszych, skąd płyniecie?...
...Gdzie wasze poczęcie i gdzie wasz kres?...
...Jeśli w piersiach swych macie kropelki pokarmu z naszych stron, spuśćcie je na mnie... Choć pyłek wodny z Temnego hradu, z moczarów na Krasnej na głowę moją rzućcie. Pochylę czoło z nabożeństwem, jak w kościele pod rosą wody święconej.
...Nie bądźcie zazdrosne o tę pylinkę oparów naszych; wy ją roztrwonicie, ja przyjmę jak relikwię.
...Chmury... chmury tajemnicze!
Hańdzia Tarłówna goni oczyma chmury z północy ciągnące, modli się do nich, żebrze.
Tęskni do nurtów Słuczy, która słyszała głos Andrzeja, której fale niosły na sobie słowa ich, upojeń pełne...
Tęskni, mając przed sobą morze.
Marzy o Krasnej duszohubie, o wschodzie słońca, gdzie łosie brodząc głęboko w moczarze dążyły do stogów, na ucztę poranną; gdzie czaple tęczą okraszało słonko wstające; gdzie hałaszyły kaczory przestraszone strzałem z oczeretów; gdzie brzegiem moczaru szedł krokiem śmiałym młodzieniec ze strzelbą na ramieniu, obok starego Grześka, aby powitać ją... swoją Hańdzię.
Marzy, mając przed sobą... morze.
Łka dusza Andzi nad jeziorkiem w Temnym hradzie, gdzie żółte lilje kwitną latem a głębina tchnie granatowo — siną jakby szmelcowaną powierzchnią; gdzie w listopadzie taflę jeziorka lód zamknął i lśnił jak żelazo polerowane, a dalej stoją ruiny zamczyska... a naprzeciw nich dąb ogromny...
Łka Andzi dusza nad ponurym zakątkiem borów wołyńskich, z nad morza tam ulatując.
...Zapomnij Hańdziu, zapomnij, — szepcze przez sen toń morska.
...Zapomnij! Życie jest piękne a tyś młoda, a kir wspomnień taki czarny...
...Zrzuć dziewczyno kir z duszy swej i tu ją zatrzymaj, nad moją falą turkusami tkaną...
...Zmień się Hańdziu w mewę białą; na pióra swe nabierz purpury ze słońca i bujaj nad moją roztoczą a znajdziesz na niej skarby bezcenne i ciszę i spokój. Ukoisz serce tętniące krwią młodzieńczą, która krzepnie w sople zapiekłego bólu.
...Dość już łez i tęsknot, niech uśmiech zakwitnie na twych kraśnych wargach. Pąki szkarłatne ust twych niech zapragną... Takie ostygłe.
Pąki szkarłatne....
„Mój pąku szkarłatny“.
...Och, morze, morze... nie zagłuszysz ty tego głosu, nie zniweczysz go!... Dźwięk tych słów przeniknął serce, owinął się dokoła głównej arterji i nie wyrwiesz go, chyba z nią?...
Takieś piękne a jednak, nie dokonasz cudu... odrodzenia!
...Zabij ptaka wspomnień, połam jego lotki, niech nie nadlatuje do mnie z naszych borów i stepów...
...Daremnie!
...Ty mi nie dasz zapomnienia i ja tam wrócę, do naszych puszcz ciemnych...
Pożegnam cię morze, aby iść w niedolę moją, dumać żałośnie nad mogiłą w Dubowej, tęsknić za szczęściem w Temnym hradzie, czar umarły wskrzesać na Krasnej duszohubie.
...Nad Słucz powrócę, aby pytać się fal wartkich czy pamiętają... jego?...
...Nad Słucz woła mnie dola czy niedola moja, tam mój czyn i obowiązek.
Tam gleba moja wzywa mnie, do pracy woła. Czyż tu trwać i słuchać szumu twych fal, morze rozbujałe?...
...Czyż tu wegetować, gdy tam życie czeka?...
Dwa lata ciężkie i okrutne przy łożu chorej śmiertelnie ciotki; straszne dnie i noce potworne; ze zmorą świeżego nieszczęścia w duszy, z wizją bezlitośną ostatnich chwil, w oczach od łez zamglonych, z tragedją w sercu beznadziejnie ugodzonem i z konieczną pogodą na twarzy, aby chorej nie przerażać; z tą maską szatańską na rysach rozpaczą ściągniętych....
Te dwa lata ciężkich robót dla ducha przeszły, zasunęły się w otchłani czasu, teraz niema przeszkody do własnego życia. Dwa lata w roli siostry miłosierdzia, to była praktyka smutku, oswojenie z ciosem, który padł w pamiętny dzień dwunastego listopada na Temnym hradzie; to było jakby bezustanne dogorywanie w zawalonym tunelu, w czarności przeraźliwej bez światła i ciepła.
Teraz przestrzeń otwarta, można dążyć ku niej i żyć... pracować.
...Żyć nie razem z nim, w Prokopyszczach, z ideałami wspólnie tworzonemi, z kwiatami szczęścia w dłoniach, z rozkoszą istnienia... Nie, to już zabite! To już znikło, w przepaść runęło!
Życie wspólne z nim realnie umarło, ale duchowo żyje.
Jego duch nad nią, jego moc nad nią... On tchnienie swe wlał w serce Hańdzi i ono pulsuje.
Z taką iskrą do czynu iść, służyć jego hasłom...
Nie czas na wznowienie marzeń dziewczęcych o nauce, o pracy takiej jaka wówczas nęciła, studenckiej, na kursach przyrodniczych.
To już nie pociąga. Inny teraz cel, inne przeznaczenie. Trzeba wypełniać samej pracę z nim obmyślaną, którą się razem miało wziąć na barki.
...Sama ją dźwignę, a ty mnie duchem wesprzesz. Nie będę twoją pomocnicą w Prokopyszczach; ty staniesz się podporą moją w tych moich ziemiach nad Słuczą.
...Tam już moja ostoja.
...Nie zatrzymasz mnie, morze!
Zaszumiały fale oburzonym szeptem.
Bełkot wód wzmógł się. Sunęły do brzegu groźnie, jakby karcąc Andzię.
Bałwan białogłowy wzniósł swój tułów kłębem i hucząc walił do brzegu.
Zawarczył jak wściekły pies, białe kły rzucił na piasek.
...Zapomniałaś Hańdziu, sieroto; Hańdziu, żałobnico po tamtym; Hańdziu, dziewczyno tęskna, zapomniałaś, że nie sama pójdziesz w to życie nowe, w tę pracę swoją. Oj nie sama Hańdziu, nie sama! — ryczał bałwan.
Tarłówna zerwała się z plecionego fotela, trąc oczy. Ziemia zadrżała pod nią. Czy morze chłonie willę?...
...Cóż tak rechocze śmiechem ten bałwan, czego tak jej urąga?...
...Ach to prawda, prawda! Morze chłoszcze ją prawdą niemiłosierną.
Zapomniała o Janie.
To już nie dawny Jaś, z tych lat przepięknych, gdy razem odbywali wycieczki po borach, ryby łapali w stawach turzerogskich, jeździli konno na kucach. Nie ten sam uczeń w bluzie szkolnej, miły towarzysz, kuzynek, łobuz, który kładł się pomiędzy szynami pod pociągi i ją tego nauczył. To już nie tamten Jaś. Teraz czeka na nią młodzieniec poważny, z męskim zarostem na szczupłej twarzy, ze smutkiem w oczach i surowością w brwiach skupionych. Na ustach pali mu się pragnienie jej pieszczot, ramiona mu drżą do uścisku Hańdzi-siostry?... nie Hańdzi-kochanki, żony.
Ona ma zaspokoić pragnienia jego miłości, rozwiać surowość rysów jego...
On zawrze ją w swych ramionach stęsknionych, do ołtarza ją poprowadzi, tam gdzie ona miała stanąć z Jędrkiem.
Profanacja! Profanacja... Grzech!... Gdyby z Jędrkiem na ołtarzu ich przysięgi paliły by się gorejące ognie, ze słońca spadłe.
Gdy z Janem... zapłoną gromnice...
...Morze, morze daj poratowanie!...
...Nie bluzgaj żółcią ironji, ale ratuj mą duszę od nowej zatraty, od nowej, na całe życie... gehenny.
...Czemuż przysięgłam jego matce?...
...Jedna... kilka chwil zwłoki i byłabym uratowana. Umierająca skonałaby z rozpaczą, ale jabym nie zaprzedała swej duszy.
...Czyż dla dogodzenia umarłym, żywi mają cierpieć?...
Dlaczego Jan tego nie rozumie? On szczęśliwy, że choć w ten sposób ją zdobył, wszak jej to mówił, gdy odjeżdżała na południe. Tyle razy jej to mówił i pisał, więc nie odczuwa jej przerażenia na samą myśl związku z nim...
Czemuż to już nie dawny Jaś, łatwy, wesoły kuzynek?...
Jaki on teraz ciężki, trudny.
Ach, jaki on groźny.
Tarłówna przechyliła się nad bulastradą i oczy suche, palące zatopiła w otchłani morskiej.
A fale ulitowały się nad nią, przycichły bałwany. Morze łyskało stalową poświatą i szmery swe tajemnic pełne, słało ku Andzi.
Rozpostarły się chmury, moty wełniste ponurych cielsk przemijały, pełzły w dal co raz rzadziej, ukazując z poza siebie księżycową tarczę.
Noc nurzała się w morzu.
Ginął w niem świat cały, morze wchłonęło w siebie niebo, chmury, zatopiło księżyc, zabrało wysunięte głęboko brzegi przylądka Beaulieu. W czeluść swą wciągnęło wszystko. Tylko wille i domy w Beaulieu i Cap Ferrat świeciły białemi ścianami, jak małe, zagasłe, księżyce. Zdawało się, że świat roztopił się wszystek w płyn matowy, ciemno-sino-szklisty, na którem migają kręgi jaśniejsze. Taką była nicość przed wyłonieniem się z niej świata.
Hańdzia ramiona splecione oparła płasko na balustradzie i przytuliła głowę do nich. Osnuł ją mrok i zatracił w sobie.
Senność owiała całe wybrzeże. Wille zapylone nocną mgławicą spały. Nie odezwał się żaden głos, nie błysnęło światło sztuczne.
Szum morza kołysał. Czasem z krańca horyzontu wód szedł pomruk głośniejszy, czasem westchnęły fale, lub chlupnął głośno bałwan rozlany o głazy i brzeg. Czasem uderzał niby huk podziemny, głuchy. Może dzieje się coś w głębinach ukrytych misterjów dna?... A może brzegiem od Eze lub Villefranche grzmi pociąg w tunelu? W tej nicości rozlewnej, chmurnej, morze czuwało senne, lecz wrażliwe, pełne tętnic żywotnych i czuwała Andzia. Myślą chciała przebić mroki smutnych swych przeznaczeń.
Przesiedziała do świtu pogrążona w swej tęsknicy. W pewnej chwili podniosła głowę, spojrzała na morze.
Coś się poczyna dziać na fili. Padł brzask leciuchny, jakby w głębinach obudzony wodnik zapalił latarkę. Brzask się wzmaga, wodnik podpływa w gorę.
Smugi różowe, jak iglice ostre i długie pełzają po równinie wód. Roztocz morska przybiera przedziwne kolory; zielonawe łyski śmigają jaszczurczymi skrętami, pada blask stalowy i wnet zmienia się w lśnienie szczerego srebra. Płyną całe tafle srebrne, bałwanki nie groźne unoszą z fali roztopiony malachit w szybę gładką, wgiętą, szlifowaną, z której wytryskują białe kędziory pian.
Światła jest więcej i więcej.
Aż oto purpura zakwitła na toni przeźroczej, szarfy jaskrawe wiją się i mienią. Barwy rozigrane tańczą po grzbietach wód. Koncert barw!
Złota lawina i purpurowe ognie sypnęły potężnie, rozpłynęły się, przesiąkły do dna. Buchnął kaskadą przejasną wielki potop blasków. Morze tonęło w rozkoszy wschodu. Przycichło. Bałwany ukołysane krasą cudu oddychały lekko, by nie spłoszyć czaru. Hen, na stokach, gdzie niebo zda się zlewać z morzem, tam oślepiające łuny pałały żarem. Aż ukazał się rąbek złota świetny, bogaty w kolorycie. Boski Feb powstał z otchłani. Aureola promienista jego korony wznosiła się wyżej i wyżej, wyłaniając, jak z kąpieli, świetlisty majestat.
Słońce wesołe, ogromne, ogniste, uśmiechnęło się do morza.
Radość zakipiała dokoła.
Roznosiły ją blask królewski i szum nurtów, rozbulgotanych weselnie.
I mewy niepokalanie białe, kwilące nad kalejdoskopem, morskich szyb.
Tarcza słońca, wznosząc się w górę nieba, zostawiała po sobie smugi jasne, przeróżowione. Szły one w głębiny i nurzały się w nich, jak strugi bezcenne, z gwiezdnych złożone atomów, które słońce spychało w dół. Pasma te i piętna opadały wolno, były w nich fijolety i czerwień przepyszna.
Złudzenie optyczne, fascynujące.
Andzia z zachwytem wpatrzyła się w zjawisko. Ujrzała nowe. Na smugach tych coś majaczy, postać, niby mgła w kształt ludzki utkana.
Spływa do morza... zaraz zatonie...
Co to jest?... Co?...
Dziewczyna stojąc wychyliła się z za balustrady, oczy wlepiła w zjawę ręce kurczowo cisnęły żelazny pręt.
...Co to za postać w tych pyłach słonecznych?...
...Czyja to twarz na piętnach liljowych?... Spływa... opływa...
Sylwetka znajoma, owal szczupły, jakiś trupi... Oczy patrzą martwe... zasnute.
... Jaś!... To Jaś... Boże!.
Zakryła oczy i padła na krzesło przerażona.
... Wyjadę stąd jaknajprędzej — szepnęła zbielałemi wargami.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po ławicy piasku nadbrzeżnego, o który tłukły bałwany, Andzia chodziła podniecona i niespokojna. Nie bawiły ją dziś dzieci rybackie, otaczające z wrzaskiem, nawet para przyjaciół szczególnych; ośmioletnia Giania i sześcioletni Vittoro. Jedno i drugie, typowo włoskie „bambina“, kudłate, czarne i brudne. Andzia nie przyniosła im dziś ciastek i bąki nadęły się. Łaziło to za nią patrząc jej w oczy i bełkocąc po swojemu. Nie była usposobiona wesoło, natrętne smoluszki dokuczały jej. Poleciła im zbierać ładne kamyczki; podawały jej różne, jakie tylko znalazły, z zachwyconemi giestami. Gdy zaś ona niecierpliwie odrzucała je na ziemię, dzieci w tej chwili robiły pogardliwe wielce miny i jęły deptać też same kamyki, pluć na nie i wkopywać w piasek. Wyłowiły z fali butelkę zakorkowaną z resztką jakiegoś wina, pobiły się o nią i przyniosły Andzi do spróbowania, zachwalając przysmak z błyszczącemi oczkami. Ilustrowały swoje zadowolenie ruchem, widocznie międzynarodowym, gładząc się dłońmi po piersiach i mlaskając językiem.
Wreszcie obrażone za nieprzyjęcie poczęstunku bambina odeszły i zaczęły gonić za uciekającemi falami.
Słońce grzało, dzień był jeden z tych, które nawet na Riwierze czarują. Gęste chmury, wędrujące podczas nocy, nie zostawiły śladu, tylko w duszy Hańdzi zasiały ziarenko niepokoju. Ono kiełkowało.
Z ogródka ozdobnego, otaczającego willę, wyszedł Horski i zbliżył się do Tarłówny.
— Pani tu, na takim upale? Ach, znowu mali lazzaroni! A to plaga!
Pogroził im laską i tupnął nogą. Dzieciarnia rozprysła się.
— Już nie przyjdą. Byłem w willi. Panna Niemojska powiedziała mi, że pani jesteś dziś cierpiącą. Czy to prawda?...
— Nic mi nie jest. Trochę gorąco.
— Mam projekt. Pojedziemy łódką na morze. To panią orzeźwi.
— Owszem. Dokąd?
— Tak sobie, bez celu, na pełne morze.
— To za daleko.
— Co to szkodzi? Do wieczora wrócimy.
— Zapomina pan o Linci.
— To też Lincia zostanie w domu. Już jej to zapowiedziałem.
— I... zgodziła się?...
— Ach!... Gdyby panią porwali korsarze morscy, w tym jedynym wypadku panna Niemojska nie ratowałaby pani, za nic na świecie. Szczególna obawa morza. Proszę wziąć jakieś okrycie, ja się zajmę łódką. Czas jest niezwykły.
Wkrótce potem odbili od brzegu.
Lekka, ale silnie zbudowana łódź, pomalowana białą farbą, niosła ich zgrabnie po igrających w słońcu zapienionych grzbietach. Horski wiosłował, Andzia siedziała naprzeciw. Odpływali coraz dalej. Fale rosły, bałwany stawały się wyższe i zuchwalsze, pomimo pogody. Łódka skakała no nich jak rumak, to na szczyt wodnego wału, to znowu na dół. Hop do góry i w dół.
Czasem piana plunęła na burty łodzi, lub nadbiegający bałwan groził zalaniem. Ale łódka bez ceremonji wspinała się na potwora lekceważąc go sobie. Płynęła, jak biała mewa, figlując na zielono błękitnej masie wód.
Horski równo, rytmicznie popychał stateczek, nadając mu kierunek właściwy. Zamieniali z Andzią rzadko po parę słów.
Ona była zatopiona w myślach, on nie przeszkadzał. Beaulieu zostało daleko za nimi. Ujrzeli w oddali potężne skały nadbrzeżne.
Horski odpływał na większe fale. Najmniejszego wysiłku znać na nim nie było.
— Widzę już, że pan wiosłowałby do Genui. Nic się pan nie męczy.
— Kobieta zaraz przesadzi. Mogę dowieść panią do Cap-Martin, ale nawet do Bordighery już się nie podejmuję. Znam swoje siły. Wiosłowałem dużo na kanale La-Manche i nawet na oceanie Atlantyckim. Jestem wytrenowany.
Andzia spojrzała na niego uważnie.
— Czy pan się czego obawia?...
Słaby uśmiech rozjaśnił jego chłodną twarz.
— Owszem, jest coś przed czem uczuwam paniczny lęk.
— Naprzykład?...
— Żaba.
— Taki rycerz z pana! Do żaby ma pan wstręt, ale ja chcę wiedzieć, czego się pan naprawdę obawia?...
— Prócz zimnej, miękkiej, potwornej żaby niczego więcej.
— A gdyby teraz nastąpiła burza?...
— Burza na Sródziemnem, nic strasznego; skakalibyśmy po bałwanach nieco wyżej i pani mogłaby dostać choroby morskiej, co estetycznem nie jest.
— Moglibyśmy utonąć równie dobrze.
— Cóż to szkodzi? Ryby, kraby różne zjadłyby nas na kolację i nie mielibyśmy brzydkiej perspektywy rozkładu. Ale nie utoniemy, bo ja nie chcę. Nie dokończyłem jeszcze mego zadania na ziemi.
— Jakież to zadanie?...
— Wyratować panią z niewoli babilońskiej, która jej grozi.
— Tyle razy pana prosiłam, żeby o tem nie mówić.
— Jedną z moich wad kardynalnych jest nieposłuszeństwo. Panią zaś postanowiłem ocalić od tego jarzma obowiązkowego i... ocalę.
— Nie proszę pana o to i nie skarżę się przed nim.
— Och, no, nie koniecznie są słowa. Zaprzeczyć mi jednakże pani nie potrafi.
Andzia milczała.
— Hm, to ciekawe! Wogóle na świecie utarło się przekonanie, że trzeba unikać nieszczęścia, pani, przecząc tej teorji, stanowi wyjątek.
Tarłówna spojrzała na niego z wymówką.
Ile razy zostawali we dwoje z Horskim zawsze poruszał ten sam temat. Czasem ją to gniewało, czasem sprawiało jej ukrytą przyjemność, że jednak ktoś ją rozumie, odczuwa i chce ją wyzwolić z narzuconych jej zobowiązań.
Horski okazywał jej wiele życzliwości, wierzyła mu szczerze i wiedziała, że dobrze radzi, namawiając ją do zerwania z Janem.
Ale ani przez chwilę nie zabłąkała się w jej mózgu myśl usłuchania go. Zresztą już zapóźno, wyjazd postanowiła za parę dni.
...Trzeba mu to powiedzieć. A jednak... szkoda odpuszczać ten kraj cudowny, szkoda... Horskiego. Irytował ją czasem, lecz stał się koniecznym.
— To ostatnia nasza wycieczka — rzekła z udaną swobodą. W piątek wyjeżdżam.
Horski ani drgnął.
— Wiem o tym... projekcie od panny Niemojskiej.
— To nie projekt, ale prawda.
Oskar wskazał jej wiosłem nadpływający zdaleka statek.
— Oto jedno z moich bóstw. Widzi pani?.,.
— Pancernik bojowy eskadry francuskiej „La Republique“. Olbrzymi gmach! Jak potężnie miażdży bałwany pod sobą. Co za kolosalne kominy, reje, a paszcze armat, widzi pani?... Jaki ryk złowrogi. Oto jest siła imponująca! Dąży do Villefranche, jak Bóg morza. Zawróćmy i płyńmy za nim do portu; mam tam stosunki pozwolą nam zwiedzić pancernik wewnątrz. Bardzo ciekawe. Chce pani?...
— Wszystko mi jedno — odparła opryskliwie. Dotknęła ją nieprzyjemnie obojętność Horskiego co do jej wyjazdu.
Nie ukrywała złego humoru. Poczuła wilgoć w oczach, paliły ją źrenice.
...Tak przykro, tak przykro... Dla nikogo nie istnieje w życiu... prócz Jana... Pojedzie stąd, zapomną, że była. Nawet ten chłodny Anglik zdawał się być przyjacielskim, sympatykiem, ale cóż go ona obchodzi, gdy już jej tu nie stanie?
Spoglądała na rozhuśtaną toń pod sobą mrugając prędko powiekami, aby nie wypuścić wzbierających łez. Powrót do kraju... Jan, spotkanie Kościeszy — wszystko to jak straszne widma stały przed nią, przerażając.
Zielone skręty wody podnosiły się ku niej, wypukłe, pieniste i słoną rosę pryskały na jej twarz. Przebiegła myśl niesłychanie kojąca, niesłychanie ponętna, jakby już znajoma, aby jednym susem skoczyć w te zielone odmęty. Zamknie się za nią świat cały, znikną obawy, pierzchną smutki.
Wszystko będzie tak jak dziś tylko już bez niej, bez niej. Popłynie jej ciało ku tajemniczym misterjum dna i legnie wolna od zmęczonego ducha, ocalona od ziemskiej niedoli.
...Ryby... kraby różne będą miały kolację... mówił Horski...
Wzdrygnęła się. Podniosła oczy na swego towarzysza.
Patrzał na nią z pod zsuniętych powiek. Szaro-zielonkawe oczy, jak fale, które kusiły ją w swe zimne objęcia. Czego on tak patrzy?...
— Nie pojedziemy dziś do Villefranche. Panna Niemojska miała rację; pani jest ciepiącą, nie fizycznie, lecz duchowo. Każda choroba miewa przesilenie, pani przechodzi je obecnie. Rezultat powinien być wyborny.
Andzię ogarnęła żądza jątrzenia samej siebie. Zaśmiała się dziko, nienaturalnie.
— Rezultatem będzie przyspieszony powrót do kraju i... ślub.
— Przeciwnie! Zerwie pani ze Smoczyńskim i pozostanie tu jeszcze.
— Pan mi dyktuje, co mam robić? A to rzeczywiście oryginalne!... Ha, ha, ha!
— Nic nadzwyczajnego. Gdyby pani była dla mnie zupełnie obojętną, zachowywałbym się inaczej. Ale ja chcę mieć panią dla siebie, zatem nie dopuszczę do ślubu ze Smoczyńskim. Zwróci mu pani słowo jaknajprędzej.
Andzia nie zrozumiała dokładnie jego intencji.
— Złamać przysięgę, unieszczęśliwić tamtego, zostać tu... wszystko dla dogodzenia pańskiej fantazji?... Tak?... Dlatego, żeby pan miał z kim odbywać wycieczki po morzu...
— Nie dla fantazji, ale dla moich pragnień. Pani zerwie z tamtym, bo to niedorzeczność i... zostanie moją. Nie do wycieczek, morskich i lądowych, ale moją w całem tego słowa znaczeniu.
— Pan jest chyba nieprzytomny?! — zawołała głucho, czując, że serce i wszystkie jej odczucia zastygły nagle, jakby przestały żyć. Czy już skoczyła w zielone fale?... Czy objęły ją chłodne, a jednak palące ogniem, niezgłębione otchłanie wód?...
Nie, bo oto znowu jego głos.
— Nigdy nie bywam nieprzytomnym, okrzyk pani zadziwił mnie. Powtarzam, że pragnę mieć panią... za żonę. Czy to jest coś tak bardzo nieprawdopodobnego?...
Tarłówna źrenice szeroko otwarte wlepiła w jego twarz, jak zawsze spokojną, poważną, którą rozjaśniał teraz lekki uśmiech na ustach, trochę drwiący, czy może zmysłowy? Nie było na nim znać ani wzruszenia, ani zakłopotania.
— Och, no! patrzy pani na mnie z takim wyrazem, że gdybym był mniej zrównoważony i.... pewny siebie, mógłbym sam zwątpić w trzeźwość mego umysłu. Ale mi to nie grozi. Wiem doskonale czego chcę od życia. Obecne żądanie moje: mieć panią dla siebie, zdobyć ją. Jest to żądanie silne niezmiernie. Proszę wierzyć... panno Anno.
Ostatnie słowa wypowiedział miękko i łagodnie, zamigotał mu w oczach cieplejszy promień, na twarzy drgnęły muskuły.
Andzia była wciąż ogłuszona. Nie mogła przyjść do siebie. Spodziewała by się prędzej wszelkich niemożliwości, niż takiej sytuacji. On nie spuszczał z niej oczów.
— Nadużyłem niesłychanie zaufania pani. Co?... Nie tylko, że uwielbiam ją oddawna, ale chcę być mężem. Hm!...
— Nigdy bym nie przeczuła... że pan?....
— Że się stanę epuzerem. Co?... Ja sam jestem zdumiony tym objawem.
— Że pan o mnie... wiedząc wszakże...
— O panu Smoczyńskim?... Że się odważyłem z nim rywalizować?... Nic prostszego. Widziałem wybornie z jakiemi uczuciami patrzała pani w perspektywę tego związku. Wysoki altruizm pani, lub też chwilowa abnegacja życia, wywołana wypadkami poprzedniemi, sprawiła, że przy łożu tej... ciotki, wydała pani na siebie wyrok, tyczący się całej przyszłości i to tylko par mégard. Nikt nie myślał, aby sprostować ten nieuważny krok. Pani tembardziej. Brnęła z rozpaczą w duszy, lecz bez instynktu samoobrony. Nawet instynkt budził się, ale zawsze zabijało go drakońskie prawo pod nazwą — Muszę. — Ta przysięga złożona przed ołtarzem konającej, zatem wątpliwie czy zupełnie poczytalnej ciotki. I zabrnęła by pani. Pan Smoczyński niedałby jej rozgrzeszenia. W takim razie szlachetne kapłaństwo idzie na bok. Przeważa własny egoizm.
— Jan kocha mnie... bardzo i nie wie o... moich walkach — szepnęła.
— Powinien wiedzieć. Wie napewno. Pani obłudną nie jest. On tylko nie reaguje na to. Ja mu się nawet nie dziwię, sam nie byłbym lepszym.
— A jednak pomimo to... — zawahała się.
— Kopię pod nim dołki? Tak?... To rzecz ludzka, zresztą pogrążając jego chcę ratować panią i uszczęśliwić siebie. Mieliście oboje runąć w przepaść, ale ja pani nie puszczę. Egoizm mój w tym wypadku lepszym jest od najwznioślejszego altruizmu pani, przy łożu ciotki.
— Nie mam żadnych skrupułów wobec pana Smoczyńskiego, bo i on na moim miejscu zrobiłby to samo.
— Nie, on by tego nie zrobił.
— Więc poświęciłby panią dwukrotnie. Przez jakie niewytłumaczone wątpliwości sumienia, pchnąłby panią na całopalną ofiarę i zadał gwałt własnym pragnieniom posiadania dla siebie... To absurd! Nie można być plus Pape que le Pape, bo najwięcej uduchowiony i wyczulony w rzeczach sumienia klerykał, jeszcze by tego nie potrafił. Co zaś do mnie, walczyłbym o panią nawet wtedy, gdyby pani kochała Smoczyńskiego. Czy taka batalja byłaby wygraną, to inna rzecz, ale starałbym się o szanse pierwszorzędne i nie myślałbym o kapitulacji.
Andzia patrzała na niego w ciągiem zdumieniu. Zaimponował jej znowu.
Jan ze swoją miłością i marzeniami w listach wydał jej się mdłym mazgajem.
Długi moment Andzia i Horski badali się wzajemnie oczyma. Nareszcie ona opuszczała rzęsy wolno, wolno. Uczuła gorąco na policzkach od tych jego spojrzeń. Ogarnęła ją niewypowiedziana trwoga i męka. Nagle myśl wyłowiła z pamięci i nasunęła jej określenie Horskiego przez Nordicę... „Głowonóg“... „Trudno mu się oprzeć, gdy już zarzuci macki“.
Oto jedna macka dosięgła już jej i owija... owija. Co za lęk niezwykły!
— Wracajmy do domu! — zawołała.
— Pani ma rzęsy zupełnie bajeczne i przedziwnie umie pani niemi władać. Gdy je pani spuszcza tak... jak teraz — per Bacco! djabli biorą człowieka. Jakaś miłosierna fala, że do tej pory nie toniemy. Przyznaję, że nawet przy mej zimnej krwi zapomniałem o wiosłach.
— Niech pan zawróci zaraz.
— Jak pani każe. Odpłynęliśmy bardzo daleko od lądu i... trochę pomijamy właściwą treść naszej rozmowy.
Tarłówna nic nie odrzekła.
Płynęli długo w milczeniu, on borykał się ze zwiększonymi bałwanami, które podrzucały łódź do góry, biły w jej burty, pochylając niekiedy gwałtownie.
Andzia zapatrzona w morze nie czuła kołysania, nie widziała podniesionych fal. W umyśle jej panował gorszy chaos, huczała burza uczuć, wrażeń. Fala za falą, fala za falą uderzały w mózg, oblewając go jedynym odmętem skłębionych z sobą myśli. Dobijali do brzegu, gdy Horski spytał:
— Panno Anno, czy przekonałem panią?
— O czem? — spytała odruchowo.
— Że zerwanie ze Smoczyńskim jest konieczne?
— Niech mnie pan nie dręczy!
— I... że niema najmniejszych przeszkód, aby pani została moją żoną?...
Ostatni udar fali wparł łódkę na piasek.
Andzia nie odpowiedziała.
Podbiegł rybak i zgraja dzieciaków.
Słońce zachodziło krwawym pożarem, czyniąc morze rozlaną purpurą, piasek złotem, cyprysy ogrodu czarnemi jak kir kolumnami.
Horski wysiadł i podał rękę Andzi. Zaczęła iść prędko w stronę willi, jakby uciekała. Ale on się z nią zrównał. Odgrodzony od ławicy piasczystej żelazną sztachetką i krzewami caprifoljum, cały czerwony jak demon, w ogniu zachodu, zatrzymał ją pod cyprysem.
Ujął jej rękę i ucałował. Nabrzmiałym jakimś głosem rzekł stanowczo:
— Napisze pani... dziś do Smoczyńskiego... ja zaś jutro przyjdę po odpowiedź, której jeszcze nie otrzymałem.
— Panie Horski...
— Tak trzeba, droga pani, tak trzeba.
Tarłówna szarpnęła się. Wtem usłyszeli ryk automobilu. Tuż obok nich, na ogrodowym podjeździe willi przemknął samochód Nordiców. Siedziała w nim tylko Lora. Dojrzała ich i machnęła na nich ręką.
Andzia doznała wrażenia, że ktoś ją żgnął w serce. Pobiegła prędko, Horski podążył za nią.
Samochód stanął przed willą, Lora wyskoczyła. Była blada, Widocznie poruszona, w ręku trzymała zmięty papier.
— No i wyobraź sobie, Andziu, co ten dureń zrobił?.... Ten hipochondryk!
— Kto taki?...
— Jaś. Oto telegram. Otrzymałam przed kwadransem.
Rozwinęła papier i podała zdrętwiałej Andzi.
...„Jan nie żyje, samobójstwo pod pociągiem w Wilczarach“...
Jęk zamarł na zbolałych ustach Andzi. Z bezwładnych jej rąk papier upadł na ziemię.






XIII.
Na rozstaju.

Osłupienie Tarłówny trwało krótko. Przeważał szczery, braterski żal za Jasiem.
Andzia płakała gorzko, ale tylko tak jak płacze siostra po zmarłym bracie. Bojąc się instynktownie, by nie posądzono jej o komedję odeszła do swego pokoju, wlokąc nogi, niby kłody.
Wieść żałobna przywaliła ją nowym ciosem. Gdybyż własna śmierć, ale samobójstwo! Więc jedynie z jej powodu? Inny niemożliwy. Odgadł ją, przeczuł i nie zniósł tej pewności.
Zawodu mu nie zrobiła, nie łudziła go nigdy, nie obiecywała mu gorących uczuć. Lecz i teraz nie wyznała mu całej prawdy. Nie kusiła, ale i nie odpychała brutalnie. Skąd przyszło nań objawienie?... Czy list ostatni?... Wszakże nie było w nim żadnego obucha. Pisała oględnie, ranić go nie chciała i nie mogła. Kłamać, kazić własne uczucia obłudą?....
Tego już nie potrafiła.
Za dużo od niej wymagał... za dużo.
Decydowała się iść z nim, na całe życie nie kochając... To dosyć, Jasiu.... dosyć!...
Ale on poświęcił własne życie dla niej!
...Czy dla niej istotnie?... Aby zwolnić ją od zobowiązań, których ona by nie zerwała nigdy?...
Znał ją i mógł być pewnym.
...Czy tylko wiedziony rozpaczą, że nie zdołał wzbudzić w niej wzajemności?
...Uwolnił ją oto..
Straszliwym rozmachem przekreślił czarną kartę jej przyszłości z nim, rozszarpał ją.
Nie spodziewała się tego po nim.
...To samo by nastąpiło, gdyby mu odmówiła kategorycznie, gdyby mu wyznała prawdę. Więc aż tak ją kochał, że nie było dla niego ratunku?... Mówił jej to w Warszawie, gdy wyjeżdżała na południe...
»Gdybym przeczuł, że cię stracę, jużbym nie żył“.
Uważała to za egzaltację, za ślamazarność Jana.
A oto groźbę spełnił...
Czyż jej list miałby być powodem?...
...Nigdy!
Nie robiła go sztucznie, nie sklejała zdań dyplomatycznie, pisząc odruchowo, ale z męką, z pogwałceniem najświętszych uczuć, gdy nadmieniła o ślubie.
Może to odbiło, się w tonie listu?...
— Nie! Mój list nie był powodem głównym — zawołała głośno z przekonaniem.
Myśl ponura nasunęła się czarną chmurą...
...Kościesza!...
Przerażenie skuło serce...
...Znowu Kościesza?... Wampir?...
...Czy ożył Chwed’ko?... ludzki płaz?...
Wichrem pędziły czarne mgławice do mózgu Andzi.
...Skon Andrzeja... ruiny... zwłoki Chwed’ka pod jodłą...
Oblewał ją lodowy dreszcz.
...Nie! Teraz samobójstwo, pod kołami pociągu, w Wilczarach...
...Dlaczego w Wilczarach?... Czy samobójca wybiera miejsce swego zgonu?...
...To był jakiś wypadek może...
...Znowu wypadek?... jak w Temnym hradzie?...
...Ale czemuż, czemuż Wilczary?...
Gdyby nawet samobójstwo wyrozumowane, sposób obmyślony z góry, na trzeźwo... to... bliżej był nasyp kolejowy, bliższa stacja... Czemuż właśnie Wilczary?
Wśród czarnych zwałów myślowych zamigotał wężowym skrętem, jak gzygzak piorunu obraz z przed siedmiu lat. Szyny pełznące w dal po żółtym nasypie, sągi drzewa, krzywa, płacząca, wielka brzoza...
Obraz nabiera plastyki... Ona... Andzia pada na żwir w szynelu uczniowskim Jasia... Pociąg... czerwone latarnie...
Szyny dzwonią, jak nożyce na stole, gdy się weń pięścią wali... tak wtedy myślała... Co za plastyka wspomnienia! Huk... tłok... gorąco... ciężar... Lokomotywa... Potem: tratata... ta.
Tarłówna zatrzęsła się ze zgrozy... trata... ta... wagony...
Powróciły odczucia z siłą niebywałą... i pewność prawie jasnowidząca: Jan zginął tylko tam. Jeśli w Wilczarach, to tam... pod brzozą.
Załamała ręce, łzy strumieniem popłynęły po policzkach bladych.
...Jestem nieszczęsna.... Fatum dosięga każdego, kto ze mną swój los skojarzy.
...Rozsiewam niedolę. Gorzej: noszę w sobie śmierć.
Ukryła twarz w dłoniach i płakała cicho, rada, że jej nikt nie widzi i nie słyszy.
Teraz Jan był dla niej znowu bratem, kuzynem, dawnym Jasiem. Czuje to wyraźnie i płacze po nim jak siostra.
Może Lora i Ewelina nie zrozumiałyby tego, może jej żal wzięłyby za przewrotność, za komedję?... Wiedziały wszakże jak była usposobioną do Jana jako narzeczonego.
... A teraz tak rzewnie płacze?...
...Ależ zabrała mu życie. On zginął przez nią. Jeśli pod tą brzozą, to tylko przez nią. A zatem? Czy śmiałyby posądzać ją o fałsz.
...One i... Horski.
Gwałtownie oderwała ręce od mokrej twarzy. Podniosła głowę.
...Horski!...
Zwichrzyło się w umyśle Andzi. Scena w łodzi... pod cyprysem... jego słowa... jego nakaz... Oczy półprzymknięte, magnetyzujące... Czerwony w ogniu zachodu... straszny... potężny!... Jaki dziwny głos... „pani napisze dziś do Smoczyńskiego, ja zaś przyjdę jutro po odpowiedź, której nie otrzymałem“.
Czy to nie sen?... Czy ta scena była rzeczywiście... To i tamto razem w jednej minucie... jego słowa i ten telegram?...
...Czy to, co się stało w Wilczarach, to sugestja jego woli?... Fluid jego magnetyzujących oczu?
Zastukano do drzwi, jednocześnie weszła Lora. Spojrzała bystro na Tarłównę.
— Płaczesz? No, to już nic nie pomoże. Ja się tylko lituję nad tym mizerakiem. Pieszczoszek nieboszczki mamy, mamin synek, suma sumarum osioł...
— Mogłabyś Loro zaniechać epitetów — rzekła Andzia ostro.
Pani Nordicowa chodziła nerwowo po pokoju.
— Powtarzam, że trzeba być osłem, żeby zrobić coś podobnego w jego warunkach. Miał się z tobą żenić, czyli byłby człowiekiem bardzo bogatym...
— Ach Loro, ty zawsze to samo.
— To jest podstawa życia. Ale temu rozbeczanemu idealiście chciało się gwałtem abyś go kochała i to może tak, jak... Olelkowicza. Wiecznie się wszystko rozbija o te głupie amory. Że ci się życie nie uśmiechało z takim Jasiem, zupełnie rozumiem.
— Najszlachetniejsza natura, tylko... ja go nie kochałam nigdy. Przywiązanie braterskie to za mało — szepnęła Anna.
— Wystarczyłoby, gdyby on był innym. Gdyby on cię potrafił zająć sobą, wziąć twoją istotę w silne okowy własnych pragnień, zamiast żebrać o miłość, jak dziad pod kościołem o grosz, byłabyś jego bez wielkich sentymentów. Tego on nie umiał. Najzacniejszy mazgaj. Kobiecie to nie imponuje, ona woli czasem mniej zacnego demona. Gdyby Jaś był takim Horskim, naprzykład, miałby już ciebie dawno.
Andzia poczerwieniała gwałtownie i odwróciła twarz, aby Lora tego nie dostrzegła.
— Ale i ty także gonisz za jakąś mrzonką, której normalny człowiek powinien unikać.
— Pozwól Loro każdemu mieć własną duszę i własne odczucia.
— Owszem, owszem! Daleko zajedzie każdy na takich motorach życiowych! Jasia popchnęły one pod koła lokomotywy. Chociaż może nie tylko one?...
Tarłówna spojrzała na nią ciekawie.
— Przeczuwam tu rękę Kościeszy.
— Loro, zmiłuj się! Co też ty mówisz?...
Uderzyła Andzię tożsamość myśli Lory z jej myślami. Nordicowa stanęła przed nią.
— Już ty przynajmniej nie masz prawa bronić ojczymka. Nie twierdzę, że bezpośrednio, ale Kościesza w tem tkwi. Jan czekałby na ciebie długo i cierpliwie. Zresztą ślub podobno miał się odbyć na wiosnę. Samobójstwo nie jest wytłumaczonem. Coś zaszło, czego nie wiemy, ale co Jasia wytrąciło z równowagi. Musiał być niebardzo przytomnym, inaczejby się na to nie zdobył. Ja go znam.
Andzia powstała żywo.
— Dziś w nocy wyjeżdżamy z Eweliną. Czy i ty Loro? Kiedy pogrzeb?
— W czwartek rano, nie zdążycie w żadnym razie. Dziś jest wtorek i wieczór. Właściwie niema po co jechać.
— Gdzie telegram?
— Jest u Horskiego. Chodźmy, przeczytasz, boś go zdaje się nie dokończyła.
— Nie... tam nie pójdę.
Andzia zadrżała na myśl spotkania Horskiego.
Oskar nie mógł się jej doczekać i opuścił willę. Panna Niemojska poinformowała go, że Andzia postanowiła wyjechać rannym pociągiem. Odchodząc z willi, Horski myślał:
— Hm! Zadziwiający zbieg okoliczności. Młodzieniec przeczuł moje intencje. Sam ustąpił. Bardzo grzecznie z jego strony. Śliczna Anni moja!... Nie prędko zdecydowałaby się posłać mu kosza, albo wcale nie. Och, no, zmusiłbym ją do tego, zbyt ponętna i zbyt cenna... Zaczynałem wierzyć, że ta ciotka była jakąś kapłanką czarnoksięstwa i rzuciła zaklęcie na moją Anni. Phi, na nic takie czary!...
...Nie pojedziesz tam Hańdziu... niema celu i ja nie chcę... Kościesza coś węszy... tak ją wzywa nagląco... To jakiś barbarus...
Och! Nie obawiam się go... Teraz już — nous faisons l‘histoire!....
Ironiczny uśmieszek drgał mu na ustach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W przedziale wagonowym, przy oknie, Tarłówna siedziała smutna, wycieńczona drugą niespaną nocą.
Czytała telegram. Naprzeciw Horski, pochylony ku niej, mówił:
— Zdaje się wyraźnie; czwartek rano, czyli jutro, ptak by nie zdążył przebyć taki dystans. Nie rozumiem celu wzywania pani? Pan Kościesza mógł obliczyć czas podróży. Ten szczegół depeszy zastanawia. „Pogrzeb czwartek...“ no tak, ale: „przyjeżdżać koniecznie, jaknajprędzej, do Turzerogów, nie zwlekać. Kościesza“. Dlaczego panią tak gwałtownie wzywają?... Gdyby panią Lorę, nie dziwiłbym się, może jakie sprawy majątkowe. Ale panią.
— Poprostu pan Kościesza korzysta z okoliczności i chce przyspieszyć powrót Andzi — rzekła Ewelina.
Tarłówna zamyśliła się. Telegram ten robił na niej wrażenie białych oczu Kościeszy: jego tępa, kwadratowa głowa leżała, zda się, na papierze i groziła Andzi. Przeszył ją okrutny ból i strach, że znowu wraca do ponurych, znienawidzonych kątów w Turzerogach. Po co tam jechać, skoro na pogrzeb nie zdąży? Po co ją wzywają?...
Ból potęgował się w duszy Andzi. Patrzyła na morze przez okno wagonu i ogarniał ją niewypowiedziany żal. Zniknie morze, opuszcza je, by dążyć w północne chmury. Tak tu było dobrze, szczególnie w Beaulieu. Noc na balkonie nad morzem... Jan wtedy właśnie rzucił się pod pociąg. Wywnioskowała to z daty depeszy... O świcie widziała wizję jego na pasmach słonecznych.
Pociąg z hukiem zatrzymał się na stacji Monaco. Dziewczyna stanęła w oknie, Horski za nią.
...Jeszcze tylko jedna stacja krótka i pożegna wszystkie dobrze znajome miejsca. Zaraz już, zaraz. Spoglądała na mrowisko domów, na kondygnacje dachów niższe i wyższe i czekała. Otworzy się jeszcze cudna perspektywa z wiaduktu na Monaco, port, bulwar Condamine i morze.
Pociąg popędził naprzód.
— Wjeżdżamy na wiadukt nad S. Devote. Słyszy pani? dzwonią w kościółku pod nami.
— Na ranną mszę — dodała panna Ewelina.
Andzia podbiegła do przeciwległego okna i spojrzała w dół. Jednocześnie dostrzegła, że na skale, nad kościółkiem siedzi grupka chłopców i wymachuje do pociągów kwitnącemi gałęźmi różowych migdałów. Pociąg wpadł w tunel pod hotelami, pocztą i częścią tarasów. Horski przysunął się blisko do Andzi, szepnął cicho:
— Widziała pani chłopców na skale? Machali na panią kwiatami... abyś została.
Pociąg wybiegł z tunelu i co tchu, co tchu pędził po nasypie, tuż przy falach.
...Morze... Monaco... Ach! jaka szkoda, jaki żal!...
Jeszcze parę minut pociąg stanął na stacji Monte-Carlo.
— O, jest pani Lora — rzekł Horski.
— Odprowadzam was do Vintimille — mówiła Lora, całując Andzię.
— Więc nie jedziesz tam?
— Po co? Dziwię się, że ty jedziesz znowu w szpony Kościeszy?
— Ja jej to samo mówię, ale cóż z uporem robić? — dodała panna Ewelina.
— Na wszelki wypadek, gdyby ci Kościesza zbytnio dokuczył, przyjeżdżaj do mnie, Hańdziu i pani także. Zrobicie mi wielką przyjemność. Roberta się nie obawiaj, dałaś mu dobrą nauczkę. Zaakcentowałaś styl Polek. Wyjechał na długo. Mnie się zdaje Hańdziula, że ty się jeszcze rozmyślisz i wrócisz z drogi.
— O nie. Możesz odrazu telegrafować do Kościeszy, że już jadę do Turzerogów.
— Szkoda. Pojechałybyśmy razem na lato do Ostendy. Patrzcie, patrzcie na te Niemki.
Dwie kobiety, stara i młoda ładowały się do wagonu z wielkim trudem. Panna, w gumowym płaszczu, tęga, czerwona, z wydatnemi kośćmi policzkowemu, dźwigała przed sobą pudło łubiane potężnych rozmiarów. Konduktor niechciał tej machiny ulokować na siatce w przedziale. Niemka zrezygnowana, że ze zmartwieniem niebieskich porcelanowych oczach stała w korytarzu ze swym bagażem, zwracając się od czasu do czasu do swej „mama” siedzącej w przedziale.
Horski oparty na lasce, przyglądał się pannie.
— Hm! Rzeczywiście; córka słoń, a matka żyrafa. Papa musi być conajmniej turem. Ciekawe rozmiary tego kapelusza.... pewno zdrowy okaz germańskiego gustu. Ale sądząc z zaaferowania mamy i córeczki, przyjeżdżały napewno specjalnie do Monte po ten sprawunek z jakiejś tam Szwabji.
— Już je pan wziął na język — rzekła Lora.
— Och, bo to taka czysto niemiecka rasa. Nie lubię kobiet mamutów. Już jedziemy.
— A pan dokąd odprowadza nasze panie?
— No, choćby do Warszawy.
— Tylko? Myślałam, że dalej, — śmiała się Lora.
Andzia była zaniepokojona.
Gdy pociąg ruszył, usiadła w kąciku, patrząc na morze. Śliczne dziś było. Zielone, pieniste, błękitne w oddali, usiane migotliwą łuską. Zatonęła w falach oczyma, duszą, tęsknotą swoją. Czasem budziło się w niej nagłe pytanie:
— Dokąd Horski jedzie i poco?... Czasem ujrzała w wyobraźni twarz Jasia na stacji w Warszawie, wzniesioną ku niej, gdy stała już w wagonie i ekspres ruszał. A teraz... Wizja zmarłego Jana. Już go nie zobaczy nigdy...
I znowu morze, morze, morze. Andzia słyszała, że Lora się radzi Horskiego, jak załatwić sprzedaż Smoczewa i czy koniecznie trzeba, aby sama tam była obecną. Ten pospiech wykorzystania spadku po bracie oburzył Andzię, ale nic nie mówiła. Przemilczała tak aż do Vintimille.
Lora pożegnała się z Andzią, Horski został.
— Znowu jesteśmy tu razem — rzekł do Anny już w przedziale.
Wtem oboje odwrócili głowy.
— Boooże!
Okrzyk ten wydobył się z ust olbrzymiej damy spoconej i należycie wymiętoszonej przez tłum wałkujący ją od sal rewizyjnych aż do wagonu. Gdy wtłoczyła się nareszcie do przedziału, zajmując sobą prawie cały otwór drzwi, ujrzawszy tylko trzy osoby w dużym wagonie, miała zapewne wrażenie, że dostała się do nieba. Półobłąkanym wzrokiem popatrzyła na Andzię i Horskiego.
— Boże! Toż eto dzicz... Ta publika... te francużany.
Oskar zaśmiał się.
— Tak, tak. Pani myślała, że tylko w Rosji?... Dlaczego tłum w Vintimille miałby być lepszym?... Zresztą Francja będąc w przyjaźni z Rosją chciała zapewne na swej granicy ugościć panią obyczajami, do których jest przyzwyczajoną. Bardzo uprzejmie ze strony Francuzów. Trzeba to cenić.
— Eto użas! Eto użas! — powtarzała Rosjanka, ocierając pot z twarzy.
Z hałasem zaczęła się lokować w drugim przedziale ogólnego wagonu.
— Od Medjolanu biorę osobne coupé. Niepodobieństwo jeździć tak en masse — rzekł Horski.
— Dokąd on jedzie?... — myślała Andzia. Nie chciała go o to pytać, ale zwierzyła swój kłopot towarzyszce.
— Myślisz, że on powie? Ani trochę. Pytałam go już. Coś mruknął i basta.
Panna Ewelina lubiła Horskiego, nic nie mając przeciw temu, że jedzie razem. On nie narzucał się. Trochę rozmawiał, głównie z Niemojską, czytał dzienniki, spacerował po stacjach. Namawiał panie, aby poszły z nim do wagonu restauracyjnego, a gdy Andzia odmówiła, polecił przynieść obiad do przedziału. Dbał o wszystko, czuwał nad Andzią nieustannie. Gdy zbliżali się do Genui, na którejś stacji wysiadł i powrócił z pękiem różowych anemonów, które złożył na kolanach Tarłówny.
— Pożegnanie Riwiery — rzekł z uśmiechem.
— Bardzo dystyngowany człowiek — myślała panna Ewelina.
Tymczasem Horski wdał się w rozmowę z dobroduszną jejmością, która zaczepiała go, ciągle wyrzekając na Francję i Włochy, i żaląc się, że przez miesiąc bytności w Nicei, wydała więcej pieniędzy, niż jej syn, zjeździwszy całą Rosję, Syberję, a nawet Mandżurję.
— Bo synek w swych podróżach nie spotykał ruletki. Pani zaś pewno się z nią przyjaźniła.
— Bożeż ty moj! I razu nie igrała.
— Więc panią okradali.
Okazało się, że i to nie. Horski wzruszył ramionami. Na jakiejś stacji przechadzając się koło wagonu spostrzegł, że dama kupuje banany od małego chłopca, Włocha: przekupień zażądał dwa franki, dostał złotego luidora. Horski zatrzymał za kark uciekającego ze zdobyczą łobuza, kazał oddać monetę Rosjance i sprostował omyłkę. Zapewniał zdumioną jejmość, że i tak przepłaciła za banany.
Gdy powróciła do wagonu dama rzuciła mu się prawie w objęcia.
— Ach dusza moja. Toż eti Francuzy i Italjancy ciełyj czas mienia tak naduwali. Boże!
Nagle spostrzegła, że wszystkie banany są wewnątrz popsute. Zaczęła wykrzykiwać z oburzeniem i w pasji ciskała banany przez okno na uciekających przekupniów, podczas, gdy pociąg już był w biegu.
Horski rozbawiony ostrzegał, że ją zaaresztują, bo zgniłe owoce klapały na platformę i plecy przechodniów. Potem uczył ją znaczenia monet francuskich i włoskich. Dama zwróciła się do Andzi. Twarz miała szczerze zachwyconą.
— Ot! jewó nikto nie nadujet. Wasz żenich maładiec! Bożeż mój! A samoj tu bytʻ nieszczasnoj żenszczynie...
— Ta pani bierze was za narzeczonych — zaśmiała się Ewelina.
— Jednakże w tym wypadku baba ma spryt — dodał w myśli Horski.
Andzia milczała. W oczach jej stała ciągle wizja, bladej, trupiej twarzy Jana.
Dojeżdżając do Genui nie mogła się oderwać od widoku morza. Łowiła uszami szum fal uderzających o brzegi, z bezmierną tęsknotą bujała wzrokiem po malachitowej roztoczy. Żegnała morze z dziwnym dreszczem serca. Przemawiało ono do niej tajemniczo. Wołały głębie, czuła, że jej coś wróżą, że się coś spełni, czego ona jeszcze nie przeczuwa, lecz morze o tem wie. Gdy pociąg wpadł w zabudowania stacyjne, morze przeświecało już gdzieniegdzie przez wąskie wyloty ulic i przez luki pomiędzy domami. Już nie pełnia wód, ale port zastawiony statkami.
Andzia odstąpiła od okna, blada z wrażenia niesłychanie przykrego. Morze ją denerwowało. Za Genuą ożywiła się znacznie. Pod Medjolanem zaciekawiał ją krajobraz podobny do częstych widoków w Królestwie Polskiem. Obszerne, płaskie pola, łąki zielone obramowane równemi szpalerami drzew, które przypominały wierzby i olszyny. Ładnie zabudowane wioski i miasteczka, gdzie widać było całe grzędy suszącej się na kołkach bielizny, niweczyły wrażenie podobieństwa do rodzinnego kraju.
— Czy zauważyła pani — mówił Horski — że Włosi są przeważnie brudni, ale bielizna zawsze się u nich suszy. Charakterystyczne! Tak jakby uważali to za swe prawo, żeby podróżnym przedstawiać jaknajwięcej sznurów z bielizną. W oknach, na balkonach wszędzie to samo. Nie umiem sobie wyobrazić inaczej Włoszki z ludu jak tylko przy balji. Ich mężowie powinni być zwierciadlano czyści, jest zaś przeciwnie.
Horski zaproponował, aby nocować w Medjolanie i zwiedzić katedrę, lecz Andzia nie chciała. Oskar nie nalegał. Opowiadał jej dużo o swych podróżach, o Anglji, o matce mieszkającej samotnie w starej posiadłości nad morzem, w okolicy Dovru, zwanej Hurlestone-House od nazwiska rodziny, z której matka pochodziła. Jest tam stary pałacyk otoczony równie starym parkiem, spadającym ostrymi stokami do morza.
Mówił o matce z widocznem przywiązaniem, żartobliwie krytykując jej zapał do spirytyzmu, podkreślając natomiast jej zalety pod względem pojmowania życia i jego praw. Andzia pytała o ojca i zauważyła, że odzywał się o nim inaczej niż o matce, z pobłażliwą wyrozumiałością dla jego polskiego romantyzmu i bez zachwytu.
Mówił, że matka kochała bardzo swego męża, pomimo ogromnej różnicy usposobień i charakterów.
Wspominał dzieciństwo swe spędzone w Hurlestone-House, gdzie ojciec w wolnych chwilach uczył go po polsku, a potem z woli ojca miał nawet korepetytora Polaka.
Potem nastąpiły lata studenckie w Londynie, w szkołach i wreszcie w uniwersytecie w Cambridge na wydziale filozoficznym. Ale filozofja znudziła go prędko, bo nic mu nowego nie powiedziała. Studjował jeszcze w szkole marynarki, chciał zostać kapitanem okrętu, lecz doszedł wkrótce do tego przekoinania, że o wiele wygodniej i łatwiej podróżować po morzu, jako pasażer pierwszej klasy, bez kłopotu, niż być na odpowiedzialnym stanowisku. Każdy powinien urządzać sobie życie tak, aby go bawiło, nie zaś utrudzało.
Zaczęli się o to sprzeczać z Andzią, wreszcie Horski rzekł:
— Wychodząc z tej zasady nie jechałbym teraz, będąc na pani miejscu, do ojczyma, ale zostałbym naprzykład w Wenecji.
— Nie jadę wyłącznie do... ojczyma. Tam jest mój cel i... dosyć już próżnowania.
— Obowiązkowego już celu niema, sam się zdetronizował.
— Pan jest bez serca, panie Horski.
— Owszem mam serce, ale logiczne. Zresztą osobiście nie mogę przecie płakać po Smoczyńskim. Pani to chyba rozumie. Biorąc rzecz konsekwentnie trochę dziwną wydaje mi się podróż na Wołyń, w celu wypłakania ostatnich łez na mogile Smoczyńskiego. Zaczynam stwierdzać, że w Polsce rzeczywiście dopiero ten zyskuje sławę i staje się uwielbianym, kto umrze, począwszy od ludzi w jakimkolwiek kierunku wybitnych, skończywszy na sentymentach narzeczeńskich. Jeżeli i mężowie bywają uznawani dopiero po śmierci?... Winszuję! Posiadacie zapewne całą literaturę szumnych mów pogrzebowych, nekrologów i jeszcze szumniejszych napisów na nagrobkach. Co?...
— Panie Horski, nie można kpić z rzeczy poważnych i niekiedy... świętych.
— No, chyba nie w ostatnim wypadku? Gdzie jest logika? Pani obawiała się wracać do kraju, bo tam czekał na nią narzeczony z obrączką. Nie upragniony, ale przeciwnie. Teraz spieszy pani na gwałt, aby przywdziać po nim żałobę. Wieńczyć go żalem po śmierci.
— Pan zapomina, że oczekują tam na mnie jeszcze inne groby.
— Ach, zawsze groby! Pani jest za młoda na to, aby ciągle nad grobami płakać. Nie bądźmy znowu plus tragique que la tragédie. Umarli lubią spokój, nie trzeba im go mącić.
— Ale trzeba o nich pamiętać — rzekła sucho. — Jadę teraz...
— Jedzie pani tam, dokąd dojedziemy razem.
— Jakto?...
Zwarli się wzrokiem.
— Dawno chciałam pana spytać, dokąd nas pan odprowadza?
— Tam, dokąd kupione są bilety.
— Czyli?...
— Zobaczy pani. Jesteśmy już w Medjolanie.
— Radi Boga! Eto Milano?... — krzyknęła zaspana dama wysuwając głowę z pod pledu.
— Milano. Przesiadamy na Wenecję. Radzę się prędko ubierać, bo się pani spóźni.
Ale dama zapewniła go, że dojedzie do Wenecji bez przesiadania, bo tak jej mówił konduktor.
— Och, no. Widocznie zakupiła pani cały wagon dla siebie. Wszyscy pasażerowie wysiadają.
Zajął się Tarłówną. Gdy w sali jedli kolację, wpadła nieszczęśliwa dama w kapeluszu na bakier, w krzywo włożonej jakiejś mantji, rozczochrana i rozgoryczona ostatecznie na włoskie porządki. Okazało się, że wysadzono ją z wagonu, gdy już pociąg ruszał.
Horski współczuwał jej boleści, ale skwapliwie postarał się o osobny przedział.
— Nie umiem być pedagogiem podtatusiałych turystek. Niech sobie zajedzie nawet do Honolulu, dość mam jej od Vintimille do Milano.
Dalszą nocną już podróż odbywali we troje zamknięci w przedziale.
Horski zaproponował paniom, aby się przespały, zapewniając, że będzie czuwał w następnym coupé i przed Wenecją, w której będą o trzeciej rano, obudzi je. Andzia nie myślała o śnie, ale panna Niemojska upadała ze zmęczenia. Oskar wyszedł, życząc dobrej nocy. Ewelina położyła się spać. Tarłówna zasunęła błękitne firaneczki na lampę elektryczną u pułapu i w tej mętnej poświacie siedząc, zatonęła w myślach. Odtwarzała sobie w wyobraźni z całą plastyką samobójstwo Jana. Czy on istotnie był nieprzytomny wtedy? Czy to możliwe, aby Kościesza znowu był pośrednią przyczyną nieszczęścia?...
Postać ojczyma rosła do gigantycznych rozmiarów. Andzia zrozumiała, że boi się go jakimś zabobonnym lękiem, sama myśl o nim przeraża ją. A jednak jedzie w jego szpony — jak mówiła Lora.
...Po nową mękę, po nową niedolę. Może na nową walkę z tym zdradzieckim tyranem?
...Po co on ją wzywa, wiedząc, że na pogrzeb Jana nie zdąży?....
Scena z przed kilku lat, gdy ojczym porwał ją w ramiona, gdy czuła na twarzy jego ohydne pocałunki, stanęły przed Andzią z wypukłą wyrazistością. Jeśli odważył się wtedy, kiedy była prawie narzeczoną Andrzeja, to teraz... Cóż teraz? I poco ona tam jedzie, nie mając nikogo, ktoby jej bronił?...
...Zostały same groby. Wszyscy, którzy ją kochali znikli ze świata. Jest bez oparcia. Nikomu niepotrzebna w życiu, dla wszystkich obca. Popatrzała na śpiącą Ewelinę i rozrzewniła się.
...Ta jedna pozostanie z nią. Ta jej nie opuści.
Zgrzytnęła ironja w duszy dziewczyny.
...Jan by cię także nie opuścił, gdybyś go kochała. Nie może mieć szczęścia ten, kto go innym nie daje.
On jest pośrednio jej ofiarą.
Kto się zetknie z jej losem — przepada.
Myśl ta nasunęła się jej uparcie.
Chwilami nadchodziły refleksje inne.
Że oto zamknięta przed nią brama jej smutnej przyszłości, w którą wejść miała. Już nie grozi jej małżeństwo z Janem. Świat przed nią otwarty, jakkolwiek jest w nim samotna. Wyrwać się tylko z pod opieki ojczyma i wówczas skrzydła wyrosną u ramion. To co niweczyło marzenia młodzieńcze, co przerażało widmem niedoli przestało istnieć. Jak przedtem zagasła przed nią zorza promienista, pełna cudnych wizji na przyszłość, tak teraz znikła czarna chmura na horyzoncie jej życia. Andzia czuła, że myśląc podobnie, obraża pamięć Jasia, który ją kochał tak silnie, że bez niej nie rozumiał życia, odszedł, bo przeczuł jej mękę, jej wstręt do siebie.
Tak. Na myśl wspólnego pożycia z nim doznawała wstrętu.
Gdybyż jeszcze, prócz porównań z Andrzejem, prócz zupełnego braku uczuć, choćby zbliżonych do miłości, nie było wstrętu? Dobijał ją fizycznie wstręt do Jasia.
Dopóki był kuzynem, towarzyszem młodości, nawet potem, gdy już wiedziała, że on ją kocha, żywiła dlań szczerą sympatję braterską. Z chwilą, gdy został narzeczonym wstręt zrodził się nagle, jak ukryty gad w trawie i gryzł Andzię.
Wiedziała wszakże, co to jest pożycie małżeńskie i na myśl, że będzie żoną Jana, wzdrygało się w niej wszystko, co tętniło krwią, co było jej istotą.
Więc jednak los oszczędził jej tej próby?
...Egoizm... egoizm...
Ale tamten stracił życie.
Trzeba było aż śmierci Jasia, aby uratować ją od zatraty?
Napłynęło dziwne pytanie.
...Czy zatrata jej była w życiu Jasia, czy też jest w jego śmierci?...
Skąd to pytanie?...
Zadał jej może chochlik złośliwy, śmiejący się w przestrzeni z ludzkich przeznaczeń.
Zadał jej może jej demon opiekuńczy, jej fatum, które prowadzi ją po grobach, ku coraz boleśniejszym przeżyciom.
Skąd płyną te pytania?...
Jej młodociane smutki, z powodu wrogiej postawy Kościeszy względem Andrzeja, uwieńczone były niebywałym czarem — po to, by końcowa tragedja tem silniej uderzyła w serce.
Jej rozterki i ból duszy, trwający przez rok narzeczeństwa z Janem, zakończony jest oto jego śmiercią, która dla niej jest, pomimo wszystko wyzwoleniem, nową erą w życiu, swobodą.
Czy także po to, by w przyszłości jakiś nowy topór...
Wzdrygnęła się.
Słyszała wyraźnie śmiech ukrytego w przestrzeni chochlika.
A jednak Andrzej zginął przez nią.
Jan zginął także przez nią...
Ale on otworzył przed nią nowe światy, nowe, może jasne horyzonty.
Tamten zamknął szczęście i upojenie jej młodzieńczości.
Ten ginąc rozwinął przed nią ponurą kotarę, by weszła swobodnie w gorący szlak jej pragnień kobiecych.
...Egoizm. Egoizm!
Myśli wirowały w mózgu Andzi.
...Pójdę w takie otchłanne przepaście, gdzie istnieją tylko atmosfery uczuć, które wezmą mnie w swój krąg. Bo pragnę, bo mam siły przepotężne, niosące się w bezmiar tęsknot i snów.
...Bo coś na mnie woła z bujnych prądów życia.
...Bo wzywa mnie jakaś moc, której nie rozumiem, lecz której się nie oprę.
...Moc dziwna i potężna a zupełnie nowa, zrodzona jakby na mogile Jana.
Stworzyła ją ta przestrzeń otwarta przed nią po jego zgonie.
...Egoizm!... podły egoizm!
Jaś leży martwy, jeszcze nie pochowany...
I takie zakwitają nad nim kwiaty?... Takie rodzą się moce?
Miast kiru i łez?...
...Czy nie wolno rozsnuwać pasem okrywających przyszłość?
...Czy ona zawsze będzie pod znakiem żałoby?...
...Czyż idę przez drogi życia ciężarne w smutek i żal. Czy pragnąc będę stale konała, bo pragnienie brzegu nie widzi. Idzie jak orkan i kończy się jak orkan — zatratą. Idzie w dal szlakiem ducha, który skrzydła ma i moc.
...Idzie jak wicher skalny, co ze szczytów dąży na szczyty, ale zmiata z nich tylko mgły zwątpień.
...Nie oświeca szczytów zielenią traw bujnych, nie rozpina zorzy nad wirchami. Do tego brak mu sił.
...Więc tylko pragnę, zawsze tylko pragnę?
...Kiedyż pragnienie przyoblekę w prawdę?
Byłaby to słodycz i radość dla duszy tak potężnej, że możebym jej nie przeżyła?... Może ta siła uczuć radosnych, poczętych w momencie spełnienia marzeń, ideałów, stałaby się tak olbrzymią, rozkoszną ekstazą, że szczęście zabiłoby mnie, jak wschód słońca zabija motyle nocne, które za blaskiem tęsknią, a gdy go ujrzą — omdlewają.
...Nie. Nademną jest gehenna niedoli. Mogę chcieć i nie otrzymam tego, mogę pragnąć i nie zyskam, mogę tęsknić — nie ujrzę, wołać — nikt nie usłyszy, płakać — nikt nie ukoi. Gdy leci duch do słońca, trafia w ciemność i w niem brnie. Gdy idzie w słodki, złudny szczyt, trafia na ponurą realność i drży z obawy śmiertelnej, męka dławi, przygniata.
Brak sił do rozsunięcia okrutnej zapory, by po za nią błysnął matowy ogień zjawisk przecudnych.
A oto Jan rozsunął ją przed nią.
Lecz blasku nie widać.
Czy może nasunie się nowa ciemność?....
...Czy zatrata była w życiu Jasia, czy też jest w jego śmierci?...
Chochlik śmiał się w przestrzeni.
...Co teraz jest przed nią?... Kościesza, Turzerogi... Toporzyska... Jej ziemia... Jej czyny w myśl dawnych ideałów, spełnienia oczekujące.
...Czy to wystarczy?...
Nowa, potężna moc zbudzona w niej krzyczała protestem.
Gorące prądy życia porywały ją ku sobie... kusiły.
I wszystkie młodzieńcze ideały, projekty twórcze, do czynów realnych dążące rozbijały się teraz o mocarną falę pragnień kobiecych.
Wzburzona krew wartko płynąć poczęła w żyłach.
...Gdzie jest brzeg tych pragnień?...
...I jakie one są?
...Silne, porywające zachłannie. To jest właśnie twórcza moc. Jakaś wola niezłomna a nakazująca.
...Ale jaka?
Nie rozumiała jeszcze, choć wołało w niej o tę moc wszystko, serce, nerwy, zmysły, cała jaźń...
Zamęt w myślach... Chaos.
I oto w tych skłębionych z sobą wirów w umyśle, wyłaniać się zaczęło jakieś pojęcie, mgła. Wyraźniej, wyraźniej. Mgławica zmienia się w tworzywo, coraz plastyczniejsze.
Punkt już widoczny... rośnie... rozświetla wątpliwości tajemnicze... Postać!...
Już zupełnie wyraźna. Niezaprzeczona...
...Horski!...
Andzia rzuciła się w tył kanapy, zatrzymując okrzyk na ustach.
Horski stał przed nią istotnie.
Pochylony ku niej wyszeptał.
— Obudziłem panią?...
— Nie spałam — odrzekła.
— Zatem przestraszyłem. Ale zdawało mi się, że pani czuwa.
— Tak. Rozmyślałam.
— Dojeżdżamy do Wenecji. Pociąg ruszył z Mestro. Ostatnia stacja. Zaraz wjedziemy na laguny, na pomost wśród morza...
Andzia wstała. Rozgorączkowaną twarz przysunęła do szyby okna. Była chłodna, orzeźwiająca.
— Szkoda, że noc. Nic nie zobaczę.
Księżyc jest, ale to za mało. Zobaczy pani jutro.
Odwróciła się do niego gwałtownie.
— Jakto jutro?... Wszak pociąg stoi tu godzinę i wraca do Mestro?
— Pociąg odejdzie, ale my zostaniemy.
— Panie Horski...
Przykrył dłonią rękę jej opartą na stoliczku. Ujrzała jego oczy z pod rzęs patrzące, usłyszała zdławiony głos.
— Panno Anno proszę mi wybaczyć. Postąpiłem samodzielnie dla dobra pani. Mamy bilety tylko do Wenecji. Przebędziemy tu jakiś czas. Pani ochłonie, uspokoi się. To konieczne.
— Jakże pan mógł tak zrobić?... przecie pan wie po co jadę?...
— Właśnie, że nie wiem. Przez dziewięć, dziesięć godzin trudno zdążyć na Wołyń. Przyjedzie pani o dwie doby za późno! Jaki cel?...
Andzia milczała.
Ale wszystko w niej wołało.
...On ma rację. Zostać. Zostać.
Horski podniósł do ust jej ręce.
— Niech Wenecja będzie klamrą, zamykającą przeszłość pani. Załamał się ostatni most, panno Anno. Nie idź, bo wpadniesz w przepaść ciemną i samotną.
Z przestrachem spojrzała mu w oczy. Magnetyzował ją spokojny, stanowczy ich wyraz. W błękitnym półmroku, postać jego wydała jej się potężną tarczą, odgradzającą nieodwołalnie przeszłość jej od nowych przestrzeni.
— Załamał się ostatni most?... — szepnęła jak zahypnotyzowana.
— I dlatego zostajemy w Wenecji. Co?...
W źrenicach błysnął mu jaśniejszy płomyk.
Patrzyli na siebie długą chwilę.
— Oczy pani mówią mi, że zostaniemy. Wenecji się nie pomija, zwłaszcza, gdy inne drogi... nie zachęcają. Więc...
Napłynęła ku niej moc dziwna, której nie rozumiejąc, czuła że się nie oprze.
— Zostaniemy — rzekła śmiało.
I pod władzą jego źrenic spuściła oczy.






