Atala, René, Ostatni z Abenserażów/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor François-René de Chateaubriand
Tytuł Atala, René, Ostatni z Abenserażów
Wydawca Drukarnia św. Wojciecha
Data wydania 1921
Druk Drukarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


CHATEAUBRIAND

ATALA, RENÉ
OSTATNI Z ABENSERAŻÓW

TŁUMACZYŁ I WSTĘPEM OPATRZYŁ BOY
KSW Poznan.JPG
NAKŁAD DRUKARNI ŚW. WOJCIECHA □ POZNAŃ

CZCIONKAMI DRUKARNI ŚW. WOJCIECHA.


OD TŁUMACZA.

Z końcem XVIII wieku zarówno literatura jak i smak powszechny we Francji zdradzają objawy wyczerpania i oschłości. Uwielbienie jakie otacza Woltera jako poetę, triumfy autorskie X. Delille, tragedia pseudoklasyczna, wierszyki i epigramy, których mniej lub więcej zręczne szlifowanie staje się niemal obowiązkiem towarzyskim — oto symptomy małości, w której znak weszła ta wielka literatura. Rozpaczny krzyk duszy, rzucony przez Pascala na ulotnych kartkach. które po jego śmierci skupiono pod nazwą Myśli, zamiera bez echa; literatura potoczy się inną drogą, drogą intelektu. Intelekt ten pod względem jasności, doskonałości wysłowienia, dowcipu, osiągnie nieznane przedtem i potem wyżyny; ale nosi on równocześnie w sobie zaród śmiertelnej choroby; oderwał się od duszy, od zamyślenia nad tajemnicą bytu, tych praźródeł wszelkiej twórczości. Zagadka świata przestała dlań być zagadką; zbadał rzekomo cały jej mechanizm. Dążąc do jasności i precyzji, obcinał wszystko co mu było niedogodne lub zbyteczne; ze świata zaczął widzieć jedynie salon lub strzyżony ogród Wersalu; z człowieka, jednostkę grupy społecznej. z uczuć, grę interesów i próżności. Jeżeli wychylał się poza tę sferę, to też tylko — intelektem.
Humanizm nawet, tak ożywczy i płodny w zaraniu Odrodzenia, stał się, z biegiem czasu, zakrzepłą skorupą klasycyzmu, tamującą kiełkowanie rodzimego kwiecia. Dawność, oderwanie od życia, obojętność przedmiotu, stały się pierwszem prawidłem estetycznem; rdzenny Francuz myślał nazwiskami Brutusów i Epaminondasów; chrześcijanin miał na ustach jeno nimfy i bóstwa pogańskie. To co trzeba czuć, lub przed czem trzeba ze czcią schylić czoło, stało się przedmiotem rozumowania i dialektyki, jeżeli nie szyderstwa. Śmiertelna nuda, niepokój, przesyt, głód duszy, oto powszechny objaw, do którego doprowadza w XVIII w. to nadużycie intelektu.
Przychodzi Rousseau, i budzi w sercach nieznane źródła ludzkiego uczucia; przychodzi Bernardin de Saint-Pierre, i przetwarza je na nowe przedmioty wzruszeń artystycznych. Ale i Rousseau i Bernardin de Saint-Pierre głęboko jeszcze tkwią w epoce, którą mieli odrodzić. Rousseau, mimo że w jawnej walce z Encyklopedystami, ileż ma w sobie z ośmnastowiecznego filozofa! Jego pojęcie »Umowy społecznej« jakże nawskroś jest racjonalistyczne; jego teoria dobroci naturalnego człowieka, jakże sprzeczną zasadniczym podstawom chrześcijaństwa, które on rzekomo wyznaje! Rousseau wskrzesił jakoby w ludzkich sercach Boga; ale czemże był ten jego Bóg? Wychowany w religii protestanckiej, później wieloletni jej renegat, Rousseau wraca na łono protestantyzmu, który wciela dlań raczej polityczne ideały ojczystej republiki. To też, Rousseau obcy był w gruncie temu wszystkiemu, co stanowi poezję i urok chrystjanizmu: religja jego nie jest zbyt odległą od owego »deizmu« filozoficznego, będącego raczej formułą rozumowań niż żywą prawdą duszy. Toż i Wolter ufundował w dobrach swoich kapliczkę z napisem: »Wolter — Bogu«.
Przyszła zresztą Rewolucja, morze krwi, nędzy, straszliwy ucisk w imię równości i wolności, nagie nierządnice sadzane na ołtarzach kościoła jako boginie Rozumu: a wszystko to niby ironiczna parodia ideałów Rousseau’a, jego sielanki społecznej »dobrego człowieka«, jego haseł i freaeologji... I minęło to wszystko, i Francja zaczęła się budzić do życia, ale była to już zupełnie inna Francja; niezupełnie świadoma samej siebie, ale z tęsknotą czekająca na nowe twórcze słowo. Człowiekiem, który w danej chwili przyniósł jej to słowo, i który aż po dzień dzisiejszy wytyczył w znacznej mierze drogi literaturze, był Chateaubriand.
W dzień świąt Wielkanocnych r. 1802 ogłoszono uroczyście Konkordat, pakt pojednania między Francją a Kościołem. Po raz pierwszy od dwunastu lat otworzyły się bramy Notre-Dame dla urzędowego orszaku, który wszedł do tumu, gdzie miała się odbyć religijna konsekracja tego święta pokoju. Pierwszy konsul Bonaparte, przybrany w czerwoną aksamitną szatę haftowaną złotem, zasuwający sobą w cień dwóch nieznaczących kolegów, przyjął uroczyście w bramie święconą wodę, podaną mu przez arcybiskupa paryskiego.
Równocześnie otworzyły się kościoły w całej Francji. Pokolenie, które od czasu Rewolucji żyło pozbawione obrzędów religji katolickiej; drugie pokolenie, które wyrosło zgoła w nieświadomości tych obrzędów, z nieopisenem wzruszeniem słuchało uroczystego głosu dzwonów, śpiewów, organów. Francja poddała się jakiemuś słodkiemu uczuciu, w którego skład wchodziły pierwiastki nie tylko religijnej, ale, możnaby powiedzieć, estetycznej natury; pewne struny duszy, skazane na milczenie, lub nieobudzone jeszcze, ale przeczuwane lub pożądane, zaczęły dźwięczeć radośnie.
Tego samego dnia urzędowy dziennik Monitor witał pochwalnym artykułem pojawienie się nowej książki. Książka ta, jak mało która i mało kiedy, odpowiadała stanowi duszy i potrzebom serca, i miała uczynić swego autora najsławniejszym człowiekiem we Francji. Był to Genjusz Chrześcijaństwa Chateaubrianda.
W dziele tem podjął Chateaubriand apologię — lub raczej apoteozę — religji chrześcijańskiej. Zamierzył dowieść, iż jest ona jedynie prawdziwą; że jest jedynie dobrą, twórczą, ludzką; a nadewszystko, że jest piękną, że mieści w sobie nieprzebrane skarby piękna i rodzi piękno, z którem żadne inne równać się nie może. W tem właśnie dzieło jego było nawskroś nowe, a zarazem było czemś co najściślej odpowiadało potrzebom chwili: książka Chateaubrianda działała niby ów dźwięk dzwonów, głos organów. zapach kadzidła odurzający rozkosznie zmysły.
Powiedzmy odrazu, iż wartość tej książki ocenianej z dzisiejszego punktu widzenia jest bardzo nierówna. Słabą nad wyraz jest jej część »dowodowa«. Pisarz podejmuje tu dziecinną teleologię Bernardina de Saint-Pierre, który kazał widzieć dowód Opatrzności w tem, iż pchły są czarne, aby je było łatwiej złapać, że melon podzielony jest podłużnemi prążkami, ponieważ ma służyć za deser dla rodziny, etc. Tak Chateaubriand przytacza jako wyraz troski Opatrzności o człowieka fakt, iż »ptaki wędrowne, dzikie kaczki, bekasy, etc., przybywają do nas wtedy, kiedy ziemia jest ogołocona, aby się przyczynić do urozmaicenia naszego stołu«!! Cała część dowodowa jest mniej więcej tej siły. Bo też rozumowanie nie było zadaniem tego czarodzieja słowa, i nie rozumowania też żądało odeń to umęczone pokolenie; doniosłość książki Chateaubrianda leży w czem innem.
Wiek XVIII, wraz ze swą filozofją, pracował przez dziesiątki lat nad poniżeniem i zdyskredytowaniem chrześcijaństwa. Biblia jest, wedle pojęć Woltera i innych, jedynie stekiem grubych i niedorzecznych baśni; klasztor siedzibą nieuctwa, ucisku i brutalnego sybarytyzmu (Diderot); wiara stanem ducha godnym prostaków. Wspomniałem już, iż człowiek, który nawspak szkole »filozofów« miał odrodzić uczucia religijne Francji XVIII w., był zbuntowanym szwajcarskim protestantem; religja Bernardina de Saint-Pierre, który taką burzę rozpętał w Instytucie tem, iż ośmielił się wymówić słowo »Bóg«, była ogólnikowym deizmem, spowitym w strzępy pseudoklasycznej draperji. Chateaubriand był — poza piśmiennictwem ściśle teologleenem — pierwszym, który głęboko odczuł piękno zawarte w księgach Biblji; który nie waha się ogłosić tych ksiąg za największe dzieło poetyckie świata, wyższe od Homera i Wergilego. Jaskrawym satyrom, mierzącym w życie klasztorne, przeciwstawia piękne wzory misyj chrześcijańskich, ogarniających całą kulę ziemską siecią inteligentnych, ludzkich, żarliwych i w potrzebie gotowych na męczeństwo wysłanników. Wskazuje rolę cywilizacyjną Kościoła w czas zamętu i ciemnoty; odczuwa wreszcie piękno wieków średnich, architektury gotyckiej, rzeczy przed nim zupełnie nieznanych, utożsamianych z najgrubszem barbarzyństwem, a które po Chateaubriandzie miały się stać niemal kamieniem węgielnym Romantyzmu. Mamy wrażenie, że Chateaubriand jakby zdejmuje kataraktę swej epoce, że ślepi zaczynają widzieć. Zadaje ostateczny cios przeżytkom klasycyzmu i jego tak obcej dla naszych dusz mitologji: »...mitologia pomniejsza naturę. Chrześcijaństwo to jedynie, wypędzając te małe bóstwa z lasów i wód, wróciło poecie swobodę malowania puszcz w ich pierwotnym majestacie... Odtąd, wolne od tej trzody śmiesznych bogów, którzy ograniczali je ze wszystkich stron, lasy wypełniły się olbrzymiem bóstwem... «
I on sam, jakże maluje te »puszcze w ich pierwotnym majestacie«! Człowiek w obliczu czarującego i miażdżącego przepychu przyrody; potężne tchnienie nieskończoności wstępujące w jego duszę wraz z szumem lasów i pomrukiem mórz; poczucie mijania i nicości wszystkiego co ziemskie, kruchość naszych dążeń, ambicji, zapałów — oto stan ducha, jaki z nieznaną dotąd siłą i artyzmem wywołuje Chateaubriand pendzlem wielkiego malarza-poety. Jest to stan, którego ostatniem słowem jest, jeżeli nie Bóg, to przynajmniej owo powagi pełne zamyślenie, które na zawsze płoszy ironiczny grymas szyderstwa z rzeczy pozaziemskich. I to jest ton ducha, jaki Chateaubriand poddał swojemu wiekowi. Nic miał to być wiek żarliwej wiary; i sam Chateaubriand, mimo iż szczery chrześcijanin, nie był nim na miarę Pascalów i Bossnetów. Ale od jego czasu, nawet u tych, którzy mieli — jak np. Renan, Taine — stanąć w jawnej rozbieżności z nauką Kościoła, zawsze pozostanie jedno: zrozumienie i głęboka cześć dla chrześcijaństwa. Więcej jeszcze: jak w XVIII w. piętno śmieszności przyczepione było do rzeczy wiary. tak później przylgnie ono do »racjonalnego« ateizmu. »Wolterjański« aptekarz Homais, ta nieśmiertelna postać z Pani Bovary Flauberta, jest odwetem za sarkazmy »filozofów«. A jeżeli przez cały wiek, od Wiktora Hugo i Lamartine’a aż po Verlaine’a, Claudela, i dalej, chrześcijański stan ducha miał się stać niewyczerpaną skarbnicą poetyckich motywów, to jest niewątpliwem dziełem Chateaubrianda.
Ale Chateaubriand jest zanadto ważką indywidualnością jako człowiek, zanadto egotycznem zjawiskiem jako pisarz, aby można było zapoznać się z jego dziełem, nie zapoznając się z nim samym.
Franciszek René wicehrabia de Chateaubriand urodził się w Saint-Malo w Bretanji w r. 1768. Chowany w patriarchalnej surowości w smutnym feudalnym zamku, miał za towarzyszkę losu siostrę Lucynę, jedyną osobę w rodzinie, z którą łączyły go naprawdę bliskie i tkliwe węzły. Jak większość chłopców, wzrosłych nad morzem, marzył o podróżach; ojciec rozstrzygnął o jego karierze, uzyskując dlań stopień podporucznika w pułku nawarskim. Narazie Chateaubriand znajduje się w Paryżu, gdzie pociąga go świat literacki; czyta, kształci się gorączkowo, drukuje jakiś drobiazg w Almanachu Muz. Był to początkowy okres Rewolucji; w owej chwili, młody ex-podporucznik (pułk jego już nie istniał) bez antypatji patrzał na ruch, który zdawał się zapowiadać odrodzenie Francji. Ale osobiście, ze swojem nazwiskiem, jako członek rodziny przywiązanej do dawnych tradycyj, nie miał co robić w ojczyźnie. Zbudziły się w nim dawne marzenia podróżnicze: puścił się do Ameryki z planem odkrycia drogi do Indyj od północy. Drogi tej oczywiście nie znalazł, ale zapuścił się dość daleko w głąb puszcz i preryj Labradoru, Luizjany, Florydy, i znalazł tam — nową drogę dla literatury. Wrócił, wioząc w głowie, lub nawet w walizce, plan czy rękopis powieści Les Netchez, utworu pełnego młodzieńczej świeżości, w którym na tle pierwotnej przyrody życie indyjskich plemion splata się z europejską kulturą francuskich przybyszów.
Wydarzeniem, które sprowadziło Chateaubrianda do Europy, była wieść o straceniu Ludwika XVI. Bez zbytniej wiary w sprawę rojalizmu, przez prosty punkt honoru szlachcica, walczy w szeregach emigrantów; ranny, chory, pozbawiony środków, dostaje się do Anglji, gdzie cierpi nędzę, głód i chłód, stara się wyżyć z lekcyj i źle płatnych tłumaczeń, nocami zaś pracuje nad dziełem Studium o rewolucjach. Dzieło to, owoc gorzkich refleksyj nad ludzkością[1], jakie nasunęły mu wypadki w kraju, ukazało się w 1797 i przeszło dość niepostrzeżenie. W owym czasie, może pod wpływem ciosów, jakie spadają nań raz po razu — najbliżsi krewni, przyjaciele giną na szafocie; matka, siostra, uwięzione — dojrzewają w Chateaubriandzie uczucia religijne, które znajdują podkład w naturalnem usposobieniu poety, skłonnem do zadumy i smutku. Zaczyna pracować nad Genjuszem Chrześcijaństwa. Otrzymawszy pozwolenie na powrót do Francji i ustaliwszy się w Paryżu, wyjmuje z tego dzieła jeden rozdział i wydaje go jako oddzielną książeczkę (1801). Była to Atala, przeniesiona znowuż do Genjuszu Chrześcijaństwa z rękopisu Naczezów, z których treścią jest luźno związana. Powodzenie jest olbrzymie; z dnia na dzień, autor Atali staje się sławnym. Wydany w roku następnym Genjusz Chrześcijaństwa potęguje jeszcze tę sławę. Pierwszy konsul wyciąga rękę do młodego pisarza, widząc w nim sprzymierzeńca swych pojednawczych dążeń; mianuje go sekretarzem ambasady w Rzymie. Chateaubriand pełni te obowiązki do 1804; na wieść: o egzekucji księcia d’Enghien wnosi dymisję i staje się do końca nieprzejednanym wrogiem Napoleona.
W r. 1807 ukazuje się René, który wprzód, jak Atala, stanowił część Genjuszu Chrześcijaństwa, a raczej, wraz z Atalą, przedostał się doń z pierwotnego rękopisu Naczezów. Całość tego pękatego rękopisu, oddana do przechowania w Anglii i uwięziona tam aż do upadku Napoleona, ukazała się — przerobiona przez autora — w druku znacznie później. René powiększył jeszcze rosnącą glorię Chateaubrianda, stając się wydarzeniem literackiem, niemal na wiek cały brzemiennem w następstwa. W r. 1809 pojawiają się Męczennicy, powieść-epopeja, prototyp wszystkich Kwowadisów całego świata, przeciwstawiająca sobie dwie siły, chrześcijaństwo i pogaństwo, na terenie dawnej Galji. W r. 1811 Dziennik podróży z Paryża do Jerozolimy, swobodnie pisany diarjusz podróżny czarujący do dziś dnia swoją stroną opisową i malarską. Cala niemal literatura i poezja podróżnicza wiedzie się z tego Diarjusza.
Z rokiem 1814 i upadkiem Napoleona, otwiera się dla Chateaubrianda nowa karta. Odnowiciel religji zapragnął stać się odnowicielem tronu. Nim jeszcze Buonaparte, jak go odtąd nazywać będą rojaliści, runął zupełnie, Chateaubriand toruje drogę Ludwikowi XVIII-mu namiętnym i świetnym pamfletem o Buonapartem i o Burbonach, który, wedle wyrażenia króla, wart był dlań tyle co cała armja. Odtąd polityka pochłania pisarza. Wciąż wierny tronowi i Burbonom, ale niezawsze łatwy w swym rojaliźmie, to idący z rządem to przeciw niemu, niewygodny jako sojusznik, groźny jako przeciwnik, Chateaubriand znaczy swą działalność szeregiem świetnych artykułów i broszur politycznych. Był parem Francji, ambasadorem w Berlinie i Londynie, ministrem spraw zagranicznych, na którem to stanowisku zdecydował wojnę z Hiszpanią (1823). Po triumfie rewolucji lipcowej, wciąż wierny prawej dynastii, składa wszystkie godności, i, wycofawszy się w zacisze prywatne, pracuje nad Pamiętnikami z poza grobu, w których złożył dzieje swego życia oraz wiele osobistych porachunków. Dożywszy z kolei upadku Orleanów, zmarł z początkiem nowej republiki w 1848, jako ośmdziesięcioletni starzec.
Jakim był ów człowiek, którego charakter, skupiony w typie Renégo, miał zaciążyć nad całemi pokoleniami w życiu i literaturze? Bezgraniczny egotyzm, oto zasadnicza cecha lej natury. Świat cały jest dlań jedynie wielkiem zwierciadłem, które odbija jego postać udrapowaną, w malowniczej pozie, w płaszcz melancholijnej »fatalności«. I jest w tem, zapewne, poczucie »gestu«, ale niema nieszczerości, pozy. Choroba wieku, którą później będzie analizował Musset, i tylu po nim, tutaj ma swój pierwszy symptom. Nieuleczalny smutek, obojętność na wszystko — »na wszystko, prócz religji«, jak mówi; — żrąca nuda, której nie może ugasić ani sława, ani miłość, ani zaszczyty, oto leitmotiv tego istnienia, tak szczodrze — zdawałoby się — obdzielonego wszystkiem, co życie dać może. Bo i miłości nie zbywało, nie mogło zbywać temu poecie. Wszędzie snują się w jego ślady najświetniejsze kobiety, to: namiętne kochanki, to dyskretne i oddane przyjaciółki, bardzo połowicznie spłacane przez tego człowieka, który raczej pozwalał się kochać, niż sam był zdolny do zatracenia się w miłości. I w każdej chwili, na każdym kroku, przy każdem przedsięwzięciu, dźwięczy mu w ucho to pytanie: »I poco? cóż znaczy to wszystko? czem jest to życie ludzkie tak śmieszne, tak nikłe, tak ograniczone wobec wiekuistej zagadki bytu?« Przytem duma, duma głęboka, w wielkim stylu, ale niewolna i od małostek; pragnienie sławy, ale równocześnie ironiczny grymas nad jej nicością; chęć władzy, ale niezdolna do ustępstw niezbędnych i aby ją uzyskać i aby ją utrzymać; — oto ów człowiek, ów charakter, który na jednych wywiera nieprzeparty urok, w drugich budzi żywiołową antypatję.
Takim zaklął Chateaubriand sam siebie w ową postać Renégo, która, jak wspomniałem, miała zaciążyć nad literaturą XIX w. Wpływ ten jedni mienią jej odrodzeniem, drudzy zastrzykniętą jej trucizną, ale nie przeczy mu nikt. Tajemnicą jego, to przedewszystkiem dokończenie dzieła przez Jana Jakóba: wyzwolenie indywidualizmu, udramatyzowanie go, przystrojenie we wszystkie uroki, dostarczanie mu najwspanialszego tła. Od Wielkiego Testamentu Villona 1460 (!) aż do Wyznań Jana Jakóba Rousseau, żyła liryzmu kryje się pod ziemią[2]; to też, poezja, w tym sensie w jakim przedewszystkiem rozumiemy ją dzisiaj, jako bezpośrednio niehamowaną spowiedź, lub jako przepojenie ogromów wszechświata — sobą, nie istnieje. Ale Wyznania, mimo że wyobraźnia tyle ma w nich udziału, są autobiografią, nie kompozycją artystyczną. Ale Rousseau, mimo wpływu jaki wywarł, nie mógł wprost pociągnąć swoim przykładem. Gest jego to gest szpetoty: plebejusz ten z jakąś przewrotną rozkoszą obnaża swoje plugastwa, śmiesznostki, ohydy. O ileż zaraźliwszym słanie się przykład, gdy owa tak długo zdławiona potrzeba udzielania się, amplifikowania swego JA, przybierze powabne rysy arystokratyczne szlachetnego młodzieńca, ściganego przez los nieszczęściami »jakich nikt nie zaznał dręczonego wiecznem niezaspokojeniem duszy, obnoszącego je pod egzotycznemi niebami! Któryż mężczyzna nie zapragnie być Reném? która kobieta zechce kochać innego niż René? Czytajmy Adolfa, czytajmy Spowiedź dziecięcia wieku, Pannę de Maupin; czytajmy Lelię, tego Renégo w spódnicy: zobaczymy na jak wdzięczny grunt padnie ziarno. Gdybyż panna de Lespinasse mogła znać Renégo! ona, w której nic prócz muzyki i miłości nie mogło zaspokoić głodu duszy! Niebawem, Renéizm, przybrany w nowe wdzięki przez angielskiego lorda, miał, pod mianem bajronizmu, ogarnąć całą literaturę. Czy się skończył? nie sądzę; znaleźlibyśmy go u pisarzy, którzy z pewnością nie czytali ani jednej litery Chateaubrianda: wyczuwam go w Eryku Falku i innych »potępieńcach« poematów Przybyszewskiego (ciekawem byłoby zestawienie Renégo i De profundis!); wyczuwam w Plasfodorze, bohaterze już nie dzisiejszej, ale »jutrzejszej« sztuki Stanisława Ignacego Witkiewicza[3]. Hrabia Henryk z Nieboskiej, to prawy syn Renégo; Szczęsny w Horsztyńskim, to jego może najbliższa i najszlachetniejsza filjacja. Hernani, Antony, Didier, le beou ténébreux romantycznego dramatu, to potomstwo Renégo. »Melancholia, tęsknota, smutek, zniechęcenie«, będące treścią zmysłowego pesymizmu Tetmajera, to zaczyn Renégo. Płoszowski z Bez dogmatu, to też krew Renégo w jakiemś nieczystem krzyżowaniu, którego rodowodu nie podejmuję się wyprowadzać. Przypomnijmy sobie z młodych lat urok, jaki ten »genjalny Leon« wywierał na całą Polskę i pomnóżmy go wiele, wiele razy, a będziemy mieli typ wrażenia, jakie sprawiło pojawienie się Renégo w literaturze. Jeżeli źródłem przetworzenia duszy nowoczesnej jest Rousseau, o formie tego przetworzenia zdecydował Chateaubriand. Stworzył nieznane przedtem stany ducha, które po nim staną się własnością ogółu.
Nie silę się, oczywiście, w ramach tego szkicu, wyczerpać istoty tej twórczości. Ale, skoro ktoś przebiegnie — a mało takich jest dzisiaj — kilkadziesiąt Łomów pism Chateaubrianda (wyznaję skromnie, iż przeczytałem ich tylko 19), a później, w oświetleniu epoki, zważa olbrzymi wpływ, jaki wywarły one na losy piśmiennictwa całej Europy, uderzyć go musi niestosunek między tym wpływem a trwałością artystyczną utworów. Trzy największe dzieła: Naczezi, Męczennicy, Genjusz Chrześcijaństwa, zaledwie są dziś do czytania. Przyczyn tego jest parę. Po pierwsze, rozmiar przedsięwzięcia. Przekreślając niejako parę wieków rozwoju piśmiennictwa we Francji, otwierając pole literaturze wyszłej z ducha chrześcijańskiego, narodowego i romantycznego, Chateaubriand raczej wytyczał drogi przyszłym pokoleniom, niż był w stanic sam wykonać ten zamiar. Wszystkie posiane przezeń ideje były płodne i wszystkie wzeszły; on sam jedynie w częściach, we fragmentach, zdolny był powołać je do istnienia. Przedewszystkiem, brak mu zdolności stwarzania ludzi. Dla Chateaubrianda, istnieje jedynie on sam w obliczu Boga i natury: jest to organizacja wielkiego lirycznego poety. Ale, aby dać epopeję, a nawet powieść, trzeba ją zaludnić, trzeba umieć stworzyć postacie ludzkie samoistne i żywe. Otóż, Chateaubrianda człowiek nie interesuje; nic zdaje mu się godnym jego uwagi; stąd, w jego utworach, wszystko co jest człowiekiem, a nie nim samym, jest nad wyraz słabe. Jego wpółdzikie kobietki, Atala, Mila, Celuta, mają pewien fizyczny urok tej dziewiczej natury, której są organem; ale wszystko inne osuwa się w rozpaczliwy konwenans.
Wogóle, pisarz, którego zadaniem jest przewalczyć jakąś epokę, zawsze poniekąd idzie »na faszynę«; inni dopiero korzystają w całej pełni z jego zdobyczy. Nawet w stylu, w języku. Ten niezrównany mistrz słowa, ten odnowiciel, który zada cios »starożytności« i pseudoklasycyzmowi, nie zdoła się wszelako oprzeć naciskowi współczesnego »stylu« centaur w zielonym stroju oznacza u niego dragona, cyklop, artylerzystę; ognista rura, strzelbę, etc. Nie brak i apostrof do Kaliope, do Muz! René nazywa się stale »bratem Amelji«. Prawda, iż wszystko to mieści się w młodzieńczych Naczezach; ale wszak rękopis ich przerabiał do druku już dojrzały pisarz. A ten naprzykład ustęp, którego nie powstydziłby się sam mistrz złego smaku, Jan Jakób Rousseau:

Celuta, młoda Indianka, zakochana w Reném, odnajduje go, gdy ten, wraz z bratem jej Utagamisem, nawpół kona z głodu i wycieńczenia. Zginie, jeżeli natychmiast nie poda mu się posiłku.)
— Nie mam nic, wykrzyknęła Celuta zrozpaczona. Ach, gdyby był moim małżonkiem, gdyby był zapłodnił moje łono, mógłby pić ze swojem dziecięciem ze źródła życia!“ Boskie pragnienie kochanki i matki!
Skromna Indjanka zaczerwieniła się, jak gdyby się przelękła, że René ją zrozumiał. Oczy jej wzniosły się ku niebu, twarz stała się jakby natchniona, rzekłby ktoś, iż, w namiętnej wizji, Celuta miała złudzenie, że karmi i syna swego i ojca swego syna.
Przyjaźni! któraś mi opowiedziała te cuda, czemu nie dałaś mi talentu aby je odmalować! miałem serce, aby je czuć...

Wreszcie, rzecz zabójcza dla dzieła sztuki, to tkwiący w niem odcień dydaktyzmu, celowości. Pod tym względem, autor Męczenników jest jeszcze synem XVIII w.; nie sama tylko czysta rozkosz tworzenia, radość artysty jest jego pobudką; on chce nietyle tworzyć dzieło, ile działać, i działa, ale — to się mści. Podobnie jak filozofowie XVIII w., tak on wpływa, agituje każdą literą swego pióra, tylko w przeciwnym kierunku: to co oni burzyli, on buduje. Stąd, w Genjusza Chrześcijaństwa jest coś z dziennikarstwa w wielkim stylu; w Męczennikach, coś z dydaktyzmu; dwa epizody wyłuskane z młodzieńczego gąszczu Naczezów, Atala i René są obok Pamiętników i Diarjusza podróży najbardziej wolne od domieszek mniej czystego kruszcu.
Ale to co nas dzisiaj razi, nie raziło współczesnych, gdyż było z ich ducha; to zaś co Chateaubriand niósł z sobą nowego, było prawdziwą dla nich rewelacją. Przedewszystkiem, olbrzymio rozszerzył horyzont. Przed nim, francuski pisarz zna Francję; z Francji, Paryż; z Paryża, w XVII w. dwór, w XVIII salon; to jest jego świat. Rousseau otworzył oczy na przyrodę; tak[4], ale dla niego przyroda, to jezioro szwajcarskie i kawałek lasu w Montmorency; potrafi spędzić kilkanaście miesięcy w Wenecji i nie mieć do zanotowania najmniejszego wrażenia (co zresztą przynosi zaszczyt jego szczerości). Od Chateaubrianda, dla poety, kula ziemska staje się za ciasna. Cóż za różnica w skali! Odczuwa zarówno poezję Tybru i Mississipi, Jerozolimy i Aten, wersetów Biblji i piosenki dziewczyny indyjskiej. Dziewicze lasy Ameryki, ruiny Kolosseum, wieże minaretów, spiekłe wybrzeża Morza Martwego, kolumnady Alhambry mroczne krużganki klasztoru, wszystko to ogarnia wzrokiem artysty i myślą człowieka. Jest przed nim Bernardin de Saint-Pierre, też wielki odkrywca przyrody, człowiek który widzi świat zewnętrzny; ale, u niego, z pendzlem artysty nie kojarzy się — jak u Chateaubrianda — dusza wielkiego poety. A sam pendzel, co za różnica:

Na przeciwległym skraju widnokręgu księżyc ukazał się nad drzewami. Samotna gwiazda wznosiła się pomału na niebie; to płynęła spokojnie w lazurze, to spoczywała na gromadkach chmur, podobnych wierzchołkowi gór uwieńczonych śniegiem. Chmury te, zwijając i rozwijając swe żagle, rozsnuwały się w przeźroczystych pasmach białego atłasu, rozpierzchały się w lekkich kłębach piany, lub tworzyły na niebie lawy lśniącej waty, tak miękkiej dla oka, iż odczuwało ono niemal ich wiotkość i elastyczność. Widok na ziemi był niemniej czarujący: niebieskawe i aksamitne światło księżyca lało się w przestrzenie między drzewami i wnikało snopami jasności w gęstwiny mroku... W prerji, po drugiej stronic rzeki, blask księżyca spał bez ruchu na trawie: rozrzucone tu i ówdzie i poruszane wiatrem brzozy tworzyły wyspy falującego cienia na tem nieruchomem morzu światła. Wszystko byłoby milczeniem i spokojem, gdyby nie jakiś liść padający od czasu do czasu, nie nagły poszum wiatru, jęk puszczyka... W oddali, chwilami słychać było głuchy ryk Niagary, który, w ciszy nocnej. odbijał się, z puszczy w puszczę, i zamierał w samotnym lesie.“

To Chateaubriand; słusznie powiedziano, że, w porównaniu, Bernardin de Saint-Pierre ma mały flecik, podczas gdy Chateaubriand całą orkiestrę. Jest to jeden z największych malarzy przyrody, jacy istnieją; przytem to jeden z łych wybrańców, do których natura mówi, i którzy umieją powtórzyć jej słowa. Dziś, gdy klisze wszystkich możebnych »pejzaży« i »nastrojów« stały się niemal powszechną własnością, nie każdy może odczuje doniosłość jego odkrycia; ale powiedział Henryk Heine: „Pierwszy, który porównał kobietę do kwiatu, był wielkim poetą; drugi cymbałem«. A kto, w odpowiednim nastrojeniu ducha, odczyta ostatnie rozdziały Atali, ten uzna iż Chateaubriand był, obok Villona, jednym z największych poetów Śmierci.

Chateaubriand wskrzesił w literaturze francuskiej, tak zdrobnionej w XVIII w., poczucie wielkości. Wobec tych olbrzymich perspektyw, tych wspaniałych kontrastów i antytez, jakże się nagle płaską musiała wydać Henrjada i wierszyki Woltera, jak mieszczańską sama Nowa Heloiza! Bóg, natura, i... on sam, oto jedyne przedmioty godne spojrzenia i konserwacji poety. Tkwi w tem pewne niebezpieczeństwo na przyszłość, którego niezawsze zdoła uniknąć Wiktor Hugo, zmieniając niekiedy przyrodzoną grandezzę duchową Chateaubrianda w »dętą« cokolwiek bombastyczność.
Chateaubriand wreszcie zastrzyknął literaturze ową jakąś m morbidezzę, która tkwi na dnie jego duszy. Jest w nim — zamłodu przynajmniej — jakaś zmysłowa omdlałość, która szuka podniety to w wyczarowywaniu obrazów pierwotnego życia, gibkich ciał kobiecych depcących bosą stopą chłodne mchy leśne, to znów smaga sobie krew truciznami wynaturzonych uczuć i zgryzot sumienia. Nuda, to sęp żrący całe życie serce Chateaubrianda-Renégo: otóż, nuda bywa drapieżna, nuda bywa okrutna... Powiedział ktoś, w śmiałym paradoksie, że w Reném jest, mimo wszystko, coś z owego Valmonta z Niebezpiecznych związków. »Pani de Beaumont otwiera żałobny orszak kobiet, które przesunęły się przede mną«, notuje Chateaubriand w swoich Pamiętnikach z za grobu; a oto urywek z listu, jaki René w Naczezach pisze do młodej czerwonoskórej, do Celuty:

„...Nie sądź wszelako, abyś kiedy mogła bezkarnie poddać się pieszczotom innego mężczyzny; nie sądź, aby mdłe uściski mogły wymazać z twej duszy uściski Renégo. Trzymałem cię na mej piersi w głębiach puszczy, wśród wichru i burzy, wówczas gdy, przeniósłszy cię przez strumień, byłbym chciał zasztyletować cię, aby przygwoździć szczęście w twojej piersi, i skarać się za to, iż dałem ci to szczęście... Tak, Celuto, jeśli mnie stracisz, zostaniesz wdową; kto mógłby cię otoczyć tym płomieniem, jaki noszę w sobie nawet wówczas gdy nie kocham? Te pustkowia, które wypełniłem żarem, wydałyby ci się lodowate przy
innym małżonku. Czegóżbyś szukała w cieniu lasów? niema już dla ciebie złudzeń, niema upojenia, szału: wszystko ci wydarłem, dając ci wszystko, lub raczej nie dając ci nic...

Czyż, w istocie, nie mógłby czegoś w tym rodzaju pisać Valmont do pani de Tourvel, gdyby ich związek potrwał dłużej? I czyż nie jest uroczą powieść, w której, nad brzegami Mississipi, młode, wpółnagie Indjanki otrzymują takie listy?
Jeden jeszcze pragnąłbym zanotować znamienny objaw. Tematem do Renégo — utworu mającego tak wybitne cechy autobiografji staje się dla Chateaubrianda uczucie własnej siostry Lucylli, które zresztą, w życiu, nic wychodziło chyba poza granice egzaltowanej nieco siostrzanej miłości. I oto ów dumny wicehrabia de Chateaubriand (Franciszek-René), który z pewnością ostrzem szpady odwróciłby wszelki cień zmazy, jaką ktoś ośmieliłby się pokajać jego siostrę, sam wydaje jej dobrą sławę dziewiczą na pastwę nieuniknionych komentarzy ciekawego tłumu, byleby z niej wykroić sutszy i piękniej drapujący się płaszcz dla swego Renégo! To już nowoczesny moloch literatury, żarłoczny, bezwzględny, nie oszczędzający nikogo i niczego. Odtąd, świętość własnego i cudzego życia prywatnego przestanie istnieć dla człowieka naznaczonego piętnem literatury: każdy strzęp duszy, choćby ociekający krwią, stanie się dlań tematem. George Sand i Musset, jeszcze dygocący od przeżytego dramatu, na wyprzódki śpieszą oddać go, na ciepło, pod prasę drukarską. Naiwna panna de Lespinasse jakże zazdrośnie strzegła tajemnicy swoich listów; nie przyszło jej na myśl, że mogłaby sama szukać na nie wydawcy!
Kiedy Racine, nawiedzony wstającem z grobu widmem błędów młodości, znalazł się pod grozą hańbiącego procesu, wzdrygnął się, złamał pióro, które tylekroć opromieniło poezją występne namiętności, i obrócił resztę życia na skruchę i pokutę. Za naszych czasów, pewien sławny pisarz znalazł się zamłodu w więzieniu pod zarzutem otrucia kochanki; wypuszczono go rychło z powodu niewątpliwego alibi. Otóż, później, w »nastrojowych« momentach, znakomity pisarz lubił dawać do zrozumienia, że cała ta sprawa nie była znów tak zupełnie niewinna... Ta kokieteria występku, to także Renéizm swego rodzaju (Kwiaty grzechu, Baudelaire'a!); ale, ponieważ zawdzięczamy mu, w literaturze ostatniego stulecia, nieporównane bogactwa liryzmu, przyjmijmy go wdzięcznem sercem, z „dobrodziejstwem inwentarza...«
Utarło się, w wydaniach francuskich, iż do Atali i Renégo dołącza się zazwyczaj Ostatniego z Abenserażów. Jest to echo pobytu w Grenadzie, gdzie w powrocie z Ziemi św. pielgrzym przeżył jedną z piękniejszych swoich sielanek z oczekującą go tam panią de Mouchy... Rys ten jest, dla zrozumienia Chateaubrianda, z pewnością nie najmniej charakterystyczny.

Boy.

Kraków, w październiku 1920.




Atala

Prolog.

Francja posiadała niegdyś w Ameryce północnej rozlegle władztwo, które rozciągało się od Labradoru aż do Florydy i od wybrzeży Atlantyku aż do najbardziej odległych jezior górnej Kanady.
Cztery wielkie rzeki, czerpiące źródła w jednem paśmie gór, rozgraniczały te niezmierzone przestrzenie: rzeka św. Wawrzyńca, która gubi się na wschodzie w zatoce tegoż imienia; rzeka Zachodnia, która toczy swe wody ku nieznanym morzom; rzeka Bourbon, która pomyka z południa na północ ku zatoce Hudsońskiej, i Mississipi, która płynie z północy ku południowi do zatoki Meksykańskiej.
Ta ostatnia rzeka zasila, na przestrzeni przeszło tysiąca mil, wodami swemi rozkoszną okolicę, którą mieszkańcy Stanów Zjednoczonych nazywają nowym Edenem, a której Francuzi nadali słodkie imię Luizjany. Tysiąc innych rzek, topiących swe wody w Mississipi, jak Missuri, Illinois, Akanza, Ohio, Wahasz, Tenaz, krzepi ziemię swoim mułem i użyźnia swemi wodami. Kiedy wszystkie te rzeki wezdmą się wałami wiosennych roztopów, kiedy burze powalą całe połacie lasów, drzewa wyrwane z korzeniem gromadzą się u źródeł. Niebawem, szlam wodny spaja je, liany je oplatają, a rośliny, kiełkując z nich na wszystkie strony, do reszty zespalają te szczątki. Kołysane spienionemi falami, spływają do Mississipi. Rzeka bierze je na swój grzbiet, unosi ku zatoce Meksykańskiej, osadza na ławach piasku i mnoży w ten sposób ilość swoich ujść. Niekiedy podnosi głos przepływając popod górami, i, występując z brzegów, rozlewa swoje wody dokoła kolumnad lasów i piramid grobowców indyjskich: jest to Nil puszczy. Ale, w obrazach natury, wdzięk jednoczy się zawsze ze wspaniałością: podczas gdy środkowy prąd unosi ku morzu trupy sosen i dębów, na dwóch bocznych prądach widzi się ciągnące w górę, wzdłuż brzegów, pływające wyspy pistyj i nenufarów, których żółte róże wznoszą się niby małe flagi. Zielone węże, białe czaple, różowe flamingi, młode krokodyle, płyną, niby pasażerowie, na tych ukwieconych okrętach, i cała kolonja, rozwijając na wolę wiatru żagle ze złota, ląduje sennie w jakiejś ustronnej odnodze rzeki.
Dwa brzegi Mississipi przedstawiają obraz nader osobliwy. Na zachodnim brzegu, ciągną się, jak okiem sięgnąć, olbrzymie łąki; fale ich zieloności, ginąc w oddali, zdają się wstępować ku lazurowi nieba w którym się topią. Na tych łąkach bez kresu widzi się błądzące swobodnie kilkotysięczne gromady dzikich bawołów. Niekiedy, stary bizun, prując wpław fale, układa się w kępie wysokich traw, na wyspie wśród wód Mississipi. Z czoła ozdobionego dwoma półksiężycami, z długiej i zlepionej szlamem brody możnaby go wziąć za boga rzeki, który zadowolonem okiem spogląda na majestat swych fal i na dziką bujność wybrzeży.
Taki obraz przedstawia brzeg zachodni, ale zmienia się on zupełnie po przeciwległej stronie, tworząc cudowny kontrast. Zawieszone nad brzegiem wód, rozsypane po skałach i górach, rozsiane po dolinach, drzewa wszystkich kształtów, wszystkich barw, wszystkich zapachów, mięszają się, rosną razem, strzelają w górę do zawrotnej wysokości. Dzikie wina, begonie, kolocynty, splatają się u stóp tych drzew, pną się po ich konarach, pełzają aż do kończyn gałęzi, przerzucają się z klonu na drzewo tulipanowe, z tulipanu na dziki ślaz, tworząc tysiące grot, sklepień, portyków. Często, błąkając się od drzewa do drzewa, liany te okraczają ramiona rzeki, rzucając nad niemi pomosty z kwiatów. Z łona tych potężnych drzew, magnolia wznosi się nieruchomym stożkiem; uwieńczona rozłożystemi białemi różami, góruje nad całym lasem, i nie ma innej rywalki prócz palmy, która tuż obok kołysze lekko swoje wachlarze z zieleni.
Mnogość zwierząt pomieszczonych w tych schronieniach ręką Stwórcy rozsiewa tam czar i życie. Z krańca tych dzikich alei spostrzega się niedźwiedzie upojone winnem gronem, kołyszące się na konarach wiązów; renifery kąpią się w jeziorze; czarne wiewiórki igrają w gąszczu liści; przedrzeźniacze, gołębie Wirgińskie wielkości wróbli, opuszczają się na trawniki poczerwienione jagodami; zielone papugi o żółtej głowie, dzięcioły nakrapiane purpurą, ogniste kardynały wspinają się z gałęzi na gałąź ku wierzchowi cyprysów; kolibry lśnią się na jaśminie Florydy, węże-ptaszniki gwiżdżą zawieszone u sklepienia drzew, kołysząc się na nich niby liany.
O ile w burzanach po drugim brzegu rzeki wszystko jest ciszą i spokojem, tutaj, przeciwnie, wszystko jest ruchem i szmerem: uderzenia dziobów o pnie dębów, szelest zwierząt które przechadzają się, pasą lub gniotą między zębami pestki owoców, szum fali, wątłe jęki, głuche poryki, słodkie gruchania napełniają tę puszczę tkliwą i dziką harmonją. Ale kiedy lekki powiew wiatru ożywi tę samotnię, kiedy zacznie kołysać temi bujającemi oponami, mięszać te masy bieli, lazuru, zieleni, różowości, stapiać wszystkie kolory, zlewać wszystkie szelesty, wówczas wychodzą z głębi lasu takie głosy, migocą przed oczyma takie obrazy, iż napróżnobym się starał opisać je tym, którzy nie przebiegali nigdy pierwotnych niw przyrody.
Po odkryciu Mississipi przez ojca Marquette i nieszczęśliwego La Salle, pierwsi Francuzi, którzy osiedlili się w Biloxi i w Nowym Orleanie, zawarli przyjaźń z Naczezami, plemieniem indyjskiem, którego potęga groźna była całej okolicy. Spory i zawiści zrumieniły później krwią gościnną ziemię. Był pomiędzy tymi dzikimi starzec zwany Szaktas[5], który, przez swój wiek, mądrość i znajomość spraw życia, był patrjarchą i ukochaniem puszczy. Jak wszyscy ludzie, okupił cnotę cierpieniem. Nie tylko lasy Nowego Świata były teatrem jego nieszczęść: zaniósł je nawet na wybrzeża Francji. Przykuty na galerach w Marsylji wskutek okrutnej niesprawiedliwości, wypuszczony na wolność, przedstawiony Ludwikowi XIV-mu, zetknął się on z wielkimi ludźmi tego czasu, podziwiał uroczystości Wersalu, tragedie Rasyna, słyszał mowy pogrzebowe Bossueta; jednem słowem, Dziki ten oglądał społeczeństwo w najwyższym szczycie jego blasku.
Od wielu lat, wróciwszy na łono ojczyzny, Szaktas zażywał spokoju. Niebo wszelako sprzedało mu drogo jeszcze i tę łaskę; starzec ociemniał. Młoda dziewczyna prowadziła go po wybrzeżach Mississipi, jak Antygona wiodła niegdyś kroki Edypa na Cytheronie, lub jak Malwina prowadziła Osjana przez skały Morweńskie.
Mimo licznych niesprawiedliwości, jakich Szaktas doznał ze strony Francuzów, kochał ich wszelako. Pamiętał zawsze Fenelona, którego był niegdyś gościem, i pragnął oddać jakąś przysługę współziomkom tego cnotliwego człowieka. Nadarzyła się pomyślna sposobność potemu. W r. 1725, młody Francuz, imieniem René, pędzony namiętnościami i nieszczęściem, przybył do Luizjany. Dotarł rzeką Mississipi aż do krainy Naczezów i poprosił, aby go przyjęto jako wojownika do tego plemienia. Szaktas rozmawiał z nim długo; widząc że postanowienie jego jest niewzruszone, przyjął go za syna i dał mu za małżonkę Indjankę zwaną Celuta. W niedługi czas po tem małżeństwie, Dzicy zaczęli się gotować do polowania na bobry.
Szaktas, mimo że ślepy, naznaczony był przez radę Sachemów[6] na wodza wyprawy, z przyczyny szacunku jakiego zażywał wśród indyjskich plemion. Rozpoczęły się modły i posty; wróżbici wykładali sny; radzono się Manitów; wróżono z dymu fajek; palono zrazy z ozorów łosiowych; badano czy iskrzą się w ogniu, aby odkryć wolę Genjuszów. Jadą wreszcie, spożywszy świętego psa. René należy do wyprawy. Korzystając z wstecznych prądów, łodzie wydrążone z kłody posuwają się w górę Mississipi i wpływają w łożysko Ohio. Było to w jesieni. Wspaniałe puszcze Kentuki roztaczają się zdumionym oczom młodego Francuza. Jednej nocy, przy blasku księżyca, podczas gdy wszyscy Naczezi śpią na dnie pirogów, i podczas gdy flota indyjska, rozwijając żagle ze skór bydlęcych, pomyka gnana lekkim wiatrem, René, zostawszy sam z Szaktasem, prosi starca, aby mu opowiedział swoje przygody. Starzec godzi się uczynić mu zadość, i, usiadłszy wraz z nim u steru piroga, zaczyna w te słowa:





Opowiadanie.

