Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego (Julia Dickstein-Wieleżyńska)/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mieczysław Romanowski
Julia Dickstein-Wieleżyńska (słowo wstępne)
Tytuł Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego
Redaktor Julia Dickstein-Wieleżyńska
Wydawca Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Data wydania 1913
Drukarz Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WYBÓR POEZYI
MIECZYSŁAWA ROMANOWSKIEGO
UKŁAD I SŁOWO WSTĘPNE
JULII DICKSTEINÓWNY
Tom I




SPIS RZECZY:


Str.
 11
 12
 23
 24
 28
 44
 45
 49
 53
 62
 63
 72
 74
 76
 94
 97
 101
 109
 112
 117
 123
 127
 132
 176
 181




Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów-logo (1914).jpg




WARSZAWA
NAKŁAD I DRUK TOW. AKC. S. ORGELBRANDA S-ÓW
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI E. WENDE i SPÓŁKA
H. ALTENBERG — LWÓW






MIECZYSŁAW ROMANOWSKI.

W czarną burzową noc, w noc okropności mściwą, po dniu haraczu i klęski, wybiega na pobojowisko, trupów pełne, Roza Weneda.
Nieulękła snuje się wśród zwłok poległych rycerzy, z czerwoną pochodnią, ona ostatnia, która została żywa — idzie i zakocha się w rycerzy popiołach, aby ją zapłodniły popioły. Płynie w ciemność i strach nieszczęśliwa wróżka ludu, bo wie, że, kto konając, w nią uwierzy, skona spokojny. Ona go „zemści lepiej od ognia wojny“,

Lepiej niż sto tysięcy wroga,
Lepiej od Boga...

Ta królewna Wenedów, płomienna jak wąż błyskawicy, a srebrna jak promień miesiąca, to dusza polska, — i ona ostatnia, która została żywa. I ona węzłem życia swego splata tajemnie przeszłość z przyszłością. Królewna-dusza strzaskanego plemienia, — której zadaniem przyszłość budować i w przyszłość się nieść, — spieszy na mistyczny ślub swój z popiołami, aby i z niej także król-duch się narodził.

A swatami będą dęby z płomieniem na czołach,
A łożem ślubnem będzie stos rycerzy.
(Prolog z Lilli Wenedy).

Bo dzień wczorajszy, zachodząc, zostawił na niebie smugę światła złocistą. To polska poezya. Nie płomień wspomnień skrzy się w jej pierścieniu, ale znicz nadziei, o który dziś zapalić jeszcze można dużo czerwonych pochodni na wędrówkę w przyszłość.
Ślub ideologii dnia dzisiejszego z natchnieniem wczorajszego wieczoru to wielkie misteryum bytu naszego i kultury: myśl nieulękła, strzelista — gdyż tylko przed taką tylko przed nie znającą półśródków, rozsuną się baryery przyszłości — i kochanie z wielkich dni wzlotów i natchnień. Albowiem polski romantyzm, jedyny na świecie, nie skończył się z dniem swego zgonu. Do dziś jest składnikiem duszy zbiorowej, duszy całego plemienia, krąży niby krew w duchowym Polski organizmie. Jak niewidzialna pajęcza zasłona łagodzi ostrość rzeczywistych kształtów, jak płomień lampy legendowej lśni krwawo przed posągiem bohaterstwa, na sercach znużonych kładzie się pieściwem dotknięciem marzenia, a nawet w buncie myśli wystudzonej przeciw mgławicom jeszcze świadectwo daje faktowi, że w duszy polskiej był i jest romantyzm.
Bo też poezya polska międzypowstaniowa to najszersze zatoczenie i myśli i uczuć, na jakie kiedybądź stać było nasz naród, najpromienniejsza synteza przeciwieństw. Przeszłość i przyszłość; ojczyzna i braterstwo ludów, wykwitające wysoko ponad wyłączną miłość jednego narodu; myśl i uczucie, zlane w jeden akord idei mesyanicznej, która rodziła i myślicieli i poetów; kult kształtów minionych i pełne zapału kucie nowych, nieznanych; poetyczne marzenie, pełne wzgardy dla ziemi, i czyn konkretny na twardym granicie rzeczywistości; zemsta, nienawiścią dysząca, i cicha, anielska ofiara bez łzy. A wszystko się splata na skarbnicę bezcenną, barwi jak ogród zaczarowany, gdzie kwiatów myśli i owoców czynu, dziś jeszcze żywych, pełno. Europie szła jutrznia dnia nowego przez wiedzę, przez systemy, przez abstrakcye; Polsce spłynął nowy katechizm przez wieszcze usta. Dzień życia, rzeczywistość, dziś u nas ledwie dogania dale, osiągnięte przez poezyę; orna rola teraz dopiero zakwita złotym kłosem prawd, które lśniły się w kwieciu romantycznych ogrodów. Więc spojrzenie myśli, choćby najbardziej jutra spragnionej, ku kwietnikom romantyzmu, więc ślub ideologii najbardziej młodzieńczej z wczorajszem natchnieniem nie jest cofaniem się, jest pozostaniem na wysokości dnia, jest przyrostem krzepkości, jaką daje miłość.
Lecz romantyzm polski jeden jeszcze posiada rys, jakiego nie ma żaden inny na świecie. W nim tkwi rozwiązanie zagadnienia śmierci i życia. Doprowadza tam, gdzie wielki wysiłek ducha rzuca most pojednania ponad czeluścią życia i zgonu, gdzie zalega czysta sfera ducha, urągająca dwudziałowi na życie i martwotę. On sam jest wielką zagadką życia w śmierci i śmierci w życiu. By się narodził, musiała go ubiedz śmierć. I więcej. Na jego zagonach posiano całą filozofię życia i śmierci. Zrodzony ze zgonu, kazał umierać, aby módz żyć. Był wołaniem z za grobu o życie, a sam miał cudowną siłę wskrzeszenia tego, co poległo. Jeśli był rzecznikiem myśli teoretycznej, kazał umierać ofiarnie, umierać co minuta, aby w każdej chwili stać u progu martwoty w pełnej zbroi życia. Jeżeli był motorem czynów na arenie rzeczywistości, w prostej konsekwencyi swojej wiódł na pole bitwy. Ideałem jego było myślą i czynem ogarniać świat od końca do końca, a prostą dróżką życiową trafić w ogień walki.
I jeżeli wielcy pieśniarze byli heroldami myśli romantycznej, jeden, mniejszy znacznie, lecz duszą niemniej od tamtych rozpalony, podjął się strony drugiej: był owym żołnierzem romantyzmu, ginącym zgodnie z wieszczym nakazem. I to jest jego stanowisko osobnicze w romantycznym zespole. Jeżeli patrzymy nań z widowni naszej poezyi, to w tem tkwi rola, która mu przypadła. Był zamknięciem rapsodu romantycznego przez to, że, — co wieścili inni, — on spełnił krwią. Oni byli posłannikami przed czynem, on był pieczęcią na dziele spełnionem. Był łukiem tęczy, która od wyżyn natchnienia sprowadziła ideę polską ku rozłogom rzeczywistości.
Inną ma cenę Romanowski, gdy nań spojrzymy od strony kategoryj twórczych. Są zjawiska artystyczne, które błyskają przelotem, jak zabłąkany promień słońca w dzień słoty, przesuną niebem bez szelestu i zgasną. Są twórcy, za którymi wlecze się cień grobu, a z nim poczucie tymczasowości własnej, „My jak ptaki na wędrówce: dziś tu, jutro na placówce“. Jest w ich zbrataniu się ze śmiercią majestatyczny tragizm, ale i na wyżynach tragizmu niezrozumiała dla nizin pogoda. Oblubieńcom swoim śmierć nie kryje tajni zaglobowych, ich dusze bez lęku żeglują po czarnych nurtach wieczności.
Takim oblubieńcem śmierci został i Romanowski. Lecz on nie sięgnął myślą w jej otchłanie, jak nie sięgnął w głębie tajne romantyzmu. Jak tam w prostocie dziecięcej podjął się spełnić misyę pieśniarzy, tak tu z prostotą, jako twórca, przyjął świadomość przedwczesnego zgonu. Skuł katechizm romantyczny z przeznaczeniem własnem i to mu dało pewność i odwagę. Bo nie chorobą, nie słabością objawiła mu się śmierć: przyszła doń od ducha, od życia, od miłości, której poświęcił swoją lutnię, i oznajmiła mu, że ma poświęcić i życie. Piękna, smutna dziewica spłynęła do niego wraz ze zmierzchem letniego w górach wieczoru, a on nie przejrzał na razie kto ona, lecz uczuł w tej chwili, że wzięła mu serce. Kochankowie, on — młodzieńczy bard w żołnierskim płaszczu, ona — zwiewna, biała, z twarzą greckiej dziewicy, zmówili się niegdyś, wiosennego ranka, gdy podnosiła się ze snu polska, tyle przez niego miłowana ziemia, zejść się na ślub w miłości. I dotrzymali przyrzeczeń oboje, tylko dziewica biała wzięła go sobie bezpowrotnie, zagarnęła wyłącznie, odejmując tym, którzy go kochali i którzy tyle jeszcze oczekiwali po nim...


∗             ∗

Mieczysław Romanowski przyszedł na świat w roku 1834, w Galicyi wschodniej, blizko Kołomyi, w majątku Żukowie, który dzierżawili jego rodzice. Rodzeństwa miał kilkoro, wszystkich starszych od siebie. Z nich wspomina w poezyi siostrę, która go, rozbudzonego jak widać wcześnie chłopca, piosenkami swemi rozmarzała lub cieszyła. Dwie miał miłości od dziecięctwa przyszły autor Popiela, niby symbol losu swojego i zgonu: pieśń, której pierwszem wcieleniem był śpiew siostry, oraz stary kord ojca, wiszący na ścianie. Czyżby czuł, od piosenek biegnąc dosiąść raźnego bułanka, że przyjdzie mu kiedyś i walczyć i śpiewać?
Na razie chyba nie w przyszłość patrzyła myśl, rozogniona przez dumkę dziewczęcą i szablę ojcowską. Nie wiedzieli pewnie rodzice

że mu do głowy
Już płynie marzeń rój złoty;
Że kiedy uśnie, śnią mu się męże
Skrzydlaci, niby anieli,
W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,
Odziani w skrwawionej bieli.

Fala tęsknoty niosła go wstecz, ku czasom dokonanym, ku wspomnieniom zagasłym, ku kurhanom, drzemiącym w dalach stepowych, w przeszłość świetną, rycerską, pełną chwały, zamętu, otoczoną aureolą bohaterstwa, dziś ścichłą, nadwiewającą tylko z wiatrem wieczoru ku tym, których dusza pała... Młodziutki marzyciel ukochał przeszłość Polski i wcześnie pewnie dusza chłopięca drgnęła pragnieniem, aby dorównać tym, którzy śpią pod kurhanami. Wskrzesić to, co martwe legło, miłością serca płonącego ocucić zmrożony sławy kwiat! Z przeszłością spłynęła się w sercu przyszłość. Zrazu przyszłość własna: czyny wielkie, bohaterstwo, zmartwychwstałe; a za nią i przyszłość tej której duch sieroco witał go u mogił.
Zrealizowanie marzeń nadeszło niebawem. Był uczniem klasy czwartej w gimnazyum stanisławowskiem, kiedy z wiosną narodów dreszcz nadziei przeszedł po duszach polskich. Rok 48-my obudził z drętwoty Galicyę, zakołysały się myśli, zabiły serca, ręce sięgnęły po broń. Młodziutki uczeń wybiegł ze szkoły, piechotą ze Stanisławowa rzucił się ku wiosce rodzinnej, u nóg rodzicom leżał, zaklinał i płakał, póki nie wybłagał pozwolenia, by iść do szeregu. Rozwiały się rychło wiośniane marzenia, stopniały poczynania wojenne pod wrogim tchem wypadków, — czternastoletni żołnierzyk powrócił na ławę szkolną.
W roku 52-im widzimy go we Lwowie jako studenta prawa. Tak życzył sobie ojciec. Syn inne miał pragnienia, ale usłuchał. Tu, we Lwowie (r. 1853), po raz pierwszy nieśmiało uderzy w struny lutni swojej i z rzewną radością przyzna, że świat mu wtedy stanie się jaśniejszy, że go opłynie nadziemska rozkosz, a wieniec przyjaciół serce mu otoczy. Szczęśliwe były lata lwowskie, najpierw wśród studyów, potem przy zawodowej pracy w bibliotece. Ale poczucie obowiązku położyło im tamę. Postanowił wycofać się na wieś, wrócił do Żukowa i ojcu w gospodarstwie stanął do pomocy. Ofiara była ciężka. Wyrwany z pośród przyjaciół, odcięty od pracy twórczej, zmuszony do zajęcia, nie odpowiadającego zamiłowaniom jego i naturze, czuł się młody poeta przygnębiony i nieszczęśliwy. Zrozumieli rodzice i zwolnili z ofiary. W r. 60-tym widzimy znowu Romanowskiego we Lwowie. Dostaje posadę skryptora w bibliotece Ossolińskich i wciąga się na dobre do pracy piśmienniczej. Wkrótce zostaje członkiem redakcyi „Dziennika Literackiego“. Ma przed sobą dwa lata życia... dwa lata swobody rozwoju sił, dwa lata na rozpostarcie skrzydeł.
Ale pierwsza bez troski radość twórcza już dawno znikła mu z czoła, do zapału czynów przybywa struna nowa — smutek. Czemu? Czyżby znowu Byron zawinił, on, który tylu pieśniarzom Polakom śćmił jasny blask słońca przed młodzieńczem okiem, który zasępił niejedno pogodne, bez zmarszczek czoło? Zapewne, Byron i Romanowskiemu dolał żółci do napoju życia, ale nie on jeden i nie on przedewszystkiem. Byronizm, jeśli w nim był, szedł od literatury, nie od przeżyć własnych. On był prosty i czysty, najczystszy, pełen zaparcia; on jadem nie pluł na ludzi, — on kochał. Więc źle mu było, bo czuł za gorąco, bo zamiast z chłostą, szedł do bliźnich z sercem. Chciał, by kochali jak on i szli na służbę, jak on się zaciągnął w chłopięcej jeszcze miłości. A gdy zobaczył, że ich wołanie serdeczne nie wzruszy, postanowił oddać im siebie całego, iść na ofiarę, byle zrozumieli...
Powietrze było ciężkie i gniotące, noce czarne, bez gwiazd, dnie duszne, bez przewiewu. I może ten młody duch, który o ogrójcową czarę modlił się do Ojca w niebiosach, który chłonął wonie mistyczne polskiej pieśni, może on pierwszy przejrzał, że dziś ratunek jedyny to pioruny. Poczuł, że burza przyjdzie, bo przyjść musi, i zaczął rwać się do niej, tęsknić, modlić się o nią i wypatrywać jej co dnia goręcej. I przejrzał, że jest jako ów ptak, który zjawia się na niebie chmurnem i wieści błyskawice, że „przedburzowcem“ jest na polskiem niebie. Znalazł cel święty na krótkie dni swoje. Bo wiedział już zdawna, że on, przedburzowiec-ptak, w pioruny pójdzie i zginie.
Nie przeżyć mu godzin, po których błyśnie nowe zorze...
I cichy smutek w dwugłos się niesie z burzową melodyą. Duma wybrańca w akord się spaja z tkliwym żalem ziemi. Ale nad chórem tronuje głos burzy, pragnienie dzikiej melodyi gromowej, namiętność krwawych łun błyskawicy. Burza to oś jego myśli, jego uczuć, jego pieśni. Burza jako czynnik oczyszczający trakt dziejowy, jako deszcz dobroczynny na wysuszoną rolę człowieczeństwa. I burza jako zbawienie dla tego kraju, jako wyzwoliny z duchowej męczarni. I burza jako żywioł pieśniarza i jako melodya, przy której ranny żołnierz ku mogile się pochyli. Burza, zawsze burza...
Życie Romanowskiego staje się gorączką. Jak płomień snuje się wśród drzemiących, jak warta wiecznie czujna staje nocami w śpiących duchów taborze. I bywają chwile, i w takich nocach troski i natchnienia nieledwie czuje ukryty puls świata, że posłannictwo unosi go na skrzydłach, często bólem naddartych, aż do niebieskich tronów. A rano, wzmożony, biegnie znów do pracy. Raźny „wstępuje do wieśniaczych chat, uczucia budzić nieznane“, idzie do chłopów jako brat ich, Żuczek, i „zapala światło pod ubogą strzechą“. Romanowski jest jednym z pierwszych naszych ludowców, z tych, którzy nie tylko czuli konieczność zdobycia nizin dla sprawy narodowej, nie tylko z agitacyą szli, ale którzy lud jako przyszłość narodu, jako narodu zdrowie i czystość kochali. Był demokratą w pełnem słowa znaczeniu, był jak na czasy swoje radykałem, a miłość kraju była dlań tęczą z miłości ku wszystkim cierpiącym i wzgardzonym, była rękojmią braterstwa dla ludów, czci dla swobody wszystkich istot żywych. Serce jego kochało i nie robiło wyjątków w miłości, czy to był ruski chłop pod Karpatami, czy zacny rabin warszawski, z nad ksiąg talmudu tkliwe podnoszący spojrzenie ku murom walczącej o wolność stolicy.
Na dniach czynu i nocach natchnienia czas mknął bez litości. Miał jasną świadomość, że mu śpieszyć trzeba. Ale zdążył. Gdy „po chmur czarnym pergaminie zadrgało złote pismo, wstał i wzleciał życiem płomieni“. O świcie dnia czynu poszedł ku młodym głos jego donośny, niemal głos rozkazu: „W górę dłonie. — Już czas!!“


∗             ∗

Majestatycznym hymnem wita godzinę dopełnień:

Chwała Panu, idzie ku nam w chwale,
Utęsknione serce go przeczuwa,
Drży przyroda, niebo się zasuwa;
Anioł spuścił na dół zbrodni szalę,
Sprawiedliwy idzie ku nam w chwale.