XIV.
W Wenecji.

Wyniosłe sklepienia mozaikowe, odwiecznej świątyni, rozbrzmiewały tonem rytualnej melodji. Poważna muzyka organów, zlewała się w zgodnym rytmie z subtelną pieśnią skrzypiec i wiolonczeli. W bazylice świętego Marka odprawiano uroczystą mszę.
Obok balustrady presbiterjum, Andzia Tarłówna klęczała zatopiona w modlitwie. Postać jej ciemna pod wzniosłością kolumn, skulona była, jakby ciężar zwisł nad nią. Przegięta ku mozaice posadzki modliła się żarliwie za duszę Jana. Myślą uleciała na Wołyń, na mały, świerkami obrosły cmentarzyk, gdzie w tej oto godzinie oddawano ziemi jego zwłoki.
Dziewczyna broniła się uparcie natrętnej myśli, która od pogrzebu Jasia ulatywała częściej do tragicznych momentów, do bezprzykładnej rozpaczy nad grobem otwartym w Dubowej dla Andrzeja.
Andzia modliła się za Jasia szczerze, wyrzucając sobie, że nie skupia przy nim całej duszy. Nastrój cudownej muzyki działał na nią, unosiły ją tony w ekstazę modlitewną. Nie było w niej teraz rozpaczy, nie było tragedji, nawet najdrapieżniejsze szpony żalu stępiały. Był tylko uroczysty jakiś smutek, jakby pożegnalny. Opanowało ją wrażenie dziwne, że w tej minucie żegna przeszłość, że ostatnie gałęzie cyprysów żałobnych składa na swych grobach.
Że oto wzniosły hymn, płynący z chórów, świątynnych, to uroczyste jakieś — Amen nad jej przeszłością.
Zawarły się już ciężkie podwoje raz na zawsze. Zamknęły w sobie smutek, żale, żałobę. Zagarnęły wszystko, co ciemne i ponure.
Wszystko!
Ona została na zewnątrz. Ostatni raz stoi u bram swej niedoli. Odejdzie ku nowym przeznaczeniom, ku nowym światom.
Mogiła w Dubowej będzie jej relikwią, schowaną w szkaplerzu pamięci.
...Nad mogiłą Jana przejdziesz ku nowym życiom?... — szeptał wyrzut.
...On będzie zawsze dla ciebie zgrzytem...
— Boże bądź miłościw mnie grzesznej... — i Andzia cicho, zgarbiona do ziemi biła się w piersi ze skruchą.
Muzyka na chórze ucichła.
Zadźwięczały dzwonki ministrantów.
...Agnus Dei.
Tarłówna przysunęła się do kratki.
Kapłan, który ją spowiadał przed mszą, któremu otworzyła całą swą duszę i serce, bez osłon, bez cienia tajemnicy, udzielił jej komunji.
Głębokie, czarne źrenice duchownego spoczęły z rozrzewnieniem na zgnębionej postaci dziewczyny, przystępującej z wiarą, niemal z pokorą do stołu Pańskiego.
Poznał całą jej istotność, wszystkie myśli, tęsknoty i pragnienia, całą jej przeszłość, teraźniejszość i bujny, młodzieńczy polot ku nieznanej przyszłości. Wyspowiadała mu się z całego życia.
Mądry monsignor, Włoch, odczuł duszę Andzi, zrozumiał ją i rozgrzeszył.
Na nowe pobłogosławił życie. Rozczulony był, że wiary nie straciła i czystość serca zachowała nieskazitelną pomimo ciężkich prób.
Monsignor nie był przyzwyczajony do penitentek w stylu Andzi. Praktyka jego, jako spowiednika, nie stawiała mu przed konfesjonałem młodych, pięknych, bogatych panien, które by go zdumiewały szczerością i treścią spowiedzi. Słuchał wyznań Tarłówny z przejęciem, rozgrzeszał ją ze wzruszeniem. Jego łacińską duszę poruszyły przeżycia tej dziewczyny, poezja jej miłości, tęsknota za nieuchwytną istotą szczęścia; jej temperament łaknący a niezrozumiany dotąd przez nią samą, jej czar osobisty, który nawet przez kratki konfesjonału uderzał.
Delikatnie, z jakąś subtelną pieczołowitością podał zbladłym ustom dziewczyny Hostję Przenajświętszą...
Przyjęła ją z przymkniętemi oczyma wstrząśnięta religijną egzaltacją.
Zsunęła się niżej na posadzkę i pochyliła głowę aż do zimnych kamieni mozajki, na stopniach prezbiterjum.
Horski stał opodal pod filarem i patrzał na nią. Widział jej skupienie, ale dostrzegł także, że kapłan, odchodząc z kielichem od balustrady, zatrzymał na nim wzrok dłużej, jakby badawczo.
Co to znaczy?...
Horski zastanowił się. Czyżby ona mówiła o nim księdzu?...
Modlitwa Tarłówny nastrajała go niereligijnie wszakże lecz poglądowo. Muzyka artystyczna, starożytna patyna świątyni, zawsze przez niego podziwianej, i śliczna postać Andzi rozmodlonej, wszystko to złożyło się na obraz, który Horskiego podniecił. Miał wrażenie, że jest w pracowni jakiegoś genjusza-malarza i ten mu pokazuje klasyczny model do swego arcydzieła.
Tytuł on sam nada.
„Modlitwa patrycjuszki“.
...Tak. Wszystko musi być dostosowane.
...Patrycjuszka poczuła pragnienie modlitwy gorącej, namiętnej.
...Więc świątynia... koniecznie coś wielkiego, potęgą tchnącego i artyzmem, coś coby samo za siebie mówiło, że przechowuje bóstwo.
...Muzyka... koniecznie podniosła. Czuje się tylko taką.
...Kapłan, Włoch, Rzymianin z oczyma przepastnemi i profilem cezarów; na czole fałda myśli głębokiej, około dumnych ust wyraz łagodności i czułego pobłażania dla pokutującej, która kajać się przyszła, jak prosta grzesznica.
...Tak. Wszystko trzeba obmyślić, aby obraz nie miał dysonansu...
...Grupy ludzi, rzadkie, to tu, to tam...
...No, to konieczne. Nie można wiernych powypędzać dla jednej patrycjuszki.
...Zresztą to są fragmenty uboczne.
...Drugorzędna jest Ewelina.
...Ach, to służebna, która idzie za przykładem swej dominy.
...Andzia jest dominą i uniwirą.
...Albo nie. Lepiej jest dziewicą. To poetyczniej. Dziewica zatopiona w modłach, ot tak sobie, pragnieniem wiedziona. Domina, to za poważnie, uniwira nasuwałaby myśl, że się ta zamężna, wierna niewiasta modli o nawrócenie lekkomyślnego małżonka, który ją zdradza w cudzej insuli.
...Modlitwa interesowna? Nie. To nie w typie ślicznej Anni.
...Zatem trzeba dodać: „Modlitwa patrycjuszowskiej dziewicy“. Tak lepiej.
...Ale jaka moja rola tu?...
...Ach, no... Jestem widzem krytykującym. Pyszny model do obrazu.
Uśmiechnął się i znowu patrzał tylko na Annę. Myślał.
...Trzeba przyznać, że ona umie się modlić. Wogóle ona zawsze jest w stylu swym, pełnym czaru... nawet jak chmurna, jak rozgniewana.
...Cóż za łakomy kąsek! W niej wszystko woła... rozkoszy i obiecuje rozkosz niezwykłą. Choćby ta modlitwa?... nie uratuje ciebie dziewczyno od pożądań moich, od pożądań męskich — powiedzmy.
...Ale ona będzie uniwirą.
Żeby też w jednej kobiecie zawarło się tyle ponęt... majątek... uroda i taki szalony krzyk zmysłowy, bezwiedny z jej strony, bo przy dziewiczej niewinności. Ona o tem nie wie, że... chciałoby się ją druzgotać w ramionach... porywa szczególnym, żywiołowym pędem zmysłów. Tyle zalet i jedna gruba wada.
...Można ją mieć tylko przez... taki oto ołtarz.
...Ph! Nawet szopka się opłaci.
...Można przejść przez rózgi wszelkich ceremonji, byle ją mieć w władaniu, byle ją posiąść...
Lekki dreszczyk śmignął w żyłach Horskiego... zapalił mu krew, gorącą falą rozgrzał mu krzyż i mózg.
...Przeczucie rozkoszy... z nią. Per Bacco! jeśli samo przeczucie takie?...
...Będą ją miał... to dobra wróżba.
Nabożeństwo skończyło się. Umilkły tony muzyki, tylko echo jej płynęło jeszcze pod sklepieniami ze złotej mozaiki, na której kolorowe postacie świętych układały się w grupy z historji Kościoła.
Kapłan i ministranci odeszli od ołtarza.
Horski łowił ostatnie rytmy melodji, echu oddane.
Do Andzi klęczącej przy balustradzie, podszedł cicho monsignor w czarnym długim płaszczu. Pochylił ku niej dumną głowę i szepnął serdecznie, po francusku.
— Modliłem się o szczęście dla ciebie, dziecko. Zawsze ufaj, nie zgub swej wiary na drogach życia, bo to skarb ludzkiej duszy. I pamiętaj... pamiętaj... że nawet... si Dieu n‘existait pas, il faudrait l‘inventer. Ale Bóg jest i jest miłosierny... Do widzenia dziecko!... Błogosławię cię.
Andzia wzruszona przytuliła usta do jego ręki.
— Miej Boga w sercu...
Dotknął lekko arystokratycznymi palcami do czoła Andzi i prędko odszedł.
Mijając Horskiego patrzał mu w oczy uważnie. Ale on nie zmrużył szyderczych źrenic.
...A to niespodziewane impromptu...
...Nie wystarczył mu konfesjonał. Co on jej tam szeptał znowu?... Tego w moim modelu nie przewidziałem... Ejże monsignorze posądzam cię, że oczy twej penitentki więcej cię wzruszyły, niż grzechy. W moim obrazie niema dla ciebie miejsca.
Tarłówna po odejściu księdza powstała zmieszana i zdumiona.
...Miej Boga w sercu... Gdzie ona to słyszała... kiedy? słyszała napewno.
Jakieś chóry anielskiego śpiewu, melodje czarowne... tak jak ta muzyka na chórze... i te słowa... wyraźnie te same... czytała je kiedyś, na pergaminie... Czy to kto mówił?...
Podszedł do niej Horski.
— Już wychodzimy. Prawda?
— Tak.
— O czem pani tak myśli?
— Szukam w pamięci pewnych słów, które...
— Które co?...
— Gdzieś... kiedyś słyszałam... jakby wróżbę... Teraz powiedziano mi znowu...
— Kto powiedział? Ksiądz?
— Tak.
— Jakież to słowo? Jeśli wolno.
— Miej Boga w sercu — rzekła głucho.
On przytrzymał wzrok na niej.
— Zbyteczne zastrzeżenie. I tylko tyle powiedział.
— Błogosławił mi.
— Pani jest znowu mistycznie usposobioną. Niech pani już rzuci zasłonę na wszelkie wróżby, smutki, tęsknoty. Chodźmy na Piazzetę. Słońce cudowne i morze. Życie jest piękne, panno Anno. Trzeba zeń korzystać.
Wychodziła z bazyliki z powtórnem uczuciem, że odwraca się od bramy, za którą przeszłość została, że rozbrzmiało już nad nią jakieś uroczyste Amen.
...Załamał się ostatni most... teraz już nowe drogi...
...Miej Boga w sercu...
Gdzie ja to słyszałam... gdzie?...
Wyszli na plac: Słońce, jasno, wesoło. Mnóstwo gołębi. Tyle uroku, powabu... Królowa mórz... Wenecja.
...Życie jest piękne.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zwiedzali Wenecję. Poważna cisza starożytnego grodu dożów wywierała na Andzię wpływ kojący. Wiekowe mury pleśnią okryte, gmachy, architektoniczne cuda, cichy, słodki Adrjatyk, wszystko upajało jej naturę wrażliwą i kojarzyło się z sobą w harmonję.
Horski wiedział wybornie czem ją ułagodzić i rozproszyć jej smutki, stał się troskliwym opiekunem i niezrównanym ciceronem. Nie mówił jej nic o swych zamiarach, był delikatny, wstrzemięźliwy, ale czujny. Rozmawiali z sobą dużo, często ścierając się w zdaniach, lecz tylko o kwestjach ubocznych, nie naruszając osobistych. On mówił jej o sztuce, gdy zwiedzali szczegółowo artystyczne budowle, świątynie, lub akademję sztuk pięknych. Tam przed obrazami Tycjana, Pawła Veronese, Giovianiego Bellini, Sassoferrat‘a — Andzia stawała w zachwyceniu, Horski zaś tłumaczył jej treść obrazów i epokę pochodzenia. Ogromne wrażenie zrobiło na Andzi płótno Paula Véronése „Chrystus na uczcie w domu Lewi“, potem wspaniały obraz Tycjana „Wniebowzięcie N. Marji Panny“. (L‘Assomption) w sali noszącej tę samą nazwę. Nie mogła oderwać wzroku od cudnej, boskiej twarzy Madonny, od grup aniołów, od świetnego kolorytu i plastyki tego arcydzieła techniki malarskiej i genjuszu twórczego artysty. „Cuda św. Marka“, pędzla Tintorett‘a, istny cud malarstwa, przykuły oczarowane oczy Andzi. Horski prowadził ją z sali do sali. Pokazywał jej obrazy Benvenuta Tisi, Bassana i innych. Zatrzymywali się przed obrazami Madonny różnych pędzli, porównywając odczucia mistrzów w zrozumieniu oblicza Matki Bożej.
— Niech pani patrzy, panno Anno! Carpaccio odtworzył patronkę pani: oto święta Anna i święty Joachim. Za dużo tu świętych w każdym razie. Natchnienie szuka boskości, mistycyzmu, każdy tę boskość na swój sposób uplastycznia, stosownie do swego talentu. Czy nie wynika z tego chaos?... Ciekawym jednak, gdyby nie było religji, a przy niej mnóstwo tematów poetycznych czerpanych z legend, jakie daje religja, czy dorobek kosmiczny w sztuce byłby taki sam, czy znacznie uboższy?... I wie pani co myślę?... oto, że bezwarunkowo byłby uboższy.
— Bo wielki talent, genjusz nie może poprzestać na odtwarzaniu tylko ludzi — odrzekła Andzia. Szuka czegoś wyższego, ponad zmysłową istotę. Duch potężny dąży do odnalezienia boskości w niej samej.
— No, tak. Ale gdyby tej boskości nie było, nawet w utopjach?
— Wie pan, co mi powiedział monsignor w bazylice tego dnia gdym się spowiadała?... oto: si Dieu n‘existait pas, il faudrait l‘inventer.
— Bardzo piękna maksyma dla księży. Każdy broni swego fachu. Oni przecie tworzą drugie społeczeństwa w społeczeństwach. Muszą wierzyć w religijne hasła, choć pozornie.
— Nie tylko księża, panie. Świat cały, cała ludzkość łaknie i potrzebuje wiary, Ja myślę, że człowiek rodzi się już z instynktem, który go przeczuciowo pcha do poznania i ukochania dogmatu bóstwa.
— To zależy od indywidualności ludzkiej. Dla jednego wiara jest dogmatem życia, koniecznością, inny znosi ją dla przykładu, z przyzwyczajenia wreszcie, a są tacy, którym ona jest niepotrzebną absolutnie. Zbyteczny zabytek archaiczny. Takich jest większość.
— Co też pan mówi, na Boga?!
— Pani się gniewa. Proszę jednak rozważyć tę rzecz chłodno. Czy bywają teraz ludzie tak religijnie natchnieni, jak naprzykład w katakumbach, w wiekach odległych, nawet w średnich?... Czy zdarzają się teraz cuda jakie dawniej bywały i to podobno często?... Czy pójdzie teraz, który panujący do jakiejś Cannossy, we włosiennicy i boso, z głową w popiele, aby kajać się u nóg Papieża? Czy możliwe byłyby teraz krucjaty dzieci? Czy nastąpi jakie objawienie się w grocie, jak w Lourdes? Czy żyje współcześnie drugi Franciszek z Asyżu?... Czy to wszystko teraz stać by się mogło?... Wiem co mi pani odpowie, że świat teraźniejszy nie jest godzien ani takich ludzi świętych, ani takich cudów. Prawda?... Ja jednak mam na to inną odpowiedź.
— Mianowicie?
— A nie zgorszy się pani? Nie zrzuci mnie ze schodów tego przybytku świętych w sztuce. Co;....
— Nie. Tylko nie przejmę się pańską ideą. Zostanę przy własnej. Ale słucham.
— Oto, proszę pani, nowoczesna ludzkość jest trzeźwiejsza i mniej naiwna.
Andzia wzruszyła ramionami.
— Rozumiem do czego pan zmierza, ale... nie chcę rozumieć.
— Dzisiejsza ludzkość robi to samo, co pani. Jednakże to już zapobiega.
— Panie Horski, może zmienimy temat rozmowy?
— Owszem, na jaki pani każe?...
— Jedźmy jeszcze do Palazzo Ducale. Raz tam być to za mało.
— Z przyjemnością. Opadną nas bardziej świeckie tematy.
Pałac dożów był przez Andzię uwielbiany. Na jego architekturę zewnętrzną patrzyła z nabożeństwem. Podziwiała maestrję tej budowy potężnej, a dziwnie lekkiej, na swych ażurowych, jak szlak z koronki, kolumnach. Wieki przestał ten gmach jedyny w swym rodzaju i zawsze jest nimfą Wenecji. Gotycki styl pałacu, przy ciężkiej, pomimo swej piękności i przysadzistej, bizantyńsko-romańskiej bazylice, sprawia wrażenie panny młodej przy matronie. Andzia liczyła kolumny, 36 na dole i 75 w górze, niby haft jakiś bajeczny, a każda kolumna to arcydzieło. Gdy Horski powiedział Annie, że fundamenty pod to cacko założone były w 814 r. przez Agnello Partecipazzio, nie chciała wierzyć. Dużo młodsza datą bazylika wydaje się wiekową przy tym ślicznym Palazzo. Porta della Carta przytykająca do Chiesa S. Marco, to jedno więcej arcydzieło. Cudne marmury tej bramy i kombinacje ich, rzeźby, figury i płaskorzeźba na froncie, wyobrażająca sprawiedliwość, w postaci skrzydlatego lwa z księgą otwartą. Przy tej to bramie rząd rzeczpospolitej weneckiej wygłaszał wyroki.
Wewnątrz pałacu dożów Andzia chodziła z uroczystą powagą. W salach tych spoczywały wieki. I znowu obrazy, obrazy. Véronése: „Porwanie Europy“ — twarz kobiety na grzbiecie byka była dla Andzi niezrównaną. Tintoretto: „Bachus i Arjadna“ — obraz ten Horski lubił rozpatrywać szczegółowo.
W sali wielkiej Rady Andzia mówiła szeptem, jakby w obawie, by czające się tu echa przeszłości nie zostały spłoszone. W wyobraźni widziała świetne zebrania patrycjuszów Wenecji zapisanych do złotej księgi, którzy tu pod przewodnictwem Doży rady swe odbywali, na tych samych ławach wyniosłych siadając. Przyglądała się 76 portretom dożów, od Angello Partecipazzio do Ludwika Manin, które zdobią górny fryz sali. A 21 wielkich obrazów Verones‘a Bassano, Tintorrett‘a i innych na ścianach porozwieszane, przedstawiające zwycięstwa Wenecjan wogóle i nad Fryderykiem Barbarossą odniesionych. A poza tronem doży, olbrzymi obraz Jakóba Tintorrett’a „Raj“, (Le Paradis) zajmujący całą poprzeczną ścianę, płótno kolosalne rozmiarami, jedno z największych na świecie.
— Czy pani wyobrażała sobie istnienie podobnej sali? — pytał Horski. — Pięćdziesiąt metrów długości, dwadzieścia pięć szerokości i piętnaście wysokości. Co?...
Andzia wpatrywała się ciekawie w jeden obraz, zawieszony pomiędzy portretami dożów, w ich szeregu, ale bez cienia rysunku, bez żadnej postaci, zupełnie czarny. Tylko wyraźny był napis. Przeczytała głośno.
„Hic est locus Marini Faletri (tak!) decapitati pro ćriminibus“.
Spojrzała na Horskiego pytająco.
— Wszak to jest miejsce dla doży Marino Falieri?...
— Tak. Ale za spisek przeciwko radzie dziesięciu taką tylko po nim umieszczono tu pamiątkę.
— To straszne!
— Kto wie, może wolałby tę karę kosztem ocalenia głowy, ale mu i śmierci nie oszczędzono. Nie patrzy pani na plafon? Toż to wszystko coup de maitre. Kapitalne!... A kominek roboty Sansovino. Pokażę pani jeszcze kilka boskości: Alberta Dürera „Ecce homo“, obraz wprost fascynujący. Albo doża Sebastian Ziani przyjmuje papieża Aleksandra III; malował Bassano.
Andzia oglądała wszystko jakby śniąc.
Wyszli na balkon od strony kościoła. Tu znowu historyczne cztery konie z bronzu, zdobiące fasadę bazyliki, wspaniałe mozajki tejże. Dalej brama dell‘Orologio, z dzwonem potężnym na szczycie, w który dwie żelazne postacie ludzkie, stojące po bokach walą jak w kowadło, wydzwaniając w ten sposób godziny wieków Wenecji.
Naprzeciw Campanilla wyniosłością swą strzelistą panująca morzu.
— A oto przed nami starożytna biblioteka, ś-go Marka, roboty Sansovino, Loggetta, prokuratorje stara i nowa — mówił Horski.
— Kiedy my to wszystko zwiedzimy? Takie cuda. Jaka szkoda, że Lińcia nie może chodzić. O, widzi pan, siedzi na Piazzecie i karmi gołębie. O tam, na ławce, kłania się nam.
Horski zdjął kapelusz wielce rad w duszy, że się pozbył „cerbera“. Znaleźli się wkrótce na balkonie od strony lagunów. Przestrzeń morska błękitno-szaro-falista, naprzeciw, wprost z wody wyrasta klasztor i kościół St. Giorgio, z wieżą do Campanilli podobną. Na lewo rysuje się Lido, kwitnące bukietami drzew, jeszcze dalej w morzu duże, ponure gmachy szkoły wojskowej, zakładu dla obłąkanych i fale w siny odmęt przechodzące. A nisko Riva dęgli Schiavoni, szeroki, rzadki tu trotuar-ulica. Na prawo początek Canal Grande, ponad szczytami pałaców widne okrągłe kopuły kościoła S-ta Maria della Salute. Tuż obok pałacu, na froncie Piazetty przecudne kolumny; ś-go Teodora i druga ś-go Marka z figurą lwa.
— Piękne są te syryjskie obeliski — mówiła Andzia. — Ile one czasu przestały, ilu wypadków były świadkami.
— Och, no, te granitowe kolumny wzniesione w 1330 r. nie są najstarsze. Tu wszystko wiekowe. Zejdziemy jeszcze do kazamat, gdzie się odbywały egzekucje. Trzeba poznać i ciemną stronę Wenecji, tembardziej wówczas słoneczność jej wyda się ponętniejszą. Siła kontrastu rzeczy brzydkich z pięknemi ma tę zasługę, że piękno czyni plastyczniejszem.
W podziemiach Andzia źle się czuła. Przewodnik z kagankiem w ręku pokazywał im cele więźniów i celę egzekucji. Tu był więziony i zginął Marino Falieri, tędy prowadzono skazańców pod topór...
Andzia chwyciła rękę Horskiego.
— Chodźmy stąd! Już dosyć.
Zatrzymał jej dłoń mocno i wsunął sobie pod ramię. Spojrzał. Była blada, z oczyma rozszerzonemi ze zgrozy.
— Jaka pani wrażliwa! Cóż trudno! Wenecja miała artystów i trubadurów, ale miała i zbrodnie i sądy. Już by pani Elżbietą Tudor nie mogła być. Ale za to Marją Stuart, tylko pozwolę sobie powiedzieć, że jest pani urodziwszą. Te dawniejsze piękności przy dzisiejszych wymaganiach, wydają mi się problematycznemi.
— Niechże mnie pan do Stuart nie porównywa. Boję się ucięcia głowy przez jakiś nieznany fatalizm. Uciekajmy! Zimno tu i straszno.
Horski nie puścił ręki i tak już wyszli razem.
Oglądali cysterny z bronzu, na wewnętrznym dziedzińcu pałacu dożów, otoczonym dokoła arkadami, błąkali się po korytarzach, kamiennych płytach dziedzińca, wchodzili na most westchnień, którędy prowadzono podsądnych z ław sądowych do więzienia naprzeciw.
— Ponte dei Sospiri. Możnaby myśleć, że zakochane pary tu wzdychały. Tymczasem westchnienia są różne — rzekła Anna.
— Są nawet westchnienia nad przebrzmiałemi westchnieniami. To co pani robi w tej chwili.
— A pan wszystko zaraz do mnie stosuje. Nie wzrusza pana Wenecja?...
— Wenecję znam od piętnastu lat, panią zaś od półtrzecia miesiąca zaledwo. I dlatego pani...
— Bawię, jako nowość — zaśmiała się.
— Panno Anno, złośliwość nie jest w pani stylu bezpieczną. Niech ją pani odrzuci. Ale oto złapałem panią na nieszczerości.
Andzia zmieszała się wyraźnie.
— Złośliwą i podejrzliwą nie wolno pani być.
— Dlaczego?
— Bo te wady są udziałem kobiet brzydkich.
— Nie panie. Są właściwością tych, którym się w życiu nie wiedzie.
Oboje razem często z panną Eweliną pływali gondolą po Canal Grande i po mniejszych kanałach. Ale brud i zielona, cuchnąca woda w niektórych zaułkach nie zachwycała. Trzymali chustki przy nosach, płynąc tamtędy. Resztki zgniłych jarzyn i owoców, różne śmiecie pławi się bezkarnie w kanałach jak w rynsztoku. Mury domów, zielone od wilgoci, mchem i pleśnią pokryte. Ze schodów, opadających gdzie niegdzie wprost do wody, zwisają festony zielonych narośli wodnych, kleistych, które za każdym odpływem lepią się płasko do kamienia, gdy zaś woda, poruszana gondolą uderza w mur, zielone te brody podnoszą się w górę najeżone, wstrętne. Przy świetle słońca wszystko to przybiera malowniczy wygląd, lecz, gdy pada deszcz a niebo powlecze się chmurami Wenecja robi przygnębiające wrażenie jakiejś katastrofy żywiołowej, zalewu przeokropnego, który pochłonie stary gród. Zdaje się wówczas, że zaraz całe miasto zniknie w kanałach, że niema dlań ratunku, że to jest żywy cmentarz. Ponuro i straszno, zagłada wisi nad miastem — ofiarą morza. I trudno wówczas uwierzyć w wiekowe istnienie tych budowli opleśniałych, które nawet trzęsienie ziemi wytrzymywały.
— Wie pani co uważałbym za największą katastrofę, jaką kiedykolwiek świat widział a ludzie zanotowali?....
— Zniknięcie Wenecji z powierzchni morza — dopowiedziała Andzia.
— Tak. Żeby podobny kataklizm zobaczyć, warto byłoby tylko dlatego żyć. Och, no, a jednak i to z czasem prawdopodobne. Wszystko ma swój koniec. A gdyby tak teraz? Ginęlibyśmy razem. Wenecję może zniszczyć jakieś niesłychane torremeto, trzęsienie ziemi, jakiś orkan-tajfun morski, coś niebywałego w dziejach świata, ale gwałtownego. Tak sobie tylko wyobrażam i tylko tak byłoby potężnie.
Andzia otulona płaszczem, gdyż wiatr dął i kropił deszcz, siedząc w gondoli obok Horskiego, rzekła w zamyśleniu.
— Gdy pan to mówi, mimowoli sugiestjonuję się. Jestem wrażliwą, więc już prawie czekam katastrofy. Ten deszcz, chmury... ach jak ponuro. Wenecja ma jednak w sobie coś żałobnego. Cisza, tylko plusk wody uderzanej dziobem gondoli i smutne ho, ho... oo! gondoljerów. Czasem suchy trzask zderzonych z sobą łodzi. Gondole wszystkie czarne, najwstrętniejsze te z budkami, jak kirem okryte. O widzi pan; płyną z pogrzebem. Ale to nie pogrzeb, to tylko gromada gondoli z budami. Jakież to przytłaczające!
— Lecz charakterystyczne. Pomalujemy gondole na różne kolory, Wenecja straci swój typ. Słupy, do których przywiązują gondolę, mogłyby być więcej europejskie. Spotyka się zwykłe kije, łomy nawet nie ociosane. Nie sądzę by to było — con eleganza, raczej con dolore.
Chyba nic na świecie nie zmienia się tak pod wpływem pogody jak Wenecja. Gdy słońce: rosną skrzydła, pieśń jest w duszy, hejnałem wzniosłym wszystko tchnie! Gdy pochmurno: jeno smutek bezdenny a żałoba dręczy serce. Dziwny gród! — mówiła Andzia.
— Więc w pani jest podobieństwo do Wenecji, bo i na pani słońce przedziwny wywiera wpływ; roztapia się w niem jej mełancholja i, wtedy pani porywa, pani... promieniuje.
Spojrzała na niego bystro.
Nurzał oczy w jej twarzy, oczy ożywione pożądliwym błykiem.
Drgnęła lekko i uśmiechnęła się.
— Gdy zaś niepogoda — odpycham. Czy tak?...
Podniosła ciężkie rzęsy, kącikami oczu przymrużonych popatrzała na niego zalotnie. Głowę miała troszkę odchyloną na bok, usta malowniczo uśmiechem okraszone.
— Czy tak?... — powtórzyła.
— Nie. Zawsze porywa. Panno Anno, teraz mnie pani kokietuje — rzekł cicho i przeciągle.
Gwałtownie spuściła rzęsy.
— Tak — wyszeptała zmieszana.
Horskiemu błysnęły oczy, uniósł kapelusz nad głową i schylił czoło przed Andzią.
— Cóż to znaczy?...
— Składam hołd szczerości pani. Zaimponowało mi to, przyznaję. To było bardzo niezwykłe i bardzo ładne. Mam ochotę ucałować pani ręce.
— Niech się pan nie egzaltuje, gondoljer patrzy.
— Ja i egzaltacja? Och nie! Jestem tylko pełen uwielbienia. Ale rzeczywiście ta bestja wywraca na nas oczy. On się namyśla.
— Nad czem?...
— Czyby nie zagrać nam serenady. Zachowanie się moje podsuwa mu wnioski zachęcające. Spytam go.
— Niech pan da spokój.
Horski przemówił do gondoljera po włosku. Tamten mu odpowiedział, pokazując w śmiechu białe zęby.
— Wie pani, o czem on myślał obserwując nas?...
— Naprzykład?
— Że moja odkryta głowa mokła na deszczu, więc nie rozumiał dlaczego ją na ten szwank naraziłem; że wogóle mokniemy na deszczu, on zaś właśnie zapomniał wziąć parasola. Ale chce nas okryć gościnnie swym cuchnącym kaftanem.
— A to się pan zawiódł co do serenady.
— Tak. Widocznie w żadnym wypadku na romantyka nie wyglądam.
Tarłówna i Horski pływali na Lido statkiem i łodzią, zwiedzili fabrykę szkła i marmurów, arsenał, wszystkie pałace przy Canal Grande; Casad’Oro przepyszny i wdzięczny swą koronkową architekturą, pałac Franchetti, nieco cięższy w stylu, lecz równie piękny, pałace Foscari, Contarini, zwany „Casa di Desdemona“, palazzo Sanudo przy wąskim, ślicznym kanaliku z ogrodem po bokach. Z żelaznych sztachetek spływały tu róże pnące i powoje o barwnych, wielkich kielichach. Za sztachetkami rosły magnolje, gdzieniegdzie błysnęły kwitnące migdały; w potopie zieleni ogródka wyglądały jak obnażone, różowe ciałka dzieci igrających w słońcu. Andzia lubiła ten zakątek. Zatrzymywali gondolę przy schodkach wąskiego i wzniesionego trotuarku, obok pałacu, do którego się tędy wchodziło. Wysiadali tam i oparci o mur ogródka ze sztachetką, u góry, pod cieniem zielonych gałęzi prowadzili z sobą długie rozmowy. W tym ustroniu gondoljer śpiewał im raz, na prośbę Andzi, — Sancta Lucyja, — ale tak fałszował niemiłosiernie, że Horski zatykał uszy. Z panną Eweliną odwiedzali przeważnie kościoły, częściej jednak przebywając we dwoje. Panna Niemojska bała się wody i zmęczenia.
Czasem Andzia i Oskar błądzili piechotą po chodnikach po nad kanałami, niejednokrotnie przeciskając się przy samych murach; zaglądali do dziedzińców prywatnych domów „casa privata“, gdzie czarne włoszęta przypatrywały im się biernie, przyzwyczajone do turystów. Widzieli malców siedzących na progach ciemnych sieni, zajadających ze smakiem makaron, palcami z miski wyciągając go do nieskończoności, prędko i łapczywie. Byli na szczycie Campanilli, podziwiając widok całej Wenecji, niezwykły i wielki, byli na moście Rialto, na placu Św. Marka podczas parady wojskowej, zachwycali się iluminacją Wenecji in gratiam jakiejś uroczystości narodowej. Andzia lubiła karmić gołębie, które siadały jej na ramionach i na dłoniach, przypomniało jej to Turzerogi. Horski lubił wówczas na nią patrzyć. Sfotografowano ich razem wśród ptaków.
...Ta dziewczyna ma zawsze swój wyłączny styl — myślał Horski. — Jest jak u siebie w domu. Nigdy pozy, nigdy przybranego sztucznie nastroju... Hm. To niezwykłe.
Myśl swą wyraził Andzi.
— Nie rozumiem pana. Pocóż mam udawać i grać komedję.
— Och to nawet nie komedja, to taka subtelność, którą nie każdy umie zachować. Naprzykład wśród tych gołębi stoi pani tak, jakby w ogródku własnego domu przy gołębniku. Widywałem inne panie w tej samej roli, sztucznie czulące się do ptaków i rzucające ziarna z robioną egzaltacją, gdy zaś fotograf je zdejmuje, przybierają miny anielskie przygodnych bogiń. Tymczasem naprawdę gołębie ich wcale nie bawią, przeciwnie, pozując, każda z tych pań drży ze strachu, aby nie... zniszczyły jej sukni.
— Że też pan wszystko zawsze wyśmieje.
— Znam się doskonale na sztucznych nastrojach. Osobiście nie cierpię rozanielonych kobiet, w anielskości nie jest im do twarzy i kobiety chybiając celu myśląc, że biorą tem mężczyzn, chyba ślamazarów.
Kiedyś z okna hotelu przy Canal Grande, Horski pokazał Andzi płynącą gondolę.
— Panno Anno, oto znowu sztuczny nastrój. Tamci państwo w gondoli niezawodnie małżeństwo. On i ona, szczególniej pani, siedzą z wielkiem namaszczeniem, uroczyście. Ona lekko o niego oparta, skupiona, ręce splecione na kolanach; szyja utrzymuje głowę w pozie zgodnej z koniecznym efektem, nie widzę, ale założyłbym się, że oczy w słup. Słowem anioł. Jak karmiąc gołębie trzeba mieć nieodzownie odpowiednią minę i postawę, tak samo jadąc gondolą w Wenecji, trzeba się koniecznie usadowić wedle pewnych form, wyrażających zachwyt, upojenie, wzruszenie, et cetera i wszystko, na modłę nienaturalności.
— Ja się także zachwycałam i cieszyłam Wenecją.
— Ale objawiała to pani inaczej bez odrobiny tanich i przybranych sztucznie efektów, bez pozy. To się odczuwa i widzi.
Tarłówna wdzięczną była Horskiemu za zatrzymanie jej w Wenecji. Opanowywał ją coraz silniejszy lęk na myśl, że jednak trzeba będzie powrócić do Turzerogów i tam żyć. Myśli te odsuwała od siebie starannie, żyła teraźniejszością. Nie mogła się rozmarzać, bo Horski ją otrzeźwiał, nie mogła tęsknić, bo on rozrywał jej tęsknoty, nie mogła wylatywać naprzód wyobraźnią swą, bo drogę do przyszłości zasłaniał jej znowu Horski. Co z tego wyniknie?... — mętnie myślała Andzia.
Słowa jego wypowiedziane na łodzi w Beaulieu pamiętała wybornie. Jego zamiary tak niespodziewanie objawione, z naciskiem, jakby z nakazem wbiły się w mózg Andzi. Zdumiały ją i przeraziły na razie. Potem śmierć Jana odsunęła je na drugi plan; powróciły rychło, ale już nie groźne, nie nadnaturalne, lecz niepokojące.
Był to jednak niepokój, którego się nie oddala.
Anna nie umiała zbadać siebie i nie chciała. Zawisł nad nią wielki znak zapytania, jak miecz Damoklesa. Nie pragnęła dotknąć go już, ani się z pod tego znaku wyślizgnąć. Tak jak jest, było jej dobrze. Nie drażnił jej chłód Oskara, czuła, że dla niej zbyt zimnym nie był. Umiała obudzić żywszy płomyk w jego stalowych oczach i lubiła go budzić. Kokietowała go czasem umyślnie. Niczego więcej nad to, co istniało, nie życzyła sobie. Uczucia miłosne były od niej daleko, pogrzebała je w mogile Andrzeja. To, co jej dawał Horski, wystarczało, przeczucie jej mówiło, że i on nie zażąda od niej zapałów gorętszych. Ale niepokój pomimo to nurtował, szczególnie, gdy spotkała na sobie jego wzrok, lub gdy uczuła na ręku dotknięcie jego dłoni, czasem ust. Wówczas przenikał ją dreszcz niepojęty a jakiś obcy, odległy, niby dosłyszalne echo grzmotu.
Nie rozumiała, że woła na nią, że ją wzywa moc potężna, której się nie oprze.