Myśliwcy.

„Osobliwy to zaiste los, mój synu, stowarzyszył nas obu. Ja widzę w tobie człowieka cywilizowanego, który uczynił się dzikim; ty widzisz we mnie człowieka dzikiego, którego wielki Duch (nie wiem dla jakich zamiarów) zechciał ucywilizować. Weszliśmy obaj w szranki życia z dwóch przeciwnych krańców: ty przybyłeś aby spocząć na mojem miejscu, ja zajmowałem niegdyś twoje: powinnibyśmy przeto mieć o świecie zupełnie odmienne pojęcia. Kto z nas obu zyskał lub stracił na zamianie? Wiedzą to Geniusze, z których najmniej wiedzący ma więcej mądrości niż wszyscy ludzie razem.
„W następnym miesiącu kwiatów[7], będzie siedem razy po dziesięć śniegów i jeszcze trzy śniegi[8], od czasu jak matka wydała mnie na świat na brzegach Mississipi. Hiszpanie usadowili się wówczas od niedawna w zatoce Pensakola, ale żaden biały nie zamieszkiwał jeszcze Luizjany. Liczyłem zaledwie siedmnaście opadów liści, kiedy kroczyłem z mym ojcem, wotownikiem Utalissi, przeciw Muskogułgom, porężnemu plemieniu Florydy. Połączyliśmy się z naszymi sprzymierzeńcami Hiszpanami, i bitwa rozegrała się na jednej z odnóg rzeki Mobil. Areskui[9] i Manitowie nie byli nam łaskawi. Nieprzyjaciele zwyciężyli; ojciec postradał życie; ja, broniąc go, odniosłem dwie rany. Och! czemuż nie zstąpiłem wówczas w krainę cieniów! byłbym uniknął nieszczęść, jakie mnie czekały na ziemi. Duchy rozrządziły inaczej: uciekające niedobitki uprowadziły mnie do Saint-Augustin.
„W mieście tem, świeżo wzniesionem przez Hiszpanów, groziło mi, iż mnie pognają do min meksykańskich, kiedy stary Kastylijczyk, imieniem Lopez, wzruszony moją młodością i prostotą, ofiarował mi schronienie i przedstawi! mnie siostrze, przy której żył w stanie bezżennym.
„Oboje powzięli dla mnie najtkliwsze uczucia. Wychowano mnie bardzo starannie, dano mi wszelakiego rodzaju nauczycieli. Ale, spędziwszy trzydzieści — księżyców w Saint-Augustin, uczułem odrazę do życia w mieście. Nikłem w oczach: to stałem nieruchomo przez całe godziny, poglądając na wierzchołki odległych lasów; to znajdowano mnie jak siedziałem nad brzegiem rzeki, patrząc ze smutkiem na płynące wody. Wyobrażałem sobie lasy poprzez które płynęła ta fala, i dusza moja tonęła cała w samotności,
„Niezdolny już opierać się pragnieniu powrotu do puszczy, stanąłem jednego ranka przed Lopezem przybrany w dawną odzież Dzikiego, trzymając w jednej ręce łuk i strzały, w drugiej moje europejskie szaty. Oddałem je szlachetnemu opiekunowi, poczem rzuciłem się do jego stóp, wylewając potoki łez, Obrzucałem sam siebie wstrętnemi imionami, obwiniałem się o niewdzięczność: »Ale wreszcie, rzekłem, o mój ojcze, widzisz sam: zginę, jeżeli nie wrócę do życia Indianina«.
„Lopez, przejęty zdumieniem, chciał mnie odciągnąć od mego zamiaru. Przedstawił mi niebezpieczeństwa, na jakie się wystawiam, o ilebym ponownie dostał się w ręce Muskogulgów. Ale, widząc iż jestem gotów na wszystko, wykrzyknął zalewając się łzami i tuląc mnie w uścisku: »Idź tedy, o dziecię natury, wróć do swobody, Lopez nie chce ci jej wydzierać. Gdybym był młodszy, sam towarzyszyłbym ci w puszczę (skąd również mam słodkie wspomnienia!) i oddałbym cię w ramiona matki. Skoro znajdziesz się w lasach, pomyśl niekiedy o starym Hiszpanie, który ci dał gościnę, i zapamiętaj, — iżbyś był skłonny miłować swoich bliźnich — iż pierwsze serce ludzkie, z jakiem się spotkałeś, nie przyniosło ci zawodu«. Lopez zakończył modlitwą do Boga Chrześcijan, do której to wiary napróżno starał się mnie nakłonić, i rozstaliśmy się szlochając.
„Niedługo dala na siebie czekać kara za mą niewdzięczność. Niedoświadczenie moje sprawiło, iż zabłąkałem się w lesie, i wpadłem w ręce gromady Muskogulgów i Siminolów, jak mi to Lopez przepowiedział. Po stroju i piórach, które zdobiły mi głowę, poznano we mnie wojownika z plemienia Naczezów. Skuto mnie, ale lekko, przez wzgląd na moją młodość. Simaghan, wódz oddziału, zapytał mnie o imię; odpowiedziałem: »Zowię się Szaktas, syn Utalissiego, syna Misku, którzy zdarli więcej niż sto skalpów bohaterom plemienia Muskogulgów«. Simaghan rzekł: »Szaktasie, synu Utalissiego, syna Misku, ciesz się; czeka cię śmierć od ognia w wielkiej »wsi«. Odparłem: »Doskonale«: i zaintonowałem hymn śmierci.
„Mimo iż byłem jeńcem, nie moglem przez pierwsze trzy dni powstrzymać się od uczucia podziwu dla mych nieprzyjaciół. Muskogulg, a zwłaszcza sprzymierzeniec jego, Siminol, oddycha weselem, miłością, radością życia, Chód jego jest lekki, obejście otwarte i pogodne. Mówi wiele i z łatwością; wysłowienie jego jest harmonijne i płynne. Wiek nawet nie zdolen jest odebrać Sachemom lej radosnej prostoty: jak stare ptaki w lasach, i oni mięszają swoje dawne piosnki z nowerui melodjami młodego potomstwa.
„Kobiety towarzyszące gromadzie objawiały młodości mojej tkliwe współczucie i wdzięczną ciekawość, Wypytywały mnie o matkę, o pierwsze dni mego życia; chciały wiedzieć, czy moją kołyskę z mchu wieszano u kwitnących gałęzi klonów, czy bujały mną łagodne wiatry tuż — obok gniazdek drobnych ptasząt. Potem, zasypywały mnie pytaniami tyczącemi stanu mego serca: pytały, — czy widywałem we śnie białą łanię, i czy drzewa zacisznej doliny podszepnęły mi chęć miłowania. Odpowiadałem prostodusznie matkom, córkom i małżonkom wojowników. Mówiłem: «Jesteście powabem dnia, noc zaś miłuje was niby rosę. Człowiek opuszcza wasze łono, aby się uwiesić u waszych piersi i ust; znacie magiczne słowa które usypiają wszelką boleść. Oto co mi rzekła ta, która mnie wydała na świat, i która mnie już nie ujrzy! Rzekła mi także, iż „dziewice to są tajemnicze kwiaty, rosnące w samotnej ustroni«.
„Pochwały te sprawiały kobietom wiele — przyjemności; obsypywały mnie wszelakiego rodzaju podarkami; przynosiły mi śmietankę z kokosów, cukier klonowy, ciasto z kukurudzy, szynki niedźwiedzie, skóry bobrowe, ozdoby z muszli i mech na posianie. Śpiewały, śmiały się ze mną, a później nagle zaczynały plakat na myśl iż mam być spalony.
„Jednej nocy, kiedy Muskogulgowie rozbili obóz na skraju lasu, siedziałem koło wojennego ognia wraz z myśliwcem, któremu powierzono straż nade mną. Nagle, usłyszałem w trawie szelest odzieży, i kobieta z nawpół osłoniętą twarzą usiadła kolo mnie. Łzy kręciły się pod jej powieką; w blasku ognia mały złoty krzyżyk lśnił się na jej łonie. Była doskonale piękna; na twarzy jej malowało się. coś nieopisanie czystego i namiętnego zarazem, co wywierało nieprzeparty urok. Cała postać uderzała tkliwym wdziękiem; nadzwyczajna wrażliwość, złączona z głęboką melancholią, oddychała w jej spojrzeniach i uśmiech miała wprost, niebiański.
„Sądziłem, iż była to Dziewica ostatniej pieszczoty, owa dziewica, którą posyła się jeńcom wojennym, aby okrasić czarem ich grób. W tem rozumieniu rzekłem jej szeptem, ze wzruszeniem które nie płynęło wszelako z obawy przed stosem: »Dziewico, godna jesteś pierwszej miłości, nie jesteś bynajmniej stworzona dla ostatniej, Drgnienia serca, które niebawem przestanie bić, źle kojarzyłyby się z uderzeniami twego. Jak zespalać śmierć i życie? Zanadto kazałabyś mi żałować mych młodych dni. Niechaj kto inny będzie szczęśliwszy ode mnie i niechaj długi uścisk zespoli lian i dąb!
„Młoda dziewczyna odparła; »Nie jestem zgoła Dziewicą ostatniej pieszczoty. Czy jesteś chrześcijaninem?« Odpowiedziałem, iż nie sprzeniewierzyłem się geniuszom mej chaty. Rzekła: »Żal mi cię, iż jesteś tylko nędznym bałwochwalcą. Matka uczyniła mnie chrześcijanką i nazywam się Atala, córka Simaghana o złotych naramiennikach, wodza wojowników lej gromady. Udajemy się do Apala-chukla, gdzie mają cię spalić«. Mówiąc te słowa, Atala podniosła się i znikła“.
Tutaj, Szaktas zmuszony był przerwać opowiadanie. Wspomnienia cisnęły się tłumem do jego duszy; zgasłe oczy zrosiły łzami zwiędłe policzki; tak dwa źródła, ukryte w głębokim mroku ziemi, zdradzają swą obecność wodą, która sącz y się między skały.
„O, mój synu, podjął wreszcie, widzisz, że Szaktas jest bardzo daleki od rozsądku, mimo sławy swej roztropności. Niestety, dziecko moje, człowiek niezdolny już widzieć, zdolny jest — jeszcze płakać! Wiele dni upłynęło; córka Sachema wracała co wieczór na chwilę rozmowy. Sen uciekał z mych ócz; Atala żyła w mojem sercu, jak wspomnienie miejsca spoczynku mych ojców.
„Siedmnastego dnia drogi, około czasu gdy łętka wychodzi z wód, wstąpiliśmy na wielką łąkę Alachua. Łąka ta otoczona jest pagórkami. które, kryjąc się jedne za drugiemi, dźwigają, wznosząc się aż pod chmury, piętrzące się lasy drzew gumowych, cytrynowych, magnolij i zielonych dębów. Wódz wydal krzyk, będący hasłem spoczynku, i gromada rozłożyła się u stóp pagórka. Umieszczono mnie w pewnem oddaleniu, na przegu jednej z owych naturalnych studzien, tak słynnych we Florydzie. Przywiązano mnie do stóp drzewa; jeden z wojowników czuwał niecierpliwie kolo mnie. W kilka chwil zaledwie po przybyciu w to miejsce, Atala zjawiła się u źródła: »Myśliwcze, mówiła do muskogulskiego heroja, jeżeli chcesz pogonić za sarną, ja będą czuwać przy jeńcu«. Na te słowa córki wodza wojownik skoczył z radości; rzuca się ze szczytu pagórka i pomyka szybko w równinę.
„Osobliwe przeciwieństwo zawarte w sercu człowieka! Ja, który tak bardzo pragnąłem poufnej rozmowy z tą, którą kochałem już jak słońce, teraz, zmięszany i pełen lęku, miałem uczucie iż wolałbym, aby mnie rzucono krokodylom przy źródle, niż znaleźć się tak sam na sam z Atalą. Córka puszczy była równie zmięszana jak jej jeniec; trwaliśmy w głębokiem milczeniu; geniusze miłości wykradły nam słowa. Wreszcie, Atala, czyniąc wysiłek, rzekła: »Wojowniku, więzy twoje są nader słabe; możesz z łatwością się wymknąć«. Na te słowa, odwaga wróciła memu językowi; odparłem: »Słabe więzy, o, kobieto!« Nie wiedziałem jak skończyć. Atala wahała się kilka chwil, poczem rzekła: »Uciekaj«. I odwiązała mnie od pnia. Chwyciłem sznur; włożyłem go zpowrotem w ręce tej dziewczyny z obcego plemienia, niewoląc jej piękne palce, aby się zawarły na moim łańcuchu. »Weź go! weź zpowrotem!« wykrzyknąłem. »Jesteś szalony, rzekła Atala wzruszonym głosem. Nieszczęśliwy! czy nie wiesz, że czeka cię śmierć w płomieniach? Czego się spodziewasz? Czy pamiętasz o tem, że jestem córką groźnego Sachema?« — „Był czas, odparłem ze łzami, że i mnie również noszono w skórze bobra, u ramion kochającej matki. Ojciec mój miał również piękną chatę, i kozy jego piły wody z tysiąca strumieni; ale obecnie błąkam się bez ojczyzny. Kiedy mnie już nie będzie, żaden przyjaciel nie rzuci garści trawy na moje ciało, aby je uchronić od much. Ciało nieszczęśliwego cudzoziemca nie obchodzi nikogo“.
„Słowa te wzruszyły Atalę. Łzy jej potoczyły się do źródła:.. Ach, podjąłem z żywością, gdyby twoje serce mówiło tak jak moje! Czyliż puszcza nie jest wolna? Czy lasy nie mają gąszczów, gdziebyśmy mogli znaleźć ukrycie? Czyż, aby być szczęśliwym, tak wiele potrzeba dzieciom chaty! O dziewico, piękniejsza niż pierwszy sen oblubieńca! O, moja ukochana! odważ się podążyć za mną!« Takie były moje słowa. Atala odpowiedziała tkliwym głosem: »Miły młodzieńcze, nauczyłeś się mowy białych; łatwo jest uwieść Indjankę. — Jakto! wykrzyknąłem, nazywasz mnie miłym młodzieńcem! Ach! jeżeli biedny niewolnik... — I cóż, rzekła, nachylając się nade mną, biedny niewolnik... “ Podjąłem z żarem: »Niechaj pocałunek upewni go o twem sercu!« Atala wysłuchała mej prośby. Jak młode koźlę zdaje się wisieć u kwiatów różanych lianów które chwyta delikatnym językiem na stromem urwisku, tak ja trwałem zawieszony na ustach ukochanej.
„Niestety, drogi synu, cierpienie sąsiaduje blisko z rozkoszą. Któż byłby mógł mniemać, że chwila, w której Atala dała mi pierwszy zakład miłości, będzie zarazem chwilą, w której ona sama zniweczy moje nadzieje? O, pobielałe włosy starego Szaktasa! jakież było wasze zdumienie, kiedy córka Sachema wymówiła te słowa: »Piękny jeńcze, ustąpiłam, szalona, twoim pragnieniom; ale dokąd zaprowadzi nas ta namiętność? Religia moja dzieli mnie od ciebie na zawsze... O, matko! cóżeś uczyniła?...« Atala zamilkła nagle i stłumiła jakąś nieszczęsną tajemnicę, która już miała wymknąć się z jej ust. Słowa jej pogrążyły mnie w rozpaczy. — Dobrze więc, wykrzyknąłem; będę równie okrutny jak ty; nie ucieknę. Ujrzysz mnie w wieńcu z płomieni; będziesz słyszała skwierczenie mego ciała i będziesz się cieszyć«. Atala ujęła moje ręce obiema dłońmi. »Biedny młody bałwochwalco, wykrzyknęła, litość, doprawdy, budzisz we mnie! Chcesz tedy, abym wypłakała cale moje serce? Cóż za los, że nie mogę uciec z tobą! Nieszczęśliwy był żywot matki twojej, o Atalo! Czemuż się nie rzucisz na pastwę krokodylów w tem źródle!«
„W tejże samej chwili, za zbliżeniem zachodu słońca, krokodyle zaczęły swoje wycia. Atala rzekła:.. Opuśćmy te miejsca«. Pociągnąłem córkę Simaghana do stóp pagórków, które tworzyły istne zatoki zieleni, wysuwając się niby cyple w morze łąk. Puszcza oddychała przepychem i spokojem. Bocian krzyczał w gnieździe, lasy rozbrzmiewały jednotonnym śpiewem przepiórek, gwizdaniem samic papuzich, rykiem bizunów i siminolskich klaczy.
„Przechadzka nasza była prawie niema. Szedłem obok Atali; ona trzymała koniec sznura, który przemocą wcisnąłem w jej ręce. To zalewaliśmy się łzami, to znów sililiśmy się na uśmiech. Spojrzenie naprzemian wzniesione ku niebu, lub przywiązane do ziemi, ucho nastawione na śpiew ptaka, tkliwy uścisk rąk, łono naprzemian to bijące to znów oddychające spokojem, imiona Szaktasa i Atali słodko powtarzane od czasu do czasu... Och! pierwsza przechadzko z ukochaną: musi, zaiste, potężnem być twoje wspomnienie, skoro, po tylu latach niedoli, poruszasz jeszcze serce starego Szaklasa!
„Jacyż niezrozumiali są ludzie ożywieni namiętnością! Dopiero co opuściłem szlachetnego Lopeza, naraziłem się na wszystkie niebezpieczeństwa aby być wolnym; i oto, w jednej chwili, spojrzenie kobiety zmieniło moje upodobania, postanowienia, myśli! Zapominając o kraju, o matce, chacie rodzinnej i o okrutnej śmierci, jaka mnie czekała, stałem się obojętnym na wszystko co nie było Atalą. Niezdolny wznieść się do rozsądku dojrzałego męża, popadłem nagle w rodzaj dziecięctwa; nie tylko nie umiałbym nic uczynić aby się umknąć nieszczęściom, które mnie czekały, ale byłbym potrzebował niemal, aby ktoś troszczy! się o mój sen i pożywienie.
„Napróżno tedy, po owej przechadzce wśród preryj, Atala, rzucając się do mych kolan, zaklęła mnie na nowo, abym ją opuścił. Przysiągłem, że wrócę sam do obozu, jeżeli nie przywiąże mnie zpowrotem do stóp drzewa. Zgodziła się wreszcie uczynić mi zadość, mając nadzieję przekonać mnie na drugi raz.
„Nazajutrz po owym dniu, który rozstrzygnął o losie mego życia, pochód zatrzymał się w dolinie, niedaleko od Kuskowili, stolicy Siminołów. Indjanie ci, sprzymierzeni z Muskogulgami, tworzą wraz z nimi konfederację Kreeków. Córa krainy palm przyszła odwiedzić mnie wśród nocy. Zawiodła mnie do wielkiego sosnowego lasu i ponowiła swoje prośby, nakłaniając mnie do ucieczki. Bez słowa odpowiedzi, ująłem w dłoń jej rękę i zmusiłem tę spragnioną łanię, aby się zapuściła ze mną w las. Noc była rozkoszna. Genjusz sfer potrząsał swemi niebieskiemi kędziorami, wonnemi od zapachu sosen; oddychało się słabym zapachem ambry, jaki wyziewały krokodyle, spoczywające pod tamaryndami nad rzeką. Księżyc błyszczał pośród lazuru bez plamy, a perłowe jego światło spływało na majaczące wierzchołki drzew. Nie było słychać żadnego odgłosu, prócz jakiejś dalekiej muzyki szemrzącej w głębi lasów: możnaby rzec, iż to dusza samotności wzdycha w niezmierzonej puszczy.
„Spostrzegliśmy poprzez drzewa młodego człowieka, który, z pochodnią w dłoni, podobny był do Geniusza wiosny, przebiegającego lasy, aby odmłodzić przyrodę. Był to kochanek, który szedł po wyrok swego losu do chały ulubionej.
„Jeżeli dziewica zagasi pochodnię, znaczy to iż przyjmuje ofiarowane śluby; jeżeli zasłoni oblicze nie gasząc jej, odrzuca zamęźcie.
„Wojownik, posuwając się w ciemnościach, nucił półgłosem te słowa:
„Wyprzedzę kroki dnia na szczycie gór aby szukać mojej samotnej gołębicy w lesie, między dębami.
„Włożyłem jej na szyję naszyjnik z muszel; widnieją w nim trzy czerwone ziarna mej miłości, trzy fiołkowe obawy, trzy niebieskie nadziei.
„Mila ma oczy gronostaja i kędziory lekkie niby pole ryżu; usta jej, to muszla różowa strojna perłami; piersi jej jak dwa młode koźlęta bez plamy, urodzone w tym samym dniu z jednej matki.
„Oby Mila zechciała zgasić tę pochodnię! Oby usta jej zechciały tchnąć na nią rozkoszny cień! Uczynię żyznem jej łono. Nadzieja ojczyzny zawiśnie u jej płodnego wymienia, a ja zapalę fajkę pokoju nad kołyską syna!
„Ach! pozwólcie mi wyprzedzić kroki dnia na szczycie gór, aby szukać mej samotnej gołębicy między leśną dębiną!«
„Tak śpiewał ów młodzieniec, a akcenty jego śpiewu wniosły zamęt w samą głąb mojej duszy i sprawiły iż Atala zmieniła się na twarzy. Ręce nasze, zespolone, zadrżały w uścisku. Ale oderwała nas od tej sceny inna, niemniej dla nas niebezpieczna.
„Przechodziliśmy koło grobu dziecka, który służył za granicę dwom plemionom. Umieszczono go na skraju drogi, wedle zwyczaju, aby młode kobiety, idąc do źródła, mogły wciągnąć w swe łono duszę niewinnej istoty i oddawać ją ojczyźnie. Ujrzeliśmy młode małżonki, które, spragnione słodyczy macierzyństwa, siliły się, rozchylając wargi, wdechać duszę małego dziecka: zdawało się im, że widzą ją błądzącą wśród kwiatów. Następnie. przyszła prawdziwa matka, aby złożyć na grobie wiązankę kukurydzy i pęk białego kwiecia lilji. Skropiła ziemię własnem mlekiem, usiadła na wilgotnej trawie i rzekła tkliwym głosem do swego dziecka:
„Czemuż cię opłakuję w twej kolebce z ziemi, moje ty drogie maleństwo? Kiedy mały ptaszek urośnie, trzeba mu szukać pożywienia, i znajduje w puszczy niejedno gorzkie ziarno. Ty przynajmniej nie zaznałoś płaczu: przynajmniej serce twoje nie zetknęło się z trawiącym oddechem ludzi. Pączek, który uschnie w swej pokrywie, ginie a w wraz z nim cały jego zapach, tak jak ty, mój synu, i cała twoja niewinność. Szczęśliwi ci, którzy umierają w kolebce, i nie zaznali niczego prócz pocałunków i uśmiechu matki!«
„Już własne nasze serca dosyć nas tłoczyły; obrazy miłości i macierzyństwa, jakie zdawały się nas ścigać w tej zaczarowanej samotni, wzmogły jeszcze ów ucisk. Uniosłem Atalę w ramionach w głąb lasu, mówiąc słowa, których dzisiaj napróżnobym szukał na mych wargach. Południowy wiatr, drogi synu, traci swój żar, kiedy przechodzi przez góry lodowe. Wspomnienia miłości w sercu starca są niby promienie dnia odbite przez spokojny krąg księżyca, kiedy słońce się schowa, a milczenie unosi się nad szałasami Dzikich.
„Kto mógł ocalić Atalę? Kto mógł zapobiec, aby nie uległa naturze? Jedynie cud, to pewna; i ten cud się ziścił! Córka Simaghana uciekła się do Boga chrześcijan; rzuciła się na ziemię i odmówiła żarliwą modlitwę, zwróconą do swej matki i do Królowej dziewic. W tej to chwili, o René, powziąłem cudowne pojęcie o tej religii, która, w głębi lasów, pośród wszystkich niedostatków życia, może obsypać nieszczęśliwego tysiącem darów; o lej religii, która, przeciwstawiając swą potęgę strumieniowi namiętności, starczy sama aby je zwyciężyć, gdy wszystko zda się im sprzyjać: i tajemnica lasów i nieobecność ludzi i życzliwość cienia. Ach! jakąż mi się zdała boską ta prosta Dzika, ta nieuczona Atala, która, na kolanach przed starą powaloną sosną, niby u stóp ołtarza, ofiarowała Bogu swe modły za kochanka-bałwochwalcę! Oczy jej, wzniesione ku gwieździe nocy, policzki zroszone łzami wiary i miłości, jaśniały nieśmiertelnym blaskiem. Po wiele razy zdawało mi się, że gotowa jest ulecieć ku niebu; wiele razy mniemałem, iż widzę spływających na promieniach księżyca, że słyszę w gałęziach drzew owych Geniuszów, których Bóg chrześcijan zsyła żyjącym wśród skał pustelnikom, kiedy zamierza powołać ich do siebie. Zasmuciło mnie to, uląkłem się bowiem iż Atali niedługo jest już przeznaczenem bawić na tej ziemi.
„Mimo to wylała tyle lez, zdawała się tak nieszczęśliwą, iż byłbym może wreszcie zgodził się oddalić, kiedy straszliwy okrzyk rozległ się w lesie. Czterech ludzi rzuciło się na mnie; odkryło nas, wódz wojowników wydał rozkaz, aby nas ścigano.
„Atala, którą dumna postawa czyniła podobną do królowej, nie raczyła przemówić do tych siepaczy. Rzuciła im pyszne spojrzenie i udała się do Simaghana.
„Nie zdołała nic uzyskać. Podwojono moje straże, wzmocniono więzy, oddalono mą ukochana. Pięć nocy upłynęło; ujrzeliśmy wreszcie Apalakuklę położoną nad brzegiem rzeki Szata-Usz. Natychmiast uwieńczono mnie kwiatami, umalowano twarz lazurem i cynobrem. przywiązano mi perły do nosa i uszu, i włożono w ręce cziczikue[10].
„Tak przystrojony do ofiary, wchodzę wśród przeciągłych okrzyków tłumu do Apalakukli. Sądziłem że już wybiła moja ostatnia godzina, kiedy „nagle rozlega się dźwięk konchy, i Miko, czyli wódz plemienia, nakazuje wszystkim się zgromadzić.
„Wiadome ci są, mój synu, męczarnie, jakim Dzicy poddają jeńców wojennych. Misjonarze chrześcijańscy, z narażeniem własnego życia i z niestrudzonem poświęceniem, osiągnęli u wielu narodów to, iż okropności stosu zastąpili dość łagodną niewolą. Muskogulgowie nie przyjęli jeszcze tego obyczaju, ale znaczna ich część oświadczyła się na jego korzyść. Dla rozstrzygnięcia tej ważnej sprawy zwoływał Miko Sachemów narodu. Zaprowadzono mnie na miejsce obrad.
„Niedaleko Apalakukli wznosi! się, na odosobnionem wzgórzu, namiot Rady. Trzy kręgi kolumn tworzyły wytworną architekturę tej rotundy. Kolumny były z politurowanego i rzeźbionego cyprysu; rosły co do wysokości i grubości, a zmniejszały się co do liczby, w miarę jak się zbliżały do środkowego punktu oznaczonego jedynym słupem. Z wierzchołka słupa wychodziły pasma kory, które, przechodząc przez wierzchołki innych kolumn, pokrywały namiot niby przezroczystym wachlarzem.
„Rada gromadzi się. Pięćdziesięciu starców w płaszczach z bobrowego futra, zajmuje miejsce na stopniach, zbudowanych naprzeciw drzwi namiotu. Naczelny wódz siedzi pośród nich, trzymając w ręku fajkę pokoju, do połowy ubarwioną w porze wojny. Po prawicy starców zasiada pięćdziesiąt kobiet, ubranych w suknie z piór łabędzich. Wodzowie, z tomahawkiem w dłoni, pióropuszem na głowie, z ramionami i piersią pomazanemi krwią, zajmują miejsce po lewicy.
„U stóp środkowe; kolumny, plonie ogień Rady, Pierwszy wróżbita, otoczony ośmioma strażnikami świątyni, ubrany w długie szaty i noszący na głowie wypchaną sowę, leje balsam żywiczny na płomień i święci ofiarę słońcu. Ten potrójny szereg starców, matron, wojowników, ci kapłani, te obłoki kadzideł, te ofiary, wszystko to ma na celu nadać owej radzie imponujące wrażenie.
„Stałem skuty w pośrodku zgromadzenia, Ofiara skończona, Miko zabiera głos, i w prostych słowach przedstawia sprawę. dla której zwołano Radę, Rzuca niebieski naszyjnik na ziemię, na świadectwo, tego co powiedział.
„Wówczas, podnosi się Sachem plemienia Orła, i mówi tak:
„Ojcze Miko, wy Sachemowie, matrony, wojownicy czterech plemion Orla, Bobra, Węża i Żółwia, nie zmieniajmy nic w obyczajach przodków, spalmy jeńca i nie pozwólmy wątlić naszych serc. To co wam tu poddają, to obyczaj białych; dla nas może on być tylko zgubny. Rzućcie naszyjnik czerwony na znak przytwierdzenia moich słów. Rzekłem.«
„I rzuca czerwony naszyjnik między zgromadzenie.
„Podnosi się matrona, i mówi:
»Ojcze Orle, posiadasz dowcip lisa, a ostrożną powolność żółwia. Chcę wygładzić wraz z tobą łańcuch przyjaźni, i zasadzić wspólnie drzewo pokoju. Ale odmieńmy obyczaje przodków, w rzeczach które przynoszą nam szkodę. Chowajmy sobie niewolników, którzy będą uprawiali nasze pola; niechaj zaś ścichną krzyki jeńców, które nazbyt wzruszają łona matek. Rzekłam.«
„Jak fale morza łamią się w czasie burzy; jak w jesieni zeschłe liście pędzą unoszone powietrznym wirem, jak trzciny Mississipi gną się i podnoszą w czas nagłej powodzi, jak wielka gromada jeleni porykuje w głębi lasu, lak poruszała się i szumiała Rada. Sachemowie, wojownicy, matrony, mówią kolejno lub wszyscy naraz. Poglądy ścierają się, zdania dzielą, rada ma się rozwiązać; ale w końcu, starodawny zwyczaj przeważa: skazują mnie na stos.
„Pewna okoliczność opóźniła moją kaźń; mianowicie zbliżało się Święto umarłych czyli Uczta dusz. Jest zwyczaj nie uśmiercać żadnego jeńca podczas dni poświęconych tej uroczystości. Powierzono mnie surowej straży; bezwątpienia Saobemowie oddalili „córkę Simaghana, nie ujrzałem jej bowiem więcej.
„Tymczasem plemiona więcej niż z trzystu mil wokoło przybywały tłumnie, aby obchodzić Święto dusz. Zbudowano długi szałas w pewnej odległości od miasta. W oznaczony dzień, każda zagroda wykopała szczątki ojców z poszczególnych grobów, i zawieszono szkielety, po porządku, rodzinami, na ścianach Wspólnej komnaty przodków. Wiatry (burza wszczęła się właśnie), lasy, katarakty szumiały zewnątrz, podczas gdy starcy rozmaitych narodów zawierali między sobą traktaty pokoju i przymierza na kościach swoich ojców.
„Święci się żałobne igrzyska. wyścigi, piłkę, grę w kości. Dwie dziewice silą się wydrzeć sobie różdżkę — wierzbową. Ostrza ich piersi stykają się z sobą, ręce igrają laseczką wznosząc ją aż ponad głowy. Piękne nagie stopy splatają się, usta się schodzą, słodkie oddechy się jednoczą, dziewczyny pochylają się i mięszają wzajem pukle swoich włosów; spoglądają ku matkom, rumienią się; tłum przyklaskuje. Wróżbita wzywa Mikabu, Geniusza wód. Opowiada wojny wielkiego Zająca przeciw Maceimanitu, begowi Zła. Opowiada, jak pierwszego „mężczyznę, oraz Atahenzik, pierwszą kobietę, strącono z nieba za to, iż postradali niewinność; jak ziemia zaczerwieniła się braterską krwią, gdy bezbożny Juskeka zamordował sprawiedliwego Tahuikarona; jak potop zstąpił z nieba na wezwanie wielkiego Ducha, Massu zaś ocalał sam jeden w czółnie z kory, jak wysiał kruka na poszukiwanie ziemi; opowiada jeszcze losy „pięknej Endae wywabionej z królestwa dusz słodkiemi pieśniami małżonka.
„Po tych zabawach i śpiewach, wszystko gotuje się aby dać przodkom wieczyste miejsce spoczynku.
„Na brzegu rzeki Szate-Usa widna była dzika figa, zdawna uświęcona czcią ludów. Dziewice zwykły w tem miejscu prać suknie z kory i na gałęziach starożytnego drzewa wystawiać je na powiew puszczy. Tam to wykopano olbrzymi grób. Ruszają wszyscy z żałobnej komnaty, śpiewając hymn do śmierci; każda rodzina niesie jakieś święte szczątki. Przybywają do grobu, składają weń relikwie rozciągają je warstwami, oddzielają skórami niedźwiedzi i bobrów; pagórek na grobie rośnie: zasadzone na nim Drzewo łez i snu.
„Płaczmy nad ludźmi, drogi synu! Ci sami Indianie, których obyczaje są tak wzruszające, te same kobiety, które jawiły mi tak tkliwą przychylność, wszyscy domagali się z wielkim krzykiem mojej kaźni; narody całe opóźniały odmarsz, aby mieć przyjemność oglądania młodego człowieka wijącego się w straszliwych cierpieniach.
„W dolinie ku północy, w pewnej odległości od wielkiej wsi, wznosi! się las cyprysów i sosen, zwany Lasem krwi. Dochodziło się tam przez ruiny jakiejś budowli niewiadomego pochodzenia, będącej dziełem ludu obecnie już nieznanego. W środku tego lasu rozciągała się arena, gdzie odbywały się ofiary z jeńców wojennych. Zaprowadzono mnie tam w triumfie. Czynią przygotowania do mej kaźni: sterczy już słup Areskui; sosny, wiązy, cyprysy padają pod siekierą; wznosi się stos; widzowie budują stopnie z gałęzi i pni drzew. Każdy wymyśla jakąś katuszę; jeden poddaje aby mi zedrzeć skórę z czaszki, drugi aby mi wypalić oczy żarzącemi głowniami. Intonuję pieśń śmierci:
»Nie obawiam się męczarni, jestem mężny, o Muskogulgowie, wyzywam was r gardzę wami niżej kobiet. Ojciec mój Utalissi, syn Misku, pijał z czaszki waszych najsławniejszych wojowników; nie wydrzecie ani jednego westchnienia z mego serca«.
„Podrażniony mą pieśnią, jeden z wojowników przeszył mi ramię strzałą; rzekłem: »Bracie, dziękuję ci«.
„Pomimo skrzętności katów, nie udało się ukończyć przygotowań do kaźni przed zachodem słońca. Poradzono się wróżbity, który za. bronił mącić spokoju Genjuszom cieniów; odłożono śmierć moją do następnego dnia. Ale w niecierpliwości sycenia się widowiskiem, pragnąc być bliżej ukazania się jutrzenki, Indjanie nie opuścili już Lasku krwi; rozpalili wielkie ognie i zaczęli tańce i zabawy.
„Tymczasem rozciągnięto mnie na grzbiecie. Sznury idące od szyi, stóp, ramion, urnocowane były do kołków wbitych w ziemię. Uzbrojeni strażnicy ułożyli się na tych sznurach, tak iż nie moglem uczynić ruchu klóryby uszedł ich świadomości. Noc zapada coraz głębsza; śpiewy i tańce ustają stopniowo; ognie rzucają już tylko czerwone odblaski, w których majaczą jeszcze cienie paru Dzikich; wszystko usypia. W miarę jak gwar ludzi ustaje, wzmaga się gwar puszczy; miejsce zgiełku głosów zajmują skargi wiatru w lesie.
„Była to godzina, w której młoda Indjanka, świeżo zostawszy matką, zrywa się, zbudzona nagle wśród nocy: zdało się jej że słyszy krzyk pierworodnego dziecięcia, które domaga się lubego pokarmu. Z oczyma utkwionemi w niebo, gdzie błądził wśród chmur skrawek księżyca, dumałem nad swoim losem. Alala zdawała mi się potworem niewdzięczności. Opuścić mnie w godzinie męki, mnie, który raczej oddałem się plamieniom, niżbym ją miał opuścić! A mimo to, czułem że kocham ją ciągle, i że umarłbym dla niej z radością.
„Istnieje wśród najżywszych rozkoszy jakiś poszept, który nas budzi, jak gdyby ostrzegając abyśmy korzystali z tej ulotnej chwili; w wielkich boleściach, przeciwnie, jest coś ciężkiego, co nas usypia; powieki znużone łzami przymykają się własnym ciężarem; w ten sposób, dobroć Opatrzności objawia się nawet w naszych niedolach. Zapadłem mimowoli w ów ciężki sen, jakiego kosztują niekiedy nieszczęśliwi. Śniłem iż zdjęto mi kajdany, zdawało mi się, że czuję tę ulgę, jakiej się doznaje, kiedy, po długiem spętaniu, pomocna ręka rozluźni kajdany.
„Wrażenie to stało się tak żywe, iż kazało mi podnieść powieki. Przy blasku księżyca, którego promień przemykał się pomiędzy dwie chmury, ujrzałem wysoką białą postać, pochyloną nade mną i zajętą w milczeniu odwiązywaniem mych pętów. Miałem wydać krzyk, kiedy ręka, którą natychmiast poznałem, zamknęła mi usta. Pozostała tylko jedna lina, ale zdawało się niepodobieństwem przeciąć ją, nie dotykając wojownika, który pokrywa! ją całkowicie swojem ciałem. Atala sięgnęła ręką: wojownik budzi się napoły i podnosi się w siedzącej postawie. Atala stoi bez ruchu i patrzy nań. Indjanin mniema, iż widzi Ducha ruin; kładzie się zpowrotem; zamykając oczy i wzywając swego Manitu. Pęta zerwane. Podnoszę się, idę za mą wybawczynią, która podaje mi koniec luku, sama trzymając drugi koniec. Ale ileż niebezpieczeństw nas otacza! To jesteśmy bliscy natknięcia się na uśpionych Dzikich; to strażnik pyta nas o hasło: Atala odpowiada zmieniając głos. Dzieci wydają krzyki, psy szczekają. Zaledwie opuściliśmy złowrogi krąg, kiedy wycie wstrząsnęło lasem. Obóz budzi się, rozbłyskuje tysiąc ogniów, we wszystkie strony biegną Dzicy z pochodniami; przyspieszamy kroku.
„Kiedy jutrzenka zabłysła nad Apalaszami, byliśmy już daleko. Jakież było moje szczęście, kiedy się ujrzałem znowu sam z Atalą, Atałą moją wybawicielką, Atalą oddającą mi się na zawsze! Słów brakło memu językowi; padłem na kolana i rzekłem do córy Sachemów: „Człowiek, to nędzna istota; ale wówczas kiedy nawiedzi go Geniusz, wówczas nie jest zgoła niczem. Ty jesteś Genjuszem, nawiedziłaś mnie, i nie mogę mówić wobec ciebie«. Atala wyciągnęła do mnie rękę z uśmiechem: »Trzeba mi było iść z tobą, rzekła, skoro nie chcesz uciec beze mnie. Przekupiłam wróżbitę podarkami, upoiłam twoich katów wodą ognistą;[11] musiałam narazić życie dla ciebie, skoro ty oddałeś swoje dla mnie. Tak, młody poganinie, dodała z akcentem, który mnie przeraził, ofiara będzie zobopólna«.
„Atala wręczyła mi broń, którą przezornie wzięła z sobą; następnie przewiązała mi ranę. Ocierając ją liściem papajasu, zwilżyła ją łzami. »Oto, rzekłem, rozlewasz balsam na moją ranę. — Lękam się raczej, aby to nie była trucizna«, odparła. Rozdarła jedną z zasłon okrywających jej łono, czyniąc z niej pierwszy opatrunek, który przymocowała za pomocą pukla włosów.
„Pijaństwo. które trwa długo u Dzikich i jest dla nich rodzajem choroby, nie pozwoliło im zapewne ścigać nas przez pierwsze dni. Jeżeli nas szukali później, to prawdopodobnie w stronie zachodu, w przekonaniu iż usiłowaliśmy dosłać się do Mississipi; ale my obróciliśmy drogę naszą ku nieruchomej gwiaździe[12], kierując się wedle mchu na pniach drzew.
„Spostrzegliśmy niebawem, iż niewiele zyskaliśmy na mem uwolnieniu. Puszcza roztaczała przed nami swoją bezkresną samotnię. Niedoświadczeni w życiu leśnem, zbłądziwszy z właściwej drogi, idąc naoślep, jakiż los gotowaliśmy sobie? Często, patrząc na Atalę, przypominałem sobie starodawną historię Agar, którą czytałem w domu Lopeza, a która zdarzyła się w pustyni Bersabe, dawno bardzo temu, wówczas kiedy ludzie żyli potrójny wiek dębu.
„Atala sporządziła mi płaszcz z wnętrznej warstwy kory buku, byłem bowiem prawie nagi. Uszyła mi mokassyny[13] ze skóry piżmowca, przy pomocy igły jeżozwierza. Ja nawzajem troszczyłem się o jej ubiór. To kładłem jej na głowę wieniec z niebieskich malw, które znajdowaliśmy po drodze, na opuszczonych indyjskich cmentarzach; to sporządzałem je; naszyjniki z czerwonych ziarn azalei; później uśmiechałem się, spoglądając na jej cudowną piękność.
„Kiedy napotkaliśmy rzekę, przebywaliśmy ją na tratwie lub wpław, Atala opierała się ręką na majem ramieniu, i, jak dwa wędrowne łabędzie, pruliśmy samotne fale.
„Często, w czas wielkich upałów, szukaliśmy we dnie schronienia pod mchami cedrów. Prawie wszystkie drzewa Florydy, a w szczególności cedr i zielony dąb, pokryte są białym mchem, który schodzi od gałęzi aż do ziemi. Kiedy w nocy, przy świetle księżyca, ujrzycie na puste; prerji odosobnioną ijozę[14], przybraną tą draperia, zda się wam iż widzicie widmo, wlokące za sobą długie zasłony. Obraz niemniej jest malowniczy w dzień; tłum bowiem motyli, błyszczących muszek, kolibrów, zielonych papug, lazurowych sojek czepia się tych opon mchu, czyniących wówczas wrażenie draperyj z białej wełny, na których europejski rękodzielnik wyhaftował barwne ptaki i owady.
„W tych-to śmiejących gospodach, przygotowanych przez wielkiego Ducha, odpoczywaliśmy w cieniu. Kiedy wiatry schodziły z nieba aby poruszać wielkim cedrem, kiedy zamek powietrzny, zbudowany na gałęziach, kołysał się wraz z ptactwem i podróżnymi uśpionymi pod jego ochroną, kiedy tysiączne westchnienia dobywały się z kurytarzy i sklepień tego ruchomego budynku, nigdy cuda starego świata nie mogłyby się mierzyć z tą budowlą puszczy.
„Co wieczora rozpalaliśmy wielki ogień i, zapomocą kory rozpiętej na czterech tykach, budowaliśmy szałas podróżny, Jeśli udało mi się zabić dzikiego indyka, grzywacza, leśnego bażanta, wieszaliśmy go naprzeciw rozpalonej dębiny, na szczycie zatknięte; w ziemi żerdzi, i zostawialiśmy wiatrom troskę o obracanie na rożnie myśliwskiego łupu. Jedliśmy pożywne mchy, słodką korę brzeziny, jabłka rajskie, mające smak brzoskwini i poziomki. Czarny orzech, klon, sumak, dostarczały wina do naszego stołu. Niekiedy szedłem szukać między trzcinami rośliny, której kwiat wydłużony w rurkę zawiera kubek najczystszej rosy. Błogosławiliśmy Opatrzność, która, na słabej łodydze kwiatu, umieściła pośród skażonych bagien to przeczyste źródło, tak jak pomieściła nadzieję w głębi serc żartych zgryzotą, jak kazała trysnąć cnocie z łona nędz życia.
„Niestety! poznałem niebawem, iż omamił mnie pozorny spokój Atali. W miarę jak szliśmy dalej, stawała się smutna. Często, bez przyczyny, zaczynała drżeć i odwracała spiesz, nie głowę. Nieraz zdybałem ją, jak wlepiała we mnie namiętne spojrzenie, które później zwracała z głęboką melancholją ku niebu. Przerażała mnie zwłaszcza jakaś tajemnicza myśl ukryta w głębi duszy, którą-to myśl spostrzegałem w jej oczach. Wciąż przyciągała mnie i odpychała naprzemian, ożywiała i niweczyła me nadzieje, tak iż, mniemając że uczyniłem nieco drogi w jej sercu, znajdowałem się naraz w tym samym punkcie. Ileż razy mówiła: „O mój młody kochanku! kocham cię jak cień lasów w upalny dzień! Jesteś piękny jak puszcza ze wszystkiem swojem kwieciem i wszystkiemi podmuchami wiatru. Kiedy nachylę się nad tobą, drżę; skoro ręka moja spotka twoją, zdaje mi się, że umieram. Kiedyś, wiatr rzucił mi twoje włosy na twarz, podczas gdy odpoczywałeś na mem łonie; zdawało mi się że czuję lekkie dotknięcie niewidzialnych duchów. Tak, widziałam koźlęta gór Okonu; słyszałam mowę ludzi sytych życia; ale słodycz koźląt i mądrych starców mniej są ucieszne i mniej silne niż twoje słowa. Otóż, wiedz, biedny Szaklasie, że nigdy nie będę twą małżonką!
„Ustawne sprzeczności miłości i religji, porywy jej tkliwości i czystość jej obyczajów, duma charakteru i głęboka wrażliwość, wzniosłość duszy w wielkich rzeczach, a drażliwość w małych, wszystko to czyniło dla mnie z Atali istotę niezrozumiałą. Niepodobna było pozostać wobec niej w kręgu miernych uczuć: namiętny jej charakter promieniował jakąś potęgą; trzeba było ubóstwiać ją albo nienawidzić.
„Po piętnastu nocach pospiesznej drogi weszliśmy w łańcuch gór Alegańskich i dotarliśmy do jednej z odnóg Tenazu, rzeki, która wpada do Ohio. Wspierany radami Atali, zbudowałem czółno, które powlokłem żywicą śliwy, pozszywawszy kawałki kory korzeniami. Następnie wsiadłem wraz z Atalą, i puściliśmy się z biegiem wody.
„Indyjska wieś Stikoe, ze swemi grobowcami w kształcie piramidy i szałasami w ruinie, ukazała się nam po lewicy na zakręcie przylądka: po prawej, mijaliśmy dolinę Keow, zakończoną perspektywą chat wioski Jare, zwieszających się u czoła góry tegoż samego imienia. Rzeka, która nas niosła, toczyła wody między wysokiemi urwiskami, na skraju których widać było zachodzące słońce. Głębokich tych pustkowi nie mąciła obecność człowieka. Ujrzeliśmy jedynie indyjskiego myśliwca, który, wsparty na łuku i nieruchomy na cyplu skały, podobny był do posągu, wzniesionego na górze Genjuszowi tej puszczy.
„Oboje z Atalą złączyliśmy nasze milczenie z milczeniem tej sceny. Nagle, córa wygnania buchnęła w powietrze głosem pełnym wzruszenia i melancholii; śpiewała swoją straconą ojczyznę:
„Szczęśliwi ci, którzy nie widzieli dymu biesiad. cudzoziemskich i zasiadali jedynie do stołu swoich ojców!
„Gdyby niebieska sojka z nad Mississipi rzekła do rajskiego ptaka Florydy: Dlaczego żalisz się lak smutno? czy nie masz tutaj pięknych wód i pięknego cienia, i wszelakiego rodzaju strawy jak w swoich lasach? — Tak, odpowiedziałby. zbłąkany ptak rajski, ale gniazdo moje ściele się w jaśminie, kto mi go tu przyniesie? A słońce moich preryj, żali macie je tutaj?
„Szczęśliwi, którzy nie widzieli dymu biesiad cudzoziemskich i zasiadali jedynie do stołu swoich ojców!
„Po długich godzinach mozolnej wędrówki podróżny siada smutno. Patrzy dokoła siebie na dachy ludzkich mieszkań; podróżny nie ma miejsca, gdzieby mógł skłonić głowę. Puka do chały, stawia łuk za drzwiami, prosi o gościnę; pan domu czyni znak ręką; podróżny podejmuje łuk i wraca w puszczę.
„Szczęśliwi, którzy nie widzieli dymu biesiad cudzoziemskich i zasiadali jeno do stołu swoich ojców!
„Cudowne historje opowiadane przy ognisku. tkliwe wynurzenia serca, trwałe kochanie tak potrzebne dla życia, wyście-to wypełniły dni tych, którzy nie opuścili ziemi rodzinnej! Groby ich są w ich ojczyźnie, opromienione zachodzącem słońcem, łzami przyjaciół i słodyczami religji.
„Szczęśliwi, którzy nie oglądali dymu biesiad cudzoziemskich i zasiadali jeno do stołu swoich ojców!«
„Tak śpiewała Atala. Nic nie przerywało jej skarg, prócz nieznacznego szelestu łodzi, unoszącej się na falach. W paru miejscach zaledwie słowa jej podjęło wątłe echo, które podało je drugiemu, słabszemu, to zaś trzeciemu, jeszcze słabszemu: możnaby mniemać, iż dusze dwojga kochanków, niegdyś nieszczęśliwe jak nasze, zwabione tą wzruszającą melodją, podobały sobie w tem, aby powtarzać westchnieniem jej ostatnie dźwięki w górach.
„Tymczasem samotność, ustawne przestawanie z sobą, nieszczęścia nasze nawet, wzmagały z każdą chwilą naszą miłość. — Siły zaczynały opuszczać Atalę: namiętność, łamiąc jej ciało, bliska była triumfu nad jej cnotą, Modliła się ustawicznie do matki; zdawało się iż chce ubłagać jej cień pogniewany. Niekiedy pytała mnie, czy nie słyszę skarżącego się głosu i czy nie widzę wychodzących z ziemi płomieni. Co do mnie, wyczerpany znużeniem, ale wciąż płonący od pragnienia, w mniemaniu iż przyjdzie mi może bezpowrotnie zginąć pośród tych lasów, po sto razy bliski byłem pochwycić małżonkę moją w ramiona, po sto raz y nakłaniałem ją aby zbudować szałas na tych brzegach i zagrzebać się w nim na wieki. Ale ona opierała się zawsze: »Pomyśl, mówiła, ukochany mój, iż wojownik winien jest życie swe ojczyźnie. Czemże jest kobieta wobec obowiązków, jakie masz do spełnienia? Odwagi, synu Utalissy, nie szemraj przeciw losowi. Serce człowieka jest jak gąbka w rzece, która to pije falę czystą w czas pogody, to pęcznieje od błotnego szlamu, kiedy burza zmąci wodę. Czy gąbka ma prawo powiedzieć: Sądziłam, iż nie przyjdzie nigdy burza, że słońce nigdy nie przypiecze żerem?«
„O René, jeśli lękasz się burz serca, strzeż się samotności; wielkie namiętności są samotne; przenieść je w puszczę, to znaczy zdać się na ich władztwo. Przygnieceni troskami i obawą, narażeni na niebezpieczeństwo dostania się w ręce nieprzyjacielskich plemion, na zatopienie w falach, na ukąszenie wężów, szpony dzikich zwierząt, znajdując z trudem nędzne pożywienie i nie wiedząc już w jaką stronę obrócić kroki, mogliśmy mniemać, iż niedole nasze nie mogą się już zwiększyć, kiedy pewien wypadek dopełnił ich miary.
„Było to dwudzieste siódme słońce od czasu naszej ucieczki: miesiąc ognisty[15] rozpoczął swój bieg, i wszystko zwiastowało burzę. Około godziny w której matrony indyjskie zawieszają sochę na gałęziach jaworu, a samice papuzie chronią się w dziuplę cyprysu, niebo zaczęło się chmurzyć. Głosy pustkowia zamarły, puszcza stała się milcząca, i lasy pogrążyły się w olbrzymim spokoju. Niebawem, pomruki odległego grzmotu, odbrzmiewając w tych lasach równie starych jak świat, wydobyły z nich cudowne odgłosy. Lękając się zatopienia, pospieszyliśmy, aby dobić do brzegu rzeki i schronić się w głąb lasu.
„Grunt w lej okolicy był bagnisty. Posuwaliśmy się z trudem pod sklepieniem smilaksów, pośród szczepów wina, indygo, fasoli, pełzających lianów, które pętały nasze nogi jak sznurami. Gąbczasta ziemia drżała dokoła nas; za każdym krokiem groziło nam iż pochłonie nas trzęsawisko. Niezliczone owady, olbrzymie nietoperze oślepiały nas; dzwoniące węże hałasiły ze wszystkich stron; wilki, niedźwiedzie, jaguary. młode tygrysięta, szukające tam schronienia, napełniały puszczę swoim rykiem.
„Tymczasem ciemność stawała się coraz gęstsza: chmury, obniżywszy się, wniknęły w mroki lasów. Rozdzierając obłoki, błyskawice znaczą się szybkim ognistym zygzakiem. Gwałtowny wiatr, zerwawszy się z zachodu, wali chmury na chmury; lasy gną się; niebo otwiera się nagle, i, poprzez jego rozpadliny. widzi się nowe nieba i gorejące stepy. Cóż za straszliwe, cóż za wspaniale widowisko! Piorun nieci ogień w lesie; pożar rozpościera się niby płaszcz włosów z płomieni; kolumny iskier i dymu oblegają chmury, które rzygają piorunami w bezkresną pożogę. Wówczas, wielki Duch pokrywa góry gęstemi ciemnościami; z pośród tego olbrzymiego chaosu wznosi się mętny pomruk, w który zlewa się łomot wiatrów, jęczenie drzew, wycie dzikich zwierząt, trzeszczenie pożaru i powtarzający się trzask piorunu, który z gwizdem gaśnie w wodzie.
„Wielki Duch wie! W lej chwili widziałem jedynie Atalę, myślałem jedynie o niej. Pod nachylonym pniem brzeziny udało mi się zabezpieczyć ją od strumieni deszczu. Siedząc sam pod drzewem, trzymając ukochaną na kolanach i ogrzewając w rękach jej bose stopy, byłem szczęśliwszym niż młoda małżonka, która po raz pierwszy uczuje drżenie płodu w łonie.
„Nadsłuchiwaliśmy odgłosów burzy; nagle, uczułem łzę Atali padającą mi na łono. „O, burzo serca, wykrzyknąłem, czy to kropla twojego dżdżu?« Następnie, obejmując tkliwie ukochaną: »Atalo, rzekłem, ty coś ukrywasz przede mną. Otwórz mi serce, o piękna moja, to tyle szczęścia kiedy przyjazna dusza zajrzy w naszą duszę! Wyznaj mi tajemnicę swej boleści, którą kryjesz tak uparcie. Ach, widzę to, płaczesz za ojczyzną«. Odparła: »Synu puszczy, i jak miałabym płakać za ojczyzną, skoro ojciec mój nie pochodził z krainy palm? — Jakto, odparłem z głębokiem zdumieniem, twój ojciec nie pochodził z krainy palm? Któż tedy wydal cię na tę ziemię? Odpowiedz.« Atala rzekła w te słowa:
»Zanim matka moja wniosła w stadło z wojownikiem Simaghenem trzydzieści klaczy, dwadzieścia bawołów, sto miar oliwy żołędnej, pięćdziesiąt skór bobrowych i wiele innych bogactw, poznała mężczyznę o bladej twarzy. Otóż, matka mojej matki bryzgnęła jej wodą w twarz i zniewoliła ją do zaślubienia wspaniałego Simaghana, zgoła podobnego królowi i czczonego od ludów nakształt Geniusza. Ale matka moja rzekła młodemu małżonkowi: »Noszę owoc w żywocie, zabij mnie«. Simaghan odpowiedział: »Niech mnie Bóg strzeże od tak niedobrego uczynku. Nie okaleczę cię, nie utnę ci nosa ani uszu, ponieważ byłaś szczera i ponie, waż nie oszukałaś mej łożnicy. Owoc twoich wnętrzności będzie moim owocem, i nawiedzę cię aż po odlocie ryżowego ptaka, kiedy zabłyśnie trzynasty miesiąc. Wówczas-to przebiłam żywot matki, i zaczęłam rość, dumna jak Hiszpanka i jak Dzika. Matka uczyniła mnie chrześcijanką, iżby jej Bóg i Bóg mego ojca był również moim Bogiem. Następnie, przydybało ją cierpienie miłości: zstąpiła do małej piwniczki wyłożonej skórami, skąd nigdy się już nie wraca.«
„Taka była historja Atali. »A kim był twój ojciec, biedna sieroto, rzekłem; jak nazywali go ludzie na ziemi i jakie imię nosił pośród Genjuszów? — Nigdy nie umyłam nóg mego ojca, rzekła Atala; wiem tylko, że żył, wraz z siostrą, w Saint-Augustin i że zawsze pozostał wierny mej matce. Filip było imię jego między aniołami, ludzie zaś nazywali go Lopez.«
„Na te słowa, wydałem krzyk, który rozbrzmiał w całem pustkowiu; odgłos moich uniesień zmięszał się z łoskotem burzy. Tuląc Atalę do serca, wolałem szlochając: »O moja siostro! o córko Lopeza! córko mego dobroczyńcy!« Atala, przestraszona, pytała skąd pochodzi moje wzruszenie: ale kiedy dowiedziała się, że Lopez był tym szlachetnym opiekunem który przyjął mnie, za syna w St. Augustin i którego opuściłem aby być wolnym, sama nie mogla się oprzeć uczuciu zdumienia i radości.
„Ta braterska przyjaźń która nas nawiedziła, łącząc swą miłość do naszej miłości, to już było za wiele dla naszych serc. Odtąd, opór Atali miał się stać bezużyteczny; napróżno czułem iż kieruje rękę do łona, robiąc jakiś zagadkowy ruch; już chwyciłem ją, już upiłem się jej oddechem, już ssałem wszystko czarodziejstwo miłości na jej wargach. Z oczyma wzniesionemi ku niebu, przy świetle błyskawic, trzymałem w objęciach mą małżonkę w obliczu Przedwiecznego. O wy, przepychy weselne, godne naszych nieszczęść i ogromu naszej miłości: wspaniałe lasy, których liany i kopuły poruszały się niby sklepienia i baldachim naszego łoża, płonące sosny, które tworzyły pochodnię naszego hymenu, rzeko rozlana szeroko, góry huczące, straszliwa i wspaniała przyrodo, czyż byłyście jeno czczą pompą przeznaczoną aby nas oszukać? czyż nie mogłyście, w waszych tajemniczych okropnościach, ukryć na chwilę szczęścia człowieka!
„Atala stawiała już tylko słaby opór; sięgałem momentu szczęścia, kiedy nagle gwałtowna błyskawica, po której nastąpił łoskot gromu, przerzyna gęste pomroki, napełnia las siarką i blaskiem, i kruszy drzewo u naszych stóp. Uciekamy. O zdumienie!... w milczeniu jakie zaległo potem, słyszymy dźwięk dzwonu! Zatrzymawszy się oboje jak wryci, wytężamy uszy w stronę tego dźwięku, tak niezwykłego w puszczy. Równocześnie, w oddali, zaszczekał pies; zbliża się, szczeka coraz silniej, przybywa, wyje z radości u naszych stóp; stary pustelnik dźwigający latarkę idzie za nim poprzez ciemności lasu. »Błogosławiona niech będzie Opatrzność, wykrzyknął. Dawno już was szukam! Piesek mój zwęszył was od początku burzy i doprowadził mnie tutaj. Dobry Boże, jacy oni młodzi! Biedne dzieci! ileż one musiały wycierpieć! No, chodźmy, przyniosłem tu skórę niedźwiedzia, to będzie dla tej panienki; a ot, trochę wina w tykwie. Bogu niech będzie chwała we wszystkich jego dziełach! wielkie jest jego miłosierdzie, a dobroć nieskończona!«
„Atala przypadła do stóp zakonnika; »Ojcze wielebny, rzekła, jestem chrześcijanką, niebo to zsyła cię aby mnie ocalić. — Moja córko, rzekł pustelnik podnosząc ją, zazwyczaj uderzamy w dzwonek misji podczas burzy, aby dać znać podróżnym: za przykładem naszych braci w Alpach i Libanie, wyuczyliśmy naszego psa odszukiwać zbłąkanych wędrowców.« Co do mnie, zaledwie rozumiałem słowa pustelnika; miłosierdzie to zdawało mi się ponad miarę człowieka, miałem uczucie że śnię. Przy blasku małej latarki, którą trzymał zakonnik, widziałem brodę jego i włosy całe zmoczone wodą; stopy jego, ręce i twarz zakrwawione były od cierni. »Starcze, wykrzyknąłem wreszcie, jakież ty serce masz w łonie, iż nie lękałeś się uderzeń piorunu? — Lękać się! odparł gorąco misjonarz, lękać się, kiedy są ludzie w niebezpieczeństwie i kiedy mogę być im użytecznym! byłbym tedy bardzo niegodny sługą Jezusa Chrystusa! — Ale czy wiesz, rzekłem, że ja nie jestem chrześcijaninem? Młodzieńcze, rzekł pustelnik, czy pytałem cię o religję? Jezus Chrystus nie powiedział: »Krew moja obmyje tego, a owego nie.« Umarł za Żyda i za poganina: we wszystkich ludziach widział jedynie braci i nieszczęśliwych. To co ja czynię tułaj dla was, to bardzo niewiele: znajdziecie gdzie indziej wydatniejszą pomoc: ale chwała nie powinna stąd płynąć na księży. Czemże jesteśmy my, wątli samotnicy, jeżeli nie niedoskonałemi narzędziami dzieła niebios? Ha! któryż żołnierz byłby tak nikczemny aby się cofać, kiedy wódz jego z krzyżem w ręku i z czołem uwieńczenem cierniami idzie przed nim by ratować ludzi?«
„Te słowa przejęły nawskroś moje serce; łzy podziwu i czułości polały się z mych oczu. »Drogie dzieci, rzeki misjonarz, opiekuję się w tych lasach małą gromadką braci waszych Dzikich. Grota moja jest dość blisko w górach; chodźcie ogrzać się u mnie; nic znajdziecie tam wygód życia; ale będziecie mieli schronienie, a i za to trzeba podziękować dobroci bożej, wielu bowiem ludziom zbywa na niem.«