Pierwszym odruchem na wieść o zaczętej walce rzuca się ku granicy. Na ręce brata Emeryka śle pożegnanie do Żukowa. Krótkie, zwięzłe a męstwem przeświecone słowa, przy których nie zadrżała mu ręka, — znał zdawna swój los... „Ruszamy..... Przygotuj na to rodziców! Czytając ten list, zrób krzyż, Emeryku, a dobry anioł, gdziekolwiek będę, zaniesie ten krzyż na głowę twojego brata“.

Wyprawa skończyła się niepowodzeniem. Straż pograniczna austryacka wpadła na trop i Romanowski znalazł się w więzieniu. Straszne być musiały te tygodnie przymusowej bezczynności naszemu orlęciu w klatce, gdy tam już dzwonił zegar na dziejowy czyn. Wypuszczony (w początkach marca 63) wpadł jeszcze do Żukowa po błogosławieństwo rodziców. Widzieli wtedy syna po raz ostatni. W parę dni później już był po drugiej stronie kordonu jako żołnierz lelewelowskiego oddziału. Marzenia lat spełniły się. Strzaskaną w chwili poświęcenia lutnię miecz zastąpił. W józefowskiej potyczce dostał ranę śmiertelną w czoło. Był wtedy jasny kwietniowy dzień. Ciepły podmuch wiosenny niósł słodki dreszcz życia ocknionej przyrodzie i walczącej ziemi. Lecz na niego chłodem kładł się cień mogilny.

I zesiedli wojownicy z koni,
Obstąpili towarzysza broni;
On leżał na ziemi.
Konał; — usty spalonemi
Cicho wyszeptał imię —
Imię, co z jego duszą wraz na gwiazdach drzemie.
„Szkoda go nam“ — rota zawołała —
Wieczór nad nim mogiła już stała.

Nie wiemy, gdzie ta mogiła... Spełnił posłannictwo i odszedł. Niwy szumią nad nim i skowronek śpiewa. I może tylko pacholę jakie marzące klęknie czasem na kurhanie, jak on klękał z przysięgą na mogiłach stepowych.


∗             ∗

A teraz „kwiaty jego serca — pieśni“.
Cztery tomy puścizny zostały nam po Romanowskim z dziesięcioletniego twórczego okresu. Spowiada się w nich przed nami z pragnienia czynu, z miłości swojej, czystej jak łza, którą rzucił własnoręcznie w ofierze przewodniej myśli całego życia, z bólów gorzkich, ze skarg, które Bogu zanosił, spowiada w sposób prosty, za serce chwytający ciepłem swem, szczerością i tym ogniem młodzieńczym, który przepalał wszystkie jego myśli. Liryki jego, śpiewne, słodkie, łagodne, ujmują dużym wdziękiem, zwłaszcza pod koniec, kiedy utoczył im już kształt prawie doskonały. Inne — i to większość — uderza męskim jędrnym tonem, a nawet w chwilach najgłębszego bólu dźwięczy w nich stal, która nie topnieje w ogniu klęsk. Ten ptak przedburzowy o podartych skrzydłach umie niekiedy wzbić się między orły i sokoły. A zawsze serce niesie go na wyżyny.
Ale liryka nie zamyka twórczości Romanowskiego. Wieki minione wychylały się ku niemu z jasnym, słonecznym uśmiechem, a on pod tym czarem chwytał za pędzel i malował; malował nietylko ciepłem swych przywiązań, ale i żywemi barwami opisów. Mamy kilka jego obrazów przeszłości, świetnością kunsztu malarskiego nie radujących źrenic, lecz pełnych uroku, pogodnych i szczerych. Fantazyę jego twórczą nęcił step, swobodne życie koczownika, walki kozacze, polskie średniowiecze, jak nazwał niegdyś w liście Krasiński wiek XVII. Tu jego uczucie patryotyczne znajdowało najlepszą dla siebie oprawę w opisowości. Ale do wywołanych z dali czasów rycerzy przyłączył się wkrótce orszak bliższych nam dniami bohaterów sprawy, zmartwychwstali różni jej męczennicy, którym nieśmiertelność nie otoczyła aureolą czoła, ale którzy też byli dłutami, jakiemi los rzeźbił dzieje tego kraju.
Wszelako wszystkie jego opowiadania, czy „Ksiądz gwardyan Kobylański“, który broń w lochach klasztornych chowa i z ludem od warsztatu pierwszy Krzemieniec do walki budzi, czy wzorowany na Polu „Chart Watażki“, czy na Malczewskim „Chorąży“, a nawet najlepsi ze wszystkich „Łużeccy“ z silną i podniosłą apostrofą na początku i z piękną postacią ks. Gaudentego, jakiegoś dalekiego krewnego ks. Marka — wszystkie te obrazki szlacheckie, rycerskie, szumne od chorągwi, barwne od kontuszów, huczne od rozgwarów braci szlachty, usunąć się muszą przed perłą pierwszej wody, przed najwcześniejszym w Polsce poematem mieszczańskim, chlubą Romanowskiego przed „Dziewczęciem z Sącza“. Małe arcydzieło, które nazwano mikroskopijnym Panem Tadeuszem w tonacyach mieszczańskich. Zdarzenie wyszyte jest na rzeczywistej kanwie z czasu wojen szwedzkich, ale owiane poezyą, czarem, który nie dzieje dały, lecz talent poety. Przez pierwsze wprowadzenie elementu miejskiego w promień poezyi polskiej, przez ukazanie w jego piersiach miłości do kraju, nie cofającej się przed żadną ofiarą, i to w czasach, kiedy tylko szlachta była narodem, przez owianie poezyą zacnego lecz bez zdarzeń i szarego życia, Romanowski zajął pionierską placówkę w piśmiennictwie polskiem. Nie poznali się na tem współcześni, wychowani na orlim szumie pieśni, a przecież obrazek ten, — skąpany faktycznie w świetle nawskroś realnem, — wysoko się znaczy ponad papierowem co dnia bardziej kwieciem schyłkowych natchnień romantycznych.

Romanowski zresztą, przy całej swej wybujałej i wyłącznej uczuciowości, posiadał pewien niezaprzeczony ton realizmu, posiadał przenikliwość, którą innym przesłoniły dymy romantyczne. Nie był mesyanistą, bystro patrzył w oczy przyszłej walce, nie idealizował teraźniejszości, a jak wspomniałam, gromów przyzywał, nietylko jako dzwonu zmartwychwstania dla ofiary grzechów świata, ale i jako konieczności dla oczyszczenia powietrza, przesyconego trucizną zastoju. Marzył o nowym dniu i nowych ideałach... — Posłannictwo wieszczów spełnił, ale zarazem przestrzegał współczesnych przed wadami, których oni nie dostrzegli u niewinnej ofiary. Nie pozwalał się Polsce modlić w cierniowej koronie, kazał w sumienie własne spojrzeć przed czynem i czuwać, by jej godzina powołań nie zastała na modlitwie.

— biada tobie! gdybyś jak dewotka
W kościołach gromów przemodliła porę.
Tam nieochybne zniszczenie cię spotka,
I Bóg zostawi cię jak dziecko chore,
Klęczące we łzach na kościelnym progu,
A tylko z modłów wiedzące o Bogu.

Obcej cię wonczas poruczy prawicy,
Abyś w cierpieniach dorosła na męża.


∗             ∗

Jeden wiersz Romanowskiego, odskakujący od zwykłej tonacyi, a przez piękno swe wart specyalnej pozycyi w pieśni polskiej, to Anioł Upadły. Nie doceniono go, a nie doceniono nawet z tego względu, że temat, — klejnot w skarbcu wszystkich literatur, — u nas zupełnie nie był wyzyskany. Nie jest to wprawdzie tytaniczny krzyk nieśmiertelności, krwawa i ognista potęga Byrona, Shelleya, czy Carducciego, jednak obraz pełen potępieńczej grozy, malarsko bezsprzecznie najprzedniejszy wiersz Romanowskiego. Szkoda tylko na zawsze, że poeta burzy, że buntownik przeciw gnuśności ziemi, dotknąwszy jednego z najtragiczniejszych buntowników świata, uciszył wiecznie żywą strunę walki w duszy, aby spokojnie malować, czego przecie nigdy pozatem nie czynił. Gdyby ten anioł stał się buntownikiem, gorący pieśniarz wszedłby w prometejskie szranki, podniósł o ton jeden górność polskiej liry. Ognia uczucia dość miał na to w duszy, lecz nie dość smigłe pewnie strzały myśli, lutnię nie dość strojną pod wichry kosmosu.
Obok „Dziewczęcia z Sącza“ i „Upadłego Anioła“ w puściźnie Romanowskiego znaczy się zdaleka pięcioaktowa tragedya „Popiel i Piast“. Nie przez doskonałość swoją, ale przez śmiałość koncepcyi. Nie przez wbudowanie w długą i wązką perspektywę dziejów łudzących, ostro zatoczonych kształtów ludzkich, nie przez przekonanie nas, że piersi tych postaci zalega światłem życia i żądzą czynu rozedrgana dusza, — bo tego brak właśnie, — ale przez wypełnienie pustki dziejowej ruchem i myślami. Silne obstawanie przy pewnych koncepcyach dziejowych, idealizowanie umiłowanych przekonań, wysuwa w akcyi tendencye poprzed ludzi; w powietrzu legendowem lepiej się poruszają myśli, niż bohaterowie. Gdyby zatlała skra, która w półsenny materyał ludzki umie tchnąć, jak w chwili stworzenia w Adama, — cud życia, gdyby więcej było nerwu, a mniej programu, gdyby zapał poety miał błysk żywiołu w kuciu skamieniałości przeddziejowych, tragedya miałaby więcej ceny poza dokumentem i dłuższe życie, niż się jej dostało. Bądź co bądź historycznie, na dramatycznem pustkowiu polskiem, trzeba jedno z pocześniejszych miejsc oddać „Popielowi“.
Może szersze miał zamiary Romanowski. Może, jak Słowackiego, nęcił go nasz krótki rapsod przeddziejowy, wrócił bowiem jeszcze raz do niego w „Wandzie“, fragmencie dramatycznym utrąconym. Widzieliśmy, że wyobraźnia jego nie szybowała wszerz, że poczucie piękna nie chodziło śnieżystemi turniami, nie biegło na dalekie morza, nie tonęło w uroczyskach borów, gwiazd nie pytało o milczące zagadki. Jego wyobraźnia była posłuszną córką uczucia i najzwinniej sunęła wstecz, po nitce dziejowej jednego tylko kraju. Modnemu oryentalizmowi złożył dań w „Śpiewaku z oazy“ i w wierszu „Jeniec“, pozatem, prócz dwóch urywków starożytnych, granic polskich nie przekroczył marzeniem. Poezya nie była mu modlitwą piękna, bo piękno dla niego to tylko złoty szlak ku dobru. Przyszłość uśmiechała mu się jako realizacya dobra, przeszłość nęciła jasnemi oazami cnót na tle okrucieństw minionych. Dla niego poezya nie była „ponad tem wszystkiem, co początek bierze w ciężkiej i dusznej życia atmosferze — jaśniejszą sferą, będącą ziemskiej tęczowem odbiciem“ — jak powiada Asnyk, ale była czarodziejką, pod której różdżką budziły się w drętwej masie uczucia drzemiące. On nie był i nie chciał być „mistrzem“. To dla innych, szczęśliwszych ludów. On wyznawał całem sercem wiarę tych, co nam wpoili, że „pieśń, która naród do czynów zapala, sama przez się jest czynem“. I ci, którym dana „moc nad sercem ludzi“, którzy urodzili się z gwiazdą nad czołem, ci całe życie mają przetrwać w twardej służbie czynu — to ich obowiązek pierwszy, ich placówka, ich wartość wyłączna w dziejach świata. Pieśń to jasny sztandar ducha, roztoczony nad nami w błękicie, mówił Asnyk o romantyzmie. Pieśń to sztandar bojowy, powiewający ludziom na memento, — wierzył gorąco nasz żołnierz-lutnista.

A jam pochwycił jeden z sztandarów —
Ludu pieśń — i z nim stoję na dobach;
— — — — —
Toż wśród nieszczęścia jestem spokojny,
Bom najstraszniejszym orężem zbrojny.

Tak rozumiał patryotyzm i piękno Romanowski i na takiej wierze legł stygmatem jego czyn.


∗             ∗

Dośpiewał się rapsod sławy i miecza. Pociemniały gwiazdy natchnienia, w rozbrzasku nowego dnia dziejowego zaczął się wyłaniać widomiej coraz zarys szarej ziemi. „Zmalały pieśni pośród nas i pierś zmalała człowiecza — skarży się boleśnie jeden z ostatnich śpiewaków Legionu — została nędza, niemoc, strach“. Jasny sztandar ducha tarza się w zapomnieniu, ogniste hasła majaczą spłowiałe, szmat drogi znaczy się od tamtych dni do nas. A jednak do tej pieśni winniśmy wracać codziennie, jak do górskiej krynicy, aby obmyć dusze nasze z kurzu rzeczywistości, z błędów, czyhających w gęstwinie wydarzeń.
Tyle jeszcze skier nierozdmuchanych, tyle kwiatów, niebacznie zdeptanych po drodze, tyle długów niespłaconych!
I on, Romanowski, to taki nasz smutny narodowy dług —
Wielki Byron w jednym z młodzieńczych, prześlicznych swych wierszy rzewne przed potomnością wyraził życzenie:

Niech marmur na mym grobie nie pochlebia żałobie,
O co próżność ziemskich dzieci tak dba,

Niech huk trąb nie rozplenia chwały mego imienia;
Czego pragnę, o czem marzę, to — łza.

Dużo skromniejszy i cichszy Romanowski powtarza tę prośbę przed naszem sumieniem:

Że i łza jedna nie spadnie dla mnie,
Chyba stróż anioł mój westchnie za mnie...

Pomników, marmuru, sławy błyszczącej nie daliśmy mu, uczcijmy przynajmniej jego „posąg-imię“.
Długie pół wieku obróciło się, odkąd mu wykopano nieznaną mogiłę. I pół wieku w cichości drzemał jego duch. Aż oto dziś z pod fali milczenia przebił się na nowo jego czysty głos, tak mało nam znany, a taki świeży wdziękiem młodych lat swoich, taki gorący nieśmiertelnem ukochaniem ideałów, taki bolesny naszym wspólnym bólem i tak jasny w aureoli spełnionego czynu! Staje przed nami przedburzowiec płomienny z zerwaną pieśnią swoją i prosi — także o nic więcej — o jedną łzę.
Niechaj błyśnie w oku potomnych srebrna łza miłości dla Romanowskiego!

J. D.



I.
DO BRACI — TRZY STRUNY.

Chcecie piosenki, o bracia moi!
Jakąż szalony piosnkę wam da?
Rozpacz mi struny na lutni stroi!
Zanucić trudno, o bracia moi,
A pieśń rozpaczy na cóż się zda?

Słuchajcie... kiedy dziko, olbrzymio
Skały odrzucą piorunom wtór,
I wiatr obudzi głosy, co drzemią
W grobach, zwaliskach, i z pól, co dymią
Krwią, w jeden straszny przeszłości chór;

Tem chciałbym jedną zczarować strunę.
Drugą bym owił pęczkami róż:
I wszystkie żary, któremi płonę,
Miłość, tęsknota, bóle zniesione —
To druga struna przy strunie burz.


Trzecia... myśl rwie się, o wyrzec trudno!
Ja bym chciał całą harmonię sfer
Schwycić na strunę! Tonami ludno
Tak płynąc w nocy krainą cudną —
Myślom i gwiazdom nadając ster.

A z tych strun jeden, jak jedno życie,
Spłynąłby do was serdeczny śpiew;
Zbudzoną przeszłość i gromów bicie,
Miłość, tęsknotę i wianków wicie,
Owiałby pokój odwiecznych stref.


1855.




ODPOWIEDŹ NA „ZASKARŻENIE.“
(do Adama Pajgerta).

Wyjdź, bracie miody, za twoje sioło,
Tam na mogiły na polu,
I przytul usta, serce i czoło:
Im wyspowiadaj się z bolu.

Może rozpękną sercem ogrzane,
I wstanie hufiec wiekowy,
A ty mu pokaż struny stargane,
Pokaż cierń serca i głowy.

W posępnej nocy przy surm odgłosie,
Rozwiną sztandar, usiędą,
Krwawe pancerze złożą na rosie,
I serca z piersi dobędą.

Patrzaj w te serca! co tam gorzało,
Na struny z miłością chwytaj!
A jeśli-ć jeszcze tego za mało —
To już się mężów nie pytaj.


Ale pośpieszaj w krainę włoską,
Petrarki spytaj się cienia,
Jak przyhołubić dziewicę boską,
I zakląć lubej spojrzenia.

A wtedy nawiąż struny z jedwabi:
Lutnia, co brzmiała żelazem,
Niech jak turkawka grucha i wabi,
Łzy i uśmiechy ma razem.

1856.




ZE WSPOMNIEŃ DZIECINNYCH.
Dla siostry.

Zrodzon na grobach śród kajdan brzęku,
Śród szmeru wiejskich pacierzy,
Na mej piastunki pieściwem ręku
Słuchałem życia rycerzy.
A opowiadał mi ojciec stary,
Matka mówiła najwcześniej,
Gdy płaczącego uczyła wiary,
A siostra śpiewała pieśni.

Mówili dziecku prostemi słowy,
Lub śpiewem rzewnej tęsknoty,
A nie wiedzieli, że mu do głowy
Już płynie marzeń rój złoty;
Że kiedy uśnie, śnią mu się męże
Skrzydlaci niby anieli,
W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,
Odziani w skrwawionej bieli.


I nie wiedzieli, kiedy zbudzone
Dziecko zapłacze, bywało,
Że mu się śniły bronie wzniesione,
Że padających widziało.
Utula z płaczu matka stroskana,
Cacka podaje do ręki;
Darmo! aż dziecku siostra kochana
Zanuci tęskne piosenki.