XV.
W jego mocy.

Pewnego dnia wręczono Andzi telegram. Przybladła otwierając kopertę, ale się uspokoiła. Depesza była od Lory, brzmiała krótko:
„Wieści z kraju ważne, przyjeżdżajcie zaraz, Monte-Carlo“.
— Znowu tam powracać?... Poco?...
— Drogi z Monte wiodą na wszystkie strony świata, będzie się można udać dokąd się zechce. Tymczasem jedźmy tam — radził Horski.
Tarłówna z żalem żegnała Wenecję. Parę tygodni przebytych w tym grodzie, były jakby perłą kilku lat jej życia, od śmierci Andrzeja.
Z radością jednak powitała znowu morze Śródziemne, ale nie chciała zatrzymywać się u Lory. Horski był z tego zadowolony.
Tarłówna z Eweliną zamieszkały w hotelu przy bulwarze Condamine, on, jak i przedtem, w Buckingham Palace.
Lora powitała Andzię wymówką, że nie zajechała do jej willi, ale z radością, że przepowiednia jej spełniła się i że Andzia nie wraca do Turzerogów.
— Już wkrótce jadę do kraju. Jakie masz wiadomości Lorko?...
— Listy od Kościeszy i... od Grześka, wyobraź sobie. Wybacz, że czytałam, ale przyznaję się, że byłam bardzo ciekawą.
— Grześko pisał? Pokaż te listy.
Tarłówna przebiegła wzrokiem chmurnym pismo ojczyma. Gniewał się, że nie przyjeżdża, zapowiadał, że pieniędzy więcej nie przyśle, że dosyć tego „używania“ na południu w domu takiej pani jak Lora“, o której każdy wie, czem jest...
Andzia mimowoli zerknęła na Nordicową.
Ona to spostrzegła.
— Wiem, co w tej chwili czytasz. Szympans mi wymyśla. Stary osioł! Będzie wiedział, że znam treść tego listu.
Kościesza pisał w tonie ostrym i stanowczym. O śmierci Jana była tylko mała wzmianka, natomiast kilkakrotne zaznaczenie, że Andzia zapomina o swych obowiązkach i, że popełnia nieprzyzwoitość będąc tyle czasu za granicą bez właściwej opieki.
Tarłówna odwróciła się do Eweliny, czytając ten sam list za jej plecami.
— Kościesza nie wierzy w łagodną opiekę Lińci.
— Uważa panią tylko za futerał Hańdzi, za plaster przyzwoitości — śmiała się Lora.
— Bezpieczniej dla Andzi być zupełnie bez opieki, niż pod opieką Kościeszy — odrzekła nauczycielka.
— Ach, to z pewnością.
Andzia odłożyła list z niechęcią.
— Same wymówki, naglenie do powrotu i kilka fałszywie słodkich słówek, zapewnień miłości dla mnie i tęsknoty. Przestałam się już brać na ten lep. Cóż stary, kochany Grześ pisze...
Czytała z uwagą, lecz po chwili zbladła i łzy spłynęły jej; z oczów.
— Więc jednak odgadłam, zginął pod krzywą brzozą, przy sągach drzewa... Biedny, biedny Jaś. Taka śmierć okropna...
Grześko coś przeczuwał, szukał go, ale już nie zdążył. W tem samem miejscu, gdzie ja... przed laty.
— Jaś był zawsze mazgaj, ale śmierć wybrał śmiałą. Trzeba odwagi na taki krok. Nie sądziłam, żeby mógł to zrobić — rzekła Lora. Ale czytaj dalej.
Tarłówna zdumiewała się.
— Wereżba, rządca z Drakowa? Nawet nie słyszałam o takim. Ktoś nowy. Cóż on tu robił? Był u ciebie Loro?...
— Skądże! Lecz widocznie śledził nas, przysłany przez Kościeszę. Szlachetny podwładny, szlachetnego szefa. Szkoda, że go nie znałam i jego zamiarów, kazałabym skierować na niego automobil w pędzie. Oto bestja!
Andzia skończyła list.
— Poczciwy Grześko, błaga, bym powracała. Cóż ja poradzę na to, co się tam dzieje. Właściwie jednak, powinnam.
— Stanowczo! — potwierdziła Lora. Kościesza z tym jakimś Wereżbą i widać podobnym do niego administratorem Toporzysk, urządzi ci tak majątki, że nie będzie po co wracać. Już jeśli rąbią i sprzedają lasy, to najgorsze. Wycisną majątek, jak pomarańczę, włókno zostawią dla ciebie. Kościesza widzi, że wymykasz mu się z rąk, wątpi, czy sam z tobą coś wskura, więc zabezpiecza siebie i Janusza na wszelki wypadek.
— A skoro powrócę, czy mi odda majątki?
— Zażądasz. Jesteś pełnoletnią. Prawo za tobą. Logika łatwa i wykluczająca wszelkie spory. Pyszny Grześko z tem swatostwem. Drohobycki z Kiryłówki czeka na twój powrót, z zamiarami starania się o ciebie. To sąsiad Olelkowicza, o ile pamiętam. Nie znam go, a ty?...
— Ach, daj spokój! Widziałam go parę razy, był na... ostatniej obławie.
— Ale odważny, że się Kościeszy nie obawia. Ciekawam w jaki sposób zginąłby, gdyby się z tobą zaręczył?...
— Loro przestań. Nie dręcz mnie. Pan Drohobycki może być spokojny, zostanie przy życiu.
— Z wielką goryczą mówisz to Andziu.
— Bo goryczy mam pełną duszę...
Na drugi dzień rano Andzia poszła samotnie do parku Monaco. Sama nie wiedząc, kiedy znalazła się na swym ukochanym cyplu. Stanęła przy balustradzie patrząc na morze.
Było wzburzone, groźne jakieś.
Bałwany sine waliły z głębin straszne, ryczące, wzniesione potężnie ponad normę i wściekłe. Na krańcu wód, odmęty czarne, jakby atramentem skropione, bliżej sino-rdzawe, brudną pianą chluszczące. Czasem podnosił się wał zielony i targany huraganem wył, jak zwierz, zwijał swe runa, niby gad potworny, wymiotował pianą i zwalczony nowym lewiatanem, utworzonym z wód, tonął w posępnej głębi.
Morze szarpało się w gniewie, huk fal toczył swe bojowe surmy i gnał z burzliwej przestrzeni do brzegu, jakby grożąc nawet zagładzie tej wyniosłej skale.
Wicher uderzał w Andzię z zajadłością, cofnęła się w tył i przykucnęła na ławce, oparta mocno o skałę za sobą.
...Dlaczego dziś morze takie groźne i tak mnie nieprzychylnie wita mój cypel ulubiony?... — myślała.
...Poznałam tu Horskiego...
...Może i on dziś przyjdzie?... Lińcia mu powie, że poszłam do parku, domyśli się i przyjdzie napewno...
...Niechby przyszedł, tak tu dziś straszno...
...Jeśli odgadnie i przyjdzie to... Ach, dość zabobonów!...
Andzia czuła, że drży. Z zimna czy z jakiegoś innego powodu?...
...Co się to ze mną wyrabia?...
...Czy i w Wenecji dziś tak samo morze ryczy?... Tam Adryjatyk błękitem nalany, tam słonecznie...
...Jak tam było dobrze... Czy taki spokój błogi jeszcze powróci?... Wracać trzeba... jechać tam!... Drohobycki czeka. Ha, ha, ha!...
...A Kościesza obmyśla jaką by mu trutkę zadać, gdyby?... Ha, ha, ha!...
Śmiała się jak szalona, aż jej od śmiechu i wiatru oczy nabiegły łzami.
Drohobycki czeka. Ha, ha, ha!....
...Bo kto ze mną los swój zwiąże... ten ginie. Nawet Lora mówi odważny Drohobycki... Ach będziesz żył... będziesz!... Młody... szkoda go... sąsiad Andrzeja... nie zgubię go, nie, nie!....
Morze wzdęło się piekielnym rzutem. Czy chce pochłonąć skałę?...
...Gdybyż Horski przyszedł, tak tu czegoś ponuro...
Andzia zatulona w płaszczyku siedziała cicho, myśląc i śmiejąc się na przemian. Rozdrażniona była.
Morze denerwowało ją jeszcze więcej, ale odejść nie chciała, bojąc się nawet wstać i przejść kilka kroków nad przepaścią zarośniętą krzewami.
W pewnej chwili usłyszała kroki na uliczce... Zaczęła nasłuchiwać...
...Tak, to on. Jego chód.
Krew uderzyła jej do twarzy, oddech zamarł w piersi. Jakby go kto ręką zdusił.
Horski stanął przy niej i patrzał, ona podniosła na niego oczy.
— Och, no domyśliłem się, że pani jest tu. W taką pogodę na tej wyżynie? Co pani?... Zimno?...
— Nie.
— Tylko?...
— Boję się czegoś.
Zdjął palto i okrył niem Andzię.
— Co pan robi?... Niech pan tego nie robi! Pan zmarznie.
— Wytrzymywałem bez palta burzę na oceanie, na pokładzie statku. Pani jest przedewszystkiem zimno, pani szczęka zębami.
Nie śmiała mu się przyznać, że to tylko z jakiegoś nieokreślonego wrażenia.
Usiadł przy niej i długo milczał. Andzia uspokoiła się znacznie.
— Panna Ewelina wszystko mi powiedziała. Niemiłe listy z kraju. Prawda?... — przemówił nareszcie.
— Tak. Ojczym mnie wzywa do powrotu.
— Słyszałem. Pani chce sama wziąć się do pracy, stać się kulturträgerką Wołynia i żyć w tych ciasnych ramach. Za młoda pani na to.
— To lepiej. Odrazu zaprządz się do wózka przeznaczenia, bez mrzonek, które jak Lora mówi, psują życie. Może to i prawda?...
— Panno Anno, pani gra ze mną w chowanego. Przeznaczenie pani jest inne.
Horski wziął jej ręce w swe dłonie. Widziała blisko siebie jego magnetyzujące oczy.
— Przeznaczeniem pani jest być kobietą, nie cywilizatorką i administratorką.
— Czy pan nie kojarzy tych pojęć z sobą?...
— Nie. Mam wstręt do wszelkiego rodzaju emancypantek i do... ekonomów w spódnicach. Lubię kobiety w kostjumach sportowych, ale nie cierpię kobiet przywłaszczających sobie role męskie. To je psuje. Zwłaszcza kobiety w pani typie. Pani jest przedewszystkiem stworzoną, aby... dawać szczęście i rozkosz mężczyźnie.
Andzia zdrętwiała. On pochylony blisko jej twarzy rzekł mocno:
— Tym mężczyzną ja pragnę zostać.
Słowa i głos jego przeniknęły ją nawskroś. Dreszcz zapomniany od bardzo dawną, ale już zrozumiały, już wyraźny, jął płynąć rozpalonym prądem po żyłach.
Zatrzepotały się jej powieki. Nie chciała spuszczać oczów, ale je spuściła, chciała wyrwać ręce z uścisków i pozostawiła w jego dłoniach.
A oto szept zdławiony nad nią.
— Znowu różowe łuny. Jakiż czar!...
Oprzytomniała.
— Niech pan puści moje ręce.
— A jeśli powiem... nie?
— A jeśli nie puszczę, aż dokończymy rozmowy na łódce w Beaulieu?...
— To... sama je wyrwę.
Zdawało się Andzi, że leci w siny odmęt morski, że woda ją ogarnia i wlecze wprost na dno.
...Ku przeznaczeniu!... ku przeznaczeniu!... ryczą spienione otchłanie.
Horski obrócił rękę dziewczyny i do dłoni jej przykładał usta, zlekka ją całując.
Tarłówna poczuła nad sobą przedziwną moc, rozkazującą, władczą.
Nie oprze się jej. Niema, niema sił...
Podniosła rzęsy. Wilgotne, czarne oczy z fijoletowym odcieniem białek, spoczęły w źrenicach Horskiego...
On rzekł stanowczo:
— Ręki tej już nie puszczę, ten drobiazg jest mój. Biorę sobie panią na własność, panno Anno.
— Niech pan bierze — wypowiedziały jej usta i jej zdecydowane oczy.
Odkrył głowę i spojrzał w jej źrenice... poważnie.
— Dziękuję pani. Pragnąłem tej chwili bardzo gorąco.
Całował jej ręce jak zwykle, z nieco łaskotliwą pożądliwością, ale spokojnie.
Po długiem milczeniu z obu stron, Horski powiódł wzrokiem po Andzi, poprawił na niej osunięte trochę własne palto i, rzekł z uśmiechem:
— Mam jeszcze drugie pragnienie, równie silne jak było pierwsze.
— Jakie?...
— Aby ślub nasz odbył się jaknajprędzej.
Andzia miała wrażenie, że to wszystko sen. Jej ślub z Horskim?... Ona żoną Horskiego?...
Stało się!...
— A pani, panno Anno? Po co ociągać. Prawda?... przyspieszymy.
— Dobrze. Jak pan chce.
— Ja?... Ach, no, ja uważam, że my już poślubieni sobie jesteśmy. Własna zgoda i własne słowa są ważniejsze, niż wszelkie narzucone formuły. Wpiszą nas w księgę u mera i odrazu mogę zabrać panią, jako żonę do Buckingham palace, osierocając pannę Ewelinę.
Anna drgnęła i chciała cofnąć rękę.
On nie puścił. Zaśmiał się szczerze.
— Cóż za oburzenie w oczach! Nie zrobię tego, nie. Ludożercą nie jestem.
— Wiem niestety, że muszę stanąć przed jakimś ołtarzem i co gorzej — księdzem. Jest to smutne, ale prawdziwe. Chciałbym tylko te ceremonje skrócić do minimum, i odbyć je prędko, bez zwłoki.
Burza na morzu wzmagała się. Bałwany olbrzymich rozmiarów, spiętrzone pędziły na skałę jak stada rozhukanych bawołów z najeżonemi grzywami.
Chmury rosły, kilka kropel deszczu spadło na rozchwiane rośliny dokoła.
... Stało się, stało się... — powtarzała Andzia w myślach, swych tak samo rozchwianych. Ale nie czuła lęku, całą jej istotę przenikał dziwny dreszcz i zdziwienie, że się to już stało, tak prędko...
— Niezwykła chwila, co? — mówił Oskar.
Burza na morzu, my na zrębie skały, w dodatku w takiej sytuacji, kiedy podobno ludzie tracą przytomność. Myśmy ją zachowali coprawda. Może instynkt nas ostrzega? Lecz nie ufajmy sobie zbytnio, burza podnieca.
Andzia wstała. On również, trzymał ją silnie za rękę. Oddała mu palto.
— Czy pan wie, że my się znamy dopiero od trzech miesięcy?...
— A tak. Poco dłużej? Rozwałkowana znajomość, długie narzeczeństwo, to wielka masa ciepłej wody, w której tonie prawdziwa rozkosz. Im krótsza data poznania się dwojga ludzi z sobą, im mniej przyzwyczajenia do siebie, tem rozkoszniejsza pieszczota i szał.
Andzia uczuła zawrót głowy.
Jego uścisk ręki, głos niski, nabrzmiały i oczy z pod rzęs patrzące, wprawiały ją w stan niepojętego rozdrażnienia nerwów i wszystkich fibr żywotnych.
— Jest pani teraz w mojej władzy... Przepaść, burza i ja... Mógłbym panią wycałować, ilebym chciał moją Anni... Wszak już mogę tak nazwać?... Ale nie uważam za przyjemne całowanie przerażonych kobiet. Czy pani mnie się boi, czy burzy?...
— Pan mnie męczy! — krzyknęła prawie.
Wziął jej rękę pod ramię i odprowadził z cypla w głąb parku.
Szli prędko długi czas w milczeniu.
— Czy pani pamięta nasz pierwszy powrót z krawędzi tej skały?
— Inaczej było niż dziś. Co?...
— Pamiętam.
— O... tak.
— Była pogoda. Dziś jest w naturze pełno grozy, ale to wytwarza nastrój.
— Pan wierzy w nastroje? Odczuwa je?...
— Nie zawsze, lecz dzisiaj tak. Podnieca mnie wściekle wyjące morze i nasze tete à tete z panią, którą już uważam za swoją. Akord ciekawy i draźniący.
— Harmonizuje mnie pan z burzą? To nie trafne. Ja się już burzyć przestałam, jestem teraz jakby we mgle.
— Także chybione porównanie. Otaczały panią mgły, gdym ją poznał, przed trzema miesiącami. Ale teraz...
— Cóż teraz?...
— Jest pani zarzewie ognia. Już gorejesz, bojaźliwie trochę, ale zapłoniesz jaskrawiej.
Andzia odwróciła głowę, nie chcąc, aby dostrzegł wyrazu jej oczów i opływającego jej twarz rumieńca.
Lecz on to zauważył.
— Przyznaje mi pani rację?... Czy tak?...
Po chwilowem wahaniu, spojrzała nagle i śmiało w jego chłodne źrenice.
— Niech się pan nie dziwi. Bywają i takie przełomy. Czuję, że jestem przedewszystkiem kobietą. Odgadł pan we mnie ten pierwiastek wybornie, mówiąc tam, na skale, o mem przeznaczeniu — zaśmiała się nerwowo. — Wstyd mi, żem taka słaba...
— Nie, panno Anno, to nie wstyd i ja się nie dziwię. Ja tylko panią podziwiam, ja to w pani szanuję. Twoja szczerość może imponować. Ach, nie spotykałem tego objawu wśród mnóstwa kobiet.
Ścisnął silnie dłoń Tarłówny i pochyliwszy się ku niej, zajrzaj w jej spłonioną twarz.
— Ale teraz tembardziej pragnę być dla ciebie Prometeuszem

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Więc jednak między wami doszło do tego... tak prędko?.... Czy to już stanowczo Hańdziuniu moja? — szeptała panna Ewelina, pochylając stroskaną twarz nad ciemną głową siedzącej u jej nóg Tarłówny.

— Już nieodwołalnie Lińciu. Tak już być musi.
— Moja, moja dziecino, ale, czy ty go kochasz?...
— Ach, Lińciu, nie pytaj o to. Kocham — to słowo wycofane z mego życia. Nie, nie kocham Horskiego...
— Aniu!
— Ale mu wierzę, ufam mu jakoś dziwnie. Jestem zupełnie pod jego wpływem. On mnie hypnotyzuje siłą, której nie rozumiejąc, poddaję się mimowoli.
— To za mało Anuś. to jeszcze za mało. Boże mój, tak mi ciężko czegoś na duszy, tak się boję o ciebie dzieciątko moje.
Andzia zaśmiała się i ucałowała starą nauczycielkę.
— Niech się Lińciuchna nie trwoży. Przecie Horski nie straszny. Lubisz go Lińciu, prawda?
— Lubię, owszem. Trochę jest za sztywny, za chłodny, jakby prawdziwy Anglik, ale bardzo światowy pan, wykwintny, elegancki, dobrze wychowany i sympatyczny. Umiał mnie zjednać sobie, przyznaję, bo był delikatny i widocznie uwielbiający ciebie, to mnie do niego odrazu przekonało. Tylko widzisz Anuś... On zdaje się jest niewierzący. Ateusz. To gwarancji szczęścia nie daje. Może źle duszko, żeś się tak pospieszyła. Wrócilibyśmy do Turzerogów.
— Do Kościeszy?... Lińciu, wierz mi, wszystko lepsze niż przebywanie znowu w tym okropnym domu z... ojczymem. Za nic!
— Widzisz, ten... Drohobycki zastanowił mnie bardzo. Pamiętasz, przyjeżdżał w lecie parę razy pod różnemi pozorami? Patrzał na ciebie jak w obraz...
Andzia podniosła się żywo i strząsnąwszy włosy na szlafroczek, spytała obojętnie:
— Więc cóż z tego?...
— Byłaś wtedy narzeczoną Jana, wszyscy o tem wiedzieli, nie śmiał. Ale teraz... Młodzieniec jak złoto... przystojny... bogaty... sąsiad i przyjaciel Andrzeja.
— Niech Lińcia przestanie, moja dobra!...
— A zawsze moje dzieciątko co swój to nie jakiś obcy. Ale ty się gniewasz.
— Czy mam jechać do Turzerogów i starać się o Drohobyckiego?
— On tylko czeka twego przyjazdu. On cię pewno od dawna kocha.
— Ach naturalnie! Zabije się dla mnie.
— Ej, Anuś, niedobrą jesteś. Przecie to przyjaciel... tamtego.
— Tembardziej! Dziwię się, że mu zaświtał taki pomysł. Oddziedziczyć narzeczoną po zmarłym przyjacielu! To istotnie bohaterstwo! Niema o czem mówić! Gdybym nawet nie była po słowie z Horskim, nie wracałabym do kraju dla Drohobyckiego. Żoną przyjaciela Andrzeja nie zostałabym nigdy. Jest w tem wyłączna psychologja i Lińcia powinna ją zrozumieć. Andrzej to moja świętość, to moja relikwja.
— A Horski.
— On, to moja rzeczywistość, trzeźwa, realna, z ideałami nie mająca nic wspólnego. Może to moje fatum?...
— Andziu! Jezus, Marja, co ty mówisz?...
— Nie wiem nic, tylko czuję, że to moja konieczność. Jest w nim jakaś siła zniewalająca mnie. To mi imponuje, to mnie bierze, to.... rzuca mnie w jego ramiona.
Zaległo milczenie.
Tarłówna rozebrała się i położyła.
— Kiedyż ślub?... — padło ciche pytanie.
— Skoro tylko wszelkie formalności prawne zostaną załatwione. On się tem zajmie drogą korespondencji w naszej djecezji, w Żytomierzu, i w swojej w Anglji. Chodzi o indult i potrzebne papiery.
Niemojska zerwała się z krzesła.
— Jakto, więc nie wracamy do Turzerogów przed ślubem?...
— Nie. Ślub odbędzie się tu w Sainte-Devote. Za jakiś tydzień, dziesięć dni, skoro tylko nadejdą papiery. Po świętach.
— Aneczko!...
Dziewczyna trzęsła się febrycznie. Szarżowała sama przed sobą, udając większą odwagę, niż miała ją w rzeczywistości. Naciągnęła na siebie kołdrę.
— Jak morze dziś szumi, nawet tu słychać. Takie dziś było groźne, złe...
— Aneczko! po co taki pospiech. Nie zawiadomisz Kościeszy?...
— Nie. Dopiero po ślubie poślę zawiadomienie.
— A rodzina twoja?
— Gdzież ona jest?...
— Ciotka Hołowczyńska z Królestwa...
— Ach, legenda ciotki z Królestwa. Widziałam ją mając czternaście lat.
— Jacyś stryjeczni bracia twego ojca...
— Nikt się o mnie nigdy nie troszczył. Nikogo nie znam, jestem sama.
— Bo się wszyscy bali Kościeszy, nie lubili go i unikali od śmierci mamy. Wszystkich zraził.
— Może być. Ja go się także boję.
— A przyszłości?...
— Nic a nic. Horskiemu ufam. On się Kościeszy nie zlęknie.
— Ależ wyprawy nie masz.
Tarlówna parsknęła śmiechem.
— Ach Lińciuchna, wyborna jesteś! Wyprawa!... A to nadzwyczajna przeszkoda! Trzeba to przedstawić Oskarowi jako powód odłożenia ślubu. Wyobrażam sobie jego minę.
— Moje dziecko. Onby może i ślubu w kościele nie chciał, tylko u mera, jak Lora.
Andzia spoważniała. Przyszły jej na myśl słowa Horskiego, zaznaczające to samo, co przeczuła Ewelina.
Zrobiło jej się przykro i źle.
— Dobranoc Lińciu, czas spać.
W głosie swej pupilki Niemojska odczuła gorycz. Nic już nie mówiąc ucałowała ją i cicho odeszła do swego łóżka.
Wkrótce potem Ewelina doznała wrażenia, że Andzia nie śpi. Zbliżyła się do niej na palcach. W mętnem świetle, płynącem z latarni na bulwarze ujrzała oczy dziewczyny rozwarte szeroko.
— A co, nie śpisz dziecino?...
— Nie mogę. Tak mi dziwnie... dziwnie jakoś.
Niemojska usiadła na łóżku i dotknęła czoła wychowanki.
— Gorącą masz głowę, duszko, oczy ci tak błyszczą, nawet w mroku widzę. Rozmyślasz, prawda?...
— Tak Lińciu.
— Ja ci wierzę. Zdecydowałaś się na krok bardzo rzykowny, Hańdziuniu. To kwestja twej przyszłości, nie można lekceważyć. Ale jeszcze czas... możesz się namyślić, odłożyć ślub przedewszystkiem. Potem zobaczymy.
— Cóż mi w życiu pozostaje innego?...
— Powrócisz do kraju, zamieszkasz w Toporzyskach, zajmiesz się urzeczywistnieniem swych projektów...
— A pustkę z duszy, którą noszę już tak dawno, czem wyruguję Lińciu?... Te zajęcia, to jeszcze nie dosyć. Zresztą... zanim Kościesza odda mi majątki i pozwoli samej zamieszkać, będą kwasy, sceny. Ja się tego lękam, nie czuję sił do walki z Kościeszą. Tak mi pusto w duszy, tak w sercu głucho, tak mi potrzeba jakiejś ostoi, troszkę, choć troszkę ciepła.
Przekręciła się na łóżku i przytuliła głowę do kolan Niemojskiej. Nauczycielka ze łzami w oczach gładziła jej ciemną, rozpaloną głowę.
— Gdybyś dziecino kochała Horskiego, byłabym spokojniejszą. Ale skoro nie, ...to bardzo, bardzo smutno. Przypomnij sobie, ileś wycierpiała, ile miałaś udręki, zgryzoty będąc narzeczoną Jana, bo także nie było miłości. Bóg rozwiązał ten węzeł, wola Jego święta. Niewiadomo, mogłaś być szczęśliwa z Jasiem; dobry, zacny, kochał cię nad życie, proch by przed tobą zmiatał. Szanowałby twe ideały, wspólnie z tobą w czyn je wprowadzał.
— Nie mówmy o tem. Nie wskrzeszajmy umarłych. Co teraz los mi przeznacza — niewiadomo.
— Dlaczego ty Anuś desperowałaś tak na myśl związku z Jasiem?... Znaliście się od dzieci.
— Oj Lińciu droga, przyjaźń i uczucie braterskie a małżeństwo to wielka różnica. Nie jestem dzieckiem, rozumiem co to jest być żoną... Dla Jasia miałam dużo najlepszych uczuć, jako dla kuzyna, brata, ale wzdrygałam się na myśl, że może być moim mężem. Miałam wstręt do tego biedaka. Cóż pocznę, nieszczęsna?
— A do Horskiego?...
— Przeciwnie — szepnęła jakby ze wstydem. — On mnie pociąga ku sobie mocą nieprzepartą, nową i... władczą. On mnie nie prosił o oddanie mu ręki, on ją sam sobie przywłaszczył. Wziął mnie rozkazem.
— Hańdziu i ty taka dumna... poddałaś się?
— Tak, z zupełnem zaufaniem.
— Jakież to dziwne, dziwne. Nawet nie bardzo wiemy, kto on jest. Tak mało go znamy. Tylko z opowiadań Lory. Jest Polakiem, z ładnej rodziny szlacheckiej, urodzony i wychowany w Anglji. Podobno bardzo dużo tracił i już jest prawie zrujnowany, a jednak grubo gra, chociaż ostatkiem goni.
— Pan Horski sam dużo mi o sobie opowiadał — rzekła Andzia. — Jego ojciec w czasie powstania zmuszonym był wyjechać z kraju, w Anglji ożenił się i został współwłaścicielem jakichś akcji kopalnianych i warsztatów fabrycznych razem z teściem w Londynie. Podobno dużo tracił. Byli bardzo bogaci, teraz matka ich mieszka w okolicy Dovru, w posiadłości własnej, nad morzem. Ma tam pałacyk z parkiem i żyje z renty.
— A synek buja po świecie i także traci?... — rzekła panna Ewelina. — Już chciała dodać... i szuka bogatego ożenku, lecz powstrzymała się w porę.
Jeśliby mu tylko o posag szło mógłby znaleść bogatszą, choćby w Ameryce. Zresztą widać, że ona mu się wyjątkowo podoba — myślała nauczycielka.
— Ale zamieszkacie na Wołyniu? Chyba nie w Anglji?...
— Zapewne. Nie było jeszcze o tem mowy.
— Czy Horski się przystosuje do naszych warunków, czy to dla ciebie Aneczko... czy to dla ciebie szczęście?... Sama nie wiem, ale tak się boję o twój los kochanko. Ciężko mi czegoś.
Rozmawiały z sobą długo, prawie do świtu. Panna Niemojska nie kryła przed wychowanką niepokoju, który w końcu udzielił się Andzi.
Tarłówna rozdraźniona rozpłakała się serdecznie, przytulona do piersi starej kobiety.
Obie płakały.
— Dziecino moja przecie to od ciebie zależy, odłóż ślub i jedźmy do Turzerogów. Horski i tam trafi za nami. Poznacie się lepiej, może go pokochasz... a może Drohobycki?...
Andzia żachnęła się niecierpliwie, lecz opadły ją posępne myśli i dziwny ciężar gniótł serce.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





XVI.
Ta i... tamta.

Tarłówna szła zamyślona w stronę tarasów. Wracała z kościółka Sainte-Dévote, zatrzymując się często i patrząc na morze, po wczorajszej burzy wygładzone, cudne.
Zbliżyła się do poczty, gdy nagle stanął przed nią Horski.
Zdjął kapelusz i uścisnął jej rękę. Zadrżała mu w dłoni.
— Tak rano?... Dokąd?...
— Byłyśmy z Lińcią na mszy, ona została w kościele, mamy się spotkać na tarasach.
— Ja zaś wysłałem konieczne depesze i listy. Pozostał tylko list pani do miejscowego proboszcza. Czy już napisany?...
— Nie.
Spojrzał na nią uważnie.
— Szedłem właśnie do pań po ten list... No... i przedstawić się pannie Ewelinie, jako narzeczony jej pupilki.
Andzia milczała.
— Trochę dziś blado wyglądamy. Dlaczego to?...
— Nie spałam w nocy.
— Jakiż powód?...
— Było mi źle... smutno... słowem... dziwnie.
Horski nic nie odpowiedział. Minęli tarasy i okrążając Kasyno weszli do parku.
Andzia mimowoli kierowała swe kroki w stronę narożnej altanki, otoczonej krzewami. Odnaleźli kamienne schodki w gąszczu gieranjum i caprifoljum. Wstąpili na nie i stanęli na okrągłym placyku altanki.
— Odpoczniemy. Dobrze?...
— Owszem. Zadziwiająca rzecz, że nikogo tu niema. Zwykle spotyka się bony z rozkrzyczonemi dziećmi, jakieś skromne niewiasty, spożywające naprędce kieszonkowe śniadanie, strojnisie mauvais genre, robiące tu tualetę przed lusterkiem, lub gruchające pary. My należymy do ostatniej kategorji.
— Co pani jest, panno Anno?...
Delikatnie wziął obie jej ręce. Głos jego był miękki w tonie. Odrazu ujął Andzię.
Spojrzała mu w oczy, patrzał na nią łagodnie, przejmująco.
— Co jest mojej... ślicznej Anni?... Jakieś smutki?... Trzeba je odrzucić precz.
— A jeżeli są uparte i dokuczają?...
— To je wyrwać z korzeniem raz na zawsze.
— Mam pełną duszę rozterki dziwnej, szarpie mnie... niepokój... smutno mi trochę i tak jakoś... jakoś...
— No co?... Wyspowiadać się przed narzeczonym.
Miękkość jego brała ją nieprzeparcie, znowu magnetyzował ją, znowu czuła jego moc nad sobą.
— Nie wiem... czy damy sobie wzajemnie szczęście?... — szepnęła.
— Och, no, niechże pani nie będzie szablonową. To nie jest w jej typie. Niech to pani zostawi całej plejadzie panien, które, pod zakład, mówią to samo narzeczonym, nazajutrz po zaręczynach. Wczoraj była pani sobą, dziś czuję nastrój wywołany przez pannę Ewelinę. Hm!... Sądzę, że teraz mój wpływ powinien być dominującym. Przechodzi pani z pod opieki Lińci pod moją. Czy panią to przeraża?
— Nie, lecz zdumiewa.
— No to uczucie nie straszne przynajmniej. Pragnąłbym jednak, aby ponadto było coś więcej, wyłącznie dla mnie. Moja Anni! Moja. Słyszysz?...
— Więc to już naprawdę? Już stanowczo?
— Nie jesteśmy chyba na scenie?
— Tak. Ale zastanowiłam się, że to ma nastąpić trochę za gwałtownie. Można ślub odłożyć na parę miesięcy. Odrazu po śmierci Jana, to za prędko, to mnie razi.
— Ja tego nie uznaję za powód do odkładania ślubu. Jaki cel?... Wszak pani Smoczyńskiego nie kochała?...
— W każdym razie był moim narzeczonym, kuzynem, to obowiązuje. Tak sobie przejść nad jego zgonem do porządku dziennego, nie wydaje mi się etycznem.
Andzia, mówiąc to, myślała jednocześnie, że po śmierci Andrzeja przez trzy lata nie zdjęła z siebie czarnej sukni, nie wypleniła z duszy okrutnej żałoby.
Jeszcze teraz, będąc po słowie z Horskim, czuje gorzki wyrzut, że jednak sprzeniewierza się pamięci Andrzeja.
Zawsze Andrzeja, nie Jasia.
...Horski prawdę powiedział, skoro Jana nie kochała, nie należy mistyfikować żałoby po nim. Dla pospolitego kodeksu światowego?... Dla zwyczaju jedynie?... Blaga, blaga, fałsz.
Żałuję Jana jak brata?... Ależ to braterstwo splotło się tak krytycznie z przeraźliwą niechęcią do małżeństwa z Janem, że zatarte są wszelkie ślady dawnych dla niego uczuć siostrzanych. Andzia nie śmiała sama przed sobą nawet odgadywać, że na dnie jej duszy tkwił drobny pyłek protestujący przeciw wszelkim żalom i tęsknotom za Jasiem. Przeciwnie ziareczko to, kiełkujące w duszy podsuwało jej niekiedy myśl złą, egoistyczną, że śmierć Jana była dla niej wyzwoleniem, że to, co się stało, stało się dobrze.
Ta sama myśl uderzyła ją teraz i zabolała. Horski patrzał na Annę jakby czytał w jej twarzy i rozumiał co rozważa.
— Powiedziała pani, że to nieetyczne? Ja sądzę, że jeszcze nieetyczniej kłamać przed światem i nawet przed sobą; urządzać żałobę, gdy jej w sercu brak, tout court — odgrywać bardzo nieciekawy melodramat.
— Skąd pan przeczuł, co ja myślę?... — zdziwiła się Andzia szczerze.
— Sądząc ze słów pani odgadłem — trafnie. Zatem kwestja skończona, załatwiła ją pani sama z sobą. Gdy ktoś ma naturę prostą i nie komedjancką, tego zrazi każda odczuta sztuczność i poza, może się zawahać, lecz nie odegra komedji.
— Lińcia mi tego nie mówi, ale czuję, że nasz projekt prędkiego ślubu dziwi ją, ze względu na żałobę po Jasiu.
— Ach! Ząbki cerbera zaczynają mi bruździć wyraźnie. Wezmę mego dzieciaka odrazu stąd na pociąg i do Anglji. W Hurlestone House już mi cię nikt nie odbierze.
— Pan żartuje, a to jest sprawa całego naszego życia.
— Spodziewam się.
— Więc nie można o tem mówić jak o jakiejś wycieczce we dwoje.
— Mówię zupełnie serjo, do żartów niewczesnych nigdy nie miałem skłonności, wobec pani i w takiej sprawie tembardziej. Och, no, trzeba mi wierzyć, skoro się ma być moją żoną. Chciałem panią prosić, abyśmy bezpośrednio po ślubie odwiedzili moją matkę. Spędzimy tam tydzień, dwa, ile pani moja zechce. Pisałem do matki o pani, jest zadowoloną z mego postanowienia i bardzo pragnie panią poznać. Więc pojedziemy do Hurlestone House na nasz miodowy miesiąc. Co?
— Pańska matka nie wie zapewne, że jestem nieszczęsną fatalistką, że fatum w sobie noszę. Może nie mam prawa łączyć swego losu z nikim już?...
— Z nikim prócz mnie, to naturalne. Ja się zabobonów nie lękam. Fatum pani, o ile zrozumiałem z wielu wypadków, koncentruje się w osobie pana Kościeszy. No, a z nim to już ja sobie poradzę.
— Pan go nie zna. Ja się go instynktownie boję.
— Panno Anno, niech mnie pani nie stara się przerazić jakimś wołyńskim dzikiem. Pardon! Proszę, aby i pani rzuciła zasłonę na to co minęło. Kościesza zostanie za kulisami naszego życia. Jego wściekłość nic mnie nie obchodzi. Dużo o nim słyszałem od pani Lory, trochę od panny Eweliny, z czego wnoszę, że przegrał w swych niedorzecznych rachubach. Możemy się spodziewać, że Kościesza, drugi Charles le Téméraire, zapuści długą brodę i paznogcie ze smutku, że tak haniebnego dostał mata w batalji z panią. Zupełnie tak, jak tamten książę burgundzki po przegranej bitwie pod Morat w Szwajcarji.
Andzia zaśmiała się.
— Ma pan słuszność, spłatam okrutnego figla memu ojczymowi. I dobrze go pan nazwał Karolem Zuchwałym. Och, będzie zły piekielnie, ale to mój odwet, moja zemsta. Nie znałam dawniej uczucia nienawiści, lecz Kościeszy nienawidzę.
Andzia w rozmowie z Horskim nabierała otuchy. Napływał do jej duszy spokój, rozterki bladły, malały. Horski sugiestjonował ją i co raz silniej na nią działał.
Oskar rozejrzał się dokoła.
— Zaraz tu wmaszerują bony i zgraja wrzeszczących malców. Miła kompanja! Mam projekt. Wyjdźmy za bramę, tu zaraz weźmiemy powóz lub samojazd i pojedziemy na spacer.
— A Lińcia?
Horski położył obie dłonie na gałce laski, wsparł na nich wygoloną brodę. Minę miał pełną rezygnacji, patrzał w przestrzeń.
— No naturalnie! Lińcia! Jakżeby się też bez niej obyło? Per Bacco! Czy ona z nami i po ślubie pojedzie?...
— Przecie pan wie, że miałyśmy się spotkać na tarasach.
— Skandal z tą Lińcią! Napiszemy do niej kartę. Mam przy sobie notes i atramentowe pióro. Wyborna myśl.
— Ale co znowu, panie Horski?... nie można! Dokądże pojedziemy?...
Wykręcając stalówkę z pióra, spojrzał na Andzię przelotnie, z pod rzęs.
— Mógłbym już zostać przynajmniej panem Oskarem. Hm!
— Co pan tam pisze znowu?...
— Zaraz pokażę i dam pani do podpisu.
Po chwili wręczył jej ćwiartkę papieru.
„Porywam pupilkę pani, obecnie moją narzeczoną. Jedziemy na spacer. Proszę na nas nie czekać z obiadem, zjemy go gdzieś po drodze. Błagam o przebaczenie.

Horski.“

Teraz niech pani podpisze — rzekł, gdy skończyła czytać.
— Ja tej karty nie wyślę.
— Dlaczego?... nie chce pani jechać ze mną na spacer? Do tego stopnia nie zasługuję na zaufanie? Chyba nie zaproponuje pani, aby Lińcia znowu nam towarzyszyła? Na honor, to zabawne! Panno Anno, ja proszę, abyśmy pojechali i pani mi tego nie odmówi.
Popatrzyli sobie w oczy długo. Andzia mocno czerwona, podarła kartę i zaśmiała się.
— Więc dobrze pojedziemy, ale z warunkiem, że pan napisze inaczej.
— Naprzykład?...
— Że na obiad powrócimy.
— To nadzwyczajne! Gdzie pani każe oznaczyć to obiadowe rendez-vous?...
— To już od pana zależy, byle w Monte.
— O ile z panną Eweliną, to mi jest także wszystko jedno gdzie? Oznaczam restaurację Renaissance, blisko mieszkania pań. Lińcia nie sfatyguje nóg. Trzeba wysłać kartę.
Wyszli z altany. Horski złapał stróża parkowego, dał mu napiwek, wytłumaczył dokładnie, gdzie panna Niemojska siada najczęściej na tarasach, jak ubrana, i podał jej rysopis. Za bramą wsiedli do powozu.
— Route de la Corniche — zadysponował Horski.
— Tak daleko?...
— Nic nie szkodzi, mamy czas.
Gdy minęli Monaco i powóz wtoczył się na śliczną górską drogę, Oskar wziął rękę Andzi i patrząc na narzeczoną wzrokiem matowym, który jednak działał na nią jak prąd elektryczny, rzekł z mocą, chociaż zdławionym głosem:
— Ufaj mi zawsze, Anni... i przestań się dręczyć. Co? Wierzysz mi?...
Podniosła na niego źrenice.
— Wierzę nieograniczenie.
— To dobrze. Ja zaś cały płonę, patrząc w twe gwiaździste oczy. To objaw niezwykły. Pragnę cię mieć jaknajprędzej. Upajasz mnie, jak narkotyk.
Zabarwiła się rumieńcem twarz Andzi, wolno, ociężale spuściła długie rzęsy, aż opadły czarną okiścią na policzki.
— Widzę i rozumiem... i powtarzam to co wczoraj. Ocknęła się już w tobie gorąca fala życia i płynie wartko.... Anni...
Draźniąco muskał ustami jej dłoń.
— Tegoż dnia wieczorem, po odejściu Horskiego, Andzia przytulona do Eweliny, szepnęła jej do ucha.
— Nie obawiaj się o mnie Lińciu. Pod opieką Oskara będzie mi dobrze. To moje przeznaczenie....
W tym samym momencie Horski, wracając od narzeczonej, myślał:
... Jest całkowicie pod moim wpływem, tego chciałem i to osiągnąłem...
...Nieodzowna „Lińcia“, cerber w spódnicy mniej mi ufa... patrzy na mnie miłosiernym wzrokiem... boi się, że zadławię pupilkę... Och, to się może zdarzyć. Anni — to ostryżka wzbudzająca apetyt... byłbym w ambarasie, gdyby nie miała posagu. Och, och, to byłoby smutne, nawet tragiczne... Tak ponętna, jak ona, cnotliwa i biedna... Straszna komplikacja! Ale szczęśliwie... jest bogatą, kwestja rozplątana...
Horski uderzył laską o kamienny mur bulwaru Condamine, przy którym stał blisko portu. Uśmiech szyderczy zadrgał na jego ustach..
...O, the allmiqhty dollar! Ktoby się spodziewał, że dla zdobycia jego prowadzi niekiedy droga przez ołtarz. Ph! To nadzwyczajne!
Patrzał na morze, czarne w cieniu nocy, połyskujące na brzegach pasmami światełek rzuconych przez latarnie uliczne i smugi oświetlonych okien.
...Hm... Ruleta i kobiety rujnowały mnie niepomiernie, Anni za to wszystko odpłaci, wynagrodzi sowicie... pod każdym względem... Barbarzyńskie są nazwy jej majątków... Toporzys...ka... Draków, Wilczary. Hm! Bajeczne! ale to nic, aby dawały duże dochody... Czy dają?... That ist the question!...
Uśmiechnął się do swych myśli i odstąpił od muru idąc w stronę Monaco.
...Fortuna mi sprzyja, podaje mi rękę zbawczą już niedaleko krawędzi. Per Bacco! Anni osobiście także dużo warta, djabelnie wdzięczna, sama kobiecość...
...Coś jak w bajce; królewna zaklęta, której skarbu strzeże dziwotwór Kościesza... musi być miły numer!... Och, spróbujemy się z sobą.
...Drugi smok.
...Jednego już zwalczyłem samą sugestją.
...Słabe smoczątko było i zdaje się, że zawadzało nie tylko mnie, lecz i staremu smokowi.
...Tego pomijam!
Horski machnął laską w powietrzu, jakby coś przekreślał.
Naprzeciw niego pędził samochód świecąc latarniami. Gdy się z nim zrównał, palacz gwałtownie zatrzymał maszynę.
— Panie Horski, czy to pan czy jego wizja?...
— A... pani Lora!
— Więc to pan istotnie? proszę siadać ze mną. Pojedziemy.
Oskar zajął miejsce obok strojnej kobiety, rozkosznie rozpartej na siedzeniu. Samojazd ruszył pędem.
— Wracam z Nizzy. Prawda jaka noc cudowna?... Co pan tu robił o tej porze?... Chyba pan nie marzył?...
— Owszem... marzyłem.
— O rulecie?
— Przeciwnie, o kobiecie.
— Nie, to niesłychane! Więc o Andzi?... Widziano was dziś w powozie na route de la Corniche. Byliście podobrib bardzo sobą zajęci. Tak pan Andzię otacza, że mogę być zazdrosną.
— Pani?... A to zabawne!
— Cóż pan chce! Byłeś pan jedynym mężczyzną, który szalenie i naprawdę na mnie działał. Wycofałeś się en pleine chance... z honorem!...
— Czyli mam rozumieć, że... przedwcześnie?...
— O tak, to było nawet brutalne! Gdyby to się stało teraz, myślałabym, że Andzia pana odciągnęła. Ale to było dużo wcześniej. Nie zrozumiałam tej ucieczki.
— Za silne określenie pani Loro. Ja się tylko usunąłem, jak jeden z graczów, otaczających ruletę.
— Bezczelny! Czy to ma znaczyć że... możesz powrócić?...
— Hm! Gdybym chciał... zaśmiał się cynicznie. Ale mi już to nie grozi. Z kompanji tej wycofałem się nie zupełnie en pleine chance, jak pani mówi. Nie byłem sam; spostrzegłszy to... czmychnąłem. W żadnych wypadkach, a szczególnie w takich tłumu nie znoszę.
Lora zacięła usta.
— Ja znam jeszcze inny powód pańskiej dezercji — syknęła. Powód rzeczywisty. Oto wiesz pan o tem, że droga do mnie wiedzie tylko przez złoty pomost, nie po ruinach. Wyczerpawszy się finansowo odeszłeś w porę. Bardzo sprytnie! Nie przedstawiasz pan już dla mnie żadnego interesu.
— Spodziewam się! Ani też pani dla mnie w równej mierze. Choćbym nawet nie był jeszcze finansowo spłukany, rywalizować z hrabią Humbertem nie przychodziło mi nawet do głowy. Nie jestem o niego zazdrosny.
— Czy pan chcesz wywołać nowe z mej strony wynurzenia?...
— Och, no! Ani trochę. Wynurzenia pani... dawniejsze, zbyt były dla mnie kosztowne. Materjalnie, śmiem dodać.
— Arogant!
— Nie powiedziałbym tego, gdyby pani sama nie zaczepiła o ten szczegół.
Lora gryzła wargi w pasji niesłychanej. Horski milczał. Mijając bulwar Condamine podniósł wzrok na pierwsze piętro hotelu, w którym mieszkała Tarłówna.
W oknach, zajmowanych przez nią pokojów świeciło się jeszcze. Nordicowa dostrzegła kierunek jego wzroku. Parsknęła śmiechem.
— Ha, ha, ha! Wypatrujesz pan jej cienia za firanką? Jak na Oskara Horskiego to wcale nieźle. Po riwierowych smakołykach czujesz pan wyraźny apetyt na świeżutką jagodę z wołyńskich borów. Spotka pana gruby zawód.
— Naprzykład jaki?...
— Panie Horski, mówmy otwarcie. Podoba się panu Tarłówna. Prawda?...
— Nawet bardzo. Ma w sobie coś, je ne sais quoi, co porywa. Panna Anna może zaspokoić najwybredniejszy gust.
— Potrafiła rozdrażnić i pański zepsuty smak. Widzę to i współczuję. Czeka cię porażka na całej linji. Andzia w ogóle jest dzika, nie nadaje się do naszego środowiska. Pan umiałeś ją obłaskawić. Lubi towarzystwo pańskie, ale tu jest alfa i omega waszego stosunku. Opanowałeś pan jej umysł, lecz nie zawładniesz całością. Kochanką twoją Andzia nie zostanie. Daremna fatyga.
— Względem panny Anny nigdy nie miałem podobnych zamiarów — odrzekł Horski zimnym tonem. — Nie ośmieliłbym się ich mieć.
— Ha, ha, ha! pan?... Ty byś nie śmiał wziąć w swe pazury tygrysie upatrzonej ofiary?...
Samochód stanął przed Kasynem.
— Jazda! — krzyknęła Lora.
— Dokąd? — spytał palacz.
— Wszystko jedno.
Wytrawny szofer nie zdziwił by się nawet, gdyby mu kazano zawrócić z powrotem do Nicei.
Skierowywał swój samochód w stronę aleji palmowej, wiodącej prostopadle od Kasyna, lecz Horski go zatrzymał. Między Oskarem i Lorą nastąpiła krótka wymiana zdań.
— Wysiadamy chyba. Co?...
— Boisz się pan dłuższego obcowania ze mną sam na sam?...
— Nie uczuwam co do tego najmniejszej tremy, ale chcę być teraz w Kasynie.
— Strzeż się pan! Mogę rozkazać palaczowi, aby nas wiózł do mojej willi.
— Och, no, w takim razie niech lepiej zawróci do Buckingham palace. Dużo bliżej.
Nordicowa pokryła się purpurą. Gwałtownie szarpnęła drzwiczki i wyskoczyła na trotuar.
W pierwszym przedsionku spojrzała Horskiemu prosto w twarz.
— Jesteś obrzydliwy cynik! pomimo to chcę dokończyć naszej rozmowy. Proszę być w kawiarni obok sali rulety.
— Owszem.
Gdy po pewnym czasie Horski wszedł do kawiarni, wąskiej, jaskrawo oświetlonej, ujrzał Lorę przy bocznym stoliku pijącą szampana w towarzystwie murzyna, znanego tu bogacza.
Oskar usiadł trochę dalej i kazał sobie coś podać. Był za plecami Lory, przed sobą widział czarną twarz i wielkie gały błyszczących białek murzyna, patrzącego w Lorę z nieopisanym zachwytem. Nordicowa kokietowała zapamiętale, murzyn wpadał w ekstazę.
Trwało to dosyć długo. Horski czekał. Słyszał niektóre zwroty rozmowy w języku francuskim prowadzonej i myślał:
...Żeby też dwie kobiety, spokrewnione z sobą, pochodzące z jednej sfery i razem wychowane, mogły się tak zasadniczo z sobą różnić, to coś szczególnego.
Flirtująca para wysączyła butelkę szampana, murzyn zapłacił i wyszli.
W pięć minut potem Lora powróciła.
Usiadła zamaszyście przy stoliku Horskiego. Była rozpromieniona, wesoła.
— Widziałeś pan murzyna? Szalenie we mnie zakochany. Istny djabeł.
— Winszuję zdobycia Afryki, zrobiła pani czarną konkietę. Tryumf nad tym smoluchem zupełny. Brawo!
— Smoluchem?! Cóż znowu! Najpyszniejszy negr jaki może być. Czarny jak smoła.
— Zauważyłem tylko, że na rękach spełzła mu barwa i skutkiem tego wyglądają jakby dawno niemyte. Jaśniejsze pomiędzy palcami i na dłoniach. Djablo nieestetyczne!
— Ale oczy jakie, a usta; wywinięte krwiste wargi, a zęby?... przytem jest drażniący tą swoją słoneczną naiwnością puszcz dziewiczych i zapałem.
— Górą Afryka! Grozi pani czarne niebezpieczeństwo — zawołał Horski. Niech mu tylko pani każe umalować sobie ręce, bo z takiemi jakie ma, nie jest ponętny nawet z dodatkiem kopalni złota, którą podobno posiada.
— Mieliśmy dokończyć rozmowy — przerwała Lora. Mówiliśmy o Andzi. Otóż...
— Mówmy lepiej o tym murzyńskim kacyku. Zainteresował mnie.
— Mnie zaś interesuje stosunek pana do Andzi. Za tydzień święta wielkanocne, bezpośrednio po nich Tarłówna z Eweliną wyjeżdżają do kraju. Moje namowy aby zostały i towarzyszyły mi w lecie do Ostendy, spełzły na niczem. Powinien mi pan pomagać w tych projektach o ile panu idzie o Andzię. Miałby pan więcej czasu do pielęgnowania swych nadziei. Spełnienia ich nie przepowiadam. Andzia się rwie do kraju, a gdy raz odjedzie... Ach, dostanę spazmów ze śmiechu.
— Hm! To jeszcze kwestja, kto się z nas będzie śmiał.
— Napewno ja! Tak jak śmiałam się z mego męża po jego przegranej kampanji z Anną.
— Ciekawy jestem, jaką pani będzie miała minę wówczas, gdy po świętach wyjedziemy stąd razem z panną Anną.
— Cóż to nowa wycieczka do Wenecji?... Może teraz do Rzymu na odmianę?
— Nieco dalej..
— Doprawdy?... — rzekła Lora przeciągle, patrząc na chłodne i obojętne rysy Horskiego. Dokąd to wybieracie się teraz?
— Do Anglji.
— Aż tak! Po słońcu Riwiery londyńska mgła. Zapewne dla pozyskania nowych emocji, któremi chcesz pan odurzyć Andzię. Ale to nie decyduje kwestji. Zamęczycie tylko tę nieszczęsną Eweliną. Et voilà tout!
— Zostawimy ją pod opieką pani, to sobie odpocznie. W Hurlestone-House, dokąd jedziemy, nieodzowna Lińcia byłaby zbyteczną. Och, zupełnie zbyteczną.
Nordicowa szeroko otwarte źrenice wlepiła w Horskiego.
— W Hurlestone House?... Co to jest?...
— Miejsce zamieszkania mojej matki. Nic nadzwyczajnego.
— Pańskiej matki?... Bredzi pan jak w malignie. Tarłówna do pańskiej matki, w dodatku bez Eweliny?...
— Och no, przedewszystkiem nie Tarłówna, lecz Oskarowa Horska. Co zaś do opieki, to moja chyba lepsza niż Eweliny. Jak pani sądzi?...
Lora zmieniła się w posąg zdumienia.
— Co?... pan się żeni z Andzią?... Pan?...
— Zgadła pani. Ja. Nikt inny.
— Kiedyż to nastąpiło?...
— Jeszcze nie nastąpiło, dopiero nastąpi po świętach.
— Więc dziś w powozie, na route de la Corniche... Dziwiłam się trochę nagłej odwadze Andzi. Sama z panem?....
— Jesteśmy narzeczonymi od wczoraj.
— Ach! nie byłam u niej dwa dni. Pan się żeni z Andzią?... C‘est pour moi de l‘hebreu. Pan i małżeństwo?... To zakrawa na źle zaimprowizowaną bajkę.
— Dlaczego?... Wobec panny Anny nawet taka anomalja staje się zrozumiałą prawdą.
Lora uderzyła się palcami w czoło.
— Ma pan słuszność! Zaraziłam się naiwnością od mego murzyna. Chcąc posiąść Andzię trzeba być jej mężem. Istotnie Hańdzia podziałała na pana silnie, skoro chwytasz się ostatniego sposobu aby ją zdobyć.
— Och, wyrażenie bardzo mylne. Trzeba mówić — jedynego sposobu, innych nie próbowałem. Inteligencja oraz intuicja człowieka uczy go łatwo i pewnie, które kobiety jak brać należy: lekko czy poważnie.
— Cóż za filozofja! Pan wygłosiłeś jedną teorję, ja ci powiem drugą — konkluzyjną. Nasunęła mi się sama przed chwilą. Oto: można zaniechać pięknej kobiety, gdy jest do zdobycia trudną i nie posiada cennej oprawy. Lecz nie pominiesz jej, mądry człowieku, gdy ją ujrzysz w złotych ramach, podczas gdy twoje własne pękły już i szukasz nowych. Wszechstronny spryt pański imponuje mi!
Horski wstał i złożył jej ukłon głęboki z żartobliwym wyrazem twarzy.
— Zdumiewa mnie spostrzegawczość pani. Charmé!
— Nordicowa zaśmiała się, podając mu rękę.
— Zamieniamy z sobą ukłony jak królowie w Wersalu.
— Ludwik XV z madame Du Barry....
— Okrutniku. Jeśli narzeczeństwo tak jadowicie pana usposabia, boję się jego ślubu.
— Och, proszę być spokojną. Dowidzenia!
Horski, idąc w stronę hotelu Buckingham palace, mruczał, jakby nucąc słyszany kiedyś, od kogoś w Polsce, wierszyk, czy śpiew:

„Z pałaców sterczących dumnie
Zejdź luba do mojej chatki.
Lecz zabierz z sobą manatki,
Bo goliznę znajdziesz u mnie....“