Rolnicy.

„Istnieją ludzie sprawiedliwi, których sumienie jest tak spokojne, iż, zbliżając się do nich, mimowali uczestniczymy w spokoju, jaki wydziela się, można rzec, z ich serc i ich mowy. W miarę jak pustelnik mówił, czułem jak namiętności uspakajają się w mem łonie; nawet burza na niebie zdawała się — oddalać pod wpływem jego głosu. Chmury rozprószyły się niebawem na tyle, iż mogliśmy opuścić nasze schronienie. Wyszliśmy z lasu i zaczęliśmy wstępować na pochyłość wysokiej góry. Pies kroczył przed nami, niosąc, na końcu kija, zgaszoną latarkę. Trzymałem Atalę za rękę, i szliśmy za misjonarzem. Odwracał się często aby się nam przypatrzyć, oglądając ze współczuciem naszą młodość i wynędznienie. Na szyi miał zawieszoną książkę; wspierał się na białym kiju. Był wysokiego wzrostu, o twarzy bladej i wychudzonej, fizjognomji prostej i szczerej. Nie miał on owych martwych i zatartych rysów człowieka zrodzonego bez namiętności; widać było, że życie jego było ciężkie; zmarszczki na czole przedstawiały niby piękne blizny namiętności, uleczonych przez cnotę i przez miłość Boga i ludzi. Kiedy mówił do nas, stojąc nieruchomo, długa jego broda, spuszczone oczy, serdeczny dźwięk głosu, wszystko w nim miało coś spokojnego i coś wzniosłego. Ktokolwiek widział, jak ja, ojca Aubry, kroczącego samotnie z kosturem i brewjarzem wśród puszczy, ten ma prawdziwe pojęcie o pielgrzymie chrześcijańskim na ziemi.
„Po półgodzinnej niebezpiecznej drodze po ścieżkach górskich. przybyliśmy do groty misjonarza. Dostaliśmy się do niej poprzez zwoje bluszczu i wilgotne tykwy, które deszcz zwalił ze skał. W schronieniu tem znajdowała się tylko mata z liści papajasu, wiaderko z tykwy do czerpania wody, kilka drewnianych naczyń, łopata, wąż domowy, wreszcie na kamieniu, który służył za stół, krucyfiks i księga chrześcijan.
„Starzec pokwapił się rozpalić ogień przy pomocy suchych lianów; utarł między dwoma kamieniami nieco kukurydzy, i, zarobiwszy ją na ciasto, włożył w popiół, aby się upiekła. Skoro ciasto przybrało od ognia piękną pozłocistą barwę, podał je nam, jeszcze gorące, wraz z mlekiem orzechowem w naczyniu z drzewa klonu. Ponieważ wieczór przywiódł z sobą pogodę, sługa wielkiego Ducha nakłonił nas, abyśmy usiedli wraz z nim u wejścia grały. Udaliśmy się za nim w owo miejsce, skąd rozciągał się bezkręsny widok. Resztki burzy potoczyły się bezładnie ku wschodowi; ognie pożaru zapalone w lesie od piorunu błyszczały jeszcze w oddali; u stóp góry cały las sosnowy legł przewrócony w szłam nadrzeczny, rzeka zaś toczyła pospołu oderwane bryły gliny, pnie drzew, ciała zwierząt i martwych ryb, których srebrzyste brzuchy. kołysały się na powierzchni wody.
„W tym to momencie Atala opowiedziała staremu Geniuszowi gór nasze dzieje. Zdawał się wzruszony, łzy spływały mu na brodę, »Moje dziecko, rzeki do Atali, trzeba ofiarować swoje cierpienia Bogu, dla którego chwały uczyniłaś już tyle w życiu; On przywróci ci spokój. Widzisz jak dymią te lasy, jak schną te strumienie, rozpierzchają się chmury; czy myślisz, że ten, który może uśmierzyć podobną burzę, nie zdoła uspokoić zamętu w sercu człowieka? Jeżeli nie masz lepszego schronienia, moja córko, ofiaruję ci miejsce pośród gromadki, którą miałem szczęście powołać do Jezusa Chrystusa. Oświecę Szaktasa, i dam ci go za małżonka, kiedy będzie godny nim zostać.«
„Na te słowa upadłem do nóg Samotnika, wylewając łzy radości: ale Atala pobladła jak śmierć, Starzec podniósł mnie dobrotliwie i wówczas spostrzegłem, iż obie ręce miał obcięte, Atala zrozumiała natychmiast jego nieszczęście, »Barbarzyńcy!« wykrzyknęła.
»Moja córko, odparł ojciec z łagodnym uśmiechem, cóż to jest wobec tego co ścierpiał mój boski Pan? Jeżeli Indjanie bałwochwalcy pokrzywdzili mnie, toć to są biedni ślepi, których Bóg oświeci kiedyś. Kocham ich nawet tem więcej, im więcej złego mi wyrządzili. Nie mogłem wytrwać w ojczyźnie, do której wróciłem, i gdzie można królowa uczyniła mi ten zaszczyt, iż raczyła oglądać te słabe oznaki mego apostolstwa. I jakąż mógłbym uzyskać chlubniejszą nagrodę swoich prac, niż to, że otrzymałem od Głowy naszej religji pozwolenie sprawowania boskiej Ofiary temi oto okaleczałemi rękami? Po takim zaszczycie, nie pozostawało nic, jak tylko starać się go zostać godnym: powróciłem do Nowego-Świata, aby dokonać reszty życia w służbie mego Boga. Niedługo będzie trzydzieści lat jak zamieszkuję tę samotnię, a jutro będzie dwadzieścia dwa jak wziąłem w posiadanie tę skałę. Kiedy przybyłem tutaj, zastałem tylko koczujące rodziny o okrutnych obyczajach i życiu nad wyraz nędznem. Głosiłem słowo pokoju, i obyczaje złagodziły się stopniowo. Żyją obecnie zebrani razem u stóp tej góry. Starałem się, ucząc ich dróg zbawienia, nauczyć zarazem pierwszych umiejętności życia, ale nie posuwając się zbyt daleko i utrzymując tych zacnych ludzi w owej prostocie, która daje szczęście. Co do mnie, lękając się krępować ich swą obecnością, usunąłem się do tej groty, gdzie przychodzą zasięgać mej rady. Tutaj-to, zdala od ludzi, podziwiam Boga w bezmiarach tych pustkowi, i gotuję się do śmierci, którą zwiastują mi rychło moje dni sędziwe«.
„Kończąc te słowa, pustelnik ukląkł, my zaś poszliśmy za jego przykładem. Rozpoczął głośną modlitwę, której Atala odpowiadała. Nieme błyskawice rozdzierały jeszcze niekiedy niebo na wschodzie, na chmurach zaś od zachodu trzy słońca błyszczały równocześnie. Parę lisów, spłoszonych burzą, wyciągało czarne pyszczki na kraju przepaści; słychać było drżenie roślin, które, schnąc pod powiewem wieczornego wiatru, podnosiły ze wszystkich stron powalone łodygi.
„Wróciliśmy do groty, gdzie pustelnik rozciągnął łoże z cyprysowego mchu dla Atali. Głęboka omdlałość ujawniała się w oczach i poruszeniach dziewicy; spoglądała na ojca Aubry, jak gdyby chciała mu zwierzyć jakąś tajemnicę; ale coś zdawało się ją powstrzymywać, czy to moja obecność, czy wstyd jakiś, czy bezużyteczność wyznania. Usłyszałem, jak wstała wśród nocy, szukała Samotnika: ale, ponieważ odda jej swoje posłanie, sam poszedł oglądać piękność nieba i modlić się do Boga na szczycie góry. Rzekł mi nazajutrz, iż to był jego częsty obyczaj, nawet podczas zimy, jako że lubił patrzeć, jak lasy kołyszą się obnażonemi wierzchołkami, jak chmury szybują po niebie, wiatry zaś i strumienie huczą w pustkowiu. Siostra moja była tedy zmuszona wrócić na posłanie, gdzie sen ją zmorzył. Niestety! przepełniony nadzieją, widziałem w niemocy Atali jedynie przelotne oznaki znużenia!
„Nazajutrz, obudził mnie śpiew papug i innych ptaków, gnieżdżących się wakacjach i laurach otaczających grotę. Poszedłem zerwać różę magnolji i złożyłem ją, zwilżoną łzami poranka, na głowie uśpionej Atali. Spodziewałem się, wedle religji mego kraju, iż dusza jakiegoś dziecięcia, zmarłego w niemowlęctwie, zstąpiła na ten kwiat w kropli rosy, i że szczęśliwy sen przeniesie ją w łono mej przyszłej małżonki. Poszukałem następnie gospodarza; zastałem go z podkasaną szatą, z różańcem w dłoni; oczekiwał mnie, siedząc na pniu sosny powalonej ze starości. Namówił mnie, abym się udał z nim do Misji, podczas gdy Atala jeszcze będzie Spoczywać; zgodziłem się chętnie i puściliśmy się natychmiast w drogę.
„Schodząc z góry, ujrzałem dęby, na których zdało się iż Genjusze nakreśliły dziwaczne znaki. Pustelnik objaśnił mnie, iż to on sam je wyciął; były to wiersze dawnego poety, imieniem Homer, i kilka myśli innego poety, dawniejszego jeszcze, imieniem Salomon. Była jakaś dziwnie tajemnicza harmonia między tą mądrością wieków, temi wierszami zjedzonemi mchem, starym Samotnikiem, który je wyrył i staremi dębami, które służyły mu za książki.
„Imię jego, wiek, data misji, były również zaznaczone na trzcinie prerji, u stóp tych drzew. Zdziwiłem się wątłości tego ostatniego pomnika. »I tak przetrwa dłużej niż ja, odparł ojciec, i zawsze będzie miał więcej wartości, niż to niewiele dobra, które zdziałałem«.
„Stamtąd przybyliśmy do wejścia doliny, gdzie ujrzałem cudowne dzieło: był to naturalny most, podobny do owego mostu w Wirginji, o którym może słyszałeś. Ludzie, mój synu, zwłaszcza ludzie z twoich stron, naśladują często naturę, i kopje ich są zawsze małe; inaczej jest z naturą, kiedy napozór naśladuje prace ludzi, w rzeczy zaś przedstawia im wzory. Wówczas, rzuca mosty ze szczytu jednej góry na szczyt drugiej, zawiesza drogi wśród chmur, rozlewa rzeki jako kanały, rzeźbi góry za kolumny, a jako baseny żłobi morza.
„Przeszliśmy pod jedynym łukiem tego mostu, i znaleźliśmy się wobec innego cudu: był to cmentarz Indjan osiadłych w Misji, czyli Gaje śmierci. Ojciec Aubry pozwolił nowochrzczeńcom grzebać zmarłych na swój sposób i zachować miejscu pogrzebów dawne imię dzikich; uświęcił jedynie to miejsce zapomocą krzyża[16]. Grunt był tam podzielony, jak wspólne pole do uprawy, na tyle cząstek ile było rodzin. Każda cząstka stanowiła, sama dla siebie, lasek, którego wejrzenie odmieniało się wedle upodobania tego. kto go zasadził. Strumień wił się bez hałasu wśród łych gajów, nazywano go strumieniem pokoju. To śmiejące schronisko dusz zamknięte było od wschodu mostem, pod którym przechodziliśmy; dwa wzgórza odgraniczały je od północy i południa; otwarte było jedynie ku zachodowi, gdzie wznosił się wielki las jodłowy. Pnie tych drzew, czerwone nakrapiane zielonem, strzelające bez gałęzi aż do wierzchołka, podobne były do wysokich kolumn i tworzyły perystyl tej świątyni śmierci j panował w nim uroczysty gwar, podobny do głuchego mruczenia organów pod sklepieniem kościoła: ale kiedy się wniknęło w głąb sanktuarium, słyszało się już tylko hymny ptaków, które obchodziły ku pamięci zmarłych wiekuiste święto.
„Wychodząc z lasu, ujrzeliśmy wieś Misji, położoną na wybrzeżu jeziora. pośród prerji usianej kwiatami. Dochodziło się tam aleją z magnolij i zielonych dębów. okalających starożytną drogę. jedną z tych jakie wiodą ku górom, dzielącym Kentucky od Florydy, Skoro tylko Indjanie ujrzeli swego pasterza na równinie, porzucili roboty i pobiegli naprzeciw niemu, Jedni całowali jego suknię, drudzy wspierali jego kroki: matki podnosiły w ramionach małe dzieci, aby ukazać im człowieka Jezusowego. Starzec fonii łzy. Idąc, wywiadywał się. co zaszło we wsi; temu dawał radę, tamtego strofował łagodnie. mówi! o zbiorach, o nauce dzieci, o pociesze w strapieniach, w każde zaś odezwanie wplatał imię Boga.
„W takiej eskorcie doszliśmy do stóp wielkiego krzyża, który znajdował się na drodze. Tam-to sługa boży zwykł by! święcić tajemnice religii: »Moi drodzy nowochrzczeńcy, rzekł zwracając się do tłumu, przybył wam brat i siostra; nadomiar zaś szczęścia, widzę, iż boska Opatrzność oszczędziła wczoraj wasze zbiory: oto dwie wielkie przyczyny aby jej dziękować. Poświęćmy tedy świętą ofiarę, niechaj każdy przystąpi do niej z głębokiem skupieniem, żywą wiarą, nieskończoną wdzięcznością i pokornem sercem«.
„Natychmiast boski kapłan przywdział białą tunikę, sporządzoną z kory morwowej; dobyto świętych naczyń z zamknięcia u stóp krzyża, zgotowano ołtarz na złomie skały, zaczerpnięto wody w sąsiednim strumieniu, dzikie grono dostarczyło wina na ofiarę. Uklękliśmy wszyscy w wysokich trawach; misterium rozpoczęło się.
„Świt, ukazując się z za gór, rozpalił wschód płomieniem. Wszystko w tem pustkowiu było różane i złote. Gwiazda oznajmiana tylą przepychu wyszła wreszcie z otchłani światła, a pierwszy jej promień padł na poświęconą hostię, którą kapłan w tejże samej chwili podnosił w górę. O czarze religji! O wspaniałości chrześcijańskiego obrządku! Ofiarnikiem stary pustelnik. ołtarzem skala, kościołem puszcza, garstką wiernych niewinni Dzicy J Nie, nie wątpię, iż w chwili gdyśmy padli na twarz, spełniła się wielka tajemnica, i że Bóg zstąpi! na ziemię, czułe bowiem, iż zstępuje w moje serce.
„Po ofierze, przy której brakło dla mnie jedynie córki Lopeza, udaliśmy się do wsi. Tam panowało najbardziej wzruszające skojarzenie życia społecznego i życia przyrody; pod cyprysowym gajem dawnej puszczy widniał kawałek uprawnego pola; kłosy opływały złotemi falami pień powalonego dębu, i zbiór jednego lata zajmował miejsce trzechwiecznego drzewa. Wszędzie dokoła widać było lasy żarte płomieniem i ślące w powietrze ciężkie dymy, oraz pług posuwający się wolno wśród zetlałych korzeni. Miernicy z długiemi łańcuchami rozmierzali grunta; rozjemcy ustalali pierwsze własności; ptak ustępował swego gniazda; jaskinia dzikiego zwierzęcia zmieniała się na chatę; słychać było pomruk kuźni: ciosy zaś siekiery wydzierały, po ostatni raz, jęki echom, zamierającym wraz z drzewami które służyły im za schronienie.
„Błądziłem zachwycony wśród tych scen, tem słodszych dla mnie dzięki obrazowi Atali i marzeniom o szczęśliwości, jakiemi kołysałem me serce. Podziwiałem triumf chrześcijaństwa nad dzikością: widziałem Indjanina cywilizującego się pod wpływem głosu religji; obecny byłem pierwszym zaślubinom Człowieka i Ziemi; w tym wielkim kontrakcie, człowiek oddawał ziemi dziedzictwo swego potu; ziemia zobowiązywała się wzamian dźwigać wiernie zbiory, potomstwo i popioły człowieka.
„Wśród tego przedstawiono misjonarzowi dziecię: ochrzcił je pośród kwitnących jaśminów, nad brzegiem źródła, podczas gdy, wśród zabaw i pracy, trumna posuwała się ku Gajom śmierci. Dwoje oblubieńców otrzymało pod dębem błogosławieństwo małżeńskie, następnie odprowadziliśmy ich do chały na skraju puszczy. Pasterz szedł przed nami, błogosławiąc tu i tam, i skały, i drzewa, i źródło: tak niegdyś, wedle księgi Chrześcijan, Bóg błogosławił nieuprawną ziemię, dając ją w dziedzictwo Adamowi. Procesja ta, która, zmięszana ze stadami, ciągnęła od skały do skały za czcigodnym przewodnikiem, jawiła się memu rozpromienionemu sercu niby obraz tych wędrówek pierwszych rodzin, kiedy-to Sem ze swemi dziećmi posuwał się poprzez nieznany świat, idąc za słońcem które kroczyło przed nim.
„Pragnąłem dowiedzieć się od świętego pustelnika, w jaki sposób sprawuje władzę nad swemi dziećmi; odparł z wielką uprzejmością: »Nie dałem im żadnego prawa: nauczyłem ich jedynie kochać się, modlić do Boga i spodziewać lepszego życia: wszystkie prawa świata w tem się mieszczą. Widzisz, w pośrodku wsi, chatkę większą niż inne: służy ona za kaplicę w porze deszczów. Zbierają się tam rano i wieczór aby chwalić Pana, a kiedy ja jestem nieobecny, któryś ze starców odmawia modły; starość bowiem jest, jak macierzyństwo, rodzajem kapłaństwa. Następnie udają się pracować w pole, a mimo iż własności są podzielone, iżby każdy mógł się nauczyć ekonomii społecznej, zbiory składa się wszelako we wspólnych śpichlerzach dla utrzymania braterskiej miłości bliźniego. Czterech starców rozdziela po równych częściach owoc pracy. Dodaj do tego ceremonje religijne, wiele wspólnych śpiewów, krzyż pod którym święciłem misterium, wiąz pod którym każę w pogodne dni, groby nasze tuż obok pól zbożowych, rzeki, w których zanurzam małe dzieci, a będziesz miał zupełne pojęcie o tem królestwie Jezusa Chrystusa«.
„Słowa Samotnika zachwyciły mnie; uczułem wyższość tego życia, stałego i wypełnionego pracą, nad koczującem i próżniaczem życiem Dzikich.
„Ach! René, nie szemram przeciw Opatrzności, ale wyznaję, iż nie mogę wspomnieć o tem ewangelicznem społeczeństwie, iżbym nie doświadczał goryczy i żalu. Chata w tych stronach, z Atalą, jakże szczęśliwem uczyniłaby me życie! Tam kończyły się wszystkie me wędrówki; tam, obok mej małżonki, nieznany ludziom, kryjąc me szczęście w głębi lasów, byłbym minął jak te rzeki, które nie mają nawet imienia w pustyni. Zamiast tego spokóju, jaki śmiałem sobie wówczas obiecywać, w jakimi: zamęcie upłynęły moje dni! Stałem się igraszką ustawiczną losów, obijałem się o wszystkie brzegi, długo wygnany z kraju i znajdując: za powrotem jedynie chatę w ruinie i przyjaciół w grobie; takim miał być los Szaktasa.“




Dramat.