I uśnie dziecię, uśnie jak ptaszę,
Gdy słowik w wieczór zanuci,
Aż mu się przyśnią orły, pałasze.
I na łóżeczku się cuci.
Nad łożem ojca kord wisiał krzywy,
Ku niemu zwraca oczęta,
Na licach uśmiech igra mu żywy
I klaszcze w drobne rączęta.

O sny me złote! o siostry pieśni!
Jakże mi tęskno za wami, —
Czemuż tak często dziś mi się nie śni,
Że lecę między orłami?
Na mojej ziemi mnożą się groby,
............
I wieją ciche pieśni żałoby,
............


Wywiedli konia z ojca stajenki,
A ojciec wsiadać mi każe:
„Weź-no bułanka, chłopcze, do ręki!
Jak się masz trzymać, pokażę“.
A matka z okna: „O! ja się boję;
On spadnie, on taki mały!“
„Trzymaj się, chłopcze, konia we dwoje!
Ha, ha! patrz, jaki zuchwały!“

Potem mi ręką pogładzi lico,
A mnie tak w duszy gorąco,
Żebym chciał lecieć gdzieś błyskawicą,
W dal jakąś dziką, świecącą.
Toż na najwyższą wyskoczę sosnę,
W dali utonę oczyma;
Marzę i płaczę — w marzeniach rosnę

Gdzieś w lecącego olbrzyma.


Przedemną jasny piorun się pali,
Szablicę trzymam we dłoni,
A za mną tłumem wojsko się wali,
I lecim po mogił błoni...
Coraz to dziksze wstają zjawiska,
Coraz groźniejsze postaci,
Już mi tysiące piorunów błyska...
Z marzeń mnie budzi głos braci.


Tam do nauki matka mnie woła!
Gdzie byłem, patrzają niemi,
A ja zeskoczę z smutkiem u czoła,
Z oczyma na pół łzawemi,
I słucham matki, jak opowiada;
A gdy nauka przeminie,
Biegnę do siostry, — a ona rada
Nuci piosenkę chłopczynie.

Ogniste mary, senne krainy,
Jakże wy dzisiaj dalekie! —
Czy tak to wyście duszę chłopczyny
Przysposabiały na spiekę?
Och! a ty tęskna pieśni siostrzana,
Coś łzy chłopięcia koiła,
Czyś ty mi w chwilach mojego rana,
Że będę śpiewał wróżyła?

Bywajcie zdrowe, wspomnienia moje!
Pieśni siostrzana — bądź zdrowa!
Od bolu wdziałem na serce zbroję,
A tarczą pokryta głowa.
Może was nigdy nie ujrzę więcej,
Pierwsze anioły mego żywota...
Wyście świeciły duszy dziecięcej
Nad głową — jak tęcza złota.

1856.




ORŁY, SOKOŁY!

Orły, sokoły!
Dajcie mi skrzydła!
Gruz i popioły —
Ziemia mi zbrzydła.

Jabym chciał w górze
Pohulać z wami —
I tam na chmurze
Żyć piorunami.

Tu mi jak w trumnie
Świat nie wesoły,
Spuśćcie się ku mnie,
Orły, sokoły!

Choć duszę weźcie
Na wasze loty
I ją zanieście
W marzeń kraj złoty.


Na niebios progu,
Między gwiazdami,
Jabym tam Bogu
Modlił się z wami.

A tu żałobą
Pokryte doły:
Weźcie mnie z sobą,
Orły! sokoły!

1856.



ZACHCENIA.

Dola mi sprzyja: gdzie zwrócę oczy,
Twarz mię spotyka życzliwa,
A jednak smutek serce mi toczy,
Tęsknota duszę porywa.

Tam — tajemnicze nęcą mnie światy,
Któremi cicha noc pała,
I chciałbym takie obaczyć kwiaty,
Jakich ta ziemia nie miała.

I pragnę ujrzeć zmartwychwstające
Narody z anielską chwałą —
Albo pioruny takie palące,
By się aż niebo spękało.

I słyszę nocne słowików granie...
Wiosenno — błogo tak wszędzie...
Ach! kiedyś — kiedyś wszystko się stanie
Piękniejszem, lecz mnie nie będzie.

1859.




SONET
na dzień 1 Stycznia 1854.

Wśród orkanów na fali grają żagle moje,
Niby skrzydła łabędzie, utoczone z piany;
Zimnem okiem spoglądam w przestwór rozbujany,
Niechaj piorun w maszt bije, — ja widzę ostoję.

Gdym od brzegu odbijał, to tęczy rozwoje
Kwiatem drogę mi słały przez modre bałwany,
A ja — dziecko — na łodzi słodko kołysany,
Plotłem w wianek żeglugi marzenia powoje.

Burza wianek porwała, — łodzią fala miota,
I niejeden już piorun młodą pierś uderzył,
I usta-m obznajomił ze życia piołunem; —

Ale płyńmy, — znów, widzę, szkli się tęcza złota;
Powróciła mym oczom. Jam w powrót nie wierzył...
O, teraz, łodzi moja, leć z myśli piorunem!




CO PO WIOŚNIE?

Wraca wiosna — słowik nuci;
Z wiosny, z ptasząt — cóż mi, cóż?!
Wiatr w dąbrowy liście rzuci,
Zbudzi krasę dzikich róż.

Tam na polach zejdzie kwiecie
I zaszumi zbożem łan;
Mnie nikt wianka nie uplecie,
Nikt nie poda rączki w tan!

Bracia moi, szczęść wam Boże!
Wiosny waszej, waszych snów!
Mnie północne świecą zorze,
Dzwoni dumka tęsknych słów...

Gdybyż można szaleć — marzyć!
Gdyby jedna czysta łza!...
Nie wiem, przed kim wiosnę skarżyć,
Ale straszna wiosna ma.

28 marca 1856.




∗             ∗

Iskro nadziei! jeżeliś snem tylko,
Pocóż tak jasną czarujesz mnie chwilką?
Poco? — ach! cierpień dawnych czyż za mało?!
Wiele, ach wiele serce przebolało!
Zgaśnij, mych uczuć nie kołysz goręcej,
Bo cierpię więcej.

Pięknaś! jak zorza wstająca z pomroku,
Różowem światłem tlisz łzawemu oku!
Za wielkie szczęście! — uchodź zalotnico,
Zanadto nęcisz — ach! za piękne lico,
Abym twej krasie — twym słowom uwierzył,
Ja, com ból zmierzył.

Bez wzajemności iść mi w świat daleko,
Jako bez echa głosy z lutni cieką,
Śnić na przepadłe, kochać na przepadłe,
Śmiechem dla świata krasić lico zbladłe!
Aż się nademną spełnią sądy boże; —
Kochać? a może . . . . . . ?!

28 października 1857.




DO MOJEJ LUTNI.

O lutnio moja, jak smutno mi!
Co sięgnę ręką do twoich strun —
One się zleją w grobowy ton,
Pieśń smutno brzmi!

O lutni moja! ręka ma młoda
Chce strun wesela; chwil mi tych szkoda!
Onaby chciała w twą złotą nić
Kwiat myśli wić.

Pierś moja młoda za szczęściem drży,
Z mojej źrenicy wystrzela żar:
Szukając w koło ułudy mar —
Znachodzi łzy.

I czegóż szukam, ja pieśniarz młody?!
Śród cierni ziemskich kwiatu swobody? —
Szukam wysłanych różami dróg?
Szukam — gdzie Bóg?

Gdy niebo wieczór gwiazdami tli,
I księżyc srebrny rozsyła blask,
W wieczornym świcie mych myśli brzask
Niepewność ćmi.

Gdy w perłach rosy wiosny poranek
Na wrzącą duszę wkładał mi wianek,
Że to z róż samych — jam w błędzie żył:
Tam i cierń był!

Ciebiem pochwycił, o lutni ma,
By w twoje dźwięki przelać ten szał,
Co w moją duszę natchnieniem wiał
I w sercu drga!

Ha! pieśniarz młody z całym zapałem
Dźwiękami serca ziemię witałem!
I com powitał w zaranku lat?...
W szkielecie świat!

A on mi kazał bez życia żyć!
I gdy duch młody do życia drżał,
On w moje serce truciznę lał...
Musiałem pić!

A jednak, lutni! jam marzył jeszcze,
Gdym w struny twoje lał dźwięki wieszcze,

Oh! bom przy tobie ułudą żył,
O piosnce śnił!

Przy tobie jeszczem z świata się śmiał; —
Gdy mnie dusiła tej ziemi pleśń,
To śmiało moja leciała pieśń,
Gdzie piorun grzmiał!...

Ha! puhar cierpień piję z uśmiechem!
Życie mi dzisiaj już tylko echem,
Odbitem głucho o marzeń szczyt...
Cyt, serce — cyt!

31 grudnia 1853.




CO TAM MARZYĆ!

Co tam marzyć o kochaniu,
O bogdance, o róż rwaniu —
Dla nas niema róż!
My — jak ptacy na wędrówce —
Dziś tu, jutro na placówce —
Może staniem już.

Co śni serce, niech raz prześni!
W twarde życie twarde pieśni
Niech wiodą jak w tan.
A miast ręce — rękojeści
Szczery uścisk! gdy obwieści
Z niebios chwilę Pan.

Szczęście, dola później może —
Ach! lecz tylko Ty wiesz, Boże,
Co tam spotka nas.
Ty wiesz, komu uśmiech miły,
Komu kwiaty na mogiły
Niesie przyszły czas.

1860.



DO MEJ MŁODOŚCI.

Czemuś tak smutna, ty, młodości moja?
Czemu wesoły dzień od ciebie stroni?
Zda się, że z cierni tkana dola twoja
Radosnej chwili wtóra nie dogoni.
Nim jeden kwiatek uszczknie się po drodze,
Ileż to kolców skrytych utkwi w nodze.

Całą jam piersią wciągał świata tchnienie,
Wszystko dziecinna oplatała wiara;
Wznosiłem serce, wzniecałem płomienie
I cudnie wonna płonęła ofiara,
Lecz szybko czas ten zleciał na zegarze,
W piersi ból został — a trucizna w czarze.

Młodości moja! wyrwij ty się ptakiem
Z tych krain bolu, nim wiosna przeminie!
O! serce, tobie życiem nie żyć takiem,
Ni z myślą płakać, że róż kilka ginie:
Tędy — z żelaza kuta droga twoja. —
Idź! bo cię przeklnę, ty, młodości moja!


Leć, gdzie płomienie palą się wieczyste,
Gdzie jedna chwila cudowna natchnienia
Rozwidnia wieków oceany mgliste —
Tam niech się dusza wznosi, rozpromienia;
Tam ty gorącem steruj serca biciem,
Albo się przepal — i skonaj wraz z życiem!

20 marca 1857.




DZIKIE SNY.

Nie drżyj, serce, tak ku burzy!...
Jak spokojnie tu!
Szemrzą drzewa, fala wtórzy
Tej piosence snu.

Dziwno! dawniej śniłem tyle,
Snułem marzeń nić:
Dzisiaj chciałbym choć na chwilę
Tak jak dawniej śnić.

Nieraz pośród burzy wycia
Jam o gwiazdce śnił:
Dzisiaj wianek myśli życia
Z gromów mi się zwił.

O! przycisnę do tej ziemi
Rozpaloną skroń,
Może, może chłody swemi
Wleje pokój doń.


Przeszłość—przyszłość piorunami,
Jak piekielne sny,
Grają w duszy; — nad falami
Gaik liściem drży.

1855.




DO M. P.

Dziwnie się życie toczy falą świata...
Po latach wielu — może z obcej strony
Kiedyś cię tutaj znajdzie wieść skrzydlata,
Że w dzikiej walce... zaginął... szalony...

Może twem czołem o dłonie oparty
Przeglądać będziesz księgi białe karty
I na tej oko twoje się zatrzyma:
Myśl twoja nagle w przeszłość się oddali —
Powiesz: „Są wszyscy, którzy mię kochali —
Wszyscy tu żyją, a jednego niema!“

W dalekiej stronie złamany i blady
Gryzie wspomienia, jak szczątki biesiady.

(Wpisano w księdze pamiątkowej medyckiego ogrodu dnia 9 lipca 1855).




NA SEN.

Chciałbym usnąć cichym śnieniem,
Jak usypia kwiat na błoni,
Gdzieś przy gaju, nad strumieniem,
Gdzie słowika piosnka dzwoni.
Niech niebiosa mam nad głową,
Rozjaśnione gwiazd milionem,
I zamarłe wszelkie słowo
W tchnieniu nocy niezmąconem.

A w śnie niechaj się rozgada
Ziemia do mnie swojem tętnem,
Jak piastunka, co usiada
Nad kołyską z pieniem smętnem.
I niech ducha mi prowadzi
Po przeżytych różnie porach,
Jak ów guślarz, co czeladzi
Prawi bajki o upiorach.

Niech otworzy po tych cudach
Tajemnicze grobów łono,

Bym obaczył ludy... w ludach
Jak w posągach myśl wcieloną.
Niech mi potem, jak się godzi,
Powie żywot ich w miłości,
Jako dziad ów, co obwodzi
Wnuka po rodzinnej włości.

Potem niech mi ducha wstrzyma
Przy rodzinnych wodach, błoniach,
I postawi przed oczyma
Tych od pługów i na koniach;
Niech go długo upomina,
Kędy zwracać orle loty,
Jako ojciec, który syna
Śle na zagon do roboty.

Potem chciałbym się ocucić,
Nim się jeszcze dzień zabieli,
I po gwiazdach okiem rzucić,
Którą z nich mi Bóg wydzieli?
Potem w dłonie porwać dłuto,
I niezłomnej pewien siły,
W głębi łona myśl rozsnutą
Przekuć w posąg braciom miły. —

Luty 1859.




UMILKNIJ, SERCE...
Improwizacya.

Umilknij, serce, ty gadzie przeklęty,
Co mi wciąż łono poisz trucizn jadem!
Milcz! bo twój odgłos światu nie pojęty.
Bo dziś szaleństwem iść za twoim śladem —
A czuć olbrzymio, to dziś pusta mrzonka,
Co jako świetlik po grobach się błąka.

Gadzino wściekła! czemuż żar ten krwawy
Nie mogę w słowa rozpalone przelać?
I niemi cisnąć jakby grom jaskrawy,
By je świat pojął i zechciał podzielać?
Nie! milcząc karmię jadowitą żmiję —
I słuchać muszę — że o piersi bije.

O! gdybym mógł cię tygrysa szponami
Wyrwać z tej piersi i pokazać światu,

Jakiemiś ty mnie poiło jadami...
...A jednak!... ileż w tobie było kwiatu!
Ile uniesień! miłości!...
Dość na tem! —
Serce! tyś moim i niebem i katem.

1855.



SPOTKANIE.

Czem jesteś śmierci? snem ty, czy nicestwem?
Rok w rok w twe ręce kłonią się miliony,
Noc tajemnicza nad twojem królestwem.
Tam idą, z tamtej nikt nie wraca strony,
Nikt jednej wieści nie poda o tobie;
Lud myśli, żeś ty snem znużonych w grobie.

Czemkolwiek jesteś, zawsze ręką twoją
Przynosisz pokój dla znękanej głowy.
Jużeś od dawna towarzyszką moją,
W bólu dziwnemi cieszącą mię słowy:
Czasem się jawisz piękna, zadumana,
Iż, patrząc, myślę, żeś aniołem Pana.

Razem cię widział jak dziewicę grecką,
Idącą ku mnie z ciszą i powagą,
Los mi był wtedy serce zwiódł zdradziecko
I wbił w nie rozpacz — życia prawdę nagą;
Tyś przyszła — z świętem słowem pocieszenia,
A kiedym powstał — rzekłaś! „Do widzenia“.


Z czemże dziś? co mi niesiesz, zadumana?
Znów smutnem męztwem przychodzisz mię zbroić;
O senna! jeśliś posłanniczką Pana,
To wiesz, czem wrzące serce uspokoić.
Jeśli chcesz? zgaś je — znasz jego cierpienia...
Ty idziesz — i znów smutno — „Do widzenia“.

O, do widzenia na polach!... Stój chwilę!
Prawdaż w twem słowie? mnogoż dni ubieży?
Gorące serce złud doznało tyle,
Że nawet, śmierci! tobie już nie wierzy;
A tak wierzyło niegdyś w dziwy jasne,
Gdy ziemię w blaski ubierało krasne.

Idź a pamiętaj! Lecz jeśli w proch runie
Wszystko — i jeśli przyszłość znowu skłamie,
Wtedy przyjdź do mnie w grobowym całunie
Naga, i podaj znużonemu ramię,
Bym poszedł z tobą pod cmentarne drzewa
Z pieśnią, jak łabędź, co konając śpiewa.

Bo co mi tu trwać? czy żebym się skarżył?
Posępne skargi nucić jam za dumny:
Kto raz się orłem pod błękitem ważył,
Ten z góry może wpaść tylko do trumny,

Temu nie wolno z gadem siąść przy stole
I pić — i czarą koić wielkie bole.

Nie! ty mię weźmiesz stąd! — duch roztęskniony —
Pójdę za tobą szybko od niewoli,
A ty mnie prowadź w jakie zechcesz strony,
Ku posępniejszej, czy ku lepszej doli,
I wszystko przyjmę i nie będę skarżył,
Szczęśliw, żem orłem do końca się ważył.

Jeśli utonę z tobą wśród promieni
Z tęsknotą moją, co jako mgła ranna,
Wstająca z naszych jezior i strumieni,
Wstanie i Bogu zmieni w płacz Hosanna,
Jeśli aniołów i świętych śpiewanie
Przemieni nagle w srebrne łzy i łkanie,

Wonczas rozkaże Bóg, niech mię wygonią —
Smutnego ducha — z niebios, gdzie brzmi chwała,
I nad ojczystą utkwić każe błonią,
Nad ziemią, w której żałość we mnie wrzała.
Skłonię się Bogu za wyrok — duch lotny —
I nad ojczyzną pójdę tkwić samotny.


Tam będę uczył płaczu — chmurki białe,
Śpiewaków pieśni — tęsknych szumów boru,
Aż się roztęsknią pokolenia całe,
I będzie rzadki śmiech — na kształt upioru;
 ..............
 ..............