XVII.
Błysk szału.

Tarłówna szła obok narzeczonego z twarzą pełną zadumy. Wspinali się na górę Monaco, drogą tramwajową. Oskar mówił, Andzia milczała.
Stanąwszy na szczycie wśród klombów rozkwitłych zatrzymała się.
— Dokąd idziemy?...
— Przed siebie, choćby na nasz cypel. Albo pokażę pani jeszcze jedną osobliwość tego parku; piętrowe uliczki spadające co raz niżej ku morzu, jakby zawieszone nad przepaścią, tylko skały pyszne, rośliny i woda.
— To koło muzeum Oceanoznawczego?... ja to znam, byłam tam.
— Pójdziemy razem.
Minęli gmach muzeum i schodzili wolno po stopniach kamiennych wśród mnóstwa roślin pnących i kolczastych, osypanych gronami różnokolorowych kwiatów. Rosły tu agawy olbrzymie, strzelające w górę kwiatem smukłym, niby rakieta; kwitły kaktusy, pachniało przepychem roślinnym.
Zstępowali rzeczywiście jakby z piętra, coraz niżej. Na małych płaszczyznach skalnych tuliły się ławki kamienne, przyparte do grzbietów skał.
Zsuwali się coraz niżej, nagle dróżka kończyła się raptownie zwałą roślin zbratanych z sobą. Rosła tu cytrynka pokryta już teraz drobnemi kulkami owoców. Na lewo był mały, niski tunelik, bluszczem owiany. Andzia szła pierwsza i wsunęła się do tunelu. Usłyszała szmer wody i świeży jej zapach w połączeniu z wonią mchów. Oskar podążył za nią. Stanęli przy wejściu do małej groty w skale, schowanej w bluszczach, stalaktytach kamiennych. Z góry padały odpryski mokre, sznureczkami przezroczych paciorków ciekła woda z nad groty jakby broniąc doń wejścia.
Horski wciągnął tam Andzię.
Panował tu półmrok i cisza mącona tylko szelestem wód.
W kątach rosły paprocie wielkie i mchy zwisające festonami.
Ściany pieczary ociekały strumykami wody, dokoła skrawka z kamieni, na którym stali, rozlała się woda szeroko, ukazując pod sobą kępy zielonych porostów i muszli. Zamknięci byli dookoła stalaktytami i mokrą frendzlą mchów.
Nagle Horski stojąc tuż przy Andzi wziął obie jej ręce powyżej łokcia, ruchem stanowczym i ścisnął w swych dłoniach. Pochylony nad jej twarzą szepnął namiętnie, prawie rozkazującym tonem.
— Anni... moja, daj mi usta, jeszcze ich nie kosztowałem... a pragnę bardzo. Anni...
Przyciągnął ją silnie do siebie.
Pod Andzią zadrżały nogi, szarpnęła się w tył i zbladła.
— Nie, nie! — zawołała.
— Dlaczego?... Wszak chyba mam prawo prosić o to. Co? Jesteśmy w przededniu ślubu i schowani nietylko przed ludźmi, ale nawet schowała nas natura, najbystrzejsza mewa nie wypatrzy nas tutaj. Jesteś Anni w mojej mocy bezwzględnie, nie ujdziesz mi teraz.
— Właśnie dlatego ufam panu, wierzę, że pan nie wykorzysta sytuacji.
Oskar puścił jej ręce i ustąpił z drogi. Przeszła prędko, zdyszana, niebywale strwożona. Wybiegła z groty i wstępowała szybko na schody.
Ale zaraz na pierwszem pięterku Oskar zatrzymał ją za rękę.
— Dalej ani kroku, panno Anno, siądźmy tu. Miała mi pani zadać jakieś pytanie? Słucham.
Tarlówna usiadła machinalnie na ławce, pod wielką pionową skałą; po bokach puszcza roślin, przed nimi morze.
Oskar zajął miejsce obok Andzi. Zdjął kapelusz, odłożył laskę i opierając się łokciem na poręczy ławki jął chłodzić chusteczką czoło spocone.
— Słucham pytań — powtórzył.
— Nie teraz, teraz... nie mogę. Zresztą to takie trudne.
— Ach więc jakaś indagacja?.... Ciekawym.
Siedzieli w milczeniu długą chwilę. Andzia nerwowo mięła w ręku parasolkę, twarz jej mieniła się łunami rumieńca. Horski ją obserwował.
— Więc nie powie pani o co chodzi?...
Milczała.
— Skąd to wzburzenie w moim dzieciaku?... — rzekł miękko. Czy ja cię spłoszyłem swem żądaniem?... Pomimo tak kategorycznej odprawy — nie ustąpię. Ale teraz zaciekawiają mnie te pytania, na które się tak trudno zdobyć. Pewno jakieś głupstwo?...
Tarłówna uśmiechnęła się.
— Może być, jednak chciałabym wiedzieć napewno, tylko to trochę drażliwe.
— Zatem?...
Andzia przemogła się.
— Co było między panem i... Lorą? — wykrztusiła jednym tchem.
Popatrzyli sobie w oczy i... ona spuściła rzęsy. Oskar rzekł po chwili:
— Ach więc to! Czy pani się domyśla jaki był ten stosunek? jaki mógł być jedynie możliwy?...
— Więc jednak... był?...
— Tak, nie zaprzeczam. Należałem czasowo do lejbgwardji przybocznej pani Lory, z tą wyższością nad innymi, że byłem sam. Hrabia Humbert nie może tego o sobie powiedzieć. Pani się rumieni? Czyżby zażyłość Humberta z Lorą brała pani za zwykłą przyjaźń?... To już byłoby trochę zbyt naiwne.
— Nie, tylko wolałabym może, aby i pan był nie sam jeden. Ta wyłączność wzbudza podejrzenie... że...
— Rozumiem! że to było coś poważniejszego?... Och no! z panią Lorą taka ewentualność wykluczona zupełnie. Wyłączność moja pochodziła stąd, że Nordicowa... wolała mieć mnie jednego niż... nie mieć mnie wcale... Ona wie, że podobnego koleżeństwa nie lubię i stosowała się do mego gustu, dotąd, aż... miałem jej dosyć.
— Jakież to wstrętne!
— Ach, bardzo pospolite. Takich kobiet jak Lora jest mnóstwo, mężczyźni zaś nie unikają ich, — to daje chwilową — zabawę i... zaspokojenie zmysłów...
Andzia zerwała się z ławki.
— Chodźmy już!...
— Cóż znowu?! proszę siadać... ot tak... Zauważyłem, że pani nie znosi niektórych wyrażeń, jednakże one nazywają po imieniu prawdę życiową. Przeto wstydzić się ich jest nawet dziwnem. Nordicowa odegrała ze mną rolę taką, jak wiele kobiet innych jej pokroju, które wplątują się w życie mężczyzn.
— Nie wszystkich w każdym razie.
— Ale w przeważnej ilości. Niech pani nie sądzi, że jest wielu mężczyzn ascetów, lub abstynentów. Ja również nie należałem do tej kategorji, przyznaję się śmiało. Dzieciaku mój, nie patrz na mnie tak srogo i z przestrachem. Jestem mężczyzną, żyłem w świecie, ten zaś dostarcza pokus nader licznych, każdy je chwyta łakomie, tylko jeden jest więcej, drugi mniej... wybredny. Ja jestem tym pierwszym i bardzo przeczulonym na tym punkcie, pomimo to nie brakło mi zabawy. Stałem się cynikiem względem kobiet, lecz nie przesądzam, jak inni, że wszystkie kobiety są jednakowe. Przeczuwałem i odgadywałem zawsze różnice.
— I szanował pan te... inne?...
— Och naturalnie, chyba, że same starały się zrobić mi zawód co do siebie. Wówczas bywałem jeszcze bezwzględniejszym. Ale zwykle obserwacja moja, spostrzegawczość i intuicja odczuwała napewno w kobietach... Nordicowe i... Tarłówny.
— Więc i mnie pan odgadł odrazu.
— Chyba dawałem i daję dowody. Chcę, abyś mi była żoną, czyli szanuję cię wyjątkowo.
Andzia podniosła na niego oczy trochę tęskne. Oskar usiadł bliżej i jej rękę z poręczy zsunął dyskretnie za jej plecy, ogarniając ją ramieniem delikatnie. Prawą dłonią przykrył jej rękę leżącą na kolanach. Patrzał na nią długo, w niemem skupieniu. Ona pod mocą jego wzroku czuła, że słabnie.
— Anni, ponawiam moją prośbę; daj mi usta twoje... Cofasz się?... to daremnie, ja nie ustąpię, nazbyt pragnę i pożądam...
Odchyliła w tył głowę ruchem wdzięcznym, oczy, przysłonięte zlekka rzęsami, zalotną migotały trochę przekorą. Wargi świeże, drżały ponętnie, strwożone grożącem niebezpieczeństwem. Ogarniała ją zwolna śpiąca długo, ale zbudzona już, bujna, nieprzezwyciężona niczem namiętność. On był bardzo blisko, czuła już jego ramię zaborcze pociągające ją energicznie. Jeszcze się broniła instynktownie, wiedziona jakąś bojaźnią i wstydliwością. Oskar wzburzony i blady mówił półgłosem.
— Nie uchylaj się, draźnisz mnie, żądam twych ust i ty mi nie odmówisz. Wszak rozkosz pocałunku jest chyba wtedy największą, gdy kobieta sama dobrowolnie odda usta ustom mężczyzny. Co?... Anni...
— Może właśnie... przeciwnie.
Szept jej podziałał na Horskiego jak prąd elektryczny. Nagle, z mocą zacisnął ramię otaczające ją, ręką podtrzymał jej głowę i wargi swe pożądliwe położył na jej roztrzęsionych ustach. Cisnął je władczo, łakomie. Oderwał na chwilę i wpatrzony w jej oczy zamknięte, w trzepoczące powieki i rozpłomienioną twarz, jął mówić głosem zdławionym jakby nie własnym.
— Urokiem tchniesz... ile w tobie jest potężnego powabu kobiecości. Upajasz mnie, Anni, zdolna jesteś poruszyć głaz... Djabeł by się dla ciebie nawrócił, anioł mógłby zgrzeszyć, człowiek musi oszaleć. Nosisz w sobie przepych urody i przepych wdzięku... i... tak ślicznie płoniesz, drżysz w mym uścisku, taka piękna jest twoja namiętność.... Chciałaś abym sam porwał twe usta, aby je posiadł po męsku, bez prośby?... Anni... ty nawet nie wiesz ile było czaru, jakie bogactwo czaru niewieściego w twoich słowach! Ale... ja jestem nienasycony, ja cię pochłonę samem pragnieniem... Ty... rozkoszna...
Nowy pocałunek, parzący jak węgiel rozżarzony, spalił usta Andzi... Poczuła, że traci zmysły.
Działo się z nią coś niesłychanego.
Gwałtownie wymknęła się z jego ramion i pędem skoczyła na wyższe schodki. Uciekała przed nim i od tej mocy dziwnej która w krwi jej wirując sprawiała ból nieznośny.
W parku już Horski ją dopędził i nic nie mówiąc, rękę jej wsunął pod swoje ramię. Poszli w milczeniu, Andzia nie śmiała na niego spojrzeć, on nie nalegał. Widząc jej wzburzenie podniecał się coraz silniej. Andzi zaś w miarę uspokojenia krwi rósł dziwny ciężar w duszy. Przygniatał ją, dręczył. Czuła jeszcze na ustach piekące pocałunki Oskara i one to wywołały ów niepokój, jakby wyrzuty sumienia. Znowu załopotał w myśli wspomnień złotych rój... Andrzej z nią na Watażce, w stajence Grześka, pierwszy, niezapomniany, ideału pełen i mocy świętej pocałunek Jędrusia dany jej ustom dziewiczym, nieskalanym. Inny był, inne wywołał uczucia, całkiem różne wrażenia, niebiańskie jakieś. Ten dzisiejszy, jakiż odmienny... nietylko zupełnie ziemski, ale może nawet szatański?... Przy tamtym, z Jędrusiem, dusza śpiewała anielski rapsod, przy tym zagrała krew szaloną fugę zmysłów. Tamten pocałunek ukoił ją, ten rozdrażnił, tamten namaścił jej wargi nektarem upoistym, ten sparzył je boleśnie, czuła niby ranę na ustach.
...A jednak?... a jednak?...
Andzia wzdrygnęła się.
Wstyd, wstręt do samej siebie, upokorzenie jakieś przykre, wyrzut gorzki za sponiewieranie wspomnień drogich, żal, że to się już spełniło, zgrzyt ironji, a jednocześnie dreszcz przejmujący warem, dotąd w żyłach nie wygasły, wszystko to razem zgnębiło Tarłównę, zdeprawowało jej duszę niesłychanie. Zapiekły źrenice Hańdzi, łzy bezwiedne, kropliste zsunęły się po jej policzkach. Odwróciła głowę chcąc je ukryć przed Oskarem, lecz on je spostrzegł. Bez słowa pochylił się i przytulił jej rękę do ust, na twarzy drgnęły mu muskuły nerwowo.
Ona, ujęta niezmiernie, przysunęła się bliżej do jego boku, jakby szukając w nim opieki przed swą udręką.
— Może chcesz, wróćmy w głąb parku?...
— Nie, lepiej chodźmy do ludzi — odszepnęła.
Uderzyła ją myśl... jak on sobie wytłumaczył jej łzy.
On zaś, po długiej chwili, rzekł przeciągle, z odcieniem niecierpliwości.
— Jednym z pierwszych warunków spokoju w życiu jest żyć teraźniejszością. Wszelką przeszłość zaliczyć do historji i traktować jak historję, czyli na chłodno. Ciągle odkopywać przeszłość i oplatać się mrzonkami wspomnień, nigdy się nie zazna, już nie mówię szczęścia, ale nawet zwykłego spokoju, ani zadowolenia.
Zawstydzona tem, że ją odgadł, spuściła oczy i rumieniec krwawy padł na jej twarz delikatną.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





XVIII.
W nieznane losy.

Hańdzia Tarłówna stała przy walizce rozłożonej na stole i pochylona patrzała na fotografję Andrzeja. Suche jej oczy paliły się dziwnym ogniem, z ust wybiegł szept.
— Wybacz mi Jędruś... Daruj!... Jestem tylko... tylko kobietą.
Szmer koło drzwi spłoszył ją. Przywarła gorącemi ustami do kartonu z twarzą Andrzeja i schowała fotografję w skrytkę walizki. Zamknąwszy ją sięgnęła po kapelusz podróżny skromny, ciemno-szary, omotany białym, przezroczystym woalem. Wtem stanęła przed nią panna Ewelina, twarz miała wzruszoną, nieco zakłopotaną. W ręku trzymała malutki wianeczek mirtowy.
— Aneczko, dzieciątko moje, pozwól, ten wianeczek do włosków twych przypnę...
Łzy potoczyły się z jej starych oczu.
Andzi zapiekły źrenice, zacięła usta aby nie załkać i posłusznie schyliła głowę przed swą opiekunką.
Niemojska do czarnych splotów dziewczyny wpięła mirt drżącemi rękoma, przysunęła głowę Andzi do swej piersi i zapłakała.
— Jak matka cię błogosławię, Aniu moja, ukochanie moje najdroższe, niech ci Bóg da szczęście...
— Lińciu... Lińciu... nie rozrzewniaj się, Lińciuchno... no... już dobrze... dobrze.
Z kapeluszem w ręku i prędko podbiegła do lustra. Popatrzała chwilę na zieloną gałązkę we włosach....
— Mój ślubny wieniec — szepnęła żałośnie.
Zapukano do drzwi.
Andzia wpinała szpilki do kapelusza, gdy wszedł Horski.
Panna Niemojska posunęła się do niego żywo.
— Niech pan patrzy, jak ona ubrana. Za nic nie chciała włożyć białej sukni. A tak prosiłam.
— Och, no! Specjalne suknie ślubne?... To przeżytek....
Przywitali się z Andzią w milczeniu, on zatrzymał jej rękę i ogarnął wzrokiem postać narzeczonej w ciemno-szarym, angielskim kostjumie.
— Bardzo dystyngowanie i elegancko, w moim typie, tak właśnie lubię i tak jest racjonalnie — rzekł z uznaniem.
— To tylko tłumaczy, że zaraz jedziecie. Może jeszcze zmienicie projekt?... Zjedlibyśmy razem obiad weselny.
— Proszę pani, czy jedzenie należy do ceremonji ślubnej?... Także przeżytek. Bawi mnie ten zwyczaj ustalony: od ołtarza wprost do stołu. Zabawne! Ale już czas, dochodzi dziesiąta. Samochód czeka, dowiezie nas aż do Vintimille. Stamtąd directe Paryż, Calais. Zamówiłem w Vintimille telegraficznie osobny przedział w ekspresie. Trzeba spieszyć chcąc zdążyć. Jeśli panie gotowe?... Czas do kościoła.
Panna Ewelina ze łzami, tłumionemi całą siłą woli, pobłogosławiła wychowankę jeszcze raz. Do Horskiego przemówiła serdecznie, powierzając mu Andzię. Pocałował rękę panny Niemojskiej z wytwornym ukłonem, chłodny, jak zawsze i poprawny w każdym ruchu. Ubrany był w wykwintny strój podróżny, miękki kapelusz gniótł w dłoni niecierpliwie.
— Wyglądacie oboje na turystów zamiast na państwa młodych — westchnęła Ewelina.
Horski naglił do wyjazdu.
Za chwilę siedzieli we troje w samochodzie, który zaledwo się rozpędził już stanął przy kościółku Sainte Devote.
Tarłówna i Horski przeszli prędko środkiem nawy, pomiędzy szeregami krzeseł z obu stron. Ona go trochę wyprzedziła i uklękła przy klatce presbiterjum. On stanął za nią.
Cicha msza się rozpoczęła.
Andzia pragnęła się modlić i nie mogła. Myśli swych skupić nie zdołała, rozbieżne były i nieuchwytne. Uciekały przed nią jak ptaki strwożone. Tylko jedna została uparta, bijąca w mózg mocarnie...
...Czy duch Andrzeja widzi mnie teraz i czy wybacza...
I znowu rozproszone myślątka.
...Za chwilę przysięgnę Horskiemu... Żona Horskiego... jego własność... Oskara...
...Czy to jest jawa, czy halucynacja?...
Jeszcze kwadrans i będzie jego na wieki. Horskiego?...
Tarłówna uprzytomniła sobie pierwsze spotkanie w Vintimilli. I teraz ten zimny Anglik, podobny do Chamberlaina wiedzie ją do ołtarza...
...Czyż to możliwe?...
Na ołtarzu płoną świece dla nich zapalone.
Przyfrunęła myśl już znajoma, niedawno jakby poczęta.
...Gdyby z Andrzejem — na ołtarzu ich przysięgi paliłyby się gorejące ognie ze słońca spadłe... Gdyby z Janem płonęłyby gromnice. A teraz... z Horskim?...
Teraz palą się tylko świece. Rzeczywistość, bez ekstazy szczęścia i bez cienia żałoby, lub smutku. Ale z wiarą w przyszłość.
Tarłówna krzepiła się przedziwną ufnością, którą Horski wszczepił w jej duszę.
Jednakże parokrotnie przeniknął ją lękliwy dreszcz. Owładnęło nią uczucie dziecka pragnącego opieki, chciała zaczerpnąć nowej otuchy. Odwróciła głowę i spojrzała na Horskiego.
Lora Nordicowa, stojąca opodal, uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Andzia ujrzała w przelocie Ewelinę, pogrążoną w modlitwie, a nieco dalej kilkanaście zaledwo osób obcych, twarze Duca D‘Escars i hrabiego Humberta skrzywioną satyrycznym uśmiechem.
Horski spostrzegł jej wzrok, przystąpił blisko i pochylił się nad nią.
Utkwiła oczy w jego, profilu chłodnym, rasowym, starannie wygolonym i w szarych stanowczych źrenicach, które na nią skierował.
Spytał cicho, dziwnie miękko:
— Czy chciałaś mi co powiedzieć... Anni?...
— Nie, nie... tylko...
Rozszerzonemi źrenicami badała go w milczeniu.
Horski uśmiechnął się.
— Dlaczego jesteś taka spłoszona?... Nie jestem wszakże dzikim sępem. Co?...
Uderzyło ją to określenie... Gdzie... gdzie słyszane?... Oddalone echo jakieś błąkało się chwilkę w jej mózgu. Ale wyraz oczu Oskara uspokoił ją, oddalając mgliste, niepokojące wspomnienie tak słabe, że nawet bez zarysów.
— Niech pan przy mnie uklęknie i pomodli się — szepnęła.
— Anni nie żądaj tego odemnie..
— Ja nie żądam, ja... proszę.
Twarz Horskiego zastygła, skrzywił się ironicznie i przyklęknął na jedno kolano, tuż obok Andzi, przygięty ku niej lekko takim ruchem, jakby ukląkł jedynie dla wygodniejszej rozmowy.
Zaszeptał głosem zdenerwowanym.
— Możesz odemnie wymagać wszelkich niemożliwości, ale mnie nie nawracaj. Ma pétite! Zadługo to wszystko trwa, powinniśmy już być przynajmniej w Cap-Martin.
Powiedziawszy to powstał i wyprostował się sztywno.
Andzia uczuła napływającą do duszy gorycz niezmierną. Wstrząsnął nią przeczuciowy dreszcz lęku. Zanurzyła twarz, w dłoniach i bez tchu, z łomotem serca słuchała końcowych modłów mszalnych.
Zamęt straszliwy powstał w jej umyśle, głuchy targał ją niepokój. Usłyszała jakby głosy znajome wołające na nią. Głos Andrzeja i czyjś jeszcze; matki czy ciotki Malwiny?... Żałosna twarz Jasia z załzawionemi oczami zamajaczyła przed Andzią.
...Co to jest?... oni mnie przeklinają, czy ostrzegają?...
Czyje to głosy?... żeby już prędzej... prędzej... On ma rację... aby prędzej.
„ Ité missa est“ — popłynęły ciche słowa od ołtarza.
Tarłówna czuła, że drętwieje. Podniosła się, gdy ksiądz czytał ewangelję, bardzo blada, z pałającemi oczyma.
Rzuciła spojrzenie za siebie. Ewelina trzymała wlepione w nią oczy, wszyscy na nią patrzyli, ale Andzia skrzyżowała swój wzrok tylko z Eweliną i przejęta do głębi duszy wymową jej źrenic spuściła powieki.
Ksiądz odszedł od ołtarza. Szwajcar kościelny otworzył drzwiczki presbiterjum.
Horski przysunął się blisko.
— Co ci jest... Anni?... Czego tak drżysz? Bądź spokojna...
Znowu ten sam, co poprzednio, miękki głos.
— Ostatnia chwila nadeszła — szepnęła dziewczyna roztrzęsionemi wargami.
— Czy dlatego tak zbladłaś?... Dzieciaku mój! Nie trwóż się. Niema powodu.
Andzia ujrzała w oczach Horskiego niebywałą łagodność, bezbrzeżną a kojącą. Tyle było w nim siły hypnotyzującej ją, że w tym samym momencie lęk i niepokój Anny pierzchnął odrazu, jakby jednym zamachem Oskara odrzucony.
— Chodźmy już, Anni... patrz jak nas ten szwajcar czerwony zaprasza.
... Jak kat na szafot — przemknęła myśl straszna przez mózg Anny.
Rzuciła się w tył ruchem przerażenia. Oskar zatrzymał ją za rękę. Opamiętała się, zawstydziła.
Razem weszli do presbiterjum i stanęli przy stopniach ołtarza, jednocześnie z księdzem przebranym w kapę.
Rozbrzmiał w kościele hymn Veni Creator, melodyjnie grany na organach.
Ceremonja się rozpoczęła.
Tarłówna była już trzeźwa, pewna siebie. Odpowiadała księdzu drżącym z wrażenia głosem, ale śmiało.
Horski zimnym tonem, z zaledwie dosłyszalną ironją. Złączyły się ich ręce związane stułą, sparzyły ją jego dłonie i mocny jego uścisk.
Zerknęła na niego, gdy wypowiadał słowa przysięgi. Obojętność chłodna była w jego rysach, patrzał na złoty haft kapy, okrywającej siwego monseigneura, jakby badał jej deseń.
Po odbytej ceremonji poczuła na sobie jego oczy.
Uniosła powieki. Tak, patrzał na nią ukośnie, z pod rzęs rozbawionym wzrokiem jakby się ciesząc.
...No, nareszcie! Skończona historja.
Ksiądz przemówił do nich parę słów cichych, życząc szczęścia i znikł w zakrystji.
Horskiego i Andzię otoczyli znajomi. Posypały się życzenia. Lora ścisnęła razem ręce państwa młodych.
— Niech wam będzie dobrze z sobą...
— Chyba pani w to nie wątpi?... — uśmiechnął się Oskar.
— Wątpię we wszystko, co ma być trwałem.
Wyszli z kościoła, samochód podjechał z szumem. Andzia żegnała się z panną Eweliną tonącą we łzach.
Lora rzekła do Horskiego:
— Spodziewałabym się prędzej, że pan Kasyno wysadzi dynamitem, że wywoła rewolucję w Monaco, niż to, że ujrzę pana przy ołtarzu.
— Bardzo marne pojęcie o mej wszechstronności.
— Tak. Potrafi pan być wszechstronnym. Przekonałam się.
— Pani Loro, nie wolno się na mnie mścić. Odeszłem w tej chwili od ołtarza — zażartował.
Nordicowa złapała odpowiednią chwilę i rzuciła mu do ucha syczące słowa.
— Jeśli pan będziesz wierniejszym i stalszym mężem niż kochankiem, uwierzę w zjawiska najmniej prawdopodobne.
— Czy i w takie, że są różne typy i kategorje kobiet i różne dla nich względy?...
Lora zbladła.
Horski z uśmiechem złośliwym uchylił przed nią kapelusza.
— Dowidzenia pani.
— Miłej podróży — sarknęła podając mu rękę.
Żegnając Andzię, Lora rzekła:
— Jeśli wasz miesiąc miodowy nie zdoła rozproszyć angielskich mgieł, wracajcie na Coté d‘Azur.
Gdy Horski pomagał żonie wsiadać do samochodu, nagle stanął przy nim, jakby z pod ziemi wyrósł chłopak z naręczami przepysznych róż, anemonów, storczyków i innych wspaniałych roślinnych okazów Riwiery. Horski wziął kwiaty z jego rąk i ciężkie, pachnące więzie złożył na kolanach Andzi. Opadły jej aż do stóp, wielki pęk wykwintnego kwiecia rzucił za jej plecy.
Anna zdumiona podziękowała mu uśmiechem wzruszenia.
— Tres chic! Un vrai gentleman! — zawołał D‘Escars.
— To był śliczny giest panie Horski! — krzyknęła Lora. Jestem w osłupieniu, bo zaczynam wierzyć w nieprawdopodostwa.
Oskar siedząc już w samojeździe kłaniał się kapeluszem.
— Dowidzenia Lińciu do czerwca, w Warszawie — wołała Andzia.
— Dowidzenia! Adieu!...
Automobil zasyczał, zadygotał pod działaniem motoru i lekko ruszył z miejsca włócząc za sobą smugę benzynowego dymu. Na zakręcie, pod górą Andzia obejrzała się. Panna Niemojska stała pod wiaduktem kolejowym, daleko od towarzystwa, goniąc oczyma za odjeżdżającą wychowanką.
Anna patrzała dotąd, aż postać ukochanej nauczycielki znikła jej z oczu.
— Biedna moja Lińcia, sama powróci do kraju.
— Oddawszy pupilkę w ramiona zamorskiego męża. Co?... Ciekawym ich spotkania z Kościeszą?...
— Ach, ona się tam nie pokaże, będzie czekała na nasz przyjazd w Warszawie. Słyszy pan?... grają jakby dla nas.
Mijali właśnie hotel Paryski. W ogrodzie nad tarasami, przy gmachu hotelowym, w altance, orkiestra złożona z kilku artystów, w czerwonych frakach, grała świetne tańce węgierskie.
Andzia oparła się plecami o poduszki siedzenia i do twarzy przysunęła wielką więź kwiatów. Na ramieniu uczuła dotyk ręki męża, usłyszała jego słowa.
— Jesteś już moją niezaprzeczenie, nietylko wedle praw i zapatrywań moich własnych, ale i wszystkie te ceremonje skończone dały mi nareszcie prawo do ciebie.
— Jestem jeszcze w oszołomieniu. Nie mogę uwierzyć, że to już spełnione. Czy to się panu nie wydaje dziwne... że jestem jego żoną?...
— Och, no, dziwi mnie jedynie twoja powściągliwość. Czekam kiedy mi powiesz — panie Horski. — To już byłoby arcynadzwyczajne! Teraz znowu te kwiaty. Jak będziesz się tak niemi zasłaniała, na honor! powyrzucam je w morze. Anni!
Odłożyła bukiet i podała mężowi ręce serdecznym ruchem.
— Nie gniewaj się. Bądź dobry Oskarze.
Przyciągnął ją ku sobie.
— A już się nie boisz? już nie drżysz jak w kościele. Co?...
— Nie. Ufam ci szczerze.
— Jesteś cudny, tylko tchórzliwy dzieciak.
— Życie mnie tego nauczyło.
— No, więc ja cię z tej wady wyleczę.
— O dobrze! Czuję się spokojną, ale tak mi jakoś dziwnie, tak... nowo.
— To nic, trwaj w tem stadjum do Hurlestone House.
Spojrzała na niego zdziwiona.
Lecz w jego oczach zmysłowo przymkniętych wyczytała wszystko co chciał przez to wyrazić, całą plastykę jego myśli.
Ognista barwa wykwitła na jej twarzy, gęste rzęsy zwiesiła na policzki.
— Kokietujesz mnie znowu, Anni. Pragnę cię wziąć w ramiona i wycałować. Polki są zawsze albo zbyt hojne, jak pani Nordica, albo zbyt skąpe, jak ty. Angielki umieją zachować stanowisko środkowe. Los mnie prześladuje nawet teraz, własnej żony trudno uścisnąć, ciągle jeżdżą i łażą ludzie. Stanowczo za dużo tego tałatajstwa.
Drogę do Vintimille przebyli rozmawiając z sobą jak dawniej. Właściwie Horski mówił, Andzia była milcząca, zamyślała się często. Chwilami zwracała na niego oczy zdziwione, uprzytomniając sobie, że to jest jej mąż. Czasem miała wrażenie, że jedzie z Horskim na jakąś wycieczkę, że powrócą do Monte, do Eweliny, i że będzie wszystko tak, jak było przez trzy miesiące pobytu jej na Riwierze. Krótkie, bo zaledwo dziesięciodniowe narzeczeństwo, ślub dzisiejszy — wydawały się Andzi snem. Gdy nadchodziło opamiętanie, wówczas trwożny przejmował ją lęk.
Opanowywało ją przykre nad wszelki wyraz przeczucie nieszczęścia, jakby wizja otwartej otchłani. Lecz egzaltacja ta nikła natychmiast, gdy Andzia spojrzała w oczy Horskiemu. Wzrok męża łagodził odrazu, niwelując wszelkie obawy. Momenty takie, działały na nią dwoiście, kojąco i drażniąco. Nie potrafiła skrystalizować w sobie tych wrażeń rozbieżnych.
W pewnej chwili zwierzyła się z nich mężowi. Uśmiech mignął na jego ustach.
— Och! Najzwyklejszy objaw u kobiet po ślubie, bezpośrednio zaznaczam. Stałaś się własnością mężczyzny, którem ufasz i z wiarą podajesz mu rękę na całe życie. Ale po za tem przeczuwasz i wiesz, że stosunek z tym panem dotychczasowy ulegnie zasadniczej, kapitalnej zmianie. To drażni i niepokoi. Tembardziej, że kobieta nigdy właściwie nie wie na jakiego osobnika męskiego trafiła: człowieka czy zwierzę. Nawet znajomość najściślejsza, ale towarzyska, nie rokuje jakim ten ktoś okaże się... w pewnych sytuacjach. A jednak będąc już żoną, zależy się poniekąd od kaprysu męża i od stopnia jego delikatności. O!... Za nic nie chciałbym być kobietą. Per Bacco!
Andzia zmieszała się.
— Anni, spójrz na mnie.
— Nie chcę, przeraził mnie pan.
— Tien! Znowu pan! Brawo!
— Obawiam się, że jesteś głowonogiem Oskarze. Ktoś już cię tak określił.
— Zapewne pani Lora?...
— Nie ona, lecz jej mąż.
— Nordica?... Ph! To zabawne!
— Powiedział, że jesteś jak głowonóg, któremu się trudno oprzeć, gdy już zarzuci macki. Zarzuciłeś je na mnie Oskarze.
— Tak, już mi nie umkniesz, jesteśmy związani z sobą.
— Jak hydra ze swą... ofiarą...
— Anni przestań! Hydra chłonie ofiarę... Porównanie twoje podnieca mnie. Uprzedzam, że czasami bywam mniej bezpiecznym. A propos porównań. Ja mam być głowonogiem, ale Nordica jest pchłą. Wybacz wyrażenie. Tłustą pchłą spasioną na coraz nowych kobietkach. Ciesz się Anni... Albowiem oplotłem cię wprawdzie wszystkiemi mackami, lecz wyłącznie ciebie. Nasza rozmowa poślubna daleką jest od obłoków. Co?...
— Ty ich wogóle nie uznajesz.
— Bądźmy na ziemi, ma petite. Ona daje dużo więcej rozkoszy, niż obłoczne sfery. Wierz mi.
— A jednak ofiarowanie mi tych kwiatów przez ciebie było dziwnie miłe i...
— Obłoczne?... Hm!...
— Nie spodziewałam się tego po tobie.
— Nie karmiłem cię za to marzeniami, nie splatałem wieńców z idealnych kwiatów nad twą głową. Udekorowałem cię wytworem ziemi, który w dodatku już nadwiądł. Patrz na te anemony.
Gdy samojazd zatrzymał się wreszcie przy dworcu Vintimille, brakło tylko dziesięciu minut do odejścia ekspresu.
Horski ulokował rzeczy w zamówionym przedziale i poprowadził żonę na śniadanie do wagonu restauracyjnego. Gdy powrócili do swego coupe, Andzia zdjęła kapelusz i zawiesiła go na haku. Wtem Horski, stojący za nią, wziął ją gwałtownie w ramiona prawą ręką odwrócił do siebie jej ciemną głowę i nachylony nad twarzą Andzi, popatrzał chwilę w jej oczy spłoszone wzrokiem pożądliwym, poczem przykrył ustami wpółotwarte usta Andzi i trzymał je mocno i długo. Dreszcze rzęsiste przebiegały ciało młodej kobiety. Pocałunek ten zrodził w niej znowu tysiące uczuć bardzo różnych; więc ockniętą potężnie namiętność, szał zmysłowy i strach, i obawy pełne trwogi i wstyd jakiś niepojęty i głuchy, wewnętrzny wyrzut, że zdradza... że... że....
Skłębiony rój wrażeń odurzył ją.
Wysunęła się z jego objęć, oparła się ciężko o ścianę wagonu, zakrywając twarz rękoma. Horski usiadł na sofie i wciągnął żonę na kolana. Całował jej ręce i twarz.
— Czego tak drżysz Anni?... Boisz się mnie?... Bądź spokojną, nic ci na razie nie grozi. Trema zbyteczna. Powinnaś mnie znać, nie jestem dzikim jaskiniowcem, lecz kulturalnym estetą. Wagon kolejowy nie jest dla mnie odpowiednim miejscem dla pieszczot małżeńskich. Lecz całować można nawet w balonie, więc mi tego nie broń.
Przytulił głowę Andzi do piersi i gładząc jej włosy, spojrzał na nią ukośnie.
— Nadużyłem bajecznie zaufania panny Anny Tarłówny. Co?
— Bajecznie!...
Zaśmiał się cicho, trochę drapieżnie i szepnął jej do ucha, samem tylko poruszeniem warg.
— Nadużyję jeszcze gorzej... w Hurlestone House.
Andzię zalał wstydliwy, gorący żar krwi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





XIX.
Hurlestone-House.

Poranek był mglisty i szary. Wicher dął z północy, wznosił bałwany olbrzymie i przewalał je po kanale z wściekłością. Tumany mgły sinawej zwisły nad wodą, otulając szczelnie horyzont.
Parowiec angielski wypłynął właśnie z Calais i buchając kłębami czarnego dymu sunął wartko po falach wzburzonych, smukły, silny, pewny swych maszyn i motorów.
Na pokładzie stała Anna Horska w gumowym płaszczu, i z dziwnem uczuciem spoglądała na ginący ląd przed sobą. Niesie ją ten statek, niesie ku ziemi nieznanej, do rodziny obcej, która ma być jej rodziną. Niesie ją ku nowemu życiu, ku nowej doli kobiecej.
Statek drżał pod naporem zwałów wodnych i wiatru, Andzia trzymała się silnie barjery, aby nie upaść. Myśli, wrażenia kłębiły się w jej głowie, lecz już nie były trwożne.
Przez czas podróży w Vintimille przywiązała się do męża, zjednał ją sobie delikatnością i troskliwem obejściem się z nią.
Andzia była mu za to serdecznie wdzięczną. Pomimo to ogarniał ją chwilami niepokój, głuchy i przykry, by nie ocknęło się fatum jej przeszłości. Teraźniejszość była nową i ciekawą, Andzia pragnęła ją wyzyskać. Nie marzyła jak dawniej; ideały własne były od niej daleko, tworzyły się wprawdzie w jej duszy, lecz sięgały raczej szerszych rejonów niż osobistych. Wspólne życie z Oskarem na ziemi rodzinnej, pożyteczne i pracowite, trochę szczęścia dla siebie, nie wyśnionego już, ale choćby tyle tylko, aby ukoić duszę i dać jej cichy spokój. Wierzyła w Oskara, w jego rozum i męską energję. Czuła się bezpieczną pod jego opieką i pewną przyszłości. Błąkało się niekiedy w jej umyśle pytanie, czy ten światowy pan zechce mieszkać na wsi, w zapadłym kącie Wołynia, ale miała na to gotową odpowiedź, oto wystarczy im na podróże i na mieszkanie w mieście jakąś część roku, o ile dla Oskara byłoby to koniecznem. Andzia chciała wszystko stosować do męża i tak życie ułożyć, aby zapanowała między niemi harmonja niezmącona i trwała.
Gdy Horski stanął przy niej na pokładzie zwierzyła mu się ze swych myśli, rozwijała przed nim plany ich wspólnego życia. Patrzał na nią z uśmiechem trochę pobłażliwym i rzekł;
— Życie, ma pétite, nie układa się wedle powziętych z góry projektów, ono płynie samoistnie, jak strumień, który sam sobie wytwarza koryta, zakręty, wiry, czasem pełznie spokojnie, czasem szaleje. Ujarzmienie takiej indywidualności wybitnej, jaką jest życie, to trudne i niebezpieczne przedsięwzięcie. Per Bacco! nie zechciej Anni regulować naszego życia. Rutyny i systematyczności nie znoszę, lubię porządek, lecz nie w układzie życia.
— A w małżeństwie?
— Także czynnik niebezpieczny, może wywołać nudności.. Pewne variétés nigdy nie zaszkodzą.
— Ale mogą zepsuć szczęście.
— Tylko je zaostrzają.
— Czy jesteś za równouprawnieniem w małżeństwie?
— Równouprawnienie to oklepany paradoks, taką się teorię głosi, ale tak nie jest. Zawsze któraś strona ma przewagę, czasem wyższy intelekt lub inteligencja, czasem silniejszy wpływ wywiera żywszy temperament lub despotyczna siła natury. Zresztą równouprawnienie. Hm!... to rzecz względna. Co się wybacza mężczyźnie, to brudzi kobietę. Co po męskim osobniku spłynie jak po szkle, to kobietę osmaruje.
— Czyli, że owe variétés, jak mówisz, stosujesz jedynie do mężów?
— Powtarzam ci, utartych szlaków niema w instytucji małżeńskiej, o ile zaś są nawet, to już... nie dla mnie.
Przy lunchu Andzia poznała parę osób, przedstawionych jej przez Horskiego. Byli to typowi Anglicy i mierzyli Annę wzrokiem krytycznym, szczególniej kobiety, kokietując przytem Horskiego. Andzia zauważyła z przyjemnością, że nie robiło to na nim wrażenia. Gdy zostali sami Oskar rzekł do żony:
— Kapitan statku jest tobą oczarowany. Za to paniom nie podobałaś się chyba, co zresztą jest zrozumiałe. Kobiety nie lubią w swem towarzystwie takiej niewiasty, której niezaprzeczenie należy się palma pierwszeństwa.
— A ja się już bałam, że te piękne panie zbałamucą mi ciebie!
— Och no, ja jestem obecnie w sytuacji nader rzadkiej, płonę ku własnej żonie. Oryginalnym jesteś dla mnie klejnotem, cennym i wiele obiecującym, lecz całego blasku twego jeszcze nie znam. Zapłoniesz mi gorącym ogniem, jak gwiazda promienista w mrokach naszej alkowy. Takie przeczucie jest niesłychanym ochraniaczem od wpływów innych kobiet.
Wieczór zasnuwał kanał ciemną powloką, gdy statek rycząc przeraźliwie zawinął do Dowru. Andzia ujrzała krajobraz posępny, spotęgowany jeszcze zmrokiem. Brzegi Anglji wydały jej się ponure. Wszystko szare, groźne, we mgle i wichrze zatopione. Gwar, zamęt portowy, wrzask posługaczy, ryk parowców ogłuszyły Andzię. Wściekły huk morza, czarnego już jak lawa, przerażał ją. Oparła się ciężko na ramieniu męża z głową pełną chaosu.
Niebawem wsiedli do pociągu i przebyli krótką przestrzeń do stacji, gdzie czekały na nich konie z Hurlestone House.
Wyszli na peron. Za nimi groom w liberji niósł rzeczy. W świetle latarni elektrycznych ujrzała Andzia lśniącą karetkę zaprzężoną w parę rosłych folblutów. Wygolony woźnica siedział jak mumja. Wsiedli, kareta potoczyła się gładko po drodze równej, jak płyty z marmuru. Gumy unosiły się lekko, rozlegał się tylko miarowy tupot kopyt i parskanie rumaków.
Latarnie rzucały jaskrawe reflektory światła na przydrożne kamienie w pryzmach i drzewa rzadko rosnące.
Andzia odczuła wieś i nagle porwała ją szalona tęsknota za Wołyniem. Ale nie zagłębiała się we wspomnieniach w obawie, by nie powróciły wizje niebezpieczne. Słuchała opowiadania męża o stajni wyścigowej w Hurlestone House, z której konie wygrywały na Derby.
— Teraz zostały les beaux restes dawnej świetności — westchnął na końcu.
— Dlaczego? — spytała Andzia machinalnie.
— Prosta rzecz... niema pieniędzy. Stajnia, taka jaką była, to droga zabawka. My już mamy lekko w kieszeniach.
Pierwszy raz wyznał to przed Andzią.
Zaszumiało nad nimi rozgłośnie.
— Wjechaliśmy już do naszego parku — rzekł Oskar. — Słyszysz Anni, z jednej strony huczy morze, z drugiej drzewa. Jest aż za głośno.
Kareta toczyła się szybko, robiła zakręty, zwroty, wciąż w donośnym gwarze drzew, nareszcie kopyta koni dźwięknęły na asfalcie, Andzia ujrzała wyniosłe, oświetlone okna pałacyku i ciemne kamienne ściany.
Konie stanęły.
Horski wysiadł pierwszy i wyprowadził żonę z karety. Weszli do obszernego hallu. Oskar rozmawiał ze starym służącym po angielsku i sam troskliwie pomógł się żonie rozebrać, Andzia drżała. Otworzono przed nimi drzwi.
— Chodźmy, tam zapewne mama na nas oczekuje.
Weszli, lecz salon był pusty. Anna ucieszyła się z tej okoliczności, gdyż mogła swobodnie ochłonąć z wrażenia. Ale Oskar rozgniewał się.
— Cóż to, pouciekali wszyscy na nasze spotkanie, per Bacco! Zostań tu Anni, pójdę szukać mamy. Domyślam się, gdzie jest.
— Nie, nie odchodź Oskarze...
Zatrzymała go za ramię. Wiał na nią chłód z tej sali wielkiej, prawie pustej i bardzo ciemnej, pomimo rzęsistego oświetlenia. Pod ścianami stały meble ciężkie i stare, na stiukowych ścianach kilka obrazów olbrzymich i wielki portret królowej Wiktorji, w średnim wieku, w gronostajowym płaszczu.
Rozległy się kroki w sąsiednim pokoju.
— A!... Nadobna Katy — zawołał Horski.
Na progu stanęła postać kobieca, wysoka, niezmiernie szczupła. Twarz miała wąską, bladą, włosy jasno-blond nad czołem. Oczy mętne choć duże, skierowała na Annę i trwała w takiem niemem wpatrzeniu się. Badała Andzię od stóp do głowy.
— Cóż to nie witasz nas?... ...Anni, przedstawiam ci moją siostrę, Katy, patrz oto moja żona.
Angielka podeszła bliżej i wyciągnęła do Anny wąską, chudą rękę.
— Miło mi poznać żonę Oskara. Zrobił nam niespodziankę, nigdybym nie przypuszczała, że on się ożeni — przemówiła po francusku.
— To wyłączna zasługa Anni — rzekł Horski, witając siostrę — Gdzie jest mama?...
— Rozmawia z duchami.
— No, naturalnie! Domyśliłem się tego. Pójdziemy do niej. Prowadź nas Katy — dodał, biorąc żonę pod rękę.
— Nie zapomniałaś chyba rozkładu domu i wiesz, gdzie spirytystyczna sala. Idźcie sami, zaraz zadzwoni gong na kolację.
Gdy Horsey odchodzili, Andzia obejrzała się i spostrzegła, że Katy patrzy na nią przez szkła z wielką uwagą i pochyleniem głowy typowem, znamionującem krótki wzrok.
— Jaka sztywna twoja siostra — szepnęła Andzia.
— O tak, miękkości u niej brak zupełny, posiada tylko dużą dozę zarozumiałości. Jako krótkowidz jest nieufna, przytem sławna krytyczka, wszystko podlega jej surowej opinji. Ma pretensję, że jest najrozumniejsza, najinteligentniejsza, no i zapewne najpiękniejsza.
— Malujesz ją nie zachwycająco.
— Cóż cię obchodzi Katy?... Nikt się nią nie przejmuje. Ty możesz zyskać jej sympatję, bo jesteś bogatą, ale znowu jesteś od niej stokroć urodziwszą, to zniweczy powyższy plus. Nadobna Katy nie przyzna ci wdzięku i urody, lecz w rzeczywistości doskonale to zauważy i będzie ją to jątrzyło przeciw tobie. Ale oto stoimy przed przebytkiem duchów.
Weszli do pokoju kwadratowego, pogrążonego w zupełnym prawie cieniu. Mały kaganek, palący się czerwono-żółtym płomykiem, na oliwie, w podłużnej czarce, pełzał blado po czarnych ścianach. Przy stole, pokrytym czarnym suknem siedziała wyniosła postać w białym zawijaku na głowie. Rysy chłodne, posągowe, brwi długie, skupione z głęboką pionową bruzdą na czole. Oczy kobieta utkwione miała w ekierce, na której spoczywały jej długie i wąskie palce. Na suknie wymalowane były litery alfabetu białą farbą.
Andzia stała zdumiona, patrząc na tę twarz surową na tle ponurym i mistycznym dziwnego pokoju. Przykuł ją ten widok niezwykły. Horski podszedł do stołu. Powitał matkę po angielsku, mówiąc głośno, bez ceremonji. Kobieta drgnęła i podniosła na niego źrenice szare, dziwnie przenikliwe.
— Czy duchem jesteś, czy realną istotą?... — szepnęła głosem ponurym.
Oskar roześmiał się.
— Och, no, nie przerażaj mi mamo żony, jestem twoim synem i przywiozłem ci synową. Możeby dość tych duchów na dziś?...
— A więc już przyjechaliście?... Rozmawiałam z duchem Danta Alighieri, pytałam o wasze losy i o twoją Annę... Duch był dziś widocznie rozdrażniony...
— Możeby łyżkę bromu?...
— Oskarze, nie żartuj, duch się może zemścić.
— Mama go przebłaga, a tymczasem proszę powitać moją żonę. Anni... chodź dzieciaku...
— Więc ona jest tu...
Horska powstała i uniosła w ręku kaganek, wysoko przy głowie, szukając wzrokiem synowej. Wyglądała zupełnie jak lady Macbeth z tragedji Shakespeara i takie właśnie zrobiła na Andzi wrażenie.
Oskar podprowadził żonę za rękę.
— Oto jest owa perła, którą wyłowiłem na brzegach morza Śródziemnego, jak ci to pisałem mamo. Przyznaj, że mam dobry gust.
Horska Mistress przez chwilę badała Andzię ciekawie, gdy zaś ciemna głowa młodej kobiety pochyliła się do jej ręki, matka Oskara postawiła kaganek na stole i ucałowała synową dość serdecznie.
— Jesteś Polką, chciałam zawsze dla Oskara Angielkę na żonę, Polacy są zbyt romantyczne i zapalne głowy. Takim był mój mąż i dlatego kocham Polaków, chociaż przyznaję im mnóstwo przywar. Ale nie wyobrażam sobie, aby Polak mógł być złym mężem...
— Czy zaś Polki są dobremi żonami, to już ja sprawdzę — zaśmiał się Horski.
— Podoba się mnie twoja żona, Oskari — rzekła nagle po polsku, obcym, łamanym, akcentem. — Taka miła i ładna.
— Mama mówi po polsku! Jak to dobrze — zawołała Andzia odrazu rozbrojona.
Czemu tak?... Ja mówiła źle, dawniej lepiej, mnie Georges uczył, mój mąż nazywał się George... po waszemu Jerzy, jakie ty masz czarne włosy ładne i oczy, piękne oczy. A mnie Dante mówił, że ty jasna, clara, clara powiedział.
— Duch zrobił mamie niespodziankę.
Wtem rozległ się przeraźliwy głos gongu.
— Wezwanie na kolację, muszę się przebrać.
Mistress Horska krokiem sztywnym wyszła z sali. Spowita była w rodzaj płaszcza arabskiego z białej tkaniny, głowę w białym turbanie wznosiła wysoko.
Gdy wyszli z sali duchów, Oskar rzekł do żony:
— Właściwie powinniśmy się przebrać... tu panuję taka etykieta, nasze stroje podróżne... przerażą Katy. Ale już nie pora na to.
Andzia nie poznała matki Oskara, gdy się spotkały przy stole. Lady Macheth przeistoczyła się w światową, dystyngowaną damę. Suknia z ciemno perłowego jedwabiu opływała ją bogatemi zwojami, spinała ją pod szyją duża, staroświecka brosza; włosy lekko siwe, mocno upudrowane, spiętrzone były w modną koafiurę. Strój zmieniał zupełnie charakter tej kobiety, postać jej mistyczna przedtem, była teraz portretową. Katy, w tualecie wizytowej, wydawała się jeszcze chudszą i bledszą.
Obie damy zmierzyły Andzię zdumionem spojrzeniem.
— Nie przebrałaś się Anno? — spytała Katy z ironją.
Oboje macie stroje wykwintne do wagonu, lecz nie do stołu — przeciągle rzekła matka.
Oskar wytłumaczył siebie i żonę, lekceważąc tę sprawę.
— Jaką mieliście podróż przez kanał, boksował zapewne jak zwykle na wiosnę? — spytała matka.
Rozmowa potoczyła się w języku francuskim, ogólnikowa i obopólnie chłodna. Głównie rozmawiał Oskar z matką, Andzię niecierpliwiła Katy uporczywie na nią spoglądająca...
Młoda kobieta garnęła się serdeczniej do matki mężowskiej. Okazała zainteresowanie się spirytyzmem, co wywołało u świekry łaskawszy uśmiech, u Katy zaś ironję na ustach.
— Wywoływać duchy nie każdy potrafi, to wymaga dużo wyłącznych warunków — rzekła Katy kwaśno.
Ale matka podchwyciła.
— Jeśli zechcesz Anno, mogę cię zabrać kiedy na seans, może jesteś medjum?... Widzę na twej twarzy wielką wrażliwość i oczy masz gorące. Spróbujemy. Dobrze?
— Owszem mamo, bardzo bym pragnęła.
— Czy nie wywoływałaś nigdy duchów?...
— Nigdy. Nie znam tej zabawy.
— To jest rzecz poważna, to nie zabawa, Anno.
— Dla mnie to nawet farsa — dorzucił Oskar.
— Kto ma taki pogląd o spirytyzmie, nie może się nim zajmować — rzekła pani Horska. — Dante mi jednak przepowiedział los Oskara, gdy on wyjeżdżał na Riwierę.
— Ciekawe — mruknął Horski.
— Dante powiedział: Z tego samego źródła, z którego płynęła dlań ruina materjalna wypłynie zysk...
— Cóż to ma znaczyć? — skrzywił się.
— Ja rozumiem wybornie — odrzekła matka z powagą — posłuchaj dalszego ciągu a i ty zrozumiesz; „Dwie kobiety, bliskie siebie, obie pochodzą z północy, jedna ciągnie go na dno, druga wyratuje.
— Hm! To nadzwyczajne. Jasnowidzący duch. Muszę z nim zawrzeć bliższą znajomość. Czy też i ze mną będzie również elokwentny?
Andzia spuściła oczy i pomyślała:
...Te dwie kobiety... to Lora i... ja... Materjalna ruina... Więc to było między nimi w takim stopniu?... Materjalny zysk... to ja... Tylko materjalny?...
Owiał ją przedziwny smutek, jakby cień jakiś nad nią przeleciał.
— Zdaje mi się, proszę mamy, że Oskar ratunku nie potrzebował, a tembardziej nie szukał go we mnie — rzekła oschle.
— Masz słuszność Anni, Dante pokpił sprawę. Radzę mamie zmienić ducha na bardziej prawdomównego.
Pani Horska skierowała mowę ostentacyjnie na inny temat. Pytała Andzię o rodzinę i kraj ojczysty. W pewnej chwili rzekła:
— Z opowiadań męża mego i z literatury wyrobiłam sobie pewne pojęcie o Polkach. Otóż według mej opinji są to wielkie entuzjastki, ale niezbyt solidne, przeważnie dyletantki życiowe; dużo opierają na pozorach, na powierzchownym blichtrze, bez głębszej treści, bez niezłomnej podstawy. Nawet temperament Polek nie płynie chyba ze krwi, lecz z nerwów, czasem z płonącego mózgu. Mam wrażenie, że Polka może dużo chcieć, lecz mało spełni, i wogóle nie są to kobiety czynu, raczej marzycielki niż bojowniczki.
— O nie, mamo, to jest mylne twierdzenie — żywo zaprzeczyła Andzia. — Polki mają dużo idei, szlachetnych porywów.
— Idea, porywy, to jeszcze nie czyn.
— Są u nas i czyny, kobiety potrafią pracować z zamiłowaniem.
— Ale bez wytrwałości.
— Ach, to jest wzgląd zupełnie indywidualny, to zależy od charakteru osobistego. Dużo jest wśród Polek bardzo dzielnych kobiet, dobrych obywatelek kraju, wytrwałych pracowniczek, tak na niwie szerszej, społecznej jak i w małem kółku własnej rodziny i domu.
— Z tem się zgadzam, Polki posiadają ciche cnoty niewieście, lecz do szerszej, jak mówisz, społecznej pracy, nie mają wiele zdolności. Główną przyczyną tego jest wada ich charakterów i wychowania. Nadto są pieszczone i nie umieją być niezłomnemi, zrażają się łatwo, jak łatwo się zapalają. Zapał gaśnie przy pierwszym niepomyślnym wietrze.
— Czasem warunki społeczne naszego kraju są przyczyną tego. Nie jesteśmy narodem wolnym, krępują nas i obwarowują najlepsze nasze chęci. Walka w takich razach jest niemożliwą, to wytwarza apatję i zniechęcenie.
— Zapewne jeszcze częściej krępują was mężowie, prawda?... — zaśmiała się Katy. — Polki są urodzonemi niewolnicami.
— To jest krańcowe stawianie kwestii — oburzyła się Andzia. — Arbitralność mężów i... ojców odgrywa niekiedy poważną rolę w życiu kobiet, nadając im odmienny kierunek od dróg, które wiodą do ich własnych ideałów i dążeń. Ale to są wypadki sporadyczne, im podlegają nietylko Polki. Ogólnie jednak Polki mają w sobie dużo wolnego ducha, indywidualności...
— I wdzięku — dorzucił Oskar.
— To rzecz uboczna — sucho rzekła Katy.
— Och, no, bardzo ważna. Jest to atut w kobiecie niemal decydujący. Polki posiadają go w wysokim stopniu. Nie znam wdzięczniejszych kobiet nad Polki. Kobieta bez wdzięku to ułomna karliczka, choćby miała najwspanialsze warunki piękna, gdy nie posiada wdzięku, piękna nie jest.
— Właściwie do czego ta tyrada się stosuje... — spytała Katy zirytowana.
— Do apoteozy kobiecego wdzięku. W zasadzie jestem nieprzyjacielem kobiet społeczniczek, gdy jednak owe społeczne idee pielęgnuje kobieta wdzięczna, daruję jej wszystkie winy, nawet gotów jestem pomagać. Gdyby nasze sufrażystki były wdzięczniejsze, nie zaś potwory żeńskie, tolerowałbym ich wybryki z uśmiechem.
— To są dzielne i wytrwałe kobiety. Cześć im — zawołała Katy.
— Powywieszałbym je wszystkie ku uciesze publiczności w Hyde-Parku w Londynie. Kobieta zawsze i w każdym czynie, choćby najenergiczniejszym i najsamodzielniejszym nie powinna nigdy zapominać, że jest kobietą. To jest jej wdzięk i tem jedynie bierze mężczyzn. Wszelkie pozowanie na męskość, wyrabianie w sobie cech tej męskości i przywilejów chybia celu. Taką bronią kobiety rzadko zawojują mężczyzn, podczas, gdy swą wdzięczną kobiecością zrobią z nimi wszystko.
— Przyznaj Oskarze, że gdy chodzi o istotnie wielki czyn i niezłomną wytrwałość, tam tylko działać mogą kobiety ani zbyt piękne, ani zbyt wdzięczne, bo jedno i drugie przeszkadza temu. Superlatywy takie są cenione przez ogół mężczyzn, lecz wykolejają kobiety, demoralizują je, odciągając od pracy intensywnej i żmudnej — rzekła mistress Horska.
— Dla waszego egoizmu i waszej zabawy — syknęła Katy.
Horski zaśmiał się.
— Ach, tobie mężczyźni nigdy nie przeszkodzą w żadnych zamiarach społecznych. Zapisz się Katy do sufrażystek, świat nic na tem nie straci. Ale moją Anni, naprzykład, wyrwałem poniekąd z projektów, które sobie nakreśliła. Jakieś społeczne prace dla idei, na swej glebie, prawdopodobnie wieczny celibat, także dla idei. Początkowo miało być małżeństwo bez przekonania, ale także dla idei. Same konflikty z sumieniem, summa-summarum barbarzyńskie poglądy. Na szczęście jest piękna i uosobieniem wdzięku, zatem, gdyby nie ja, znalazłby się ktoś inny, ktoby temu przeszkodził.
Ten typ kobiety, co Anni, nie może sobie pozwolić na samodzielną pracę. Hołdy męskie odrywałyby ją zawsze od działań społecznych.
— Po takiej opinji mego męża będziesz miała o mnie złe wyobrażenie.... Katy... prawda?... — rzekła Andzia z miłym uśmiechem, przechylając się wdzięcznie do szwagierki. — Oskar mnie trochę oczernia; nie jestem lalą oczekującą tylko hołdów męskich, potrafiłabym być samodzielną, pracować wytrwale, gdyby nie twój brat, który mnie wykoleił — zaśmiała się.
Katy odczuła, że Andzia chce złagodzić przykre słowa Oskara, wypowiedziane do siostry i sztywną Angielkę rozgniewało to. — Odrzekła sucho:
— Gdybyś jednak miała szczere zamiary nikt by ci w tem nie przeszkodził. Ale powtarzam, że wy Polki, macie już niewolniczość we krwi, wam koniecznie potrzeba męża i pana.
— Czy nie uznajesz, Katy, obopólnej skłonności dwojga ludzi do siebie, która często niweczy powzięte przedtem zamiary?...
— To jest szczegół nader ważny — podchwyciła mistress Horska. Mam przykład na sobie: w młodości pragnęłam poświęcić się nauce, wstąpić na uniwersytet, wzdrygałam się na myśl o małżeństwie ale wszystko to runęło, gdy poznałam Georga. Zmienił mi się świat, pojęcia moje, projekty i już tylko żyłam myślą o Georgu i o małżeństwie z nim, aż się marzenie moje spełniło. Anna ma młuszność. Katy jeszcze tego nie zaznała, więc decydować nie może.
Młoda Horska zarumieniła się, tembardziej, że spostrzegła utkwiony w sobie wzrok męża.
Wzrok ten wydał jej się jakby badawczym. Zdławił ją wyrzut ciężki i wstyd. Ona wszakże nie wyszła za Oskara powodowana miłością o jakiej mówiła jej matka. Więc nie miłość powtórna skłoniła ją do małżeństwa z nim. Nie to! Rzuciła ją w ramiona Oskara tęsknota jakaś dziwna a przemożna, wzięła ją jego wola, tak potężną mocą, że oprzeć się nie mogła. Czyż to jest owa niewolniczość we krwi, jak mówi Katy?... Owa konieczność podwładztwa mężowi i panu?... Może to jest tylko cecha istotnej kobiecości, pragnącej serdecznej opieki męskiej, jakiejś siły, której z ufnością rzec może „jestem twoja“.
— Niewolniczość, niewolniczość — syczały w uszach Andzi słowa Katy. Podniosła oczy na Oskara, chcąc znaleść w nim wytłumaczenie zagadki gnębiącej ją, dlaczego nie żądając nawet jej miłości wziął ją całą, ten człowiek do niedawna zupełnie obcy, zimny i sztywny. Dlaczego wpływ jego tak na nią podziałał, że oddała mu przyszłość swą, swój los, bez wahania, bez lęku, przechodząc prawie obojętnie nad mogiłą Jasia?
Oskar patrzał na nią jakby czytał w jej myślach. I oto nagły, gorący dreszcz przebiegł jej od mózgu wzdłuż krzyża; zabiły młotem pulsa w skroniach, poczuła w sobie wszystkie nerwy i żyły palącą krwią nabiegłe. Gwałtownie nakryła oczy rzęsami, zadrżały jej usta wstydem.
Wstano od stołu.
Andzia bała się podać ręki Oskarowi, by nie odczuł jej drżenia. Gdy podszedł do niej nie podniosła powiek.
Ucałował obie jej ręce z cichym szeptem.
— Jesteś samym wdziękiem, pozostań zawsze taką...
Przeszli do małego saloniku.
Katy zaproponowała partję bilardu, lecz Andzia nie umiała grać, Oskar nie chciał. Po krótkiej rozmowie starsza Horska rzekła, zwracając się do syna i synowej.
— Jesteście zdrożeni podróżą i... zresztą wolicie zapewne być sami. Ja to rozumiem. Apartament dla was przygotowany.
— Idź Anni, już późno, ja za chwilę przyjdę. Muszę dokończyć swą porcję cygara — rzekł Oskar.
Andzia pochyliła się serdecznie do ręki matki z dziwnem pragnieniem słodkiej, matczynej pieszczoty, której prawie nie znała. Pani Horska odczuła to i czulej, niż może miała zamiar, ucałowała głowę synowej.
— Ach ty polska romantyczko...
Katy wyciągnęła sztywno rękę do bratowej. Przykrość chwilowa odmalowała się na twarzy Andzi.
Ale oto uśmiech zaigrał na jej ustach, spojrzała przekornie, z łagodną prośbą w oczach — wołając:
— Czyż tylko tak? Wszak jesteśmy już siostrami... Katy... bardzo pragnę, abyś mnie polubiła. Ucałujmy się na zadatek przyszłej sympatji. Dobrze? Ot tak... — i chłodną, jak sopel lodowy, Angielkę uścisnęła z żywością swej młodej, szczerej natury.
Oskar odprowadził żonę do drzwi sypialni, powierzając ją w ręce panny służącej, Jenny. Sam powrócił do salonu.
Katy skrzywiła się do niego ironicznie.
— Nie mogę ci powinszować gustu, Oskarze. Anna jest brzydka i niesympatyczna.
— Doprawdy?... Hm! Nadzwyczajne! Względem ciebie okazała się aż nadto sympatyczną; za twoją szorstkość dla niej postąpiła rozbrajająco. Byłem zdumiony, że mogła być dla ciebie tak serdeczną.
— Tem gorzej to dowodzi, że jest fałszywą.
— Anni fałszywą!... To już bezczelna potwarz. Och poprosiłbym cię Katy o nieco więcej względów dla mojej żony. Prosta delikatność nie powinna ci pozwolić na tak wyraźną złośliwość.
— Anna maluje się, ona ma nienaturalne rumieńce.
— Hm! Cóż jeszcze? może nosi perukę i ma wstawione zęby, albo gumowy biust?... Jakiż to zwykły objaw zazdrości kobiecej. Nie możesz jej darować, że ma świeższą i ładniejszą cerę niż twoja. Kobieta zarozumiała i próżna zawsze cudzą urodę pod jakimbądź względem uzna za sztuczną, żeby siebie podwyższyć. Znane to stare jak i świat, lecz na złośliwości takiej, każdy się pozna i w złym świetle staje nie osoba oczerniona, lecz ta, która oczernia.
— Mnie osobiście twoja Anna podobała się — rzekła matka — jest istotnie bardzo ładną, typową, wdzięk ma wrodzony i śliczny. Poza tem widocznie jest dobra, łagodna, wybornie wychowana, wogóle sznytowa kobieta. Ale ja nie lubię brunetek, dla mnie prawdziwie uroczą kobietą może być tylko blondynka.
— Przesąd! — zaśmiał się Oskar. Anni jest... miękką brunetką, niema w sobie nic ostrego, co cechuje wogóle brunetki. To nadaje jej urok wyłączny.
— Szczególne! Oskar żonaty i unoszący się nad własną żoną. Cudowne zjawisko! Powiedz nam nareszcie, ile też ma posagu, zapewne cyfra poważna, sądząc po twych zachwytach.
— Katy, jesteś istotnie zbyt złośliwą — przestrzegła matka.
— Och, och, niech jej mama pozwoli, to starzejącym się pannom potrzebne dla zdrowia. Wszystkim muszą przypinać łatki, żeby ukryć własne. I to znana metoda. Co zaś do majątku Anni, wiem, że jest bardzo znaczny. Duże dobra na Wołyniu, rolne, fabryczne i kolosalne lasy. Jest to jedna z największych fortun tamtych okolic, kresowych.
— To szczęśliwie, bardzo szczęśliwie, przy twych wymaganiach tylko bogate ożenienie mogło cię ratować. Finanse nasze są w okropnym stanie. Nie byłyśmy już w Londynie pół roku, bo nie mamy za co jechać. To straszne! Katy proponowała sprzedaż obrazów naszych, portretu królowej, i mebli antyków, ale nie chcę jeszcze, nie chcę tak się ogołocić. Boję się nędzy, bo już cierpię wielki niedostatek.
— Niech się mama nie trwoży, jesteśmy znakomicie podreparowani majątkowo, nietylko, że ruina już nam nie zagraża, lecz powrócą nasze świetne czasy.
— Tak mówisz?... Daj Boże, ale ostatecznie majątki te i dochody są własnością imienną Anny...
— Och... to się zrobi. Jeśli mamie potrzeba, mogę służyć jej zaraz jakąś kwotą pieniężną, potem uradzimy o powiększeniu renty rocznej, któraby wystarczała.
— Dziękuję ci Oskari. Nie mam zbyt wielkich wymagań, chciałabym tylko nie dożyć chwili, kiedy trzebaby sprzedawać coś więcej z Hurlestone-House nadto, co już sprzedane.
— O tem niema mowy — odrzekł Horski, dopalając cygaro.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W obszernej sypialni panował dyskretny półmrok. Lampa wisząca, ogromna jak balon, rzucała mieniące się srebrzysto zielone światła na stare, lecz jeszcze cenne makaty na ścianach, na plafon malowany w sceny mitologiczne erotycznej treści, na miękkie, niziutkie meble, na kobierzec jasny, jakby zarzucony pastelowemi kwiatami, wreszcie na postać białą Andzi, siedzącą przed kominkiem. Za żelazną kratką palił się ogień wesoły, ciskał w górę jaskrawe języki płomienia. Kominek ten był fragmentem odróżniającym się od całości świetnej niegdyś komnaty, z królującemi przy głównej ścianie łóżkami, zdobnemi w bogate rzeźby i inkrustacje. Makaty perłowo-liljowe, stare i miejscami spłowiałe opadały z wysoka po bokach łóżek, tworząc kopulasty baldachim. Na gzymsie kominka, więdły fiołki w majolikowych wazach i ze słojów wykwitały smukłe, białe irysy.
Andzia była zapatrzona w płomień. Opływały ją białe koronki szlafroczka, z których wysunięta ręka do łokcia, podpierająca głowę miała kształt przepyszny, rzeźbiony i koloryt ciepły, świadczący o młodej, wartkiej krwi pod skórą delikatną i białą.
Przez okna przysłonięte ciężkiemi storami, przebijał się huk monotonny morza, słychać było łoskot pojedyńczych fal rzucanych na skały. Zdawało się, że pałacyk drży od naporu wichrów.
Andzię trwożne opadły pytania.
...Gdzie ją los rzucił?... Co ją tu zagnało na obcy ląd, na skały nadmorskie, do tego zameczku, jak gniazdo mew nad falami. Z cichych Turzerogów, z pokoiku na pięterku, gdzie pelargonje kwitły na balkonie, a gołębie zlatywały się chmurą nad jej głową, z lesistych puszcz wilczarskich los rzucił ją oto na brzegi Anglji. Jak to się stało i dlaczego?... Więc przeznaczenie wiodło ją na Riwierę, więc śmierć Jasia była dziełem jej przeznaczenia?... Więc wszystko, co zaszło przedtem i zgon Andrzeja to były szczeble wiodące do szczytu jej przeznaczeń? A czy to już szczyt? Czy w tej mgle która otacza jej małżeństwo z Oskarem, jest coś jeszcze, jakaś odpowiedź na znak zapytania wiszący nad nią od chwili, gdy przyrzekła Oskarowi zostać jego żoną? Czy ten pociąg dziwny i niezrozumiały do niego wpływ jego woli nad nią ma jakiś cel ukryty, dobry czy zły? Może to jest początek lepszej doli, a może nowy żart jej fatum?...
Po ilu wypadkach szła ona do obecnego losu i do małżeństwa swego. Katastrofa kolejowa w Wilczarach. Okszta, ucieczka Lory, śmierć Andrzeja, wreszcie śmierć ciotki Smoczyńskiej i zaręczenie się z Jasiem. Ucieczka od niego na Riwierę do Lory i ostatecznie śmierć Jana, fakt epilogowy, który zaprowadził ją do ołtarza z Oskarem.
Przez trzy groby szła do ustalenia swego losu, odmiennego od jej marzeń i nieoczekiwanego. Czy w warunkach takich może być szczęście i czy wogóle znajdzie je ona w pożyciu z Oskarem?...
Huk groźny za oknem wzmagał się i przenikał ją strachem. Tak samo huczało na cyplu skalnym w Monaco, gdy dała słowo Oskarowi. Zawsze burza towarzyszy jej w decydujących momentach z Oskarem. Czy to przepowiednia burzy całego życia?... Nie, nie! Nie spotka ją nic złego. Dość już nieszczęść i niedoli.
Andzia zerwała się z kanapki i krokiem szybkim przebięgła pokój parokrotnie.
— Chcę szczęścia, pragnę go, tęsknię za niem — wołała w duszy podnieconej.
Spostrzegła otwartą walizkę. Ze skrytki wyjęła szkatułkę oksydowaną. Z fotografją Andrzeja podeszła bliżej do seledynowej ampli.
Krzyknęła głucho spojrzawszy w jego rysy. Nerwy szarpnęły się.
— Nie za nic dłużej!
Rzuciła fotografję do szkatułki, zatrzasnęła i schowała szczelnie w kuferku. Podeszła do kozetki przed kominkiem i padła na nią ukrywszy twarz w dłoniach. Pomimo odrzucenia fotografji, oczy Andrzeja stały przed nią jakby żywe. Bała się odsłonić własnych źrenic, by nie ujrzeć go tuż przed sobą. Czuła, że stoi przy niej i na nią patrzy.
Przerażenie paraliżowało ją i dwa sprzeczne uczucia: szalone pragnienie ujrzenia wizji Andrzeja i lęk paniczny przed tym widokiem. Zwyciężyłoby pierwsze, gdyby nie nowe uczucie nadpływające ku niej jakby masą czarnego iłu. Uczucie wiarołomstwa względem Oskara. Przysięgała mu wierność, a oto zdradza go myślą — o tamtym, całą istotą jest przy tamtym, będąc żoną Oskara.
— Ach głupstwo! kochałam tylko Jędrka! — odsuwa Andzia czarny ił od sumienia swego.
Szmery w pokoju rosną. Andzia słyszy słowa niewidzialnych mar.
...Przysięgałaś, bądź wierną.
...Spójrz Hańdziu, mój pąku szkarłatny, spójrz na wizję moją, bo oto duchem stoję przed tobą wywołany twą tęsknotą, bo kochałaś i kochasz mnie jednego i... wierną... jesteś... mej pamięci — szły szepty do Andzi z głębi pokoju, a huk za oknem zdawał się je powtarzać i akcentować każde słowo, bolesną trucizną nasiąkłe.
Wiła się w męce. Wizje szły jedna za drugą, jakby nasuwane ręką Andrzeja, który stał przed nią.
...Cichy kościółek parafjalny na Wołyniu, świece na ołtarzu goreją, z chóru płynie hymn weselny, przed ołtarzem stoi Jędrek i trzyma ją, Andzię, za rękę, stuła ich wiąże, ślubują sobie wieczną miłość i wiarę. Ona w białej sukni w welonie i w wieńcu: czysta, dziewicza, kochająca, kochana świętem uczuciem.
Wizja zmienia się.
...Prokopyszcze takie, jakie Andzia zna z fotografji, fantazją je sobie dopełnia.
Więc ogród pełen kwiecia, mnóstwo róż purpurowych, posąg bogini Cerery. Hańdzia z Jędrkiem (są już mężem i żoną). On całuje ją w usta i cichym słodkim głosem mówi „mój pąku szkarłatny”, ona tuli głowę do jego piersi i zapłoniona szepcze: „Już nie pąku, Jędruś, już nie pąku“. Śmieją się oboje radośnie, jak dzieci.
Wizja zmienia się.
„Temnyj hrad, dąb; Andrzej konający, jego wzrok błędny... i ostatni, rozpaczy okrzyk:
...Hańdzu! Hańdziu!...
Wizje płyną gwałtownie.
...Noc, bory ciemne, zasnute srzeżogą śnieżnej mgły, wóz zasypany jedliną, dokoła pochodnie, śpiew litanji, skrzyp kół i miarowy stuk kopyt czwórki szpaków. Andzia za wozem wpatrzona w martwą postać Jędrka.
Wizje płyną.
Orszak żałobny stanął przed dworem w Prokopyszczach, wnoszą Jędrka do środka domu...
Wzdrygnęła się.
...Jakiż huk przeciągły, morze ryczy, burza... cypel skalny, słychać kroki na ścieżce. Idzie Horski... Andzia drży, drży...
Nie! to pod Wenecją pociąg huczy, na wiadukcie, Horski stoi przy niej, patrzy swym władczym, magnetyzującym wzrokiem, dłonią naciska jej rękę i szepcze z nakazem.
— Załamał się ostatni most, panno Anno.
Oczy zaś jego mówią:
— Jesteś już w mej mocy. Zostaniesz.
Andzia ruchem nagłym oderwała dłonie od twarzy i śmiało spojrzała przed siebie. Ogień palił się jasno, było ciepło i miło.
Usłyszała szmer jakiś. Bystro spojrzała w tę stronę. Wizje znikły, tylko huk za oknem ten sam co na cyplu.
Oskar podchodził do niej. Zerwała się z kozetki.
— Gdzie ja jestem!?...
Stanął obok i ujął jej ręce.
— W Hurlestone-House, w naszej sypialni. Anni co tobie? Spałaś? To niemożliwe, bawiłem u mamy nie całe trzy kwadranse.
— Tylko?...
Zdawało jej się, że w wizjach swych przeżyła nieskończone godziny.
— Co tobie dzieciaku?... Takaś urocza z tym półsnem w oczętach. Siądźmy tu razem na kozetce. Tak, przytul się do mnie. Dość wstydu, jesteśmy w naszej alkowie, zaświecisz mi tu jak gwiazda jasna. Daj mi pić rozkosz, bo pragnę... i ty pragniesz.
Delikatnie, wytwornym giestem uniósł jej głowę ze swej piersi. Wpatrzył się w jej oczy. Andzia drżała, opływał ją dreszcz namiętny, źrenice Oskara owładnęły ją swą mocą i brały, brały nieprzepartą siłą rozkazu. Tchnęły w nią otuchę, spokój, słodkie uczucie bezwładu.
Wizje runęły, odpadły od niej marzenia przeszłości, wszystko uciekło w popłochu, zostały tylko nad nią władne oczy Oskara i wola w nich zawarta.
On w wyrazie jej oczów wyczytał, że ma ją całą dla siebie. Uśmiechnął się. Zaszemrały nad nią jego słowa.
— Burza na morzu, wicher, ale nam tu ciepło i dobrze; moja Anni pełna słodyczy, pełna uroku, moja Anni promieniuje... Będę pieścił, pieścił, całował, zapieszczę chyba mego cudnego dzieciaka. Co?... zacałuję tę kroplę ustek jak krwawe winne grono. Patrz na mnie, upajam się tobą, pragnę się upoić aż do zapamiętania. Noc burzy i szału... Morze ryczy a we mnie każdy nerw drży... Każda żyła. Nie pamiętam, kiedym tak pragnął...
Andzi pod mocą jego źrenic wolno opadały długie rzęsy. Ostatecznie brał ją pod swoją władzę, przelewał w nią niepokojący dygot zmysłowej rozkoszy.
Horski powściągliwie, lecz drżącą ręką rozplatał jej ciemne, długie warkocze.