„O ile mój sen o szczęściu był żywy, był on również krótkotrwały, a przebudzenie czekało mnie w grocie Samotnika. Zdziwiłem się, przybywając tam około południa, iż Atala nie wybiega naprzeciw nas. Ogarnęła mnie jakaś nagła groza. Zbliżając się do groty, nie śmiałem wołać córki Lopeza: wyobraźnia moja porówni obawiała się i głosu i milczenia, jakie nastąpiłyby po moich wołaniach. Jeszcze bardziej przerażony nocą, jaka panowała u wejścia do groty, rzekłem do misjonarza: „O ty, którego niebo umacnia i prowadzi, wejdź w te ciemności«.
„Jakże słabym jest ten, którym władają namiętności! Jakże silnym jest, który spoczywa w Bogu! Więcej było odwagi w tem wierzącem sercu, zwątlonem siedmdziesięcioma sześciu laty, niż w całym żarze mej młodości. Mąż pokoju wszedł do groty; ja zostałem na zewnątrz pełen grozy. Niebawem, słaby szept podobny do jęku wydobył się z głębi skały i uderzył me ucho. Wydałem krzyk, i, odnajdując siły, rzuciłem się w mrok jaskini... Duchy ojców! wy jedne znacie widok jaki uderzył me oczy!
„Pustelnik zapalił sosnową pochodnię; trzymał ją drżącą ręką, pochylony nad posłaniem Atali. Ta młoda i piękna kobieta, wsparta na łokciu, leżała blada, z włosami w nieładzie. Krople bolesnego potu błyszczały na jej czole; spojrzenia jej, wpół zgasłe, starały się jeszcze wyrazić mi swą miłość, a usta siliły się na uśmiech. Uderzony jak gdyby ciosem piorunu, z błędnemi oczyma, wyciągniętemi ramionami, rozchylonemi usty, trwałem nieruchomy. Głębokie milczenie zapanowało na chwilę między trzema osobami tej bolesnej sceny. Samotnik przerwał je pierwszy: »To będzie może, rzekł, gorączka spowodowana znużeniem; jeśli poddamy się woli bożej, ulituje się nad nami«.
„Na te słowa, zastygła krew na nowo zaczęła krążyć mi w żyłach: z wrażliwością Dzikiego, od nadmiaru obawy przeszedłem nagle do zbytku ufności. Ale Atala nie zostawiła mnie w niej długo. Wstrząsając smutno głową, dała znak, abyśmy się zbliżyli do posłania.
„Mój ojcze, rzekła osłabionym głosem zwracając się do zakonnika, zbliżam się do chwili śmierci. O Szaktasie! wysłuchaj bez rozpaczy złowrogiej tajemnicy, jaką ci ukrywałam, aby cię nie czynić nazbyt nieszczęśliwym a zarazem być posłuszną matce. Staraj się nie przerywać mi objawami boleści, które skróciłyby może te niewiele chwil, jakie mi pozostały. Mam wiele rzeczy do opowiedzenia, z uderzeń zaś mego serca, które bije coraz wolniej... z jakiegoś lodowatego ciężaru który lano moje zaledwie może udźwignąć... czuję, że trzeba mi się spieszyć«.
„Po chwili milczenia, Atala ciągnęła w tych słowach:
»Mój smutny los rozpoczął się niemal wcześniej jeszcze, niż ujrzałam światło. Matka poczęła mnie w nieszczęściu; ciężyłam jej łonu, i wydała mnie na świat wśród wielkiego rozdarcia wnętrzności; wątpiono, czy będę żyła. Aby ocalić moje dni, matka uczyniła ślub: przyrzekła Królowej Aniołów, że poświęcę jej moje dziewictwo, jeżeli uniknę śmierci. Nieszczęsny ślub, który wtrąca mnie do grobu!
»Liczyłam szesnasty rok życia, kiedy straciłam matkę. Na kilka godzin przed śmiercią, zawezwała mnie do swego łoża. Córko, rzekła do mnie w obecności misjonarza, który niósł jej pociechę w ostatnich chwilach, córko moja, wiesz jaki ślub uczyniłam za ciebie. Czy chciałabyś zadać kłam matce? O moja Atalo! Zostawiam cię w otoczeniu, które nie jest godne posiadać chrześcijankę, pośród bałwochwalców, którzy prześladują Boga obojga twoich rodziców, Boga, który, dawszy ci życie, zachował ci je cudem. Ach! drogie dziecię, przywdziewając zasłonę dziewic, wyrzekasz się jedynie trosk domowych oraz zgubnych namiętności, które zmąciły lano twej matki! Pójdź tedy, ukochana moja, pójdź i przysięgnij na ten obraz Matki Zbawiciela, w ręce tego świętego kapłana i matki oddającej ducha, iż nie zdradzisz mnie w obliczu nieba. Pomyśl, że zaręczyłam za ciebie aby ci ocalić życie, i że, jeżeli nie dotrzymasz mojej obietnicy, pogrążysz duszę matki w wiekuistych męczarniach.
„O, moja matko! czemu mówiłaś w ten sposób! O wiaro, która sprawiasz zarazem mą niedolę i moją szczęśliwość, która mnie gubisz i która mnie pocieszasz! A ty, drogi i smutny przedmiocie miłości, która mnie trawi nawet w objęciach śmierci, widzisz teraz, o Szaktasie, co spowodowało srogość naszego losu!... Zalewając się łzami i rzucając się na łono macierzyńskie, przyrzekłam wszystko czego ode mnie żądano. Misjonarz wygłosi! nade mną straszliwe słowa i dał mi szkaplerz, który mnie wiąże na zawsze. Matka zagroziła przekleństwem, jeżeli kiedykolwiek złamię przysięgę, i, zaleciwszy niewzruszoną tajemnicę wobec pogan, prześladowców mej religii, oddała ducha trzymając mnie w uścisku.
»Nie odrazu poznałam niebezpieczeństwo moich ślubów. Pełna gorącej i szczerej wiary, dumna z krwi hiszpańskiej płynącej w mych żyłach, nie widziałam dokoła siebie ludzi godnych aby otrzymać mą rękę; czułam się szczęśliwa, iż nie posiadam innego małżonka, jak tylko Boga mojej matki. Ujrzałam cię, młody i piękny jeńcze, roztkliwiłam się nad twoim losem, ośmieliłam się przemówić do ciebie w pobliżu stosu w lesie; Wówczas uczulam cały ciężar mej przysięgi«.
„Skoro Atala dokończyła tych słów, ja ściskając pięści i patrząc groźnie na misjonarza, wykrzyknąłem: »Oto więc ta wasza religia, którą mi tak zachwalałeś! Niech będą przeklęte śluby, które mi odbierają Atalę! Niech przepadnie Bóg, który staje wpoprzek naturze! Człowieku, księże, pocoś przyszedł do tych lasów?
»Aby cię zbawić, wyrzekł starzec straszliwym głosem, aby pokonać twoje namiętności, i ocalić cię, bluźnierco, od gniewu niebios! Tobież to przystało, młokosie, któryś zaledwie wstąpił w życie, skarżyć się na Swe nieszczęścia! Gdzież są znaki twych cierpień? Gdzie niesprawiedliwości, które zniosłeś? Gdzie twoje cnoty, które same jedne tylko mogłyby ci dać niejakie prawo do skargi? Jakie usługi oddałeś? Jakie dobro wyświadczyłeś? Ha! nieszczęśliwy, przynosisz jedynie namiętności, i śmiesz oskarżać niebo! Kiedy, jak ojciec Aubry, spędzisz trzydzieści lat wygnania w górach, będziesz mniej rychły w sądzeniu zamiarów Opatrzności; zrozumiesz wówczas, że nie wiesz nic, że jesteś niczem, i że niema tak surowej kary, tak straszliwych cierpień, jakich skazane ciało nie byłoby werte«.
„Błyskawice strzelające z oczu starca, broda chwiejąca mu się na piersi, piorunujące słowa czyniły go podobnym jakiemuś Bogu. Zmiażdżony jego majestatem, padłem mu do kolan i prosiłem o przebaczenie za me wybuchy.
„Mój synu: odparł tonem tak łagodnym, iż uczułem wyrzut w głębi duszy, mój synu, nie o siebie-to skarciłem cię. Niestety! masz słuszność, drogie dziecię, niewiele umiałem zdziałać w tych lasach, i Bóg nie ma sługi bardziej niegodnego ode mnie. Ale, mój synu, idzie o niebo; nieba nie godzi się nigdy oskarżać! Przebacz mi, jeżeli cię obraziłem; ale wysłuchajmy twej siostry. Jest może jeszcze lekarstwo, nie poddawajmy się rozpaczy. Szaktasie, boska to zaiste religia, która nadzieję uczyniła cnotą.«
»Ukochany mój, podjęła Atala, byłeś świadkiem moich walk, widziałeś wszelako tylko drobną ich cząstkę; ukrywałam ci resztę. Nie, czarny niewolnik zlewający swym potem żarzące piaski Florydy, mniej jest nieszczęśliwy, niż była nią Atala. Zachęcając cię do ucieczki, pewna wszelako iż umrę, skoro oddalisz się ode mnie; lękając się uciec z tobą w puszczę, a mimo to dysząc tęsknotą za cieniem gajów... Ach, gdyby trzeba było opuścić jeno rodziców, przyjaciół, ojczyznę; gdyby nawet (straszliwa myśl!) chodziło jedynie o zgubę mej duszy!... Ale twój cień, o matko, twój cień był zawsze przy mnie, wyrzucając mi twoje cierpienia! Słyszałam twoje skargi, widziałam ogarniające cię płomienie piekła. Noce moje były skwarne i pełne majaków, dnie płynęły w rozpaczy; rosa wieczorna wysychała padając na mą rozpaloną skórę, rozchylałam usta na podmuch wiatru, ale ten podmuch, miast orzeźwić mnie swą świeżością, rozpalał się ogniem mego oddechu. Jakaż męka widzieć cię bezustanku przy sobie, zdala od ludzi, w głębokiej samotności, i czuć między tobą a sobą nieprzebytą zaporę! Spędzić życie li twoich stóp, służyć ci jak niewolnica, przyrządzać twój posiłek i posłanie w jakimś nieznanym zakątku świata, byłoby dla mnie najwyższem szczęściem; to szczęście było tuż przy mnie, i nie mogłam go kosztować. Jakieliż zamysłów nie śniłam! Jakiż sen nie zlągł się w tem tak smutnem sercu! Niekiedy, topiąc oczy moje w tobie, tworzyłam wręcz pragnienia równie szalone jak zbrodnicze: to byłabym chciała być, wraz z tobą, jedyną żyjącą istotą na ziemi; to, czując moc Bóstwa które wstrzymywało mnie w straszliwych porywach, byłabym pragnęła aby to Bóstwo zapadło się w nicość, bylebym, utulona w twoje ramiona, mogła toczyć się z otchłani w otchłań wraz ze szczątkami Boga i świata całego! Teraz nawet... mamże wyznać? teraz, kiedy wieczność ma mnie pochłonąć; kiedy mam stanąć przed nieubłaganym Sędzią; w chwili gdy, aby być posłuszną matce, patrzę z radością jak dziewictwo moje pożera me życie, otóż i teraz! przez jakąś okropną sprzeczność, odchodzę z żalem iż nie należałam do ciebie!...«
»Córko, przerwał misjonarz, boleść sprowadza cię na manowce. Ten nadmiar namiętności, któremu się poddajesz, rzadko jest Sprawiedliwy i nie jest zgoła naturalny; przez to nawet mniej jest występy w oczach Boga, iż znamionuje raczej coś spaczonego w umyśle, niżeli występnego w sercu. Trzeba tedy oddalić od siebie te uniesienia, niegodne zaiste twojej niewinności. Ale leż, drogie dziecko, pohopna wyobraźnia ukazała ci śluby twoje w nadto groźnem świetle. Religja nie wy maga ofiar więcej niż ludzkich, Szczere uczucia, umiarkowane cnoty są jej o wiele milsze niż egzaltacja i przymus rzekomego heroizmu, Gdybyś była uległa, wówczas, biedna, zbłąkana owieczko. Dobry Pasterz byłby cię odszukał aby cię sprowadzić do stada. Skarbnice żalu były otwarte dla ciebie: trzeba strumieni krwi aby zmazać błędy nasze w oczach ludzi, ale jedna łza wystarcza Bogu. Opamiętaj się tedy, droga córko, stan twój wymaga spokoju; zwróćmy się do Boga, który leczy wszystkie rany swoich sług. Jeśli jest jego wolą, jak mam nadzieję, abyś przetrwała szczęśliwie tę chorobę, napiszę do biskupa w Quebec; ma władzę potemu aby cię rozwiązać z twego ślubu — ile że jest to jedynie ślub zwykły — i dokończysz dni obok mnie, wraz z Szaktasem, swym małżonkiem«.
„Na te słowa starca, Atala popada w długie konwulsje, z których ocknęła się jedynie poto aby dać upust oznakom przeraźliwej boleści. »Jakto! mówiła, składając ręce z uniesieniem, więc było lekarstwo! Można dostąpić zwolnienia ze ślubu! — Tak, córko, odparł ojciec; i możesz teraz jeszcze... — Zapóźno już, zapóźno! wykrzyknęła. Trzebaż umierać w chwili, gdy dowiedziałam się, że mogłam być szczęśliwą! Czemuż nie znałam wcześniej tego świętego starca! Jakiegoż szczęścia zażywałabym dzisiaj, z tobą, z Szaktasem, oczyszczonym przez chrzest. pocieszona, umocniona przez tego dostojnego kapłana, w tej ustroni na zawsze... ach, to byłoby zbyt wiele szczęścia!« — Uspokój się, rzekłem ujmując dłoń nieszczęśliwej; uspokój się: zakosztujemy jeszcze tej słodyczy. — Nigdy! nigdy! rzekła Atala. Jakto? odparłem. — Nie wiesz wszystkiego, wykrzyknęła dziewica: wczoraj... podczas burzy... Miałam złamać śluby; miałam pogrążyć matkę w płomieniach czeluści; już przekleństwo jej wisiało nade mną; już kłamałam Bogu, który ocalił mi życie... Kiedy całowałeś moje drżące wargi, nie wiedziałeś, nie wiedziałeś, że ściskasz jeno śmierć! — O nieba! wykrzyknął misjonarz, drogie dziecię, coś popełniła? — Zbrodnię, ojcze, odparła Atala z błędnemi oczami; ale gubiłam jeno siebie, a ratowałam matkę. — Dokończ. wykrzyknąłem pełen przerażenia. — Otóż, rzekła, przewidywałam mą słabość; opuszczając sioło, uniosłam z sobą... — Co? podjąłem ze zgrozą. — Truciznę! rzeki ojciec. — Krąży w mojem łonie! wykrzyknęła Atala.
„Pochodnia wysuwa się z dłoni Samotnika, padam wpółmartwy u stóp córki Lopeza, starzec chwyta nas oboje w ramiona, i wszyscy troje, w ciemnościach, łączymy przez chwilę nasze szlochania na tem żałobnem posłaniu.
»Zbudźmy się, zbudźmy się! rzekł niebawem dzielny pustelnik, zapalając lampę. Tracimy cenne chwile; jak przystało mężnym chrześcijanom, stawmy czoło ciosom przeciwności: ze sznurem na szyi, z głową w popiele, rzućmy się do stóp Najwyższego, aby błagać zmiłowania lub poddać się jego wyrokom. Być może, jest czas jeszcze. Moja córko, powinnaś mnie była uprzedzić wczoraj wieczór.«
„Niestety, ojcze. rzekła Atala, szukałam cię ostatniej nocy; ale niebo, karząc moje grzechy, oddaliło cię ode mnie. Wszelka pomoc byłaby zresztą bezużyteczna; nawet Indjanie bowiem, tak biegli w znajomości trucizn, nie mają lekarstwa na tę, które; użyłam. O Szaklasie! osądź me zdumienie, kiedy ujrzałam iż cios nie następuje tak szybko, jak się spodziewałam! Miłość zdwoiła me siły; dusza moja nie mogła tak rychło rozłączyć się z tobą«.
„W tem miejscu, już nie szlochania moje przerwały opowiadanie Atali, ale wybuchy, jakie znane są jedynie Dzikim. Tarzałem się oszalały po ziemi, miotając ramionami i kąsając sobie ręce. Stary ksiądz, z cudowną tkliwością, biegł od brata do siostry i otaczał nas tysiącznemi staraniami. Mimo spokoju swego serca, mimo brzemienia lal, umiał wszelako przemówić do nas młodych, a wiara dostarczała mu akcentów bardziej zgoła tkliwych i gorących niż nasze namiętności. Czy ów ksiądz, który, od czterdziestu lat, ofiarowywał się każdego dnia w tych górach służbie Boga i ludzi, nie przypomina ci całopaleń Izraela, dymiących nieustannie na wysokościach gór, przed obliczem Pana?
„Niestety! napróżne starał się znaleźć lekarstwo na cierpienia Atali. Zmęczenie, zgryzota, trucizna i namiętność bardziej śmiertelna niż wszystkie trucizny razem, połączyły się aby wydrzeć ten kwiat samotnej dolinie, Nad wieczorem, wystąpiły przerażające objawy; ogólny bezwład opanował członki Atali: kończyny zaczęły stygnąć. »Dotknij moich palców, mówiła do mnie, czy nie zdają ci się z lodu?« Nie wiedziałem co odpowiedzieć, włosy jeżyły mi się od grozy; ona zaś mówiła: »Wczoraj jeszcze, ukochany mój, samo dotknięcie twoje przyprawiało mnie o drżenie, i oto nie czuję już twej ręki, nie słyszę prawie głosu, przedmioty znikają mi stopniowo z oczu. Czy to ptaki śpiewają? Słońce musi być blisko zachodu w lej chwili? Szuktasie, piękne będą promienie jego tam w puszczy, na mym grobie!«
„Spostrzegając iż słowa jej wyciskają nam z oczu łzy, Atala rzekła: »Przebaczcie, dobrzy przyjaciele, jestem bardzo słaba; ale może zdołam być silniejsza, Ale umierać tak młodo, lak nagle, kiedy serce było pełne życia! Ojcze duchowny, miej litość nade mną, wspomagaj mnie. Czy sądzisz, że matka jest zadowolona i że Bóg mi przebaczy to co uczyniłam?«
»Córko, odparł dobry zakonnik wylewając łzy i wycierając je drżącemi i okaleczałemi palcami; córko, wszystkie twe niedole pochodzą z niewiedzy; dzikie wychowanie i brak potrzebnego oświecenia zgubiły cię; nie wiedziałaś, że chrześcijance nie wolno rozrządzać swem życiem. Pociesz się, droga owieczko; Bóg ci przebaczy; przebaczy dla prostoty twego serca. Matka twoja, i nieopatrzny misjonarz który nią kierował, winniejsi byli od ciebie; przekroczyli swoje prawo, wydzierając ci nierozsądne śluby; ale niechaj pokój Boży będzie z nimi! Wszyscy troje jawicie straszliwy przykład niebezpieczeństw, jakiemi grozi w religji gorliwość nie dość oświecona. Uspokój się, moje dziecię; ten, który bada serca i nerki, osądzi cię wedle intencyj, które były czyste, a nie wedle uczynku, który był naganny.
»Co się tyczy życia, jeżeli nadeszła chwila w której przyjdzie ci usnąć w Panu, ach, drogie dziecię, jakże niewiele tracisz, tracąc ten świat! Mimo samotności w jakiej żyłaś, poznałaś zgryzoty; cóżbyś pomyślała tedy, gdybyś była świadkiem niedoli społeczeństwa: gdyby, zbliżając się do wybrzeży Europy, ucho twoje posłyszało przeciągły krzyk boleści, wznoszący się z lego starego lądu? Mieszkaniec chały, zarówno jak pałacu, wszyscy cierpią, wszyscy jęczą tu na ziemi i widziano królowe płaczące jak proste kobiety, i dziwion, o się ile łez mieści się w oczach królów!
»Czy swej miłości żałujesz? Moja córko, to tak, jak gdybyś płakała za snem. Czy znasz serce człowieka, czy zdołałabyś zliczyć niestałości jego pragnienia? Raczej zliczyłabyś ilość fal, jakie morze toczy w czasie burzy. Dziecko moje, poświęcenia, dobrodziejstwa nie tworzą wiecznych węzłów: pewnego dnia, być może, sytość sprowadziłaby odrazę. przeszłość stałaby się niczem, wystąpiłyby najaw jedynie niedomagania związku biednego i bez blasku. Zaiste, moja córko, najpiękniejszą miłością w świecie była miłość mężczyzny i niewiasty, wyszłych z ręki Stworzyciela. Za pomieszkanie mieli raj, byli niewinni i nieśmiertelni. Doskonali duszą i ciałem, odpowiadali sobie we wszvstkiem: Ewa była stworzona dla Adama, Adam dla Ewy. Jeżeli, mimo to, nie zdołali się utrzymać w tym słanie szczęścia, któreż stadło potrafi to po nich? Nie będę ci mówi! o małżeństwach pierworodnych synów ludzi, o tych nadziemskich niemal związkach, kiedy siostra była małżonką brata, kiedy braterska miłość i przyjaźń zlewały się w jednem i tem samem sercu, a czystość jednej potęgowała słodycze drugiej. Wszystkie te związki uległy zmąceniu: zazdrość wślizgnęła się w ołtarz z darni na którym ofiarowano koźlątko; panoszyła się pod namiotem Abrahama, zgoła nawet w tych łożach w których patrjarchowie kosztowali tyle słodyczy, iż zapominali śmierci własnych matek.
»Mialażbyś tedy sobie pochlebiać, drogie dziecię, iż zdołasz być bardziej niewinna i szczęśliwa w stadle niż owe święte rodziny, od których Jezus Chrystus raczył pochodzić? Oszczędzam ci szczegółów, tyczących trosk gospodarstwa, kłótni, wzajemnych wymówek, niepokojów i wszystkich tajemnych utrapień, które czyhają u poduszki małżeńskiego łoża. Kobieta odczuwa swe bóle za każdym razem kiedy „się staje matką, i wchodzi w zamęźcie płacząc. Ileż cierpień chociażby w utracie nowonarodzonego dziecięcia, które karmiła swem mlekiem, a które umiera przy piersi! Góra pełna była jęków; nic nie mogło pocieszyć Racheli, ponieważ nie słało jej synów. Te gorycze przywiązane do tkliwości ludzkich są tak silne, iż widziałem w ojczyźnie mojej wielkie panie, miłowane przez królów, jak opuszczały dwór, aby zagrzebać się w klasztorach i umartwiać to harde ciało, którego rozkosze są jeno cierpieniem.
„Powiesz może, że te ostatnie przykłady cię nie dotyczą; że cala twa ambicja ograniczała się do tego, aby żyć w ustronnej chałce z mężem wedle twego serca; że szukałaś nietyle słodyczy małżeńskiego stadła, ile uroków owego szaleństwa, które młodość nazywa miłością? Złudzenie, chimera, marność, majak zbłąkanej wyobraźni! I ja także, moja córko, znałem zamęty serca; ta głowa nie zawsze była łysa, ani ta pierś zawsze równie spokojna. jak się wam zdaje w tej chwili. Wierz memu doświadczeniu: gdyby człowiek, stały w swoich przywiązaniach, mógł bezustanku nastarczyć wciąż odradzającemu się uczuciu, bez wątpienia samotność i miłość czyniłyby go równym samemu Bogu; to są bowiem dwie wiekuiste rozkosze wielkiej Istoty. Ale dusza człowieka nuży się, i nie umie długo kochać jednego i tego samego przedmiotu całą pełnią, Zawsze są jakieś punkty, na których dwa serca nie schodzą się, i te punkty wystarczają, na dłuższą metę, aby życie uczynić nieznośnem.
»Wreszcie, droga córko, wielkim błędem ludzi, w ich snach o szczęściu. jest to, iż zapominają o tej ułomności przywiązanej do ich natury: o śmierci. Trzeba skończyć. Wcześniej lub później, jakakolwiek byłaby twoja szczęśliwość, ta piękna twarz zmieniłaby się w ową jednostajną fizjognomię, jaką grób daje rodzinie Adama: nawet oko Szaktasa nie zdołałoby cię odróżnić pośród twoich sióstr grobu. Miłość nie rozciąga swego władztwa na robaki trumienne. Co mówię? (o, próżność próżności!) co mówię o potędze uczuć ziemskich? Czy chcesz, droga córko, poznać dokąd sięgają? Gdyby człowiek wrócił na ziemię w kilka lat po śmierci, wątpię iżby był przyjęty z radością. przez tych nawet, którzy najwięcej łez poświęcili jego pamięci: tak szybko tworzą się inne związki, tak łatwo człowiek nabiera innych przyzwyczajeń, tak bardzo mu jest wrodzona niestałość. tak życie nasze jest małą rzeczą nawet w sercu najbliższych!
»Podziękuj tedy, droga córko, dobroci bożej, iż zabiera cię tak rychło z tego padołu nędzy. Już biała szata i lśniący wieniec dziewiczy gotują się dla ciebie tam w górze: już słyszę Królową Aniołów jak woła do ciebie: Pójdź, godna służebnico, pójdź, gołębico moja, pójdź, usiądź na tronie niewinności, między wszystkiemi dziewicami. które poświęciły swą piękność i młodość służbom ludzkości, wychowaniu dzieci i dziełom pokuty. Pójdź, różo mistyczna, odpocząć na łonie Jezusa Chrystusa. Ta trumna, to łoże ślubne, które sobie wybrałaś, nie zawiedzie cię; a pieszczoty twego niebiańskiego małżonka nie skończą się nigdy!«
„Podobnie jak ostatni promień dnia uśmierza wiatry i rozlewa spokój na niebie, tak łagodne słowa starca ukoiły namiętności w łonie mej kochanki. Zdawała się już tylko zaprzątnięta mą boleścią i sposobami złagodzenia mi straty. To zapewniała, że umrze szczęśliwa, jeżeli przyrzeknę jej osuszyć swoje łzy; to mówiła mi o matce, o ojczyźnie; starała się odwrócić obecną boleść, budząc wspomnienia boleści minionych. Zachęcała do wytrwania, do cnoty. »Nie zawsze będziesz nieszczęśliwym. mówiła: jeśli niebo doświadcza cię dziś, to jedynie poto, aby cię uczynić bardziej współczującym na niedole drugich. Serce, o Szaktasie, jest jak owo drzewo, które wydaje balsam na rany ludzkie dopiero wówczas, kiedy je skaleczy żelazo«.
„Mówiąc w ten sposób, obracała się ku misjonarzowi, szukała u niego ulgi, jaką mnie sprawiła, i tak, naprzemian pocieszając i żądając pociechy, dawała i przyjmowała słowo życia na posłaniu śmierci.
„Tymczasem, pustelnik krząta! się ze zdwojonem poświęceniem. Jego stare kości ożywiły się zapałem miłosierdzia; wciąż przygotowując leki, podsycając ogień, poprawiając posianie, mówił cudowne słowa o Bogu i o szczęściu sprawiedliwych. Z pochodnią religji w dłoni, poprzedzał niejako Atalę do grobu, aby jej odsłonić jego tajemne uroki. Uboga grota zdawała się wypełniona wielkością tego chrześcijańskiego zgonu, a duchy niebiańskie przyglądały się z pewnością z uwagą lej scenie, w której religia walczyła, sama jedna, przeciw miłości, młodości i śmierci.
„Zwyciężyła ta boska religja, i można było poznać jej triumf po owym świętym smutku, jaki nastąpił w naszych sercach po pierwszych wybuchach namiętności. Około północy, Atala jak gdyby skrzepiła się nieco, aby powtarzać modlitwy, które zakonnik odmawiał przy jej łożu. Wkrótce potem, wyciągnęła ku mnie rękę, i, głosem który zaledwie było słychać, rzekła: „Synu Utalisslego, czy przypominasz sobie tę pierwszą noc, kiedy mnie wziąłeś za Dziewicę ostatniej pieszczoty? Osobliwa wróżba naszego losu!« Zatrzymała się, pocz em podjęła: „Kiedy myślę, że opuszczam cię na zawsze, serce moje czyni taki wysiłek aby odżyć, iż czuję w sobie nieomal władzę stania się nieśmiertelną mocą swej miłości. Ale, o mój Boże, niechaj twoja wola się spełni! — Umilkła na chwilę, poczem dodała: »Pozostaje mi jedynie prosić cię o przebaczenie za cierpienia, jakie ci sprawiłam. Wiele cię dręczyłam przez moją dumę i kaprysy. Szaktaste, nieco ziemi, rzuconej na me ciało, stworzy cały świat między tobą a mną, i oswobodzi cię na zawsze od ciężaru mych niedoli.
»Przebaczyć tobie, odparłem tonąc we łzach, czyż to nie ja jestem sprawcą wszystkich twoich nieszczęść?« — »Mój najdroższy, rzekła przerywając, uczyniłeś mnie bardzo szczęśliwą; i, gdybym miała rozpoczynać życie na nowo, wolałabym jeszcze szczęście kochania cię przez kilka chwil w nędzy i na wygnaniu, niż całe życie spokoju w ojczyźnie«.
„Tutaj, głos Atali załamał się; cienie śmierci rozsnuły się dokoła oczu i ust; palce jej, błądząc, starały się dotknąć czegoś; rozmawiała, pocichu z niewidzialnemi duchami. Następnie, czyniąc wysiłek, siliła się, ale napróżno, odczepić z szyi mały krucyfiks; poprosiła mnie, abym!!o odczepił sam, i rzekła:
»Kiedy mówiłam z tobą po raz pierwszy, ujrzałeś ten krzyż migocący w blasku ognia na mej piersi; to jedyne mienie jakie posiada Atala. Lopez, twój i mój ojciec, przesłał go matce w niewiele dni po mem urodzeniu. Przyjm ode mnie to dziedzictwo, o mój bracie, zachowaj je na pamiątkę mych nieszczęść. Będziesz uciekał się do lego Boga nieszczęśliwych w czas utrapień swojego życia. Szaktasie, mam ostatnią prośbę do ciebie. Drogi mój, związek nasz był krótki na ziemi, ale, po tem życiu, istnieje inne, dłuższe. Jakże okropnem byłoby mi żyć rozdzielonej z tobą na zawsze! Wyprzedzam cię jedynie; będę cię oczekiwać w królestwie niebieskiem. Jeżeli mnie kochałeś, przyjm światło religji chrześcijańskiej, która przygotowała nasze połączenie. Ta religia sprawia oto w twych oczach wielki cud, skoro czyni mnie zdolną opuścić cię, nie konając w męczarniach rozpaczy. Wszelako, Saaktasie, żądam od ciebie jedynie prostego przyrzeczenia; zanadto wiem co to kosztuje, abym miała wymagać przysięgi. Być może, ślub ten oddzieliłby cię od innej kobiety, szczęśliwszej odemnie... O, matko moja, przebacz córce. O Dziewico! wstrzymaj swój gniew. Znowu staję się słabą, i kradnę ci, o mój Boże, myśli, które powinnyby iść jedynie ku tobie!“
„Przepełniony boleścią, przyrzekłem Atali przyjąć kiedyś religię chrześcijańską. Na len widok, Samotnik, powstając z natchnioną twarzą i wyciągając ramiona ku sklepieniu groty: »Czas, wykrzyknął, czas przywołać Boga tutaj!«
„Zaledwie wymówił te słowa, jakaś nadnaturalna siła zmusiła mnie bym upadł na kolana i skłonił głowę do stóp łoża Atali. Kapłan otwiera tajemne miejsce, gdzie była zamknięta złota urna pokryta zasłoną z jedwabiu, i pochyla się w głębokiem uwielbieniu. Nagle, grota wypełniła się jak gdyby światłem; słychać było w powietrzu głosy aniołów i drżenie harf niebieskich; i, kiedy Samotnik wydobył święte naczynie z zamknięcia, zdało mi się, że widzę samego Boga wychodzącego z łona góry.
„Kapłan otworzył kielich, ujął w dwa palce białą jak śnieg hostię, i zbliżył się do Atali, wypowiadając tajemnicze słowa. Święta miała oczy wzniesione ku niebu, w ekstazie. Wszystkie boleści zdały się milknąć, całe jej życie skupiło się na ustach; wargi rozwarły się i wyciągnęły ze czcią po Boga ukrytego w postaci mistycznego chleba. Następnie, starzec umoczył nieco bawełny w poświęcanej oliwie; natarł nią skronie Atali, popatrzał przez chwilę na umierającą dziewczynę, i nagle z ust jego wy szły te silne słowa: »Idź, duszo chrześcijańska: idź połączyć się ze swoim Stwórcą!« Podnosząc wówczas znękaną głowę, wykrzyknąłem patrząc na naczynie w którem mieściła się święta oliwa: „Mój ojcze, czy to lekarstwo wróci życie Atali? — Tak, synu, rzekł starzec otwierając mi ramiona; życie wieczne!« Atala właśnie oddała ducha.
W tem miejscu, po raz drugi od początku opowiadania, Szaktas zmuszony był przerwać. Łzy dławiły go, z gardła dobywały się jedynie przerywane słowa. Ślepy Sachem odkrył łono i ukazał krzyżyk Atali. „Oto, wykrzyknął, oto ów zakład zbawienia! O, René! o synu mój, ty go widzisz: ja już nie widzę! Powiedz mi, po tylu latach, czy złoto się nie skaziło? Czy nie widzisz na niem śladów moich łez? Czy mógłbyś poznać miejsce, którego święta moja dotknęła wargami? W jaki sposób Szaklas nie jest jeszcze chrześcijaninem? Jakie błahe polityczne i narodowe względy utrzymały go aż dotąd w błędach ojców? Nie, nie chcę już zwlekać dłużej. Ziemia krzyczy do mnie: Kiedyż tedy zstąpisz wreszcie do grobu; na cóż czekasz aby przyjąć boską religję? O ziemio! nie będziesz mnie już czekała długo: skoro tylko kapłan odmłodzi wodą tę głowę zbielałą od zgryzot, mam nadzieję połączyć się z Atalą... Ale pozwól, niech ci do końca opowiem mą histerię.“




Pogrzeb.

„Nie będę próbował, o René, odmalować ci rozpaczy, jaka ogarnęła mą duszę, kiedy Atala oddała ostatnie tchnienie. Trzebaby na to więcej żaru niż mi go pozostało; trzebaby, aby moje zamknięte oczy mogły się rozewrzeć dla słońca, i zażądać odeń rachunku z łez, które wylały przy jego świetle. Tak, ten księżyc, który błyszczy teraz nad naszemi głowami, sprzykrzy sobie oświecać pustkowia Kentucky: tak, ta rzeka, która niesie w tej chwili nasze czółna, powstrzyma bieg swoich fal, zanim moje łzy przestaną płynąć za Atalą! Przez całe dwa dni byłem nieczuły na upomnienia pustelnika. Starając się ukoić me cierpienia, zacny ten człowiek nie posługiwał się czczemi racjami ziemskiemi; poprzestawał na tych słowach: »Mój Synu, taka wola boża«; i tulił mnie w ramionach. Nigdy nie byłbym mniemał, iż może być tyle pociechy w tych niewielu słowach poddanego chrześcijanina, gdybym tego sam nie doświadczył.
„Tkliwość, namaszczenie, niezmącona cierpliwość starego sługi bożego zwyciężyły wreszcie zakamieniałość mego bólu. Wstyd mi było łez, jakie wyciskałem mu z oczu. »Ojcze, rzekłem, to za wiele: niechaj namiętności młodzieńca nie mącą już spokoju twoich dni. Pozwól mi zabrać szczątki mej małżonki; pogrzebię je w jakim zakącie puszczy, i, jeżeli będę jeszcze skazany na życie, będę się starał stać się godnym łych wiecznych zaślubin, których obietnicę dała mi Atala«.
„Na ten niespodziewany przypływ odwagi, dobry ojciec zadrżał z radości i wykrzyknął; »O krwi Jezusa Chrystusa, krwi mego boskiego Mistrza, poznaję twoje dzieło! Ocalisz, ocalisz bez wątpienia tego młodzieńca. Mój Boże, dokończ swego dzieła. Wróć pokój tej zmęczonej duszy; niechaj, ze swoich nieszczęść, zachowa jedynie korne i użyteczne wspomnienia«.
„Mąż sprawiedliwy odmówił mi wydania ciała córki Lopeza, ale ofiarował się sprowadzić gromadkę wiernych i pogrzebać ją z całym chrześcijańskim ceremoniałem: ale ja znowuż odmówiłem. Nieszczęścia i cnoty Atali, rzekłem, nieznane były ludziom; niechaj jej grób, wykopany ukradkiem naszemi rękoma, będzie jej wtem podobny«.
„Nad wieczorem, przenieśliśmy cenne szczątki do jednego z ujść groty, wychodzącego na północ. Pustelnik zawinął je w sztukę płótna pochodzącego z Europy, utkanego przez jego matkę: było to jedyne mienie jakie zachował z ojczyzny, i oddawna przeznaczał je na własny grób. Atala spoczywała na posłaniu z czułków górskich; stopy jej, głowa, ramiona i nieco piersi, były odsłonięte. We włosach widniał zwiędły kwiat magnolji, ten sam, który złożyłem na łożu dziewicy, iżby się stała płodną. Wargi jej, jak pączek róży zerwanej od dwu poranków, zdawały się tęsknić i uśmiechać. Na policzkach olśniewającej białości widniało parę błękitnych żyłek. Piękne oczy były zamknięte, stopy skromnie złączone; alabastrowe ręce przyciskały do piersi krucyfiks z hebanu; szkaplerz, znak I jej ślubów, wisiał na szyi. Zdawała się niby zaczarowana przez Anioła melancholii i przez podwójny sen niewinności i grobu. Nie widziałem nic bardziej niebiańskiego. Ktokolwiekby nie wiedział, że ta młoda dziewczyna wprzódy cieszyła się światłem dnia, wziąłby ją za posąg uśpionej dziewicy.
„Zakonnik nie przesłał modlić się przez całą noc. Usiadłem w milczeniu w głowach żałobnego łoża. Ileż razy, podczas jej snu, dźwigałem na swoich kolanach tę uroczą główkę! Ileż razy pochylałem się aby słyszeć i wdechać jej oddech! Ale teraz, żaden szmer nie dobywał się z nieruchomego łona, napróżno oczekiwałem przebudzenia tej piękności!
„Księżyc użyczył swej bladej pochodni żałobnemu czuwaniu. Wyszedł w połowie nocy jak biała westalka, która przychodzi płakać na trumnie towarzyszki. Niebawem rozlał po lasach ową wielką tajemnicę melancholii, którą lubi opowiadać starym dębom i odwiecznym wybrzeżom morskim. Od czasu do czasu, zakonnik. zanurzał ukwieconą gałąź w poświęconą wodę; następnie, potrząsając wilgotną kiścią, napawał noc balsamami nieba. Niekiedy, powtarzał na starodawną nutę parę wierszy dawnego poety, imieniem Job; mówił;
»Minąłem jak kwiat; uschłem jak ziele polne.
»Dlaczego dano światło nędzarzowi, a życie tym, którzy są w goryczy serca?«
„Tak śpiewał starzec. Poważny i jak gdyby rytmiczny jego głos toczył się w milczeniu pustyni. Imię Boga i grobu wychodziło ze wszystkich ech, ze wszystkich strumieni, wszystkich lasów. Gruchania wirgińskiego gołębia, spadek potoku w górach, brzęczenie dzwonu, który wolał podróżnych, mięszały się z temi żałobnemi pieśniami; zdawało się, iż w Gajach śmierci rozbrzmiewa odległy chór tych co minęli, i że odpowiada głosowi Samotnika.
„Tymczasem, na wschodzie, zarysowała się smuga złota. Jastrzębie krzyczały na skałach, a kuny skryły się w dziuplach wiązów: był to sygnał do konduktu żałobnego Atali. Wziąłem ciało na ramiona; pustelnik szedł przede mną, z łopatą w ręce. Zaczęliśmy zstępować ze skały na skałę; starość i śmierć zarówno zwalniały nasze kroki. Na widok psa, który odnalazł nas w lesie i który teraz, skacząc z radości, znaczył nam inną drogę, wybuchnąłem płaczem. Często, długie włosy Atali, poruszane podmuchem rannego wiatru, rozpościerały się złotą zasłoną na mych oczach i często, uginając się pod ciężarem, musiałem złożyć ją na mchu i usiąść obok, aby odzyskać siły. Wreszcie, przybyliśmy do miejsca, które obrała moja boleść; zstąpiliśmy pod luk mostu. O mój synu, trzeba było widzieć młodego Dzikiego i starego pustelnika, żłobiących własnemi rękami grób dla biednej dziewczyny, której ciało leżało rozciągnięte tuż obok, w bróździe wyschłego potoku.
„Ukończywszy robotę przenieśliśmy martwą piękność w gliniane łoże. Ach, spodziewałem się zgotować dla niej inne posłanie! Zaczem, wziąwszy nieco prochu w rękę i zachowując straszliwe milczenie, utkwiłem, po ostatni raz, me oczy w twarzy Atali. Następnie rozsypałem ziemię snu na czole liczącym ośmnaście wiosen; ujrzałem jak stopniowo znikają rysy mej siostry, jak uroki jej kryją się poza zasłonę wieczności; pierś widniała przez chwilę ponad sczerniałą ziemię, jak biała lilja wznosi się pośród ciemnej gliny: »Lopezie, wykrzyknąłem, patrz jak twój syn grzebie twoją córkę!“ i do reszty pokryłem Atalę ziemią snu.
„Wróciliśmy do groty; oznajmiłem misjonarzowi zamiar który powziąłem, a mianowicie aby się na stałe osiedlić wpadłe niego. Święty, który cudownie znał serce człowieka, odgadł moją myśl i podstęp mej boleści. Rzekł: »Szaktasie, synu Utalissiego, dopóki Atala żyła, sam nakłaniałem cię abyś pozostał w mem pobliżu; ale obecnie los twój jest inny: ojczyzna cię potrzebuje. Wierzaj mi, synu, boleść nie jest wieczna; wcześniej lub później trzeba jej się skończyć, serce ludzkie bowiem jest skończone j taka już nasza nędzna dola: nie jesteśmy nawet zdolni być długo nieszczęśliwi. Wróć na wybrzeża Mississipi: idź pocieszyć matkę, która opłakuje cię codzień, i która potrzebuje twej podpory. Zapoznaj się, kiedy znajdziesz sposobność potemu, z religią Atali, i pamiętaj, że przyrzekłeś jej stać się cnotliwym i chrześcijaninem. Ja będę czuwał nad jej grobem. Jedź, synu. Bóg, dusza twej siostry i serce starego przyjaciela będą ci towarzyszyć«.
„Takie były słowa mieszkańca skał; powaga jego była zbyt wielka, mądrość zbyt głęboka, abym mógł nie usłuchać. Następnego dnia opuściłem czcigodnego gospodarza, który, przyciskając mnie do serca, dał mi swe ostatnie rady, ostatnie błogosławieństwo i ostatnie łzy. Udałem się na grób: ze zdziwieniem ujrzałem mały krzyżyk wznoszący się nad zmarłą, tak jak widzi się jeszcze maszt okrętu, który uległ rozbiciu. Domyśliłem się, że Samotnik zaszedł w ciągu nocy pomodlić się u grobu; ten objaw pamięci i pobożności wycisnął mi na nowo strumień łez. Miałem pokusę otworzyć grób i ujrzeć jeszcze raz ukochaną; pełen czci lęk powstrzymał mnie. Usiadłem na wzruszonej świeżo ziemi. Z łokciem wspartym na kolanach, z głową zatopioną w dłoniach, trwałem zagrzebany w bolesnej zadumie. O René, wówczas to, po pierwszy raz, zastanowiłem się poważnie nad czczością naszych zamysłów! Ach, dziecko moje, i któż nie zaznał tych myśli! Jestem już jeno starym jeleniem pobielonym mnogością zim; lata moje idą o lepsze z wiekiem kruka j otóż, mimo tylu dni nagromadzonych na mej głowie, mimo długich doświadczeń życia, nie spotkałem jeszcze człowieka, któryby się nie zawiódł w marzeniach o szczęściu, nie spotkałem serca, któreby nie chowało ukrytej rany. Najpogodniejsze napozór serce podobne jest do studni w prerji Alachua: powierzchnia zdaje się spokojna i czysta, ale, kiedy spojrzysz na dno, ujrzysz wielkiego krokodyla, kryjącego się w źródlanych wodach.
„Przetrwawszy w tem miejscu boleści wschód i zachód słońca, nazajutrz, z pierwszym krzykiem bociana, gotowałem się opuścić święty grób. Ruszyłem zeń, niby od mety z której chciałem się rzucić w szranki cnoty. Po trzykroć wywalałem duszę Atalii po trzykroć Geniusz puszczy odpowiedział pod żałobną arkadą memu wezwaniu. Skłoniłem się następnie ku Wschodowi i ujrzałem zdaleka, na ścieżce górskiej, pustelnika, który dążył do chaty jakiegoś nieszczęśliwego. Padając na kolana i obejmując kurczowe grób, wykrzyknąłem: »Śpij w pokoju, na lej obcej ziemi, nieszczęsna, zbyt nieszczęsna dziewczyno! W odpłatę swej miłości, swego wygnania i śmierci, zostajesz opuszczona, nawet przez Szaktase!« Zaczem, wylewając strumienie łez, rozłączyłem się z córką Lopeza, wyrwałem się z tych miejsc, zostawiając u stóp pomnika natury bardziej dostojny pomnik: skromny nagrobek cnoty“.