NOWA ZNAJOMOŚĆ.

Stałem w jasne zapatrzony zorze,
We wieczorną Karpat aureolę.
Cisza była na polach i w borze,
W mojem łonie przycichały bole;
Zapomnienia tknięte ręką białą,
Serce z niebem i ziemią się zlało.

Ciche lilie, zdobiące strumienie,
Woń z mych marzeń wzięły i śnieg biały.
Smutek duszy wzięły borów cienie,
Fale pieśni moje powtarzały;
Do stóp mi się kłoniąc po kolei,
W smutne pieśni lały dźwięk nadziei.

Więc po gwiazdach rzuciłem oczyma,
Po świecącej niebieskiej krainie,
Tak przez morza błądzi wzrok pielgrzyma,

Nim korabiem z zatoki wypłynie,
Nim porzuci ziemię, ojców domy...
Tam, za morzem, kraj dlań nieznajomy.

I zbliżyła się do mnie dziewica,
W czystej bieli, z zadumanym wzrokiem.
Jak posągi greckie miała lica,
Szła poważnie, w myśleniu głębokiem;
Szła i postać nachyliwszy wiotką:
„Jam śmierć twoja“ — rzekła do mnie słodko.

„Lewą ręką serce uśpię twoje,
Jako matka usypia dziecinę;
Prawą oczu przysłonię ci dwoje,
Skrzydła duszy wolno ci rozwinę,
I ulecisz od bolów jak płomień
W światło, w życie wieczne — nowy promień. “

„Niegdyś — rzekłem — niegdyś mi wróżono,
Że mą duszę weźmiesz z pola chwały.
Jeszcze nieba gromami nie płoną;
Czekaj jeszcze, piękny cieniu biały,
I na polu bitwy o mnie spytaj.
Teraz — nowa znajoma mi — witaj!“


Stała milcząc, a nad nami w górze
Z za obłoku księżyc się wyłonił.
Do pół skronią oparty na chmurze,
Na tę białą łzy promienne ronił,
Na jej uśmiech senny, na spojrzenia —
I odeszła mówiąc; „Do widzenia!“

1858.



W PAMIĘTNIKU P. FELICYI BOBERSKIEJ.
(naówczas panny Wasilewskiej).

I znowu — pielgrzym — rzucam cichy kątek,
Znowu w świat szukać — czego? ach, pamiątek,
I pytać kości, co po niwach leżą,
Jak im się marzy tam, pod darnią świeżą.
A sen ich musi być twardy: po bojach
Śpią ojce wsparci na zwycięzkich zbrojach;
My czy tak będziem spać?...

Ta rana stara
Pali! Oh, gdyby nie ta twarda wiara
W przyszłość, co trzyma w żelaznem objęciu
Pierś, jużby dawno była śmierć dziecięciu!
Błogosławiłbym śród konania sobie,
Że się spać kładę koło ojców w grobie,
Tak duszno w świecie dziś!...

Przyszłości ręka
Koi mi w serce w bolu — toż nie pęka,

Idę — i smutno z wami się pożegnać;
Ileż to wspomień z serca by odegnać,
Aby weselej iść?...

Ból mój i radość mą dzieliłem z wami,
Jak gdyby z matką moją i siostrami;
Drzewo pamięci stoi — nie spadł żaden liść.

Może powrócę w pamiątki bogatszy
I spokojniejszy; może licem bladszy,
Bo cierni dużo w drodze...
Może bogatszy w pieśni złotogłose, —
Nie wiem, lecz serce ze sobą przyniosę
To samo, z którem odchodzę.

Lwów, 1859.



POŻEGNANIE.

— Szczęście moje! ptaszku ty mój złoty,
Gdzie ty lecisz?
— W świat daleki.
— Ty nadziejo, nie ujmiesz tęsknoty?
— Nie, na wieki.
— Mój spokoju! duszy mej błękicie,
Co cię zrywa?
— Burza grzmiąca.
— Cóż na całe zostanie mi życie?
— Pierś boląca!

Tak mię krótko żegnało tych troje,
A tak spieszno iść im było w drogę!...
Jak pod czarem snu groźnego stoję,
Jeszcze myśli mych zebrać nie mogę...
Tak mię krótko żegnało tych troje!

Więc sam jestem? — Nie! już pełza ku mnie
Straszna, czarna, jadowita żmija...
Z pod stóp moich kark podniosła dumnie,

I u ramion mych skrzydła obwija,
Potem szepce, tuląc się do łona:
— Jam twa rozpacz — jam wąż Laokona.

Gwiazdy nocne! wyście się patrzyły
Na łzy strasznym zaprawione jadem;
Tyś ich z oczu nie suszył, dniu biały,
Ni twój wietrzyk, co skowronków śladem
Woń i perły ranne w niebo nosił,
Gdy je, szepcąc, u kwiatów wyprosił.

Ja sam w dłonie pochwyciłem węża,
I o koniec stanowczo pytałem;
A gdym ujrzał, jak szyję wypręża,
Milcząc, w żądło taki raz mu dałem,
Że mi w dłoni skonał gad okrutny...
Bez rozpaczy jestem, ale smutny.

O! ty serce bijące, spragnione,
Kto cię w piersi człowieczej zawiesił?
O! ty serce niezaspokojone,
Kto palące żądze w tobie wskrzesił?!
Bóg? — On tylko spyta się o duszę,
A ja ciebie w piersi nosić muszę.

1858.



Z POWROTEM.

Jak pielgrzym z dalekich powracam manowców,
Gdzie drogi się śmielszych krzyżują wędrowców:
W pustynie — to w niebo — to w piekło,
I dziwów niemało widziałem w podróży: —
To błękit pogodny, to straszny ryk burzy,
I nieraz mi czoło krwią ciekło.

Ach! czasem tak w górę wyniosła mię droga,
Żem nie miał nad sobą już nic oprócz Boga;
A chóry aniołów gdzieś z dali
Ze światów na światy, przy drżeniu harf złotem,
Przemknęły, to na dół spuściły się lotem,
Jak stada łabędzi ku fali.

Przeróżne się tony do serca mi wlały,
Ach! pełna pierś moja tych blasków i chwały —
A jednak mej duszy tak smutno!
Wstecz patrzeć bolesno, a w górę nie ważę...
Półsennym tęsknotą... o lotach coś marzę,
Jak orzeł, gdy skrzydła mu utną...

9 marca 1858.



ŻEGNAJ MI, PIEŚNI...

Żegnaj mi, pieśni! może na zawsze, —
Może już nigdy nie zabrzmisz mi!
Inne dziś śpiewy — dziksze i krwawsze
Miotają sercem. Miast lutni stal!
O! i boleści sroższe i łzawsze;
Cierń niepewności w sercu mem tkwi...
Luba piosenko, mnie ciebie żal!

Kiedym raz pierwszy w życiu zanucił,
To mi się zdało, żem cały raj
Nowo ubarwił, — ze snu ocucił
I ziemi nowy darował kwiat.
A jako anioł, co nieba rzucił,
Był mojej myśli wiosennej maj!...
Oh! z taką pieśnią słodko iść w świat!

Serca wnet bratnie zadrgały ku mnie —
O słodki dla mnie każdy był dzień!

Mogłem po ziemi spoglądać dumnie:
Drużyna wkoło a w ustach śpiew!
I choć uczucia zagrały tłumnie,
To się zlewały do pieśni brzmień...
A dzisiaj? pieśnią — czyny i krew!

O żegnaj pieśni! pieśni ma złota!
Nie wiem, czy kiedy znajdziemy się
Na tej ciernistej drodze żywota!...
Chwila rozstania zbliża się już!
Znikaj boleści! precz, precz tęsknota!
O, nie wstrzymujcie na drodze mnie,
Na drodze burz!

1854.



STRASZNO MI, BOŻE!

Straszno mi wielce, bo osamotnione,
Namiętne serce rozdziera się we mnie;
Bo wiecznie pełne, — pełne a spragnione
Jej — ach, jedynej! — a wiecznie daremnie!
Bo bez niej niema nic z mojej młodości,
I pierś mi pęka, a pęknąć nie może...
Bo tak po ziemi iść bez wzajemności...
Straszno mi, Boże!

A gdy ściśnięte serce we mnie zaśnie,
Mogilny pacierz ducha mi otacza:
Czuję w nim, jako serc tysiące gaśnie,
Jako tysiące drugich klnie, rozpacza!
Praojców wielkość w pokoleniach znika;
Co kocham — z mogił powstać mi nie może,
I w podłość tyje ludów tłuszcza dzika.
Straszno mi, Boże! —


Więc każdy piorun, co grzmi i zapala,
Witam jak brata na niebios lazurze;
Orła każdego co powraca zdala,
Pytam, ile jest gromów w czarnej chmurze,
I drżę, gdy ptak mię pomija w milczeniu,
Bo nam na gromy długo czekać może,
Bo bez piorunów w takiem utrapieniu
Straszno mi, Boże! —

Potem szarpany bolem i skrwawiony
Rzucam się w błękit, aby mię obwinął;
Bo wówczas czuję, żem anioł strącony,
Co stał na straży — a Tyś go pominął,
I rad bym stanął tak przed Twe oblicze,
Któreś Ty ukrył po za słońca... zorze...
A niebo wiecznie zimne, tajemnicze...
Straszno mi, Boże!

10 grudnia 1858.



MODLITWA.

Podaj, oh, podaj czarę mi ową,
Którą Ci, Panie, w noc ogrojcową
Anioł podawał w światłości!
Tam był jad bolu — i mnie ból pali —
Żółć — i mnie ludzie żółć podawali,
Ale ja pragnę miłości....

Bo z nią, jak piorun niebios Twych błysnę,
Z nią, jako promyk w noc dusz się wcisnę, —
Z nią, jako gołąb ów biały
Lecąc, na śpiących w skrzydła uderzę,
Obudzę, — potem na jasne leże
Rój duchów zawiodę cały.

15 listopada 1857.



MODLITWA.

Lecę ku Tobie jako ptak wędrowny,
Skrzydłem mi, Panie, jest serce tęskniące;
Do Ciebie rwę się jak żal nie wymowny
Z pól, które mogił zaległo tysiące;
Lecę ku Tobie, bo mi z każdą wiosną
Łzy i nieszczęścia i mogiły rosną.

Nie błagam Ciebie, byś mi ulżył krzyża:
Napełń pierś moją bolem, jak chcesz, Panie!
Nie żądam, by dziś błyskawica chyża
Z niebios zabłysła nam na zmartwychwstanie;
Jeno mi w duchu rozmnóż tyle siły,
Bym mógł się patrzeć z wiarą w te mogiły!

Bym nie rzekł, Panie, kiedy mię otoczą
Pomniki wielkich i wierzby cmentarne,

Że wieszcze kłamstwa wieścili proroczo,
Żeś Ty i świat Twój i wszystko jest marne...
Lecz wiarą mocny niech na grobach stoję —
I pracą, Panie, niech liczę dni moje.

Najsilniej — kiedy będą się zapierać
Moi gniazd orlich — Ty wspieraj mnie Panie!
Bo, przeklinając, nie chciałbym umierać —
I lwa ryk wolę, niż podłych sykanie;
Więc niech zapomnę o podłości bratniej —
Niech stoję — choćby grobów stróż ostatni.

1859.



ZNUŻONY PTAK.

Ciężką wędrówką znużony ptak,
Odpocznę może,
Krwią moich piersi znaczony szlak,
Tam — za mną. — Boże!
Wichrem i gromem skrzydła podarte,
Kiedy nocleżną czyniłem wartę
We śpiących duchów taborze.

Im słodki spokój płynie na skroń,
A mnie gra burza;
Ich czoła gładzi kochanki dłoń,
Wonna jak róża.
Ach! a ja ledwie ujrzę przelotnie,
Już muszę wracać, czuwać samotnie,
Na kopiec nocnego stróża.


Gdybyż choć rychlej z tych ciemnych pól,
Tam, w kraj promienia!
Gdybyż na chwilę choć uśpić ból
I żar pragnienia.
O, ale z piersią, rwaną bolami,
Tylko przemieniać noce ze dniami...
Tchnienia dla piersi — o! tchnienia!

Gdybyż choć ona — ten anioł mój, —
Popatrzył na mnie!
I gdy mi piersi oblęże znój,
Uśmiech miał dla mnie;
Z śmiechem bym leciał — hulaka młody —
Na nudy, trudy, na niepogody,
Choć świat by walił się na mnie.

2 grudnia 1857.



HYMN.

Memu się Bogu pokłonem ścielę,
Kraj mu całuję gwiaździstej szaty;
Mirrę mu wonną spalę w kościele,
Bom z jego ręki możny — bogaty;
A był on dla mnie darami hojny:
Mój duch, jak anioł, piórami strojny.

Wiem, gdzie zacząłem, a nie znam końca,
Dalej i wyżej! lot mój gromowy.
Zdobyczą — gwiazdy, sfery i słońca...
A celem — on sam, Bóg przedwiekowy;
Toż z aniołami radbym w zawody
Hymny mu śpiewał na wieczne gody.

Memu się Bogu pokłonem ścielę,
Bo on mię w wielkim zbudził narodzie!
Bo lud mój cierpiał i ważył wiele,
A o słonecznym marzył pochodzie
W miłość — i pójdzie tam, bo mu dano
Miłości wrócić ziemię zbłąkaną.


A jam pochwycił jeden z sztandarów —
Ludu pieśń — i z nim stoję na dobach;
Jak miecz on zawisł ........
I wiem, że zatknę go na ich grobach;
Toż wśród nieszczęścia jestem spokojny,
Bom najstraszniejszym orężem zbrojny.

Memu się Bogu pokłonem ścielę
Za młodość moją w ciernie obfitą:
Za to, żem cierpiał i ważył wiele,
Żem drogą nieraz szedł nieubitą;
Żem na niejednym kolcu się skrwawił
I ślad niejeden krwi pozostawił.

I za samotność życia grobową
Pokłonem Tobie ścielę się, Boże.
Gdy znój i smutek będą nad głową,
Wiesz, że na sercu głowy nie złożę,
Że i łza jedna nie spadnie dla mnie,
Chyba stróż anioł mój westchnie za mnie.




II.
SONETY

I.

Dziwnie my się spotkali na żywota drodze:
Tyś już miała świat marzeń i byłaś wesoła,
Jam się zbliżył, twej krasie uchyliłem czoła,
Potem poznał, pokochał i rozbolał srodze.

Skarb twej duszy w mą duszę, jak w wnętrzu kościoła,
Złożyłaś ufna we mnie, — ja spokojny chodzę
I tobie błogosławię... i z losem się godzę,
A jak? spytaj mych nocy i mego anioła.

Jasno mi, a znam piekło, pierś go się nie zlękła;
Toż i ty się nie lękaj, jeśli czasem zbladnę,
Chwyciłem boleść w dłonie — boleść jak wosk zmiękła,

A dziś mi harfą życia, którą, jak chcę, władnę...
Siostro! — słyszałaś zgrzyt ten?... Struna żalu pękła...
Twe serce czuję w łonie... kocham, toż nie padnę.

II.

Widziałem cię w kościele! — dzwonek mszę ogłosił...
Wpatrzyłem się, — klęczałaś kornie pochylona
I tęskna jako lilia... Modlitwą natchniona
Nie widziałaś, jak anioł nad tobą się wznosił.

Lecz jam go czuł po ciszy, co weszła do łona,
Po promieniach, które mi czoło moje zrosił;...
Szedłem za tobą w niebo... o nicem nie prosił, —
Tak była tobą samą dusza przepełniona.

Chcesz? twą całą modlitwę powtórzyć jam zdolny...
Dziękowałaś za życie, jako ów u zdroju
Za garść ziemi dziękuje Panu kwiatek polny...

Potem błagałaś Boga o wielki dzień boju...
Potem — aby nagrodził twoim trud mozolny...
Modląc o szczęście... dla mnie modliłaś spokoju?!

Lwów, wspominek mszy, 31 maja 1858.



BŁOGOSŁAWIONA.

Błogosławiona
Chwila mi ona,
Kiedy raz pierwszy ze drżeniem łona
Serce twe imię wyrzekło!
Gwiazda, co marzy o moich losach,
Jaśniej błysnęła tam, na niebiosach,
Choć oko łzą się oblekło.

Między gwiazdami
Dzień on nad dniami,
Kiedy raz pierwszy w duszy myślami,
Że ciebie kocham, wyznałem.
Czem ziemia żyje, czem kwiat oddycha,
Czem noc jaśnieje pogodna, cicha,
Ach! wszystko w mem sercu miałem.

O! i ból ony
Błogosławiony,
Kiedym w dalekie uniesion strony,
Ku tobie tęsknił, jedyna!

Ach! tak za sobą tęsknią anioły,
Gdy ich Bóg ześle czuwać na doły,
Nad myślą ziemi tej syna.

Błogosławione
Sny — co w nich tonę,
I wszystko! wszystko tobą natchnione —
Ty duszy mojej promieniu!
Ach! każda chwila z tobą, o tobie —
To głos aniołów, co nucą sobie
Na grobach — o przebudzeniu.

27 listopada 1857.



POD UROKIEM.

Ni co skończyć, ni co począć,
Ani sercu dać wytchnienie,
Ciągły upór... i pragnienie! —
Ptakom — myślom trudno spocząć;
Zadumanem wodzę okiem,
Straszno duszy pod urokiem.

Popatrzyła, — przemówiła —
Głąb się duszy odbił w oczach,
Słodycz w ustach — kwiat w warkoczach...
Boże! Boże, jakaż miła!
Patrzę — ruszyć nie śmiem krokiem,
Choć wre serce pod urokiem.

Pieśń zaczynam; — pieśni tony
Miała niby w białej dłoni,
Zmienia w gromy — stal, na dzwony,
Na niebiosa orłem goni,
Ducha wiesza — pod obłokiem,
Ducha — ptaka pod urokiem.