XX.
„Szympans“ w Monte-Carlo.

Samochód zakurzony zatrzymał się przed willą Nordiców. Lora wyskoczyła zręcznie i ściskając dłonie mężczyzn, którzy jechali dalej, rzuciła krótko:
— O ósmej będę w Kasynie.
Wbiegła do przedsionka. Lokaj rozbierając ją, oddał jej bilet wizytowy.
Nordicowa spojrzała na kartę.
„Teodor Kościesza“.
Zdziwienie odmalowało się na jej twarzy.
— Kiedy był ten pan?
— Przyszedł przed kilku minutami i czeka w salonie.
Lora zastanowiła się chwilę.
...Okna salonowe wychodzą na morze, czyli, że Kościesza nie mógł mnie widzieć podjeżdżającą. To dobrze.
— Zameldować mnie dopiero wtedy, gdy każę, — rzekła do lokaja.
Poszła do siebie i jęła się ubierać z nadzwyczajną starannością, w kostjum spacerowy, bardzo elegancki. Na ślicznie uczesanej głowie upięła wykwintny kapelusz, niesłychanie podnoszący jej urodę. Zarzucała na ramiona płaszcz strojny, jedwabny i stanęła przed lustrem. Uśmiech złośliwy błysnął na jej ustach...
— Poczekaj, stary szympansie!...
Zeszła do przedsionka i z hałasem, szumnie, wstępowała na schody wiodące do salonu.
Służący zameldował krótko:
— Madame.
Lora z biletem w ręku weszła do sali. Kościesza stał naprzeciw niej ciężki, pochylony naprzód, jakby złom skalny z gruba toporem ociosany. Zdumiał ujrzawszy Lorę, piękność jej uderzyła go. Ona chwyciła go za ręce.
— Witam pana. Pan czekał?... Wróciłam właśnie ze spaceru. Cóż za miła niespodzianka; pan w Monte Carlo! Jakże się cieszę, że pan mnie odwiedził. Ale już pana nie puszczę. Musi pan u mnie zamieszkać, mąż mój jest chwilowo nieobecny. Niechże pan siada, proszę, tu będzie najwygodniej. Nie widzieliśmy się tyle czasu! Gdy przyjeżdżałam na pogrzeb mamy, bawił pan w Toporzyskach. Zaraz, ile to już lat.
Potok jej słów ogłuszył Kościeszę, usiadł biernie, gdzie mu wskazała i patrzał na Lorę z podziwem. Ona tymczasem liczyła na palcach, uśmiechając się.
— Rok od śmierci mamy, a przedtem prawie trzy lata, więc cztery lata mija od chwili, gdym... opuściła Wołyń. I cóż zmieniłam się? — spytała zalotnie, patrząc w oczy Kościeszy.
— Bardzo, prawie bym pani nie poznał, wyrosła pani i wypiękniała niezmiernie.
— Doprawdy?... Miło mi słyszeć to od pana.
— Czy Andzia i Ewelina mieszkają stale u pani?... Chciałbym się z Andzią zobaczyć. Doszły mnie wieści... właściwie mówiono mi, że Andzia pisała do parafji naszej, a z parafji Toporzysk żądała jakichś papierów... metryki... czy coś w tym rodzaju. Wieści mętne, ale bądź co bądź dziwne... przyjechałem zatem...
— Trochę za późno. Gdyby tak przedwczoraj i rano trafiłby pan na ślub Andzi.
Kościesza zbladł straszliwie, zerwał się z siedzenia z okropną twarzą. Oczy wilcze w wyrazie błysnęły groźnie.
— Co... na ślub?... Co pani powiedziała?... na ślub Andzi?... — ryknął jak zduszony tur.
— Tak, na ślub Andzi z Horskim.
— Kiedy to się stało?... Czy to sen?... czy jestem, nieprzytomny?...
— Ależ, drogi panie, ani jedno ani drugie, wszak to prawda. Ślub odbył się w czwartek, dziś jest sobota, o godzinie dziesiątej rano, w tutejszym kościółku Sainte-Dévote. Niechże się pan opamięta... Panie Teodorze, co panu?...
— I... i... i pani tam była?...
— Naturalnie! Bezpośrednio po ślubie wprost z kościoła, Horski zabrał żonę do Anglji, gdzie mieszka jego matka. Stamtąd pojadą zapewne na Wołyń. Ogłoszenia o ślubie są rozesłane.
Kościesza tarł dłonią czoło, zmieniony był okropnie, dygotał na całem ciele. Lora wzięła go za rękę. Dłoń jego drżała chorobliwie.
— Proszę, niech pan siada po co tak dramatycznie brać małżeństwo Andzi? przecie pan się chyba nie spodziewał i, nie chciałby tego zapewne, żeby Andzia nie wyszła za mąż? — Czyż miała całe życie płakać za Olelkowiczem? No, a Jasia wszakże ona nie kochała, wiązała ją przysięga dana mamie, nawiasem mówiąc niedorzeczna, lecz skoro Jaś sam się usunął, Horski skorzystał z sytuacji. Zresztą, zdaje mi się, że oni jeszcze za życia Jana byli ze sobą po słowie, tylko Andzia nie wiedziała jak wybrnąć ze swych niefortunnych zaręczyn.
— Jestem zdruzgotany, przybity... tą wiadomością i... że... ona tak mnie pominęła.
— A nie!... zawiadomienie o ślubie wysłane i do pana.
— Czy pani tego nie rozumie, że to zamało? — wybuchnął Kościesza. — Jestem jej ojczymem, wychowywałem ją od dziecka...
— Hm! — mruknęła Lora.
— A ona, a ona, Hańdzia, którą kochałem... jak... jak córkę rodzoną... która była dla mnie wszystkiem.
— Hm!...
— Postąpiła ze mną jak z obcym, zlekceważyła mnie, pominęła, nie zapytała o radę, jako ojczyma, opiekuna, jako doświadczonego człowieka...
— Hm!... Czasem i młodzi miewają doświadczenie.
Kościesza zauważył wreszcie ironiczny ton Lory. Spostrzegł jej uśmiech zagadkowy i zmieszał się. Ale gniew go dławił.
— Ktoś ją do tego namówił? Zapewne Ewelina lub... pani?...
— Ja dowiedziałam się o tem zaledwo na tydzień przed ślubem, Ewelina była bierną w tej sprawie. Andzia decydowała sama, bez wpływów postronnych...
— Gdzie ona jest teraz? — krzyknął Kościesza, czerwony jak ogień.
— Andzia? powtarzam, z mężem w Anglji.
— O Ewelinę pytam!
— Ach Lińcia?... Kiedy pan wyjechał z domu?...
— Wyjechałem z Warszawy ekspresem w czwartek przed północą. Dziś o pierwszej w południe byłem już tu.
— No, a Ewelina wyjechała stąd kurjerem w piątek, wczoraj rano. Czyli, że minęliście się państwo gdzieś pomiędzy Wenecją i Medjolanem.
Kościesza zacisnął pięści.
— To ona, ona wszystkiemu winna!
Lora zaśmiała się.
— Lińcia i winna? Wie pan, że to zabawne. Winić pan może jedynie Horskiego, że potrafił zjednać sobie Ankę po tem wszystkiem, co ona przeżyła i że ją wyratował z apatji, w której trwała. To raczej zasługa, nie wina.
— Kto jest ten... ten?...
— Horski? To wielki pan, światowiec, jedyny syn Polaka i Angielki, przystojny gentleman i bywalec na jasnym brzegu. Niech mi pan wierzy, że on może się podobać. Zupełnie w odrębnym stylu niż Olelkowicz, ale również klasyczny. Andzia ma wogóle dobry gust, nie dziwiłam jej się wcale, że Jan był dla niej obojętny.
— Jak on śmiał bez mego pozwolenia, bez zapytania... jak śmiał!
— O panie łaskawy, za wielkie wymaganie od Horskiego, zresztą to raczej od Andzi zależało, ona jest pełnoletnią, przytem po wypadkach z przed kilku laty... Pan rozumie?...
Kościesza zsiniał.
— Ale mówmy o czem innem. Po co poruszać przykre wspomnienia. Ślub Andzi mógł pana... wzruszyć, jednak to chyba nie tragedja? Stało się. Więc pan dziś zaledwo przyjechał do Monte i jakież zrobiło na panu wrażenie?
Kościesza wstał.
— Żegnam panią — rzekł podając jej rękę porywczo.
— Co? pan odchodzi? Ale cóż znowu! nigdy na to nie pozwolę! Zostanie pan u mnie, wypocznie, uspokoi się. Tak, drogi panie, iść nie wolno, wszak prosi pana o to dawna Lorcia, chociaż łobuz, ale dobra dziewczyna. Proszę, proszę usiąść. O tak, tak, złoty panie Teodorze. Zaraz nam tu dadzą podwieczorek. Porozmawiamy sobie o dawnych czasach... Nie chce pan?... no to nie. Proszę Andzi nie wspominać, to już niema o czem mówić. Chce pan, pokażę panu Monte-Carlo i cały ten nasz cudny brzeg słoneczny...
Nordicowa świegotała bez przerwy, wdzięczyła się do Kościeszy, otaczała go serdecznością, zawsze jednak z odcieniem wyraźnej kokieterji, która nie uszła jego uwagi. Pomimo ciężkiego strapienia pochlebiało mu to wielce, piękność i zalotność Lory wywierała na nim silny wpływ. Wściekłość na Andzię i rozdrażnienie przeistaczało się w podnietę nerwów. Kościesza rozchmurzył się nieco, z podełba jeszcze patrzał na Lorę, lecz wzrok gorzał mu coraz więcej...
— Kokietuje mnie, wyraźnie mnie kokietuje... Czyżby?... — myślał.
Lora zaś z umiejętnością wytwornej w tym kierunku mistrzyni drażniła Kościeszę, przybierana coraz ponętniejsze pozy i miny, dobierając odpowiednie tematy do rozmowy.
Po podwieczorku zaproponowała spacer samochodem. Kościesza wzdragał się, ale zwyciężyła. Pojechali brzegiem morza aż do Antibes. Ruch, gwar wielkoświatowy, luks i bogactwo, widne tu na każdym kroku, działało na Kościeszę drażniąco. Obecność strojnej i tak pięknej kobiety, jej wdzięk do niego skierowany dodawał reszty. Kościesza przeżywał jakby złoty sen, gniew, oburzenie na Andzię zbladło na razie; Lora brała go swą zmysłową zalotnością, nęciła, burzyła mu krew.
Połechtała ambicję męską Kościeszy, zrozumiał, że go kokietuje i sprawiło mu to przyjemność wyjątkową. Rozpromienił się, podkręcił nieznacznie wąsy i ułożył brodę, dowcipkował, komplementował Lorę spoglądając na nią ogniście.
Nordicowa bawiła się znakomicie.
— Rozruszałam dzika, stary szympans w zalotach — myślała, dławiąc się od śmiechu.
Po powrocie Lora wystąpiła z projektem zjedzenia kolacji w hotelu Paryskim, oświadczyła jednak, że najpierw musi się przebrać. Kościesza postanowił zrobić to samo.
Gdy zeszli się znowu, pan Teodor na widok Lory osłupiał. Piękna i bogata tualeta mocno wycięta, brylantowe łzy na szyi, wielkie butony w uszach, kometa w bujnych, rudych włosach zdobiły Lorę niesłychanie. Kościesza stał oczarowany tą pięknością zmysłową, szła mu do głowy wartkim prądem krwi. Nordicowa zacinała wargi, patrząc na zdumienie i metamorfozę Kościeszy. Ubrany z prowincjonalną elegancją, wystrzyżony, z bródką w szpic i wąsami ostro w górę skręconemi, pachnący fiksatuarem i jakąś mocną wodą, z kwiatem w klapie, wyglądał komicznie. Lora kazała mu przykryć płaszczem swe nagie ramiona, gdy zaś on znalazł się za jej plecami, z kosztownem okryciem, piękna kurtyzana odchyliła w tył głowę w masie rudych splotów i rzuciła mu powłóczyste z pod złotych rzęs, dwuznaczne spojrzenie.
Kościesza zadrżał jak oparzony, zęby mu zaczęły latać z wrażenia.
W restauracji Nordicowa poleciła podać krótką, lecz pikantną kolację i szampan mrożony. Uśmiechała się do niego ustami mokremi od wina a gorącemi barwą jak krew. Pokazywała mu w uśmiechu białe zęby i dziąsła jędrne, różowe, oczyma wierciła w źrenicach Kościeszy jak zatrutemi sztyletami.
Po dwóch butelkach szampana zamrożonego w igły, Kościesza uczuł się zupełnie odrodzony, wstąpiła weń energja i młodość, rumieńce biły na twarz, ogarniał go szał życia i używania. Łakomie patrzał na Lorę i chłonął duszny zapach jej perfum. Rozkoszą tchnęła ta kobieta a Kościesza już wierzył, że rozkosz ta i te czary są obecnie dla niego i, że powinien korzystać.
„Stary szympans“ rozrzewnił się zupełnie.
Lora była dla niego najpiękniejszą kobietą na świecie. Monte-Carlo szczytem cudów. Andzia, Horski, ich ślub, wyjazd, wszystko przestało chwilowo istnieć dla Kościeszy, prócz pragnień namiętnych względem Lory.
Ona widziała i czuła wszystko, grała na nim jak na łatwym instrumencie, który już wpadł w jej ton. Bawiła się nim dowoli, parskając śmiechem z jego wyglądu, on myślał, że z dowcipów.
Gdy zauważyła, że dosyć szampana, zwróciła się do Kościeszy z kocią miną, jakby trochę poddańczą, jakby zdając się na jego łaskę i niełaskę.
— Co pan woli teraz, czy Kasyno i partję ruletki, czy też spędzenie reszty wieczoru u mnie... we dwójkę.
Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, mrużąc oczy i wyciągając szyję ponętnie.
Kościesza poczuł mrówki na grzbiecie, przeczucie rozkoszne buchnęło mu do głowy. Zapłonął, jak młodzieniec, i od rzekł z pasją.
— A nie! nie Kasyno! marzę o przemiłem sam na sam z piękną... Lorcią i... jeśli ona zechce.
— Ależ owszem, to się zgadza z mojemi zamiarami na dzisiaj. Jedźmy do mnie, tak najlepiej.
Kościesza był olśniony.
W automobilu łasił się do Lory, całował ją po rękach i bełkotał czułości. Ona nie broniła.
W willi Nordicowa znikła na chwilę. Wróciła w nowem przebraniu; miała na sobie negliż koronkowy, jak pajęczyna, opadający lekko, niby grecka szata, z jej obnażonych ramion. Włosy puszczone wolne ujęte były w złotą obręcz, na nogach sandałki purpurowe, wysoko sznurowane. Na małej tacce niosła wonne cygara, kawę parującą i likiery. Nalała filiżanki czarnym wrzątkiem i spytała wdzięcznie towarzysza jakiego chce likieru.
— Wszyst... wszystko jedno — odrzekł drżącemi wargami.
Kościesza tracił głowę. Palił cygaro o jakiem nie miał wyobrażenia i siedział na taborecie obok Lory, ponętnie ułożonej na szezlongu. Ona wabiła go bez przerwy, sama już podniecona szampanem i swoją grą. Prowadzili rozmowę lekką, dwuznaczną i bardzo swobodną. Kościesza coraz był natarczywszym, całował gęsto i coraz wyżej ręce Lory, sięgał twarzą, spoconą i bladą do jej ramion toczonych. Oddech jego prędki, przepojony winem oblewał ją wstrętem. Ale jeszcze zwlekała.
Nareszcie, gdy Kościesza musnął ustami osadę jej szyi zerwała się z szezlonga.
— Pokażę panu moje mieszkanie... i... sypialnię. Chce pan? Chodźmy.
Pobiegła naprzód, Kościesza półprzytomny, jak pijany, powlókł się za nią.
Pokazywała mu salony, ale on widział tylko jej ramiona i jej nogi różowe, wysuwające się z fal pajęczych negliżu.
Przepych sypialni zdumiał go i rozjątrzył silniej jego zmysły. Podsuwał się do Lory, ze żbiczym wyzutym wzrokiem; usta sine mamrotały jakieś słowa lubieżne, ręce otwierały się do uścisku.
— Piękna... przepiękna... Lorda... cudna jesteś... rozkoszna ty... filutko...
Podłaził do niej skradającym się krokiem... żebrał... dławił się namiętnością.
Wtem Lora, która miała już tego dosyć, spojrzała na zegar z nimfą w objęciach fauna, stojący na konsoli.
— Ach już czas, muszę pana pożegnać. Dobranoc panu.
— Jakto?... Wszakże mieliśmy razem spędzić wieczór?... wybełkotał z głupowatym uśmiechem.
— Wieczór skończony, już jest dwunasta godzina.
— Czyż to późno?... czyż tylko tyle?... moja piękna... moja rozkoszna...
Objął Lorę chciwemi ramionami i zdusił w nich, usta jego półotwarte mlaskały zmysłowo tuż przy jej twarzy. Ciągnął ją ku sobie, oczy świeciły mu strasznie. Rzęził lubieżnie.
— Przecież ty... dziś dla mnie... dla mnie.... Lorcia... pocośmy tu przyszli?... ja rozumiem... ty figlarzu... ty....
Lora parsknęła śmiechem, odpychając go tak silnie, że aż się zatoczył.
— A to mi się udało! Hahaha! Cóż stary bałwanie myślałeś, że ja chcę ciebie skaptować, że pragnę z tobą romansu?... Idjota, osioł! Myślałeś, że ja się dla ciebie ubrałam w ten negliż, żeś podziałał na mnie, żeś mi nerwy poruszył? Nie kotku ubierałam się nie dla ciebie, tylko najpierw do restauracji, gdzie mnie wszyscy znają, a teraz dla kogoś, na którego oczekuję i który lada chwila nadejdzie. Rozumiesz pocośmy tu przyszli?... At o cymbał! Nie dla ciebie, nie, stary szympansie! Wstrętny jesteś dla mnie, ohydny i plugawy. A to głupiec, a to bałwan dopiero. Ha, ha, ha!
Kościesza osłupiał, stał bez ruchu i patrzał na śmiejącą się Lorę, nie wiedząc co z sobą począć. Ona zaś przeszła w ton ironiczny. Szydziła z niego.
— Widzisz pan jaką ja mam moc i co potrafię robić z wami nawet dla żartu, dla pustej zabawy? A co stary lubieżniku! ostrzegałeś Andzię, że mieszka u kokoty, nasyłałeś tu swoich szpiegów, moralisto bezwstydny, Jasia zabiłeś swemi odkryciami, bo ci zawadzał, bo chciałeś go usunąć tak, jak zgładziłeś Olelkowicza, żeby Annę zdobyć dla siebie, ją i jej majątki, czuły ojczymie, tkliwy opiekunie. Myślisz, że nie wiem o wszystkiem? I na Horskiego obmyślałbyś sposoby godne ciebie, gdyby zawiadomili cię wcześniej o swych zamiarach. Ale nic z tego miły ojczyku, wymknęła ci się Andzia i jej majątki; z Horskim musisz się liczyć a Chwed’ka już niema. Hahaha!
Kościesza stał jak martwy, przygwożdżony jej słowami.
— Widzisz, wiem wszystko. Wiem stokroć więcej, bo nawet to jakeś się obchodził z Izą Tarłową, wiem od mamy. A mojej mamie mało dokuczyłeś. Toś na mnie urągał, a teraz zachciało ci się moich pieszczot?... Co?... piękna jestem, powabna, aż ci oczy błyszczały patrząc na mnie, mlaskałeś językiem jak wilk nad tłustą owcą, porwała cię ta kokota, stary niedźwiedziu, nawet o Andzi zapomniałeś tak cię rozpaliłam. Chciałeś mnie pieścić w swych barach potwornych?... O łotrze jeden, o kanaljo, przekonałeś się ty jaką moc posiadam. Mam do pana obrzydzenie. Precz stąd zabójco Olelkowicza i Jasia, morderco własnej żony. Precz!
Wskazała mu drzwi giestem rozkazującym.
Kościesza trupio blady, zmiażdżony, pożerany wstydem i przerażeniem pod wpływem jej słów walczył z sobą, łamał się bezradnie z oczyma wbitemi w ziemię.
— Precz! powtórzyła Lora.
Kościesza wytoczył się z pokoju, jak ciężka bryła.
Lora rozkazała lokajowi wyprowadzić go z willi. Sama upadła na szezlong zanosząc się ze śmiechu.






XXI.
Pierwszy rok.

Słucz szumiała. Toczyły się w dal fale jej sino-srebrne, z hukiem zaborczym niosły tęgie bałwany, pianą pokryte. Grobla kamienna i most zwieszony nad szluzą drżał od naporu wody spiętrzonej, która pędząc wałem wpadała w śluzę, spieniona na pianę białą skotłowana, rozpylona w puch, groźna. Z pod mostu wypływała już taflą gładką, jak szyba, tylko wartką niesłychanie. Świętojańskie wody podniosły poziom rzeki, zmąciły ją do dna, że rozpętana była i dumna ze swej siły przemożnej, a hulaszcza, a bujna, pląsająca w tańcu swym szalonym.
Za rzeką krajobraz był szeroki, rozpostarty malowniczo, falisty, zamykał go bór czarny wstęgą łukowatą. Nad Słuczą leżały wielkie łachy piasku żółtego i rysowały się potężne złomy skał. Kamienie wielkości domów, piramidalne i płaskie obrastał u szczytu mech siwy i rdzawe plamy starości. Skał tych było mnóstwo, stały obok siebie, spiętrzone jedne na drugie w dziwacznych załomach i nadzwyczaj fantastycznym układzie. Góra dworska spływała dość stromo ku rzece, ponad którą biegła droga. Cały stok góry pokrywały drzewa olbrzymie przepych roślin, krzewów kwitnących.
Na szczycie, wśród kęp białokorych brzóz, których liście młode migotały w słońcu szmaragdową emalją, stała smukła postać kobieca. Zdawała się spoglądać uparcie na drogę z drugiej strony rzeki i na groblę.
Chłopi z tartaku i młyna obserwowali ją, czyniąc sobie różne uwagi miejscową gwarą.
— Welmożna pani nasza, baczyte ludy?... Takaja mołodeńka, harna i muż pokinuł. Hospody pomyłuj!
— Ale każut szczo pryjde.
— Kto jeho znaje! takij wełykij pan.
Po pewnym czasie, z poza tartaku, wypadł kozak dworski na koniu. Jechał ostrego kłusa, roztrącając ludzi.
Postać kobieca zbiegła z góry aż na drogę. W ruchu jej znać było gorączkową niecierpliwość.
Kozaczek osadził konia na miejscu, tuż przed nią i podał jej na czapce pisma i telegram.
Wzięła kopertę, odczuwając przyspieszone bicie serca, odeszła prędko i schowana w gąszczu parkowym rozwinęła papier z westchnieniem pełnem nadziei.
— Może przyjeżdża... niechby już przyjechał.
Wpiła oczy w depeszę.
— Z Monte-Carlo.... — wykrzyknęła głucho.
Usta jej pobladły.
Bała się czytać tekstu?... więc jednak ten list? Rzuciła okiem na słowa pisane po francusku:
„Wyszlij natychmiast dziesięć tysięcy rubli, po otrzymaniu powracam. Oskar“.
Papier zgniotła w dłoni kurczowo i oparła się ciężko o pień drzewa. Bezradnie, ze skargą w oczach spojrzała w górę, gdzie wśród sieci zielonych liści przebijały obłoki błękitem nalane. Z ust drżących wybiegł szept.
— Znowu to samo... znowu przegrał... Po co tam jeździł... po co?... Czyżby ten list dziwny mówił prawdę?... Czyżby Lora?...
Ogarnęło ją przykre uczucie własnej winy. Dlaczego razem z nim nie jechała. Może potrafiłaby wpłynąć na niego, żeby nie grał?... Czyniła sobie gorzkie wyrzuty, ale jednocześnie na dnie duszy bolała ją prawda, której sama przed sobą wyznać nie śmiała, że jej wpływ nic nie znaczył.
...Pomimo to tylko moja w tem wina — powtarzała sobie uparcie. To człowiek światowy, on dąży do kultury, lubi gwar, wesoły bulgot życia, wieś go nudzi, zwłaszcza taki zapadły kąt wołyński.
Pierwszy rok po ślubie zeszedł im dobrze i prędko. Po kilkotygodniowej bytności w Anglji, po zwiedzeniu Londynu wyruszyli w drogę powrotną, zatrzymali się jeszcze w Paryżu, w Berlinie, kilka dni przebyli w Warszawie i dopiero w lipcu, razem z panną Eweliną, przybyli do Toporzysk.
Po załatwieniu wszelkich formalności prawnych, przy których nastąpiło spotkanie z Kościeszą, wielce charakterystyczne, Anna, jako prawna właścicielka, objęła majątki po ojcu. Mężowi zaś udzieliła zupełnej plenipotencji.
Kościeszą po paru spotkaniach z Horskimi zrozumiał, że jest zupełnie odsunięty, że wszelkie intrygi, które już miał w swych planach, upadają wobec chłodnej, sztywnej straszliwie dystynkcji Oskara, pewności siebie oraz wyraźnego szyderstwa tego światowca. Pan Teodor spostrzegł wpływ Horskiego na Andzię, bezgraniczny i, zazdrość ugryzła go w serce gwałtownie. Zdusił by tego zimnego pana własnemi rękoma, zdławiłby go z rozkoszą, ale czuł, że Horski zwalczyłby go zawsze. Jego szyderczych, siwych oczów Kościesza nie mógł znieść, wolał się z tym Anglikiem nie spotykać, choć go nurtowała zawziętość i okrutny gniew.
Pierwszym czynem Andzi w Toporzyskach było pozbycie się Wereżby, w którym odrazu poznała jegomościa, śledzącego ją w Monte-Carlo. Na jego miejsce sprowadziła z powrotem Hadziewicza. Lato i jesień przebyli na wsi, przejeżdżając z Toporzysk do Drakowa i Wilczar.
Andzia pragnęła bardzo, aby Oskar zaklimatyzował się na Wołyniu, aby poczuł się tu obywatelem, Polakiem. Lecz rychło spostrzegła, że go nudzi wieś, że drażnią go miejscowe stosunki.
Konno zwiedzał z żoną folwarki i lasy, dziwiąc się, że są tak wyraźnie jakby z intencją przetrzebione. Patrzał na to tak krytycznie, że Andzi ściskało się serce z obawy i smutnych przeczuć na przyszłość. Najdłużej zainteresowały go fabryki, młyn parowy, gorzelnią, tartaki, natomiast gospodarstwo nudziło go zupełnie i nie wtrącał się doń wcale. Gdy Andzia otrzymała pozwolenie władz na budowę ochrony dla dzieci i szpitalika, Oskar nie podzielał jej radości, przeciwnie skrzywił się z niesmakiem.
— Miła perspektywa! Staniesz się teraz pedagogiem w spódnicy i zdaleka będzie od ciebie zalatywało jodoformem. Pfuj! to okropne!
— Będzie lekarz szpitalny. Ewelina zaś chce być felczerką, czasem ją wyręczę, to chyba nie wiele?... — odpowiedziała wówczas Andzia.
— Wyperswaduj sobie Anni wszelkie zajęcia w szpitalu, na to stanowczo nie pozwalam. Chcę mieć żonę dla siebie, nie zaś do pielęgnowania chorób chamskich. Wykluczone zupełnie.
— Ach Oskarze. Zobaczysz, jak się będą chłopi garnęli do naszego szpitalika; miasto daleko, pomocy niema żadnej.
— Wszystko to pięknie, abyś ty się do tego nie wtrącała. Zastrzegam sobie również, aby Ewelina nie przynosiła z sobą do domu zapachów szpitalnych, nie zniósłbym tego w żadnym razie.
Oskar patrzał niechętnie na roboty około budowy filantropijnych instytucji, nie lubił rozmów o tem, drażniły go narady Andzi z Eweliną i Hadziewiczem. Dał im to kilkakrotnie do zrozumienia, gdy zaś Andzia chciała go zjednać do swej sprawy, odrzekł sucho:
— Moja droga, robisz co ci się podoba, ja nie zabraniam, ale się nie zachwycam, pozwól mi na to przynajmniej... nie zanudzajcie mnie waszą filantropią.
Anna, ze smutkiem zrozumiała wówczas, że Oskara nie przekona sama jednakże jeszcze gorliwiej zajęła się wprowadzeniem w czyn swych ideałów.
Gdy Horski wyraził chęć składania wizyt w sąsiedztwie, młoda kobieta, jakkolwiek niezbyt chętnie, ustąpiła odrazu, aby mu się nie sprzeciwiać, aby i on miał jakąś rozrywkę dla siebie. Byli w kilku domach bliższych i dalszych, wszędzie witani nadzwyczaj gorliwie. Na Annę spoglądano ciekawie; znaną tu była ogólnie jej smutna historja, przytem interesowała urodą. Oskar imponował swą dystynkcją i wielkiem wyrobieniem towarzyskiem. Szczególniej podobał się paniom, na które jego oczy hypnotyzujące a ironiczne oraz pewna niedbałość manier w dobrym stylu i chłód angielskiego rasowca podziałały silnie.
Rewizyty posypały się gęsto, nastąpiły proszone obiady, wieczory, przyjęcia. Horscy byli rozrywani.
Oskar bawił się wybornie, jednocześnie krytykował sąsiadów niemiłosiernie, wyszydzał ich żartobliwie, upatrywał różne śmiesznostki.
— Więc nie bywajmy tam, skoro tacy śmieszni — wybuchnęła raz Andzia.
— Ma petite, to właśnie ciekawe, po to się żyje, żeby się bawić, nie zaś ciągle odprawiać rekolekcje. Zabawniejsze są te prowincjonalne stosunki, niż twój szpital i zgraja chłopskich dzieciaków w ochronie.
Zwątpienie wkradło się do duszy Anny. Niegdyś ojczym, teraz mąż nie podziela jej ideałów. Czy Oskar nie zjednoczy się z nią duchowo?
Zimę Horscy spędzili w Warszawie, żyjąc bardzo szeroko, bo tak chciał Oskar. Podczas karnawału Andzia pierwszy raz w życiu bywała na balach publicznych. Horski szczycił się jej pięknością i powodzeniem jakie ją otaczało, wymagał, aby się stroiła, krzywił się na tańsze i skromniejsze toalety, kupował jej klejnoty, pomimo protestu Andzi, która nie lubiła i bała się takich wydatków. Sam sypał pieniędzmi bez miary, grał w klubie i wciąż tęsknił za wielkim światem, jak nazywał zagranicę.
Dom Horskich zasłynął w Warszawie w ciągu jednego karnawału. W gościnnych ich salonach zbierało się mnóstwo osób ze sfer ziemiańskich, arystokratycznych i z miejskiej plutokracji, którą Horski cenił za ich pieniądze. Andzię zmęczyła zima, potrafiła wytrwać w swej roli, lecz bez zamiłowania. Tęskniła za wsią, za życiem cichem, rodzinnem, do czego znowu Oskar nie spieszył się wcale.
W wielkim poście postanowił odwiedzić matkę w Hurlestone-House, namawiał żonę, by mu towarzyszyła, lecz ona miała dosyć tych wędrówek, postanowiła jechać do Toporzysk. Rozstali się z Oskarem na kilka tygodni, obiecywał powrócić na święta Wielkanocne. Ale minęło z górą trzy miesiące, Andzia daremnie oczekiwała przyjazdu męża. Wciąż tylko żądał pieniędzy, o powrocie nie wzmiankując.
Dopiero teraz...
Horska przebiegła myślą cały rok od czasu ślubu i smutnie westchnęła.
Miewała dobre i wesołe, nawet rozkoszne chwile, lecz to nie było to, o czem marzyła. Krzepiła się ciągle nadzieją, że i jej ideały będą z czasem uznane przez niego i, że szczęście ciche a harmonijne zapanuje wśród nich już na zawsze. Ufała Oskarowi i przywiązała się doń serdecznie. Dręczyła ją jednakże rozrzutność męża, nie mogła go od tego powstrzymać. Delikatność nie pozwalała jej na wyraźne wymówki, ponieważ wydawał dochody z jej majątków. Jednakże sumy płynące przez jego ręce niepokoiły ją.
Z depeszą w ręku i dziwnym niesmakiem i wstydem szła do domu. Wezwała do siebie Hadziewicza.
— Panie, potrzebuję zaraz sporo pieniędzy, ale jaknajprędzej.
— Ile potrzeba?
— Dziesięć tysięcy — wykrztusiła.
Hadziewicz spojrzał na telegram, leżący przed Anną na biurku i domyślił się wszystkiego.
— Ach, to mąż pani potrzebuje tych pieniędzy — rzekł z pewną goryczą — tylko nie wiem skąd weźmiemy? Odjeżdżając za granicę zabrał pan bardzo dużo, mamy wiosnę, krescencja zeszłoroczna już poszła, czynsze wybrane.
— A gorzelnia, młyny, tartaki?...
— Detyno, przez jesień, zimę i wiosnę wybrano z majątków do stu tysięcy rubli.
— Wiem, ale czyż to już wszystko.
— A wszak nie można wszystkiego wyczerpać.
— Dziesięć tysięcy rubli trzeba koniecznie wydobyć i to prędko. Niech się pan o to postara, mój drogi panie.
— Hm! Ot i kłopot. No niema rady. Weźmie się trochę z gorzelni, z młyna w Drakowie, a już najwięcej da tartak wilczarski, trzeba tam jechać.
— To długo potrwa. A poręby?...
— Sprzedane. Chyba jeszcze wyduszę co od dzierżawców.
— Nie, niech pan tego nie robi, broń Boże.
— Wierzę detyno, że to nie miłe, ale jak zabraknie?... Ej Bożesz ty mój święty, żeby nie gospodarka pana Kościeszy, perły by to były nie majątki. Taki las drakowski wyciąć, sumienia zabrakło. Co tam zostało?... świeczki. A byłyż tam dęby, a sosny, a buki, choć na wystawę, to i poszło! Woda poniosła do Gdańska. Oj zarobił pan Kościesza na bindugach, grube pieniążki spłynęły do kasy turzerogskiej.
— Niech już pan nie mówi.
— Co tu ukrywać, pani sama o tem wie dobrze. A obora toporzyska nie przetrzebiona? co piękniejsze sztuki to Wereżba do Turzeróg przeprowadził, wiadomo z czyjego rozkazu. Jaki pan taki kram. A merynosy z Drakowa gdzie poszły?... Co tu się działo, hej Boże! Jak przyjechałem powtórnie, tom i nie poznał Toporzysk i Brakowa. Teraz znowu...
Horska drgnęła, rzuciła na Hadziewicza wzrok niespokojny.
On zawahał się na krótko, ale powiedział śmiało.
— Za dużo idzie pieniędzy, pani złota. Co tu gadać. Z temi dziesięcioma tysiącami, co teraz, to już przeszło sto tysięcy przez niecały rok. Ładny grosz. Jakby tak Boże broń szło ciągle, to kiepsko, detyno ty nasza. A kapitałów niema. Co zostało z posagu nieboszczki pani Kościeszyny, to pan Kościesza wyskubał wszystko. Zostały piękne majątki, to trzeba ich szanować, żeby dla dzieci było.
Widząc smutną twarz Andzi Hadziewicz zmienił ton.
— Gorzka prawda, ale prawda. Bóg da to się może i zmieni. Na kiedy mam dostarczyć tych pieniędzy?...
— Za parę dni najwyżej. Niech pan zaraz z Wilczar wyszle: Monte-Carlo, Crédit Lyonnais. Tylko wie pan tak... żeby... pan rozumie?
— O Kościeszę pani chodzi. Już ja to zrobię. Wyszlę pieniądze z Równego. Niech on lepiej nie wie, ot by tryumfował!
Horska zostawszy samą zamyśliła się nad sposobami zatrzymania Oskara w Toporzyskach. Robiła własny rachunek sumienia, przyznawała się do mnóstwa win, czyniąc gorące obietnice poprawy i tworząc dobre projekta. Przyglądała się fotografji męża w wielkim formacie i szepnęła do jego eleganckiej postaci.
— Tak ci bezgranicznie wierzę, tak ufam. Czyż mnie zawiedziesz?
Oczy Oskara szydercze zdawały się mówić do Andzi:
„Przyjadę po pieniądze i odjadę znowu“.
Takie podszepty złośliwego chochlika wywoływały u niej pesymizm. Ironja zgrzytała, ogarniała ją niechęć. Nadlatywały ku niej myśli złe, uszczypliwe, że tylko jej majątek ma wartość dla Oskara, majątek i jej uroda. Atom goryczy wpełznął do serca Andzi i na tym pokładzie kiełkowała w niej zawziętość. Gdy Oskar powróci, ona nie okaże mu również swej tęsknoty, zapanuje nad sobą, by nie spostrzegł, że jednak tęskniła. Ale czy potrafi zmienić swą naturę łaknącą jakiejś opieki serdecznej, uczucia, a choćby tylko tej pewności, że jest dla męża niezbędną, wybraną duszą.
...Gdybyż tak było?...
Ironja zgrzytała.
...On kocha tylko twoje pieniądze i twoją piękność.