Epilog.

Szaktas, syn Utalissiego, z plemienia Naczezów, opowiedział tę historję Renému, Europejczykowi. Ojcowie opowiedzieli ją dzieciom, ja zaś, podróżny w odległych — ziemiach, wiernie powtórzyłem to, com usłyszał od Indian. Widziałem w tem opowiadaniu obraz ludu myśliwców i rolników, religję jako pierwszą prawodawczynię ludzką; niebezpieczeństwa niewiedzy i żarliwości religijnej, przeciwstawione światłu, miłosierdziu i prawdziwemu duchowi Ewangelii; walki namiętności i cnót w prostem sercu, wreszcie triumf chrystjanizmu nad najbardziej niepohamowanem uczuciem i nad najbardziej straszliwym lękiem, nad miłością i śmiercią.
Kiedy ktoś z plemienia Siminołów opowiedział mi tę historję, wydala mi się nader pouczająca i doskonale piękna, ponieważ zamknął w niej powiew pustyni, urok wigwamów i prostotę obrazów boleści. Nie łudzę się, abym zdolał ocalić ten jej powab. Ale byłem ciekaw jednej jeszcze rzeczy. Pytałem, co się stało z ojcem Aubry, i nikt nie mógł mnie objaśnić. Byłbym na zawsze został w nieświadomości w lej mierze, gdyby Opatrzność, która kieruje wszystkiem, nie odsłoniła mi tego czego szukałem. Oto jak rzeczy się miały:
Przebiegałem wybrzeża Mississipi, które „tworzyły niegdyś południową granicę Nowej Francji, i byłem ciekaw ujrzeć na północy inny cud tego państwa, wodospad Niagary. Dotarłem tuż do katarakty, w dawnym kraju Agonnonsionów[17], kiedy, jednego ranka, przebiegając równinę, ujrzałem kobietę siedzącą pod drzewem i trzymającą martwe dziecię na kolanach. Zbliżyłem się do biednej matki, i usłyszałem jak mówiła:
»Gdybyś zostało wśród nas, drogie dziecię, z jakimż wdziękiem ręka twoja napinałaby łuk! Twoje ramię pokonałoby rozjuszonego niedźwiedzia; na szczycie góry, twoje stopy szłyby o lepsze z pędzącą sarną. Biały gronostaju skalny, tak młodo odszedłeś w krainę cieniów! Jak zdołasz tam wyżyć? Niema tam twego ojca, aby cię żywił zdobyczą łowów. Zimno ci będzie, i żaden Duch nie da ci skóry na okrycie. Och! trzeba mi co rychlej połączyć się z tobą, aby ci śpiewać piosenki i podać pierś — do ust«.
Tak śpiewała młoda matka drżącym głosem, kołysała dziecię w ramionach, wilżyła wargi jego macierzyńskiem mlekiem i otaczała śmierć wszystkiemi staraniami jakich udziela się życiu.
Kobieta ta zamierzała, wedle obyczaju indyjskiego, ususzyć ciało syna na gałęziach, aby je zanieść następnie do grobu ojców. Rozdziała tedy noworodka, i, przytknąwszy na chwilę wargi do jego ust, rzekła: »Duszo mego syna, duszo pełna uroku, ojciec stworzył cię niegdyś na mych ustach pocałunkiem; niestety, moje pocałunki nie mają mocy aby ci dać życie po raz wtóry!« Następnie, odsłoniła łono, i uściskała te lodowata zwłoki, które byłyby się ożywiły przy ogniu macierzyńskiego serca, gdyby Bóg nie zachował dla siebie tchu, który daje życie.
Wstała i szukała oczami drzewa, na którego gałęziach mogłaby złożyć dziecko. Wybrała klon o czerwonem kwieciu, uwieńczony girlandami apiozów, wydzielający dokoła najsłodsze zapachy. Jedną ręką ściągnęła niskie konary; drugą ułożyła ciało; zaczem, puściła gałąź, która wróciła do dawnej pozycji, unosząc niewinne zwłoki ukryte w pachnącem listowiu. Och, jakże wzruszający jest ten indyjski obyczaj! Widziałem was w opustoszałych polach, dumne pomniki Krassusów i Cezarów, a mimo to przekładam owe napowietrzne groby Dzikich, te grobowce z kwiatów i zieleni, które napełnia wrzawą pszczoła, które kołysze zefir, gdzie słowik buduje gniazdo i zawodzi swoje żałośliwe, pienia. Jeśli to są zwłoki młodej dziewczyny, którą ręka kochanka zawiesiła na drzewie śmierci; jeśli szczątki ukochanego dziecka, które matka pomieściła w mieszkaniu małych ptasząt, czar zdwaja się jeszcze. Zbliżyłem się do kobiety jęczącej u stóp klonu; włożyłem jej ręce na głowę, wydając potrójny krzyk boleści: Następnie, bez słowa, ujmując jak ona gałąź, spędziłem owady brzęczące dokoła ciała dziecka. Ale strzegłem się aby nie spłoszyć pobliskiego gołębia. Indjanka rzekła doń: „Gołębiu, jeśli nie jesteś wyszłą z ciała duszą mego syna, jesteś z pewnością matką, która szuka czegoś, aby uwić gniazdo. Weź te włoski, których nie będę już myła w ziołach; weź je aby ułożyć swoje małe: oby wielki Duch zechciał ci je zachować!«
Matka rozpłakała się z radości na widok uprzejmości cudzoziemca. Wśród tego, zbliżył się młody człowiek: »Córko Celuty, rzekł, weź nasze dziecko, nie będziemy tu bawili dłużej, ruszamy z pierwszym brzaskiem«. Rzekłem wówczas: »Bracie, życzę ci błękitnego nieba, wiele kóz, płaszcza bobrowego, i nadziei. Nie jesteś tedy z tej puszczy? — Nie, odparł młody człowiek; jesteśmy wygnańcy; idziemy szukać ojczyzny«. Mówiąc to, wojownik opuścił głowę na łono, i, końcem luku, ścinał głowy kwiatów. Odgadłem, iż muszą być łzy na dnie tej historji i zamilkłem. Kobieta wzięła syna z gałęzi, i dala go nieść małżonkowi. Wówczas rzekłem: „Czy chcecie mi pozwolić, abym rozniecił wasz ogień tej nocy? — Nie mamy chaty, odparł wojownik; jeżeli chcesz udać się za nami, obozujemy nad brzegiem wodospadu. — Chętnie«, odparłem i ruszyliśmy razem.
Przybyliśmy niebawem nad brzeg katarakty, która oznajmiała się straszliwym rykiem. Tworzy ją rzeka Niagara, która wypływa z jeziora Erie i spada w jezioro Ontario: wysokość jej, w linji pionowej, wynosi sto czterdzieści cztery stóp. Od jeziora Erie aż do samego spadku, rzeka biegnie po stromej pochyłości, w chwili zaś spadku jest to już nietyle rzeka ile morze, którego fale cisną się w ziejącą paszczę otchłani. Katarakta dzieli się na dwie odnogi i wygina się w kształt podkowy. Między dwoma spadami wynurza się wyspa podgryziona od dołu, która, wraz z calem zadrzewieniem, zwisa nad odmętem fal. Masa wód tocząca się ku południowi zaokrągla się w szeroki cylinder, następnie rozlewa się w śnieżną płachtę i błyszczy w słońcu wszystkiemi barwami. Ta która spada na wschód, wali się w przerażającym cieniu; możnaby rzec, kolumna wód potopu. Tysiąc luków tęczy gnie się i krzyżuje nad przepaścią. Uderzając o drżącą skalę, woda rozbryzguje się w wiry piany, które wznoszą się ponad lasy, niby dymy olbrzymiego pożaru. Sosny, dzikie orzechy, skały wyrzeźbione. w kształt widm, obramiają scenę. Orły, porwane prądem powietrza. spadają, kręcąc się młynkiem, na dno otchłani; gule czepiają się, zapomocą giętkich ogonów, zwisających gałęzi, aby chwytać w otchłani strzaskane zwłoki łosiów i niedźwiedzi.
Podczas gdy, zdjęty rozkoszą i grozą, patrzałem na to widowisko, Indjanka i jej małżonek opuścili mnie. Szukałem ich, posuwając się w górę rzeki powyżej wodospadu, i niebawem znalazłem w miejscu sposobnem dla ich żałoby. Leżeli na trawie, pospołu ze starcami, koło szczątków kości ludzkich, zawiniętych w skóry zwierząt. Zdumiony wszystkiem na co patrzałem od kilku godzin, usiadłem koło młodej matki i rzekłem: „Co znaczy to wszystko, siostro moja?« Odparła: »Bracie, to nasza ojczyzna; to popioły przodków, które towarzyszą nam na wygnanie. — I przez jakie koleje, wykrzyknąłem, popadliście w taką niedolę?« Córka Celuty odparła: »Jesteśmy szczątkami plemienia Naczezów. Po rzezi jaką Francuzi sprawili w naszym narodzie aby pomścić swych braci, ci z pomiędzy naszych, którzy uszli zwycięzcom, znaleźli schronienie u Czikassów, swych sąsiadów. Przez dość długi czas, trwaliśmy tam w spokoju; ale, przed siedmiu księżycami, biali z Wirginji zagarnęli nasze ziemie, mówiąc iż darował je im pewien król z Europy. Podnieśliśmy oczy ku niebu, i, wziąwszy na barki szczątki przodków, puściliśmy się w drogę przez puszczę. Urodziłam w czasie pochodu; że zaś, z przyczyny nieszczęść, mleko moje zepsuło się, dziecko umarło«. Mówiąc to, młoda matka otarła oczy włosami; płakałem również.
Niebawem rzekłem: „Siostro moja, uwielbiajmy wielkiego Ducha, wszystko toczy się wedle swej kolei. Wszyscy jesteśmy wędrowcy; ojcowie nasi byli nimi jak my; ale jest miejsce gdzie odpoczniemy. Gdybym nie obawia! się rzucać płochych słów, jak czynią ludzie biali, spylałbym, czy słyszałaś o Szaktasie, z plemienia Naczezów?« Na te słowa, Indjanka spojrzała na mnie i rzekła: »Kto ci powiadał o Szaktasie, z plemienia Naczezów?« Odparłem: »Mądrość«. Indianka podjęła: »Powiem ci co wiem, ponieważ spędziłeś muchy z ciała mego syna, i ponieważ rzekłeś oto piękne słowa o wielkim Duchu. Jestem córką córki Renégo Europejczyka, którego Szaktas przybrał za syna. Szalelas, który przyjął chrzest, i René, mój nieszczęśliwy przodek, zginęli w rzezi. — Człowiek idzie nieustannie z niedoli w niedolę, odparłem pochylając głowę. Czy mogłabyś mi również udzielić wiadomości o ojcu Aubry? Los jego nie był szczęśliwszym od losu Szaklasa, odparła. Kerokezi, nieprzyjaciele Francuzów, wtargnęli do jego Misji; sprowadził ich tam dźwięk dzwonu, w który dzwoniono aby ratować podróżnych. Ojciec Aubry mógł się ocalić; ale nie chciał opuścić swych dzieci: został, aby przykładem swoim dodać im odwagi do śmierci. Spalono go wśród wielkich męczarni; ale nie zdołano zeń wyrwać ani jednego krzyku na hańbę jego Boga ani na zbezczeszczenie ojczyzny. Nie przestawał w czasie męczarni modlić się za swoich katów i współczuć z losem ofiar. Aby zeń wydrzeć znak słabości, Kerokezi przyprowadzili do jego stóp Dzikiego, chrześcijanina, którego storturowali straszliwie. Ale zdumieli się wielce, kiedy ujrzeli, iż młody człowiek upadł na kolana i całował rany starego pustelnika, który powtarzał: »Moje dziecko, dano nas na widowisko aniołom i ludziom«. Indianie, wściekli, utopili mu raz, żarzone żelazo w gardle, aby mu nie dać mówić. Wówczas, nie mogąc już pocieszać ludzi, wyzionął ducha.
»Powiadają, iż Kerokezi, mimo iż tak przywykli widzieć Dzikich znoszących męki z wytrwaniem, nie mogli powstrzymać się od uznania, że w pokornem męstwie ojca Aubry jest coś niepojętego, co przekracza wszelkie męstwo ziemi. Niektórzy z pomiędzy nich, uderzeni tą śmiercią, przyjęli chrześcijaństwo.
»W kilka lal później, Szaktas, wróciwszy z ziemi białych i dowiedziawszy się o nieszczęściu przodownika modłów, ruszył aby zebrać jego popioły oraz popioły Atali. Przybył w okolicę gdzie niegdyś znajdowała się Misja, ale zaledwie mógł ją rozpoznać. Jezioro wylało i preria zmieniła się w bagno: naturalny most, zawaliwszy się, pogrzebał pod swemi szczątkami grób Atali i Gaj zmarłych. Szaktas długo błądził w tem miejscu; odwiedził grotę Samotnika, którą zastał pełną krzaków głogu i malin: sarna karmiła tam swoje koźlątko. Usiadł na skale Śmiertelnego Czuwania, gdzie ujrzał tylko parę piór uronionych ze skrzydła przelotnego ptaka. Podczas gdy płakał, domowy wąż misjonarza wypełzał z sąsiednich zarośli i owinął się o jego stopy. Szaktas ogrzał na lonie lego wiernego przyjaciela, który sam jeden pozostał wśród ruin. Syn Utalissiego opowiadał, iż po wiele razy, za zbliżeniem nocy, mniemał iż widzi cienie Atali i ojca Aubry, wznoszące się w oparach zmroku. Widzenia te napełniły go religijną grozą i smutną radością.
»Naszukawszy się daremnie grobu swej siostry i pustelnika, gotował się opuścić te miejsca, kiedy sarna, którą zastał w grocie, zaczęła biec przed nim. Zatrzymała się u stóp krzyża Misji. Krzyż zanurzony by! do polowy w wodzie; drzewo zżarte mchem, pelikan kołysał się na jego zbutwiałych ramionach. Szaktas poznał, iż wdzięczna sarna zaprowadziła go do grobu swego gospodarza. Zaczął grzebać ziemię pod skałą, która niegdyś służyła za ołtarz, i znalazł szczątki mężczyzny i kobiety. Nie wątpił, iż to były zwłoki kapłana i dziewicy, które aniołowie pogrzebali w tem miejscu; zawinął je w skóry niedźwiedzie i podjął drogę, do ziemi ojczystej, unosząc szacowne kości, dzwoniące na jego ramionach niby kołczan śmierci. W nocy kładł je pod głowę i wówczas miał oczy pełne miłości i cnoty. O cudzoziemcze, możesz oto oglądać len proch, wraz z prochem samego Szaktasa!«
Podczas gdy Indjanka domawiała ostatnich słów, powstałem; zbliżyłem się do świętych popiołów i ukląkłem w milczeniu. Następnie, oddalając się wielkiemi krokami, wykrzyknąłem: »Tak mija na ziemi wszystko co było dobrego, cnotliwego, tkliwego! Człowieku, jesteś jeno ulotnym snem, bolesnem marzeniem; istniejesz jedynie przez ból; jesteś czemś jeno przez smutek swej duszy i przez wiekuistą melancholię myśli!«
Dumania te oblegały mnie przez całą noc. Nazajutrz, o świcie, gospodarze moi opuścili mnie. Młodzi wojownicy otwierali pochód, małżonki zamykały go; mężczyźni dźwigali na barkach święte relikwie, kobiety niosły niemowlęta: starcy kroczyli zwolna w pośrodku, pomieszczeni między swymi przodkami a potomstwem, między wspomnieniami a nadzieją, między ojczyzną którą stracili, a ojczyzną, ku której szli. Och! ileż łez leje człowiek, kiedy tak opuszcza ziemię rodzinną, kiedy, z wyżyn pagórka wygnania, rozpoznaje ostatni raz dach, pod którym się wychował, i rzekę wpadłe chały, płynącą dalej smutno przez opustoszałe pola ojczyste!
Nieszczęśliwi Indianie, których widziałem błądzących w puszczach Nowego Świata, wraz z popiołami przodków, wy, którzy daliście mi gościnność mimo swej nędzy, nie mógłbym wam jej oddać dzisiaj, błądzę bowiem, jako i wy, na łasce ludzi; a mniej szczęśliwy od was w mem wygnaniu, nie uniosłem z sobą kości ojców.




René.


Przybywając do plemienia Neczezów, René zmuszony był pojąć małżonkę, aby dostroić się do obyczaju Indjan, ale nie żył przy niej. Melancholijna skłonność usposobienia ciągnęła go w głąb lasów; spędzał tam cale dni sam, i zdawał się dziki pomiędzy Dzikimi. Poza Szaklasem, swoim przybranym ojcem, oraz ojcem Suel, misjonarzem w grodzie Rozalji, wyrzekł się towarzystwa ludzi. Dwaj starcy zdobyli wielki wpływ na jego duszę: jeden swą miłą pobłażliwością, drugi, przeciwnie, przez swą nadzwyczajną surowość. Od czasu polowania na bobry, kiedy-to ślepy Sachem opowiedział Renému swoje przygody, napróżno starał się go skłonić do wzajemnych zwierzeń. I Szaktas wszelako i misjonarz żywo pragnęli dowiedzieć się, jakie nieszczęścia mogły w Europejczyku szlachetnego rodu zrodzić szczególny zamiar zagrzebania się w puszczach Luizjany. René, uchylając się naleganiom, powoływał się zawsze na to, iż historia jego, ograniczająca się do dziejów myśli i uczuć, zbyt mało jest zajmująca. »Co zaś do wypadku który zagnał mnie do Ameryki, dodawał, ten trzeba mi pogrzebać w wiekuistem zapomnieniu«.
Tak upłynęło kilka lat, a starcy wciąż nie zdołali mu wydrzeć jego tajemnicy. List, który René otrzymał z Europy za pośrednictwem biura Misyj zagranicznych, zdwoił jego smutek tak dalece, iż unikał nawet swoich sędziwych przyjaciół. Teru goręcej nalegali nań aby im otworzył serce; a czynili to z taką delikatnością, słodyczą i powagą, iż wreszcie musiał uczynić im zadość. Umówił tedy z nimi dzień, w którym zgodził się opowiedzieć, nie przygody życia, nie doznał bowiem żadnych, ale tajemne uczucia swej duszy.
Dnia 21-go owego miesiąca, który Dzicy nazywają Księżycem kwiatów, René udał się do chaty Szaktasu. Podał ramię staremu Sachemowi i zaprowadził go pod sassafrasy, na brzeg Mississipi. Niebawem i ojciec Suel zjawił się w oznaczenem miejscu. Jutrzenka wstawała; opodal równiny widniała wieś Naczezów, ze swym gajem morw i chatami podobnemi do ulów pszczelnych. Kolonja francuska i port Rozalji znaczyły się na prawo, na wybrzeżu rzeki. Namioty, nawpół wzniesione domy, rozpoczęte fortyfikacje, wykarczowane pola rojące się od murzynów, gromady Białych i Indian, ujawniały, na lej małej przestrzeni, kontrast dzikości i cywilizacji. Ku wschodowi, na skraju widnokręgu, słońce zaczynało pokazywać się między poszarpanemi szczytami Apalaszów, które rysowały się, niby czcionki z lazuru, na pozłacanych wysokościach nieba i na zachodzie, Mississipi toczyła w majestatycznem milczeniu fale, tworząc wspaniałą ramę dla tego obrazu.
Młody człowiek i misjonarz podziwiali przez jakiś czas tę piękną scenę, ubolewając nad Sachemem, który nie mógł się już nią cieszyć; następnie, ojciec Suel i Szaktas usiedli na trawniku u stóp drzewa; René zajął miejsce wśród nich, i, po chwili milczenia, ozwał się do przyjaciół w te słowa:
„Rozpoczynając to opowiadanie, nie mogę obronić się uczuciu wstydu. Pokój serc waszych, czcigodni starcy, i spokój natury dokoła każą mi się rumienić za zamęt i burze mej duszy.
„Jakże będziecie się litować nade mną! Jak nędzne się wam zdadzą moje wiekuiste niepokoje! Wy, którzy wyczerpaliście wszystkie gorycze żywota, co pomyślicie o młodym człowieku bez siły i hartu, który w sobie samym znajduje swą udrękę i może się skarżyć jedynie na cierpienia, które zadaje sam sobie? Ach, nie potępiajcie go; aż nadto go już ukarano!
„Przyszedłem na świat kosztem życia mojej matki; wydobyto mnie z jej łona przy pomocy żelaza. Miałem brata, którego ojciec mój kochał, ponieważ widział w nim pierworodnego. Co do mnie, zdany zawczasu obcym rękom, wychowałem się zdala od rodzicielskiego dachu.
„Usposobienie miałem porywcze, charakter nierówny. Naprzemian hałaśliwy i wesoły, milczący i smutny, skupiałem koło siebie młodych towarzyszy; następnie, opuszczając ich nagle, szedłem siąść na uboczu, aby spoglądać na pomykającą chmurę lub słuchać deszczu szemrzącego wśród liści.
„Co jesieni odwiedzałem zamek ojcowski, położony wśród lasów, w pobliżu jeziora, w zapadłej okolicy.
„Lękliwy i nieswój w obliczu ojca, odnajdywałem swobodę i wesołość jedynie przy siostrze mej, Amelji. Z siostrą tą, cokolwiek starszą ode mnie, łączyła mnie najściślej luba zgodność usposobień i skłonności. Lubiliśmy się drapać razem na pagórki, żeglować po jeziorze, przebiegać lasy w porze opadania liści: wspomnienie tych przechadzek dziś jeszcze napawa duszę mą rozkoszą. O złudy dziecięctwa i ziemi rodzinnej, wy nie tracicie nigdy swej słodyczy!
„To kroczyliśmy w milczeniu, chłonąc uchem głuchy szum jesieni, lub szelest suchych liści, czepiających się smutno naszych stóp; to, w dobie niewinnych igraszek, ścigaliśmy jaskółkę na łące, łuk tęczy na dżdżystych pagórkach; niekiedy także mówiliśmy szeptem wiersze, które rodził w nas obraz przyrody. Zamłodu, pielęgnowałem Muzy; niema nic bardziej poetycznego, niż szesnastoletnie serce w świeżości swoich uczuć. Ranek życia jest jak ranek dnia, pełen czystości, obrazów i harmonii.
„W niedziele i dnie świąteczne, słyszałem często, w wielkim lesie, poprzez gęstwinę drzew, dźwięki odległego dzwonu, który wołał mieszkańców pól do świątyni. Oparty o pień wiązu, słuchałem w milczeniu nabożnego szeptu. Każde drżenie spiżu sączyło w mą prostą duszę niewinność sielskich obyczajów, spokój samotności. urok religji i słodką melancholię pierwszego dziecięctwa. Och, któreż niewdzięczne serce nie ściśnie się na dźwięk dzwonów rodzinnego miejsca, tych dzwonów, które drżały z radości nad jego kołyską, które oznajmiły jego przybycie na ziemię, zapisały pierwsze bicie jego serca, obwieściły szeroko dokoła świętą radość jego ojca, oraz bardziej jeszcze niewymowne boleści i radości matki! Wszystko mieści się w owych zaczarowanych marzeniach, w których pogrąża nas dźwięk rodzinnego dzwonu: religia, rodzina, ojczyzna, i kolebka i grób, i przeszłość i przyszłość.
„To prawda, iż oboje z Amelją bardziej niż ktokolwiek smakowaliśmy w tych poważnych i tkliwych myślach, ponieważ chowaliśmy oboje nieco smutku na dnie serca: mieliśmy to z Boga lub z matki.
„Tymczasem ojciec mój uległ chorobie, która zawiodła go w niewiele dni do grobu. Oddał ducha w moich ramionach, Zawarłem znajomość ze śmiercią na ustach tego, który dal mi życie. Wrażenie było silne i trwa jeszcze. Po pierwszy to raz wówczas, nieśmiertelność duszy objawiła się jasno moim Oczom. Nie moglem uwierzyć, aby to ciało bez życia było we mnie twórcą myśli; czułem iż musiała ona przyjść z innego źródła; w świętej boleści, która bliską była szczęścia, obiecywałem sobie zjednoczyć się kiedyś z duchem ojca.
„Drugi dziw utwierdził mnie w tej podniosłej myśli. Rysy ojcowskie nabrały w trumnie czegoś nadziemskiego. Dlaczego ta zdumiewająca tajemnica nie miałaby być wskazówką naszej nieśmiertelności? Dlaczego śmierć, która wie wszystko, nie miałaby wyryć na czole swe; ofiary tajemnic innego świata? Dlaczego nie miałaby się rodzić w grobie jakaś wielka wizja wieczności?
„Amelja, przygnieciona boleścią, schroniła się w głąb wieży, skąd słychać było rozbrzmiewające pod sklepieniami gotyckiego zamku śpiewy księży oraz dźwięki żałobnego dzwonu.
„Odprowadziłem ojca na miejsce ostatniego schronienia; ziemia zamknęła się nad jego szczątkami; wieczność i zapomnienie przywaliły go całym swym ciężarem: tegoż samego wieczora obojętne stopy deptały po jego grobie; oprócz dla córki i syna, było już tak, jak gdyby nigdy nie istniał.
„Trzeba było opuścić dach ojcowski, który stal się dziedzictwem brata: udałem się z Amelią do starych krewnych.
„Zatrzymawszy się u wejścia zwodniczych dróg życia. przyglądałem się im kolejno nie śmiejąc się w nie zapuścić. Amelia wspominała mi często o szczęśliwości tycia zakonnego; mówiła że jestem jedynym węzłem, który zatrzymuje ją w świecie; gdy to mówiła, oczy jej spoczywały na mnie ze smutkiem.
„Z sercem wzruszenem temi nabożnemi rozmowami, kierowałem często kroki w stronę klasztoru, sąsiadującego z mem nowem schronieniem; przez chwilę nawet miałem pokusę aby tam zagrzebać me życie. Szczęśliwi ci, którzy skończyli swą podróż, nie opuściwszy portu, i którzy nie wlekli, jak ja, bezużytecznych dni na ziemi!
„Europejczycy, żyjący w bezustannym niepokoju, zmuszeni są budować sobie samotnie. Im bardziej serce nasze jest zgiełkliwe i bezładne, tem bardziej pociąga nas spokój i milczenie. Przytuliska te, otwarte dla nieszczęśliwych i słabych, często kryją się w dolinach, które budzą w sercu mgliste poczucie nieszczęścia i nadzieję schronienia; niekiedy także spotyka się je na wyniosłych miejscach, gdzie dusza pobożna, niby roślina górska, zdaje się wznosić do nieba, aby mu ofiarować swe zapachy.
„Widzę jeszcze majestatyczne skojarzenie wód i lasów owego starożytnego opactwa, w którem zamyślałem umknąć życie swoje kaprysom losu! błądzę jeszcze o schyłku dnia w tych samotnych i pełnych echa krużgankach. Kiedy księżyc nawpół oświecał słupy arkad i rysował ich cień na przeciwległej ścianie, zatrzymywałem się aby poglądać na krzyż, który znaczył pole śmierci, oraz na wysokie trawy, rosnące między kamieniami grobów. O, ludzie, którzy, żyjąc zdala od świata, przeszliście od milczenia życia do milczenia śmierci, jakąż odrazą do ziemi groby wasze napełniały moje serce!
„Czy to przez wrodzoną chwiejność, czy przez uprzedzenie do klasztornego życia, zmieniłem zamiar i postanowiłem puścić się w podróż. Pożegnałem się z siostrą; uścisnęła mnie ruchem który podobny był do radości, tak jakby szczęśliwa była z tego rozstania; nie mogłem obronić się w myśli gorzkiej refleksji o niestałości uczuć ludzkich.
„Zaczem, pełen zapału, rzuciłem się sam jeden na ten burzliwy ocean świata, którego ani portów ani raf nie znałem. Odwiedziłem najpierw ludy, których już niema; zapragnąłem usiąść na szczątkach Rzymu i Grecji, krajów o silnej i mądrej pamięci, gdzie pałace tkwią zagrzebane w prochu, a mauzolea królów ukryte wśród głogów. Siło przyrody a słabości człowieka! źdźbło trawy przebija często najtwardszy marmur, którego wszyscy ci zmarli. lak potężni, nie podniosą nigdy!
„Niekiedy, wysoka kolumna jawi się samotnie wśród pustyni, lak jak wielka myśl wznosi się, od czasu do czasu, w duszy spustoszonej przez wiek i nieszczęścia.
„Rozmyślałem nad temi pomnikami, we wszystkich przygodach i we wszystkich godzinach dnia. Toż samo słońce, które widziało jak rzucano fundamenty pod te grody, kładło się, w moich oczach, majestatycznie na ich ruinach; księżyc, wznoszący się na czystem niebie między dwiema nawpół strzaskanemi urnami popiołów, oświecał blade grobowce. Często, w promieniach tej gwiazdy tak podsycającej marzenia, zdawało mi się że widzę Genjusza wspomnień, jak siada zamyślony u mych stóp.
„Ale znużyło mnie przetrząsać trumny, w których zbyt często poruszałem jeno prochy zbrodni.
„Chciałem przekonać się, czy żyjące plemiona ukażą mi więcej cnót lub leż mniej nieszczęść niż wygasłe rasy. Przechadzając się pewnego dnia w wielkiem mieście, poza jakimś pałacem, w ustronnym i pustym dziedzińcu, ujrzałem posąg, który wskazywał palcem miejsce wsławione ofiarą[18]. Uderzyła mnie. cisza tych miejsc; wiatr tylko jęczał dokoła tragicznego marmuru. Robotnicy Spoczywali obojętnie u stóp posągu, lub leż, pogwizdując, obrabiali kamienie. Spytałem ich, co znaczy ów pomnik: jedni zaledwie mogli mnie objaśnić, drudzy zgoła byli nieświadomi katastrofy, której był pamiątką. Nic lepiej mi nie ujawniło istotnej miary wydarzeń, i tego nic którem jesteśmy. Co się stało z ludźmi, którzy czynili tyle zgiełku? Czas uczynił krok, i powierzchnia ziemi zmieniła oblicze.
„Szukałem zwłaszcza w swoich podróżach towarzystwa artystów i tych boskich ludzi, którzy opiewają na swej lirze bogów, oraz szczęśliwość ludów szanujących prawa, religję i groby.
„Ci śpiewacy są z rasy boskiej; posiadają jedyny niezaprzeczony dar, jakim niebo obdarowało ziemię. Zycie ich jest zarazem naiwne i wzniosłe j sławią bogów złotemi usty a są najprostszymi z ludzi; gwarzą jak nieśmiertelni albo jak małe dzieci; tłumaczą prawa wszech, świata, a nie mogą zrozumieć najbłahszych spraw życia; mają cudowne pojęcia o śmierci, a umierają, nie wiedząc sami kiedy, jak niemowlęta.
„Na górach Kaledonji, ostatni bard, jakiego słyszano w tych pustkowiach, wyśpiewał mi poematy, których bohater krzepi! niegdyś jego starość. Siedzieliśmy na kilku kamieniach, zjedzonych mchem; potok płynął u naszych stóp; koza pasła się opodal wśród szczątków wieży, a wiatr morski świstał po haszczach. Obecnie, religja chrześcijańska, również córka wysokich gór, zatknęła krzyż na pomnikach Morweńskich bohaterów i trąciła w harfę Dawida nad brzegiem tegoż strumienia, wpadłe którego Ossjan dobywa! jęku ze swej harfy. Równie pokojowa jak bóstwa Zelmy były wojownicze, strzeże trzód tam, gdzie Fingal toczył boje, i zaludnia aniołami pokoju chmury, dotąd zamieszkałe przez mężobójcze widziadła.
„Starożytna i śmiejąca Italja ukazała mi tłum swych arcydzieł. Z jakąż świętą i poetycką grozą błądziłem po tych rozległych budowlach, poświęconych przez sztukę religji! Co za labirynt kolumn! Jakie szeregi arkad i sklepień! Jakże piękne są szmery które słyszy się dokoła tych kopuł, podobne do hałasu fal w Oceanie, do szeptu wiatrów w lasach lub do głosu Boga w świątyni! Architekt buduje, można powiedzieć, myśli poety, i czyni je dotykalnemi zmysłom.
„Mimo to, czegóż nauczyłem się aż dotąd z tylą mozołu? Nic pewnego u starożytnych, nic pięknego u współczesnych. Przeszłość i teraźniejszość, to dwa niezupełne posągi: jeden wydobyto pokaleczony od uszkodzeń wieków drugi nie osiągnął jeszcze swej przyszłej doskonałości.
„Ale, być może, moi sędziwi przyjaciele, zdziwieni jesteście, wy zwłaszcza, mieszkańcy puszczy, iż, zdając sprawę ze swych podróży, nie wspomniałem ani razu o pomnikach natury?
„Jednego dnia, wstąpiłem na szczyt Etny, wulkanu który plonie pośród wyspy. Ujrzałem jak słonce wznosi się pode mną na bezkresnym widnokręgu; ujrzałem Sycylję skurczoną niby mały punkcik u swoich stóp, i morze rozpościerające się daleko w przestrzeni. W tym prostopadłym rzucie obrazu, rzeki zdały mi się jeno geograficznemi linjami wykreślonemi na mapie; ale, podczas gdy z jednej strony oko moje oglądało te przedmioty, z drugiej zanurzało się ono w kraterze Etny, której rozpalone wnętrzności jawiły się pośród oparów czarnego dymu.
„Młody człowiek pełen namiętności, siedzący na paszczy wulkanu i płaczący nad śmiertelnymi, których siedziby zaledwie dostrzega u swoich stóp, jest z pewnością, o starcy, istotą godną jedynie waszego politowania; ale, cokolwiekbyście mogli o tem mniemać, widok ów daje wam obraz jego charakteru i egzystencji: w ten to sposób, przez cale życie, miałem przed oczami dzieło stworzenia, olbrzymie i niedostrzegalne zarazem, i otwartą przepaść pod nogami“.
Wymawiając te ostatnie słowa, René umilkł i popadł w zadumę. Ojciec Suci patrzał nań ze zdumieniem. a stary ślepy Sachem, nie słysząc już głosu młodzieńca, nie wiedział co sądzić o tem milczeniu.
René obrócił oczy na gromadkę Indian, którzy mijali wesoło równinę. Nagle, fizjognomia jego roztkliwiła się, łzy popłynęły z oczu; wykrzyknął:
„Szczęśliwi Dzicy! Och! czemuż nie mogę cieszyć się spokojem, jaki wam zawsze towarzyszy! Podczas gdy ja, z tak niewielkim pożytkiem, przebiegiem tyle okolic, wy, siedząc spokojnie pod dębem, pozwoliliście płynąć dniom nie licząc ich biegu. Pobudką działania były jedynie wasze potrzeby: jak dziecko, między zabawą a snem, dochodziliście, lepiej ode mnie, do celów mądrości. Jeżeli owa melancholia, która rodzi się z nadmiaru szczęścia, spływała niekiedy w waszą duszę, niebawem otrząsaliście się z przelotnego smutku, a spojrzenie wasze, wzniesione ku niebu, szukało z roztkliwieniem tego nieznanego Czegoś, które lituje się nad biednym Dzikim“.
Tutaj, głos Renégo zamarł znowu; młodzieniec zwiesił głowę na piersi. Szaktas, wyciągając ramię w cień i ujmując za rękę swego syna, wołał wzruszonym głosem: »Synu mój! Drogi synu!« Na to wołanie, młodzian, przychodząc do siebie i rumieniąc się za swe wzruszenie, prosił przybranego ojca aby mu je przebaczył.
Wówczas, stary Dziki odparł: „Mój miody przyjacielu, poruszenia serca takiego jak twoje nie mogą być równe; miarkuj jedynie ów charakter, który ci już sprawił tyle złego: Jeżeli więcej niż inni cierpisz nad sprawami życia, nie powinieneś się temu dziwić: wielka dusza musi zamykać więcej boleści niż mała. Opowiadaj dalej. Przebiegliśmy wraz z tobą część Europy; daj nam poznać twą ojczyznę. Wiesz, że widziałem Francję, i znasz więzy jakie mnie z nią jednoczyły; chętnie posłucham o tym wielkim Wodzu[19] który już nie żyje, a którego wspaniałą chatę oglądałem. Moje dziecko, ja żyję jedynie pamięcią. Starzec, wraz z swemi wspomnieniami, podobny jest do spróchniałego dębu w lesie: dąb taki nie stroi się już własnem liściem, ale okrywa niekiedy swą nagość obcą roślinnością, która wyrasta na jego odwiecznych gałęziach«.
Brat Amelji, uspokojony temi słowy, tak podjął dzieje swego serca:
„Niestety! ojcze, nie zdołam ci nic powiedzieć o tym wielkim wieku, którego tylko schyłek widziałem w mem dzieciństwie, a którego już nie było, kiedy wróciłem do ojczyzny. Nigdy u żadnego ludu nie dokonała się bardziej zdumiewająca i gwałtowna przemiana. Z wysokości Genjuszu, ze czci dla religji, z powagi obyczajów, wszystko zstąpiło nagle do gibkości dowcipu, do bezecności, zepsucia.
„Napróżno tedy spodziewałem się znaleźć w ojczyźnie środki do uspokojenia tego zamętu, tej gorączki pragnienia, jaka idzie za mną wszędzie. Nauka świata nie nauczyła mnie niczego, a mimo to nie miałem już błogości niewiedzy.
„Siostra moja, niewytłumaczonem dla mnie postępowaniem, zdawała się z umysłu pomnażać me zgryzoty; opuściła Paryż na kilka dni przed majem przybyciem. Napisałem do niej, iż mam nadzieję podążyć za nią; odpowiedziała czem prędzej aby mnie odwieść od lego zamiaru, podając za pozór, iż sama nie wie jeszcze dokąd powołają ją sprawy. Jakież smutne refleksje czyniłem wówczas nad uczuciem, które obecność studzi, nieobecność niweczy, które nie zdoła się oprzeć nieszczęściu a jeszcze mniej pomyślności!
„Niebawem, uczułem się bardziej samotny w ojczyźnie, niż wprzód na obcej ziemi. Chciałem się rzucić na jakiś czas w wir świata, który był mi zupełnie obcy i który mnie nie rozumiał. Dusza moja, nie zużyta jeszcze żadną namiętnością, szukała przedmiotu przywiązania; ale spostrzegłem, iż daję więcej niż otrzymuję. Nie podniosłego języka ani też głębokiego uczucia żądano ode mnie. Bawiłem się jeno zdrabnianiem swego życia, aby je zrównać z poziomem otoczenia. Uważany wszędzie za „romantyczną głowę“, wstydząc się roli jaką odgrywałem, zmierżony coraz to więcej rzeczami i ludźmi, postanowiłem usunąć się w jakiś kąt miasta, aby tam żyć zupełnie ustronnie.
„Zrazu znalazłem przyjemność w tem pokątnem i niezawisłem życiu. Nieznany, poruszałem się w tłumie, w owej rozleglej pustyni ludzkiej.
„Często, przesiadłszy w jakimś mało uczęszczanym kościele, spędzałem godziny całe na dumaniach. Widziałem biedne kobiety jak przychodziły padać na twarz w obliczu Najwyższego lub grzeszników klękających przed trybunałem pokuty. Każdy, kto opuszczał ten przybytek, wychodził z bardziej rozjaśnioną twarzą; głuche zaś hałasy dochodzące z zewnątrz zdawały się niby fale namiętności i burz świata, zamierające u stóp świątyni Pańskiej. Wielki Boże, który widziałeś łzy moje płynące tajemnie w tych świętych zaciszach, wiesz ile razy rzucałem się do twych stóp, błagając abyś mnie zwolnił z ciężaru istnienia lub też odmienił we mnie dawnego człowieka! Ach! któż nie czul niekiedy potrzeby odrodzenia się, odmłodzenia w wodach rzeki, skrzepienia duszy w źródle życia? Któż nie czuje się niekiedy przygnieciony ciężarem własnego skażenia, niezdolnym uczynić nic wielkiego, szlachetnego, sprawiedliwego?
„Kiedy zapadał wieczór, kierując się zpowretem ku memu schronieniu, zatrzymywałem się na moście aby oglądać zachód słońca. Czerwony krąg. rozpłomieniając opary miasta, zdawał się wahać powoli w złotej cieczy, niby wahadło zegaru wieków. Szedłem wreszcie ku domowi wśród zapadającej nocy, poprzez labirynt samotnych uliczek. Patrząc na światła błyszczące w domach ludzkich, przenosiłem się myślą w kryjące się tam sceny bólu i radości, i myślałem, że, pod tyloma zamieszkałemi dachami, ja nie mam przyjaciela. Wśród tych dumań, na wieży gotyckiej katedry biła miarowemi uderzeniami godzina, powtarzała się na wszystkie tony od kościoła do kościoła. Niestety! każda godzina w społeczeństwie ludzi otwiera grób i każe płynąć łzom.
„To życie, które mnie w pierwszej chwili oczarowało, stało mi się niebawem nie do zniesienia. Znużyło mnie powtarzanie się tych samych scen i tych samych myśli. Zacząłem zgłębiać własne serce, pytać czego pragnę. Nie wiedziałem; ale wydało mi się nagle, iż z rozkoszą znalazłbym się w lesie. I oto już byłem gotów zakończyć na wiejskiem wygnaniu drogę życia ledwie rozpoczętą, a w której już pochłonąłem wieki.
„Chwyciłem się tej myśli z zapałem, jaki wkładam we wszystkie zamiary; wyjechałem natychmiast aby zakopać się w chatce, tak jak ruszyłem niegdyś aby objechać świat dokoła.
„Winią mnie, iż jestem niestały w upodobaniach, że nie umiem się długo karmić jedną chimerą, że jestem pastwą wyobraźni, która kwapi się docierać do dna mych rozkoszy, jak gdyby się czuła przygnieciona ich trwaniem j obwiniają mnie, że zawsze wybiegam poza cel jaki mogę osiągnąć: niestety! szukam jedynie nieznanego dobra, którego przeczucie mnie prześladuje. Czy to moja wina, jeżeli znajduję wszędzie granice, jeżeli to co skończone nie ma dla mnie żadnej wartości? Mimo to, czuję, iż przywiązuję się w życiu do pewnej monotonii wrażeń, i, gdybym był jeszcze na tyle szalony aby wierzyć w szczęście, szukałbym go w przyzwyczajeniu.
„Bezwarunkowa samotność, widok natury, wprowadziły mnie niebawem w stan niepodobny prawie do opisania. Bez rodziny, bez przyjaciół, można powiedzieć sam na ziemi, nie zaznawszy jeszcze uczucia miłości, bylem nie, jako zmiażdżony nadmiarem życia. Niekiedy oblewałem się nagłe rumieńcem, czułem jak w mojem sercu krążą niby strumienie żarzącej lawy; niekiedy wydawałem mimowolne krzyki; czym śnił czy czuwałem, noce moje zarówno były niespokojne. Brakowało mi czegoś, aby wypełnić otchłań istnienia: schodziłem w doliny, wspinałem się na góry, przywołując całą siłą pragnień, ideał przyszłej namiętności; tuliłem go w podmuchu wiatrów; zdawało mi się że słyszę go w jęku rzeki; wszystko było tym urojonym majakiem, i gwiazdy w niebie, i nawet sama zasada wszechżycia.
„Wszelako, ten stan spokoju i zamętu, niedostatku i bogactwa, nie był bez pewnego uroku. Jednego dnia, bawiłem się oskubywaniem gałązki wierzbowej nad strumieniem, wiążąc myśl z każdym listkiem uciekającym z prądem wody. Król, który lęka się w naglej rewolucji postradać koronę, nie odczuwa żywszego lęku, niż ja go doznawałem za każdym wypadkiem, który groził szczątkom mej gałązki. O słabości śmiertelnych! O dziecięctwo serca ludzkiego, nie starzejącego się nigdy! Oto więc, do jakiego stopnia płochości może zstąpić nasz pyszny rozum! A wszakże prawdą jest, że wielu ludzi wiąże swe istnienie do rzeczy równie mało wartych, jak moje wierzbowe liście...
„Ale jak wyrazić natłok ulotnych wrażeń, doznanych wśród tych przechadzek? Dźwięki, które wydaje namiętność w pustce samotnego serca, podobne są do szmeru wiatrów i wody w pustyni: człowiek rozkoszuje się niemi, ale nie zdołałby ich odmalować.
„Jesień zaskoczyła mnie pośród tych dusznych wahań: powitałem z zachwytem miesiąc burz. To byłbym chciał być jednym z wojowników, błądzących wśród wiatrów, chmur i widziadeł j to zazdrościłem wręcz losu pasterza, grzejącego oto ręce przy nędznym ogniu z chrustu roznieconym na skraju lasu. Słuchałem jego melancholijnych śpiewów, które przypominały mi, że w każdym kraju przyrodzony śpiew człowieka jest smutny, nawet kiedy wyraża szczęście. Serce nasze, to instrument niezupełny, lira, w której brakuje strun, tak iż trzeba nam oddawać akcenty radości w tonach przeznaczanych dla westchnień.
„W dzień, błądziłem po rozległych zaroślach, spływających się z lasami. Jak mało trzeba było mym marzeniom! uschły liść pędzony wiatrem przede mną, chata, z której dym wznosił się ku obnażonym wierzchołkom drzew, mech drżący od północnego podmuchu na pniu dębu, ustronna skała, staw w pustkowiu, nad którym szumiała pożółkła trzcina! Samotna dzwonnica, wznosząca się het w dolinie, pociągała często me spojrzenia; często ścigałem oczami wędrowne ptaki przelatujące mi nad głową. Wyobrażałem sobie nieznane brzegi, odległe strefy, do których spieszą; byłbym chciał znaleźć się na ich skrzydłych. Dręczyło mnie tajemne uczucie, czułem że ja sam jestem jeno wędrowcem; ale zdawało mi się że głos z nieba powiada mi: »Człowieku, czas twej wędrówki nie nadszedł jeszcze; czekaj aż się podniesie wiatr śmierci, wówczasz rozwiniesz lot ku nieznanym strefom, których pożąda twoje serce“.
„Podnoście się rychło, upragnione burze, które macie unieść Renégo w przestwory innego życia!“ Tak mówiąc, szedłem wielkiemi krokami, z rozpromienioną twarzą, z włosami rozwianymi wichrem, nie czując deszczu ani chłodu, oczarowany, udręczony i jakby opętany przez demona własnego serca.
„W nocy, kiedy Akwilon wstrząsał mą chatą, kiedy deszcze waliły się strumieniami na dach, kiedy przez okno widziałem księżyc rozgarniający skłębione chmury, niby blady okręt, który pruje fale, zdawało mi się iż zdwojone życie tętni w mem sercu, że miałbym siłę stwarzać światy. Ach! gdybym mógł podzielić z innem sercem wzruszenia jakich doświadczałem! O Boże! gdybyś mi dał kobietę wedle moich pragnień; gdybyś, jak pierwszemu ojcu, przywiódł mi za rękę Ewę dobytą ze mnie samego... Piękności niebiańska! byłbym padł na twarz przed tobą, a polem, biorąc cię w ramiona, prosiłbym Przedwiecznego, aby ci oddał resztę mego życia.
„Niestety, byłem sam, sam na ziemi! Tajemna omdlałość rozlewała się po mem ciele. Ta odraza do życia, którą odczuwałem od dzieciństwa, wracała z nową siłą. Niebawem, serce przestało dostarczać pokarmu myśli, istnienie moje dochodziło mej świadomości jedynie przez głębokie uczucie nudy.
„Walczyłem jakiś czas przeciw mej chorobie, ale z obojętnością i bez niezłomnej chęci zwycięstwa. Wreszcie, nie mogąc znaleźć lekarstwa na tę osobliwą ranę serca, która była zarazem nigdzie i wszędzie, postanowiłem rozstać się z życiem.
„Kapłanie Najwyższego, ty co mnie słuchasz, przebacz nieszczęśliwemu, którego niebo nieomal pozbawiło rozumu. Byłem pełen wiary a rozumowałem jak niedowiarek; serce moje kochało Boga, a rozum zapoznawał go; postępowanie moje, mowa, uczucia, myśli, były jedynie sprzecznością, mrokiem, kłamstwem. Ale czy człowiek zawsze wie czego chce, czy zawsze jest pewny tego co myśli?
„Wszystko zawodziło mnie naraz: przyjaźń, świat, samotność. Próbowałem wszystkiego, i wszystko było mi zgubne. Odepchniętemu przez społeczeństwo, opuszczonemu przez Amelię, skoro i samotność mnie zawiodła, cóż pozostawało? To była ostatnia deska, na której miałem nadzieję się ocalić, i oto czułem że i ona’ zanurza się w odmętach!
„Powziąwszy postanowienie rozstania się z ciężarem życia, zamierzałem spełnić ten bezrozumny — akt z całą pełnią rozsądku. Nic mnie nie nagliło; nie naznaczałem chwili; chciałem smakować długiemi łykami ostatnie godziny istnienia, i zebrać wszystkie siły, aby, za przykładem jednego ze starożytnych, czuć jak dusza ze mnie uchodzi.
„Wśród tego, uważałem za właściwe powziąć postanowienie tyczące mego majątku; trzeba mi było napisać do Amelii. Wymknęło mi się parę słów skargi na jej zapomnienie, i dałem zapewne upust rozrzewnieniu, jakie stopniowo ogarniało me serce. Wyobrażałem sobie wszelako, iż dobrze osłoniłem mą tajemnicę; ale siostra, przyzwyczajona czytać w zakątkach mej duszy, odgadła ją bez trudu. Zaniepokoiła się niezwykłym tonem listu, oraz pytaniami w kwestii interesów, któremi wprzód nie zajmowałem się nigdy. Zamiast odpowiedzieć, zjechała niespodzianie.
„Aby dobrze odczuć jak gorzką musiała być później moja boleść i jak żywem było pierwsze uniesienie radości na widok Amelji, musicie sobie uprzytomnić, że była to jedyna istota na świecie którą kochałem, że wszystkie me uczucia stapiały się w niej wraz ze słodyczą wspomnień mego dziecięctwa. Witałem tedy Amelję jakby w upojeniu. Od tak dawna już nie spotkałem nikogo, ktoby mnie zrozumiał, i przed kim mógłbym otworzyć duszę!
„Amelja, rzucając się w moje ramiona, rzekła: »Niewdzięczny, chcesz umrzeć, a siostra twoja żyje! Wątpisz o mem sercu! Nie tłumacz się, nie uniewinniaj, wiem wszystko tak, jak gdybym była z tobą. Mnież-to chcesz oszukać, mnie, która patrzałam na narodziny pierwszych twoich uczuć? Oto twój nieszczęśliwy charakter, łatwy do zniechęcenia, do niesprawiedliwości! Przysięgnij, dopóki tulę cię na sercu, przysięgnij, że ostatni raz poddałeś się tym szaleństwom; poprzysiąż, że nigdy nie targniesz się na swe życie«.
„Wymawiając te słowa, Amelja patrzała na mnie z tkliwością i współczuciem, okrywała moje czoło pocałunkami; miała w tej chwili coś prawie z matki, coś jeszcze bardziej tkliwego. Ach! serce moje rozpłynęło się w radości; jak dziecko pragnąłem jedynie aby mnie pocieszono: poddałem się władztwu Amelji; domagała się uroczystego zaklęcia; złożyłem je bez wahania, nie podejrzewając nawet abym odtąd mógł być nieszczęśliwy.
„Więcej niż miesiąc minął, zanim oswoiliśmy się z urokiem tego, że jesteśmy razem. Kiedy, rankiem, miast czuć się sam, usłyszałem głos siostry, doświadczałem drżenia radości i szczęścia. Amelia otrzymała od natury coś niebiańskiego: dusza jej miała te same niewinne powaby co ciało; słodycz jej uczuć była wręcz nieskończona; umysł jej był samą jeno tkliwością i marzeniem; możnaby rzec, iż serce jej, myśl i głos jak gdyby wzdychały jednozgodnie; miała lękliwość i czucie kobiety, czystość i harmonję anioła.
„Nadeszła chwila, w której miałem odpokutować wszystkie szaleństwa. W obłędzie moim posunąłem się do tego, iż pożądałem nieszczęścia, aby mieć bodaj rzeczywisty przedmiot cierpienia: straszliwe życzenie, którego Bóg, w gniewie swoim, wysłuchał aż nazbyt wiernie!
„Cóż wam powiedzieć, o przyjaciele moi! widzicie łzy cieknące z moich oczu. Mogęż wręcz.. Przed kilku dniami, nic nie zdołałoby mi wydrzeć tej tajemnicy. Obecnie, wszystko skończone!
„Wszelako, o starcy, niechaj historia ta na wieki będzie pogrzebana w milczeniu: pamiętajcie, iż opowiedziałem ją jedynie pod drzewem pustyni.
„Zima miała się ku końcowi, kiedy spostrzegłem, że Amelia sama traci spokój i zdrowie, które zaczęła mi przywracać. Chudła, oczy zapadały się, chód stawał się ociężały a głos zamglony. Jednego dnia, zastałem ją całą we łzach, u stóp krucyfiksu. Świat, samotność, moja nieobecność, moja bliskość, noc, dzień, wszystko przejmowało ją lękiem. Mimowolne westchnienia zamierały na jej ustach; to wytrzymywała bez znużenia długą drogę; to wlokła się zaledwie; brała i porzucała robotę, otwierała książkę nie mogąc czytać, zaczynała zdanie i nie kończyła go, zalewała się nagle łzami i kryła się aby się modlić.
„Napróżno siliłem się odgadnąć tajemnicę. Kiedy, tuląc ją w ramionach, nagliłem ją pytaniami, odpowiadała z uśmiechem, że jest taka sama jak ja, że nie wie co jej jest.
„Trzy miesiące upłynęły w ten sposób, stan Amelii pogarszał się z każdym dniem. Jakaś tajemnicza korespondencja zdawała się być przyczyną jej łez; wedle listów bowiem jakie otrzymywała, wydawała się spokojniejsza lub hardziej wzruszona. Wreszcie, jednego rana, kiedy minęła godzina o której śniadaliśmy razem, udałem się do jej pomieszkania; pukam, nikt nie odpowiada; uchylam drzwi, niema nikogo w pokoju. Spostrzegam na kominku pakiet zaadresowany do mnie. Chwytam go z drżeniem, otwieram i odczytuję len list, który przechowuję aby unicestwić w sobie na przyszłość wszelkie drgnienie radości.