Gdybyż w niebo choć puściła,
Gdyby w piekło zlecieć można!
Ach! zabawka nieostrożna!
Szalonego w błękit wbiła,
Skąd przepaście mierzę okiem,
Pod promiennych ócz urokiem.

Kocham! — onaż zna to tchnienie,
Na pół z piekła — na pół z raju?!
Darmom wrócił, ptak z wyraju,
Na słonecznych pól promienie, —
Przyjdę — zimnem wita okiem,
A pierś pęka pod urokiem.

9 grudnia 1857.



ROZKOCHANY.

Ten bronuje, ten obsiewa,
A ów orze,
Na mem polu wicher śpiewa...
Boże! Boże!

Ani mi się wziąć do pracy,
Z rąk mi rwie się,
Błąkałbym się jak ci ptacy
W polach — lesie.

Odkąd znam cię, dziewczę moje,
Wszystko marne,
Och! te czarne oczy twoje —
Takie czarne!...

1863.



CZY JA CIĘ KOCHAM?

Czy ja cię kocham? — dziewczę! któż na ziemi
Kochać cię może odemnie goręcej?
Czy ja cię kocham — ty patrz oczy twemi —
Kto dla cię więcej poświęci?
Kto silniej sercem twe serce obejmie,
Kto głębiej duchem twego pojmie ducha,
Kto pewniej całą w światło cię podejmie,
W twe myśli kto tak się wsłucha?!

Lecz ja nie kocham cię jak kwiat — jak różę,
Co od promieni słońca k’ niebu wonie,
Co ma oblicze koralowe, duże —
Królowa na całe błonie.
Na różę patrzę, woń uśmiechem płacę,
Ale gdy oczy jej krasą nasycę,
Nim pierś się zajmie — serce zakołace,
Odwracam oczy i lice.


Ani jak gwiazdkę kocham cię, jedyna,
Co tam na niebie błyska opalowo,
Ku której sternik swój żagiel rozpina,
A nocy zwie się królową.
Czasem ja wzlecę na lazur bez końca;
Przy złotej gwieździe duch na chwilę zaśnie,
Lecz od promieni wschodzącego słońca
Gwiazda, — widziałaś, jak gaśnie?

Ja ciebie kocham wszystkiem, co jest we mnie,
Duch mój, jak anioł, otacza cię wszędzie,
Tchnienie me każde — każda myśl, co ze mnie —
Dla ciebie była i będzie.
A taka miłość w piersi, w głębi łona,
Przez ciebie samą, — i dla samej ciebie: —
Ziemię nią kiedyś jak schwycę w ramiona,
Tam ją zawieszę, — aż w niebie! —

7 grudnia 1857.



KWIATEK.

Ona kwiatek mi dała,
Cichy kwiatek pamięci,
I serdecznie żegnała:
— Niech prowadzą cię Święci!

— Ale powróć! — Powrócę!
Jak nie wrócić do ciebie?!
Wrócę! piosnkę zanucę
Z ptaszkiem wiosny na niebie.

Mija lato i jesień,
Zwiędłym liściem wiatr kręci,
Łza młodzieńczych uniesień
Spadła na kwiat pamięci.


12 października 1855.



Z NOCY.

Spojrzałem w słońce, w niebo, — tam głucho,
Jako w sklepionym grobowca lochu,
Gdzie promyk lampy wystrzela sucho
Nad rozsypaną przygarścią prochu;
I duch ponury powrócił w siebie,
Żywota nie było w niebie! —

Więc w świat, w świat czynów, rzuciłem ducha,
We stuwiekową pracę człowieka.
O! i tu straszno, — i tu noc głucha!
Zorza poranku — ach! tak daleka.
Z szczytów w przepaście, głębie, bezednie
Duch się zapuszcza, — przechodzi, — blednie,
Bo nim wystrzeli dnia promyk gończy,
Człowiek gdzie zaczął — tam skończy.

I straszną wściekłość poczułem w łonie —
W krainie grobów błędny ptak życia.
Serce w żylaste porwałem dłonie,
To serce, pełne żywego bicia,

To zgliszcze wonią ofiar gorące,
Tę łez tysiącznych krynicę rzewną,
Tę harfę złotą, gromami śpiewną:
Spojrzałem — i było drżące.

A więc na nie zdjęty pogardą
Duch mój zapragnął, aby raz pękło.
W bryłę niem głazu cisnąłem twardą...
Jękło!...
................
................

A gdym w nie patrzał, w prochu leżące,
Toś ty je w białe podniosła dłonie;
Ze krwi otarłaś rany gorące,
Na twem anielskiem cuciłaś łonie,
I źrenicami pełnemi blasku
Lałaś w nie zwolna promienie...
Widziałem, w ręku twojem roztliło —
Ogniem ożyło! —

O! nieś je — nieś je, aniele złoty,
Gdzie cię powiedzie twa myśl natchniona:
Na nowe trudy — pieśni — na loty! —
Tylko je czasem przytul do łona
I z bolu ocuć lica uśmiechem;
Ono tak kocha! — takie spragnione


Za współuczucia serdecznem echem.
Skiń! ono pójdzie, w jaką chcesz stronę! —
Ukaż mu, droga, tylko nadzieję,
Ono się w setne dźwięki przeleje,
Źdźbła przyozdobi w brylantów rosę,
Jak ptak do dawnych wróci przymierzy,
Na zbudzenie w pieśń uderzy! —
................
Lecz gdy je trącisz... ja nie podniosę.

24 listopada 1857.



∗             ∗

Zmierzyłem przepaść — straszna głąb przedemną! —
Schodzę, — dokoła ponuro i ciemno.
Oczom ni jeden kwiat się nie uśmiecha,
Słuch mój daremnie śledzi w dali echa...
Wszystko to we mnie!... a choć droga śliska
I choć daleko jeszcze do łożyska,
Krok się mój pewnie w drodze nie zachwieje...
Wróciłbym może — gdybym miał nadzieję! —

Ale nie! — darmo! — chód mój bez powrotu!
A jednak jeszcze ten dawny świat nęci —
Ten świat uroczy gołębiego lotu —
Zachwyceń serca, — a dziś świat pamięci...
Skonał! —
Lecz pocóż w mej piersi się budzi
Ten trup, i pocóż mami blaskiem życia?
O! dziwne serce — nawet ból je łudzi
Jeszcze i — zmusza do żywszego bicia.


Spojrzenia twego!... nieba chcą raz jeszcze!
Dłoń podaj! — szczęście moje miałaś w ręku.
A teraz żegnaj! żegnaj! — ja ból zmieszczę
W sercu jak miłość; — patrz! idę bez lęku, —
Idę i serce już się nie pokusi
O nic... i wiem to, że drogi dokonam...
Co mi nie dało szczęście — ból dać musi! —
Potem zdobędę spokój — potem skonam. —

1 lipca 1858.



SPODZIEWANEJ.

Co myślisz? rzeknę, gdy zejdziem się znowu,
Po dniach tak wielu i różnej kolei...
Skargi nieść memu nie rozkażę słowu,
Ni się odemnie dowiesz o nadziei;
Jedna i druga trwoży cię daremnie...
Toż się nie lękaj! tych mar niema we mnie.

A jednak serce tak samo mi płonie,
Tym samym czarem dusza ma objęta!
Tylko że całą głębię w mojem łonie
Jakaś mi cisza wypełniła święta,
Jakieś uczucie kojące i błogie,
Że i w tęsknocie uśmiechać się mogę.

I z moich wspomnień żadne mię nie boli,
Ni się o przyszłość mój duch kiedy lęka:
Nie wiem, czym przywykł tak do mojej doli,
Czy pierś — anielska dotknęła mi ręka,
Ale się czuję w takiej silnej zbroi,
Że nie ja, jeno mnie rozpacz się boi.


Wiem, że nie dla mnie szczęścia blaski świetne,
O szał miniony już się nie pokuszę,
Kocham, co wielkie czyste i szlachetne, —
Ciebie, bo bielszą masz od lilii duszę:
Boś i ty sercem przeniosła szlachetność
Nad blaski świata i nad doli świetność.

I teraz, siostro, czekam cię jak wiosny,
Której niedługo płaszcz się rozzieleni;
Ostatni może to mój dzień radosny
Przed pracą lata i głuszą jesieni,
Ostatnia może to już chwila z owych,
Pamięci jasnych, sercu wiecznie nowych.

Powitam ciebie, jak witam natchnienie,
Po którem w piersi złota pieśń zostaje,
Jak witam ducha mego uniesienie
W sfery słoneczne i aniołów kraje!...
Spokojny jednak czekam onej chwili,
Co z takiem szczęściem ku mnie się nachyli.

7 lutego 1859.



∗             ∗

Odetchnąłem,
Żyć zacząłem
Powiewami kwiecia — róż!
Bywaj zdrowa!
Smutne słowa,
Ledwiem ujrzał, — żegnam już.

Com tu przeżył,
W com tu wierzył,
Nieskalane niosę w świat.
Marzeń sploty,
Łzy tęsknoty
I nadziei blady kwiat.

I twe lico,
Krasawico,
Promień oczu, uśmiech twój,
Z twego czoła
Blask anioła,
Dla mych piersi nowy strój.


Bywaj zdrowa!
Smutne słowa,
Ledwiem ujrzał, — żegnam już!
Żyj szczęśliwa,
Urodziwa,
Pośród woni — kwiecia róż.




∗             ∗

Cisza!... Czy niebo myśli moje czyta,
Myśli w twe serce patrzące?
Strop, jak opona nademną rozbita,
Śle mi promienie z gwiazd lśniące.

Ziemia wieczornym otulona cieniem
Ucichła jak w śnie dziecina,
Czy wie i ziemia? Czy mojem marzeniem
I ona marzyć zaczyna?

Patrzę w twe serce, dziewczę!... ono ciche;
Czyste jak lilia, pokorne,
W proch przed niem zginam ducha mego pychę,
W proch ciskam myśli niesforne.

I tak bez myśli rwących, promienistych,
Z skrzydłem zwieszonem z ramienia,
Do twoich oczu, do gwiazdek przeczystych,
Tęsknię do twego spojrzenia.


Gdy spojrzysz, szczęście piersi me otacza,
Jakby mi anioł niósł wieści,
Że Bóg duchowi mojemu wybacza
I pychę i jej boleści.

Cicho!... Pieśń moja w modlitwę się łamie,
Serca podwaja się bicie...
Czemuż tak cicho z tobą ramię w ramię
Nie wolno przejść mi przez życie?!...

1862.



ŻEGNAJ!

Żegnaj na wieki, różany kwiecie;
Idź cicho marzyć wśród róże.
Ja ciebie, tęskne, niewinne dziecię,
Nie porwę z sobą na burze.
Ramion się moich strzeż jak gadziny,
A wspomnień o mnie jak czarta;
Zapomnij wszystkie dnie i godziny,
Gdyś stała o mnie oparta.

Patrzaj! tam niebo ciemnieje zdala,
Jakiś szum dziwny zalata;
Słuchaj! tam grom się lasem przewala,
Jakby na koniec już świata. —
Jam przedburzowiec, przeklęte plemię!
A możem z piorunów jeden,
Co własnem sercem uderzy w ziemię,
Choć dziś tak cichy — i bieden.


Uderzy — zagrzmi — na przebudzenie!
Iskier tysiące wkrąg ciśnie.
Lecz jeśli Bóg nim rzuci w kamienie,
To głaz i serce wraz pryśnie...
Bądź zdrowa! — Tobie nie patrzeć na to,
Twemi oczyma modremi,
Oh! bo by potem, gdy przyjdzie lato,
Róży nie było na ziemi.

Medyka 22 lutego 1857.



ZBOLAŁEJ.

Straszny przed tobą kielich! Co dnia go wychylasz,
Co dnia rzucasz go z ręki, wypity aż do dna,
I sama go trucizną po brzegi zasilasz
I porywasz go w dłonie, tej trucizny głodna —
I pijesz, żywiąc w piersi szalonych nadzieję,
Że serce się rozpęknie, albo skamienieje.

Toż nazwałbym cię dzieckiem, co w swe drobne dłonie
Pragnie wyczerpnąć przestwór bezgraniczny morza...
Czerpie, a tu się bezdnem urągają tonie,
Jak z potęgi człowieka urąga moc boża.
O! daremnie. — Komu Bóg ducha tak zapali,
Ni lodem go ochłodzi, ni zgasi w łez fali.

Gdybym mógł, to na ciebie rzuciłbym kwiat owy,
Który dzieciom w kołyskę kładą matki wiejskie...

I usypia wnet dziecię i śni sen różowy,
I przez główkę mu płyną dziwa czarodziejskie,
I harmonia aniołów duszę mu zalewa...
A to nad kołyseczką matka luli śpiewa.

Lecz kwiat taki na ziemi tylko dzieciom rośnie!
Stań się więc beznamiętną, choć ból szarpie ducha,
I nie przeklinaj serca, gdy jęczy żałośnie,
I wiedz, że duch twój z Boga i że Bóg go słucha; —
Że biały stróż twój anioł koło ciebie stoi,
I — że ciebie Bóg kiedyś w dwa skrzydła ustroi.




OSTATNIE SŁOWA.

Czas ucieka,
Wrony koń go czeka;
On padł jej do nóg i płacze:
„Już cię nigdy nie obaczę!“ —
Dosiadł konia,
W cwał przez błonia
Poleciał, a tam grały pobudkę trębacze.

A dziewczę zostało
Pod zagrodą białą;
Marzy:
— On tak kocha. — Nie może go kochać...
Marzy, nie wie, czy śmiać się, czy szlochać —
Smutek potem rozlał się w jej twarzy:
Dusza czuła
Los jego przeczuła.

A on leci, twarz mu ogniem pała...
Tam — grzmią działa.
„W cwał na działa!“ padło od komendy,
W cwał pomknęły wojowników rzędy;
Huk od kopyt głuszy szczęk oręży,

Spisy błyszczą jakby żądła węży,
Kule lecą jak grad, ziemię ryją,
I świszczą i wyją;
Trąby grzmią ze wszech stron,
A co strzał, to komuś zgon.

Z kłębów dymu koniem się wytoczył,
Spiął go, pierwszy między działa wskoczył,
Szablę we krwi zbroczył.
Gdzie był sztandar na wale zatknięty.
Legł u wrogów mąż przy mężu ścięty.
Wtem twarz mu zbielała —
„Wzięte działa!“

Tak walczono na ziemi
A górą leciał anioł z skrzydłami czarnemi.

I zesiedli wojownicy z koni.
Obstąpili towarzysza broni;
On leżał na ziemi.
Konał; — usty spalonemi
Cicho wyszeptał imię —
Imię, co z jego duszą wraz na gwiazdach drzemie.

„Szkoda go nam!“ rota zawołała. —
Wieczór nad nim mogiła już stała. —



∗             ∗

Dziewczę stało
Pod zagrodą białą.
Ten smutek skąd u jej czoła?
— Zginął w boju! — Nie mogła go kochać —
Marzy smutno i poczęła szlochać...
Smutek, to cień od skrzydeł anioła,
Cień litości — bo wie, że jej imię
Z jego duszą tam, na gwiazdach drzemie.

1858.



III.
ARCY-MISTRZ.

Jest mistrz, co wszystkie duchy wziął do chóru,
I wszystkie serca nastroił do wtóru,
Wszystkie żywioły naciągnął jak struny;
A wodząc po nich wichry i pioruny,
Jedną pieśń śpiewa i gra od początku —
— A świat dotychczas nie pojął jej wątku.

Mistrz, co malował na niebios błękicie,
I malowidła odbił na tle fali,
Kolosów wzory rzezał na gór szczycie
I w głębi ziemi odlał je z metali —
— A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela,
Nie pojął jednej myśli tworzyciela.

Sztukmistrzu ziemski! czem są twe obrazy?
Czem są twe rzeźby i twoje wyrazy?
— A ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumie
Twych myśli i mów i dzieł nie rozumie?
Spojrzyj na mistrza i cierp, boży synu,
Nieznany, albo wzgardzony od gminu.





ZŁOTY SZLAK.

Nam pęka serce, nam się krwawi łono,
Gdy otoczeni tą rzeszą spodloną,
Głos czysty mamy podnosić:
Już z nas niejeden, zrażon podłym wrzaskiem,
Szedł, pogardzając złością i oklaskiem,
O rychłą śmierć Boga prosić.

Kto dzisiaj plonu spodziewa się z roli,
Nieraz go jeszcze serce tak zaboli,
Zwątpienie zaćmi powieki.
Od Nazaretu po świata przestworze
W bolach i mękach nieśli słowo boże
Wysłańcy Pana — trzy wieki!

Do lotu ptaków wybrana drużyno!
Lata przeminą — głosy nie przeminą,
Ni szlak nasz złoty do słońca!
Szkielety nasze, niby drogowskazy,
Ślad im oznaczą do cudnej oazy,
Gdzie panią — Miłość bez końca.

22 marca 1857.



BUDZĄCA RÓŻDŻKA.

1.

A kiedy jeszcze świat był młody,
Żyły uroczym snem narody,
I nie pytano się za miedzą:
„A kto? a jacy to tam siedzą?“
I nie szukano krańców świata
I byłby lud tak prześnił lata.

2.

Bo byle z drzew owoców trochę,
Byle na zagon lekką sochę,
Byle łuczywa na ognisko,
A zdrój przejrzysty płynął blisko;
Już człowiek między swojem stadem
Żył i bez pieśni życiem radem.

3.

Ale rzekł Stwórca: „Niech się budzi!“ —
I miecz zabłysnął w rękach ludzi,

A kogo dotknął, z snu powstawał
Za chatę, lub za ziemi kawał...
I na głos wołał: „Ja tu stoję!
Wara od tego, hej! to moje“.

4.

I krew polała się obficie —
I obudzone ludów życie.
W lot naprężyli łuki strzelcy,
Bohaterowie wstali wielcy,
A świat się zatrząsł w onej dobie,
Gdy dowiedzieli się o sobie.

5.

I szła po ziemi dumna Sława,
I poszły zbrodnie, poszły prawa;
A pośród mieczów wstały berła,
Na dyademie błysła perła,
W oczach błyszczały tej dwie siostry —
A wszystko miecz obudził ostry.