XXII.
Zabawy... flirty... refleksje.

Horska witała męża rozpromieniona. Zapomniała o obietnicach czynionych sobie, że nie okaże mu tęsknoty. Natura kobieca przeważyła nad dyplomacją. Andzia pragnęła przykuć do siebie męża raz na zawsze, oddawała mu całą swą duszę szczerą i gorącą tęsknotę za szczęściem. Oskar przy pierwszem powitaniu odczuł jej psychikę, lecz uznał to, jak zwykle, za romantyzm. Sam był podniecony tylko jej urodą, która czyniła na nim zawsze wielkie, zmysłowe wrażenie.
— Czy wiesz Anni, że brakowało mi cię wielokrotnie. To nadzwyczajne! Twój czar i te twoje rzęsy bajeczne wyprowadzające mnie z równowagi, działały nawet na mnie na odległość. To już... zakrawa na romantyzm.
— Ale w Kasynie, przy rulecie nie wspominałeś mnie z pewnością.
— Skąd ta złośliwość? Tam, gdzie jest złoto widzę tylko złoto, ono wyklucza wszelkie wizje romantyczne.
Przy pierwszym obiedzie Andzia spytała go o Hurlestone-House i o matkę.
— Mama, jak zawsze konferuje z duchami. Dante dostał już dymisję, coś tam skłamał nieopatrznie. Teraz jest w łaskach duch Cezara Konstantyna Wielkiego. Przepowiada mamie, że będziemy mieli syna, którego nazwiemy Jerzy. Słyszysz Anni? Mama z duchami urządza na nas spisek.
— Daj wam Boże mieć dzieciątko jaknajprędzej — zawołała obecna wówczas panna Ewelina — to jakiś dobry duch być musi skoro tak przepowiada.
Horski zaśmiał się.
— Brawo! przybyła nowa osoba do spisku, ja jednak radziłem mamie, żeby i Konstantyna oddaliła, bo to szarlatan złośliwy dybiący na naszą swobodę.
— Co też pan mówi!... wszak małżeństwo bezdzietne to dowód niebłogosławieństwa Bożego.
— Och, silny argument! Marceli, podaj mi jeszcze rostbifu, wyborny!... pomimo takiego argumentu pani zlynchowałbym tego Kocia za jego wróżby.
Przez twarz Andzi przewiał cień smutku, spuściła głowę, lecz nic nie odrzekła.
Gdy zostali tylko we dwoje, Horski spytał nagle głosem sztucznie rozwlekłym, wolno zapalając cygaro.
— Cóż Drohobycki?... Kiedy był ostatni raz?
— Drohobycki?... — zdziwiła się — był podczas świąt i kiedyś u Hadziewicza w jakiejś sprawie.
— Widziałaś go wówczas?...
— Widziałam.
— Hm! Te sprawy bywają podobno bardzo często. Wcale miły jest ten Drohobycki, nie boi się przestrzeni ani dróg barbarzyńskich i za często miewa tu sprawy... Hm!
— Do czego zmierzasz, Oskarze?...
Horski zamiast odpowiedzi, wyjął z portfelu złożony arkusik i podał go Andzi. Zdumiona rozwinęła i czytała paszkwil na siebie, oskarżający ją o zbyt bliskie stosunki z Drohobyckim, zawarte podczas nieobecności męża. Ktoś ostrzegał o tem Oskara w sposób naglący. Spojrzała na podpis: niezrozumiały gzygzak z dużym zakrętasem. Odłożyła list z gorzkim uśmiechem.
— Uwierzyłeś w tę potwarz?... Może to tylko powodem tego powrotu?...
— Anni nie rób mi sceny, skoro ja ci jej nie robię. Skrypt ten otrzymałem jeszcze przed świętami i... grałem sobie najspokojniej w Kasyno.
— To dowód żeś niezazdrosny.
— Nie, to raczej dowodzi, że nie uwierzyłem. Znam cię dobrze i nazbyt ci ufam.
Andzia powstała z twarzą rozjaśnioną, objąwszy go za szyję, przytuliła twarz do jego twarzy. Oskar odsunął krzesło i posadził ją sobie na kolanach.
— Deser bardzo wykwintny i nie pospolity. Co... — zaśmiał się, całując ją. Anni, co robisz dzieciaku mój cudny? Cóż znowu...
Andzia bowiem przywarła gorącemi wargami do jego dłoni.
— Dziękuję ci Oskarze za twe zaufanie. Wierz mi zawsze, tak ja tobie, ja cię nie zdradzę. Ktoś chce nas poróżnić, bo... bo i ja otrzymałam taki sam list o tobie.
— O mnie?... Cóż takiego?...
— Że nie powracasz do mnie tak długo z powodu jakiejś kobiety, autor paszkwilu dawał do zrozumienia, że... trzyma cię... Lora.
— Gdzie jest ten list?...
— Spaliłam, nie wierząc w taką potwarz, lecz gdy otrzymałam twój telegram z Monte, zgnębiona byłam bardzo.
— Ach, więc to już intryga celowa. Czy nie domyślasz się kompozytora tych utworów?...
— Nie mam pojęcia.
— Ja zaś jestem prawie pewny.
— Że kto?...
— Kościesza.
— Oskarze!
— Per Bacco! tylko on, jest to jeden z najniewinniejszych środków, któremi Kościesza operuje.
— Ależ to byłaby podłość!
— Do której Kościesza nie jest zdolnym?... Czy tak?...
Andzia nie znalazła odpowiedzi.
Horski zaśmiał się i podarł list na strzępy.
— Finita la comedia!
Andzia zaniepokoiła się.
— Jeśli to sprawka Kościeszy, to widać, że on już coś knuje przeciw nam, bądźmy ostrożni. On gotów na wszystko, on może zechce oderwać cię odemnie dla.... zemsty.
Oskar rzucił cygaro i przygarnął żonę do siebie.
— Niech ci takie błahostki nie zakłócają spokoju. Nikt mnie od ciebie nie oderwie, jesteś dla mnie uosobieniem piękna, wdzięku i rozkoszy.
Anna zarzuciła mu ręce na szyję z szeptem żałosnym.
— Oskari mój, pamiętaj, że ja tylko ciebie mam na świecie i pragnę być dla ciebie jedyną. Ty masz matkę, siostrę, rodzinę — ja nikogo prócz ciebie. Jeślibyś ty mnie... dla jakiejś kobiety...
— Bez tragedji, Anni, masz dla mnie tyle uroku i ponęt, że bądź spokojna. Zbyt gorącym ogniem rozpaliłaś do siebie moją krew, to wyklucza wszelkie apetyty do innych kobiet. Nigdy żadnej nie pożądałem tak... jak ciebie.
Pochylony nad nią zapamiętał się w upajających pocałunkach.
Ale pieszczoty męża nie uspokoiły Andzi. Przeciwnie, jego słowa, namiętność z jaką cisnął ją do siebie zbudziły w jej duszy znowu jakby echo odległe, niepokojące, które niosło ku niej właściwe określenie uczuć Oskara. Odczuwała w jego słowach jakiś brak i to coś, co mu na usta nie wpadło, co w słowach swych wykluczył, było właśnie dla niej najcenniejsze.
Echo zbliżało się, słyszała je coraz plastyczniej.
Oskar uczucia swe dla żony illustrował pieszczotami, Andzia zaś drżała, nie z fizycznej lecz z duchowej podniety, bo oto echo odległe nadleciało i zmieniło się w głos huczący w jej mózgu, aż do bólu.
— On mnie tylko... tylko pożąda.
Przeniknął ją żal i okrutne upokorzenie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W lipcu, przed imieninami Andzi, przyjechała do Toporzysk mistress Horska i Katy oraz paru przyjaciół Oskara, Anglików typowych. Anna zaprosiła Janusza Kościeszę, chcąc go wyrwać trochę z pod wpływów ojca. Przyjechał chętnie, jako młodzieniec ośmnastoletni, bardzo pewny siebie i pyszałkowaty. Fizycznie podobny do ojca, nie wyglądał nawet na przyrodniego brata Andzi. Horska starała się przywiązać go do siebie, otoczyła serdecznością, pomimo odrazy jaką w niej budził, przypominając tak niesłychanie Kościeszę.
Pragnęła mu nadać inny, lepszy kierunek i umysł płytki chłopca pogłębić trochę. Lecz nie miała nadziei w skuteczność swych zamiarów. Janusz był naturą grubą, złośliwą, pełen zarozumiałości, nie dopuszczał do siebie żadnych wpływów.
Horski i goście z Anglji imponowali Januszowi nadzwyczajnie. Naśladował ich ruchy, sposób mówienia.
Oskar bawił się nim jak małpeczką, żartując z żony, gdy ujmowała się za chłopcem.
— Ależ ten mały pawianek jest zachwycony, że mnie bawi, to mu pochlebia. Za głupi jest na to, aby się poznał na rzeczy.
— Tak, ale to wszakże mój brat... Oskarze.
— Och, tyś Tarłówna, on Kościesza. Gdyby był nawet bratem rodzonym, to jeszcze niczego nie dowodzi: każdy sam dla siebie wyrabia opinję i uznanie, lub wzbudza śmiech i pogardę.
Imieniny Anny Horskiej obchodzone były szumnie w Toporzyskach. Gdy ubierała się, Oskar podszedł do niej i zawiesił jej na szyi piękny medaljon brylantowy z perłą w środku. Dziękowała mężowi, zrzędząc delikatnie na zbytki, lecz on odpowiedział niedbale patrząc na nią okiem znawcy.
— Cóż to znaczy jakieś parę tysięcy rubli, skoro ten gracik stroi tak przepysznie twoją szyję, Anni. Stajesz się chyba coraz piękniejszą? Włóż dziś białą, koronkową suknię, chcę, abyś olśniewała.
— Ależ ta suknia jest za strojna w domu. Nikt z naszych gości nie będzie tak ubranym.
— Cóż cię to obchodzi? Któż się ma ubierać, jeśli nie ty, może Katy? Ha, ha!... Gdybyś była brzydką, nie proponowałbym tego, no przedewszystkiem nie byłabyś moją żoną. O ile kobieta piękna, wystrojona, jest jakby w swej własnej skórze, o tyle brzydka staje się karykaturą.
Andzia zarzuciła mu ręce na szyję. Rzekła pieściwie.
— A gdybym ja ci zbrzydła, co wtedy?... Ale mniejsza o to. Oskarze mój, daj mi słowo, że to już będzie ostatni zbytek; ten medaljon. Co, dobrze?... daj słowo.
— Ph! Dziwaczne żądanie. Ty Anni miewasz czasem pomysły...
— Zupełnie dzikie, już wiem. Ale pomimo to nie ustępuję i musisz mi dać słowo, że więcej zbytków robić nie będziesz.
— Więc ci daję słowo, nawet honoru, że ilekroć razy przyjdzie mi fantazja ustroić cię w coś pięknego, to choćby to było najcenniejsze... ustroję zawsze.
Andzia, nie chcąc mężowi psuć humoru, obróciła wszystko w żart.
Ewelina urządziła solenizantce największą przyjemność. Kilkanaścioro dzieci, już z nowej ochronki, poubieranych w stroje małorosyjskie, wystąpiło z życzeniami dla swej pani. Powinszowanie wypowiedziały wierszem ułożonym przez Hadziewicza, poczem cała gromadka zaśpiewała piosenkę Szewczenki. Andzia wzruszyła się do łez, zwłaszcza, gdy dzieci otoczyły ją wieńcem zbóż i kwiatów, wykrzykując ostatnie strofki powinszowania:

„Szczob ty nas, pani wsegda lubyła
Wsiakoho dobra uczyła.
My budem z toboju do starosti żyty
O szczastje dla tebe Boha prosyty“.

Horska oprowadzała gości po nowym budynku ochronki, wtajemniczając ich w programy swe i projekty. Obywatele okoliczni pochwalali gorliwie jej czyn.
Goście z zagranicy chłodniej, krytykując trochę i udzielając rad swych dla podniesienia instytucji. Oskar był najobojętniejszy.
Drohobycki nie wytrzymał, pochwycił chwilę odpowiednią i rzekł cichszym głosem, patrząc na Andzię uważnie.
— Wprowadza pani w czyn ideały Andrzeja, były to wspólne projekty państwa, o ile słyszałem.
— Tak, odrzekła Andzia. To zaledwo początek, chcielibyśmy tu zrobić dużo więcej... i da Bóg, że się starania nasze urzeczywistnią.
— Więc pan Horski ożywiony jest tym samym duchem?...
Drohobycki umilkł, choć rozumiał wszystko.
Janusz Kościesza zawołał do gości.
— Tu brakuje mego papy, zarazby chamskie bachory poprzepędzał na cztery wiatry, jak zrobił w Turzerogach, po wyjeździe Andzi zagranicę. W dodatku ochroniarka, wcale szykowna facetka nie chciała z papą romansować, taka harda! Papa się rozjadł i w parę godzin... Trach! ani ochronki, ani ochroniarki. U nas tak się robi.
Obecni ze zdumieniem spoglądali na chłopca, który z najbezczelniejszą miną opowiadał o ojcu któremuś z młodszych panów wstrętne anegdoty.
Wieczorem były tańce, bardzo huczne. Kolację podano na tarasie parkowym, wzniesionym na górze, opadającej ku rzece prawie prostopadle. U stóp góry, tuż po za drogą płynęła Słucz rozmigotana od księżyca i świateł z tarasu. Nad stołami zwieszały się festony zieleni i kwiecia.
Drohobycki siadł przy końcu stołu i obserwował towarzystwo biesiadujące.
Anazia słuchała biernie szerokiego opowiadania swego towarzysza, Anglika, o przemyśle angielskim i angielskiej przedsiębiorczości. Wzrok młodej kobiety błąkał się po falach rzeki. Myśl i dusza Andzi odleciały daleko od tej uczty wspaniałej i od zebranych tu ludzi.
Drohobycki usiłował odgadywać kierunek tej duchowej ucieczki, nie mógł się jednakże skupić, gdyż uwagę jego odwracały inne szczegóły.
Horski kokietował swą sąsiadkę, młodą przystojną mężateczkę, prawiąc jej komplementy niewybredne i ciesząc się ironicznemi oczyma z zażenowania prowincjonalnej piękności, biorącej wszystko na serjo. Twarz Horskiego przypominała szydzącego satyra, który igra z naiwnym kobieciątkiem. Mężateczka puszczała się na dowcipy coraz śmielsze. Była pewna, że odwagą swego języka czaruje takiego światowca jak Horski, że to jest właśnie wielkopański szyk i należy do dobrego tonu. Jej mąż siedzący obok Katy Horskiej, miał minę wielce poważną, słuchając wywodów Katy, o ruchu kobiecym w Anglji, o meetingach, o związku sufrażystek. Rozmawiano po francusku i obywatel pocił się, aby z wybornej paryskiej francuzczyzny wyłowić zdania zrozumiałe.
Drohobycki obserwował dalej. Zauważył, że Wołyniacy wogóle zachowywali się poprawnie ale dość hałaśliwie, Anglicy zaś bardzo spokojnie z typową powściągliwością albiońskiej rasy. Wśród Wołyniaków odczuwało się temperament, nieokiełznaną bujną naturę, wrażliwość, zapał, czasem dobroduszność i przesadzoną rubaszność. U Anglików zawsze jednakowy takt, wielka pewność siebie i zimna obojętność na wszystko co nie angielskie. Wołyniacy byli dla dam aż nazbyt ugrzecznieni. Anglicy chłodno uprzejmi, bez rozrzewnień. Wołyniacy bawili Anglików gościnnie, z całej duszy, wchodząc niejako w rolę gospodarzy całego Wołynia i chcąc, aby goście wywieźli z ich kraju miłe wrażenie. Inaczej Anglicy. Ci czuli się jakby panami świata, którzy raczyli odwiedzić skromną prowincję zagrzebaną w kącie, w lasach i stepach. Piękny, żyzny kraj, lecz niezdarnie wyzyskiwany, właściwie jeszcze dziewiczy, bo go ludzie tutejsi nie potrafią podnieść. Ci ludzie weseli jak dzieci rozbawione, niezrozumiale serdeczni i barbarzyńsko szczerzy. Trzeba im pobłażać, są jeszcze tacy pochopni do zachwytów, taka w nich świeżość, nie można ich brać na serjo ludziom wielkobrytańskiej kultury, ale można ich tolerować i imponować im.
Tak myśleli zagraniczni goście i tak też postępowali.
Drohobycki wściekał się, patrząc zaś na Oskara myślał:
...I ten taki sam, szydercza bestja, cynik! Jak to on patrzy na tę gęś cacaną, jak z niej drwi. A ta... już gotowa! można to czytać w jej oczach, gdyby się mąż zawieruszył a Horski dobrze oblegał, miałby ją jeszcze dziś... Psiakrew!... Czyżby odmówiła takiemu wielkoświatowemu lampartowi?...
Milczenie Drohobyckiego zauważył Hadziewicz, siedzący obok, spytał go więc o powód.
— Obserwuję towarzystwo i bawię się wybornie.
— Ale chyba nie wesoło, niema pan rozbawionego wyrazu twarzy.
— Uboczna i neutralna obserwacja nie zawsze daje zabawne wyniki.
— To prawda. Dziś towarzystwo jest wyjątkowo podniecone. Niezwykła uczta, muzyka, sztuczne ognie... a szampańskie także swoje robi, paniusiom naszym powyskakiwały na pysia rumieńce, jak raki.
— Yhm! ogromnie rozbawione.
— Niech no pan patrzy — na panią Dulewiczową, którą pan Horski emabluje, toż ona już prawie w raju.
— Chyba w takim, do którego ją djabeł ciągnie. Szatańskie pokusy zapaliły jej ognie na twarzy, już ją płomienie pożerają.
— Pan Horski to widać genjusz do tego, na różne sposoby potrafi brać kobiety. Dla Dulewiczowej niezbyt się wysila, ta gra nie wymaga dużych stawek... Ale pan Horski wogóle posiada duży magnes jakiś osobliwy, umie brać pod swój wpływ. A naszą kochaną solenizantkę czyż nie prędko zdobył? trzy miesiące i już jego. A dalekaż ona była od tego, a trudna do wzięcia jak wyjeżdżała za granicę, że i nikt nie myślał.
— Czy szczęśliwą jest... z mężem?... — odważył się spytać Drohobycki.
— Ach miły, toż dopiero na wiosnę rok się skończył od ślubu, miałożby już być źle? On się jej podoba i przywiązała się, serce, do niego szczere. Wierzy w niego święcie, jego słowa mają dla niej wagę. Nie miłuje jego tak jak tamtego nieboraka, Olelkowicza, ale jej słodka natura musiała się do kogoś przyhołubić.
— A on jaki dla niej?...
— On, to sztuka zagadkowa. Patrzy na nią czasem tak, jakby zjeść chciał z chciwości.
— On miłuje tylko jej krasę, czyż on potrafi inaczej?
Hadziewicz zmarszczył się.
— Ot gadanie, miły, a któryż to z was na krasę obojętny? Chciałbym takiego zobaczyć. Zanim się człeku do duszy dokołaczesz to najpierw widzisz urodę, wdzięk albo brak tego.
— Ma pan widać doświadczenie w tym kierunku.
— O... ba!... jestem już starym człowiekiem, dużo widziałem. Wiem, że uroda i bogactwo idą zawsze na pierwszy plan. Czasem niewiadomo, co się podoba niektóremu, ale już tam, dobrze poszukawszy, zawsze jakiś wabik musi być, jeśli nie w urodzie to w sytuacji, albo majątek, albo parantela, albo stosunki nęcące...
— Nie uznaje pan zalet wewnętrznych, które się miłuje?...
— To wszystko potem przychodzi, początek zawsze jednakowy; jeśli uroda porwie, błyśnie myśl: „O chciałbym ją mieć“ jeśli bogactwo załechce wówczas rozum góruje, „co tam uroda, furda! ale będę bogaty“. Że tak jest zawsze, stawiam dziewięćdziesiąt dziewięć na sto.
Nastąpiły toasty. Humory zaostrzyły się. Horski wzniósł zdrowie Wołynianek, na co jeden ze starszych obywateli, z wielką emfazą palnął mowę na cześć dam angielskich w ręce mistress Horskiej i Katy. Oskar ujrzawszy przed Dulewiczową kieliszek nietknięty, spytał:
— Nie wypiła pani swego zdrowia i swych rodaczek?
— Kiedyż ja jestem Ukrainka — odrzekła z miną obrażoną.
Muskuły na twarzy Horskiego zadrgały komizmem.
— Doprawdy?... Hm! nie wiedziałem.
Zdrowia Ukrainek nie wniósł jednakże.
Noc była cicha, wonna, gwieździsta. Orkiestra, ukryta w parku, rzucała w ciemne głębie nocy upoiste melodje modnych walców. Z pośród drzew pękały w górę bukieciaste rakiety, sypiąc snopy różnokolorowych iskier. Brzegi Słuczy dekorowały gęsto gromady chłopów, wyległych patrzeć na dziwo. Przyglądano się ucztującym panom.
— To tak z rozkoszy — szeptali chłopi. — Wże sami ne znajut szczo robyty z bohactwem.
— A wżesz! Mało im dworiw, a zołotych pokoi, to wże na horu wlizły szczob hulaty da isty. A pijut jak did‘ka.






XXIII.
Jego ultimatum.

Andzia tańczyła z Drohobyckim. Urok bijący od niej odurzał go, wprowadzał w szał niebezpieczny. Napawając się jej urodą myślał pół przytomnie.
...Szczęśliwy był Jędrek, że była jego narzeczoną, szczęśliwy Horski, najszczęśliwszy, że jest jego żoną. Nie dziwię się ani Smoczyńskiemu ani Kościeszy. Taka kobieta to rozkosz życia, to...
— Panie Drohobycki, już dosyć... jestem zmęczona.
— Zaraz, tylko do wolnego miejsca...
I znowu myśli napływają.
...Hadziewicz prawdę mówił, taką, jak ona, to, się najpierw pragnie zyskać dla siebie, widzi się tylko cud jej urody, jej czar...
Mijali kanapkę narożną i Anna usiadła na niej bez tchu.
Drohobycki stał przy niej niepewny, zmieszany.
...Czy odgadła moje myśli?...
Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
— Może mi pan przyniesie kruszonu, proszę.
Skoczył spełnić polecenie. W drzwiach do ogrodu mignęła para znajoma, zainteresowała go. Przyniósł Andzi żądany napój i pod jakimś pozorem wymknął się do ogrodu; stąpał cicho pomiędzy klombami, dotarł do parku i zanurzył się w jego cienie. Wkrótce usłyszał szmer rozmowy prowadzonej półgłosem. Drohobycki, skradając się, jak kot na zdobycz, stanął tuż za wielkim kamieniem, za którym po drugiej stronie była duża ławka. Rozpoznał głosy i słuchał.
— Tak mnie pan kusi, że chyba... a tymczasem ja mam męża i to... byłby grzech — szeptała kobieta rozwlekle, widocznie w silnem podnieceniu.
— Jaki tam grzech! Czyż rozkosz może być grzechem?... chyba jej pani nie zaznała nigdy, w takim razie współczuję pani serdecznie.
— A z kim miałam zaznać? z moim mężem!... Ph! Stary i zawsze interesami zajęty. Młodsza jestem od niego o dobre dwadzieścia lat i zawsze tylko sama i sama z gospodarstwem i dziećmi.
...Psiakrew! — pomyślał Drohobycki — flirtuje na prawo i lewo, jak niema z kim, to z własnym rządcą, od Dulewicza może o trzy lata młodsza. Oj kobiety!...
Tymczasem Horski szeptał.
— Biedna, zawsze sama?... Jakiż mąż nieczuły, nie poznał się na twych wdziękach i nikt z okolicy?...
— Kto tu jest?! Ph! Same szlagony wołyńskie, dopiero pan przedstawia wielki świat; zaraz inaczej wygląda w okolicy, jak pan tu przyjechał. Ja mam ukraiński temperament, mnie tu ciasno, głucho, dopiero pan jak błyskawica...
Drohobycki zatrząsł się z gniewu.
...Bluźni bestja przeciw Ukrainie. Ukraiński temperament! Djabli biorą słuchać, może miała mamkę Ukrainkę, bo nawet nie rodzoną matkę. Wszyscy się do tej Ukrainy przyznają, ale żeby i taka...
Usłyszał pocałunki i skupił się cały w słuch.
...To już tak?... Brawo!
— Mów, rozkazuj... zrobię co każesz... — głośniejszy szept kobiecy.
— Przyjedź od dziś za tydzień do Żytomierza, ja tam będę na ciebie czekał... Dobrze?...
— Do Żytomierza, boję się... mąż zapyta.
— Och no, kobieta zawsze znajdzie pozór, jak zechce. Coś tam wymyślisz....
— A pan... a ty przyjedziesz?...
— Dlatego ci właśnie proponuję. I muszę wiedzieć, gdzie na ciebie czekać. Przyjedź, poznasz rozkosz w mych ramionach.
Dulewiczowa zdyszanym głosem wymieniła nazwę hotelu, prosząc, aby zapisał.
— Ach, mam pamięć wyborną, zapamiętam...
Drohobycki usłyszał nowe pocałunki i głos Dulewiczowej zmysłowo rozwlekły.
— Jak dobrze!... Cóż za noc czarowna, nie zapomnę jej póki życia. Kocham cię. A pan?...
— O i ja także. Ale przyjedź koniecznie, będzie jeszcze lepiej... Zobaczysz. A tymczasem... jako zadatek... pójdź.... znam ustronną altankę... nikt nie zobaczy... pójdź!....
Szmer słów i kroków rozpłynął się w oddali.
Drohobycki zadygotał z oburzenia. Chciał im przeszkodzić, ale zastanowił się, splunął i poszedł w stronę domu.
— Żeby mając tamtą za żonę... werbować taką gęś?... Tfu!... Ależ łotr!
...Widocznie i po bażantce zapachnie czasem... świninka...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tydzień potem Drohobycki udał się na zwiady w stronę Toporzysk, stwierdziwszy dokładnie, że Dulewiczowa wyjechała do Żytomierza.
Na trakcie pod lasem spotkał się nagle z Horskimi, którzy jechali konno. Za nimi kłusował kozaczek dworski.
Anna opięta w czarnej, sukiennej amazonce i w obcisłym, męskiego kroju żakiecie, koloru ciemno-ponsowego, w małym kapelusiku na głowie, wydała się Drohobyckiemu tak piękną, że zapatrzył się w nią jak w obraz.
— Dzień dobry, panie Drohobycki, cóż to nie wita się pan? — zagadnął Horski.
— Przepraszam... chciałem właśnie — bąkał zmieszany.
Wszyscy byli konno, powitali się w milczeniu.
...No, ale i ten wygląda na koniu... postawa, rynsztunek, kostjum... rasowiec — pomyślał Drohobycki.
Drasnęła go nagła zazdrość, że zbyt pewnie rywalizować z Oskarem nie może. Gniew nasunął mu złośliwą myśl dokuczenia Horskiemu.
— Myślałem, że pan dziś w Żytomierzu...
Oskar rzucił bystre, krótkie spojrzenie na Drohobyckiego i ochłódł.
— Nie wybierałem się tam wcale.
— Tak? Słyszałem...
— Ktoś pana mylnie poinformował. Plotkarska okolica.
Andzia patrzała na nich uważnie.
Porozmawiano krótko i Drohobycki pożegnał się.
Odjeżdżając myślał:
— Jednakże to jest prawdziwy szatan, wykierował tamtą babę na dudka, zakpił z niej. Ha! widocznie po tem, co było w parku, miał jej dosyć.
Drohobycki nie chciał przyznać nawet przed sobą, że i sam trochę wpadł. Wstyd mu było z powodu własnej nieostrożności.
— Co między wami zaszło? — spytała Andzia męża.
— Nic szczególnego! Słyszałaś? Ktoś zrobił plotkę, ten powtórzył, ja się zdziwiłem, on się zmieszał i... koniec.
Lecz był to dzień feralny dla Horskiego. Wieczorem przy kolacji, Janusz, który ciągle odbywał wycieczki po okolicy, konno lub rowerem, opowiadał nowiny.
— Spotkałem dziś marszałkostwa Zawiejskich, baba jak baba, zupełnie robaczywy grzyb.
— Janusz, jak ty śmiesz się tak wyrażać o starszych kobietach!
— Fiu! stare baby nic mnie nie obchodzą. Jechali w powozie, marszałek z fajką; drzemał dziadyga i tycał cybuchem sobie w brzuch, popiół wypadał, musiał sobie dziurę wypalić, a baba ciągle... szturg go w ramię i... „kochaneczku, Cezary, serce, taż nie śpij“.
Janusz tak wybornie udał dyszkant marszałkowej, że Oskar parsknął śmiechem. Mistress Horska i Katy śmiały się swobodnie z paradnej miny chłopca.
— Byłem także w Kromiłówce, bo mi się rower zepsuł i chciałem tam naprawić, ale we dworze pustka, pan Dulewicz przy żniwie a ona w Żytomierzu. Szkoda, że nie wiedziałem, byłbym z nią pojechał, szyk facetka, a tu na wsi tak nudno.
— Więc pojechała? — wyrwało się Horskiemu.
— Wczoraj przed wieczorem.
— Nadzwyczajne!
Andzia skierowała wzrok na męża i ze zdumieniem ujrzała na jego twarzy wyraz rozbawienia w połączeniu ze złośliwym uśmiechem satyra.
— Nadzwyczajne! — powtórzył.
Niemiłe uczucie ukłóło Andzię. Zestawiała zapytania Drohobyckiego w lesie z tą wiadomością od Janusza, tamte i obecne wrażenie Oskara i niepokój zaczął jej dokuczać.
Zaraz po kolacji wyszła samotnie do altany, odczuwając dziwny ciężar w duszy. Wkrótce ujrzała przed sobą wysoką postać Oskara.
— Anni jesteś tu?...
— Jestem.
Horski zapalił cygaro i, odnalazłszy Andzię w mroku, usiadł przy niej.
— Cóż tak rozmyślasz samotnie?
Anna milczała.
— Zauważyłaś, jak Drohobycki był dziś niewyraźny? Przytem pożerał cię oczyma; łakome ma oczy. Obawiałem się, że cię wzrokiem ściągnie z siodła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Cóż tak milczysz uparcie? Czy rozmyślasz o tych jego oczach romantycznych... Hm!... Zaczyna mi się ten gentleman coraz mniej podobać, zwłaszcza jego zapały względem ciebie. Ale taka gra ze mną nie jest zbyt bezpieczną.
— Bądź spokojny, nie ośmielam Drohobyckiego do takiej gry.
— Per Bacco! Znam się na tem wybornie, wzrok i słuch mam wyostrzony, intuicję również. Draźni mnie ten pan.
— Oskarze, zdaje mi się, że ja prędzej powinnam dziś być rozdraźnioną.
— Z powodu Drohobyckiego?...
— Nie, z powodu... Dulewiczowej.
— Ach, no, o tem myślisz?... Hm!... Dotknęły cię te dzisiejsze wzmianki o Żytomierzu? Ha, ha! paradna ta pani Dulewicz! Zuch baba! pojechała do Żytomierza i czeka tam na mnie.
— Więc to była schadzka umówiona, to... na serjo?...
— Oo! już prolog do dramatu! Moja Anni, wierzysz mi czy nie?...
— Wierzę ci zawsze pragnę, abym nigdy wiary tej nie straciła.
— Nie obawiaj się. To nie jest typ dla wybrednego mężczyzny. Kawał tłustego mięsa nadziany zmysłami, dużo pretensji, niezręcznie tajonej perfidji względem własnego męża. Jest niby zapoznaną przez niego, mówi dużo o swym temperamencie i potrzebach duchowych, jednakże odczuwa się wyraźnie, że są tylko zmysłowe, mężulek nie wystarcza.
— Więc ty pragnąłeś być pocieszycielem?... Widziałam wasz flirt lecz nie sądziłam, że tak daleko zajdziecie.
— Chcesz powiedzieć, że ona zajedzie aż do Żytomierza, bo ja zostałem przy tobie. Flirtowałem z tą damą, gdyż widząc jej namiętność chciałem ją wypróbować. Na takie propozycje biorą się najłatwiej kobiety — gąski. Ona nie może mieć innego określenia, głupia i romansowa. I widzisz... pojechała!
— Ale czy to szlachetnie, Oskarze, robić takie próby?
— Och, och. Samą szlachetnością żyć nie podobna... Szlachetność na śniadanie, na obiad i na kolację?... Pfuj!... Zrobiłem sobie żart z Dulewiczowej, na który się wzięła; wypiła nęcący rosołek ugotowany w garnku mej nieszlachetności, jak mówisz, niech i tak będzie, lecz na jej własnej łatwowierności, naiwności i głupocie, wszystko to okazało się bardzo esencjonalne. Ja wszakże do tej biesiady nie należę, chociaż menu sam ułożyłem. Czy lepiej byłoby może, gdybym za nią podążył. Co?...
— I... odrazu nie miałeś zamiaru jechać?
— Ani trochę, to nie mój gust, takie pulardy w mdłym sosie.
— Jakiś ty cynik! A jednak to ty właśnie doprowadziłeś ją do perfidji, jeśli nie dokonanej, to zamierzonej.
— Czy sądzisz, że jestem pierwszym numerem na romansowej tabeli tej pani?...
— Przykro mi, że wogóle jesteś. Ale... skądże wiedział o tem Drohobycki?
— Jakaś plotka, lub zwykły zbieg okoliczności.
— Nie, Drohobycki mówił to z intencją.
— Zatem podsłuchiwał w parku.
— W parku?...
Oskar zaśmiał się.
— Daruj, lecz zabawną jesteś. Chyba rozumiesz, że w takich razach szuka się odosobnienia.
— Nie znam się na tem.
— Bardzo mi to miło słyszeć z twych ust, gdyż wogóle kobiety znają się na tem wiele lepiej niż mężczyźni. Ale skąd ten twój suchy, ostry głos? mogłem ci, coprawda, nie dawać żadnych wyjaśnień. Nie poznaję w tobie mojej słodkiej zawsze Anni.
— Ja zaś boję się, że mogę ci już nie ufać bezwzględnie.
Oskar rzucił cygaro i powstał gwałtownie.
— Na honor! dość tej sceny i wymówek. Kontroli nad sobą nie znoszę. Zastrzegam to stanowczo i nieodwołalnie.
— Ja cię nie kontroluję, ja tylko upominam się o swe prawa jako twoja żona.
Zaśmiał się cynicznie.
— O to bądź spokojna, nie ujmę ci ich z pewnością i... quand méme... ty będziesz u mnie zawsze... na wety.
Andzia zerwała się wzburzona.
— Nie rozumiesz mnie i jesteś... bezczelny!
— O! Cóż za wybuch. O cóż ci chodzi?...
— O mój honor kobiecy i o twój własny honor, który ty plamisz. Chcę abyś był uczciwym mężem.
— Ja zaś nie tylko chcę, ale żądam abyś wszelkie morały rzuciła w kąt. Kobieta powinna być tem do czego ją natura stworzyła: do uległości i dawania rozkoszy mężczyźnie. Filozofki i moralistki to potwory kobiece. Jesteś piękną, wolno ci to wyzyskiwać względem mnie, lecz bez zamachów na moją swobodę.
— Za kogo ty mnie masz... Oskarze?!
— Za źródło rozkoszy, z którego, gdy zapragnę mogę pić dowoli, aż do upojenia.
— Więc jestem dla ciebie tylko... tylko twoją sa....
— Och, no, ale wyjątkowo ponętną.
Andzia wybiegła z altany.






XXIV.
Demon.

Na górze zamkowej w Temnym hradzie ponuro było i groźnie. Skała obeliskowego kształtu sterczała ciemna, niby pomnik niedoli. Mury ogniłe wyszczerzały poobtłukiwane otwory okien, jak puste jamy w czaszce, wywołując dreszcz przykry.
Horski znał już to miejsce, przywiózł go tu raz, na jego żądanie, nadleśny wilczarski, lecz z Andzią był po raz pierwszy, obserwował ją dyskretnie, ale pilnie. Ona jakby pociemniała, odosobniła się od wszystkich, krążąc samotnie pośród ruin, jakby teraz jeszcze szukając śladów zbrodniarza. Tymczasem mistress Horska roztasowała się pod skałą, pisząc coś w podręcznym bloku, rzucała oczyma na mury i okolicę. Katy fotografowała zawzięcie wszystkie strony ruin. Towarzyszył jej Wiliam Brown, suchy i oryginalny Anglik, kolega Oskara z Cambridge. Oboje tworzyli parę dobraną w typie. Rozprawiali głośno, odgadując epokę i wiek powstania zamczyska.
Horski słuchał obojętnie opowieści starego Grześka, który na Temnym hradzie rozgadywał się zawsze na temat tej miejscowości, z przejęciem takiem, jakby opowiadał pierwszy raz.
— I nie mało tu, jasny panie, utkwiło niedoli i niemało dusz zatratę znalazło. Pohane te mury, da te moczary. Czort ma tutaj sadybę i w swoje poddaństwo uroczysko te zabrał. Ni dla ludzi tu już, ni dla Boga, złe duchy obsiedli zamczysko daj po nocach nieszpory swoje djabelskie odprawiają, a wyją jak siromachy. Nieczysta tu siła, nie ludzka moc ją zwalczyć.
— Hm! i dawno już nikt tu nie mieszka? Kto tu był kasztelanem?... — pytał Horski, śledząc oczyma Andzię chodzącą w oddali samotnie.
— Kto był, tego nikt nie wie, teraz jest czort kasztelanem, djabelskie to województwo. Pan marszałek Hołowczyński dziad naszej pani, szukał po różnych starych dokumentach pochodzenia Temnego hradu i ot, nic nie wyszukał. Zatarte, czysto hładko, taj hodi!
Horski nie słuchając już, oddalił się od Grześka i poszedł w stronę ruin. Wkrótce stanął obok żony. Patrzał na nią badawczo, z pod oka.
— Czego tak zbladłaś?
Suchy ton jego głosu zdziwił ją.
— Zdaje ci się tylko.
— Obserwuję cię od chwili przybycia do ruin i zastanawiam się, co cię tak podnieca.
— Podnieca?...
— No, tak, dzieje się z tobą coś nienaturalnego. To dowód jakiejś podniety wewnętrznej. Och!... te ruiny same przez się nie wzbudzają jej chyba?...
Andzia milczała.
Oskar nagle wziął ją za rękę.
— Pójdziemy się przejść, tam, w stronę dębów.
Poszła biernie i nie spostrzegła, że on prowadzi ją do dębu z krucyfiksem. Gdy stanęli pod drzewem, Andzia drgnęła, mimowolnie podniosła rękę do czoła, chcąc się przeżegnać. Wtem Oskar objął ją ramionami i dość brutalnie ciągnął do siebie, wyraz twarzy miał zmieniony.
— Daj mi usta Anni, pragnę twych ust, chcę się sycić niemi.
Anna gwałtownym ruchem odsunęła go od siebie.
— Tu? w tem miejscu?... Tu?!... — zawołała głucho.
— A cóż to rynek publiczny, czy sala parlamentu?...
— Puść mnie, Oskarze, puść natychmiast!
— Żądaniu memu musisz uledz, pragnę twych pieszczot i otrzymać muszę.
— Tu?... za nic!
Gniew i trwoga tryskała z jej oczów. Twarz Horskiego robiła się straszna.
— Opór?... Dlaczego się bronisz?... Ja nie ustąpię.
— Za nic, za nic! Zlituj się, nie tu. Puść mnie... błagam....
— Jakieś zabobony... zastosowane do tego miejsca?...
— To moja świątynia, świątyni się nie... profanuje — zawołała zdyszana, wysuwając się z jego ramion zaborczych, które ją gniotły, przerażały.
— Świątynia? Ten metal na dębie taką cię świętością napawa? Schowamy go do kieszeni, niech nie przeszkadza. O tak, już po skrupułach pogańskich. Teraz...
Młoda kobieta zdrętwiała, widząc jak krucyfiks, jej ręką zawieszony nad miejscem zgonu Andrzeja, mąż zdarł z drzewa i wsunął w kieszeń ubrania, z miną okrutną, z twarzą, ociekającą bezmiernem szyderstwem. Zawrzało w niej. Odskoczyła od niego prawie ze wstrętem.
— Jak śmiałeś to zrobić, jak śmiałeś! Świętokradztwo! Grzech!... On... tu zginął, skonał, chyba nie wiesz?... A ty... ty....
Horski oderwał dłonie Anny od jej skroni i zdusił jak w kleszczach żelaznych. Twarz pełną ironji i bezczelności przysunął tuż do jej twarzy, z ust jego wydobywał się wark głuchy.
— Wiem, jakie to miejsce, wiem doskonale!... twoja świątynia?... boisz się jej sprofanować?... moje pieszczoty są profanacją tego miejsca?...Ty... ty bezwstydna!... ty...
— Oskarze!
— Milcz! Jesteś moją żoną, nie masz prawa rozmyślać o tamtym, wytwarzać sobie świątynie, nastroje, odgrzebywać przeszłość. Niewolnicą moją jesteś! Rozumiesz! Musisz mi być powolną zawsze i wszędzie, gdzie zechcę, gdzie zapragnę cię mieć. Dość wizji przeszłości, nie pozwalam na żadne marzenia. Skończyło się! Jesteś moją wyłącznie i o tem pamiętaj.
— Złamiesz mi ręce, puść — jęknęła półprzytomnie z przerażenia.
Oskar chwycił ją w ramiona z dziką pasją, ze zwierzęcym pomrukiem wściekłości i zmysłowego szału przycisnął ją do grubego pnia dębu i całował zachłannie z piekielną żądzą, z brutalnością, jakby chciał ją zagryść pocałunkami, zadławić w uściskach. Usta jej gniótł aż do fizycznego bólu, łapał zębami jej wargi płonące, wżerał się w nie jak tygrys, żłopiący krew rozszarpanej ofiary.
Anna opierała się rozpaczliwie, lecz bez skutku. Oburzona do najwyższego stopnia, osłabła. On, trzymając ją silnie, mówił jej w samą twarz wściekłym głosem.
— Zniewolę cię zawsze, ile razy zapragnę, musisz mi być posłuszna! właśnie tu, w tej twojej świątyni, pod tym dębem — świętym chciałem cię mieć w swej mocy i mam. Gdybym zażądał więcej, musiałabyś również uledz. Gdybyśmy byli sami, byłbym bezwzględnym...
— Już nim jesteś!! — krzyknęła wzburzona do ostateczności, groźna, odpychając go od siebie z niesłychaną siłą. — Jesteś bezczelny, dziki jak zwierz. Toś ty bezwstydny! Dopiąłeś celu brutalnie, jak zmysłowiec, bez odczucia mnie, bez uwagi na mój opór. Nie uszanowałeś...
— Twej świątyni! Hahaha! — szatańsko zabrzmiał jego śmiech. — Już koniec! Wszelkie głupie idylle podepczę zawsze. Nie chcę rywalizować z mrzonkami twej przeszłości. — Drwię sobie z twoich świątyń i pamiątek!
— Ale ja nie drwię! Wydrzeć ich sobie nie pozwolę nigdy! Ty masz moje ciało, to ci wystarczy, tego ci nie zbrukam, nawet myślą nie skalam, ale duch mój, ty u mnie tego nie potrzebujesz. Czy ty dbasz o moją duszę?... O! gdybyś dbał! Ale ty... ty...
Zachłysnęła się łzami, lecz zwalczyła słabość. Wyciągnęła do niego rękę ruchem stanowczym.
— Oddaj mi krzyżyk, oddaj natychmiast!
Oskar patrzał na nią, lubował się widokiem jej wzburzenia i stwierdził, że jest piękna w tej nowej przemianie. Żądza zmysłów rozigranych ugryzła go na nowo. Podsunął się do niej pożądliwie, ręce mu drżały szaloną namiętnością. Wyciągnął ramiona.
— Proszę, oddaj mi krucyfiks — powtórzyła.
— Jesteś piękną, Anni, kobiecie pięknej wybacza się wszystko... pójdź...
Cofnęła się żywo, rzuciła mu spojrzenie pełne wzgardy i odeszła w stronę ruin.
Horskiemu twarz drgała kurczowo. Gniew wzbierał w nim, ale hamował się znakomicie. Zapalił cygaro i wolno podążył za żoną. W miarę jak się do niej zbliżał wypełzał mu na usta wyraz zjadliwy, ironiczny a zarazem tryumfujący. Zrównał się z Andzią w bramie zamczyska.
— Chcę z tobą pomówić — rzekł twardo.
— Jeszcze?....
— Nie myśl, że w tej samej sprawie. Ta kwestja zakończona. Wyraziłem ci moje żądania i musisz się do nich zastosować. Teraz powiem ci inne postanowienie moje, także nieodwołalne.
Widząc chmurny, lecz pytający wzrok Anny i jej twarz bladą, z niewygasłem jeszcze wzburzeniem, Oskar uśmiechnął się sarkastycznie i pod tym uśmiechem trzymał Andzię w niepewności długą chwilę.
— O co chodzi? — spytała niechętnie. Wyglądasz jak szydzący demon.
— Chcę ci oznajmić, że parę tygodni wyjeżdżamy do Hurlestone-House na stałe.
Młoda kobieta przeraziła się.
— Skąd taki projekt, co to znaczy?...
— Nadmieniłem ci już kiedyś o tem.
— Myślałam, że żart.
— Wówczas był mętnym projektem, teraz rzecz jest zdecydowana. Zamieszkamy w Anglji. Mam prawo i oderwę cię od tych twoich pamiątek, zaczarowanych świątyń... wspomnień. Per Bacco! musisz żyć mojem życiem i dla mnie, bez podziału.
— Oskarze! ty mnie nie rozumiesz...
— Za pozwoleniem, nie sądziłaś chyba, że zgodzę się biernie i stale mieszkać w twoich dobrach? Taka kombinacja, pomijając inne względy, nie zgadza się z mojemi zapatrywaniami. Żonę chcę mieć u siebie, nie zaś być u żony na posadzie.
— Ależ Oskarze, jak ty się wyrażasz, tu jest nasz wspólny cel i obowiązek, tu nasza placówka pracy, czynu.
— Och, no, obowiązkiem żony jest być przy mężu, iść za nim, jego cel uważać za swój, jego teren pracy za własny.
— A cóż będziesz robił w Hurlestone-House?
— To już jest moja rzecz. Założę z Wiljamem do spółki, biuro komisowo-handlowe w Londynie.
— Ty się chcesz brać do handlu?... ty?...
— Proszę cię bez sarkazmu, nie będę sklepikarzem, lecz szefem biura. Zresztą wszystko jedno, czem się tam zajmę, ty musisz iść za mną.
— Czy tak ci źle w Toporzyskach?... Wszak one są twoje... bo skoro jestem twoją żoną...
— To niczego nie dowodzi. Obywatelstwo nie nęci mnie i nie imponuje do tego stopnia, abym się dla takich ideałów rozstawał z własnemi przekonaniami. A... merci!
— Więc i posagi byłyby wykluczone, jeśliby wszyscy rozumowali tak, jak ty.
— Jest w tym psychologiczna i subtelna różnica. Co innego posag żony użyty do celów własnej inicjatywy, spożytkowany na własnym terenie, a inna rzecz bierna sytuacja męża w majętnościach żony.
— Nie chcesz być Polakiem, obywatelem, patryjotą.
— Jestem kosmopolitą, przyznaję.
— Powiedz czego żądasz, zrobię wszystko, co zechcesz, aby zaspokoić twe skrupuły słuszne czy nie słuszne, nie chcę rozsądzać, ale pragnę je usunąć, o ile to będzie w mej mocy.
— Usuniesz je wówczas, gdy pójdziesz za mężem, gdy zamieszkasz pod moim dachem.
— Toporzyska nie są już moim domem lecz naszym. Jesteś również ich właścicielem.
— Wygodna teorja dla tych, którzy chcą w nią wierzyć i na niej się opierać. Ja nie chcę. Przenosimy się do Anglji stanowczo.
— Chcesz zatem, abym się wyrzekła swej ojczyzny, abym zaniedbała świętych obowiązków obywatelskich, abym opuściła ziemię naszą?...
— Obowiązek żony jest pierwszym dla kobiety, i najważniejszym.
Anna spuściła głowę, powieki jej opadły na zbielałe policzki, wypłynęły z pod nich duże, ciężkie łzy. Oparła się plecami o mur pleśnią pokryty i stała tak wyczerpana, zdruzgotana moralnie, przytłoczona tym nowym obuchem. W oczach, po za mgłą łez gorzkich, była groza i trwoga bezbrzeżna.
Zaległa długa chwila ciszy.
Horski patrzał na żonę i zmarszczył brwi.
— Jesteś tak zgnębiona jakbyś szła na szafot. Ciekawe! Drażni mnie, gniewa ten twój smutek, ta rozpacz nieuzasadniona.
— Boś mi zrobił Oskarze wielką, szaloną przykrość, dotknąłeś mnie boleśnie, postąpiłeś ze mną niegodnie, tyś mnie nie odczuł...
— Zabraniam ci mówić o tych twoich świątyniach — krzyknął prawie.
— A teraz... teraz mnie także nie odczuwasz robiąc takie projekty.
— To jest już zamiar stanowczy.
— Wiesz, czem on jest dla mnie?... to cios okrutny... Żal mi, żeś taki obcy dla swego kraju, żeś się tu nie zaklimatyzował...
— No dosyć o tem! Tyś się powinna zaklimatyzować tam, gdzie ja chcę mieszkać, nie vice versa. Rządzisz się egoizmem. Dlatego, że ty nie chcesz opuścić dziedzictwa swego, ja mam się wtłaczać w stosunki obce dla mnie i niesympatyczne..... Żona nie stawia warunków mężowi, to rola męża: postanowiłem wyrwać cię stąd i wyrwę. Zdecydowane!
Andzia doznała wrażenia, że mury zamczyska zbiegają się szybko ku sobie i że ją zaraz zgniotą w swych zmurszałych ścianach. Ujrzała nagle pustkę szarą, bezbrzeżnie smutną. Pustkę tę uczuła w sercu i w duszy. Żal, lęk jakiś zabobonny i jasnowidzące przeczucie, że teraz otchłań się przed nią otworzy. Ruina jej ideałów, pogrom marzeń najdroższych, wieczysta przepaść. To co jeszcze wspólnie z Andrzejem budowali, co było tchnieniem ich dusz spojonych tożsamością idei, jej miłość do ziemi ukochanej, jej pragnienie pracy owocnej na glebie swego kraju, wszystko to ma być zabite, zgruchotane przez Oskara?... Jej ziemia droga, ojczysta, ma się stać dla nich tylko śpichrzem, kasą, z której będą czerpali dochody, aby trwonić je u obcych?... aby je użytkować w cudzym kraju?...
Gorycz i żal przeistoczył się w niej w gwałtowny wybuch oburzenia i oporu. Nie ustąpi, niema prawa ustąpić z placówki, którą w spuściźnie po ojcu otrzymała. Tu jej święty cel jedyny. Tu pozostanie.
Wyprostowała się jak niewolnica, która zrywa więzy. W twarzy jej była niezwykła energja, w głosie stanowczość.
— Możesz mnie wyszarpnąć od moich wspomnień, pamiątek, ale mnie nie oderwiesz od obowiązków, które mam dla swej ziemi i kraju. Ja stąd... nie wyjadę!
Rzuciwszy to śmiałe wyzwanie, odwróciła się i odeszła śpiesznie. Słyszała za sobą szyderczy, straszny śmiech męża.