Do Renégo.

„Niebo mi świadkiem, bracie, że oddałabym tysiąc razy życie, aby ci oszczędzić jednej chwili zgryzoty; ale sama trawiona nieszczęściem, niezdolna jestem dać ci szczęścia. Przebaczysz mi tedy, iż wymknęłam się jak zbrodniarka; nie umiałabym się oprzeć twoim prośbom, a trzeba było jechać. Boże, miej litość nade mną!...
„Wiesz, René, że zawsze miałam skłonność do życia zakonnego; czas, abym skorzystała z ostrzeżeń nieba. Czemuż zwlekałam tak długo! Bóg karze mnie za to. Zostałam na świecie dla ciebie. Przebacz, jestem jak obłąkana zgryzotą iż muszę cię opuścić.
»Czuję dziś, ukochany bracie, czuję dobrze, jak potrzebne są te miejsca schronienia, przeciw którym ty tak często powstawałeś. Są niedole, które na zawsze dzielą nas od ludzi: cóżby się stało wówczas z biednemi nieszczęśnicami!... Przekonana jestem, że ty sam, bracie, znalazłbyś spokój w tych azylach wiary; ziemia nie posiada nic, coby było godnem ciebie.
»Nie będę ci przypominała przysięgi: znam wagę twego słowa. Przysiągłeś, będziesz żył dla mnie. Czy może być coś bardziej nędznego, niż myśleć bezustanku o ucieczce z życia? Dla człowieka twego charakteru lak łatwo jest umrzeć! Wierzaj siostrze, trudniej jest żyć.
»Ale, bracie mój, opuść co rychlej tę samotność, niedobra jest dla ciebie; szukaj jakiegoś zatrudnienia. Wiem dobrze, że śmiejesz się gorzko z przymusu, który każe obrać sobie zawód. Nie pogardzaj lak doświadczeniem i mądrością ojców. Lepiej, drogi René, być nieco bardziej podobnym do ogółu ludzi, a czuć się nieco mniej nieszczęśliwym.
»Być może, znalazłbyś w małżeństwie ulgę na swe cierpienia. Żona, dzieci zapełniłyby twoje życie. A któraż kobieta nie starałaby się uczynić cię szczęśliwym! Żar twojej duszy, urok geniuszu, szlachetny i płomienny charakter, spojrzenie dumne i tkliwe, wszystko byłoby ci rękojmią jej miłości i wiary. Ach! z jakąż rozkoszą tuliłaby cię w ramionach, do serca! Jak wszystkie jej spojrzenia, wszystkie myśli biegłyby za tobą, aby uprzedzić najlżejsze zgryzoty! Byłaby, wobec ciebie, samą miłością, samą niewinnością; miałbyś uczucie, że odnalazłeś siostrę.
»Udaję się do klasztoru w ***. Opactwo to, wznoszące się nad brzegiem morza, odpowiada stanowi mej duszy. W nocy, z głębi mej celi, będę słyszała szmer fal oblewających mury klasztorne; będę myślała o przechadzkach, jakie odbywałam z tobą wśród lasów, wówczas kiedy nam się zdawało, iż odnajdujemy odgłos mórz w rozkołysanych wierzchołkach sosen. Miły towarzyszu mego dziecięctwa, czyż cię już nie ujrzę nigdy? Zaledwie nieco starsza od ciebie, kołysałam cię w kolebce: często sypialiśmy razem. Ach! gdyby wspólny grób zjednoczył nas kiedyś! Ale nie; trzeba mi spać samej pod. lodowatym marmurem sanktuarjum. gdzie spoczywają na zawsze dziewice, które nigdy nie kochały.
»Nie wiem, czy zdołasz odczytać te wiersze nawpół zatarte łzami. Ostatecznie, towarzyszu mój, trochę wcześniej, trochę później, czyż nie trzebaby się rozstać? Czyż potrzebuję ci mówić o niepewności i małej wartości życia! Przypominasz sobie młodego M..., który zginął w katastrofie okrętu koło Isle-de-France. Kiedy otrzymałeś jego ostatni list, w kilka miesięcy po śmierci, jego powłoka ziemska nawet już nie istniała: w chwili gdy ty rozpoczynałeś po nim żałobę w Europie, kończono ją już w Indjach. Cóż tedy jest człowiek, którego pamięć przemija tak szybko? Zanim część przyjaciół otrzyma wiadomość o jego śmierci, druga część pocieszyła się już po niej! Jakto, drogi, zbyt drogi René, żali pamięć moja wymaże się lak rychło z twego serca? O bracie, jeśli oddzieram się od ciebie w czasie, to dlatego, aby nie być rozłączona z tobą w wieczności.

Amelja.

»P. S. Dołączam tutaj akt darowizny mego mienia; spodziewam się, że nie odrzucisz tego dowodu przyjaźni«.

„Piorun, który uderzyłby u moich stóp, nie przejąłby mnie większą grozą. Jakąż tajemnicę ukrywała przede mną Amelja? Co ją zmuszało tak nagle do schronienia się w zakonne życie? Och! dlaczego przybyła odwracać mnie od mego zamiaru! Odruch litości powołał ją do mnie, ale niebawem, znużona uciążliwym obowiązkiem. spieszy porzucić nieszczęśliwego, który miał tylko ją na ziemi. Człowiek mniema, iż uczynił wszystko, skoro przeszkodzi drugiemu człowiekowi umrzeć! W ten sposób żaliłem się na nią. Następnie, wchodząc w głąb samego siebie: »Niewdzięczna Ameljo, mówiłem, gdybyś była na majem miejscu, gdybyś, jak ja, zabłąkała się w pustce życia, ach, brat twój z pewnościąby cię nie opuścił!«
„Wszelako, kiedy odczytywałem jej list, znajdowałem w nim coś tak nieopisanie smutnego i tkliwego, iż serce mi wprost topniało. Naraz, przyszła mi myśl, która zrodziła we mnie niejaką nadzieję: wyobraziłem sobie, iż może Amelja powzięła jakieś uczucie. którego nie śmie wyznać. Podejrzenie to zdawało się tłumaczyć jej melancholię. jej tajemniczą korespondencję, oraz gorący ton listu. Napisałem natychmiast do niej, błagając aby mi otworzyła serce.
„Odpowiedziała niebawem, ale nie odsłaniając tajemnicy: donosiła jedynie, że otrzymała dyspensę od nowicjatu i że niebawem złoży śluby.
„Upór Amelji, tajemniczość jej sł6w oraz brak ufności w mą przyjaźń dotknęły mnie do żywego.
„Po krótkie m wahaniu, postanowiłem udać się do B***, aby uczynić ostatni wysiłek. Droga wypadła mi przez okolicę, gdzie chowałem się dzieckiem. Kiedy ujrzałem lasy, w których spędziłem jedyne szczęśliwe chwile w życiu, nie moglem powstrzymać łez; niepodobna mi było oprzeć się pokusie ostatniego z niemi pożegnania.
„Starszy brat sprzedał ojcowskie dziedzictwa, nowy zaś właściciel nie mieszkał na wsi. Przybyłem do zamku długą świerkową aleją; przebiegłem pieszo opustoszałe dziedzińce; zatrzymałem się spoglądając na zamknięte lub wpół strzaskane okna, oset pleniący się u stóp murów, liście wyścielające progi, i na samotny ganek, kędy lak często widziałem ojca i jego wierne sługi. Stopnie były już pokryte mchem; żółte jaskry rosły między obluźnianemi i chwiejnemi kamieniami. Nieznajomy stróż otworzył znienacka drzwi. Wahałem się, czy mam przekroczyć próg; odźwierny zawołał: „No cóż, czy pan też zrobisz lak samo, jak la obca dama, która przybyła tu przed kilku dniami? Kiedy miała wejść, zemdlała: trzeba mi było odnieść ją do powozu«. Łatwo mi było domyślić się obcej, która, jak ja, przybyła szukać w tych miejscach łez i wspomnień.
„Zasłaniając na chwilę oczy chustką, wszedłem pod dach swoich przodków. Przebiegałem echowe komnaty, w których słychać było jedynie hałas moich kroków. Pokoje były zaledwie oświetlone słabem światłem, które przedzierało się przez zamknięte okiennice. Odwiedziłem komnatę, w której matka postradała życie, wydając mnie na świat; tę, w której zwykł był przebywać ojciec; tę, w której sypiałem w kołysce; tę wreszcie, w której siostrzane tono przyjęło pierwsze wylewy mej tkliwości. Sale były wszędzie odarte z obić, pająk snuł swą nić w opustoszałych lożach. Wyszedłem spiesznie z zamku, oddaliłem się wielkiemi krokami, nie śmiejąc odwrócić głowy. Jakież słodkie, ale jak szybkie są chwile, które rodzeństwo pędzi w zaraniu młodości, zjednoczone pod skrzydłem sędziwych rodziców! Rodzina człowieka trwa tylko jeden dzień; dech Boży rozwiewa ją jak dym. Zaledwie syn zna ojca, ojciec syna, brat siostrę, siostra brata! Dąb widzi, jak jego żołędzie kiełkują dokoła niego; nie tak jest z dziećmi ludzi!
„Przybywszy do B***, kazałem się zaprowadzić do klasztoru; zażądałem rozmowy z siostrą. Doniesiono mi, że nie przyjmuje nikogo. Napisałem do niej: odpowiedziała, iż, w chwili gdy ma się poświęcić Bogu, nie wolno jej oddać ani jednej myśli światu; że, jeśli ją kocham, nie zechcę gnębić jej mą boleścią. Dodała: „Wszelako, jeżeli jest twoim zamiarem zjawić się u ołtarza w dniu składania ślubów, zechciej służyć mi za ojca; to jedyna rola godna twego wielkiego serca, jedyna zbawienna dla naszej przyjaźni i mego spokoju«.
„Ta zimna stałość, jaką przeciwstawiano żarliwości mego uczucia, wtrąciła mnie w gwałtowne uniesienie. To byłem bliski opuścić tę miejscowość, to chciałem zostać, jedynie poto aby zakłócić obrządek. Piekło podszeptywało mi zgoła myśl, aby się zasztyletować w kościele, i zmięszać w ten sposób me ostatnie westchnienia ze ślubami, które wydzierały mi siostrę. Przełożona klasztoru uprzedziła mnie, iż przygotowana ławkę w sanktuarium, i prosiła, abym przybył na ceremonię, która miała się odbyć już nazajutrz.
„O brzasku, usłyszałem pierwszy dźwięk dzwonów. Około dziesiątej, nawpół żywy, powlokłem się do klasztoru. Nic nie może dla człowieka być tragiczne, skoro się było świadkiem podobnego widowiska; nic nie może być bolesne, skoro się je przeżyło.
„Ogromna ciżba ludu wypełniała kościół. Zaprowadzono mnie do ławki w sanktuarjum; rzuciłem się na kolana, zaledwie wiedząc, gdzie jestem i na co się zgodziłem. Już ksiądz czekał u ołtarza; naraz, otwiera się tajemnicza krata, i jawi się Amelia, przystrojona z całym świeckim przepychem. Była tak piękna, było na jej twarzy coś tak niebiańskiego, że zbudziła powszechny szmer zdumienia i podziwu. Zwyciężony wzniosłym bólem świętej, przygnieciony wspaniałością religji. uczułem iż wszystkie gwałtowne zamiary rozpływają się; siły mnie opuściły, uczułem się spętany wszechpotężną ręką, i, w miejsce przekleństw i pogróżek, znalazłem w sercu jedynie głębokie uwielbienie i jęki pokory.
„Amelia zajęła miejsce pod baldachimem. Rozpoczyna się uroczystość przy blasku pochodni, pośród kwiatów i kadzideł, iżby ofiara stała się tem milszą. Przy ofiarowaniu. kapłan rozdział się z bogatych szat, zachował jedynie lnianą tunikę, wstąpił na kazalnicę, i, w patetycznej a prostej przemowie, odmalował szczęście dziewicy, która poświęca się Panu. Kiedy wymówił te słowa: „Objawiła się niby kadzidło, które strawia się w ogniu«, zdało się iż wielki spokój i niebiańskie zapachy rozlewają się w audytorium; miałem uczucie, iż jestem w bezpiecznem schronieniu pod skrzydłami mistycznej gołębicy, że widzę aniołów zstępujących na ołtarz i wstępujących ku niebu z pachnidłami i wieńcami.
„Kapłan kończy przemówienie, przywdziewa zpowrotem ornat, podejmuje znów ofiarę. Amelia, podtrzymywana przez dwie młode zakonnice, przyklęka na najniższym stopniu ołtarza. Przychodzą wówczas po mnie, abym dopełnił funkcyj ojcowskich. Na odgłos mych chwiejnych kroków w sanktuarjum, Amelja bliska jest omdlenia. Wskazują mi miejsce obok księdza, abym mu podał nożyczki. W tej chwili, czuję nowy przypływ wściekłości i szału; już mam wybuchnąć, kiedy Amelja, przywołując swe męstwo, rzuca mi spojrzenie zawierające tyle wyrzutu i boleści, iż czuję się zmiażdżony. Religja triumfuje. Siostra korzysta z mego pomięszania, podaje śmiało głowę Wspaniałe włosy sypią się ze wszystkich stron pod świętem żelazem; długa suknia z powiewnej tkaniny zajmuje miejsce wszystkich świeckich strojów, nie ujmując piękności Amelji nic z uroku; czoło kryje się pod lnianą opaską; a tajemniczy welon, podwójny symbol dziewictwa i religii, obejmuje ogołoconą głowę. Nigdy nie wydala mi się lak piękna. Oko pokutnicy utkwione było w prochu ziemi, dusza zaś była w niebie.
„Wszelako Amelia nie wyrzekła jeszcze ślubów; aby umrzeć dla świata, trzeba jej było przejść przez grób. Kładzie się na marmurze; rozciągają na niej całun śmiertelny; cztery pochodnie znaczą cztery jego rogi. Kapłan, ze stułą na szyi, z książką w ręku, rozpoczyna modlitwy za umarłych; młode dziewice podejmują je dalej. O rozkosze religii, jakież jesteście wielkie, ale jak straszliwe! Zniewolono mnie, abym ukląkł w pobliżu tego posępnego orszaku. Nagle, niewyraźny szmer wychodzi z pod grobowej zasłony; pochylam się, i te przerażające słowa (które ja jeden tylko słyszałem) uderzają moje uszy: »Boże miłosierdzia, spraw, abym się już nie podniosła z tego śmiertelnego posłania, i obsyp dobrodziejstwy brata, który nie podzielił mej zbrodniczej miłości«.
„Na te słowa wydzierające się z trumny, oślepia mnie blask straszliwej tajemnicy; rozum mi się mąci, osuwam się na Śmiertelny całun, tulę siostrę w ramiona i wołam; „Czysta małżonko Jezusa Chrystusa, przyjm me ostatnie uściśnienie poprzez lody zgonu i otchłanie wieczności, dzielące cię już od brata!“
„Ten wybuch, ten wykrzyk, te łzy, mącą obrządek: ksiądz przerywa, zakonnice zapuszczają kratę, tłum faluje i tłoczy się ku ołtarzowi, wynoszą mnie bez zmysłów. Jakże mało wdzięczności czułem dla tych, którzy mnie przywołali do życia! Dowiedziałem się, otwierając oczy, że dopełniono obrządku i że siostra dostała ataku gorączki. Kazała mnie prosić, abym się już nie starał jej widzieć. O nędzy mego życia! siostra lęka się mówić z bratem, brat wzdryga się odezwać do siostry! Wyszedłem z klasztoru niby z owego miejsca pokuty, gdzie płomienie przygotowują nas do niebiańskiego życia, i gdzie straciło się, jak w piekle, wszystko, prócz nadziei.
„Można znaleźć w duszy siłę przeciw osobistemu nieszczęściu; ale stać się mimowolną przyczyną nieszczęścia drugiej istoty, to wręcz nie do zniesienia. Przejrzawszy nieszczęście siostry, wyobraziłem sobie, co musiała wycierpieć. Wówczas, stały mi się jasne różne rzeczy, których nie umiałem wprzód zrozumieć: owo pomięszanie radości i smutku, które Amelja objawiła w chwili odjazdu mego w daleką podróż, to wytrwałe unikanie mnie po powrocie, a równocześnie la słabość, która tak długo nie pozwoliła jej wstąpić do klasztoru; niewątpliwie biedna dziewczyna łudziła się nadzieją uleczenia! Zamiar usunięcia się od świata, dyspensa od nowicjatu, rozrządzenie majątkiem na mą korzyść, były najwidoczniej przedmiotem tajemnej korespondencji, która zdołała mnie omylić.
„O, moi przyjaciele, dowiedziałem się tedy, co to jest wylewać łzy dla cierpienia, które nie jest urojonem! Płomień mej duszy, tak długo nieokreślony, rzucił się z wściekłością na tę pierwszą ofiarę. Znalazłem nawet jakieś nieoczekiwane zadowolenie w pełni mej zgryzoty, i spostrzegłem, z tajemnem uczuciem radości, że ból nie jest uczuciem któreby się wyczerpywało jak rozkosz.
„Chciałem opuścić ziemię przed rozkazem Wszechmogącego; była to wielka zbrodnia: Bóg zesłał mi Amelię, zarazem aby mnie ocalić i ukarać. Tak, wszelka myśl występna, wszelki czyn zbrodniczy pociąga za sobą zamęt i nieszczęście. Amelia prosiła mnie abym żył; powinnością moją było nie pomnażać jej nieszczęść. Zresztą (rzecz osobliwa!), od czasu gdy bylem istotnie nieszczęśliwy, nie pragnąłem już umrzeć. Zgryzota stała mi się zatrudnieniem, które wypełniało wszystkie chwile: tak serce moje przesiąknięte jest nudą i smutkiem!
„Powziąłem tedy nagle inne postanowienie; umyśliłem opuścić Europę i udać się do Ameryki.
„Narządzano w tej właśnie chwili w porcie B*** flotę do Luizjany; porozumiałem się z kapitanem statku, zawiadomiłem o zamiarze Amelię i zająłem się przygotowaniem do podróży.
„Siostra moja znalazła się blisko bram śmierci; ale Bóg, który przeznaczał jej najczystszą palmę dziewiczą, nie chciał jej tak rychło powołać do siebie; próba jej tu na ziemi miała trwać dłużej. Zstąpiwszy po raz drugi w uciążliwą drogę życia. bohaterka, zgięta pod krzyżem, posuwała się mężnie naprzeciw cierpień, widząc w walce już tylko triumf, a w nadmiarze cierpień nadmiar chwały.
„Sprzedaż niewielkiego mienia, które mi pozostawało i które odstąpiłem bratu, przygotowania związane z wyprawą, przeciwne wiatry zatrzymały mnie długo w porcie. Chodziłem co rano zasięgnąć wiadomości o Amelii; za każdym razem wracałem z nową przyczyną podziwu i łez.
„Błądziłem bez ustanku dokoła klasztoru zbudowanego nad brzegiem morza. W małem, zakratowanem okienku wychodzącem na opustoszałe wybrzeże, spostrzegałem często zakonnicę, siedzącą w postawie pełnej zadumy; marzyła, spoglądając na Ocean, gdzie pojawiał się, od czasu do czasu, statek pomykający ku krańcom ziemi. Wiele razy, przy blasku księżyca, widziałem tę samą zakonnicę w kratach okna; spoglądała na morze, oświetlona gwiazdą nocy i zdawała się nastawiać ucha na pomruk fal, które łamały się smutno o samotne wybrzeże.
„Zdaje mi się, że jeszcze słyszę dzwon, który, wśród nocy, zwoływał zakonnice na czuwanie i modły. Podczas gdy dzwonił zwolna, a dziewice udawały się w milczeniu do ołtarzy Wszechmocnego, ja biegiem pod klasztor: tam, sam jeden u stóp murów, słuchałem w świętej ekstazie ostatniego dźwięku śpiewów, które mięszały się pod sklepieniem świątyni ze słabym odgłosem fal.
„Nie wiem w jaki sposób, wszystko to, co powinno było podsycać me zgryzoty, tępiło przeciwnie ich ostrze. Łzy moje zawierały mniej goryczy, kiedy je wylewałem na skały, wśród wiatrów. Cierpienie moje nawet, dzięki swej niezwykłej naturze, przynosiło z sobą niejaką osłodę: miłe jest to co nie jest pospolite, nawet gdy samo w sobie jest nieszczęściem. Powziąłem stąd niemal nadzieję, ze i siostra będzie zczasem mniej nieszczęśliwą.
„List, który otrzymałem od niej przed wyjazdem, zdawał się utwierdzać mnie w tej myśli. Amelia użalała się tkliwie mej boleści, i upewniała iż czas złagodzi jej zgryzotę »Nie rozpaczam o mem szczęściu, mówiła. Teraz, kiedy ofiara się spełniła, sam nadmiar jej pomoże mi odzyskać niejaki spokój. Prostota moich towarzyszek, czystość ich ślubów, jednostajność życia, wszystko to rozlewa balsam w mojej duszy. Kiedy słyszę jak huczą nawalnice i jak ptak morski bije skrzydłami o me okno, wówczas ja, biedna gołębica niebios, myślę o szczęściu, jakiem jest dla mnie iż znalazłam schronienie przeciw burzom. Tuta] jest góra święta; wyniosły szczyt, z którego słyszy się ostatnie odgłosy ziemi i pierwsze harmonje nieba; tutaj to religia usypia łagodnie tkliwą duszę i najgwałtowniejsze porywy miłości zastępuje jakąś żarliwą czystością, w której jednoczy się kochanka i dziewica; oczyszcza westchnienia; znikomy płomień zmienia w płomień niezniszczalny; łączy niebiańsko własny spokój i niewinność z resztką wzruszeń i rozkoszy serca, które szuka odpoczynku, i życia, które odchodzi«.
„Nie wiem, co niebo mi przeznacza i czy chciało mnie ostrzec, że burze wszędzie będą towarzyszyły moim krokom. Wydano rozkaz odjazdu; już o zachodzie słońca kilka okrętów rozwinęło żagle. Postanowiłem spędzić jeszcze ostatnią noc na lądzie, aby napisać pożegnalny list do Amelji. Około północy, podczas gdy zajęty jestem tem zadaniem i podczas gdy wilżę papier memi łzami, łomot wichrów uderza moje uszy. Słucham, i, wśród nawałnicy, odróżniam wystrzał z działa na trwogę zmięszany z jękiem klasztornego dzwonu. Pędzę na brzeg, wszystko opustoszałe, słychać jedynie ryk bałwanów. Siadam na skale. Z jednej strony rozpościerają się błyszczące fale, z drugiej posępne mury klasztoru gubią się mglisto w niebiosach. Wątłe światełko pojawia się w zakratowanem oknie. Czy to ty, o moja Ameljo, rozciągnięta u stóp krucyfiksu, prosisz Boga nawałnic, aby oszczędził twego nieszczęśliwego brała? Burza na falach, spokój w twejem zaciszu; ludzie rozbici o rafy, u stóp schronienia którego nic nie może zmącić; nieskończoność poza murami twej celi; niespokojnie chwiejące się światła okrętów, niewzruszona latarnia wieżowa klasztoru; niepewność losów żeglarza, westalka streszczająca w jednym dniu wszystkie dni swego życia, z drugiej strony, dusza taka jak twoja, Amelio, burzliwa jak Ocean; rozbicie straszliwsze niż rozbicie marynarza: cały len obraz dotąd trwa głęboko wyryty w mej pamięci. Słońce tego nowego nieba, ty, które teraz jesteś świadkiem moich łez, ty, echo amerykańskiego brzegu, powtarzające wykrzykniki Renégo!... nazajutrz-to po owej straszliwej nocy, oparty o burt statku, patrzałem na oddalającą się na zawsze ziemię rodzinną! Długo śledziłem na wybrzeżu ostatnie kołysania drzew ojczystych, oraz wieże klasztoru, zapadające się na kraju widnokręgu.“
Kiedy René dobiegał do końca opowiadania, wydobył ukryty na łonie papier, i podał ojcu Suel; następnie, rzucając się w ramiona Szaktasa i dławiąc łkanie, czekał aż misjonarz przebiegnie oczami list, który mu oddał.
List był od przełożonej ***. Zawierał opowieść ostatnich chwil siostry Amelji z Zakonu Miłosierdzia, która zmarła jako ofiara swej żarliwości i poświęcenia, pielęgnując towarzyszki dotknięte zaraźliwą chorobą. Cały klasztor był niepocieszony i uważał Amelję wprost za świętą. Przełożona dodawała, iż, od trzydziestu lat przez które stoi na czele Zgromadzenia, nie widziała jeszcze zakonnicy o bardziej słodkiem i równem usposobieniu, ani też bardzie; zadowolonej, iż porzuciła utrapienia świata.
Szaktas tulił Renégo w ramionach; starzec płakał. »Moje dziecko, mówił, chciałbym aby ojciec Aubry był tutaj i umiał on dobyć z serca jakiś dziwny spokój, który, uciszając burze, nie zdawał się im wszelako obcym; był to niby księżyc w burzliwą noc: kłębiące się chmury nie mogą go unieść w swej pogoni; czysty i nieskażony sunie spokojnie ponad niemi. Niestety, co do mnie, wszystko mnie przejmuje i wzrusza!«
Aż do tej chwili, ojciec Suel, nie mówiąc słowa, słuchał z surowem obliczem historji Renégo. Miał w głębi współczujące serce, ale na zewnątrz okazywał się nieugiętym i roztkliwienie Sachema wyrwało mu te słowa:
»Nic, rzeki do brata Amelii, nic w tej historji nie zasługuje na litość, jaką ci okazują. Widzę w lobie młodego człowieka, zadurzonego w chimerach, którego wszystko mierzi, i który uchylił się od ciężarów społeczeństwa, aby się oddać bezpożytecznym marzeniom. Nie jesteś, młodzieńcze, człowiekiem wyższym przez to, iż widzisz świat w odrażającem świetle. Jeśli kto nienawidzi ludzi i życia, to jedynie dlatego, iż wzrok jego nie sięga dość daleko. Wytęż oczy nieco lepiej, a przekonasz się niebawem, że wszystkie cierpienia, na które się żalisz, to jeno wielkie nic. A co za wstyd, iż nie możesz myśleć o jedynem, rzeczywistem nieszczęściu swego życia, iżbyś nie był się zmuszonym rumienić! Cała czystość, cała cnota, cała pobożność, wszystkie korony świętej zaledwie pozwalają ścierpieć samą myśl o twoich zgryzotach. Siostra twoja odpokutowała swój błąd; ale, jeżeli mam wyjawić mą myśl, lękam się, iż, mocą straszliwej sprawiedliwości, wyznanie, które wyszło z łona jej grobu, zmąciło z kolei twoją duszę. Co robisz sam w głębi tych lasów, w których trawisz dni, zaniedbując wszystkie obowiązki? Święci, powiesz, zagrzebywali się w pustyniach? Zamykali się tam aby płakać, i obracali na gaszenie swych namiętności czas, który ty trwonisz może na rozpalanie swoich! Młody pyszałku, który mniemałeś, iż człowiek może wystarczyć sam sobie! Samotność zgubna jest temu, który nie żyje w niej z Bogiem; potęguje ona władze duszy, a równocześnie odejmuje im wszelkie pożywienie. Ktokolwiek otrzymał siły potemu, winien je poświęcić ku służbie bliźnich; jeżeli zostawia je bez użytku, odpokutuje to natychmiast tajemną męką, a wcześniej lub później niebo zsyła nań straszliwą karę«.
Wstrząśnięty temi słowy, René podniósł z łona Szaktasa zawstydzoną głowę. Ślepy Sachem uśmiechnął się; ten uśmiech ust, który nie kojarzył się już z uśmiechem oczu, miał coś tajemniczego i niebiańskiego. „Synu mój, rzeki sędziwy kochanek Atali, surowo przemawia nasz ojciec; daje naukę starcowi i młodzieńcowi; i ma słuszność. Tak, trzeba abyś się wyrzekł tego osobliwego życia pełnego samych zgryzot; szczęście znajduje się jeno na powszechnych drogach«.
»Jednego dnia, Mississipi, dość blisko jeszcze źródła, sprzykrzyła sobie iż jest jeno przejrzystym strumieniem. Zażądała śniegu od gór, wód od strumieni, deszczów od burz, wystąpiła z koryta, pustosząc urocze wybrzeża. Dumna rzeka czuła się zrazu szczęśliwa swą potęgą; ale, widząc że wszystko zmienia się w pustynię na jej drodze, że płynie opuszczona w swej samotności, że wody jej są zawsze mętne, pożałowała skromnego łożyska, które wyżłobiła jej natura, pożałowała ptaków, kwiatów, drzew i strumieni, niegdyś skromnych towarzyszy jej cichego biegu«.
Szaktas zamilkł; słychać było jeno głos flaminga, który, ukryty w nadbrzeżnych trzcinach, zwiastował na południe burzę. Trzej przyjaciele skierowali się do swych chat. René szedł w milczeniu między misjonarzem, zatopionym w modlitwie, i ślepym Sachemem, który szukał drogi. Powiadają, iż, naglony przez obu starców, powrócił do małżonki, ale nie znalazł przy niej szczęścia. Zginął niedługo później wraz z Szaklasem i ojcem Suel, podczas rzezi Francuzów i Naczezów w Luizjanie. Pokazują jeszcze kamień, na którym zwykł był siadać o zachodzie słońca.




Przygody
ostatniego z Abenserażów.