6.

Już na narody szły narody;
Powstały z twardych ciosów grody.
Na gruzach grodów mędrcy stali
I krwawe czyny spisywali.

A zaś pieśniarze przy bardonie
Śpiewali pieśń o sławnym zgonie.

7.

I obudziła pieśń mścicieli —
I poszli z mieczem, — poszli — cięli —
A którym ciasno, tych przez morza
Wiodła po skarby nocna zorza.
I pośród krwi i brzęku złota
Stanęła w ciszy biała Cnota.

8.

A z niej duch wyszedł: Poświęcenie —
Blask słońca — w pieśni, w dzieje, w cienie!
I wstała Miłość — Pani wielka, —
Jasna narodów zbawicielka:
Ta powie ludom, kto im bratni,
I miecz podniesie raz ostatni.

1 listopada 1859.



GDZIE SIĘ ŚWIAT ZACZYNA.

I pytała raz dziecina:
— Matko! gdzie się świat zaczyna?
— Cyt, uklęknij, dziecię moje,
Złóż pokornie rączek dwoje,
Módl się! Niech ta myśl odleci.
Patrz! nad nami niebo świeci. —
Uwierzyła jej dziecina,
Że się w niebie świat zaczyna.

Przyszły lata, dziecię rośnie:
Już w młodzieńca jarej wiośnie,
Wieje waży, myślą mierzy,
Ale jeszcze matce wierzy.
Ach! lecz ktoś mu rzekł niebacznie:
— Świat się w twojem sercu zacznie.

Kto w wstające wczuł się zorze
Ponad łąki, wody, gaje,
Ten zrozumieć tylko może,
Co to za świat w sercu wstaje!


Potem? — inne nieba, słońca —
Wieki zlane w parę lat!
Szczęście — życie — a bez końca...
Czyż się kończy taki świat?!

Ludzkość duchem go otoczy,
To jak Znicz mu pierś się pali; —
Gdy w kochane patrzył oczy,
Aniołowie mu śpiewali.
Piersi było coraz szerzej...
A duch rwał się wyżej, wyżej...

Potem nie wiem, co się stało; —

Widział kto lwa, gdy raniony
Kona i w pierś topi szpony?

Raz go serce zabolało...
Raz mu oko łzą nabrzękło...
Potem — w piersiach serce pękło...
A gdy w grobie łono spocznie,
Jakiż tam się świat rozpocznie?


23 czerwca 1859.



DO ZOFJI R.

Czemu, o siostro! na twych ócz błękicie
Cięży łza?... Czemu taka zadumana
Idziesz przez życie i patrzysz w to życie,
Jakby Cię przez nie nie wiódł anioł Pana?...
On Cię prowadzi i ciernie z Twej głowy
Zbiera i zmienia na wieniec liliowy.

O! nie uginaj i nie kłoń się w bolu,
Bo duch twój, siostro, ma gołębie pióra:
Tobie nie ginąć jak trawce na polu,
Którą zabija wiatrem gnana chmura.
O! Ty się wzniesiesz nad ból swemi pióry
I bolom będziesz błogosławić z góry.

I staniesz kiedyś tam, zkąd Twemu oku
Nowy świat, nowe życie się odsłoni...
Widzę Cię, siostro, wśród ziemskiego mroku,
Stojącą jak duch biały z lilią w dłoni
I podającą woń z lilijki owej
Na pokrzepienie Twym w drodze cierniowej.


Ale dziś serce Twoje oddaj Panu,
Oddaj je, siostro, z czołem pochylonem;
On Ci je wróci tak, jak wraca z łanu
Rolnikom ziarna: ze stokrotnem plonem.
On Ci je wróci czyste, beznamiętne,
A miłujące wszystko — czasem smętne.

1863.



NA CMENTARZU.

Jaka tu cisza! — wonie jak na łące;
Tam, za drzewami, ginie blask słoneczny —
Patrz, każde drzewo zdaje się modlące
O spokój wieczny.

Cicho tu, dziewczę! — patrz, tam miasto w dole
Gwarem urąga tej cmentarnej ciszy;
Z śmiechu i biesiad przewala się w bole,
Boga nie słyszy.

Cnota tam — we łzach, prawość — niema chodzi,
W przepychu — zdrada, w uwielbieniu — zbrodnia:
Dziw mi, że jeszcze nad tem miastem wschodzi
To słońce, boża pochodnia.


O cicho! nie bluźń; słyszysz szmer dokoła?
Rozlał się skargą na mogił kobierce:
Każdy z tych ludzi ma stróża anioła,
Ma, jak my, serce.

Klęknij i módl się za nich, lilio droga!
Dusze te, serca — długo szatan psował;
Ach! gdybym czasem nie czuł wśród nich Boga,
Tu bym się schował.





PROŚBA.

Błogosław, Boże, rolnika dłoni,
Nie dopuść nigdy nań głodu.
Gdy sieje, niech mu skowronek dzwoni;
Gdy zbiera, użycz mu chłodu.

Błogosław ludziom, którzy Twą wolę
Spełniają w bratniej miłości.
Jasną im ciszą opromień dolę;
Twój anioł niech u nich gości.

Nam budzicieli wielkich, o! Panie.
Harfiarzy daj miłujących —
A kiedy naród zbudzon ......
Daj wodzów w naród wierzących!

1859.



CHWILA MYŚLI.

Znużony jestem... trzykroć upadałem
Pod krzyżem pracy — skrwawiony i drżący —
I trzykroć, trzykroć z upadku powstałem,
I uspokoił się duch bolejący...
Zadrzemał może jak pustyń wędrowiec,
Nim go zwierz zbudzi, ryjący grobowiec.

Przeszedłem myślą takie straszne piekło —
Przez dzieje świata snułem lat tysiące.
O Panie! pocóż tyle krwi wyciekło?
Poco pękały serca pałające?
Olbrzymy przeszli po tej biednej ziemi —
I skamienieli, jak od bolu niemi.

Może za wiele mieli Twego ducha —
Toż nie pojęci przeszli pośród tłumu;
Głos ich za silny dla ludzkiego ucha,
Podobien gromom, lub do morza szumu —

Wołali: wolność! — i rozdarli łona...
Padli! — dziś stoją posągi — imiona.

Ciała ich w ziemi — duchy gdzieś daleko
Błądzą po gwiazdach — cierpliwi tułacze.
Kiedyż ich grobów rozpęknie się wieko?
Panie! czyż nigdy nie dojdą cię płacze?...
O! ześlij — ześlij — proroki — Mojżesze.
Niech w kraje światła zaprowadzą rzesze.

Tam żale sierot — a tu .........
Straszną muzyką spływają do ucha;
Słowik w drzew cieniu rozpływa się w jęki;
Tam gwiazdy błyszczą, wietrzyk zlekka dmucha,
Na nocnych polach żałobne szemranie,
Niby pacierze grobów...
Słyszysz, Panie?....

Lwów 14 czerwca 1856.



NA DZIŚ.

Będzie z was każdy żywił świętą wiarę
W miłość, w jej żywot wśród ludzi bez końca.
Sam będzie kochał; ludu dzieje stare
Przed wzrokiem duszy postawi jak słońca.
Słońc tych promieniem serce przyodzieje
I pójdzie ojców bohaterskim śladem.
I w czynach swoich ukocha nadzieję,
I będzie spokój miał na czole bladem.

A chleb wam obcy stanie się niemiły,
I nikt z was u nich drogi nie zapyta;
Lecz każdy uczci naród i mogiły,
Jak rolę, w której śpi przyszłość spowita.
Nie patrzcie, czy wam przypadnie plon zbierać.
Naprzód! — a z piersią do poświęceń zdolną!
I nauczycie się co dnia umierać —
Ale rozpaczać nigdy wam nie wolno.

A gdy wam rzekną, żeście lud umarły,
Gdy wam zaprzeczą krwawej pracy plonu,

To wy z litością patrzcie na te karły,
Którym już wytknął Bóg godzinę zgonu.
Wszystko czas skruszy! — miłość się ostoi.
Niechże serc waszych trwoga nie przenika,
Bo kto się takim orężem uzbroi,
Ten ma wśród bitew w Bogu naczelnika.

Tak z pokolenia idźcie w pokolenie,
Płomienni sercem — we wiecznej młodości;
Niechaj krwi ojców ożywcze strumienie
Potężne dęby pędzą z latorośli!
Pieśnią zbawienia będziecie śród ludów;
Zwątpiałych fala, słuchając was, mnoga,
Niech się obaczy porwaną w świat cudów,
Z cudów za wami niech idzie do Boga.

Szczęśliwy, komu los hartował bolem
Miłość! — kto gorycz w ciszy pił aż do dna;
Nad płaz się bowiem wzniósł jak ptak nad polem,
Dusza w nim czynów piorunowych głodna.
On będzie w słowie miał moc błyskawicy,
Proroctwo święte w utrapienia chwilach,
Lub archanielski miecz w swojej prawicy
I Leonida śmierć na Termopilach.

1860.



PRZY SMUTNEJ WIEŚCI.

Podajcie czarę! — Cóż to? wy myślicie,
Że się tak łatwo od trucizny kona?
O! kto z mogiły czerpnął krew i życie,
Do pogrzebnego kto nawyknął dzwona,
Kto ducha wprawił do ludzkiego jęku,
I oręż nagi lub piorun ma w ręku,
Nie kona!

Cóż? — a jeżeli ta pierś jako lutnia,
Gromową dłonią nieszczęścia dotknięta,
Jękiem słuchaczy swoich nie osmutnia,
Jeno wydaje głos, co targa pęta,
I tych, co marzą, — co śpią, ze snu budzi
I jeszcze kocha ludzi, jak nie ludzi.

Cóż? — a jeżeli ta pierś odtrącona
Od tej, co niebo tchnęła w nią oczyma,
I ten śmiertelny cios stale wytrzyma
I ni się skruszy, ni rozpłynie w jęku,
A miecz i piorun pozostaną w ręku...
Cóż? czy się łatwo od trucizny kona?


Marzyłem — cierpię — kocham — ach! szaleję —
Lecz myśli moje wiedzie szlak słoneczny —
Tam, gdzie harmonii duch przebywa wieczny
I przyszłe ludom tka z promieni dzieje!
Ja wiem, pod jakim ja zrodzony znakiem:
Duch mój nie kwiatem wonnym, ale — ptakiem!

Dwa są nieszczęścia: w jednem serce pęka;
Drugiem rażony duch na chwilę klęka,
Pochyla czoło i patrzy ponuro,
Że mu się słońce zasłoniło chmurą.
O! ale potem, choć w pół jeszcze marzy,
O swej anielskiej wspomni sobie straży,
Blask własny w serce przeleje rozdarte
I znów skrzydlaty powróci na wartę; —
Potem, jak piorun, ku niebu się rzuci,
Rozetnie chmurę w pół... i z słońcem wróci.

Podajcie czarę! — co tam w niej na spodzie,
Wie mój Stróż Anioł. Mnie łza śćmiła oko;
Czuję, że pierś mi krwawy cień przebodzie,...
Czuję, że w duszy ból utkwi głęboko...
Podajcie czarę... Pełna! jeśli zbladnę,
Ocućcie! — Gromem zbudźcie — gdy upadnę!

6 grudnia 1857.



STERNIK.

Na falach okręt w dal się kołysze,
Lekko, swobodnie jak dziecka sen;
Li okrzyk mewy przerywa ciszę.
Wichry spoczęły wśród ciemnych den.

Sternik głębinę mierzy oczyma;
Czasem na północ obróci wzrok...
Westchnie, lub drżącą w oku łzę wstrzyma;
A okręt płynie przez szklany tok.

Zagrzmiało... wicher zaszumiał w dali,
Nagle ucichły okrzyki mew:
Sternik raz w niebo — a raz po fali
Spojrzał, i zmarszczył ponurą brew.

„Odwiązać łodzie“... rozkaz spełniony —
Osadą zatrząsł piekielny strach;
Zbledli, po morzu gra wiatr szalony,
A chmur powłoka ćmi niebios gmach...


Płyną... skra jasna niebo rumieni.
„Ratunku!“... w okręt uderzył grom.
„Na łódź, majtkowie! — precz z tych płomieni...
Słyszycie dziki pożaru łom“...

„Płyń z nami“! krzyczą w ogniów powiciu;
Sternik maszt ima... „Pierzchajcie tam!...
Ziemia powita was po rozbiciu;
A ja wygnaniec gdzie wrócić mam?“...

„Ziemia — nie moja, — wygnany z ziemi,
W pierzchliwy okręt jam duszę wlał“...
I maszt opasał ramiony swemi,
Jakby go z ogni unosić chciał.

I spojrzał w niebo biedny wygnaniec
I w ciemne bezdno szalonych fal:
Niebo wre łuną, tu morza taniec...
Osada płynie z modlitwą w dal.

Gra wiatr, żar bucha, przestwór spieniony
Co chwila piętrzy z bałwanów gród —
Okręt na szczycie żarem olśniony...
Zda się, że wulkan ocknął się z wód.

Sternik do masztu łono przyciska,
W ogniu już stoi okrętu zrąb.
Spojrzał na północ, z oczu łza błyska...
Słania się fala... padł okręt w głąb.


I znowu senna cisza nastała,
Chmury rozpędził słoneczny blask —
Nad falą mewa skrzydłami grała,
Wydając dziko — radosny wrzask.

1855.



IV.
SNY I PRAWDY.
(W imionniku).

Jeżeli marzysz, że świat cię obsypie kwiatami,
Snem to będzie;
Kwiaty, kolce, łzy, radość — roznosimy sami
Z sobą wszędzie.

Snem będzie, jeśli nigdy nie doznać zawodu
Masz nadzieję.
Lecz biada! jeślić z serca ufność już za młodu
Wiatr rozwieje.

Snem poklask i błyskotki, któremi tłum wita,
Snem szał ludzi.
Ale gdy serca dobroć czynami rozkwita,
Raje budzi.


Snem duma, która w piersi ponad wszystko stawa,
Snem zachcenie.
Cicha, lecz najpiękniejsza młodej duszy sława:
Poświęcenie.

Bóg światy — bez granic, człowiek — muszką drobną
W grób się zsuwa...
Ale nad źdźbłem, nad kwiatkiem i duszą osobno
Anioł czuwa.

2 marca 1859.



BURZA.

Lecą chmury, a dołami
Słychać wichru szum;
Niebo w dali błyska skrami,
Ptactwa pierzcha tłum.

I okrzykiem przerażenia
Wita ciemny las.
Słychać gromy, ziemi drżenia...
Burze, witam was!

Ja sam jeden. Niezlękniony
Patrzę w czarną toń;
Pierś mi pieści wiatr szalony
I kołysze skroń.

Bije groźna błyskawica...
Cicho... Błyska znów...

Ho! przyrody to prawica
Rzuca milion słów.

Po chmur czarnym pergaminie
Złote pismo drga,
I przez oczy szybko płynie —
Aż do serca dna!

Już odbite, rozbudziło
Akord w piersi mej:
Dusza rwie się całą siłą
Do przystani twej,

Burzo dzika! — Hej, z wiatrami
Igra moja myśl —
Od nich dziksza! A ty skrami,
Chmuro, słowa kreśl.

Niech je czyta, niech je słucha,
Aby mogła tu,
Gdy nastanie cisza głucha,
Płoszyć bezczyn snu.

I ogniste wiązać brzmienie
W dzikich pieśni stok...

W łono ciemnic siać płomienie,
Życie siać co krok.

Stój — stój, myśli moja dzika!
Oto cisza znów:
Burza milknie — chmura znika...
Pieśni braknie słów!


W Medyce 1855.



CISZA.
Odpowiedź na wiersz B. B.

Hej, życia! hej, ognia! bo duszno nam tak —
I wszystkie się drogi krzyżują nam wspak —
I myśl nam odbiega daleko... do nieba...
A jej tu na ziemi, na ziemi potrzeba!

Patrzajcie! tam orzeł, król ptaków i skał,
Opuścił swe skrzydła, jak gdyby w dzień spał —
Hej, orle do lotu! tam słońce twe świeci!...
Królowi bo duszno, znużony — nie wzleci.

Znużony? Wszak dawno nie puszczał się w lot,
Ni wicher mu szumiał, ni śpiewał mu grzmot;
Dlaczegoż król ptaków wędrówki nie waży?...
Oh! duszno mu w świecie, o niebie król marzy.


Przeklęte marzenia! tak ciężą jak głaz,
Że śmiały latawiec spoczywa jak płaz,
I szpony zatępił, trzymając się drzewa...
I już się nie ocknie — aż grom mu zaśpiewa.

Tam nawa na morzu spoczywa śród fal,
Choć żagle przy maszcie, nie może iść w dal,
I sternik oparty oczyma powodzi:
Czy słońce czerwono na wiatry zachodzi?

Nie! patrzcie! w różowy roztapia się świt
I księżyc powolnie wypływa na szczyt,
A sternik przeklina i niebo i morze:
Do lądu chce płynąć, przez ciszę nie może.

On błaga o wiatry; te milczą, te śpią.
Dłoń chwyta za wiosła, za słabo ach! prą;
I z wiatrem leniwym gdy próżno spoczywa,
To sternik z rozpaczy pioruny wyzywa.

Tu rolnik swe ziarno porzuca wśród skib,
I pełen nadziei już czeka na chleb;
Ziarenko już zeszło, już kwiat się uśmiecha,
Lecz w skwarze bez deszczów więdnieje, usycha!


A rolnik wieczorem zadumany stał:
Czy słońce nie zajdzie na deszcze za wał?
Lecz słońce pogodnie przygasać zaczyna —
A rolnik i niebo i słońce przeklina.

I wyszedł na pole: zniszczenia tu kraj,
Zeschnięte źdźbła sterczą, gdzie kwitnął tak maj!
Zapłakał boleśnie, żal serce porywa, —
A rolnik nie deszczu, lecz burzy wyzywa.