XXV.
Na Zatracenie.

Wśród skalistych ścian, z wielkich, omszałych kamieni tworzących jakby tunel rozwarty u góry, w skale najwyższej wykuta była kapliczka mała w objętości, wysmukła, z gotyckim drewnianym daszkiem. Prostopadła od kapliczki w dół biegła wąska drożyna, jakby ją potok wyżłobił pośród kamieni i nikła w gąszczu liściastego parku. Huk rzeki mieszał się tu z rozgwarem drzew, których wyższe korony górowały nad głazami, nabierając już na swe liście gorących barw jesieni.
Moty białej pajęczyny wiły się na kamieniach oplatając przędzą dróżkę, po której szła Anna Horska, prędko, nerwowo, w obawie, by jej kto nie przeszkodził. Wstąpiła na schodki kamienne kapliczki, otworzyła okienko i nagle, padłszy na kolana, zapłakała z głębi serca. Łkania rwały się z jej piersi, bólem nabrzmiałej.
Żegnała się oto z parkiem ukochanym, z kapliczką przed którą modliła się codziennie, powierzając jej swe troski i radości. Gorycz trawiąca jej serce, znalazła ujście; wśród skał martwych, przed wizerunkiem Bogarodzicy, młoda kobieta skarżyła się, że musi opuścić wszystkie drogie miejsca i jechać w świat, na dolę niepewną, z trwogą w duszy i z tęsknotą. Oskar nie dał się przekonać i nie ustąpił. Wyjeżdżał do Anglji i żonę zabierał z sobą stanowczo.
Od pamiętnej dla Andzi sceny w Temnym hradzie, tkwiło coś pomiędzy nimi, co odczuwali oboje, zwłaszcza ona. Nić, będąca spójnią ich względnego szczęścia, zwikłała się, harmonja ich pożycia została naruszoną. Andzia to wyczuła intuicyjnie i bojąc się zupełnego rozłamu, uległa mężowi. Strute w niej były pierwiastki dawnej wiary w niego, zaczęła go analizować, patrząc nań krytycznie i raz wzbudzone podejrzenie dojrzewało w niej uporczywie.
...On tylko pożąda mych pieniędzy i... mego ciała.
Broniła się przed tą myślą jak przed wrogiem, zamykała umysł, odwracała duszę ze wstrętem, by nie dać się rozwielmożnić okrutnej, a coraz plastyczniejszej prawdzie.
Lecz ona szła ku niej nieubłaganie.
Następowały czasem chwile powrotu dawnej złudy, Anna witała ją radośnie, chcąc zatrzymać, odchuchać jak zmarznięte ptaszę. Sama wówczas garnęła się do Oskara, pragnąc jedynie pieszczoty duchowej, zrozumienia jej troski o jutro ich szczęścia i... spotykał ją zawód.
Horski był przedewszystkiem zmysłowcem. Piękność Anny, jej wdzięk i ponęty kobiece podniecały go zawsze jednakowo, wywołując nieodmiennie ten sam skutek. Nie pojmował pieszczot w innym kierunku, tylko dla zmysłowego zadowolenia, duchowe oddanie się było dla niego mrzonką, ideałami bez wartości. Nie odczuwał tych pragnień u żony, ironizował z nich gdy je objawiła. I czasem udawało mu się wdrożyć Andzię w swój styl. Był mistrzem w tego rodzaju grze. Anna porywała go naturalnie, żywiołowo i szczerze, tem klasyczniej występował jego talent, tem zaraźliwiej działał na Andzię. Wówczas z tryumfem, z męską dumą napawał się widokiem jej oczu zamglonych rozkoszą, jej ust pałających żarem krwi, wartkiej jak potok; lubował się temperamentem tej ślicznej istoty i drżeniem jej w jego samczych uściskach. Gniótł ją w swych szponach, jak sęp dziki, wargi łakome i wiecznie głodne, wgryzał w jej ciało rzeźbione, białe i pachnące, z żądzą tak zachłanną, że zdawał się pożerać ten swój cud kobiecy, oddany mu na łaskę i niełaskę.
Ale szały Andzi, pobudzone przez Oskara, trwały teraz krótko, niby błysk pożaru stłumionego w poczęciu. Potem następowała albo bierność, która go drażniła niesłychanie, lub też nagły niesmak wywołujący w niej silny opór, u niego zaś tem pożądliwsze pragnienie. Horski widział i czuł zmianę w usposobieniu Andzi. Przedtem szał jej był młody, impetyczny, bez analogicznych dociekań, bez wahań. Wypływał jako bezwzględna konieczność jej bujnej natury, która oddawała mu się dobrowolnie, z rozkoszą tego poddaństwa, z pragnieniem przynależności do pożądanego mężczyzny.
Tak było aż do chwili, w której Anna spostrzegła, że zmysły nie są u Oskara wybuchami szału, lecz celem głównym, że w kobiecie szuka tego samego, uważając zmysły i namiętność za jedyne atrybuty kobiece. Ten pewnik zraził Andzię i odsunął ją od męża.
Zobojętnienie żony Oskar zrozumiał inaczej, oto, że odżyły w niej wspomnienia Andrzeja i że Drohobycki uplastycznia je jako przyjaciel i kolega tamtego. Scena w Temnym hradzie, upewniając Oskara w tem przekonaniu zmieniła stosunek jego do niej.
Stał się względem niej podejrzliwym, nieufnym, ale raz zauważywszy, że brutalną gwałtownością nic z nią nie zrobi, używał innej taktyki. Spryt wskazał mu właściwą drogę do niej. Jakkolwiek skłaniał ją do wyjazdu do Anglji zawsze stanowczo, lecz teraz był dla żony serdeczny, nawet czuły i tem ją zjednywał. Uważał, że zyskuje sobie w ten sposób pewniejsze gwarancje dla swych planów na przyszłość, na których mu niezmiernie zależało. W momentach takich dyplomatycznych zabiegów Andzia witała swoją złudę, opartą na nadziei głębszego uczucia Oskara do siebie niż popęd fizyczny.
Myśl wyjazdu dręczyła jej duszę, fakt ten uważała za kryzys przełomowy swego życia, jednakże z każdym dniem spływało na nią coraz jaśniejsze zrozumienie sytuacji, że niema innego wyjścia, że fakt przerażający ją musi się spełnić. Czuła nad sobą przewagę Oskara i walka z nim była dla niej coraz trudniejszą. Nie chciała doprowadzić do ostateczności, aby wyjechał bez niej, odgadła intuicyjnie, że to nie jest wykluczone i zlękła się. Znowu porwie go jego żywioł, wielki wir świata i odciągnie go od niej, zanurzy w otchłaniach niebezpiecznych swych powabów, żądz i zamiłowań Oskara. Anna ujrzała go w imaginacji przy stole rulety, w Monte Carlo, ciskającego na złowrogie numery grube sumy, z chłodną twarzą wyrafinowanego rozrzutnika.
Nie, nie może go opuścić; jeśli on nie chce zostać, powinna z nim jechać, aby ustrzedz jego i siebie od niechybnej ruiny.
Znowu byłyby listy, telegramy, żądające pieniędzy, znowu wyrzuty sumienia, wstyd, żal i gorycz. Skoroby wyjechał w gniewie... czyby już powrócił?...
Może jednak... jej wpływ?... Ona go z czasem przekona, ubłaga, powróci z nią na Wołyń, jej cele, jej umiłowania polubi, niechby tylko tolerował.
Więc z wiarą w przyszłość... „Miej Boga w sercu“.
Pojedzie z nadzieją, że to odlot chwilowy, że nastaną lata błogosławionego spokoju, niezamąconej harmonji. Walka trwała w niej długa i uporczywa, ale w końcu Andzia zgodziła się jechać. Nastąpi to już za parę godzin. Oskar obiecuje, że przyjadą tu dopiero na lato. Tyle czasu na obczyźnie.
Anna przypomina sobie zdumienie i żal Eweliny i Hadziewicza, oburzenie całego sąsiedztwa, surowy wzrok marszałka Zawiejskiego, weterana okolicy.
„Nie opuszcza się rodzinnej skiby i ojczyzny dla zamorskich ambicji“ — słowa te stosował do zapewnień Oskara o wielkich zyskach domu komisowego, który będzie prowadził interesa ze Stanami Zjednoczonemi i Argentyną.
Andzię zawstydziła uwaga starca, lecz Oskar odrzekł z żartobliwym przekąsem:
— Nie przypuszczałem, że marszałek wystąpi przeciw solidarności małżeńskiej, która powinna być pierwszą przedewszystkiem i że mi będzie buntował żonę.
Na chwilę przed wymknięciem się Andzi do kapliczki, odjechał Drohobycki. Nie lękał się oczów i czujności Horskiego, śmiało wyrażał swe zdanie, co do ich wyjazdu, był tak wyraźnie oburzony, że naraził się Oskarowi. Pożegnali się chłodno, ze słabo ukrywaną nienawiścią ze strony Drohobyckiego i dystyngowaną ironją Horskiego. Gdy się rozstali, Anna odetchnęła, lękała się jakiegoś wybuchu. Uciekła do parku, chciała uspokoić nerwy wzburzone i nabrać hartu do przetrwania chwili wyjazdu. Przeczuwała, że będzie straszną. A oto zamiast uspokojenia, żal jej wybuchnął gwałtownie, nerwy trzymane na wodzy nie wytrzymały.
Gdy spłynęło na nią chwilowe ukojenie usłyszała kroki za sobą.
Zamarła z obawy, że Oskar słyszał jej płacz i zobaczy jej oczy. Powstała z kolan i nie odwracając się zamykała kapliczkę.
Wtem ciche słowa.
— Pani Anno...
Podchodził do niej Drohobycki. Zmieniony, z jarzącym wzrokiem utkwionym w niej.
— Pani Anno, proszę wybaczyć, że przerywam... słyszałem, podglądałem panią... ja...
— Skąd pan tu, jak pan śmiał?...
— Jadąc koło rzeki dostrzegłem panią idącą... i nie mogłem odjechać... bez ujrzenia jeszcze raz... bez przekonania się... to jedyna sposobność...
— Czego pan sobie życzy? — spytała dumnie.
— Na miłość Bożą, niech pani nie jedzie! — wybuchnął, rozpaczliwie załamując ręce.
— Ależ... panie!
Drohobycki przypadł do jej rąk, nim zdążyła się cofnąć, wołał stłumionym głosem:
— Zaklinam panią na wszystko, co ci jest święte, na miłość dla kraju, na... prochy Andrzeja, zostań... nie wyjeżdżaj! nie idź na zgubę. Tam twoja zatrata.
— Panie Drohobycki, co panu?...
— Błagam, nie jedź... z nim... on cię wlecze na stos ofiarny, broń się póki czas. Zostań... on wróci... on cię nie opuści, boś mu potrzebna... konieczna do egzystencji. Wróci tu... po... pieniądze...
Anna wyszarpnęła ręce wzburzona. Drohobycki runął na kolana i objął jej nogi.
— Pani... Anno zlituj się nad sobą i... i... nademną. Kocham panią bez pamięci... jak szalony, od bardzo dawna. Chcę cię bronić, wyrwać cię z jego szponów... ocalić.
— Dosyć!! panie Drohobycki proszę wstać — zawołała Andzia z przedziwną mocą i godnością.
Gdy zaś powstał, zmieszany jej tonem, spojrzała mu śmiało w oczy i rzekła łagodnie, hamując wzburzenie:
— Wybaczam panu jego wybuch niewczesny. Wiem, że jest mi pan życzliwym i wdzięczność zachowam. Ale... proszę nie obrażać mego męża. Żegnam pana.
— Pani Anno! nigdy bym się nie ośmielił... mnie idzie o panią, o szczęście pani, o przyszłość.
— Przyszłość moja należy do mnie.
— I do tych, dla których jesteś drogą. Rozpacz mam w duszy, że sama, dobrowolnie zabijasz swój los... Twój wyjazd... to twoje zatracenie.
— Anni! Anni! — zabrzmiał w oddali głos Oskara.
Andzia cofnęła się w tył i bardzo zbladła. Drohobycki przyskoczył błyskawicznie, rękę jej przycisnął do ust z szeptem gwałtownym.
— Nie zapominaj ostrzeżenia... i czuwaj...
Poczem rzucił się w bok pomiędzy dwa olbrzymy głazów, w gąszcz parkową.
Anna stała na miejscu, oniemiała, słysząc już z drugiej strony kapliczki szybki chód męża.
— Anni! — zawołał znowu.
— Jestem.
Opanowawszy się wyszła z poza skał, wstrząśnięta głęboko ale spokojna.
Horski spoglądał na nią uważnie.
— Gdzie się chowasz, czas wyjeżdżać, konie czekają.
— Modliłam się.
— Och, naturalnie! Czy będzie osobny bagaż z bóstwami różnego gatunku?... Kapliczki chyba nie zapakujesz?
Anna milczała.
— Ceremonje pożegnalne jeszcze nie skończone, nadszedł nowy import bab i chłopów ze spuchniętemi nosami, dzieci z ochrony, cały legjon tałatajstwa. Straż leśną i służbę kazałem przepędzić, bo się znowu gromadziła. Per Bacco! dosyć tego. Załatwiaj się z nimi prędko, jeszcze objęcia Lińci, Hadziewiczów... Aa! za dużo naraz rozczuleń! Do stacji 30 wiorst, musimy zdążyć na kurjer, nie zapominaj.






XXVI.
Via doloris.

W strojnym buduarze w Hurlestone-House, Anna Horska czytała Voltair’a.
Postać jej zmieniona bardzo wyrażała apatję i widoczne zniechęcenie. Twarz blada anemicznie, oczy przygasłe, usta jak zwiędłe kwiaty. Kaszlała, często dotykając ręką zbolałych piersi. Do pokoju wpadał potężny huk morza i wicher uderzał w szyby, że dźwięczały, jęcząc żałośnie. Wilgotne, słone i zimne powietrze wsiąkało do pokoju, pełzając po ścianach, mrożąc. Anna otuliła się szczelniej szalem z dreszczem niemiłym. Wreszcie zadzwoniła.
Wszedł stary służący, ubrany we frak i w krótkie spodnie, przy pończochach sięgających do kolan. Wygolony, z ostremi rysami, niesympatyczny.
— Jakóbie, proszę napalić na kominku, chłodno tu.
Sługus mruknął pod nosem i wyszedł.
Gdy ogień błysnął, Andzia przysunęła fotel do kominka, rzuciła książkę i wpatrując się w płomień jęła rozmyślać, poco to czyta, jaka z tego korzyść?... Zostaje gorycz w duszy, cierpki smak i bunt. Tyle już dzieł przewertowała, które męczyły ją, niepokoiły, często oburzały. Oskar podsuwa jej te książki. Poznała wszystkie utwory Zoli, Voltair’a, D’Annunzia, Bourget’a, Jana Jakóba Rousseau, najśmielsze pióra francuskie, włoskie, angielskie wertowała w oryginale lub tłumaczeniu.
Oskar dostarczał jej mnóstwo książek o charakterze antireligijnym, bezczeszczących wszystko co święte i co nauczyła się cenić. Czytała je niekiedy ze wstrętem, odrzucała, znowu wracała do nich i piła truciznę z całą świadomością, ale zachłannie. Czasem budził się w niej zmysł ostrzegawczy, aby do goryczy własnej nie dolewać kropel nowych, które przepalają duszę jadem niebezpiecznym. Lecz w ślad za tem następowały refleksje, że jednak ten jad posiada w sobie dużo atomów zastanawiających. I ciągnęło ją do tych książek siłą nieprzepartą. Nurzała w nich umysł skołatany, gubiła tęsknotę duchową i nostalgję za krajem.
Dysputy z Oskarem na temat dzieł przeczytanych dopełniały miary. On wielbił pisarzy najjaskrawszych, a podzielając ich zapatrywania, namiętnie wpajał je w Andzię, duszę jej gangrenując. Miał ją teraz wyłącznie pod swym wpływem, osiągnął go w stopniu najwyższym i potrafił wyzyskać. Anna żyła jakby zamagnetyzowana przez Oskara, jego wola i siła hypnotyczna oddziaływały na nią tyranicznie.
Narzucał jej myśli swe i... myślała tak jak on.
Narzucał upodobania i... lubiła to, co lubił Oskar.
Narzucał swe poglądy religijne, społeczne i... ona zaczynała im już hołdować.
Najdłużej broniła swych wierzeń religijnych, upornie starając się zatrzymać je przy sobie.
I oto ulatniały się powoli, nieznacznie, wyciekały z jej duszy, kropla po kropli, pozostawiając po sobie bolesną ranę. Niby wyszarpnięcie kawała serca, krwią gorącą kipiącego, takie pozostało uczucie w istocie Andzi. Czego nie wyłamał w niej przedziwny fluid Oskara, to dokończyły książki dostarczane przez niego.
Wiara Andzi gasła, nikła, jak pochodnia gorejąca, której zabrakło paliwa a wiatr dmie ze wszystkich stron i tłumi resztkę płomienia. Nie było dla niej ochrony ani ratunku, same przeciwności popychające ją do zatraty jedynego już blasku w życiu. Dopóki musiała i mogła, modliła się Andzia gorąco o dziecko. Pragnienie zostania matką było dla niej najsilniejszem. W tym celu poddawała się badaniom lekarskim w Londynie, w sekrecie przed mężem, który nie podzielał jej pragnień, zasięgała rady specjalistów i z myślą o dziecku leczyła się w tym kierunku. Wszystko napróżno.
Wreszcie dowiedziała się od sławnego doktora w Paryżu, że brak macierzyństwa nie jest jej winą, że zatem wszelkie zabiegi osobiste pożądanego skutku nie odniosą. To ją zgnębiło ostatecznie. Wpadła w apatję, ogarnęła ją nuda i kompletna bezcelowość życiowa. Pustka w jej duszy spotęgowała się, żal ustąpił miejsca krańcowemu zniechęceniu. Męką było teraz dla niej pożycie małżeńskie, przejmowało ją wstrętem i już nie potrafiła się zwalczyć. Przywiązanie do Oskara trwało, inne jednakże zawierając w sobie pierwiastki.
Dominował niezrozumiały magnetyczny wpływ Oskara, przykuwał on ją do niego mocą silniejszą niż miłość. Nawet, gdy poryw zmysłowy Andzi do męża zanikał, tamto pozostało i było zawsze władcze. Wpływ ten roztaczał się szeroko; niweczył indywidualność Andzi, zabijał jej wolę. Oskar umiejętnie, stopniowo tłumił w niej wszelkie ideały i odzierał z marzeń. Jednego tylko uczucia zniszczyć w niej nie potrafił — to jest tęsknoty. Anna tęskniła za niedościgłą nigdy dla niej utopją szczęścia. Tęskniła również namiętnie do Toporzysk i wogóle do kraju. Dobiegało trzy lata, jak opuściła Wołyń, od tej pory ani razu nie mogła się tam wyrwać. Zimę spędzali w Anglji. W lecie zamiast obiecywanych Toporzysk Anna podróżowała z mężem tam gdzie on chciał. Byli W Egipcie i w Indjach, w New-Yorku i Filadelfji, wszędzie po kilka miesięcy. Jeździł z nimi zawsze kolega Oskara i wspólnik Wiliam Brown, człowiek zimny, lecz rozwięzłych obyczajów, cynik i satyryk, przewyższający w tem nawet Horskiego.
Pomimo wielkiej rozmaitości wrażeń podróże te bywały ciężkie dla Andzi. Wymawiała się od nich zawsze — napróżno. Oskar był arbitralny. Anna musiała mu ulegać.
Następowały pomiędzy nimi często gwałtowne utarczki, spowodowane wyrywaniem się Andzi na Wołyń.
Parę razy postanowiła jechać bezwarunkowo, była już w przededniu podróży i... Oskar zatrzymał ją zawsze. Używał do tego różnych sposobów, niejednokrotnie tak kategorycznych, że czuła się zmuszoną pozostać.
Z początku korespondowała często z Eweliną i Hadziewiczem, lecz w miarę wzrostu jej depresji moralnej wieści z kraju drażniły ją. Już nie wybuchy żalu, ale gniewny niepokój, następował u niej po odczytaniu listów Eweliny i Hadziewicza, które Oskar nazywał elegjami i jeremjadami. Z czasem listy z Toporzysk zmieniły się wyraźnie, były rzadsze i jakieś dla Andzi niezrozumiałe, tembardziej draźniące. Mnóstwo w nich było niedomówień, domyślników, odczuwało się żal do Andzi, jakby wymówki, czynione z widoczną ostrożnością. To ją zniechęcało ostatecznie. Korespondencja słabła, aż ograniczyła się do nader rzadkich wiadomości. Apatja, w którą Andzia wpadła, była przyczyną tego. Horska śniła po nocach o kraju, często w pół śnie marzyło jej się, że jest w Toporzyskach lub w Wilczarach; podczas burzliwych nocy w Hurlestone-House, szum morza biała za huczące nurty Słuczy. Czasem drobny szczegół, kwiat, roślina znajoma, jakiś ptak przelotny przypominał jej Wołyń i nostalgja dręczyła ją okrutnie. Uplastyczniała sobie różne miejscowości Toporzysk i Wilczar, chłonąc wyobraźnią kochane widoki, prawie modląc się do nich, gdy jednak ujrzała na kopercie stempel wołyński, ogarniał ją chorobliwy lęk, czytała z trwogą w duszy i odrzucała list z gniewem.
— Po co oni mnie męczą?...
Dręczyła ją nuda. Był czas, że zachęcona przez matkę Oskara, w Londynie zajęła się spirytyzmem, uczęszczały razem na seanse zbiorowe lub urządzały je we dnie tylko, w mieszkaniu mistress Horskiej. Anna okazała się wybornem medjum, ekierka, której dotykały palce Andzi, biegała żywo, wskazując litery na alfabecie, z nich układały się słowa, zdania, wprowadzające panią Horską w zachwyt.
Za pomocą synowej, jako medjum, wywoływała w ten lub inny sposób duchy obce, często męża własnego i prowadziła z nimi długie mistyczne rozmowy, które nerwy Andzi wyczerpywały doszczętnie.
Młoda Horska walczyła niejednokrotnie z chęcią wywołania ducha Andrzeja, lecz czuła, że gdyby to nastąpiło dostałaby obłędu. Raz na zapytanie świekry, czy chce wywołać ducha kogoś ze swoich, odpowiedziała bez namysłu:
— Niech przyjdzie duch... Jana.
Ekierka po długiej chwili drgnęła pod palcami obu kobiet.
Starsza Horska skupiła się cała w alfabecie. Anna siłą zapanowała nad wrażeniem, drżącym głosem spytała ducha skąd przybywa, prosząc by jej powiedział coś o swem obecnem istnieniu.
Litery, słowa następowały po sobie szybko, pani Horska układała je w zdania, które po zatrzymaniu się ekierki przeczytała głośno ze zdumieniem:
„Nie istnieję. Niema raju, potępienia, niema dusz. Jest zatrata i nicość. Nie spływają ku wam duchy lecz natchnienia, myśli ludzkie, zbłąkane w atmosferze wszechświata, ku żywym dążą umysłom, jak magnes do magnesu...“
— Kto to mówi?! Czy to Jan?... Nie, to zły duch! nie wierzę... Jasiu!...
Ekierka poruszyła się znowu, Andzia sama już układała litery w słowa.
„Nie wzywaj ofiar swych, Anno. Męka moja była krótka, twoja stanie się długą gehenną, aż nastąpi dla ciebie zatrata w nicość. Miłosierdzia niema“.
Andzia zerwała się z krzykiem przerażenia. Uciekła od stołu i zaraz w następnym pokoju padła zemdlona. Gdy ją ocucono dostała ataku nerwowego i jakiejś chwilowej melancholji. Odtąd nie weszła nawet do sali spirytystycznej pomimo nalegań świekry.
Seans ten wywarł na Andzię wpływ wielki i zgubny dla jej zachwianej wiary. Pragnęła to z czasem wytłomaczyć sobie, zbagatelizować, jednak ziarnko zabójcze wpadło do duszy i kiełkowało.
Po zapale spirytystycznym nastąpił szał czytania, a nostalgja do kraju rosła, potężniała, chociaż w swej apatji Andzia już nie umiała jej odszukać. Była chorą na duszy i ciele i narkotyzowała się czytaniem wszeteczności.
I teraz pomimo protestu zadawanego sobie przed chwilą, sięgnęła znowu po Voltair‘a, zapalając elektryczną lampkę na konsoli kominka. Niektóre utwory tego wielkiego niszczyciela idei religijnej czytała po parę razy i to, co jej się przedtem wydało strasznem, zbrodniczem, to samo, teraz pobudzało ją do rozmyślań spokojnych, rodziło wątpliwości co do własnych wierzeń. Bezbożność Voltair‘a, jego apostolstwo zepsucia nie raziło już Andzi, przeciwnie debatowała razem z autorem nad przejawami życia i jego prawdami, przyznając mu słuszność w wielu razach. Sama widziała dużo i słyszała, spostrzegawczość i integencja dopomagały jej do wykrywania mnóstwa plam na pozornej bieli niektórych dogmatów i prawideł uznanych w świecie za nietykalne.
Zagłębiona w czytaniu, usłyszała za oknem sapanie automobilu. Zdziwiona podniosła głowę z uczuciem niezadowolenia.
...Czyżby Oskar?...
W odległych pokojach cichego zameczku powstał ruch.
Wkrótce potem Horski wszedł do pokoju.
Zbliżył się do niej niezwykle ożywiony, uścisnął ją krótko i zawołał:
— Nie spodziewałaś się mnie dziś widzieć. Co?...
— Tak. Sprowadza cię zapewne coś ważnego?
— Ale dlaczegóżby nie chęć odwiedzenia mojej dezerterki? Hm!... I tak ciągle przesiadujesz z książkami. Ach boski Voltaire! znowu go czytasz?... masz dobry gust.
Usiedli przy kominku naprzeciw siebie.
— Truję się, wiedząc, że się truję — odrzekła Anna obojętnie.
— Nie, ma cherié. Voltaire daje ci antydot przeciw dawniejszym truciznom, z któremi żyłaś. On oczyszcza atmosferę dokoła ciebie z klerykalnych mgieł; pogrążona w nich byłaś doszczętnie. Czy nie lepiej oddychać powietrzem rzeczywistej prawdy?...
— Trudno dociec, gdzie ona jest właściwie.
Oskar uderzył dłonią w otwarty tom.
— Tu ją znajdziesz, wierz mu, bo to genjusz. Krzewiciel prawdy nagiej, bo taka tylko prawda jest coś warta, tak samo jak piękna kobieta: wszelkie osłony ją szpecą, zwłaszcza zakonne szaty. Prawda istotna nie znosi tajemnic. To co się szczelnie habitem okrywa i obwarowuje tajemniczością nie wzbudza zaufania, najczęściej jest hipokryzją.
Pochylił się ku żonie z uśmiechem.
— Z przyjemnością spostrzegam, że opada już z ciebie pleśń dawnych zabobonów. Otrząśnij się Anni z tej szarańczy... to dławi.
— Ty nazywasz pleśnią to właśnie, co może jest kryształem, to zaś — wskazała na książkę — może grzyb złośliwy, rak nie dający się wyplenić, gdy raz zapuści korzenie, już panuje.
— Jednakże w obu definicjach dodajesz — „może“, — idei zaś wolteroskiej przyznajesz to, co jest jej cechą znamienną, jak i cechą każdej prawdy — niezwalczoność, gdy raz ją poznasz, nie odrzucisz, gdybyś nawet chciała. To wzrasta samoistnie i nieda się wyplenić. Brawo! Jesteś Anni na dobrej drodze.
— Przeciwnie, błądzę w ciemnościach i drogi nie widzę. Moja dawna, jasna i dobra już mi się teraz rozdwoiła... zatarła... Padł na nią mrok — szepnęła Andzia smutnie.
— Bo olśnił cię inny, plastyczniejszy szlak. Ku niemu dąż a zyskasz spokój i nawet szczęście. Lepszym jest realny wiatr złudę rozwiewający, niż mistyczne tumany biblijne. Wytwarzają one duszną mgławicę w umyśle. Bądź Anni esprit fort. Baśnie, którym dawniej hołdowałaś i te twoje dobre niby i jasne drogi zostaw dla tych, co niedostąpili łaski przejrzenia. Głów do pozłoty nie zabraknie, ślepców również.
— Może to ja właśnie ślepnę?... Mówisz, że złuda nie jest szczęściem?... jednakże ona daje nadzieję i rodzi ideały; dwa czynniki życiowe, bardzo potężne. Gdy ich zabraknie....
— Ach, no, wówczas wstępuje na tron gieneralna... istota rzeczy. Daje ona swym poddanym najwyższy dorobek umysłowy. Przytem nie męczy, lecz koi. A propos, ty Anni wydajesz mi się zmęczoną, znowu zbladłaś i masz podkreślone oczy. Co ci jest?...
Przyciągnął ją do siebie z fotelem.
— Daj pokój... Oskarze... Zostaw mnie.
Ale jego oczy świeciły już lubieżnie. Zaczął ją pieścić po swojemu, obcesowo.
— Nie broń się, opór zawsze zwalczę... jestem spragniony ciebie. Tylko mi nie blednij, nie chudnij, tego nie lubię i nie bądźże taką apatyczną, to cię szpeci. Gdy jesteś słabiutka, rozczulasz mnie, ale nie bądź bierna. Opór bierze się przemocą, bierność się pomija, słabość łagodnością. Nie zechcesz chyba, abym cię pomijał. Co?... Tego żadna żona nie pragnie. Dziś powinienem być hojnie obdarowany przez... moją panią, bo najpierw chcę tego, a przytem mam dla niej wesołą nowinę...
Andzia nie miała czasu zapytać o co chodzi, gdyż w tej chwili poproszono ich do stołu.
Podczas kolacji Oskar opowiadał nowinki z Londynu, mówił dużo o wyścigach na derby, śmiał się z nowych awantur sufrażystek i z tego, że Katy już zdecydowanie do nich należy.
— Nie chciałbym stracić widoku jak policjant będzie ją ciągnął do więzienia. Per Bacco! to byłoby widowisko ciekawe. Policman powinien się uzbroić w tęgie rękawice i w przyłbicę, bo go Katy pogryzie i podrapie. Najpewniej także pierwsza umrze w więzieniu głodową śmiercią. Zawzięta jest.
Anna spytała o zapowiedzianą nowinę, lecz Oskar uśmiechnął się tylko.
— Dowiesz się potem, to wymaga natychmiastowej nagrody — szepnął dyskretnie, przeszywając Andzię wzrokiem drapieżnym.
Młoda kobieta drżała wewnętrznie, ogarniał ją lęk przed spodziewanemi pieszczotami. Widząc wyjątkowy nastrój męża nie miała nadziei uwolnić się od nich a przerażały ją. Doznawała uczucia niewolnicy w haremie, zdanej na łaskę i niełaskę sułtana. Coś zwierzęcego błąkało się w tem wrażeniu: upokarzająca uległość, bezwola własna i tyraniczna przynależność do swego pana. Targały nią przykre, aż bolesne uczucia. Hańbiące były, policzki jej oblewały krwią wstydu.
Zamilkła, sposępniała.
Po wieczerzy Oskar oznajmił wreszcie żonie ową nowinę.
— Wyjeżdżamy do Monte-Carlo na cały sezon.
Zadrżała.
— Co ty mówisz Oskarze?... Jakto?... A wasze biuro?...
— Hm! biuro. Zdecydowaliśmy z Brownem zamknąć interes. On jedzie próbować szczęścia do Paryża ja... mam już tego dosyć.
— Ale skądże projekt jazdy na Riwierę. Co za pomysł?... Czy już nie dadzą się utrwalić interesy domu komisowego, czy to bankructwo Oskarze?... Mówiłeś zawsze, że wybornie stoicie finansowo, że duże obroty. Skąd więc tak nagle?...
— Poprostu odstępuję od spółki, Wiliam sam utrzymać się przy tym interesie nie może, tembardziej, że jest on zachwiany.
— Ach więc to tak sprawa stoi?... Nie omyliły mnie moje przeczucia. Znudziłeś się już, Oskarze, pracą konkretną, która cię jednakże chyba nie zamęczała. Cóż będziesz teraz robił?...
— O moja droga! Co będę robił?... Per Bacco! będę żył, no i już. Jestem stworzony do życia swobodnego, nie zaś do ślęczenia w biurze. Przeliczyłem się z własnemi siłami. Człowiek powinien zawsze ulegać swym instynktom i wymaganiom, tam iść dokąd go one kierują. Do jarzma nie jestem stworzony.
— Oskarze, ciebie już znowu ciągnie ruleta!
— Ciągnie mnie świat wogóle, nie tylko szczegóły. Sądziłem, że ci zrobię przyjemność, tą wiadomością, ty zaś wpadasz w ton, którego u ciebie nie cierpię.
— Ach, projekt wyjazdu na Riwierę powstał nie dla mojej przyjemności napewno. Wiesz dobrze, że zawsze cię od tego odciągałam.
— Nie dziwacz się, Anni, bądź światową kobietą, za jaką cię uważam. Riwiera zrobi ci dobrze. Mówiłaś mi kiedyś, że ci klimat Anglji nie służy. To bardzo możebne; mizerniejesz niezwykle, zauważyłem, że kaszlesz; zobaczysz, że cię południe uleczy. Chcę być dobrym mężem — uśmiechnął się.
Anni spojrzała błagalnie.
— Oskarze! nie jedźmy tam. Jeśli jesteś wolny, zrób dla mnie coś, za co ci będę nieskończenie wdzięczną... Jedźmy na... Wołyń... tak już... dawno... dawno...
Horski wybuchnął śmiechem. Odstąpiwszy na krok od Anny, śmiał się cynicznie, patrząc na nią z politowaniem.
— Na honor, to dopiero pomysł?... ha, ha, ha! Wołyń zamiast Riwiery?... Nadzwyczajne! To coś jak kurnik w zamian za salon. Ha, ha, ha! Dowcipna jesteś, moja pani... Ubawiłaś mnie kapitalnie. Ha, ha, ha!
— Szatańsko się śmiejesz. Och jakiś ty niedobry. Więc mnie puść do tego... kurnika. Droższy on dla mnie niż cały świat. Pozwól, ja sama pojadę do Toporzysk.
— Po co?...
— Po to, że pragnę tego, że tęsknię do kraju, tęsknota mnie zabija. Chcę pobyć wśród swoich, czuję się Polką, ty tego nie rozumiesz, boś ty nie Polak, bo niemasz przywiązania do swej ojczyzny. Ale ja...
— Ty powinnaś się stosować do mnie — rzekł zimno.
— Niewolnicą nie jestem — wybuchnęła. Ulegam ci zawsze, ale ty nie odczuwasz mych pragnień, mej nostalgji. Mój stan duchowy nic cię nigdy nie obchodzi, a przecie jestem także człowiekiem.
— Nie wątpię. Jesteś zarazem piękną kobietą, której bardzo do twarzy, gdy się gniewa.
— Nie żartuj, Oskarze. Ja mówię serjo i chcę abyś mi tak samo odpowiadał. Pragnę pojechać do Toporzysk, nie byliśmy tam trzy lata, pomimo twych obietnic, że co rok będziemy.
— Gdyby świat składał się tylko z Anglji i twego Wołynia byłoby to możliwem. Skoro jednak świat jest nieco szerszy...
Andzia wzruszyła ramionami, zrozumiała już, że nie dojdzie dziś z mężem do porozumienia.
Po chwilowem milczeniu Oskar rzucił ironiczne pytanie:
— Cóż ci tak nagle Wołyń w głowie zaświtał. Hm?...
— Nie zapominam o nim nigdy, bądź pewny. Jestem niespokojna, bo nie miałam listu z Toporzysk od pół roku.
— Od czcigodnej Lińci. Co?...
— I od Eweliny i od Hadziewicza.
— Hadziewicz nie może pisać z Toporzysk, skoro go tam niema.
— Jakto?... Gdzież on jest?
— Och, adresu jego nie posiadam i nie ciekawym.
— Więc wyjechał?...
— Tak, jeszcze w zimie.
— Ależ dlaczego?... Co to znaczy?...
— Wymówiłem mu posadę.
Na twarzy Horskiej odmalowało się zdumienie i przestrach.
— Hadziewiczowi?... Za co?... Jaki powód?...
— Nie podobał mi się i nie dogadzał mi — odrzekł chłodno.
— Dlaczego mi o tem nic nie mówiłeś zanim się to stało?... Może postąpiłeś niesłusznie, może to jaka intryga przeciw Hadziewiczowi? Widzisz to są skutki twego uporu. Gdybyśmy bywali w Toporzyskach często, choćby co rok tylko, nie pozbywałbyś się zacnego człowieka, który tyle lat pracował u nas. Ach Boże, czemuż ja o tem nie wiedziałam! Jestem przekonana, że stała się jakaś niesprawiedliwość.
— Hadziewicz sprzeciwiał się mojej woli, i dlatego został usunięty.
— Czy zamało ci przysyłał pieniędzy? — spytała z ironją.
— Nie wypełniał mych poleceń, to wystarczy. Zresztą fakt spełniony i niema o czem mówić.
— Dlaczego Ewelina nic mi o tem nie pisała, co to jest?... Jak można było ukrywać przedemną taką rzecz?...
— Czy to sprawa wszechświatowej wagi?
— To kwestja sumienia i naszego bytu, Oskarze. Hadziewicz był stróżem naszych majątków, stróżem jedynym. Zdolny administrator, gospodarz wzorowy, znał stosunki, ceniony był tam powszechnie, szanowany. Jego ustąpienie to prawie... nasza ruina. Jeśli przytem wymówiłeś mu miejsce niesłusznie...
— No, dosyć o tem! Idź spać Anni, godzina jest późna... Czekaj na mnie. Przejrzę jeszcze dzienniki.
Annę wstrząsnął dreszcz obrzydzenia i zgrozy.
— Czy nie dasz mi Oskarze żadnych wyjaśnień co do Hadziewicza? Chyba mam prawo pytać i wiedzieć dlaczego się to stało.
— Tak chciałem i koniec! Proszę cię nie nudź. Przeglądałem już te dzienniki dziś rano. Pójdźmy do sypialni. No, no, bez dąsów... Wszelkie nadużycia nie sprawiają efektu, więc i gniew w kobiecie bawi do czasu. Jesteś piękną w gniewie ale nie przesadzaj. Pójdź Anni i zmięknij, nie byliśmy z sobą parę tygodni... Co?... Mam nadzieję, że się na tobie nie zawiodę, moja ty Junono...
Obejmował i ciągnął ją do siebie lubieżnie. Usta jego szukały jej ust, twarz była uosobieniem zmysłowości.
Anna cofnęła się ze wstrętem, zakryła ręką usta.
— Zawsze to samo! — zawołała wzburzona. Uważasz mnie tylko za swoją nałożnicę. To okropne, okropne, mnie to oburza, upokarza, to mnie upadla!
Oskar wściekły porwał ją w ramiona i zgniótł strasznie, głos jego miał głuche, groźne tony.
— Musisz mi być powolną, kiedy chcę, kiedy rozkażę, żądam i ulegniesz. Podnieciłaś mnie do szaleństwa. Pójdź!
Wlókł Andzię, niosąc ją prawie w ramionach.
— Precz! — krzyknęła w pasji najwyższej.
Odtrąciła go od siebie i wysunęła się z jego objęć.
— Precz! Nie dotkniesz mnie dzisiaj. Idź spać, ja tu zostanę.
Oskar śmiał się cicho, demonicznym chichotem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tej samej nocy jeszcze Anna musiała mu być posłuszną. Mękę jej fizyczną zaćmił tragizm duchowy, pokrył czarnym kirem znękaną duszę młodej kobiety.






XXVII.
Grom.

Wiosna była w całej pełni, początek czerwca. Buszowały wiatry, przesiąknięte ciepłemi prądami płynącemi z morza. Powiewy te nie były upalne, lecz miłe. Anna wdychała je z lubością w swe zbolałe piersi; wiatr morski przynosił jej jakby pełną czarę życia, z której piła chciwie.
Po długiej chorobie nastąpiła rekonwalescencja. Anna siadywała przy oknie otwartem, zapuszczając przygasłe oczy w dal morską. Tam, skąd płyną te bałwany pieniste, po za tą cieśniną, tam chciałaby już być teraz, w porcie Calais, wsiąść do pociągu, któryby ją wiózł przez obce kraje, miasta wspaniałe, huczne stacje i wysadził by ją na małej, upragnionej stacyjce, wśród borów i stepów. Ucałowałyby tę ziemię drogą, pożegnaną tak dawno. Śniła o niej, majaczyła podczas choroby, pragnęła umrzeć, byle choćby duchem zalecieć nad Słuczy błękitno-szare fale, nad ciemnych borów rozkoszną gęstwinę. Tam teraz kwitną azalje: żółto-pomarańczowe, strzeliste kielichy lepkie z białem piórkiem w środku, nęcące czarem kształtu, bogactwem barwy i przepychem woni.
Jakiż tam teraz aromat w borze z bujnych krzewów azalji, które wśród podłużnych liści ciemno-szmaragdowych, na wysokich łodygach uzbrojonych w kolce, panują na parterze lasów. Pyszne, królewskie podszycie sosen tytanów, sięgające wysoko, jakby do kolan tych masztowych kolosów. Krzewy azalji, gdy wyrosną bujnie, potrafią skryć w swym gąszczu jeźdźca na małym włochatym koniku chłopskim. „Draposztany“ — tak je lud miejscowy nazywa z powodu niebezpiecznych dla ubrania kolców.
Horska śmiała się serdecznie.
— „Draposztany“ kochane, kochane kwiaty, ileż razy wśród nich spacerowała z Jasiem jeszcze i sama, z Hadziewiczem... i nawet z Oskarem zanurzała się w ten las żółto ognisty, pachnący. I on podziwiał....
Anna wstrząsnęła się na wspomnienie męża, serce jej kurczyło się z trwogi, gdy powracały myśli o strasznej jesieni i zimie spędzonej na Riwierze, potem w Paryżu. Postać męża w różnych fazach, dla niej coraz sztywniejsza i obca, jak groźna, nieubłagana siła.
Oskar przy rulecie w Kasynie, sypiący złotem. Skąd on ma tyle złota?... niepokoiła się nieraz.
— Wygrywam — odpowiadał jej sucho.
Ona jednak wiedziała, że właśnie przegrywa olbrzymie sumy.
Widywała go często przy stołach gry w otoczeniu pięknych kobiet w stylu dawnej Lory, obecnie już nie pysznej kurtyzany, lecz wypędzonej przez męża i rozwiedzionej, zwykłej, upadłej kokoty kasynowej.
Uśmiechały się do Oskara te kobiety bezwstydnie, pożerając wzrokiem jego stawki. Spotykała go najczęściej z jedną wykwintną damą, którą otaczał widocznie swą adoracją, zawsze taki sam typowy rasowiec, kryjący pod skórą światowej dystynkcji drapieżnego sępa, szukającego ofiar.. Sępa czy głowonoga... który wyssawszy krew z jednej istoty ogląda się za drugą?
Ale wówczas powinien już zaniechać pierwszej. Dlaczego nie puścił jej na Wołyń, lecz zabrał z sobą, aby ją mordować w dalszym ciągu, aby się znęcać nad jej duszą i ciałem, aby wreszcie doprowadzić do moralnej i fizycznej choroby?
W Paryżu szalał. Ogarnęła go jakby wścieklizna używania życia, porwał go jego nurt. Anna wiedziała, że jakaś piękna baronowa Francuzka, jest przyczyną nowych zapałów Oskara. Nic ją to już nie obchodziło, pragnęła tylko dla siebie spokoju i nie miała go.
Po orgjach zmysłowych z francuską heterą, wyzuty z wszelkich etycznych i ludzkich względów pastwił się nad żoną, opluwając ją resztą swych żądz nienasyconych, ohydnych. Anna pozbawiona zupełnie sił, woli własnej i pieniędzy, była jak prosta nędzarka w jego niewoli, żebrząca litości u swego tyrana, już nie dla duszy, ale dla ciała. Sam zdeprawowany doszczętnie ciągnął żonę do ostatecznej ruiny moralnej, chcąc ją wtłoczyć we własne błoto. Pochłonął ją jak hydra, zostawił włókno, zabite duchowo, bez wiary, bez krzty dawnych złud, nadziei, z resztkami fizycznych sił i zarodkiem nieuleczalnej choroby piersiowej. Gdy stała się już dla niego ciężarem bezużytecznym, cieniem ludzkim, gdy w rozpaczy porwała się raz na swe życie, wówczas odwiózł ją z Paryża do Hurlestone-House, chorą prawie beznadziejnie, kopnął ją jak psa zdychającego, zostawiając pod opieką najętej pielęgniarki. Choroba pochodząca z wyczerpania fizycznego i duchowej, krańcowej depresji, zakrawającej już na obłęd, ssała organizm długo, aż powaliła go, zdawało się tylko do powolnego konania. Jednakże spokój zupełny, cisza, powietrze świeże, morską solą przesiąkłe, a może i niewypełnione jeszcze przeznaczenie dwudziestoośmioletniej kobiety zwalczyły chorobę. Wiosna dokończyła cudu odrodzenia materji, duch się nie uratował, jeno spłynęło nań jakby odrętwienie po rozpaczy. Po trzech miesiącach zaledwo zaczęła wstawać z łóżka, siły jej powoli wracały, a z niemi nostalgja do kraju rosła coraz potężniej. Anna myślała tylko o Wołyniu, mówiła o nim bez końca pielęgniarce, gdy zaś już ta ją opuściła, rozmawiała sama z sobą wywołując głośno ukochane miejsca.
Na wspomnienie ludzi ogarniał ją żal i smutek. Nikt o nią nie dbał, wszyscy zapomnieli.
Nikogo już tam nie miała, nikogo. Jedyna przyjaciółka i życzliwa jej dusza, Ewelina, nie żyje, zmarła podobno zeszłej jesieni. Andzia opłakała ją rzewnie. Nikt jej już nie czeka na ukochanym Wołyniu, prócz jej ziemi, która wierną pozostanie.
— Więc żyć dla niej i w niej spocząć. Byle nie tu, byle nie tu.
— Ale za co pojadę, za co?.... — zadawała sobie rozpaczne pytanie.
Była zupełnie bez pieniędzy. Czy Oskar przychyli się teraz do jej prośby?
— Ach, gdybyż zdrowie wróciło, możeby sobie jakoś poradziła?
Gdybyż cztery lata spędzone w Anglji, zwłaszcza rok ostatni wymazać z pamięci i zacząć nowe życie?...
Czy to już możliwe?... Czy ja jeszcze mogę marzyć? Czy mam do tego prawo?...
Dnie biegły monotonnie, Anna spędzała je przy oknie, do parku wychodziła bardzo rzadko, zbyt była osłabioną, prosić zaś pomocy służby nie chciała za nic.
Jakóba, starego kamerdynera, nienawidziła z całej duszy, czując przed nim zabobonnv lęk, poza nim w pałacyku była tylko ochmistrzyni, która gotowała Horskiej i sprzątała jej pokój. Posępny pałacyk stał się wygnaniem dla Anny, wolała jednak tę pustkę, niż gwar wielkomiejski; przeżyła w nim piekło na ziemi. Cisza Hurlestone-House sprawiła jej ulgę wielką i Anna pokochała ciszę, przedtem pragnęła śmierci, teraz chciała żyć, aby powrócić do kraju. Targały nią często złe przeczucia, lecz oddalała je od siebie z gniewem, bo zakłócały jej słodkie tęsknoty.
Pewnego dnia siedziała na tarasie, wysuniętym głęboko w otwartą część parku, z szerokim widokiem na morze. Wiatr chłodził ją przyjemnie, czuła żywszy obieg krwi w żyłach. Przyglądała się łódkom rybackim śmigającym po falach, zakrywanym niemal zupełnie przez bałwany wznoszące się wysoko. Ujrzawszy ją, rybacy kłaniali się jej uprzejmie z widoczną życzliwością, paru wylądowało, podeszli do balkonu, otoczeni gromadką dzieci, których całe stado bawiło się na brzegu. Rybacy dopytywali się serdecznie o jej zdrowie, dzieci obdarowały ją bukiecikami mizernych polnych kwiatków. Rozrzewniła Annę troskliwość tych ludzi prostych, okazujących jej serce tak szczerze i bezinteresownie, Pytali ją, czy już zostanie w Hurlestone-House na stałe i czy jej czego nie brak. Zagawędziła się z nimi wesoło. W tem jeden z nich, spojrzawszy w głąb parku, zawołał:
— Jakiś gentleman jedzie automobilem, ale to nie nasz pan, automobil najęty z Duwru. A!... to ten sam turysta, co już był onegdaj na naszem wybrzeżu.
Usunęli się przed nadjeżdżającym samochodem, który skręcił nagle z głównej drogi i zamiast do podjazdu właściwego podjechał z szumem przed taras. Horska spojrzała i nie uwierzyła własnym oczom.
Z samochodu wysiadł Drohobycki. Wstępował na schody z kapeluszem w ręku wlepiając w nią zdumiony wzrok. Podbiegła do niego z okrzykiem.
— Pan tu? Skąd?... Jakim sposobem....
Wyciągnęła do niego rękę, którą długo i serdecznie ucałował, odczuł jej bezmierną chudość i spojrzał na nią ze współczuciem. Anna instynktem kobiecym odgadła, że jej twarz i postać, tak bardzo zmieniona, zrobiła na nim przykre wrażenie, czytała to w jego oczach. Lecz on opanował się natychmiast.
— Pani była chorą, słyszałem, narażam panią, być może, jednak przyjazd mój był konieczny.
— Panie, co słychać u nas w domu, w Toporzyskach?... Czemu nikt nie pisał?... Tak o mnie zupełnie zapomniano?! — wybuchnęła.
— Ten sam zarzut robiliśmy pani, zanim nie zbadałem całej potwornej intrygi, która panią otacza. Nie otrzymywała pani listów z kraju?....
— Ani jednego od półtora roku przeszło.
— My nie mieliśmy żadnych wieści o pani od dwóch lat.
— Cóż to znaczy?...
Listy do pani i od pani były przejmowane z całą systematycznością.
— Przez kogo?...
— Robił to kamerdyner państwa, Jakób, z rozkazu pani męża.
— To... nie prawda... nie prawda... — jęknęła.
— Jakób podróżował z państwem zawsze, czy tak?...
— Przeważnie, był także z nami podczas ostatniej podróży na Riwierę i w Paryżu.
— I on wykradał całą korespondencję do pani z Wołynia.
— Skąd pan takie przypuszczenia... straszne?... To jest rzecz niemożliwa! Jakób jest zdolny do wszystkiego, jednak... mój mąż...
— Mąż pani chciał ukryć przed nią to, co się działo na Wołyniu.
— Co takiego?... Mówże pan...
— Toporzyska i Draków sprzedane, wilczarskie lasy również, tną najpiękniejsze uroczyska. Ruina zupełna, bankructwo.
Anna cofnęła się, uczuła jakby uderzenie młotem między oczy, ziemia zawirowała pod nią wściekłym tańcem. Upadłaby z wrażenia, lecz Drohobycki ją podtrzymał.
— Pani, na Boga, proszę być przytomną, dzielną, pani Anno....
Przeraziła go myśl, że ona zemdleje. Jest świeżo po ciężkiej chorobie, taki cios może ją zabić. Zmieszany i przestraszony posadził ją na ławce tarasowej.
— Pani Anno, co pani!
— Co pan powiedział?... Co?... Czy ja śniłam?... Co się stało?...
— Pani jest słabą, ja nie powinienem, nie zastanowiłem się, że taki grom...
— Niech pan mówi — krzyknęła, rzucając się ku niemu jak oszalała. — Co się stało?... Toporzyska... Draków...
— Sprzedane.
— Kto sprzedał?... Kto?...
— Za długi prywatne i bankowe, które zaciągnął pan Horski, bank ziemski wystawił majątki na licytację!
— Czy już... już... niema ratunku?...
— Żadnego. Kupił bogaty Rosjanin.
— Rosjanin?...
— Pani Anno, czy pani jest przytomna?...
— Tak, tak, więc kupił Ros... janin... Ros... janin?....
— Niestety tak.
— Kiedy to się stało?...
— Przed miesiącem. Niech pani wierzy, że cała okolica chciała panią ratować, mieliśmy wspólnie nabyć te majątki, by z czasem, lecz licytację przyspieszono, stało się to nagle.
— Czemu ja o tem nie wiedziałem, czemu nikt... przedtem?....
Anna szeroko otworzyła przerażone oczy.
— Pisaliśmy kilkakrotnie, zawsze bez skutku. Telegrafowaliśmy tu, do Hurlestone-House, wzywając panią, depesze były naglące, z podpisami okolicznych obywateli i panny Niemojskiej.
Anna szeroko otworzyła przerażone oczy.
— Eweliny?... Wszak ona nie żyje.
— Panna Niemojska jest chora, ma sparaliżowane nogi, ale żyje. Leży w szpitalu w Żytomierzu.
— Co to jest?... panie Drohobycki, pan się chyba myli.
— Niemojską widziałem przed swym wyjazdem z domu w celu odnalezienia pani, mam nawet list od niej. Skąd wiadomość o jej śmierci?
— Mówił mi o tem... mąż.
Drohobycki uśmiechnął się gorzko.
— Łatwe wyzbycie się pani przyjaciół; Hadziewicz usunięty, Niemojska umarła. Hadziewicz wyjeżdżając płakał, włosy rwał z głowy, on wiedział, że nastąpi to, co nastąpiło. Po jego wyjeździe majątki zaczęły topnieć gwałtownie. Nowy plenipotent otrzymywał ciągle polecenia od pana Horskiego, aby dostarczać jaknajwięcej pieniędzy. Uważał to sobie za główny obowiązek.
Zapanował nieład niesłychany, poszły lasy, które za bezcen sprzedawano, zaczęły się pożary lasów, straty olbrzymie na fabrykach, procesach z różnego rodzaju czynszownikami, słowem działy się okropne rzeczy, kradzieże i tak dalej. Nowy zarząd dobrany był stosownie do wymagań pani męża. Ale... posądzano i panią...
— Mnie?... O co?... — spytała Anna głosem znękanym.
— Że pani wspólnie z mężem przyczyniała się do rujnowania majątków. Opinja jest taka, że pani wiedziała o wszystkiem i nie starała się temu zapobiedz. Niektórzy sądzą panią bardzo surowo. Nikt nie przypuszczał, że pani jest niewolnicą i... męczennicą — dokończył szeptem, patrząc na nią z gorącem współczuciem.
Annę oblewał wstyd za męża, targała nią rozpacz.
— Więc już niema ratunku?... moja ziemia... sprzedana... a Wilczary?... Co w Wilczarach?...
— W Wilczarach tną las. Uroczysko na Krasnej duszohubie wycięte, kupili żydzi, Temnyj hrad...
— Co Temnyj hrad?... Co?... mów pan prędzej... prędzej.
— Podobno... rąbią... Ależ pani spokoju, na miłość boską... pani Anno.
Kobieta załamała ręce nad głową strasznym ruchem, aż trzasnęły kości. W jej oczach tragicznych Drohobycki ujrzał obłęd, okrutnie świeciły. Była uosobieniem nieszczęścia i fatalizmu.
— Pani Anno spokoju, przecie Bóg panią nie opuści.
— Bóg?! ha, ha, ha! — zaśmiała się piekielnie. Gdybyż Bóg istniał? ha, ha! Bóg! w Bogu szukać ratunku?... Szukałam go u Niego. Tak, modliłam się, błagałam o miłosierdzie. Ale to nie dla mnie... zresztą miłosierdzia niema. Pan się dziwi? pan jeszcze wierzy w Boga?... to dobrze... ja już nie potrafię... Temnyj hrad rąbią? dęby! piekło sprzysięgło się na mnie.
Upadła na poręcz tarasu, skurczyła się i wybuchnęła przeraźliwym płaczem, lecz zmogła się natychmiast, powstała i zalana łzami, drżąca na całem ciele chwyciła Drohobyckiego za ręce.
— Niech się pan nie dziwi mej słabości, ciężkie miewam chwile w życiu, ale i to jeden z ciosów najokrutniejszych.
Znowu krótki łkający spazm.
— Ani chwili do stracenia, muszę jechać tam... ratować, co się da ocalić.
— Tak, pani, tak — zawołał gorąco, żałuję teraz, że nie przyjechałem wcześniej ostrzedz panią, lecz sądziliśmy wszyscy, że pani idzie z mężem ręka w rękę, że on panią ostatecznie wciągnął w swój świat. Znany nam był wyjątkowy wpływ pana Horskiego na panią. Nikt nie przypuszczał, że pani jest otoczona siecią intryg i kłamstw.
— I wy mogliście wierzyć, że się was wyrzekłam?... że tak bezczelnie zapomniałam o kraju i... Ewelina uwierzyła w to?... to straszne!... to... to... podłe...
— Pani Anno, niech pani nas nie potępia, my...
— Ja nie dziwię się panu i okolicy, ale Hadziewicz, Ewelina... Grześko wreszcie... lub Kościesza... Janusz...
— Niechże pani nareszcie przestanie wierzyć w Kościeszę. On należał do tych, co panią okradali nie tylko przedtem, lecz i teraz. On jest w spółce z żydem szachrajem, którego zarekomendował zarządowi Toporzysk, jako kupca na lasy wilczarskie.
— Zarządowi, a wszak Toporzyska sprzedane?...
— Sprzedaż dokonała się przed miesiącem, Krasną duszohubę zaś wycinali w ciągu ostatniej zimy. Po bezskutecznych odwoływaniach się do pani, panna Ewelina pisała do Monte-Carlo do pani von Bredov Nordica z zapytaniem, gdzie się pani znajduje. Odpowiedź była, że albo w Paryżu lub w Hurlestone-House, słowem niewyraźnie. Natomiast Nordicowa udzieliła nam dużo szczegółów o... istotnej sytuacji pani, które otworzyły nam oczy na jej... niedolę.
— Jakimże sposobem pan mnie tu znalazł?
— Pisaliśmy do pani do Paryża pod adresem jej męża, otrzymaliśmy adres od administracji. Stamtąd również nie było odpowiedzi. Wówczas pojechałam sam.
— Do Paryża?...
— Tak. W hotelu, w którym mieszkał pan Horski, poinformowano mnie, że panią odwieziono już przed trzema miesiącami chorą do Anglji, pan zaś wyjechał do Londynu. Domyśliłem się, że pani jest albo tu albo w Londynie i postanowiłem najpierw szukać w Hurlestone-House. Tym razem szczęście mi sprzyjało.
— Gdzież się pan tu zatrzymał?...
— W Duwrze. Postępowałem jak detektyw, przyznaję. Zwiedzałem w Hurlestone-House jako turysta, wyśledziłem, że pani jest w zameczku sama i po ciężkiej chorobie. Rybacy, których tu przed chwilą widziałem, współczują niedoli pani; podobno pani uczyła dzieci rybackie i była dobrym duchem ich rodzin, ci ludzie są wdzięczni i życzliwi, opowiadali mi, że kamerdyner Jakób, zaufany pana, strzeże panią, jak cerber, że on ma u siebie pieniądze na wydatki domowe i pani osobiste, że przez jego ręce i kontrolę przechodzi korespondencja.
Anna zakryła oczy, dławił ją wstyd i upokorzenie. Drohobycki kontynuował.
— Ponieważ już po informacji pani Lory odgadliśmy, że listy nasze są konfiskowane, teraz byłem pewny, że konfiskuje takowe Jakób, oczywiście z wyższego rozkazu. Wpadłem na myśl zrobienia próby. Z Duwru zatelegrafowałem wczoraj do pani, że przyjechałem z Wołynia, w ważnym interesie, że chcę się z panią widzieć i proszę o naznaczenie godziny audjencji.
— Nie oddano mi tej depeszy — szepnęła Anna.
— Wiem, ale ponieważ telegram był kategorycznie zapowiadający mój przyjazd, przeto otrzymałem odwrotną wiadomość, że państwo oboje wyjechali z Hurlestone-House niewiadomo dokąd. Podpisany był kamerdyner.
— To okrutne, okrutne, więc ja tyle czasu... w niewoli?...
— Bałem się, że ten fagas zawiadomi męża pani o mojej depeszy z Duwru i że panią wywiozą. Natychmiast wsiadłem do automobilu, nie chcąc stracić ani godziny.
— To dobrze. Kiedy pan wyjeżdża?...
— Myślałem, że... razem z panią?
Horska zastanowiła się.
— Nie, ja pojadę osobno, tak będzie lepiej.
— Boję się być natrętnym, jednakże....pani jest jeszcze bardzo osłabioną, taka podróż długa, bez opieki...
— Nieszczęście i pragnienie ratowania... resztek dodadzą mi sił. Ale przedtem muszę być w Londynie.
— Pani w Londynie?... po co?...
— Nie chcę wszakże uciekać z Hurlestone-House, to by mi ubliżało. Pan chyba rozumie?...
— A jeśli mąż zatrzyma panią? co wtedy?...
— Już mnie teraz nie wstrzyma żadna siła, nawet on.
— Pani Anno... może pani jest w kłopocie z powodu braku odpowiedniej sumy na podróż, proszę się nie krępować... odda mi pani po powrocie.
Horska podała mu obie ręce.
— Dziękuję panu z całej duszy, zacny przyjacielu, za wszystko dziękuję. Jestem istotnie bez grosza, Jakóba prosić nie będę. Owszem, niech mi pan pożyczy tylko na przejazd do Londynu.
— Niech pani tam nie jedzie, błagam panią, pani tam znowu uwięźnie.
— Zapewniam pana, że za kilka dni będę w Toporzyskach.
— W Wilczarach... pani Anno... tylko w Wilczarach. Tamto... przepadło.
Bolesny skurcz skrzywił twarz kobiety, schyliła głowę, chcąc ukryć nowe łzy, i szepnęła cichutko, z beznadziejną rozpaczą:
— Na ostatnim skrawku... mojej ziemi.