Kiedy Boabdil, ostatni król Grenady, zmuszony był opuścić królestwo ojców, zatrzymał się na szczycie góry Padul. Z wierzchołka widać było morze, przez które nieszczęśliwy monarcha miał się puścić do Afryki; widać było również Grenadę, Vega i Xenil, na którego brzegu wznosiły się namioty Ferdynanda i Izabeli, Na widok tego pięknego kraju, oraz cyprysów znaczących jeszcze tu i owdzie grobowce muzułmanów, Boabdil zalał się łzami, Małka jego, sułtanka Aixa, która towarzyszyła mu na wygnanie wraz z całym dawnym dworem, rzekła: »Płacz teraz, jak kobieta, za królestwem, którego nie umiałeś bronić jak mężczyzna«, Zeszli z góry, i Grenada znikła ich oczom na zawsze.
Maurowie hiszpańscy, którzy podzielili los swego króla, rozproszyli się po Afryce. Plemiona Zegrisów i Gomelów osiadły w królestwie Fezu, z którego wiodły ród, Wanegowie i Alabesowie pozostali na wybrzeżu, od Oceanu aż do Algieru; Abenseraże wreszcie zamieszkali w okolicach Tunisu, i utworzyli, w pobliżu ruin Kartaginy, kolonję, która dziś jeszcze, wykwintem obyczajów i łagodnością praw, odróżnia się od Maurów afrykańskich.
Rody te zaniosły do nowej siedziby wspomnienie dawnej ojczyzny. Raj Grenady żył zawsze w ich pamięci; matki powtarzały miano jego dzieciom wiszącym jeszcze u piersi. Kołysały je pieśniami Zegrisów i Abenserażów. Co pięć dni, wszyscy modlili się w meczecie, obracając się w stronę Grenady. Błagali Allaha, iżby wrócił swoim wybranym tę ziemię rozkoszy. Daremnie kraj Lotofagów ofiarował wygnańcom swoje owoce, wody, zieloność, promienne słońce; zdala od Krasnych Wież[20] ni owoc nie był luby, ni źródło czyste, ni zieloność świeża, ni słońce godne aby nań popatrzeć. Kiedy pokazywano któremu z banitów równiny Bagrady, potrząsał głową i wzdychał: »Grenada!«
Abenseraże zwłaszcza zachowali nad wyraz tkliwe i wierne wspomnienie ojczyzny. Ze śmiertelnym żalem opuścili teatr swojej chwały i wybrzeża, które tak często napełniali okrzykiem wojennym: »Honor i miłość«. Nie mogąc już chwytać za lancę w pustyni, ani też przywdziewać szyszaka w kolonii rolników, poświęcili się badaniu ziół, które-to rzemiosło zażywa u Arabów szacunku porówni z zawodem żołnierza. Tak więc, plemię wojowników, które niegdyś zadawało rany, obecnie parało się sztuką leczenia ich. Zachowali w tem coś z pierwotnego ducha, często bowiem rycerze sami opatrywali rany wroga, którego powalili.
Chata lej rodziny, która niegdyś miała pałace, nie leżała wśród sioła innych wygnańców, u stóp góry Mamelif; zbudowali ją w samych, że zgliszczach Kartaginy, na brzegu morza, w okolicy gdzie św. Ludwik umarł wśród popiołów i gdzie wznosi się dzisiaj mahometańska pustelnia. Do ścian chaty przywiązane były tarcze ze skóry lwa, noszące na lazurowem polu odcisk dwóch postaci Dzikich, burzących miasto razami maczugi. Dokoła tego godła czytało się słowa: »To drobnostka!« — herb i godło Abenserażów. Włócznie przystrojone białemi i niebieskiemi chorągwiami, burnusy, płaszcze jedwabne, wisiały lam rzędem obok tarcz i błyszczały pośród bułatów i puginałów. Tu i owdzie wisiały również rękawice, munsztuki zdobne drogiemi kamieniami, szerokie, srebrne strzemiona, długie miecze o pochwach haftowanych rękami księżniczek, oraz złote ostrogi, które Izoldy, Genowefy, Orjany przypinały niegdyś mężnym rycerzom.
Na stołach, u stóp tych trofeów chwały, spoczywały trofea pokojowego życia; rośliny uszczknięte na szczylach Atlasu i w pustyniach Zaary; niektóre nawet przyniesione z równin Grenady. Jedne zdolne były sprowadzić ulgę w cierpieniach ciała: drugie rozciągały władzę aż na zgryzoty duszy. Abenseraże cenili zwłaszcza te, które pomagały koić ich daremne żale, rozpraszać szalone złudy oraz nadzieje szczęścia, wciąż budzące się i wciąż zawiedzione. Na nieszczęście, zioła te miały sprzeczne przymioty, i często zapach kwiatu pochodzącego z ojczyzny stawał się dostojnym wygnańcom jakoby trucizną.
Dwadzieścia cztery lat upłynęło od zdobycia Grenady. W tym krótkim przeciągu czasu, czternastu Abenserażów zginęło pod działaniem nowego klimatu, wskutek przygód wędrownego życia, a zwłaszcza zgryzoty, która podkopuje tajemnie siły człowieka. Jeden jedyny potomek był całą nadzieją tego sławnego domu. Aben-Hamet nosił miano owego Abenseraża, którego Zegrysi oskarżyli o uwiedzenie sułtanki Alfaimy. Jednoczył w sobie piękność, męstwo, dworność, szlachetność przodków, wraz z tym słodkim urokiem i lekkim odcieniem smutku, które daje szlachetnie dźwigane nieszczęście. Miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, kiedy stracił ojca; postanowił wówczas odbyć pielgrzymkę do kraju przodków, aby uczynić zadość potrzebie serca oraz aby dopełnić zamiaru ukrywanego starannie przed matką.
Wsiadł na okręt w porcie tunetańskim; pomyślny wiatr zaniósł go do Kartageny: wysiadł ze statku i puścił się natychmiast ku Grenadzie; w drodze podawał się za arabskiego lekarza, który przybył zbierać zioła wśród skal Sierra-Newada. Spokojny mul niósł go zwolna przez okolicę, którą benseraże przebiegali niegdyś na ognistych rumakach; przewodnik szedł przodem, prowadząc jeszcze dwa muły, przybrane dzwoneczkami oraz pęczkami różnokolorowej wełny. Aben-Hamel przebył rozległe haszcze oraz palmowe lasy królestwa Murcji; z wieku palm ocenił, iż musieli je sadzić jego ojcowie, i serce ścisnęło mu się żalem. Tu wznosiła się wieża, gdzie czuwała straż za czasu wojen Maurów z chrześcijanami; owdzie, widniały ruiny, których architektura zwiastowała pochodzenie mauretańskie; nowa przyczyna boleści dla Abenseraża! Zsiadł z mula; pod pozorem szukania ziół, ukrył się na chwilę w ruinach, aby dać swobodny bieg łzom. Ruszył następnie w drogę, marząc przy odgłosie dzwonków karawany i monotonnego śpiewu przewodnika. Ów przerywał swą długą romanzę jedynie poto aby poganiać muły, to pochlebiając im, to łając zelżywemi słowy.
Stada baranów, które pasterz prowadził niby wojsko przez żółte i nieuprawne równiny, paru samotnych wędrowców, — wszystko to nie tylko nie napełniało życiem drogi, ale czyniło ją raczej tem smutniejszą i bardzie; opustoszałą. Podróżni mieli wszyscy miecz przy boku: otuleni byli w płaszcze, szeroki zaś kapelusz o zawiniętym brzegu zaslaniał im twarz do połowy. Mijając, pozdrawiali Aben-Hameta, który, wtem dwórnem pozdrowieniu, rozróżniał jedynie wyrazy g, Pan i Rycerz. Wieczorem, na venta Maur zajmował miejsce pośród cudzoziemców, nie nękany zgoła czyjąś niewczesną ciekawością. Nie odzywali się doń, nie pytali o nic; turban jego, suknia, broń, nie budziły żadnego zdziwienia. Skoro Allah chciał aby hiszpańscy Maurowie postradali swą piękną ojczyznę, Aben-Hamet nie mógł się powściągnąć od podziwu dla poważnych zdobywców.
Jeszcze żywsze wzruszenia czekały Abenseraże u kresu wędrówki. Grenada wznosi się u stóp Sierry-Newady, na dwóch wysokich wzgórzach, rozdzielonych głęboką doliną. Domy budowane na spadku — wzgórz, w zagłębieniu doliny, dawały miastu wygląd i kształt wpółotwartego granatu, skąd pochodzi jego imię. Dwie rzeki, Xenil i Duro, z których jedna toczy blaszki złota, druga zaś piasek srebrny, obmywają stopy pagórków, łączą się i wiją następnie pośród uroczej równiny Vega. Równina ta, nad którą wznosi się Grenada, pokryta jest winnicami, drzewami granatu, fig, morw, pomarańczy; otaczają ją góry o cudownym kształcie i barwie. Czarujące niebo, czyste i rozkoszne powietrze, wnoszą w duszę jakąś tajemną omdlałość, której podróżny, bawiący w tej okolicy jedynie przelotnie, z trudnością może się oprzeć. Czuje się, iż, w tym kraju. tkliwe namiętności zdławiłyby rychło heroiczne uczucia, gdyby nie to, iż miłość, jeśli ma być prawdziwą. musi zawsze iść w parze z chwałą.
Skoro Aben-Hamet ujrzał szczyty pierwszych budowli Grenady, serce zaczęło mu bić tak gwałtownie, iż zmuszony był zatrzymać muła. Skrzyżował ramiona na piersi; z oczy ma utkwionemi w święte miasto trwał niemy i bez ruchu. Przewodnik zatrzymał się również; jako Hiszpan, z łatwością zdolny zrozumieć wszelkie podniosłe uczucie, zdawał się wzruszony, i odgadł iż Maur ogląda swą dawną ojczyznę. Wreszcie, wędrowiec przerwał milczenie:
— Przewodniku, wykrzyknął, żyj szczęśliwy! nie ukrywaj mi zgoła prawdy, spokój bowiem panował na falach w dniu twego urodzenia, a księżyc zbliżał się ku pełni. Co to za wieże, które błyszczą niby gwiazdy nad zielonym lasem?
— To Alhambra, odparł przewodnik.
— A tamten drugi zamek na wzgórzu? spytał Aben-Hamet.
— Heneralifa, rzekł Hiszpan. Jest w tym zamku ogród mirtowy, w którym, jak twierdzą, przydybano Abenseraża z sułtanką Alfaimą. Tam dalej widzisz Abbaizyn, a tu, bliżej nas, Krasne Wieże.«
Każde słowo przewodnika przeszywało serce Aben-Hameta. Jakże okrutnem jest musieć szukać pomocy cudzoziemców, aby poznać pomniki własnych ojców! jak boleśnie jest kazać obojętnym ustom opowiadać sobie dzieje rodziny i przyjaciół! Przewodnik, kładąc kres dumaniom Aben-Hameta, wykrzyknął: »Jedźmy, mości Maurze, jedźmy, Bóg tak chciał! Nie gryź się. Żali Franciszek I. nie jest w tejże chwili jeńcem naszym w Madrycie? Bóg tak chciał!« Zdjął kapelusz, uczynił szeroki znak krzyża i popędził muły. Aben-Hameł, przyspieszając również kroku, wykrzyknął: »Tak było napisane«; i puścili się w dół ku Grenadzie.
Przejechali koło wielkiego jesionu, słynnego pojedynkiem Mussy oraz wielkiego mistrza Kalatrawy, za ostatniego króla Grenady. Okrążyli promenadę Alameidy, i wjechali do miasta bramą Elwiry. Niebawem, przybyli na plac, otoczony ze wszystkich stron domami o mauretańskiej architekturze. Na placu tym była otwarta gospoda dla Maurów z Afryki, którzy ściągali tłumnie do Grenady dla handlu wegańsklemi jedwabiami. Tam-to przewodnik zaprowadził Aben-Hameta.
Wędrowiec zanadto był wzruszony aby wytrwać spokojnie w nowem mieszkaniu; dręczyła go ojczyzna. Nie mogąc oprzeć się uczuciom, które mąciły jego serce, wyszedł wśród nocy, aby błądzić po ulicach Grenady. Silił się rozpoznać oczyma lub dotykiem pomniki, które starcy opisywali mu lak często. Być może, ta wysoka budowla, której mury dostrzegał poprzez ciemności, była niegdyś mieszkaniem Abenserażów; być może na tem ustronnem miejscu odbywały się uroczystości, które tak szeroko rozsławiły Grenadę. Tam przesuwali się rycerze, wspaniale odziani w brokaty; tam pomykały galery, obładowane bronią i kwiatami, smoki ziejące ogniem i kryjące w swem łonie znakomitych rycerzy: grzeczny wymysł uciechy i dworności.
Ale, niestety! miast dźwięku rogów, zgiełku trąb i śpiewów miłosnych, głęboka cisza zalegała dokoła Aben-Hameta. Nieme miasto zmieniło mieszkańców, zwycięzcy spoczywali w łożu zwyciężonych. »Tak więc, owi dumni Hiszpanie, wykrzyknął młody Maur z oburzeniem, śpią pod dachami, z których wygnali moich przodków! A ja, ich potomek, czuwam oto, nieznany, samotny, opuszczony, u bram pałacu ojców!«
Zaczem, Aben-Hamet zadumał się nad dolą ludzką, odmiennością fortuny, upadkiem królestw, nad tą Grenadą wreszcie, zaskoczoną przez nieprzyjaciół pośród uciech i mieniącą nagle girlandy kwiatów na łańcuchy. Zdało mu się, iż widzi współrodaków, jak opuszczają swe ogniska w godowych szatach, niby biesiadnicy, których pożar wypędzi nagle w bezładnym stroju z sali balowej.
Wszystkie te obrazy, wszystkie myśli cisnęły się w duszy Aben-Hameta i pełen boleści i żalu myślał zwłaszcza o tem aby wykonać zamiar, który go przywiódł do Grenady. Zaskoczył go brzask. Aben-Hamet zabłąkał się; znalazł się zdala od gospody, w odległej dzielnicy miasta. Wszystko spało; żaden hałas nie mącił ciszy ulic: drzwi i okna były zamknięte: jedynie w mieszkaniach biedaków głos koguta zwiastował powrót do mozołów i pracy.
Nabłądziwszy się długo bez możności odnalezienia drogi, Aben-Hamet usłyszał, iż jakieś drzwi się otwierają. Wyszła z nich młoda kobieta, ubrana mniej więcej tak, jak owe gotyckie królowe, wyrzeźbione na pomnikach w dawnych opactwach. Czarny stanik, przybrany szklanemi paciorkami, obejmował zręczną kibić; spódniczka, krótka, wąska i bez fałdów, odsłaniała smukłą nogę i kształtną stopę; głowa przykryta była mantylką, również czarną: lewą ręką dama przytrzymywała tę mantylkę ściągniętą pod brodą tak, iż z całej twarzy widać było jedynie wielkie oczy i różane usta. Ochmistrzyni szła obok; paź niósł przodem książkę do modlenia; dwaj słudzy, przybrani w jej barwy, szli w pewnem oddaleniu za piękną nieznajomą. Spieszyła na mszę poranną, którą oznajmiał głos dzwonu z pobliskiego klasztoru.
Aben-Hametowi zdało się, iż widzi anioła Izrafila lub też najmłodszą z hurys. Hiszpanka, niemniej zdumiona, patrzała na Abenseraża, którego turban, szata i broń dodawały jeszcze urody jego pięknej twarzy. Ocknąwszy się z pierwszego zdumienia, z wdziękiem i swobodą właściwą kobietom lego kraju, dala znak cudzoziemcowi aby się przybliżył: »Panie Maurze, rzekła, zdajesz się pan świeżo przybyłym do Grenady. Czyżbyś zabłądził?
— Sułtanko kwiatów, odparł Aben-Hamet, rozkoszy oczu człowieka, o niewolnico chrześcijańska, piękniejsza niż dziewice Georgii, zgadłaś! jestem obcy w tem mieście: zbłąkany wśród jego pałaców, nie moglem odnaleźć gospody Maurów. Niechaj Mahomet wzruszy twe serce i wynagrodzi twą gościnność!
— Maurowie słynni są ze swej dworności, odparła Hiszpanka z najmilszym uśmiechem; ale ja nie jestem ani sułtanką kwiatów, ani niewolnicą, ani leż nie w smak mi owo polecenie Mahometowi. Idź za mną, panie kawalerze, odprowadzę cię do gospody Maurów«.
Lekkim krokiem pomknęła przed Abenserażem, doprowadziła go do wrót gospody, pokazała mu ją ręką, skręciła za jakiś pałac i znikła.
Od czego zależy spokój życia! Już nie sama tylko ojczyzna zaprząta duszę Aben-Hameta: Grenada przestała być dlań pusta, opuszczona, wdowia, samotna i droższa jest niż kiedykolwiek jego sercu; ale nowy-to jakiś czar stroi jej ruiny; do wspomnienia przodków, mięsza się obecnie inny urok. Aben-Hamet odnalazł cmentarz, gdzie spoczywają popioły Abenserażów; ale modląc się, ale padając na twarz, ale wylewając synowskie łzy, myśli o tem, iż stopa młodej Hiszpanki przeszła może niekiedy przez te groby, i dola przodków nie wydaje mu się już tak żałosna.
Napróżne sili się zaprzątać myśl jedynie pielgrzymką do kraju ojców; napróżno przebiega strome wybrzeża Duro i Xenilu aby o brzasku zrywać na nich zioła: kwiat, którego szuka obecnie, to piękna chrześcijanka. Ileż daremnych starali już rozwinął aby odnaleźć pałac czarodziejki! Ileż razy próbował zdeptać tę samą drogę, którą przebył idąc za boską przewodniczką! Ileż razy zdawało mu się, że rozpoznaje dźwięk tego dzwonu, śpiew tego koguta, które słyszał w pobliżu mieszkania Hiszpanki! Zmamiony podobnemi dźwiękami, biegnie natychmiast w tę stronę: ale zaczarowany pałac nie jawi się jego spojrzeniom! Często również jednostajny ubiór mieszkanek Grenady rodził w nim błysk nadziei: zdaleka, wszystkie chrześcijanki podobne były do pani jego serca; zbliska, ani jedna nie miała jej urody ani wdzięku. Wreszcie. Aben-Hamet obiegł wszystkie kościoły aby odszukać nieznajomą; dotarł nawet do grobowca Ferdynanda i Izabeli; ale było też to największe poświęcenie, jakie dotąd uczynił dla miłości.
Jednego dnia, zbierał zioła w dolinie Duro. Południowe wybrzeże rozpościerało się ukwieconem zboczem aż pod mury Alhambry i ogrody Heneralify; śmiejące sady, oraz zamieszkałe przez mnogi lud groty stroiły północne wzgórze. Na zachodnim krańcu doliny, widać było dzwonnice Grenady, które kupiły się do siebie pośród zielonych dębów i cyprysów. Na drugim krańcu, ku wschodowi, oko spotykało, na cyplach skał klasztory, pustelnie, nieco ruin dawnej Illiberji, w oddali zaś szczyty Sierra-Newada. Środkiem doliny płynęła rzeka: widać było wesołe młyny, huczące kaskady, strzaskane łuki rzymskiego wodociągu i szczątki mostu z czasu Maurów.
Aben-Hamet nie był już ani dość nieszczęśliwy ani dość szczęśliwy aby się napawać urokiem samotności; roztargniony i obojętny przebiegał te czarowne wybrzeża. Idąc tak przed siebie, trzymał się alei wijącej się wzdłuż zbocza Albaizynu. Niebawem ujrzał wiejski domek, otoczony pomarańczowym gajem: zbliżając się, usłyszał dźwięk głosu i gitary. Pomiędzy głosem, rysami a spojrzeniem kobiety istnieją związki, które nigdy nie mylą człowieka przepełnionego miłością. »To moja hurysa! — rzekł Aben-Hamet. Słucha z bijącem sercem; imię Abenserażów, kilkakrotnie powtórzone w śpiewie, przyspiesza jeszcze bicie jego serca. Nieznajoma śpiewała kastylską romanzę, opowiadającą dzieje Abenserażów i Zegrisów. Aben-Hamet nie może się już oprzeć wzruszeniu; rzuca się poprzez żywopłot mirtowy i wpada w gromadkę młodych kobiet, które uciekają przestraszone wydając okrzyki. Hiszpanka, która śpiewała i która trzymała jeszcze w dłoni gitarę, wykrzyknęła: „To ów pan mauretański!“ I przywołuje towarzyszki. — Ulubienico genjuszów, rzecze Aben-Hamet, szukałem cię, jak Arab szuka źródła w skwarne południe. Usłyszałem dźwięk twej gitary, opiewałaś bohatera mego kraju, odgadłem cię po piękności głosu, i przynoszę do twych stóp serce Aben-Hameta.
— A ja, odparła dana Blanka, myślałam o panu, kiedy nuciłam romanzę Abenserażów. Od czasu jak cię ujrzałam, wyobraziłam sobie że rycerze mauretańscy muszą być podobni tobie«.
Lekki rumieniec oblał czoło Blanki, kiedy wymawiała te słowa. Aben-Hamet gotów był już upaść do kolan młodej chrześcijanki i wyznać jej, że jest ostatnim z Abenserażów, ale resztka przezorności wstrzymała go; uląkł się, aby imię jego, zbyt głośne w Grenadzie, nie zbudziło obaw w gubernatorze. Wojnę z Moryskami zaledwie że ukończono, obecność tedy Abenseraża w lej chwili mogla zrodzić w Hiszpanach usprawiedliwione obawy. Nie iżby Aben-Hamet lękał się jakiego bądź niebezpieczeństwa, ale, drżał na myśl, iż musiałby może oddalić się na zawsze od córki don Rodryga.
Dona Blanka pochodziła z rodziny wiodącej się od Cyda z Biwaru, oraz Szymeny, córki hrabiego Gomeza de Gernas. Potomkowie zwycięzcy z pod Walencji popadli, wskutek niewdzięczności kastylskiego dworu, w ostateczne ubóstwo: mniemano nawet przez kilka wieków, że rodzina ta wygasła, tak dalece znikła ludziom z oczu. Ale, w dobie podboju Grenady, ostatni potomek rodu Biwarów dał się poznać nietyle po swoich tytułach, ile po blasku dzielności. Po wygnaniu Niewiernych, Ferdynand oddał potomkowi Cyda majętności kilku rodzin mauretańskich; zamianował go diukiem de Santa-Fe. Nowy diuk zamieszkał w Grenadzie i umarł w młodym jeszcze wieku, zostawiając jedynego syna, już żonatego, don Rodryga, ojca dany Blanki.
Dona Teresa de Xeres, żona don Rodryga wydala na świat syna, który otrzymał przy urodzeniu imię Rodryga, jak wszyscy jego przodkowie, ale którego nazywano don Karlosem, aby go odróżnić od ojca. Wielkie wydarzenia, jakie don Karlos miał przed oczami od najwcześniejszej młodości, niebezpieczeństwa na jakie był narażony niemal w zaraniu dziecięctwa, sprawiły, iż charakter jego, z natury skłonny do zadumy, stał się tem bardziej poważny i surowy. Zaledwie licząc czternaście lat, don Karlos udał się z Kortezem do Mexyku: zniósł wszystkie niebezpieczeństwa, był świadkiem wszystkich okropności tego zdumiewającego przedsięwzięcia; patrzał własnemi oczyma na upadek ostatniego króla światów dotychczas nieznanych. W trzy lata po tej katastrofie, don Karlos znalazł się w Europie w bitwie pod Pawją, jak gdyby poto aby oglądać honor i dzielność w koronie, walące się pod ciosami fortuny. Widok nowego świata, długie podróże po niezbadanych jeszcze morzach, widok przewrotów i odmian losu, wstrząsnęły silnie religijną i melancholiczną wyobraźnią don Karlosa: wstąpił do rycerskiego zakonu Kalatrawa, i, wyrzekając się małżeństwa mimo próśb don Rodryga, przeznaczył cały majątek siostrze.
Blanka de Biwar, jedyna siostra don Karlosa i o wiele odeń młodsza, była bożyszczem ojca: straciła młodo matkę i rozpoczynała ośmnasty rok życia, kiedy Aben-Hamet zjawił się w Grenadzie. Wszystko było urocze u tej czarującej kobiety; miała cudny głos, tańczyła lżej od zefirów, to podobała sobie w tem aby powozić rydwanem jak Armida, to uganiała na grzbiecie najbardziej rączego bieguna Andaluzji, podobna owym niebiańskim wróżkom, które zjawiły się Trystanowi i Galaorowi w lasach. Ateny wzięłyby ją za Aspazję, Paryż zaś za Dianę de Poitiers, która zaczynała błyszczeć na dworze. Ale, przy wdziękach Francuski, posiadała ona naturę Hiszpanki: wrodzona chęć podobania się nie osłabiała w niczem stałości, siły i wzniosłości uczuć jej serca.
Na krzyki jakie podniosły młode Hiszpanki, kiedy Aben-Hamel wtargnął do gaiku, nadbiegł don Rodryg. »Ojcze, rzekła Blanka, oto mauretański kawaler, o którym ci mówiłam. Usłyszał mój śpiew, poznał mnie; wszedł do ogrodu, aby mi podziękować za to żem mu pokazała drogę«.
Diuk de Santa-Fe przyjął Ahenseraża z poważną, a wszelako pełną prostoty hiszpańską grzecznością. Nie spotyka się u tego narodu żadnej z owych uniżonych form, żadnego z owych zwrotów zwiastujących poziomość myśli i prostactwo duszy. Wielki pan i chłop mają jeden i ten sam język, ten sam ukłon, pozdrowienie, zwyczaje, obyczaje. Zaufanie i wielkoduszność tego narodu wobec obcych są bez granic, tak samo jak straszliwą jest zemsta, skoro je ktoś zdradzi. Odważny aż do heroizmu, bezgranicznie wytrwały, niezdolny poddać się złemu losowi, musi go zwalczyć albo też paść w tej walce. Nie posiada wiele tego co nazywamy dowcipem, ale nasilenie uczuć zastępuje mu miejsce owego światła płynącego z bystrości i bogactwa myśli. Hiszpan, który trawi dzień nie wyrzekłszy słowa, który nic nie widział i nie troszczy się o to aby cokolwiek widzieć, który nic nie czytał, nie zgłębiał, nie porównywał, znajdzie w wielkości swej duszy potrzebne zasoby w dobie przeciwności.
Był to dzień urodzin don Rodryga: Blanka wyprawiła dla ojca małą uroczystość w tej czarownej ustroni. Diuk de Santa-Fe zaprosił Aben-Hameta aby usiadł pośród młodych kobiet, ubawionych turbanem i szatą nieznajomego. Przyniesiono aksamitne poduszki; gość zajął miejsce, siadając na sposób mauretański. Zaczęto go zapytywać o jego kraj i przygody: odpowiadał wesoło i dowcipnie. Mówił najczystszem narzeczem Kastylji; możnaby go wziąść za Hiszpana, gdyby nie to, iż zawsze mówił ty zamiast wy. Słowo to miało w jego ustach coś tak słodkiego, iż Blanka nie mogła się obronić drgnieniom tajemnego żalu, ilekroć się zwracał do której z towarzyszek.
Zjawili się liczni słudzy: nieśli czekoladę, konfitury, oraz słodkie bułeczki, białe jak śnieg, lekkie i puszyste jak gąbka. Po podwieczorku, obecni poprosili Blankę, aby wykonała jakiś narodowy taniec, w czem przewyższała najzręczniejsze Guitany. Zniewolona była ustąpić prośbom przyjaciółek. Aben-Harnet milczał, ale błagalne jego spojrzenia mówiły bez słów. Blanka wybrała Zambrę, porywający taniec, który Hiszpanie przejęli od Maurów.
Jedna z młodych towarzyszek zaczyna grać na gitarze melodię cudzoziemskiego tańca. Córka don Rodryga zdejmuje zasłonę i przymocowuje do białych dłoni kastanjely z hebanu. Czarne włosy rozsypują się w puklach dokoła alabastrowej szyi; usta i oczy uśmiechają się zgodnie; płeć ożywia się od przyspieszonego rytmu serca. Naraz, rozlega się głos dźwięcznego hebanu, tancerka wybija trzykrotnie takt, zawodzi śpiew Zambry, i, zespalając głos z dźwiękami gitary, puszcza się jak błyskawica.
Cóż za rozmaitość kroku! co za wytworność póz! To żywo podnosi ramiona, to opuszcza je miękko. Niekiedy, rzuca się jakby upojona rozkoszą, to znów się kurczy jakby zmiażdżona bólem. Obraca głowę, zdaje się wzywać niewidzialnej istoty, poddaje skromnie krasne lico pocałunkom oblubieńca, ucieka wstydliwie, wraca uśmiechnięta i rada, stąpa krokiem dumnym i niemal rycerskim, następnie znowuż buja po trawniku. Kroki jej, śpiew, dźwięki gitary idą doskonale w parze. Głos Blanki, leciutko zamglony, posiadał ów jakiś akcent, wnikający aż do dna duszy. Muzyka hiszpańska, cała złożona z westchnień, z żywych rytmów, ze smętnych przegrywek, z urywających się nagle melodyj, przedstawia osobliwą mieszaninę wesołości i melancholji. Muzyka ta i taniec rozstrzygnęły nieodwołalnie o losie Abenseraża: wystarczyłyby aby zmącić serce mniej chore niż jego.
Wieczorem, wszyscy wrócili doliną Duro do Grenady. Don Rodryg, zachwycony szlachetnem i dwornem wzięciem Aben-Hamela, prosił go przed rozstaniem, aby często zachodził zabawiać Blankę cudownemi opowieściami Wschodu. Uszczęśliwiony Maur przyjął zaproszenie księcia; jakoż, zaraz nazajutrz, udał się do pałacu, gdzie przebywała ta, którą kochał bardziej niż światło słoneczne.
Niebawem, pochłonęła Blankę miłość tem głębsza, iż nigdy nie byłaby sobie wyobraziła aby ta miłość była możliwą. Pokochać Niewiernego, Maura, nieznajomego, zdawało się jej rzeczą tak nieprawdopodobną, iż nie zachowała żadnych ostrożności wobec choroby, która zaczynała się sączyć w jej żyły; skoro zaś poznała jej objawy, przyjęła tę chorobę jak prawdziwa Hiszpanka. Mimo niebezpieczeństwa i zgryzot jakie przewidywała, nie cofnęła się z nad przepaści ani też nie wchodziła w targi z własnem sercem. Rzekła sobie: »Niechai Aben-Hamet zostanie chrześcijaninem, niechaj mnie kocha, a pójdę za nim na kraj świata«.
Nawzajem Maur doznawał całej potęgi niezwalczonej namiętności: istniał jedynie dla Blanki. Nie zaprzątał się już zamiarami, które sprowadziły go do Grenady: łatwo mu było uzyskać wskazówki, po które przybył, ale wszystkie inne sprawy oprócz miłości zblakły w jego oczach. Lękał się wręcz wiadomości, któreby mogły przynieść zmiany w jego życiu. Nie pytał o nic, nie chciał nic wiedzieć, powiadał sobie: »Niechaj Blanka zostanie muzułmanką, niechaj mnie kocha, a będę jej wierny aż do ostatniego tchnienia«.
Aben-Hamet i Blanka, utwierdzeni w ten sposób w swoich postanowieniach, czekali jedynie chwili, w którejby mogli odsłonić sobie wzajem swe uczucia. Było to w porze najpiękniejszych dni w roku. »Nie widzieliście jeszcze Alhambry — rzekła córka diuka de Santa-Fe do Abenseraża. — O ile mogę wnosić z kilku słów które się wam wymknęły, rodzina wasza pochodzi z Grenady. Być może, radzibyście zwiedzić pałac swoich dawnych królów? Chętnie gotowa jestem służyć wam dziś wieczór za przewodnika«.
Aben-Hamet zaklął się na proroka, że nie mógł marzyć o milszej przechadzce. Skoro nadeszła godzina przeznaczona na pielgrzymkę do Alhambry, córka don Rodryga dosiadła białego mierzyna, nawykłego drapać się po skałach jak koza. Aben-Hamet towarzyszył dzielnej Hiszpance na andaluzyjskim koniu, przybranym na sposób turecki. W szybkim pędzie, pupurowa szata młodego Maura wzdymała się jak żagiel, zakrzywiona szabla podzwaniała o wysokie siodło, wiatr zaś kołysał kitką przy turbanie. Lud, oczarowany jego wdziękiem, mówił, patrząc nań w przejeździe: »To jakiś nieznany książę, którego dona Blanka nawróci«.
Zrazu, jechali długą ulicą noszącą jeszcze miano znakomitej mauretańskiej rodziny; ulica ta dochodziła do zewnętrznego obramienia Alhambry. Następnie, przebyli las młodych wiązów, dotarli do studni, i niebawem znaleźli się w wewnętrznem ogrodzeniu pałacu Boabdila. W murze, najeżonym wieżami i wyzębionym w blanki, otwierała się brama nazwana Bramą Sądu. Przebyli tę pierwszą bramę, i puścili się wąską dróżką, wijącą się wśród wysokich murów oraz nawpół rozwalonych ruin. Droga ta zawiodła ich na plac Algibów, koło którego Karol V-ty wznosił wówczas pałac. Obracając się stamtąd ku północy, zatrzymali się na opustoszałym dziedzińcu u stóp muru pozbawionego ozdób i uszkodzonego wiekiem. Aben-Hamet zeskoczył lekko na ziemię i podał rękę Blance aby ją zsadzić z muła. Słudzy zapukali do opuszczonej bramy, której próg zarośnięty był trawą: brama otworzyła się i odsłoniła nagle tajemne zakątki Alhambry.
Wszystkie uroki, wszystkie żale za ojczyzną pomięszane z czarami miłości, ogarnęły serce ostatniego z Abenserażów. Nieruchomy i oniemiały, topił zdumione spojrzenia w tem mieszkaniu geniuszów: miał wrażenie, iż przeniesiono go do wrót jednego z owych pałaców, których opisy czyta się w baśniach arabskich. Lekkie galerie, krużganki z białego marmuru obwiedzione kwitnącemi pomarańczami i cytrynami, fontanny, zaciszne dziedzińce, nastręczały się ze wszech stron oczom Aben-Hameta; zaś poprzez wysmukłe sklepienia portyków, spostrzega! dalsze. labirynty i nowe czary. Lazur najczystszego nieba ukazywał się między kolumnami podtrzymującemi łańcuch gotyckich arkad. Mury, dziergane arabeskami, podobne były na oko owym materiom wschodnim, które, wśród nudy haremu, zahaftowuje kaprys niewolnicy. Coś rozkosznego, religijnego i rycerskiego zarazem zdawało się wydzielać z tego wspaniałego budynku; był to niby jakiś klasztor miłości, tajemnicze schronienie, w którem królowie mauretańscy kosztowali wszystkich rozkoszy i zapominali wszystkich obowiązków życia.
Po kilku chwilach zdumienia i ciszy, kochankowie wstąpili w owo miejsce zgasłej potęgi i minionych szczęśliwości. Najpierw, obeszli dokoła salę Mesukar, oddychającą wonią kwiatów i świeżością wód. Przeszli następnie do dziedzińca Lwów. Wzruszenie Aben-Hameta rosło z każdym krokiem. »Gdybyś nie napełniała duszy mojej rozkoszą — rzekł do Blanki — z jakąż zgryzotą przyszłoby mi pytać, ciebie Hiszpanki, o dzieje tej siedziby! Ach! te miejsca stworzone są aby służyły za schronienie szczęściu, a ja!...«
Aben-Hamet ujrzał imię Boabdila oprawne w mozaiki. »O mój królu, rzekł, co się z tobą słało? Gdzie znajdę ciebie w twojej opustoszałej Alhambrze?« I łzy wierności, prawości i honoru popłynęły po licach młodego Maura. »Twoi dawni panowie, rzekła Blanka, lub raczej królowie twoich ojców, to byli niewdzięcznicy. — Cóż mi o to! odparł Aben-Hamel, byli nieszczęśliwi!«
Podczas gdy wymawiał te słowa, Blanka prowadziła go do komnaty będącej niby sanktuarjum świątyni miłości. Nic nie mogło się równać z wykwintem tego ustronia: sklepienie całe wymalowane lazurem i złotem, wycięte w ażurowe arabeski, sączyło światło niby przez gąszcz kwiatów. W środku budowli tryskała fontanna, a wody jej, opadając drobniutką rosą, spływały do alabastrowej konchy. »Aben-Hamecie, rzekła córka diuka de Santa-Fe, przypatrz się dobrze tej fontannie: w nią padały okaleczałe głowy Abenserażów. Widzisz jeszcze na marmurze ślady krwi nieszczęśliwych, z których Boabdil czynił ofiary swych podejrzeń. W ten sposób obchodzą się w waszym kraju z mężczyznami, którzy uwodzą łatwowierne kobiety.«
Aben-Hamet nie słuchał już Blanki, położył się na ziemi i całował z szacunkiem ślady krwi swoich przodków, Podniósł się i wykrzyknął: »O Blanko! przysięgam na krew tych rycerzy, kochać cię ze stałością, wiarą i żarliwością Abenseraża.
— Kochasz mnie tedy? — odparła Blanka, składając piękne dłonie i wznosząc oczy ku niebu. — Ale czy zastanowiłeś się, że ty jesteś Niewierny, Maur, wróg, ja zaś jestem chrześcijanką i Hiszpanką?
— O święty Proroku, rzeki Aben-Hamet, bądź świadkiem mej przysięgi!... « Tu Blanka przerwała; »Jakąż wiarę mogę dawać przysięgom prześladowcy mego Boga? Skąd ty wiesz że cię kocham? Kto ci dał prawo przemawiać w podobny sposób?«
Aben-Hamet stropiony odparł: »Prawda, jestem jeno twoim niewolnikiem; nie wybrałaś mnie na swego, rycerza.«
— Maurze, rzekła Blanka, daj pokój udaniu; widziałeś w moich spojrzeniach, że cię kocham: kocham cię do szaleństwa, bez miary; zostań chrześcijaninem, a nic nie zdoła mnie powstrzymać od zostania twoją. Ale, jeżeli córka diuka de Santa-Fe odważa się mówić do ciebie tak szczerze, możesz tem samem zrozumieć, iż zdoła się przezwyciężyć i że nigdy wróg chrześcijaństwa nie uzyska jej ręki.«
Aben-Hamet, w upojeniu miłości, pochwycił dłonie Blanki, położył je na swoim turbanie, a następnie na sercu. »Allah jest potężny, wykrzyknął, Aben-Hamet jest szczęśliwy! O Mahomecie! niechaj ta chrześcijanka uzna twoje prawo, a nic nie zdoła... — Bluźnisz, rzekła Blanka, wyjdźmy stąd«.
Oparła się na ramieniu Maura i zbliżyła się do fontanny Dwunastu Lwów, od której bierze miano jeden z dziedzińców Alhambry: »Cudzoziemcze, rzekła nieświadoma Hiszpanka, kiedy patrzę na twą szatę, turban, broń i kiedy myślę o naszej miłości, zdaje mi się, że widzę cień pięknego Abenseraża, przechadzający się w tem opuszczanem ustroniu z nieszczęsną Alfaimą. Wyłóż mi arabski napis, wyryty na marmurze tej fontanny.«
Aben-Hamet przeczytał ten napis:
Piękna księżniczka, która przechadza się, okryła perłami, po ogrodzie, tak cudownie pomnaża jego piękność...“ reszta napisu była zatarta.
»O tobie-to mówi ten napis, rzekł Aben-Hamet. Sułtanko ukochana, te pałace nigdy nie były tak piękne w całym blasku, jak piękne są dzisiaj w swej ruinie. Słuchaj szelestu źródeł, których łożyska odwrócił mech; spójrz na ogrody, które widać oto poprzez wpół-rozwalone arkady; spójrz na gwiazdę dnia, układającą się do spoczynku, hen poza temi portykami; jak słodko błądzić z tobą w tych miejscach! Słowa twoje sączą balsam w te ustronia, niby róże hymenu. Z jakąż rozkoszą odnajduję w twej mowie niejakie podźwięki języka moich ojców; sam szelest twojej sukni, ocierającej się o te marmury, przyprawia mnie o dreszcz. Powietrze wonne jest jedynie dlatego iż dotknęło twoich włosów. Jesteś piękna jak geniusz mojej ojczyzny pośród tych ruin. Ale czy Aben-Hamet może się spodziewać aby zdołał przywiązać twe serce? Czemże on jest wobec ciebie? Przebiegał góry wraz ze swym ojcem; zna zioła pustyni... niestety! niema ani jednego wśród nich, któreby go mogło wyleczyć z rany, jaką mu zadałaś! nosi oręż, ale nie jest rycerzem. Powiadałem sobie niegdyś: Woda morska, która śpi zamknięta w zagłębieniu skały, jest spokojna i niema, podczas gdy tuż obok wielkie morze burzy się i kołysze. Aben-Hamecie! takiem będzie twoje życie, ciche, spokojne, nieznane w nieznanym zakątku ziemi, podczas gdy dworem sułtana miotają burze. Tak powiadałem sobie, piękna chrześcijanko, a ty mnie przekonałaś, że burza może również zmącić kroplę wody w wydrążeniu skały«.
Blanka słuchała z zachwytem tego nowego dla niej języka: wschodni jego krój w dziwnej zdawał się harmonji z mieszkaniem Wróżek, które przebiegała z ukochanym. Miłość wnikała w jej serce ze wszystkich stron; czuła iż kolana uginają się pod nią; zmuszona była silniej się oprzeć na ramieniu swego przewodnika. Aben-Hamet podtrzymywał słodki ciężar i powtarzał idąc obok niej; »Ach! czemuż nie jestem świetnym Abenserażem!
— Mniej byłbyś mi miły, rzekła Blanka; bardziej dręczyłabym się bowiem; zostań nieznany i żyj dla mnie. Często sławny kawaler zapomina o miłości dla sławy.
— Nie groziłoby ci to niebezpieczeństwo, odparł żywo Aben-Hamat.
— A jakbyś mnie kochał, gdybyś był Abenserażem? spytała wnuczka Szymeny.
— Kochałbym cię, odparł Maur, więcej niż chwałę, a mniej niż honor.«
Podczas przechadzki dwojga kochanków, słońce zaszło poza widnokrąg. Przebiegli całą Alhambrę. Cóż za wspomnienia nastręczyły się myślom Aben-Hameta! Tutaj, sułtanka wdechała przez okienko komnaty dymy kadzideł, jakie dla niej palono. Tam, w poufnej ustroni, stroiła się w najpiękniejsze szaty Wschodu. I to Blanka, uwielbiana kobieta, opowiadała te szczegóły pięknemu młodzianowi, którego ubóstwiała.
Księżyc, wznosząc się w górę, rozlewał niepewną jasność w opuszczonych sanktuarjach i pustych dziedzińcach Alhambry. Na kamieniach zarosłych trawą, na ścianach sal, blade jego promienie rysowały koronkę powietrznej architektury, kabłąki sklepień, ruchome cienie tryskających wód oraz drzew kołysanych zefirem. Słowik śpiewał w gałęziach cyprysu, który przebił sklepienie rozpadającego się meczetu, echa zaś powtarzały jego skargi. Aben-Hemet wypisał, przy blasku księżyca, imię Blanki na marmurze sali Dwóch Sióstr: wypisał to imię w głoskach arabskich, iżby podróżnik znalazł jedną więcej tajemnicę do odgadywania w tym pałacu tajemnic.
»Maurze, rzekła Blanka, dość lej okrutnej zabawy, opuśćmy te miejsca. Los mego życia postanowiony jest na zawsze. Zapamiętaj dobrze te słowa: Jeśliś muzułmanem, jestem twą kochanką bez nadziei; jeśliś chrześcijaninem, twą szczęsną małżonką.«
Aben-Hamet odparł: »Chrześcijanko, jestem twoim zrozpaczonym niewolnikiem; muzułmanko, jestem twym chlubnym małżonkiem«.
Zaczem, szlachetni kochankowie opuścili niebezpieczny pałac.
Miłość Blanki rosła z każdym dniem, namiętność zaś Aben-Hameta wzmagała się z tą samą gwałtownością. Był tak szczęśliwy iż Blanka kocha go dla niego samego, iż żadnej postronnej przyczynie nie zawdzięcza uczuć jakie budzi, że nie odsłonił córce diuka de Santa-Fe tajemnicy swego urodzenia. Cieszył się, iż objawi jej swoje znamienite nazwisko dopiero w dniu, w którym ukochana zgodzi się mu oddać rękę. Ale nagle wezwano go do Tunisu: matka jego, dotknięta chorobą bez ratunku, zapragnęła uściskać syna i pobłogosławić przed śmiercią Aben-Hamet zjawił się w pałacu Blanki. „Sułtanko, rzekł, matka moja jest umierająca. Wzywa mnie, abym jej zamknął powieki. Czy zachowasz mi swą miłość?
— Opuszczasz mnie, odparła Blanka, blednąc. Czy ujrzę cię kiedy?
— Pójdź, rzekł Aben-Hemet. Chcę wziąć od ciebie przysięgę, i sam złożyć ci również taką jaką jedynie śmierć zdoła skruszyć. Pójdź ze mną.«
Wychodzą; przybywają na cmentarz, który był niegdyś cmentarzem Maurów. Widać było jeszcze tu i ówdzie żałobne kolumienki, dokoła których rzeźbiarz wyobraził turban; ale później chrześcijanie zastąpili ten turban krzyżem. Aben-Hemet zaprowadził Blankę do stóp tych kolumn.
»Blanko, rzekł, tu Spoczywają moi przodkowie; przysięgam na ich popioły kochać cię aż do dnia, w którym anioł sądu powoła mnie przed trybunał Allaha. Przyrzekam ci nigdy nie oddać serca innej kobiecie, i wziąć cię za małżonkę natychmiast, skoro poznasz święte światło proroka. Co rok, o tej porze, wrócę do Grenady, aby się przekonać czy dochowałaś mi wiary i czy chcesz się wyrzec swoich błędów.
— A ja, odparła Blanka we łzach, będę cię czekała co roku; zachowam, aż do ostatniego tchnienia, wiarę jaką ci poprzysiągłam, i przyjmę cię ze małżonka, skoro Bóg chrześcijański, potężniejszy od twej kochanki, wzruszy twe niewierne serce.«
Aben-Hamet odjeżdża; wiatry unoszą go ku wybrzeżom Afryki; matka właśnie oddała ducha. Płacze po niej, całuje jej trumnę. Miesiące upływają: to błądząc wśród ruin Kartaginy, to siadując na grobie św. Ludwika, wygnany Maur przyzywa dzień, który ma go zawieść do Grenady. Ten dzień wstaje wreszcie: Aben-Hamet siada na okręt, i każe obracać dziób w stronę Malagi. Z jakiemż uniesieniem, z jakąż radością i lękiem zarazem, ujrzał pierwsze cyple Hiszpanji! Czy Blanka oczekuje go na tych wybrzeżach? Czy pamięta jeszcze o biednym Arabie, który nie przestał jej ubóstwiać pod palmą pustyni?
Córka diuka de Santa-Fe nie sprzeniewierzyła się ślubom. Poprosiła ojca, aby ją zawiózł do Malagi. Z wysokości gór okalających niezamieszkałe wybrzeże, ścigała oczami dalekie okręty i pomykające żagle. Podczas burzy, patrzała ze zgrozą na morze wzdęte od wiatrów: lubiła wówczas ginąć w chmurach, narażać się w szalonych wycieczkach, czuć iż kąpią ją te same fale, iż unosi ją ten sam wir, który zagraża życiu Aben-Hameta. Kiedy widziała żałosną mewę, jak muska fale wielkiemi wygiętemi skrzydłami i pomyka ku wybrzeżom Afryki, powierzała jej wszystkie słowa miłości, wszystkie szalone pragnienia, płynące z serca które pożera namiętność.
Jednego dnia, błądząc po piaskach wybrzeża, spostrzegła długą barkę, której wyniosły dziób, pochylony maszt i żagiel łaciński zwiastowały wytwornego ducha Maurów. Blanka biegnie do portu i widzi niebawem barbaryjski statek, bielący falę pianą od szybkości biegu. Jakiś Maur, przybrany we wspaniale szaty, stał wyprostowany na przedzie. Za nim, dwaj niewolnicy trzymali za uzdę arabskiego konia, którego rozdęte nozdrza i rozwiana grzywa zwiastowały ognistą naturę, a zarazem lęk, jaki budził w nim zgiełk fal. Barka nadpływa, zwija żagle, przybija do tamy, obraca się bokiem; Maur wyskakuje na brzeg, który rozbrzmiewa szczękiem jego broni. Niewolnicy wyprowadzają bieguna centkowanego jak lampart, koń rży i skacze z radości czując pod nogami ziemię. Inni niewolnicy wydobywają ostrożnie koszyk, w którym spoczywa gazela, ułożona na posianiu z liści palmowych. Cienkie jej nogi zwinięto i przywiązano do ciała, z obawy aby się nie połamały od wstrząśnień statku; miała naszyjnik z ziarn aloesu; na złotej zaś blaszce, służącej do zespolenia dwóch końców naszyjnika, wyryte było po arabsku imię i talizman.
Blanka poznaje Aben-Hameta; nie śmie się zdradzić w oczach tłumu; oddala się i posyła Dorotę, jedną z dworek, aby uprzedziła Abenseraża, iż oczekuje go w pałacu Maurów. Aben-Hamet przedkładał w tej chwili wielkorządcy swój firman, wypisany lazurowemi literami na kosztownym welinie, a ukryty w woreczku z jedwabiu. Dorota zbliża się i prowadzi szczęśliwego Abenseraża do stóp Blanki. Cóż za radość, skoro oboje upewnili się o swej wierności. Cóż za szczęście ujrzeć się znowu po tak długiem rozłączeniu! Ileż nowych przysiąg wiecznej miłości!
Dwaj czarni niewolnicy przyprowadzają numidyjskiego konia, który, zamiast siodła, miał na grzbiecie jedynie skórę lwa, przymocowaną purpurową wstęgą. Przynoszą następnie gazelę. »Sułtanko, powiada Aben-Hamet, oto koźlę z mojego kraju, prawie tak lekkie, jak ty!« Blanka rozpętuje sama urocze zwierzątko, które zdaje się jej dziękować najsłodszem spojrzeniem. Podczas nieobecności Abenseraża, córka diuka de Santa-Fe nauczyła się po arabsku: z rozczuleniem w oczach wyczytała na szyi gazeli własne imię. Odzyskawszy wolność, zwierzątko zaledwie mogło się utrzymać na tak długo spętanych nogach; położyło się na ziemi i oparło głowę na kolanach pani. Blanka dała jej świeżych daktyli i pieściła to koźlę pustyni, którego delikatna sierć zachowała zapach aloesowych gajów oraz róży tuneteńskiej.
Maur, diuk de Santa-Fe i jego córka udali się razem do Grenady. Dni szczęśliwej pary upływały tak samo jak w zeszłym roku: te same przechadzki, te same żale na widok ojczyzny, ta sama miłość lub raczej miłość wciąż rosnąca, wciąż podzielana; ale też, u obojga kochanków, to samo przywiązanie do religji ojców. »Bądź chrześcijaninem«, mówiła Blanka. »Bądź muzułmanką« powiadał Aben-Hamet, i rozstali się jeszcze raz, nie uległszy namiętności, która ich wzajem ciągnęła ku sobie.
Aben-Hemet zjawił się na trzeci rok, jak te wędrowne ptaki, które miłość sprowadza wiosną w nasze strefy. Nie zastał Blanki na wybrzeżu, ale list ubóstwianej powiadomił wiernego Araba o wyjeździe diuka de Santa-Fe do Madrytu i o przybyciu don Karlosa do Grenady. Don Karlos przybył w towarzystwie francuskiego jeńca, swego przyjaciela. Maur uczuł, iż serce mu się ściska przy czytaniu listu. Ruszył z Malagi do Grenady z najsmutniejszemi przeczuciami. Góry wydały mu się przeraźliwie samotne; po kilka razy odwrócił głowę, aby się przyjrzeć morzu, które dopiero co przebył.
W czasie nieobecności ojca, Blanka nie mogła opuścić brata, którego kochała, brata, który chciał na jej dobro wyzuć się z całego majątku i którego oglądała po siedmiu latach nieobecności. Don Karlos posiadał wspaniałą odwagę i dumę swego narodu: groźny jak zdobywcy Nowego Świata, od których uczył się początków wojennego rzemiosła; nabożny jak hiszpańscy rycerze, którzy pokonali Maurów, żywił w sercu nienawiść dla Niewiernych, dziedziczoną z krwią Cyda.
Tomasz de Lautrec, z dostojnego domu de Foix, w którym uroda kobiet a dzielność mężczyzn uchodzą za rodowy przymiot, był młodszym bratem hrabiny de Foix i dzielnego a nieszczęśliwego Odeta de Foix, pana z Lautrec. Licząc osmnaście lat, Tomasz otrzymał ostrogi rycerskie z rąk Bajarda, podczas tego odwrotu, który kosztował życie rycerza bez trwogi i zmazy. W jakiś czas później, Tomasz, przeszyty ciosami, dostał się do niewoli pod Pawją, broniąc króla-rycerza, który postradał wówczas wszystko, prócz honoru.
Don Karlos de Bivar, świadek dzielności Lautrec’a, kazał otoczyć pieczą rany młodego Francuza, i niebawem wytworzyła się między nimi jedna z owych bohaterskich przyjaźni, których podstawę stanowi szacunek i cnota. Franciszek I wrócił do Francji; ale Karol V zatrzymał innych jeńców. Lautrec miał zaszczyt dzielić niewolę swego króla i spoczywać u jego stóp w więzieniu. Kiedy został w Hiszpanji po odjeździe monarchy, don Karlos wypuścił go na słowo i przywiózł z sobą do Grenady.
Skoro Aben-Hamet zjawił się w pałacu don Rodryga i skoro go wprowadzono do sali, gdzie znajdowała się córka diuka de Santa-Fe, uczuł mękę dotychczas nieznaną. U stóp dony Blanki siedział młody człowiek, który spoglądał na nią milcząc, jak gdyby w zachwyceniu. Ów młody człowiek miał na sobie łosiowe spodnie, oraz kaftan tego samego koloru, objęty pasem, u którego wisiała szpada ozdobiona godłem liji. Z ramion spływał jedwabny płaszcz, na głowie miał kapelusz o niedużej kryzie, przystrojony piórami: koronkowy kołnierz opadał na piersi, nie zasłaniając obnażonej szyi. Czarne jak heban wąsy nadawały twarzy jego łagodnej z natury, męskie i rycerskie wejrzenie. Na szerokich butach, wywiniętych i opadających na nogi, widniały złote ostrogi, oznaka rycerstwa.
Nieco opodal, stał drugi kawaler, opierając się na żelaznym krzyżu miecza: ubrany był podobnie jak tamten, ale wydawał się starszy. Oblicze jego surowe, mimo iż gorące i namiętne, budziło szacunek i obawę. Na płaszczu miał wyhaftowany czerwony krzyż Kalatrawy, wraz z tem godłem: Za nią i za mego króla.
Mimowolny okrzyk wydarł się z ust Blanki, skoro ujrzała Aben-Hameta. »Panowie rycerze, rzekła, oto Niewierny, o którym wam tyle mówiłam, lękajcie się aby nie odniósł zwycięstwa. Abenseraże musieli być podobni jemu, nikt zaś nie przewyższał ich w wierze, odwadze i dworności«.
Don Karlos posunął się naprzeciw Aben-Hameta. »Mości Maurze, rzekł, ojciec i siostra zapoznali mnie z twem imieniem; sądzą, iż pochodzisz ze szlachetnego i dzielnego rodu, ty zaś sam wyróżniłeś się swą dwornością. Niebawem Karol V-ty, mój pan, ma wyruszyć zbrojnie do Tunisu, spotkamy się tedy, mam nadzieję, na polu chwały«.
Aben-Hamet położył rękę na piersiach, usiadł, nic nie mówiąc, na ziemi i pozostał lak z oczyma utkwionemi w Blankę i Lautrece. Francuz, z ciekawością właściwą ludziom tego kraju, podziwiał wspaniałą szalę, lśniącą broń, oraz urodę Maura; Blanka nie zdawała się zakłopotana; cala jej dusza spłynęła w jej oczy: szczera Hiszpanka nie siliła się ukryć tajemnicy serca. Po chwili milczenia, Aben-Hamet wstał i oddalił się. Zdziwiony zachowaniem Maura i spojrzeniami Blanki, Lautrec wyszedł z podejrzeniem które się zmieniło niebawem w pewność.
Don Karlos został sam z siostrą. »Blanko, rzeki, wytłumacz się? Skąd owo wzruszenie, w jakie wprawił cię widok cudzoziemca?
— Bracie, odparła Blanka, kocham Aben-Hameta, i, jeżeli zechce przyjąć chrześcijaństwo, ręka moja należy do niego.
— Jakto! wykrzyknął don Karlos, kochasz Aben-Hameta! córa Biwarów kocha Maura, Niewiernego, wroga któregośmy wygnali z tych pałaców!
— Don Karlosie, odparła Blanka, kocham Aben-Hameta: Aben-Hamet kocha mnie; od trzech lat woli się mnie wyrzec, niżby się miał wyrzec wiary ojców. Szlachectwo, honor, rycerskość, to on cały; ubóstwiać go będę do ostatniego tchnienia.«
Don Karlos zdolen był odczuć całą wielkoduszność postępowania Aben-Hameta, mimo że bolał nad zaślepieniem Niewiernego. »Nieszczęsna Blanko, rzekł, dokąd cię zawiedzie ta miłość? Żywiłem nadzieję, iż Lautrec, mój przyjaciel, zostanie moim bratem.
— Myliłeś się, odparła Blanka: nic mogę kochać tego cudzoziemca. Co się tyczy moich uczuć dla Aben-Hameta, nie jestem z nich winna rachunku nikomu. Chowaj swoje śluby rycerskie, jak ja moje śluby miłości. Wiedz jedynie, na swą pociechę, iż nigdy Blanka nie zostanie żoną niewiernego.
— Nasz ród zniknie zatem z ziemi!... wykrzyknął don Karlos.
— Twoją jest sprawą utrwalić jego życie, rzekła Blanka. Cóż ci zresztą o synów, których nie ujrzysz, i w których wyrodzi się twoja dzielność? Don Karlosie, czuję że jesteśmy ostatni z naszego plemienia; zanadto wybujaliśmy ze zwykłego porządku aby krew nasza mogła zakwitnąć po nas: Cyd był naszym przodkiem, on będzie naszem potomstwem«. I dona Blanka wyszła.
Don Karlos pędzi do Abenseraża. »Maurze, powiada, wyrzecz się mej siostry lub przyjm walkę.
— Czy siostra zleciła ci, odparł Aben-Hamet, żądać ode mnie zwrotu przysiąg, które mi uczyniła?
— Nie, odparł don Karlos, kocha cię więcej niż kiedykolwiek.
— Ha! godny bracie Blanki! wykrzyknął Aben-Hamet, trzebaż mi tedy zawdzięczać twemu rodowi całe moje szczęście! O szczęsny Aben-Hamecie! O błogosławiony dniu! mniemałem, iż Blanka sprzeniewierzyła mi się dla francuskiego rycerza...
— I w tem twoje nieszczęście, wykrzyknął z kolei don Karlos w uniesieniu; Lautrec jest moim przyjacielem, gdyby nie ty, byłby moim brałem. Zapłacisz mi za łzy, któreś wycisnął mej rodzinie.
— Chętnie, odparł Aben-Hamet; ale, mimo iż zrodzony z pokolenia, które może walczyło z twojem, nie jestem rycerzem. Nie widzę tu nikogo, ktoby mi mógł nadać godność pozwalającą ci zmierzyć się ze mną bez poniżenia.«
Don Karlos, uderzony słowami Maura, spojrzał nań z podziwem i wściekłością zarazem. Nagle rzekł: „Ja sam cię będę pasował na rycerza! Jesteś tego godny!«
Aben-Hamet ugiął kolano przed Karlosem, który go uściskał, uderzywszy trzykrotnie po ramieniu płazem miecza; poczem, don Karlos przypasał mu ten sam miecz, który Maur utopi mu może w piersi i takie było starożytne pojęcie honoru.
Obaj skaczą na konie, opuszczają mury Grenady i pędzą ku źródłom Pinu. Pojedynki Maurów i Chrześcijan oddawna uczyniły to źródło sławnem. Tam to Malik Alabes bił się przeciw Ponsowi Leonowi i tam wielki mistrz Kalatrawy zadał śmierć walecznemu Abayadosowi. Można było jeszcze oglądać szczątki oręża tego rycerza, zawieszone na gałęziach jodły, oraz rozpoznać na korze drzewa kilka liter żałobnego napisu. Don Karlos wskazał Abenserażowi grób Abayadosa: »Naśladuj, krzyknął, przykład tego dzielnego poganina, i przyjmij chrzest i śmierć z mojej ręki.«
— Śmierć może, odparł Aben-Hamet: ale niechaj żyje Allah i jego prorok.«
Natychmiast ruszyli w pole i runęli na siebie z furją. Mieli jedynie miecze: Aben-Hamet był mniej sprawny w boju niż don Karlos, ale tęgość jego broni kutej w Damaszku, oraz lotność arabskiego konia dawały mu, mimo to, przewagę nad wrogiem. Wypuścił rumaka na sposób Maurów i szerokie m estrem strzemieniem, nadciął prawą nogę Karlosowego konia ponad kolanem. Zraniony koń zwalił się na ziemię, don Karlos zaś, spieszony tym szczęśliwym ciosem, ruszył na Aben-Hameta z podniesionym mieczem. Aben-Hemet skacze na ziemię i oczekuje nieustraszenie don Karlosa. Odbija pierwsze ciosy Hiszpana, którego miecz kruszy się na damasceńskiej stali. Zawiedziony dwa razy przez los, don Karlos wylewa łzy wściekłości i krzyczy na przeciwnika: »Uderzaj Maurze, uderzaj; bezbronny don Karlos wyzywa cię, ciebie i cale twe niewierne plemię.
— Mogłeś mnie zabić, odparł Abenseraż, ale ja nie miałem zamiaru nawet cię zranić: chciałem ci dowieść jedynie, że jestem godzien zostać twoim bratem oraz sprawić byś nie mógł mną pogardzać.«
W tej chwili, ujrzeli tuman pyłu: Lautrec i Blanka parli dwa feskie bieguny, szybsze od wiatru. Przybywają do źródła Pinu i widzą przerwaną walkę.
»Jestem zwyciężony, rzekł don Karlos, ten rycerz darował mi życie. Lautrec, może ty będziesz szczęśliwszy ode mnie.
— Rany moje, rzekł Lautrec szlachetnym i wdzięcznym głosem, pozwalają mi uchylić się od walki przeciw temu dwornemu rycerzowi. Nie chcę, dodał rumieniąc się, znać przyczyn waszego sporu, oraz przenikać tajemnicy, któraby się może stała dla mnie śmiercią. Niebawem odjazd mój przywróci wam spokój, o ile dona Blanka nie każe mi zostać u swoich stóp.
— Rycerzu, rzekła Blanka, zostaniesz przy moim bracie; będziesz mnie uważał za siostrę. Wszystkie serca tułaj cierpią; nauczysz się od nas znosić niedole życia.«
Blanka chciała skłonić trzech rycerzy aby sobie podali ręce; wszyscy trzej cofnęli się.
»Nienawidzę Aben-Hameta! wykrzyknął don Karlos.
— Zazdroszczę mu, rzeki Lautrec.
— A ja, rzekł Maur, szanuję don Karlosa, współczuję z Lautrecem, ale nie mogę ich kochać.
— Zostańmy wszelako razem, rzekła Blanka, a wcześniej lub później, z szacunku zrodzi się przyjaźń. Niechaj opłakane wydarzenie, które nas tu zgromadziło, będzie na zawsze tajemnicą dla Grenady.«
Od tej chwili, Aben-Hamet stał się tysiąc razy droższy córce diuka de Santa-Fe; miłość kocha się w męstwie; nic nie brakło już Abenserażowi, skoro był dzielny i skoro don Karlos zawdzięczał mu życie. Za radą Blanki, Aben-Hamet przez kilka dni nie pojawił się w pałacu, aby się dać uspokoić wściekłości don Karlosa. Słodkie zarazem i gorzkie uczucia zaległy w duszy Maura; o ile, z jednej strony, świadomość iż ubóstwiana kocha go tak wiernie i gorąco, była dlań niewyczerpanem źródłem rozkoszy, o tyle, z drugiej, pewność iż nie dostąpi nigdy szczęścia bez zaparcia się wiary ojców, przygnębiała go bez miary. Już upłynęło kilka lat, nie przynosząc lekarstwa jego niedolom; czyż tak ma spłynąć cale życie?
Tak tonął w otchłani najbardziej smutnych i tkliwych dumań, kiedy, jednego wieczora, usłyszał dzwonek, wzywający chrześcijan do wieczornej modlitwy. Przyszło mu na myśl, aby wstąpić do świątyni Boga Blanki i poprosić o radę Pana Wszechrzeczy.
Wychodzi z domu, przybywa do bram dawnego meczetu, przemienionego przez Wiernych na kościół. Z sercem wezbranem od smutku i religijnego skupienia wchodzi do świątyni, która była niegdyś świątynią jego Boga i ojczyzny. Modły skończyły się właśnie, nie było w kościele nikogo. Nabożny mrok panował wśród mnogości kolumn, podobnych pniom drzewa w regularnie zasadzonym lesie. Lekka architektura arabska zespoliła się z gotykiem, i, nic nie tracąc ze swej wytworności, nabrała powagi sposobniejszej do rozmyślań. Parę lamp zaledwie że oświecało głębokie sklepienia; ale, przy blasku zapalonych świec, widać było jeszcze blask ołtarza w sanktuarjum: lśnił od złota i drogich kamieni. Hiszpanie pokładają całą chlubę w tem, aby się wyzuwać z bogactw i stroić niemi przedmioty czci; lud nawpół nagi ubóstwia obraz żywego Boga, pomieszczony wśród koronkowych zasłon, sznurów pereł i gron rubinów.
W szerokiem zakolu nie było widać żadnej ławki: marmurowa posadzka, pokrywająca trumny, służyła, tak wielkim jak małym, za miejsce gdzie padają na twarz przed Panem. Aben-Hamet posuwał się zwolna opustoszałą nawą, która brzmiała odgłosem tylko jego kroków. Duch jego bujał między wspomnieniami, które ten dawny przybytek religji Maurów wskrzeszał w jego pamięci, a uczuciami, jakie religja chrześcijan zrodziła w jego sercu. Ujrzał u stóp jakiejś kolumny nieruchomą postać, którą wziął zrazu za posąg nagrobny. Rycerz nie drgnął na odgłos kroków Aben-Hameta, żaden niepokój, żaden zewnętrzny znak życia nie zmąciły głębokiej modlitwy. Miecz leżał przed nim na ziemi; strojny piórami kapelusz spoczywał na marmurze tuż obok: zdawał się jak gdyby zaczarowany w tej postawie. Był to Lautrec: »Ha! rzekł sobie w duchu Maur; ów młody i piękny Francuz błaga niebios o jakowąś znaczną łaskę; ów wojownik, już słynny swą odwagą, wylewa tu serce wobec Władcy niebios jak najpokorniejszy i najniższy z ludzi. Pomódlmy się tedy także do Boga rycerstwa i chwały«.
Aben-Hamet miał, już upaść na podłogę z marmuru, kiedy, przy blasku lampy, spostrzegł arabskie litery i ustęp z Koranu, widne na wpół-opadłym tynku. Wyrzuty zagościły w jego sercu: żywo opuścił budynek, w którym omal się nie sprzeniewierzył religji i ojczyźnie.
Cmentarz, otaczający ów dawny meczet, tworzył jak gdyby ogród zagajony pomarańczami, cyprysami, palmami; zwilżały go dwa źródła; dokoła zaś zamykał go klasztor. Przechodząc pod jednym z portyków, Aben-Hamet ujrzał kobietę, gotującą się wejść do kościoła. Mimo iż była spowita w zasłony, Maur poznał córkę diuka de Santa-Fé; zatrzymał ją i rzekł: »Czy szukasz Lautreca w tej świątyni?
— Zostaw te pospolite zazdrości, odparła Blanka; gdybym cię już nie kochała, powiedziałabym ci; gardziłabym oszukaństwem. Przychodzę tu zmówić pacierz za ciebie; ty jeden jesteś obecnie przedmiotem mych modłów: dla twojej duszy zapominam o własnej. Nie trzeba było upijać mnie trucizną twej miłości, lub też trzeba było zgodzić się służyć Bogu, któremu ja służę. Jesteś źródłem nieszczęść całej mej rodziny; brat cię nienawidzi; ojciec gryzie się w sercu tem, iż wzbraniam się wybrać małżonka. Czy nie widzisz, że zdrowie moje podupada? Spójrz na to schronienie śmierci; czar w niem mieszka! Spocznę w niem niebawem, jeśli nie pokwapisz się przyjąć mej wiary u stóp chrześcijańskiego ołtarza. Walki, jakie przechodzę, podkopują zwolna moje życie; namiętność, jaką budzisz we mnie, nie zdoła wiecznie podtrzymać mego kruchego istnienia: pomyśl, o Maurze — że przemówię do ciebie twoim językiem — iż ogień, który rozpłomienia pochodnię, strawia ją zarazem«.
Blanka weszła do kościoła, zostawiając Aben-Hameta przybitego ostatniemi słowy.
Stało się; Maur się poddaje: wyrzeknie się błędów swej wiary; dość długo już walczył. Obawa o życie Blanki zmogła w sercu Aben-Hameta wszelkie inne uczucie. »Ostatecznie, powiadał sobie, być może, że Bóg chrześcijan jest prawdziwym Bogiem? To pewna, że jest to Bóg szlachetnych dusz, skoro wierzy weń Blanka, don Karlos i Lautrec.«
W tej myśli, Aben-Hamet oczekiwał z niecierpliwością następnego dnia, aby objawić Blance swe postanowienie i zmienić życie smutku i łez w życie radości i szczęścia. Dopiero wieczorem mógł się udać do pałacu diuka de Santa-Fé. Dowiedział się, że Blanka wyjechała z bratem do Heneralify, gdzie Lautrec wyprawiał biesiadę. Aben-Hamet, miotany nowemi podejrzeniami, pędzi w ślady Blanki. Lautrec zarumienił się na widok Maura; co się tyczy don Karlosa, ten przyjął go z zimną grzecznością, poprzez którą wszelako przebijał szacunek.
Lautrec ugaszczał towarzystwo najpiękniejszemi owocami Hiszpanji i Afryki w jednej z sal Heneralify, nazwanej salą rycerską. Sala była dokoła obwieszona wizerunkami książąt i rycerzy, którzy święcili zwycięstwa nad Maurami: Pelasga, Cyda, Gonzalwy z Kordui. Ponad temi portretami wisiał na ścianie miecz ostatniego króla Grenady. Aben-Hamet zdławił w sobie boleść i rzekł jeno jak lew, spoglądając na te obrazy:
»My nie umiemy malować.«
Szlachetny Lautrec, widząc iż oczy Maura zwracają się mimowoli ku mieczowi Boabdyla, rzekł:
»Rycerzu, gdybym był wiedział iż zaszczycisz ucztę swem przybyciem, nie byłbym cię przyjął tutaj. Zwykła to rzecz postradać szpadę: patrzałem na to, jak najdzielniejszy z królów oddal swoją szczęśliwemu wrogowi.
— Och! wykrzyknął Maur, zasłaniając twarz połą szaty, można ją postradać jak Franciszek I; ale jak Boabdyl!...«
Zapadła noc, wniesiono pochodnie; rozmowa potoczyła się innym torem. Obecni poprosili don Karlosa, aby opowiedział odkrycie Meksyku. Prawił o tym nieznanym świecie z przepychem wymowy, wrodzonym Hiszpanom. Opowiadał o nieszczęściach Montezumy, o obyczajach Amerykanów, o cudach kastylskiej dzielności, a nawet o okrucieństwach rodaków, które nie wydzierały z jego ust ani nagany ani pochwały. Opowieści te zachwycały Aben-Hameta, którego arabska krew ujawniała się w namiętności do cudownych historyj. On sam, z kolei, nakreślił obraz ottomańskiego cesarstwa, świeżo ugruntowanego na ruinach Konstantynopolu; westchnął przytem za pierwszem Cesarstwem Mahometa, za szczęśliwym czasem, kiedy koło Naczelnika Wiernych błyszczał Kwiat Piękności, Krzepkie Serce, i ów generał Ganem, niewolnik z miłości.
Lautrec wreszcie odmalował rozkoszliwy dwór Franciszka I, sztuki odradzające się na łonie barbarzyństwa, honor, wiarę, rycerstwo dawnych czasów, zjednoczone z dwornością cywilizowanego wieku, oraz galijskie damy, podnoszące bogactwo strojów ateńskim wykwintem.
Po tych gawędach, Lautrec, chcąc zabawić boginię festynu, wziął gitarę i zaśpiewał romancę, którą ułożył na nutę śpiewaną w górach w jego stronach:[21]