Śpiewaku! tyś burzę zażegnać chciał precz.
Patrz! cisza nie wiedzie do celu — lecz wstecz!
Bo prawa odwieczne istnieją w naturze,
Że w życiu naprzemian są cisze i burze...

Szaleniec, kto zaraz po burzy chce burz,
Bo w sercu swem własnem utopił by nóż...
Lecz kiedy skwar kwiaty do grobu już nagnie —
To chyba dziecina piorunów nie pragnie!

1854.



WIECZÓR U BRZÓZKI.

Słońce kona za górami,
Ponad niwy mgły,
A u brzegu, nad falami,
Tęskna brzózka drży.

— Nie drżyj, brzózko, tak żałośnie,
Tutaj błogo ci:
Wkoło ciebie kwiecie rośnie,
W górze gwiazda tli.

Fala do stóp ci się słania,
A od brzasku dnia
Ciągłe ptasząt świergotania,
Ciągle wietrzyk gra.

O! samotna gdybyś stała
Na pastwę dla burz,
Może, może, brzózko mała,
Nie żyłabyś już...


O! samotnie marzyć trudno!
Życie cierpkim snem:
Niby ludno, a odludno
Na przestworzu tem.

Wybłysnęła gwiazdka złota,
Brzózka smutnie drży;
W sercu mojem tkwi tęsknota,
W myślach dzikie skry...

Chciałbym stworzyć serca życie!...
Brzózka tonie w mgle,
Gwiazdki błyszczą na błękicie
I jeziora tle.

Medyka 1855.



SEN ZIEMI.

Niebiosa lśnią gwiazdami,
Jaskrawo księżyc lśni,
Śnieg pada brylantami,
Pod śniegiem ziemia śpi.

Śpi cicho, utrudzona
Mocą jesiennych burz;
Z niebios jej sny do łona
Zesyła księżyc — stróż.

I śni się jej, że wdziewa
Czarowny wiosny strój,
Że słowik pieśń jej śpiewa,
I szemrze srebrny zdrój.

I śni, że ją miłuje
Nad wszystkie światy Bóg.
W błękity, śniąc, wstępuje:
Przechodzi niebios próg.


I śni, że ją wulkany,
Rozdarły wszerz i wzdłuż,
Że ogniem zieją rany,
Spienione bezdna mórz.

I śni, że jest strącona
W otchłanie, w czarną toń;
I leci przerażona, —
O gwiazdy trzaska skroń!

Wstrzęsła się, więc kojące
Stróż wierny sny jej śle:
Stroi ją w kłosy drżące,
We srebrnej kąpie mgle.

1863.



NA CZARNEJ GÓRZE.

Na złomach skał, śród śniegów błyszczących od słońca,
Wstrzymałem krok, gdzie wicher nagim szczytom śpiewa.
W przepaściach noc; przedemną widnokrąg bez końca
Błękitnieje i w błękit sklepienia się zlewa.
W prawo — w lewo — gór pasma, borów ciemne szmaty;
U stóp moich obłoki, płynące z daleka,
Stają i zdziwione patrzą na człowieka,
Który się wdarł bez zaklęć w ich powietrzne światy.

Cicho — ten złoty obłok, co płynie jak fala,
W białej Wiśle pił wodę, z Wisły niesie wieści.
Zbliża się — od promieni słońca się zapala —
Słychać szemranie... westchnął... nie, to wiatr szeleści...
A obłok już daleko... płynie drugi, trzeci...
Jasna dal z białych osłon oczom się odsłania,

Jak świat cudów mędrcowi w godzinie dumania.
Kiedy w nim Bóg pochodnię natchnienia roznieci.

Lotna dziatwo błękitów! witaj mi na szczycie!
Oczy i myśli puszczam za tobą w przegony —
Lećmy! serce me czuje podwojone życie,
Gdzie spojrzę — wszystko moje — mój ten świat zielony!
Tam — poznaję — migoce Dniestr, jak srebrna wstęga...
Kędyż chaty człowieka? gdzie sławne cmentarze?
Zniknęły roztopione w zielonym obszarze:
Ni chat, ni grobów sławy oko stąd nie sięga.

Och smutne to! przeczuwam: — i my w czasów dali
Rozpłyniem się tak samo w nic i w zapomnienie.
Nikt nie wspomni, że żylim tu — żeśmy kochali —
I wędrowiec stąd kiedyś rzuci tak spojrzenie,
A nie dostrzegłszy okiem ni chat, ni cmentarzy,
O tem, że wszystko niknie, posępnie zamarzy.




CHATA GÓRSKA.

Mała chatka dranicą pokryta,
Nad nią góra piętrzy się wysoko;
Spodem strumień zarył się głęboko
I wyrywa kamienie z koryta:
Jemu ciasno, więc szumi i pieni,
Srebrną pianę o brzegi w krąg ciska,
A tak huczno, zda się, sto strumieni
Naraz rwie się z twardego łożyska;
Sosna schyla nad chatą ramiona,
A żywiczna woń płynie z jej łona.

I ja, pielgrzym, przyszedłem tu zdala,
I wstąpiłem do chaty górala;
I powitał mię starzec jak syna,
A jak brata witała rodzina.
Nie pytali, kto rodzi? jak miano?
Tylko dłonie bratersko ściskano.
Góral wołał: tu przyszedł gość z drogi,
Oto Bóg z nim wstępuje w me progi.

Gdy się rozległ fujary ton rzewny,
Gdy wieczorem dzwon jęknął cerkiewny,

I ze szumem strumienia zmieszany,
Jękł jak wielkiej świątyni organy,
Cała klękła do modłów rodzina,
Stary góral w głos pacierz zaczyna;
A po modłach złożonych tak Bogu
Dano skromną wieczerzę na progu.

Kędy góry tak dzikie, olbrzymie,
Wypisały Stworzyciela imię,
Kędy burzą wezbrane potoki
Z hukiem lecą gdzieś, w parów głęboki,
W ciągłej walce tu zda się przyroda,
Fantastyczna, niestała i młoda;
Kędy orły się kąpią w błękicie,
Oh! jak cicho upływa tu życie! —
W młodych sercach tu miłość poczęta
Czeka szczęsnej niedzieli, lub święta.
Z wiosną goni lud trzody na pasze,
Zimą wraca wesoły w poddasze.
A gdy komu dzwon śmierci zadzwoni,
To łez kilka się rzewnych uroni,
I gdzieś smutek ucieka z potokiem,
A lud patrzy wesołem już okiem.

Ostry Gruń, 14 sierpnia 1856.



PIELGRZYM.

— „Witaj, pielgrzymie! — pewnie z daleka?“
— „Tak! — wielką przebyłem drogę“ —
— „Do snu znużona tęskni powieka“
„Odpocznij z nami“... „Nie mogę“...

Rzekł i pożegnał zagrody w siole
I ludzi, co go witali;
Tam się drożyna wije przez pole...
On spieszy dalej i dalej.

Gwiazdki migocą i księżyc blady, —
Pielgrzym pagórek omija;
W mgle ponad rzeką widać osady...
U brzegu chatkaż tam czyja?

Wstrzymał się pielgrzym — odpocząć może,
W niebo utopił źrenicę...
„To nasza chatka!... dzięki Ci, Boże.“
I łza mu spadła na lice.


Szepnął wiaterek — promień księżyca
Na trawie chwiejąc się żarzy
I blado wiejski cmentarz oświeca,
A pielgrzym stanął i marzy

To w cmentarz patrzy, to znów ku wodom:
„Wszak żyją jeszcze — o Panie!“
„Żyją!“... i spieszyć chce ku zagrodom,
Spieszy, — to znowu ustanie...

Przybiegł, swą chatkę obejrzał wkoło,
„Pustka!“... i pies go nie witał.
Zadrżał, ku ziemi pochylił czoło,
Już się o swoich nie pytał.

I nie odpoczął, drogą znużony,
W oczach skra dzika się pali:
Pożegnał znowu rodzinne strony,
Poszedł — odpocznie — gdzieś dalej...

14 Maja 1855.



DOMOWA PIOSNKA.

Spieszył wędrowiec obcą krainą,
A droga przed nim daleka;
Wtem go piosenki tony opłyną,
Wędrowiec stanął — i czeka.

Słucha zdziwiony, a z drżącej dłoni
Kostur pielgrzymi wypada:
Stron to rodzinnych piosenka dzwoni,
Łzami na sercu osiada.

Tam ją nuciła jego kochana
Wśród cichych gwarów wieczora;
Tu wszystko obce, — pieśń tylko znana,
I grajek inny i pora.

Nie pyta grajka, skąd piosnkę umie,
Lecz kołysany dźwiękami,
O swej krainie marzy w zadumie,
O siole między lasami.


Potem grosz wcisnął do grajka dłoni,
Uśmiechy ze łzami miesza,
Myśli wróciły z marzeń pogoni...
On dalej, dalej pośpiesza.

1855.



UCIECZKA.

Tyś pobladła, drżą ci dłonie,
Dziewczę lube, nie bój się;
Ho — ho! marne ich pogonie,
Nie dosięże Tatar mnie.

Koń chowany w wolnym stepie,
Patrz! jak lekko niesie w cwał,
Ledwo nóżką łzy otrzepie,
Które wiatr po kwiecie siał.

W plon iść tobie? stój poganie!
Czekaj na to długi czas,
Ho, tchu pokąd w piersiach stanie,
W jasyr nikt nie pójdzie z nas.

Patrz, my dwoje, a za nami
Stokroć większa wrogów moc, —
Śmiej się, luba, choć my sami,
Lecz nas bronią step i noc.


Ho, tam błyska Dniepr w oddali,
Fala szemrze nutą dum,
Wnet poranek się zapali...
Cyt, cyt, strzał tatarskich szum.

Koń raniony, koń słabieje,
A już blisko dyabły stąd,
Luba, jeszcze miej nadzieję: —
Wolno płynie Dniepru prąd.

1855.



SMUTNE PACHOLĘ.

U mogiły za dworem,
Przy zachodzie — wieczorem,
Siadło młode pacholę
I płakało na dolę. —

— „Czego płaczesz, pacholę?“
Pytał kozak go stary.
— „Matka poszła w niewolę,
Ojca skłuli Tatary,
A jam został się dziecię —
Och! samotny na świecie.

„Stryj ma teraz opiekę...
Z łez się moich natrząsa;
Kiedy w smutku dni wlekę,
On słowami mię kąsa,
I nazywa niecnotą —
Za to, żem ja sierotą.


„U naszego sąsiada,
Jest tam dziewczę jak róża;
Słuchaj! — z duszy mi rada.
Serce w bolach się nurza,
Ja ją kocham! — Stryj o to
Znów mię nazwał niecnotą.

„Kiedy byliśmy sami —
Nieraz idąc tą drogą,
Jam ją bawił pieśniami —
Lubej nucić — och błogo!
Ona pieśni słuchała,
I sierotę kochała.

„I tak żyłem; — aż z rana
Stryj podsłuchał mię zdradnie
I rzekł: pójdziesz do pana;
Waszeć śpiewasz mi ładnie,
Ja ci szczęście otworzę:
Będziesz pierwszy we dworze.

„Jabym panom miał służyć —
Ja — co własne mam pieśni?
Starcze! radą chciej służyć,
Jak się wydrzeć tej pleśni?...
Jam nie zrodzon w niewoli;
Służyć pieśnią — to boli!“...


— Ja ci, chłopcze, poradzę:...
Ot — dzielnego weź konia,
Jeśliś silny w odwadze —
To w stepowe leć błonia,
Przez porohów spłyń wały,
A step klaśnie ci cały.

U nas pieśniarz — kochany;
Oh! dla ciebie tam życie!...
Z koszowymi, z hetmany,
Gnać na podjazd o świcie,
A w dzień walka lub łowy.
W noc śpiew tęskny, bojowy.

Zapał chłopcu gra w oku;
Marzy nocne śpiewanie,
Już pośpieszyć chce kroku...
— A cóż z lubą się stanie?...
...Wrócę do niej! — Wziął konia,
I pogonił przez błonia.

Pędzi chłopiec, — mierzynek
Wrony pianą okryty...
Nie rwij, dziewczę, barwinek!
Tam Dniepr walczy z granity:
Chłopiec w wodę się rzucił,
Do kochanki nie wrócił. —

1855.



NIEWIERNY.

Nie biegaj, dziewczyno,
Po wieści do zdroju,
Dzisiaj dni twe płyną
Błogo, a w spokoju.

Li czasem tęsknota,
Niby chmurka mała,
Oczka ci omota,
W których iskra drgała.

I łezka posełka
Na rzęsy się wiesza;
Ból taki, igiełka,
Kole i pociesza.

Bo wyszywa potem
Nitkami z promienia

Na kobiercu — złotem —
O lubym rojenia.

Po rzece wstecz fali
Czółno się kołysze;
Niem z boju wracali
Nucąc towarzysze:

— Nie biegaj, dziewczyno,
Bo fala nie wróżka,
Złote sny zaginą
U twego serduszka.

Twój młody — pancerny
Walczył śród Podola;
Pancerny — niewierny,
Nie powróci z pola.

Milsza mu od ciebie
Na polu mogiła...
Powiedział: aż w niebie
Odpyta mię miła.

— Zaniosą mię brody,
Kochanku, do ciebie...
Wskoczyła do wody...
Czy się zdybią w niebie?


Przez rzeki głębiny
Czółno płynie dalej.
Oj szkoda dziewczyny!
Chłopcy zaśpiewali.

1855.



ROLNIK PODOLSKI.

Cztery wołki na ugorze
Ciągną pług przez pole.
Dumkę nucąc rolnik orze;
Nie wie jaką rolę.

Gdzie toczono bój z Tatary,
Zboże mu wyrasta:
Wiek z pamięci wypadł stary
Podolskiego piasta.

Nie wie, kto mu kruszył pęta,
Kto mu niósł zniszczenie.
Sercem ledwie zapamięta
Dziada pokolenie.

Dziad coś mówił o zaborach
W dalekiej przeszłości...
Pług zaskrzypiał nagle w z-orach,
Wyrył miecz i kości.


Rolnik stanął śród rozłoga,
W sercu żal się budzi:
Westchnął, pacierz wzniósł do Boga
Za pomarłych ludzi.

1855.



V.
ANIOŁ UPADŁY.
Fantazya.

Z głębi piekieł, potężnych czarnych skrzydeł lotem
Wzniósł się anioł upadły w przestrzenie bez końca.
Za pychę niegdyś bożym powalony grzmotem,
Lecąc, potrącał gwiazdy i zaćmiewał słońca.
Skrzydeł dwoje, ostatki seraficznych znamion,
Jak dwie chmury, noc siejąc, wiało mubu ramion;
Ozłocić je wyleciał na dalekie słońca
Król nocy bez końca.

Jasność znikała przed nim; — w przestrzeń bezgraniczną
Rzucał się milion razy za jednym promieniem,
I milion razy spadał w swoją noc dziedziczną,
I milion razy wstawał, zolbrzymion pragnieniem. —
Kto kochał niekochany, kto z potęgą w duszy

Strącon był z drogi chwały, a pamięć zachował,
Kto świat miłością ducha swojego osnował
W tęczę, i z szczytu marzeń spadł w nicość codzienną;
W kim zemsty niespełnionej szereg lat nie zgłuszy...
Nie, ten jeszcze nie pojmie tych żądz, tych katuszy,
Które ma anioł ony na wieczność bezdenną,
Straszną — nieodmienną!

Daremny lot! — powietrzne opadły mu wiosła,
Zachwiał się i na ziemię runął król ciemności;
Ale w dumie, która go w nieskończoność niosła,
Nie wyrzekł się i teraz straconej jasności...
Powstał wyniosły, piękny wyrazem oblicza,
W oczach mu znów gorąca odżyła namiętność,
Na czole strasznych myśli władza tajemnicza
Wyryła, jak w, marmurze odwiekową smętność;
I w postaci miał dawną niezłamaną dzielność,
Spiżem w piersi mu stała nieprzeparta dola...

W nim i przed nim okropna rosła nieśmiertelność.
Tak stał — a słońce właśnie zapadało w morze,
Wieczorny chłód i wonie płynęły przez pola,
Z niebios się rubinowe zesuwało zorze,
Gwiazdy błysły i mleczna rozlała się droga,
On ją znał, bo po nad nią tron żywego Boga!

Skałę, gdzie stał on anioł, i morskie wybrzeże
Owiały szmery, z srebrnej wznoszące się pary.
Łzy to były, westchnienia ludzkie i pacierze,
Woń ziemi, słana Bogu w niebo na ofiary.
Wzdrygnął się, ale słuchał jak je lotne posły —
Wietrzyki — podmuchami ku niebiosom niosły;
Patrzył, jak gwiazd promyki, drgające w eterze,
Brały je, jak je sfera podawała sferze...
Coraz wyżej, w świat nigdy nie ćmiony obłokiem...
Tam za niemi on anioł pognał jeszcze wzrokiem,
Aż w Majestat!... Tam w czystym, świetlanym lazurze,

W kształt jaskółek, co muszki łowią ponad tonie,
Krążyli aniołowie i chwytali w dłonie
Westchnienia: te w ich rękach zmieniały się w róże,
Inni zaś przemienione łzy w sznurki perełek,
Inni pacierz, co lilią rozkwitł lub fijołkiem,
Brali, u skroni wili albo u skrzydełek,
I tak we światłość gonił anioł za aniołkiem.
A gdy przed tronem Boga sypali te kwiaty,
Święte hymny się w niebach rozległy chórami:
Stworzone i na „Stań się“ rodzące się światy
Śpiewały: „Chwała Panu nad Panami!“...

Wonczas upadły anioł pochylił oblicze,
Wielkie, posępne, śniade, jak księżyc zaćmiony,
W piersiach mu grały wspomień dźwięki tajemnicze,
Jak łoskot fal na morzach, wichrami zbudzony;
I po raz pierwszy, odkąd stracił szatę złotą,
Dumy zabył, przejęty aż do dna tęsknotą;
I uczuł, jak szczęśliwym można być w pokorze,

Jeżeli ona z świętej wykwita miłości...
Ach! bo i on tak niegdyś śpiewał dzieła boże,
Światom „Stań się“ roznosił po nieskończoności;
Kochał tak!... Teraz westchnął za tem z całej głębi.