XXVIII.
„Lasciate ogni speranza“.

W gęstej wilgotnej mgle, zatapiającej w sobie ulice Londynu, szła Andzia ociężałym krokiem, jak lunatyczka. Mieszkanie Oskara zastała puste, szwajcar oznajmił jej krótko, że Horski wyjechał przed tygodniem do Paryża, i nic nadto żadnych wyjaśnień. Przyjęła wiadomość obojętnie, i nic nadto, żadnych bólów. Sama przed sobą nie umiała wytłumaczyć swego przyjazdu do Londynu. Odepchnęła z dumą brutalne indagacje Jakóba i jego upór towarzyszenia jej, gnała ją tu siła nieprzeparta, i przekonanie, że Oskar nie wie o ruinie grożącej im i że z nią razem zechce ratować, co się jeszcze da. Wszak nie jest tak podłym?... Anna nie potępiała męża, czuła jednak w swej duszy wyrok na niego, czuła, że znowu się tylko łudzi. Wyjazd z Hurlestone-House, bez uprzedzenia męża, uważała za niegodną ucieczkę. Trzeba ostatecznie wyświetlić kwestję ich bytu i życia. Postanowiła w niczem mu już nie ustąpić, wyjawić swe credo stanowczo i wracać do kraju z nim, lub bez niego, ale za jego wiedzą. Tchórzliwie uciekać przed nim było dla niej wstrętnem. Chociaż on o nią nie dbał, zostawił ją chorą na łasce służby, Anna jeszcze wierzyła, że wykrzesze w nim iskrę szlachetności, wierzyła, że jego lekkomyślność i rozpusta nie jest krańcową podłością. Wiara ta była w niej niesłychanie wątłą, którą zdmuchiwało pierwsze lepsze wspomnienie z ubiegłej zimy, pierwsza refleksja, lecz Anna podniecała ją sztucznie, byle nie dopuścić do skonu ostatniej nadziei. Zresztą uplastycznić swych uczuć nie potrafiła, był w nich niezmierny chaos i bezład; więc marne falsyfikatki dawnej ufności w męża, słabiutka minjatura nadziei, że jednak przełamie się ta jego zimna obojętność pod wpływem wieści o dokonanej katastrofie w Toporzyskach i Drakowie.
Może on nie wie, że to już spełnione?... Może?... może?...
...Nie, to niepodobieństwo!... on wie i dlatego unika jej, nie odwiedził ją ani razu w Hurlestone-House...
— Ach! Czyż to powód dla niego?... Wszak jej się nie obawia. Nie odwiedzał, bo nie było celu. Chorą, wycieńczona doszczętnie i pozbawiona dawnej urody, nie była już dla niego przynętą.
Szalał teraz za inną.....
...Głowonóg....
Anna doznawała ulgi niewypowiedzianej, że już przestanie być dla niego pożądaną. Fizyczna i materjalna ruina, ani jedno, ani drugie nie pociągające. Była przynajmniej spokojną osobiście a zarazem ciekawą, jak on się teraz wobec niej zachowa. Gdy ujrzy ją wynędzniałą przez chorobę, chudą, ze śladami jedynie dawnej urody, zginie jego namiętność, która tak długo była jej przekleństwem, ale odżyją w nim może szlachetniejsze porywy, aby tę ofiarę swoją wyratować z ostatecznej nędzy.
Anna pragnęła serdecznie takiej rehabilitacji męża, to też jego wyjazd dotknął ją boleśnie.
Szła trochę bez celu, doznając wrażenia, że jest jakby zawieszoną w powietrzu. Majaczyło jej w umyśle, że trzeba sprzedać trochę klejnotów, by zyskać potrzebną sumę na podróż do kraju. Odmówiła prośbie Drohobyckiego, nie spodziewając się, że nie zastanie Oskara w Londynie. Minęła kilku jubilerów nie mając odwagi wejść. Wtem spotkała się oko w oko z Katy Horską.
Chuda miss wyciągnęła do niej rękę serdecznie, co Andzię niezmiernie zdziwiło.
— Jak się masz Anni! Czy już jesteś zdrową? wyglądasz okropnie. Pewno już wszystko wiesz o Oskarze?
— Co się stało?...
— Więc nie wiesz? Oskar wyjechał do Paryża ze swą kochanką, baronową X... Francuzką, awanturowali się tu zupełnie jawnie. No, zresztą wiedziałaś o tem, zapewne, jeszcze w zimie.
Anna uczuła dziwny bezwład nóg, bała się upaść. Nie przewidziała takiej ostateczności, wieść ta przygwoździła ją na miejscu.
Katy badała wzrokiem bratową.
— Widzę, że jestem pierwszą zwiastunką tej wiadomości, ty mi tu zaraz zemdlejesz, jesteś jak cień. Chodź, pojedziemy do mnie.
Podprowadziła zdrętwiałą Andzię do doróżki.
— Po co wyjeżdżałaś z Hurlestone-House będąc chorą? Oskara nie zatrzymałabyś nigdy, on teraz znowu szaleje. Widzisz to są mężczyźni! egoiści, brutale, niegodziwcy. Oni wszyscy tacy, chcą nas mieć za niewolnice, człowieczego w nas nic nie uznają. Potwory! A ty im wierzyłaś, oddałaś Oskarowi całą swą istotę na ofiarę całopalną. Ogromnie naiwne są kobiety.
Anna milczała, zgnębiona była i pełna strasznego upokorzenia.
Gdy weszła do mieszkania Katy ocknęła się. Po co tu przybyła? żeby być przedmiotem litości jego rodziny?...
Uciekać stąd, uciekać jaknajdalej. Zrozumiała teraz, że przyjazd jej do Londynu był błędem, okrutną igraszką losu! urągowiskiem jej fatum, które nic jej nie oszczędziło, ostatnią złudę zwiało przed nią, zostawiając tylko zwątpienie. Jak przez sen, słyszała szorstki głos Katy potępiającej mężczyzn i kobiety, poddające się dobrowolnie w ich jarzmo. Miss Horska namawiała bratową, aby została w Londynie i zapisała się do związku sufrażystek, twierdząc, że tam dopiero znajdzie istotne zadowolenie, przytem zemści się nad Oskarem nienawidzącym sufrażystek.
Andzia skrzywiła się uśmiechem sarkastycznym.
— Moja zemsta nic go już teraz nie obchodzi, zrujnował mnie materjalnie, więc jestem dla niego zerem.
— No jednak coś jeszcze zostało, skoro Oskar liczy na ciebie, że spłacisz jego długi?....
— Jakie długi?...
— Ostatnie, zaciągnięte u osób prywatnych w Londynie, dość duża kwota.
— I on mówił, że ja spłacę?...
— Tak powiedział, że uregulujesz te długi sumą za sprzedany las, ten koło owych ruin starych, zwiedzaliśmy je wspólnie, bawiąc na Wołyniu. Zapomniałam nazwy, dziwaczna jakaś.
— Więc on działał z całą świadomością? Więc i Temnyj hrad sprzedany?... — jęknęła Anna raczej do siebie.
Wstała, pragnąc wyjść stąd jak najprędzej, czuła, że się dusi. Katy widząc jej stan psychiczny chciała ją zatrzymać, daremnie. Posadzka tego domu paliła stopy Anny, ogarnęła ją egzaltacja ucieczki stąd i z Londynu. Przebiłaby sobą mury, byle już tu nie być.
W ciemnym przedpokoju, gdy wkładała na siebie okrycie z pomocą Katy, ujrzała nagle zjawisko, które ją przykuło na miejscu. W otwartych drzwiach stanęła wyniosła postać kobieca, w białych zwojach lnianej szaty, luźnej jak płaszcz arabski, w białym zawoju na głowie, z kagankiem w ręku, wzniesionym nad głową. Wizja lady Makbet, typowa twarz, skupione brwi, chłód i duma. Rysy niesłychanie przypominające Oskara. Tylko tragizm zawarty w źrenicach kobiety-widma, różny był od szyderczych oczów tamtego.
Długą chwilę przyglądała się córce i synowej, poczem przemówiła niskim głosem.
— Wszak to jest Anna?... Co tu robisz?... Ciąży na tobie odpowiedzialność za Oskara. Nie umiałaś być dobrą żoną, taki zarzut to hańba dla kobiety, u nas to się piętnuje.
Andzia przecierała oczy, myśląc, że to sen lub halucynacja.
Otrzeźwił ją szept Katy.
— Mama rozmawiała z duchami, ma dziś na seansie kilku sławnych spirytystów, jest nastrojoną mistycznie, zresztą zawsze broni Oskara i patryjarchalności w małżeństwie, dwa kontrasty, nieprawdaż?...
— Czy wiesz gdzie jest twój mąż... Anno?.... Czy nie uznajesz, że twoje miejsce, jako żony, jest przy nim?...
— Niechże mama przestanie, Anna jest cierpiącą. Mama wie, że była chorą w Hurlestone-House?... Oskar uciekł z kochanką, czy powinna gonić za nim by mu się włóczyć u nóg? — rzekła Katy szorstko.
— Hańba upadku męża spada na żonę. Postępek Oskara, to twoja wina, Anno.
— Moja wina?... moja hańba... ja... jestem odpowiedzialną... za co?... Za co?... Za co!!... — wybuchnęła rozpaczliwym krzykiem.
— Za to, żeś nie umiała być żoną, żeś nie umiała rozpalić ogniska patryjarchalnego w waszem małżeństwie... za to, żeś nie dała mężowi dziecka... żeś nie ukochała... rodzinnego życia i jego świętych praw. To hańba dla żony.
— Ha, ha, ha! — zaniosła się Andzia okropnym, nieprzytomnym śmiechem. Szarpał jej piersi, jak huragan. Tragiczny i straszny był jej śmiech.
— Ha, ha, ha! napiętnowana... napiętnowana, shańbiona... Czy za to... że... byłam jego niewolnicą?! Ha, ha, ha!
Z tym śmiechem piekielnym, półprzytomna, wypadła z halu, zbiegła ze schodów zataczając się i tłukąc o ściany. Katy nie mogła jej dogonić.
Na ulicy Andzia oprzytomniała.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Z Duwru jechała pod opieką Drohobyckiego, nie wiedząc o tem. Czuwał nad nią z daleka, ale incognito. Zanadto była pochłonięta swym dramatem życiowym, aby zauważyć tę dyskretną troskliwość. W Berlinie, oczekując na kurjer odchodzący do Warszawy, piła czarną kawę przy ustronnym stoliku, w wielkiej jak koszary, sali bufetowej. W pewnej chwili stanęła przed nią dama wystrojona jaskrawo, wymalowana, w awanturniczym kapeluszu na rudych włosach.
— Hańdzia! Chyba się nie mylę... Andzia Horska czy tak?...
Andzia patrzała zdumiona.
— Widzę, że i ty mnie nie poznajesz. Brawo! No, Lora jestem, zawsze ta sama Lora. Nie widziałaś mnie od stycznia i już oczy wytrzeszczasz.
Wstrząsnęła ręką Anny zamaszyście i usiadła przy niej.
— Co to pijesz?... Czarna kawa?... głupstwo! ja wolę coś solidniejszego. Kelner! kelner! Zamówiła sobie jakąś mięsną potrawę i piwo.
— Dokąd jedziesz Andziu, gdzież Oskar? Czy jeszcze lata za tą głupią baronową francuską?... Ależ ty wyglądasz, istny Piotrowin. Czyś zmartwychwstała. Co ci jest?...
— Chorowałam, już jestem zdrową.
— Cóż tu robisz?....
— Jadę do kraju.
— Doprawdy? Tam, podobno ruina, no, nic dziwnego, skoro Oskar grasował w twych majątkach przez pięć lat z górą, to już z pewnością zostawił kłaki. Wiem, jak grubo grał i jakie przegrywał sumy. Co raz nowe systemy gry wymyślał, przytem otrzymywał stale imponujące zasiłki z Credit Lyonnais. Skądże je czerpał, przecie nie z Hurlestone-House? Obdzierał kasę wołyńską. Ciebie także wycisnął jak pomarańczę. Ale, ale, wiesz, pisała do mnie nieśmiertelna Lińcia, pytając o ciebie. Tyś ją opłakała, a ona sobie żyje w najlepsze. Skarżyła się, że nie pisujesz, żeś się ich wyrzekła i takie tam różne swoje trele. Ty zaś, o ile wiem, listów od niej w zimie nie otrzymywałaś, a przecie trudno pisywać do kogoś, za kogo się już odmawiało wieczny odpoczynek. Tylko, że ja to wszystko przewąchałam i jestem na tropie.
— A ty, Loro, dokąd jedziesz? — Andzia chciała zmienić rozmowę.
— Ja?... na chybił trafił. Jadę, a gdzie się zatrzymam sama nie wiem.
— Więc tak bez celu?...
Lora zaśmiała się i wychyliła jednem tchem kufel piwa.
— Bez celu to nie, cel mam nawet ważny, żeby zarobić, bo ze mną krucho. W Monte było mi już źle i głupio, trzeba szukać nowych szans.
— A... Nordica?...
— Niech go djabli wezmą! — krzyknęła — tę poczwarę, pokrakę. Sprzedał willę i poniósł się w świat. Może go gdzie spotkam, plunę mu w ślepia. Mówią, że jest w Konstantynopolu. Może zostanie jakim bejem i założy harem, a najprędzej będzie okradał z wdzięków sułtańskie piękności.
Lora zaczęła bluzgać tak ohydnym cynizmem, że Andzia wiła się na krześle, nie wiedząc co z sobą począć. Kokota spostrzegła to wreszcie.
— Aha, ty tego nie lubisz, no, to nie mówmy o tym łajdaku, życzę mu na zakończenie, żeby dyndał na szubienicy. Toż on mnie zostawił prawie na bruku, nawet mi wszystkie moje klejnoty pozabierał. Szast, prast i po awanturze. W Monte, po dawnej świetności już nie było co robić, ale ja jeszcze wypłynę. Przecie nie zbrzydłam. Co?...
Przysunęła do Anny twarz poprostu ohydną, niby maskę z blanszu, różów, szminek, z oczyma sztucznie powiększonemi, z tuszem na rzęsach i powiekach, z wyrazem bezczelnego piętna prostytucji. Anna pomimowoli wzdrygnęła się z obrzydzenia, spuściła oczy na filiżankę, nic nie mówiąc.
Lora śmiała się.
— Et! bo ty jesteś... Ale ja sobie poradzę. Z południa jadę na północ, dla odmiany, nikt mnie tam nie zna. Zobaczysz, że jeszcze zrobię furorę. Ja mam sposoby na mężczyzn.
— Wróć Loro do kraju, zmień życie, zacznij nowe, weź się do jakiej pracy, oczyść duszę i ciało z tego... tego plugastwa. Ja ci dopomogę... jeśli zechcesz?...
— Och... jakaś ty pradna!... Wiecznie próbujesz mnie nawrócić?... rekolekcje w zanadrzu. Myślisz, że już karjera moja skończona?... że quand le diable devient vieux, il devient religieux?...
— Ależ ja jestem twoją rówieśnicą, dwadzieścia osiem lat to samo życie. Wszak jeszcze balzakowskiego wieku nie dosięgłyśmy, tylko ty zawsze miałaś inklinację do kwakierstwa i dlatego wcześnie postarzejesz. A jednak... gdzie to się podziała nasza krasa Hańdziu!
Umilkła, zamyśliła się smutnie, poczem jęła mówić ciszej i wolniej.
— Tak, tak, minęły lata. Różne były nasze losy, różne drogi, różne pojęcia, wierzenia i zapatrywania, a ot widzisz... Obie jesteśmy już... w ruinie. Losy, nasze choć odmienne, skradły nam urodę i... i... wszystko, ciebie obdarły moralnie, fizycznie i materjalnie... Ja wiem! Mnie z przepychu, do którego leciałam, jak ćma do ognia, strąciły na ulicę... pod latarnię. Jeszcze i to mnie czeka jako konkluzja. Psiakrew! Psiakrew! kłamałam, że zrobię furorę. Oho już kaput! co było nie wróci. Już mój los teraz wiadomy. Z miasta do miasta... z rąk do rąk... byle żyć, wystroić się i najeść. A koniec wiadomy, w szpitalu albo... w rynsztoku. Ferdu... ferdu po świecie, ot taka cygańska dola.
— Lora, co ty mówisz? Czyje to słowa?...
— A no co?... to jest wróżba starej worożychy cygańskiej. Pamiętasz?... Mądra wróżba!
Anna oparła łokcie na stoliku i skryła twarz w dłoniach. Wspomnienie wywołane przez Lorę zawirowało burzą w jej umyśle.
Po długiej chwili tego zanurzenia się w odmęcie minionych zdarzeń poczuła lekkie uderzenie w ramię. Odkryła twarz i spojrzała na Lorę.
— Patrz — szepnęła tamta. Widzisz tego faceta jak mi się przygląda. Ten spasiony, jak wieprz, z grubym łańcuchem od zegarka. Niemiec naturalnie, pludra poznasz odrazu, choćby był przebrany za lorda czy weneckiego dożę. Rasy teutońskiej nie ukryjesz, żyd i Niemiec wylezie ci nawet ze złotogłowia i gronostajów. Patrz, jaki ta bestja ma na palcu brylant, a mina, ta nigdy nie zawiedzie, że jest dużo złota. Żre jak sam Lukulus i smaczne rzeczy, a wciąż na mnie zerka. Widzisz?
Lora zaczęła na odległość próbować swych sztuk zaczepnej strategji i tak się tem wkrótce zajęła, że pożegnała odchodzącą Andzię, nie widząc jej prawie w roztargnieniu. Gdy kurjer ruszał, Horska dostrzegła przez okno Lorę w towarzystwie opasłego Niemca wsiadających razem, w najlepszej komitywie do jakiegoś sznelcugu.
...Ot... taka cygańska dola... huczało w mózgu Andzi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pociąg nadbiegł z łoskotem i zatrzymał się gwałtownie na przystanku w Wilczarach. Drohobycki, który powitał Andzię na poprzedniej stacji, wyprzedziwszy ją w drodze z Warszawy, zajął się jej rzeczami. Ona zaś, ujrzawszy na peronie zgarbioną postać Grześka, wyskoczyła z wagonu lekko, jak odmłodzona.
Stary spojrzał na nią uważnie, objął ją za kolana, ale wtem rozpłakał się i runął jej do nóg.
— Pannuńciu... pani umiłowana, hołubko... bojarzynko nasza! Wróciła... ot i wróciła, ot i mówił, że wróci. Prosił Boga, żeby śmierć odłożył, pokąd oczy nie popatrzą jeszcze na naszą panią ot... ot...
Andzia z uczuciem szczęścia całowała głowę starca, jakby rodzonego ojca.
Drohobycki nie mógł ich od siebie oderwać.
Gdy Anna stanęła na dziedzińcu wilczarskiej leśniczówki rozszlochała się jak dziecko; upadłszy na ziemię przywarła drżącemi wargami do tej umiłowanej, upragnionej, którą wymarzyła egzaltację tęsknoty.






XXIX.
Wywłaszczyciele.

— Więc wszystko przepadło?... już bez ratunku, bez nadziei?...
Stała przed Drohobyckim z załamanemi rękoma, naprzód pochylona, patrząc na niego rozpacznym wzrokiem.
On smutnie zwiesił głowę.
— Nic nie można uratować, Temnyj hrad stracony. Kontrakt najformalniejszy, kupiec nie chce go zrywać za żadną cenę. Są w zmowie z Kościeszą i rozumieją, że interes pierwszej klasy.
Grześko stojący opodal podsunął się bliżej.
— Wiadomo, takie bogactwo kupili za tanie pieniądze, to sobie wyrwać nie dadzą. Abo pan Kościeszą głupi?... I klejnoty bojarzynki i pożyczka jasnego pana nie zduża za to, co oni na tym borze zarobią. I prawo mają za sobą. Ho, ho!... to majstry?...
— Cóż teraz będzie?...
— Trzeba się pogodzić z nieszczęściem, pani Anno, forsować nie można i... niema z czego... Reszta sumy pozostałej za Temnyj hrad powinna być zaoszczędzoną. Uroczyska najpiękniejsze, Krasna duszohuba wycięte, pod Wołkiem, Medwedówka również, zaczęte przez Kościeszę dokończone przez... męża pani. Trzeba się z tem liczyć. Jedyny kapitał teraz, to te ostatki za Temnyj hrad. Szczęście, że i tego pan Horski roztrwonić nie zdążył.
— Tak pan mówi?... A więc proszę, coś panu pokażę.
Wyjęła z biurka jakieś papiery i podała je Drohobyckiemu.
— Te listy wczoraj otrzymałam, niech je pan przeczyta.
W miarę czytania Drohobycki bladł, ręce mu się trzęsły. Anna chodziła po pokoju nerwowo. Gdy skończył stanęła przy nim.
— Cóż pan na to?...
— To straszne! I pan Horski śmie żądać od pani takiej ofiary? Więc ostatni grosz, jaki pani pozostał, ma być użyty na spłatę jego długów, jeszcze długów?...
— Jak pan widzi, żądanie jest bardzo kategoryczne. Uprzedzała mnie o tem siostra jego w Londynie, lecz sądziłam, że suma za Temnyj hrad jest nienaruszoną.
— Jeśli pani zechce spłacić jeszcze i te długi to już.... prawie ruina. Ale można odmówić. Długi zaciągnięte w Londynie nic panią nie obowiązują.
— A obowiązek moralny?... Czytał pan list?... Ja go znam, on się zastrzeli, jeśli mu tych pieniędzy nie poszlę. Teraz dpiero widzę, jak byłam lekkomyślną, chcąc ratować Temnyj hrad. No, ale te listy otrzymałam już po wyjeździe pańskim do Równego. To mnie jedynie tłumaczy.
Drohobycki patrzał na nią ze zdumieniem.
— I pani naprawdę, nie waha się pozbywać ostatniego funduszu, rzucić w błoto swój byt, swoją przyszłość?...
Podniosła na niego tęskne oczy, pełne bezbrzeżnego smutku i rezygnacji.
— Nie mam już innych obowiązków, dla mnie wystarczy to, co mi jeszcze zostanie.
— Ruiny — sarknął Drohobycki.
— Tak, ruiny, ale jego muszę ratować. Nie mogę pozwolić na hańbę mego męża. Czytał pan list?...
— W liście niema ani jednego słowa, któreby zdradzało przygnębienie lub... skruchę.
— Skruchę?... Ha, ha! Oskar i skrucha. To zabawne.
— Ton listu jest raczej rozkazujący, arbitralny.
— To jego styl, niemniej odczuwam, że pomoc moja jest tam konieczną, jest nawet decydującą. Będzie to ostatnia ofiara, lecz spełnić ją trzeba.
I decyzja Anny nie uległa zmianie. Drohobycki, widząc jej stanowczość, wzruszał tylko ramionami. Żona ratowała męża, czyż mógł jej tego wzbraniać. Jakiem prawem?
— Ta nieszczęsna kobieta jest zahypnotyzowana przez tamtego łotra, czeka ją zguba ostateczna — rzekł Drohobycki do Grześka.
— Musi to i prawda, jasny panie, patrzę, patrzę daj dziwuję się. Z rąk kata popadła się nieboga w moc szatańską, boć nie czysta siła siedzi w tym... obcym. Aż i ona biedneńka zczeźnie jak jej matka, da prokopyszczski pan.
Pewnego dnia wpadł do Wilczar młody Janusz Kościesza. Nie witając się, krzyknął:
— Andziu ratuj, jestem zgubiony! Cała nadzieja w tobie, że brata nie opuścisz.
— Co ci się stało?
— No, jeśli mnie nie wyratujesz, to ze mną klapa. Więzienie mi grozi.
— Mów wyraźniej, nie rozumiem, o co ci chodzi? Jakim sposobem mam cię ratować i od czego?...
— Musisz Andziu spłacić moje weksle, inaczej djabli mnie wezmą.
— Ale jakież ja mam obowiązki płacić twoje długi, Januszu, zastanów się.
— Dlatego, że weksle te są z twoimi podpisami.
Anna zbladła. Janusz patrzał na nią bezczelnym wzrokiem.
— No, tak, podrobiłem twój podpis, gdzie miałem cię szukać, może w Anglji? a pieniędzy potrzebowałem na gwałt. Papa nie skory do dawania, ty wiesz, jaki to numer. Cóż tak na mnie patrzysz?...
— Ty ośmielasz się fałszować moje nazwisko?... Ależ to podłe Januszu, to kryminalna sprawa.
— To też dlatego przychodzę do ciebie w nadziei, że sprawę tę umorzysz. Zbliżają się terminy płacenia, za kilka dni mogę być skompromitowany.
— Otrzymasz zatem słuszną karę za łotrostwo, nie licz na mnie, jestem sama w ciężkich warunkach i ratować cię nie będę mogła.
Janusz zaśmiał się cynicznie. Widząc jednak upór Andzi zaniepokoił się, sposępniał, jął narzekać na ojca, że nie uwzględnia jego potrzeb i bajecznie mało daje mu „forsy“, że on wobec tego musi zaciągać długi. Z usprawiedliwiań się i narzekań przeszedł w ton sentymentalny, w końcu zaczął prosić Horską, błagał ją, by go ratowała, słuchał z pokorą jej napomnień i ostrych wymówek, obiecywał poprawę, aby go tylko teraz ocaliła od hańby i wstydu. Tak zręcznie potrafił przemawiać, taki był zrozpaczony i biedny, że wzruszył Annę, pomimo, że już przestała ufać ludziom. Młodość Janusza i wpływy jego ojca, które nim kierowały łagodziły w oczach Andzi jego winę. Zresztą był to jej brat, więc skazywać go na karę więzienia?... piętnować go odrazu w młodości mianem oszusta, co już na całe życie może być jego niedolą?...
Anna przestała się wahać, gdy Janusz wymienił sumę, odetchnęła, spodziewała się gorzej.
Młody Kościesza prosił zaraz o pieniądze, lecz mu ich nie dała postanowiwszy osobiście spłacić wierzycieli. Spotkało ją znowu straszne rozczarowanie. Weksli z jej podrobionym podpisem okazało się tak dużo, że ogólna suma była dwa razy większą od tej, którą Janusz wymienił.
Anna znalazła się w nader przykrym położeniu, kwota zdobyta za sprzedane klejnoty nie wystarczała. Ostatnią sumę za Temnyj hrad Anna już odesłała do Londynu wierzycielom Horskiego.
Drohobycki radził jej, aby spłaciła tylko część weksli Janusza, resztę powierzając Kościeszy, który miał pierwsze obowiązki względem syna. Kościesza, zaczepiony o to przez Drohobyckiego, zjawił się w Wilczarach osobiście.
Anna powitała go bardzo chłodno, on patrzał na nią pilnie, z nieukrywanem zdumieniem i ironiczną fałdą koło ust. Przemówił szatańsko syczącym głosem.
— Widzę, że nie posłużyło pani małżeństwo: zdrowie, piękność i... fortuna utonęły w morzu na brzegach Anglji. Przepowiedziałem to odrazu usłyszawszy o awanturniczym ślubie pani, a gdy poznałem jej męża...
— Myli się pan, że fortunę pochłonęła tylko Anglja, początek upadku moich majątków datuje się dużo wcześniej, sięga bowiem czasów, kiedy byłam pod pańską opieką.
Kościesza zmieszał się.
— Jest pani źle poinformowaną.
— Nie potrzebne mi były informacje, miałam fakta. Ale zostawmy tę kwestję na boku, jako przedawnioną. Czego pan sobie życzy?...
— Przyjechałem z propozycją. Chcę kupić wyręby po sprzedanych lasach wilczarskich mianowicie — pustosz po Krasnej duszohubie i Medwedówce. Pieniądze otrzymane za te grunta w połączeniu z resztą sumy za Temnyj hrad, którą pani ściągnęła tak gwałtownie, pozwolą jej pokryć całkowicie zobowiązanie względem Janusza, no... i dadzą jej możność żyć jako tako, zanim przybędą nowe dłużki mężulka.
Anna zadrżała z oburzenia niesłychanego.
— Jakto, pan ośmielając się robić mi propozycje sprzedaży ziemi, żąda jeszcze abym spłacała wszystkie weksle pańskiego syna?...
— Spłaca zwykle ten, czyje nazwisko figuruje na podpisie. Pani je wszakże sama podpisywała.
— Przecie to jest fałszerstwo, mój podpis podrobiony, czyż pan o tem nie wie?...
— To mnie mało obchodzi, fakt faktem, że podpis istnieje i, że do pani należy długi te uregulować.
— Ależ to jest tylko moja dobra wola, moja naiwność, moja łaska, słyszy pan?... Janusz popełnił podwójne oszustwo, podrobił podpis i wymienił mi sumę więcej niż o połowę mniejszą od rzeczywistej. Do tamtej byłam przygotowaną i spłaciłam ją, ale ta kolosalna nadwyżka przeważyła szalę mej cierpliwości, nie mam na uregulowanie tej sumy i nie chcę o tem myśleć.
— Wiem, że pan Horski kasę pani dzielnie wentylował i dlatego chcę kupić grunta po lesie, aby pani mogła jeszcze żyć.
Anna zawrzała gniewem.
— Uprzedzam, niech się pan nie łudzi, nie wydostanie pan odemnie ani kawałka ziemi.
Kościesza patrzał na nią z gryzącą ironją.
— Nie sprzeda mi pani tych wyrębów?...
— Ani kawałka, powtarzam.
— Ha, ha! A ja pani zapowiadam, że grunta te, jak i całe Wilczary, zmuszoną pani będzie sprzedać bardzo prędko i... możebne, że ja będę ich nabywcą.
— Zapewne także pod pokrywką jakiegoś żyda szachraja, jak w kupnie Temnego hradu?
Kościesza sponsowiał.
— Sposobów nie przewiduję naprzód, ale Wilczary wysuną się z pod nóg pani tak samo impetycznie jak Toporzyska i Draków. Nie chcesz mi pani sprzedać teraz wyrębów, oddasz mi je za pół roku i za pół ceny.
— Nigdy! Zginę tu, lecz ziemi tej ostatniej mojej, nie oddam za nic i nikomu.
— Hahaha! Zabawna egzaltacja. Miewała ją pani i dawniej, jednakże nawet wtedy zawodziła.
— O jakim zawodzie pan mówi, czy o wypadku w Temnym hradzie, który jest obecnie pańską własnością?... Moja ówczesna egzaltacja nie doznałaby tam porażki, gdyby mogła przewidzieć, że istnieją w ludziach wampiry mające na swych usługach upiorne indywidua w rodzaju Chwed’ka.
Kościesza zbladł straszliwie, zdrętwiał, jakby się cały zamienił odrazu w bryłę martwej gliny. Okropne w wyrazie, wilcze źrenice rzucił niepewnie na Annę i pochylił się tak, jakby już... już miał ją zdławić.
Ona mówiła dalej spokojnie, bardzo stanowczo.
— Powtarzam panu raz jeszcze... ziemi nie sprzedam i sfałszowanych weksli Janusza, po nad sumę, do której mi się sam przyznał, nie spłacę. Jeśli zaś dowiodę fałszerstwa mego podpisu, Janusz pójdzie do więzienia.
— I pani mówisz o tem z zimną krwią?... i pani na to pozwoli... żeby jej brata...
— Panie Kościeszza, czy pan nie uznaje, że pierwsze obowiązki są względem syna, nie zaś względem przyrodniego brata?...
— Syna?... O ile wiem mąż pani gienjalnie tracił majątki, tu wykazał znakomite zdolności, innych jednakże rezultatów jego męskiej energji... nie widać. Skądże raptem syn?... Chyba podróż przyjaciela pani Drohobyckiego do Anglji, wywarła tak piorunujący wpływ i stała się przyczyną przyszłych nadziei rodu Horskich.
Anna pod obuchem tego bezmiernego cynizmu nie straciła panowania nad sobą, choć drżała ze zgrozy, wstrętu i obrazy. Podeszła naprzód parę kroków i otworzywszy drzwi wskazała je Kościeszy ruchem energicznym.
— Wychodź pan stąd natychmiast... i więcej się tu nie pokazuj.
— Przecież... pani sama nadmieniła... o... synu — bąknął stropiony postawą Anny i jej rozkazem.
— Mówiłam o ojcu-łotrze, który obowiązek ratowania syna oszusta, składa na jego siostrę przyrodnią. Proszę wyjść... czekam.
I stała przy drzwiach otwartych szeroko, mierząc Kościeszę wzrokiem pełnym wzgardy.
On rzucił się naprzód z wściekłym okrzykiem.
— Dobrze, wyjdę, ale wrócę tu wkrótce z komornikiem, on cię stąd wyświęci... ty jędzo!
Anna zatrzasnęła drzwi za nim. Grad łez stoczył się po jej kredowych policzkach. Oparta o ścianę załkała krótko, lecz wnet podniosła dumnie głowę.
— Nie wolno mi już teraz płakać... łzy to moja ostatnia zguba. Nie wolno...
Zdusiła przemocą bolesny szloch w piersiach, by mężną być i do nowych walk gotową.






XXX.
W jej obronie.

Drohobycki wychodził z leśniczówki podniecony niebywale. W ruchu jego i twarzy znać było gniew i szalone postanowienie, unosiło go już nieodwołalnie. Czuł, że popełnił generalne głupstwo, dążąc tam, gdzie popychała go dzika żądza zemsty, ale właśnie trzeba się uzbroić w duży zapas zimnej krwi, wyrobić w sobie jak najwięcej taktu, aby to posłannictwo samemu sobie narzucone spełnić godnie, wyjść zwycięsko z sytuacji, bądź co bądź oryginalnej może nawet... śmiesznej? Drohobycki zrozumiał to, lecz już by się nie cofnął. W kieszeni ubrania, na piersiach, wyczuwał twardą płaszczyznę pudełka safianowego z perłami i jeszcze miał w oczach bolesną twarz Anny, jej męczeński wyraz oczu, gdy oddając mu klejnot, mówiła cichym, przesmutnym głosem:
— Niech się pan nie wzdraga, proszę to spieniężyć, to dużo warte, rzecz bardzo cenna. Co mogę, to mu jeszcze oddam, to już wszystko, co w gotówkę zamienić mam prawo.
Gdy tłumaczył, że nie powinna tego robić, że przedmiot tak wartościowy, jeszcze i jej w życiu przydać się może, że zresztą pamiątki po matce nie należy się wyzbywać, Anna uśmiechnęła się blado.
— Ani matce ani mnie klejnot ten szczęścia nie dał, perły i rubiny, łzy i krew. Dostałam je od... Kościeszy, gdy wchodziłam w życie. Dawne czasy! Teraz rzuciłabym je sama mężowi by stopiły się bez śladu w odmęcie... jego szałów.
...Ja to spełnię za ciebie — pomyślał Drohobycki i zdecydował się w jednej chwili.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Horski utkwił zdumione oczy w bilecie, brwi podniósł do góry i wolno, z flegmą ruszył w stronę salonu.
Zmierzyli się z Drohobyckim zimnym wzrokiem, poczem zamienili jeszcze chłodniejsze ukłony.
— Prosty traf, czy też wyłączny cel sprowadza pana aż do Paryża? — spytał Horski, wskazując gościowi krzesło i podając cygara.
— Dziękuję, nie palę. Przyjechałem tu z własnej inicjatywy, w zamiarze pomówienia z panem w kwestji dość wrażliwej, nie mniej jednak nader ważnej.
— Słucham.
Twarz Horskiego była jakby symbolem szyderstwa i bezgranicznego chłodu.
Drohobycki silił się na spokój.
— Słucham — powtórzył Horski z dobitną intonacją.
— Pisał pan przed tygodniem do Wilczar, żądając od swej żony nowej sumy pieniężnej. Wszak tak?...
— Hm! Czy pan jest powiernikiem mojej żony?...
— Stoję na straży resztki majątku, która jej pozostała po całej fortunie. Pan wie zapewne w jakich warunkach jest obecnie pani Anna?....
— Wiem wszystko, panie, co się odnosi do mojej żony, ale nie rozumiem pańskiej obecności w tej sprawie. Prosiłbym o bliższe informacje. Czy Anna zrobiła pana swoim rządcą?...
— Zdaje mi się, że pan mnie zna nie od dziś, moje stanowisko na Wołyniu jest panu wiadome. Powoduje mną głęboka życzliwość dla pani Anny i serdeczne współczucie jej... niedoli. Jest zupełnie samą, pozbawioną opieki i... wyzutą z dawniejszego bytu, do którego była przyzwyczajona. Powróciwszy do kraju zastała ruiny swych majętności.
— Ach tak, przypominam sobie. To pan przyjeżdżałeś do Hurlestone-House w roli anioła stróża i pod swem skrzydłem opiekuńczem uniosłeś Annę na Wołyń z domu męża bez jego wiedzy. Tak, to bohaterstwo w typie wołyńskich zuchów... Ale per Bacco! lubi pan podróżować.
Drohobycki zaciął zęby, opanował wzburzenie całą siłą woli. Rzekł spokojnie:
— Przystąpmy do aktualności. Otóż skoro pan zna rzeczywisty stan majątkowy pani Anny, żądanie od niej nowych przekazów pieniężnych, jest z pańskiej strony... nieuwagą. Pani Anna nie rozporządza już nawet najmniejszą sumką. Ostatniego zaś kawałka ziemi wyzbywać się nie będzie. Niech pan zatem nic niepokoi jej więcej żądaniami tego rodzaju, jeśli nie chce pan jej ostatecznej ruiny.
Horski wstał.
— Och, oo! bardzo kategorycznie. Czy to już koniec misji bogobojnej, podjętej przez pana dla miłości mojej żony?...
— Nie, — zawołał Drohobycki wydobywając drżącą ręką pudełko z kieszeni. Oto są perły pani Anny, nie mając pieniędzy, poleciła mi spieniężyć ten klejnot dla zaspokojenia jeszcze raz fantazji pana, która chyba będzie ostatnią. Bez wiedzy pani Anny oddaję panu osobiście te perły, jako dowód całkowitej ofiary pańskiej żony, na jego korzyść. Proszę już na nic więcej nie liczyć.
Wtłoczył pudełko w rękę Horskiego. Oskar z zimną krwią postawił je obok na stoliku.
— Dobrze, to załatwione, a teraz raczy pan wytłumaczyć mi się, jakim prawem przemawia pan do mnie w ten sposób i wchodzi w atrybucje moje względem mej żony?...
— Już mówiłem, skłania mnie do tego życzliwość dla niej i współczucie.
— To mi nie wystarcza, panie, nawet z dodatkiem przyjaciela intime, którego się w panu domyślam, przyjaciela i pocieszyciela.
— Proszę, niech się pan rachuje ze słowami i... nie uwłacza czci własnej żonie. Zasługuje ona na najwyższy szacunek.
— Nie wątpiłem o tem, ale teraz wątpię zawdzięczając pańskiej interwencji, bardzo podejrzanej i nie na miejscu.
— Jak pan... powiedział?... — spytał Drohobycki, dusząc się z wściekłości.
— Osobą swoją i zbyt śmiałem wtrącaniem się w moje prywatne sprawy rzuca pan cień na cześć mojej żony. Brudzisz ją pan w mych oczach, plugawisz.
Drohobycki oszalał; wyrwał błyskawicznie portfel z kieszeni i rzucił Horskiemu prawie w samą twarz swoją kartę, na której szybko napisał ołówkiem adres paryski.
— Takie obelgi zmazuję tylko na placu — wybuchnął.
Horski wykonał ukłon sztywny z szydzącym i ciekawym grymasem w twarzy.
— Nie omieszkam skorzystać z łaskawie udzielonego mi adresu. Adieu.






XXXI.
Gehenna.

W poczekalni pierwszej klasy na dużej stacji węzłowej, siedziała w kątku, na fotelu, czarno ubrana kobieta; głowę jej omotywała gęsta woalka z czarnej gazy, postać bardzo szczupła, gięła się ociężale, zwisając na poręczy fotela.
Ręka, podpierająca głowę, chuda była i blada.
Przy stole, na środku sali trzech mężczyzn rozprawiało z sobą głośno. Omawiano świeży wypadek w Paryżu, podany przez dzienniki o pojedynku Drohobyckiego z Horskim. Obaj byli znani w tej okolicy, wypadek wywołał komentarze i wyjątkowe zainteresowanie. Ogólnie twierdzono, że bezpośrednią przyczyną zajścia, którego ofiarą padł Drohobycki, była żona Horskiego.
— Naturalnie, jak zawsze, tak i tu cherchez la femme — mówił jeden z mężczyzn. Ale to fenomenalna niewiasta, mówię ja panom, że ona bez ofiar, bez tragedji nie może żyć, jest to jej chleb powszedni, zdawałoby się konieczny do egzystencji i to tak od najmłodszych lat.
— Nie jest to może jej winą, los ją prześladuje. A ładna była, jucha! widywałem ją często, teraz to podobno szkielet.
— Pomimo to wodzi na manowce. Drohobycki kochał się w niej i nawarzył sobie dobrego piwa, jeśli nie wyzionie ducha, będzie miał naukę na całe życie, żeby nie wdawać się z babami.
— Czy ciężko ranny? Widziałeś się pan z jego rodziną. Podobno jadą do niego?...
— Tak jest, pojechali wczoraj matka i brat, ale nie wiedzą czy jadą ratować czy chować. Stan groźny, nie rokujący nadziei. Horski dobrze wymierzył; on znakomicie strzela, popisywał się tu na polowaniach, przebywając czasowo na Wołyniu. Niebezpieczny homo, ni to Anglik ni Polak, ale typowy gentleman.
— Po co właściwie Drohobycki jeździł do niego?... Czyżby ona go wysłała w poselstwie?...
— Kto ją tam wie, kobietę zbadasz?... Mąż ją rzucił więc kaptowała sobie Drohobyckiego, na zapas, uważacie, taka bez romansu ani rusz. Horski to zwęszył i dramat gotowy.
— Ja jej nie znam, ale słyszałem o niej dużo dobrego, jest bardzo nieszczęśliwa i fatalistka. Toż los nie do zazdrości.
— Eh, bo pan łaskawy zawsze ochrania kobiety, zwłaszcza piękne, a tymczasem trudno jej darować, że zmarnowała taki cudny szmat ziemi rodzinnej, to były złote jabłka te jej majątki. Tarło, nieboszczyk, zabiegał, pracował, a córeczka do współki z zamorskim jakimś ananasem przeputała wszystko przez kilka lat: grali podobno oboje w ruletę, awanturowali się każde na swoją rękę, trwonili pieniądze i teraz majątki w cudzych rękach.
— I w jakich? — odezwał się trzeci z grupy mężczyzn. Ziemia, od niepamiętnych czasów będąca w ręku Tarłów, dostała się teraz w ręce z których już nie wyjdzie. Wstyd, hańba, to nie po polsku i nie po obywatelsku. Takiej pani uczciwy człowiek i prawy obywatel nie powinien podać ręki.
— A Drohobycki z jej powodu może postradać życie. To warjat!
— Tam był romans zupełnie jawny, Kościesza głośno o tem przebąkiwał.
— Może żałował, że sam nie jest w roli Drohobyckiego.
Rozmawiali długo na ten temat, sądzili Horską ostro i bezwzględnie, nie znając istotnej prawdy, szarżowali, ogadując Annę złośliwie, bez litości. Zaledwo jeden ujmował się za nią, lecz i tego przegadano, pobito argumentami.
Nikt nie uważał na czarną postać kobiecą skuloną w kącie sali, nikt nie przeczuł, co się działo w jej biednem sercu, co cierpiała jej dusza zraniona, jaki ból bezbrzeżny wyrażały jej oczy czarne, niegdyś gwiazdami lśniące, dziś zapadłe w głąb czaszki, mętne i zgaszone wieczną gehenną życia.
Nikt nie uważał, jak drżały jej chude ramiona, gdy potępiono ją za zmarnowanie ziemi, za oddanie jej w obce ręce, gdy czyniono ją winną beznadziejnego stanu Drohobyckiego, podczas gdy ona nie wiedziała nawet, w jakim celu jeździł do Paryża. Wyczytana w pismach straszna wieść, nowym była dla niej ciosem; uniesiona pierwszem uczuciem żalu, przyjaźni dla szlachetnego człowieka tak bardzo życzliwego jej, który był już jedynym jej opiekunem i obrońcą, postanowiła jechać do Paryża, pielęgnować go w chorobie, aby się wywdzięczyć za jego serce i ofiarę dla niej poniesioną. Nie mogła wątpić, że pojedynek nastąpił z jej powodu. I oto tu na stacji, musiała słuchać okrutnej rozmowy o sobie, szyderczej, pełnej jadu złośliwości ludzkiej, a tak barbarzyńsko niesprawiedliwej. Ale słuchała chciwie, każde słowo raniło jej serce, zabijało ją moralnie, lecz oderwać się od tej rozmowy, opuścić salę, by dłużej nie słuchać, nie potrafiła. Jęczało w jej piersiach, łkania w nich rosły, że ściskała gardło, by się nie zdradzić jakimś nieludzkim skowytem boleści.
Jednakże rozpaczą tchnąca postać jej samą sugestją podziałała na obecnych. Rozmowa umilkła, ktoś zwrócił uwagę na żałobną figurę kobiecą nieruchomo tkwiącą w kącie na fotelu.
— Cóż to za widmo? — szepnął jeden głos — śpi, czy czuwa i podsłuchuje? Wartoby sprawdzić.
Annie dech zamarł w piersiach.
— Dajże pan spokój, toż widać, że jakaś niedola, mniszka czy co? Wieje od niej smutkiem.
— Śmiałbym się, gdyby to była osoba o której mówiliśmy.
— Ha! Ot, byłby kawał!
— Tak, już wtedy nie trzeba jej czyśca, za naszą przyczyną odbyłaby go w tej sali.
— Cóż chcecie, może jedzie także do Drohobyckiego, aby goić rany, wszakże przez nią je oberwał. Kobiety to lubią.
— Nie mile by ją tam przyjęła jego rodzinka — zawołał trzeci — byłaby całkiem niepożądanym intruzem przy łożu chorego.
— Dzwonek panowie, pociąg nadchodzi. Czas.
— Jeśli ta jejmość siądzie z nami do warszawskiego pociągu, to ją zaczepię — szepnął ten, który najzłośliwiej obgadywał Annę.
— Taż co znowu! przewidziało się wam, tamta podobno strojna, światowa dama, a toż biedota jakaś.
Zaśmieli się i wyszli z sali.
Horska siedziała bez ruchu, słyszała dzwonki, gwizd lokomotywy, wołanie szwajcarów, wreszcie hurkot pociągu odchodzącego do Warszawy.
Czekała na ten pociąg, by śpieszyć do Drohobyckiego i nie pojechała.
— Po co? by być przedmiotem nowych kpin ludzkich, by widzieć niechęć, a może szyderstwo jego rodziny?
Jechać po nowe krzyże i nowe obelgi?
Przesiedziała do świtu na swym fotelu, głucha i niema na wszystko, tylko z okrutnym dramatem szalejącym w duszy. Rano wywlokła się cicho z sali, kupując bilet do Wilczar, odległych o kilka stacji.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szła przez pożółkłe pustosze powleczone zgniłą trawą. Jesień późna hulała władczo, dął chłodny wicher i rozsypywał przed stopami Anny pokurczone liście, drżące długą wędrówką z lasów, by poigrać na martwych łąkach, zanim rozsypią się w proch. I trwał przed Anną ten taniec szkieletów listnych i rzucał jej na głowę chuderlawe swe szczątki. Ona szła naprzód rozpatrując ruiny przeszłości. Oto tu była dróżka zwana „perekrestką“, dziś odznacza się tylko wyboistym szlakiem pośród mnóstwa pni sterczących ponuro ze zgniłego gruntu. Dalej krzyż odwieczny, na mogile kozaka, oparty był o sosnę, dziś sosnę ścięto, stoi sam, pochylony, bezradny samotnik tej pustki.
Myśli Anny rozpierzchały się od bezmiernej tęsknicy wyrębów przesmutnych biegły w świat, w wir wielkiej stolicy, gdzie w białych ścianach domu zdrowia walczył ze śmiercią Drohobycki, nowa jej ofiara, nowy, straszny wyrzut. Od jego łoża myśli biegły jeszcze dalej, aż do Kairu, gdzie zwycięsca pojedynku przebywał obecnie i upajał się szałem życia razem ze swą Francuską.
Może skrył się pod upalne niebo Egiptu, by rozkoszy jego nie zmąciła wiadomość o zgonie przeciwnika? Anna wiedziała już wszystko, przerażał ją ten człowiek zimny, jak głaz, który kroczył przez życie we własne tylko zapatrzony cele, ścierał tych, co byli mu przeszkodą, odtrącał znudzonym ruchem takich, którzy już przestali mu być potrzebni, lekceważył obojętnych. Potwór ludzki.
A jednak kiedyś?... ile siły, mocy, prawie hypnotycznej, ile uroku wywierał?...
Stosuje to teraz względem swej Francuski.
— Cygany, jasna pani, jadą w kilka fur przed nami — zamamrotał za Anną stary Grześko.
Zapomniała nawet, że on za nią idzie.
— A prawda... cyganie.
Wielkie bryki kryte płótnem zrównały się z nimi i wnet stanęły. Mnóstwo czarnych oczów, kudłatych głów wyjrzało z pod płacht. Młodzież otoczyła Annę i borowego. Z drugiej fury cygan czarny, jak smoła, wykrzykiwał zwołując natrętów. Horska spojrzała i zatrzęsła się, poznała cygana Donru, króla bandy. Chciała się cofnąć, lecz i on ją poznał, raczej domyślił się. Gdy zeskoczywszy z fury witał ją po swojemu, z dziką szczerością, ubolewając nad jej wyglądem, płachta uchyliła się podniesiona czarną, suchą, żylastą, ręką, wyjrzało z poza niej parę okrutnych źrenic i jak dwa żuki wpiły się w twarz Anny.
Starucha, przerażająca jak wiedźma, usiadła na łachmanach i wyciągnęła głowę owiązaną w szmaty.
— Nie poznaje mnie, mościa damulka?... Ot, a ja poznała. Ja Mokruna, worożycha... zdycham już... ja stara, stara, jak czarna ziemia... A ty... paniuńciu młoda?... Hej, hej, ni urody, ni bogactwa, zmarniało... zczezło... daj tak do końca... do wieku...
Anna stała jak wryta, oczy szeroko otwarte płonęły przerażeniem.
Cyganka zaśmiała się bezczelnie.
— A taki ja ciebie zobaczyła jeszcze, nie w tej krasie co wtedy... w boru... w złotem słoneczku, w królewskim blasku... oj nie w tej, nie w tej, ale taki ja ciebie zobaczyła.
Młoda kobieta zaczęła uciekać, mijając furgony, przejęta grozą, gonił za nią potworny głos worożychy, wołającej ochryple:
— Mościa damulka niech się nie stracha, powróżę ostatni raz, zdycham, zdycham już... dajcie grosik starej...
Anna szła prędko, prędko bez tchu, nie słysząc błagań i ostrzegań Grześka. Borowy coś do niej mówił, od czegoś chciał ją odciągnąć. Nie słuchała. Czarna dróżka wśród traw, szlak śmierci, wiodła ją naprzód. Mijała moczary, nie widząc ich, znane dawniej miejsca były dla niej teraz obce, w uszach jej brzmiał śmiech i słowa cyganki.
Nagle po długiej wędrówce stanęła.
Co to jest?... Pustosz rozległa, martwa, wyżyna wśród moczarów, a tam... tam ruiny zamczyska wielkie, zmurszałe, zgnilizną ociekłe; wyszczerzone oczodoły okien, paszczęki bram, wieże sterczące w górę przeraźliwie, jak piszczele.
— Co to jest? — powtórny krzyk.
Na prawo wyniosła, rdzawa skała, za nią głąb czarnego, jak kir, jeziorka. Dokoła rozgromiony bór, pole śmierci, pobojowisko. Potężne pnie w prochu leżące, zrąbane dęby, pobite jodły.
Same, same trupy.
— Temnyj hrad! — ryknęła Anna głosem, który nawet te gmachy drzew martwych powołać mógł do życia.
Chwyciła się za głowę w obłędzie rozpaczy, instynktownie poznawszy swój święty dąb, dopadła doń z wściekłym jękiem i runęła na jego powalone cielsko.
— Tu... tu... tu! — rzęziła w agonji męczeńskiej.
— Wiedział ja, że tak będzie, nie chciał puścić, prosił...
Stary otarł rękawem grubą łzę.
— Boże chorony... Ot!... taj hodi!
— Umrzeć... umrzeć tu... skonać jak on, jak Andrzej....
Borowy pochylił się nad nią.
— Nie umierać, ale żyć, da pracować, żeby więcej takich mogił oczy nie widziały.
— Nic po za mną... i nic przedemną... wieczna gehenna!... po co życie?... dla kogo?... pustka w duszy... w... sercu... — skarżyła się boleśnie.
— Bojarzynko... a ziemia?... Taż ona została, ona wierna, da miłowana, dla niej trza silną być, ten ostatni kawałek szanować, żeby już nikt i tknąć nie śmiał, jak sakrament... To teraz wasze prawo, hołubka nasza.
Kobieta łkała, spazm tragicznego bólu wydzierał serce z piersi, lecz nie szumiały już nad nią, jak dawniej, królewskie korony temnohradzkich dębów.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.