Z jaką dziwną rozkoszą przywykłem
Wracać myślą w me rodzinne strony.
Francjo, kraju dzieciństwa stracony.
Choć w marzeniu ukołysz mnie nikłem.
Ciebie wielbi wygnaniec daleki.
Na wieki...
Jak tam błogo było w tej izdebce.
Gdy igraliśmy u kolan matki!
Czy pamiętasz, siostro, nasze kwiatki.
Czy ci jeszcze jakiś głos nie szepce
Drogich imion, słów-pieszczot minionych.
Z dni onych?

Czy ci czasem serce nic zatłukło,
Gdyś wybiegła wspomnieniem daleko,
Pod te mury zamkowe nad rzeką,
Z mauretańską wieżycą wysmukłą,
Gdzie ze szczytu witał dźwięk śpiżowy
Dzień nowy?

Pomnisz, siostro, jutro kochane,
Jak się marszczy srebrno-modra łuska,
Gdy ją chyża jaskółeczka muska,
Jak się złocą trzciny rozszeptane,
Gdy na toni swą tęczę poloty
Blask zorzy?

O Heleno, stracona przed laty,
Gdzieś ty? wszystko co drogie przepadło!
Próżno wzdycham, i, z twarzą pobladłą,
Wzgórza, drzewa, wspominam i kwiaty;
Tęsknię, kocham cię, kraju daleki,
Na wieki...

Kończąc ostatnią strofkę, Lautrec otarł rękawiczką łzę, którą wycisnęło mu wspomnienie lubej Francji. Aben-Hamet, który, tak samo jak Lautrec, opłakiwał utratę ojczyzny, odczuł żywo żale pięknego jeńca. Gdy go namawiano aby ujął z kolei gitarę, wymówił się, powiadając iż umie tylko jednę romancę, która chrześcijanom nie byłaby zbyt miłą
»Jeżeli to niewierni biadają w niej nad naszemi zwycięstwami, odparł wzgardliwie don Karlos, możesz śpiewać; łzy dozwolone są pobitym.
— Tak, rzekła Blanka, dlatego nasi ojcowie, jęczący niegdyś pod jarzmem Maurów, zostawili nam tyle pieśni.
Aben-Hamet zaśpiewał tedy tę balladę, której nauczył się od poety z plemienia Abenserażów:

Król Juan z konia
Spojrzał na błonia
Przez kwietny łan:
Olśnił mu oczy
Blask przeuroczy
Różowych ścian.
Grenado! wyrzekł,
Żyjmy już w parę:
Małżeńską wiarę
Otom ci przyrzekł.

Szczęście me z tobą.
Ziem tych ozdobo!
Serce ci dam;
A w lenno schylę
Kadyks, Sewilę,
Strat twoich bram.
W pałacach naszą
Miłość przechowuj,
Róże i powój
Niech nas opaszą.“

Na to Grenada:
„Indziej, powiada,
Skieruj swój bieg!
Jam poślubiona
Już, Maura żona,
Po wieków wiek.

Cóż mi twe wiano?
Skarby mam własne,
Ogrody krasne,
Dziatwę kochaną“.

Te rzekłaś słowa.
Przysiąc gotowa
Na wieczny ślub.
Kłamna przysięga!
Prysła potęga,
Wśród czaru prób.
Wyznawca krzyża
Dzierży tu straże.
Ród wasz poniża.
Abenseraże!

Z dalekich lądów
Tabor wielbłądów
Nie dąży już;
Ni dla ochłody
Pątnik twej wody
Zaczerpnie w kruż.
Wyznawca krzyża
Dzierży tu straże.
Ród wasz poniża,
Abenseraże!

O, sny promienne,
Fontanny senne,
W tęczanych mgłach!
Przebarwny, ludny
Rynek, i cudny
Alhambry gmach!
Wyznawca krzyża
Dzierży tu straże,
Ród wasz poniża.
Abenseraże!

Szczerość tych skarg wzruszyła nawet pysznego don Karlosa, mimo przekleństw mieconych przeciw chrześcijanom. Rad byłby, aby jego samego uwolniono od piosenki; ale, przez grzeczność dla Lautreca, rozumiał iż trzeba ustąpić jego prośbom. Aben-Hamet wręczył gitarę bratu Blanki, który uczcił zwycięstwa Cyda, swego wielkiego przodka:

Odjeżdżać gotów ku brzegom Maroku,
Cyd uzbrojony, już w łunach puklerza,
U stóp Chimeny z gitarą u boku.
Tak sławił honor i miłość rycerza:

„Chimena rzekła: „idź walczyć z Maurami,
Bo temu tylko ma dusza zawierza,
Kto czci rycerskiej słabością nie splami —
Świętszy jest honor nad miłość rycerza“.

Już błyszczy w słońcu mój szyszak i dzida.
Serce niezłomne pod zbroją uderza.
W bitewnem polu zabrzmi okrzyk Cyda:
Niech żyje honor i miłość rycerza.

Szanując wroga, w natchnieniu wspaniałem,
Maur tą romancą rozdzwoni wybrzeża,
Pieśń ta Hiszpanji kraj obleci szalem,
Sławiąca honor i miłość rycerza.

Rodacy moi snuć będą w zachwycie
Długie powieści w mrokach odwieczerza,
O tym Niezłomnym, co przeniósł nad życie
Boga i honor i miłość rycerza.“

Kiedy don Karlos śpiewał te strofy męskim i dźwięcznym głosem, zdawał się tak wspaniały, iż łacno wzięłoby się go za samego Cyda. Lautrec podzielał wojenny zapal przyjaciela; Maura natomiast przyprawiło imię Cyda o bladość.
»Rycerz ten, rzeki, którego chrześcijanie nazywają Kwiatem Bitew, nosi u nas miano Okrutnego. Gdybyż szlachetność jego równa była dzielności!...
— Szlachetność, przerwał żywo don Karlos, przewyższała jeszcze jego męstwo: jedynie Maurowie zdolni są spotwarzać bohatera, któremu ród mój zawdzięcza życie.
— Co mówisz? wykrzyknął Aben-Hamet, zrywając się z siedzenia na którem spoczywał wpół-leżący. Cyd liczy się do twoich przodków?
— Krew jego płynie w moich żyłach, odparł don Karlos, i czuję, iż wiodę się z tej szlachetnej krwi, po nienawiści jaka plonie w mem sercu do nieprzyjaciół prawdziwego Boga.
— Zatem, rzekł Aben-Hamet, spoglądając na Blankę, jesteś z tych Biwarów, którzy, po zdobyciu Grenady, wtargnęli do domów nieszczęsnych Abenserażów i zadali śmierć staremu rycerzowi tego miana, silącemu się bronić grobu ojców!
— Maurze! wykrzyknął don Karlos, rozpłomieniony gniewem, wiedz że ja nie pozwolę brać się na spytki. Jeżeli dzierżę dzisiaj łupy po Abenserażach, przodkowie moi nabyli je za cenę własnej krwi i zawdzięczają je tylko swemu mieczowi.
— Jeszcze jedno słowo, rzekł Aben-Hamet coraz bardziej wzruszony. Nie wiedzieliśmy tam na wygnaniu, że Biwarowie noszą tytuł de Santa-Fé, i to stało się przyczyną mej omyłki.
— Właśnie, odparł don Karlos, temuż samemu Biwarowi, zwycięzcy Abenserażów, król Ferdynand katolicki nadał ten tytuł.«
Głowa Aben-Hameta obwisła na łono: stal nieruchomy pośród don Karlosa, Lautreca i Blanki, patrzących nań w zdumieniu. Dwa strumienie łez popłynęły z jego oczu na puginał, umocowany u pasa.
»Darujcie, rzekł; mężczyźni, wiem o tem, nie powinni wylewać łez: odtąd już nikt nie ujrzy ich w moich oczach, mimo iż wiele czeka mnie płakania: posłuchajcie.
»Blanko, miłość moja dla ciebie równa jest żarowi palących wiatrów Arabji. Czułem się zwyciężony, nie moglem już żyć bez ciebie. Wczoraj, widok tego francuskiego rycerza, modlącego się, słowa twoje na cmentarzu koło świątyni obudziły we mnie postanowienie uznania twego Boga i poświęcenia ci mej wiary.«
Drgnienie radości ze strony Blanki, zdumienie ze strony don Karlosa przerwało Aben-Hametowi; Lautrec ukrył twarz w dłoniach. Maur odgadł jego myśl, i, potrząsając głową, z rozdzierającym uśmiechem rzekł:
„Kawalerze, nie trać wszelkiej nadziei; a ty, Blanko, zapłacz: na zawsze po ostatnim z Abenserażów!“
Blanka, don Karlos, Lautrec podnieśli wszyscy troje ręce do nieba i wykrzyknęli:
— Ostatni z Abenserażów!
Nastaje milczenie; lęk, nadzieja, nienawiść, miłość, zdumienie, zazdrość poruszają wszystkie serca; niebawem, Blanka pada na kolana:
— Miłosierny Boże! rzekła, usprawiedliwiasz mój wybór! mogłam pokochać jedynie potomka bohaterów!
— Siostro, wykrzyknął don Karlos gniewny, pomnij, że mówisz to wobec Lautreca.
— Don Karlosie, rzeki Aben-Hamet, pohamuj gniew; do mnie należy wrócić wam spokój.
Zaczem, zwracając się do Blanki, która usiadła zpowrotem:
— Huryso niebios, Geniuszu miłości i piękności, Aben-Hamet będzie twym niewolnikiem aż do ostatniego tchnienia; ale poznaj cały bezmiar jego nieszczęścia. Starzec, który padł z ręki twego przodka, broniąc swego ogniska, był ojcem mego ojca; dowiedz się jeszcze jednej tajemnicy, którą ci ukryłem, lub raczej o której zapomniałem przy tobie. Skoro przybyłem po raz pierwszy odwiedzić tę smutną ojczyznę, zamiarem mym było zwłaszcza odszukać jakiegoś potomka Biwarów, któryby mógł mi zapłacić za krew, wytoczoną z żył moich ojców.
— A więc, rzekła Blanka głosem bolesnym, ale w którym dźwięczał hart wielkiej duszy, jaki powziąłeś zamiar?
— Jedyny, który jest godny ciebie, odparł Aben-Hamet; zwrócić ci śluby, spłacić wiekuistą rozłąką i śmiercią moją to, co winni jesteśmy oboje nienawiści naszych bogów, krajów i rodzin. Gdyby kiedykolwiek obraz mój zatarł się w twojem sercu! gdyby czas, który niweczy wszystko, uniósł z twego serca wspomnienie Aben-Hameta... ten rycerz francuski... Winna jesteś tę ofiarę bratu.
Lautrec zrywa się gwałtownie i pada w ramiona Maura.
— Aben-Hamecie! wola, nie sądź iż mnie zwyciężysz szlachetnością; jestem Francuzem, Bajard pasował mnie na rycerza; przelałem krew za mego króla; będę, jak mój chrzestny i jak mój król, bez trwogi i zmazy. Jeżeli zostaniesz między nami, błagam don Karlosa, aby ci oddał rękę siostry; jeżeli opuścisz Grenadę, nigdy wyznaniem miłości nie zamącę spokoju twej ukochanej. Nie uniesiesz na wygnanie złowrogiej myśli, że Lautrec, nieczuły na twą szlachetność, stara się korzystać z twego nieszczęścia.
I młody rycerz przyciskał Maura do łona, z żarem i żywością szczerego Francuza.
»Rycerze, rzekł z kolei Karlos, spodziewałem się tego po waszych dostojnych rodach. Aben-Hamecie, po jakiem znamieniu mogę rozpoznać w tobie ostatniego z Abenserażów?
— Po mojem postępowaniu, odparł Aben-Hamet.
— Podziwiam je, odparł Hiszpan, ale nim się wytłumaczę, pokaż mi jakiś znak twego urodzenia.«
Aben-Hamet wydobył z zanadrza dziedziczny pierścień Abenserażów, który nosił zawieszony na złotym łańcuchu.
Na ten znak, don Karlos podał rękę nieszczęśliwemu Aben-Hametowi.
»Rycerzu, rzekł, uważam cię za rzetelnego człowieka i prawdziwego syna królów. Zaszczyt czynisz mi zamiarami twemi wobec naszej rodziny: przyjmuję walkę, której przybyłeś szukać potajemnie. Jeżeli padnę, wszystko moje dobro, niegdyś twoje, przejdzie wiernie w twoje ręce. Jeżeli wyrzekasz się zamiaru walki, przyjm z kolei to, coć ofiaruję: zostań chrześcijaninem i bierz rękę siostry, o którą oto Lautrec prosi! dla ciebie.«
Pokusa była wielka, ale nie ponad siły Aben-Hameta. O ile miłość w całej swej potędze odzywała się w sercu Abenseraża, z drugiej strony zgrozę budziła w nim myśl o zespoleniu krwi prześladowców z krwią prześladowanych. Zdawało mu się, że widzi cień przodka, wychodzący z grobu i wyrzucający mu świętokradzki związek. Przeszyty bólem, Aben-Hamet wykrzyknął:
»Ha! trzebaż abym tu spotkał tyle wzniosłych dusz, tyle szlachetnych charakterów, iżbym lepiej uczuł to co tracę! Niechaj Blanka wyda wyrok; niechaj powie, co trzeba mi uczynić, aby się stać godniejszym jej miłości.«
Blanka krzyknęła:
— Wróć na pustynię! i padła zemdlona.
Aben-Hamet pochylił się ze czcią większą niż dla bóstwa, i wyszedł, nie mówiąc słowa. Tej samej nocy, odjechał do Malagi i wsiadł na stalek płynący do Oranu. Napotkał koło tego miasta karawanę, która co trzy lata wyrusza z Maroko, przebywa Afrykę, udaje się do Egiptu i łączy się w Yemen z karawaną, idącą do Mekki. Aben-Hamet przyłączył się do pielgrzymów.
Blanka, której dniom groziło zrazu niebezpieczeństwo, wróciła do życia. Lautrec, wierny słowu jakie dał Maurowi, oddalił się i nigdy słowo jego miłości ani bólu nie zmąciło melancholji córki diuka de Santa-Fé. Co roku, Blanka udawała się w góry Malagi w porze kiedy ukochany jej zwykł był wracać z Afryki; siadała na skałach, spoglądała na morze, na dalekie okręty, poczem wracała do Grenady; resztę dni spędzała w ruinach Alhambry. Nic skarżyła się, nie płakała; nie mówiła nigdy o Aben-Hamecie: obcy wziąłby ją za osobę szczęśliwą. Przeżyła całą swą rodzinę. Ojciec jej umarł ze zgryzoty, don Karlos zginął w pojedynku, w którym Lautrec służył mu za świadka. Nigdy nie doszła tu żadna wieść o losach Aben-Hameta.
Tuż u bram Tunisu, na drodze która wiedzie do ruin Kartaginy, znajduje się cmentarz: pod palmą, w zakątku tego cmentarza, pokazywano mi grób, noszący miano grobu ostatniego z Abenserażów. Nie odznacza się niczem szczególnem; kamień na grobie jest zupełnie gładki: jedynie, wedle obyczaju Maurów, wyżłobiono w pośrodku tego kamienia lekkie zagłębienie dłótem. Woda deszczowa zbiera się na dnie tej żałobnej czary, i służy, w tym palącym klimacie, do ugaszenia pragnienia niebieskich ptaków.




Przypisy

  1. Bieg myśli, jaki nasunęły Chateaubriandowi okrucieństwa rewolucji, pokrewny jest z ideologją bolszewizmu zawartą w utworze Rostworowskiego Miłosierdzie. „Postęp nie istnieje, nie warto robić rewolucyj, pragnienie poprawy losu jest złudą, historja kręci się ciągle w kółko.“ A przyszłość? Później ujrzy ją Chateaubriand w religji; obecnie odpowiada: „Nie wiem; to co widzę w historji, to karuzel barbarzyństwa i szaleństwa. Zapewne będzie tak zawsze.“
  2. O ile nie zechcemy wciągnąć w jej obręb tego ogromu przejmującej niesamowitej poezji, jaka bucha z Myśli Pascala.
  3. Pragmatyści, „Zdrój“, Sierpień 1920.
  4. Nie zapominam, iż pomiędzy Roussem a Chateaubriandem był Goethe; ale Goethe zaczął przenikać do Francji aż znacznie później, i to w dość ograniczonym zakresie, dla obcości języka.
  5. „Harmonijny głos“.
  6. Starcy lub rajcy.
  7. Maj.
  8. 73 lat.
  9. Bóg wojny.
  10. Instrument muzyczny dzikich.
  11. Wódka.
  12. Ku północy.
  13. Obuwie indyjskie.
  14. Rodzaj dębu zawsze zielonego.
  15. Lipiec.
  16. Ojciec Aubry uczynił tak jak jezuici w Chinach, którzy pozwalali Chińczykom grzebać rodziców w swoich ogródkach, wedle dawnego zwyczaju.
  17. Irokezi.
  18. W Londynie za White-Hall posąg Karola II-go.
  19. Ludwik XIV.
  20. Wieże jednego z pałaców Grenady.
  21. Przekład wszystkich trzech ballad jest pióra Edwarda Lenczyńskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Tadeusz Boy-Żeleński, François-René de Chateaubriand i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.