Lecz jak od gromu stado pierzchliwych gołębi
Ucieka w znanej strzechy otwór niezamknięty,
Tak pierzchli aniołowie przed onem westchnieniem,
Z którem o szczęściu chwilkę pomarzył wyklęty,
I nieba zatrzasnęli za sobą chmur cieniem.
A westchnienie się długo pod chmurami chwiało,
Potem w tę pierś, skąd wyszło, runęło piorunem...
Potem — coraz posępniej na niebach ciemniało,
I świat się owinięty zdał jednym całunem.

Ocknął się anioł, lecz choć rozpacz w nim zawrzała,
Nie ugiął się, od gromu w piersi uderzony.
U stóp mu zapieniona fala dziko grała,

Dzikszą myślą był miotan wonczas duch strącony:
„Ha nieprzebaczający — zawołał na skale, —
Znam Cię, ale z miłością nie będę wspominać.
Stokroć spotkam Cię jeszcze w piorunowej chwale,
Dumny, gdy moją dumę Ty będziesz przeklinać.
Stokroć piersi mych wolą gniew w Tobie rozpalę,
W drodzę stanę, ilekroć zechcesz co poczynać...
Na nieskończoność nasze roztoczą się boje:
Ty będziesz światy tworzyć, ja — truć światy Twoje!“

I podniósł się, świadomy swej piekielnej mocy,
I leciał przez ciemności czarniejszy od nocy.

1859.



TYMOLEON Z KORYNTU.

I.

Z Akrokoryntu cudnej przystani
Dziesięć naw płynie po wód otchłani.
A lud je żegna okrzykiem —
I błogosławiąc, bogom poleca:
„Niechaj wam niebo drogę oświeca
„W żegludze po morzu dzikiem“.

„Płyńcie, o bracia, do Syrakuzy,
„Twierdze tyrana obróćcie w gruzy,
„Niech prawa ludów nie targa!“
A Tymoleon tam na pokładzie
Rękę na sercu z przysięgą kładzie,
Że w hymn zamieni się skarga!

I odpłynęli i znikli w dali...
A do Koryntu wrócił ślad fali
I głośno bije o brzegi:
„Od Syrakuzy wiatr mię przynosi!

„Słuchaj, Koryncie! — fala wieść głosi —
„Zniszczone wrogów szeregi!“

„W Sycylii płoną dziś hekatomby,
„Sławę Koryntu rozgłoszą trąby;
„Dyoniz miastem nie włada!
„Tam Tymoleon — i z swobodnymi:
„Zwalczył tyrana na bratniej ziemi,
„A teraz w radzie zasiada“.

II.

Po Dyoniza zwalonym grodzie,
Wolnego ludu płyną powodzie,
Głos leci skrzydłem latawca:
„Sławmy, o bracia, Koryntu syna!“
A z rąk matczynych rwie się dziecina
Spojrzeć, gdzie ojciec, gdzie zbawca?!

Dziewice drogę ścielą kwiatami,
Echo o morza bije pieśniami:
W mieście weselne dziś gody.
Ha! czy widzicie Tymoleona?
Na jego skroni z laurów korona —
„Witaj, o mężu swobody!“

I w Syrakuzie starców gromada
Z palmami w ręku rynek obsiada —

Czyj głos do serca tak sięga?!
To Tymoleon, ludu obrońca,
Dzieło swobody wiedzie do końca:
Z ludem ustawy przysięga.

Patrzcie, jak cudna twarz bohatera!
O! jak swobodnie w niebo spoziera,
Że mu dotrzymał przymierza!
I łzą radości oko się rosi,
I serce łonem dumnie podnosi —
Bo serc tysiącem uderza!

III.

Czyjże to rydwan do Syrakuzy
Naród z hymnami ciągnie przez gruzy?...
Patrz! na nim starzec zgrzybiały...
Słodycz niebiańska krasi mu lica,
Choć oczy kryje wieczna ciemnica,
Co w boju słońcem pałały.

Młodzież uwieńcza rydwan bogaty
I kornie starca całuje szaty:
Miłość zwierciedli wzrok łzawy.
I biją głosy: „Tymoleonie!
„Ty żyjesz wiecznie we wdzięcznem łonie.
„Święte nam twoje ustawy!“


Starzec ku niebu obrócił lica,
Radość mu skronie blaskiem oświeca,
Rękę do serca przykłada.
Lecz nagle zadrżał... pobladły skronie...
Ha, nitka życia pękła mu w łonie:
Zabity szczęściem — upada!

Skwar mu na bojach wypalił oczy,
Łza z ciemnej rzęsy już się nie stoczy,
Skryła się — tam — za powieki...
A wdzięczność ludu wybawionego
Tak rozrzewniła wybawcę jego —
Że szczęśliw usnął na wieki!

Grobowiec stoi na rynku miasta,
Nad nim swobodnie palma wyrasta:
Tymoleona to szczątki.
Lud Syrakuzy, z wiosny powrotem,
Co rok tam płynie wesołym splotem,
Uwieczniać męża pamiątki.

1854.



UCZTA GERONOWA.

Pieśń wam zaśpiewam! w pieśni prawdę szczerą:
Był u Ottona wielki margraf Gero,
Nad podbitymi postawion Słowiany,
A w każdej sprawie rycerz zawołany.

I miał ten Gero murowany dwór,
Co wieżycami wspinał się do chmur;
Miał jasną zbroję i stalowy miecz,
Co w bitwach głowy z karków zmiatał precz;
I zgraję knechtów na wszelkie rozkazy,
Krwawych jak wilcy, a zimnych jak głazy.

A pierś Gerona była jako stal;
Nie znał litości, nie tykał go żal.
Niech drży podbity — niechaj znosi dań,
Jeśli mu miła nieprzerżnięta krtań!
Więc już o buntach zaprzestano marzyć,
Nawet lirnicy nie śmieli się skarżyć.


I była radość pomiędzy Germany,
Że legł Słowianin, jak lew okowany;
W Mersburgu Otto na cesarskim tronie
Ściskał margrafa zakrwawione dłonie.
I poczcił złotym łańcuchem Gerona
I kazał nowe podbijać plemiona.

Siadł więc graf Gero w murowanym grodzie,
I śpiewał Panu psalmy o zachodzie.
I kazał sobie podać wina dzban
I pił i marzył, jak go podniósł Pan!
Ha, niedość jeszcze! więc zamierzył graf,
Jakby do Lachów Odrę przebyć wpław.

A tam — już długo chowa się z tem w łonie, —
Tam chce graf usiąść na udzielnym tronie,
I władnąć berłem po zaborach wzdłuż...
Marzy — i z rodu króle liczył już.

I o dłoń szorstką wsparł brodatą twarz, —
Wtem w róg zagrała przedmurowa straż:
„Kto?“ „Goniec grafie“. Goniec w drzwiach już stoi,
Jeno się wieści wypowiedzieć boi.

I drżąc wyjęknął: „Grafie! ciężko nieść
Do twoich uszu taką srogą wieść.

Patrz! Lach Słowianin, co tak twardo spał,
Jak głodny niedźwiedź z pazurami wstał,
U bożych świątyń porozwalał drzwi
I skąpał ręce w grafa Haika krwi“.

Lecz graf stał zimny.

Choć u granic wróg,
Nie zbroi knechtów ani wiernych sług.
Każe nieść wina, miody i bić woły,
Każe do uczty stawić sute stoły;
Do lackich książąt zaprosiny śle,
Jakby w najlepsze i przyjazne dnie;
Czasami tylko ściągnie czarne brwi
I mruczy pod wąs: „Napiłbym się krwi.“

A ledwie zeszło w trzeciej dobie słońce,
Od lackich książąt powrócili gońce.
Gero rad z wieści... Hej, już dzwoni róg,
Już wchodzą kniazie w Geronowy próg;
Trzydziestu książąt, szczera lacka krew —
Szerokie czoło, ciemna w kabłąk brew,
Otwarte lica, w źrenicach błękity,
U bioder szable, a na głowach szczyty.

W świątecznej szacie Gero we drzwiach stał,
Powitał kniaziów — dłoń każdemu dał.
Czarnego ducha tak ukrył postacią,

Iżby rzec można, brat wita się z bracią
I w dom prowadzi i wyrządza cześć; —
I każe misy przed kniaziami nieść,
Prosi, by na bok odłożyli bronie
I stół zasiedli po obojej stronie.

Ucztują kniazie; w sali rośnie gwar,
Coraz weselej od pieśni, od czar,
Coraz serdeczniej; co wychylą dzban,
Podaje świeży, hojny zamku pan.
I zapomniało szczere lackie plemię,
Że chciwy Gero dybie na ich ziemię,
Że krew już płynie u odrzańskich wód, —
Taki graf zdziałał gościnnością cud.
A Gero wstaje i woła do sług:
„Niechaj zadzwoni paź w złocisty róg!
A ja ten puhar wznoszę wam, kniaziowie!“
I pełny puhar pił za kniaziów zdrowie.

A gdy pił Gero, paź na rogu grał,
Dziko, jak wicher, wyjący śród skał.
Na ten głos knechty z morderczem żelazem
Wpadli i kniaziów otoczyli razem,
I skrępowali sznurami ramiona,
Cięli im gardła i kłuli im łona.

A możny Gero nad trupami stał,
Uśmiech na ustach, w dłoni puhar miał.

„Siądźcie za stołem, wołał, bracia moi!
Gero się buntu wyrżniętych nie boi.“

I wnet ze sali każdy smętny trup
Poszedł za okop sokołom na łup.
Sokoły niosły wieść na lackie pola,
Że wodzów taka spotkała tu dola. —

I siadł graf Gero w murowanym grodzie,
I „De profundis“ śpiewał o zachodzie —
I kazał sobie podać wina dzban,
I pił i marzył, jak go podniósł Pan!
A potem senną głowę wsparł na łonie
I o złocistej zamarzył koronie.

Taka to była owa uczta sławna,
I tak Germany wojowali zdawna.

Listopad 1859.



GERO NA LACHACH.

Z chaty do chaty leci wieść,
Zachodni wiatr ją począł nieść,
Płacze nią w polach, w możny dwór
Bije nią, jako piorun z chmur,
Przeraża panów, rycerzy, kmieci,
Zatrważa starców, matki, dzieci;
Pomordowanych książąt wdowy
Ze snu takiemi budzi słowy:

— O! płaczcie, wdowy! płakać czas;
Niema już komu bronić was!
Niema już komu bronić grodu,
Ni kmiecej strzechy, ni narodu!
Mężowie wasi, wasi kochani,
W domu Gerona pomordowani!
I zapłakały wdowy wraz:
„Niema już komu bronić nas!“

A możny Gero syna do się zwie:
„Sygfrydzie! rzecze, młody ty mój lwie,

Trzoda bez stróża łupem dla rycerza:
Wybiłem wodzów z nadodrzańskich stron; —
Waleczny synu! pójdźmy zbierać plon!“
Tak wyszedł Gero i na ławie siada,
Lecz Sygfryd stoi i nie odpowiada.

Więc Gero znowu: „Nasz cesarz i pan,
Znany z potęgi a i z łaski znan,
Lecz pańska łaska — to szalony koń,
Dziś mu ta miłą, jutro owa błoń.
Dobrze, gdy pomny pan swojej czeladzi,
Lepiej, gdy sługa sam o sobie radzi.

„Dziś ja margrafem. — Otto możny król;
Dla mnież to niema na królestwo pól?
Otto po Łabę, moje państwo dalej.
Synu! Sygfrydzie! będziem królowali,
Prześcigniem samą Ottonową moc.
Zbierz lud, na Słowian wyruszymy w noc“.

A Sygfryd rzecze: „Ojcze! Bóg ukarze.
Pomordowanych śniły mi się twarze,
Śniły się w nocy w strasznym, wieszczym śnie.
Ojcze! ty zgubisz i siebie i mnie“.

Lecz Gero powstał, zmarszczył czarną brew
I rzecze groźno: „Myślałem, żeś lew,

A ciebie widzę trwoży jasna stal!
Młodej ci żony i uścisków żal“.
Więc poszedł Sygfryd zbierać lud do wojny,
A Geron usiadł i dumał spokojny.

A gdy na zamek spadła noc,
Stanęła rzędem grafa moc.
Stanęła licznie po rozkazie;
Od stóp do głowy lud w żelazie.
I rżą rumaki, biedz gotowe;
Tylko graf Sygfryd spuścił głowę.
W oknie go płacze żona młoda:
Szkoda mu żony, lat mu szkoda,
Lecz Gero skinął, skoczą wraz,
Od setnych kopyt zagrzmiał głaz,
Od okna biała
Chustka powiała...
Powiała może ostatni raz.

I lecą: palą grody, wsie,
Do grafa kolan lud się gnie.
A którzy klękną, już nie powstają:
Mężów — Gerona knechty ścinają,
Dziatwę i żony gonią w plon —
Tak graf buduje sobie tron.

A gdy już w Odrę mieli skoczyć wpław,
— „Sygfrydzie! synu! — rzecze dumny graf —

Coś tak posępny, czego stronisz mnie?“
— „Pomordowanych znów widziałem w śnie!“

— „Ha, ha! to dobrze, dobrześ, synu, śnił.
Jutro Lach będzie u nóg mi się wił“. —
A Sygfryd rzecze: „Ojcze! Bóg ukarze —
Pomordowani mieli groźne twarze!“

Lecz graf nie słucha. Spiął się pod nim koń,
Pognał przez pola, skoczył w modrą toń,
Szeregi za nim wśród spienionych fal.
Dobili brzegu. Gero wznosi stal
I woła: „Synu! jutro z Lachem boje!
Jutro królestwo oddam w ręce twoje!“

Rozbili obóz; zaszła cicha noc,
Graf się zadumał, waży swoją moc.
Sygfryd obchodzi obozowe straże,
Radby zapomnieć pościnanych twarze,
I usnąć radby, lecz się lęka śnić.
Usnęli...

Rankiem zorzy złota nić
Obiegła mgłami zaciemniony wschód
I budzi obóz u odrzańskich wód.
„Synu! — graf rzecze — czemu patrzysz w dal?“
„Patrzę, jak w zorzy błyszczy Lachów stal!“

„Gdzie? pokaż! wzrok mój mroczy się od snu“
„Patrzaj, mój ojcze, zbliżają się tu“.

„Na koń! — graf krzyknął, — Lachów książę sam
Do kolan dzisiaj pokłoni się nam!“

I stają męże. Gero stawia szyki,
Z borów wychodzą lackie wojowniki;
Oblani zorzą, wznoszą jasną broń,
Piękny, dorodny każdy mąż i koń.
Mieszko ich wiedzie na hufy Gerona;
Przy Mieszku z orłem chorągiew czerwona.

„Naprzód! Sygfrydzie, nie długi tu trud!“ —
Zawołał Gero — i już zwarł się lud:
Skruszyli kopie, miecze chwycą wraz,
W tarcze i w hełmy wiodą silny raz;
Skruszyli miecze, chwycą za topory;
Szczęk się rozlega przez pola i bory.

„Ojcze! Geronie! ciężka z Lachem gra,
Dzielnie Lach walczy, twarde ramię ma“.
„Tem większa sława dla nas, synu mój!
Koronę da nam ten rycerski bój“

I poskoczyli do boju ochoczo,
Pewni, że z Lachów wszystką krew wytoczą.

I znowu rzecze Sygfryd: „Tu nam kres!“
„Nie! nie! mój synu! Lacha weźmie bies!“
I znowu walczą, lecz wtem pęka szyk:
„Sława Mieszkowi!“ Lachy wznieśli krzyk
I tną Germanów toporami wkoło;
Gero i Sygfryd jeszcze stawią czoło.

Lecz wtem: „Sygfrydzie!“ jęknął graf i zbladł,
Pod ciosem Mieszka młody Sygfryd padł,
Padł z rozłupaną wpół toporem głową
I krwi się oblał strugą purpurową.
O grafie! jakaż boleść ciebie zgina,
Innej purpury chciałeś ty dla syna!

I w drżące ręce syna chwycił graf,
Skoczył do Odry, przebywa ją wpław;
Za nim rycerstwo, knechty skoczą w toń,
Resztę tnie w polu sroga Lachów broń. —
Tak się skończyła wyprawa Gerona,
Tak go minęły sława i korona.

A kiedy wrócił, zbroję z siebie zdjął,
Odział się kutą, kij do ręki wziął

I szedł w pielgrzymkę, jak uczynił ślub.
Potem dla syna wymurował grób
I wraz z synową klękał na tym grobie
I płakał rzewnie i złorzeczył sobie.

1862 (?).



SEN KRÓLA JAGIEŁŁY.
pod Tannenbergiem.

Jodły jej dały miano: jakby w dwa ramiona
Wieś i cichą błoń puszcza objęła zielona.
A królowi Jagielle, co z puszcz wielkie dzieje
Światu niósł i miłował ciemne Litwy knieje,
Żadne, ile ich w Litwie, w leśnej Polsce ile,
Żadne do snu szemraniem nie grały tak mile,
Jak tannenberskie jodły!

O błogosławiony
Sen twój, królu, i dzień ten! Słońca krąg czerwony
Zapadał w las, na polach cichła boju wrzawa;
Z tem słońcem już krzyżacka schyliła się sława!
Jeszcze lśnią się w promieniach na poległych zbroje:
Legł wielki mistrz, komtury, — spłynęły krwi zdroje:
Z taboru zaś strugami złote wino płynie,

Miesza się z krwią i bryzga na trupów w dolinie,
Co chcieli niem zapijać srom Polski i Litwy,
Gdy zwalczony Jagiełło z ludem pierzchnie z bitwy.
Złote wino pobożny król roztoczyć kazał,
By mu się lud służebny pijaństwem nie zmazał.

Zwycięztwo! wieki miną w Koronie i Litwie,
Nim zapomni lud boży o tej krwawej bitwie.
Trupów mistrza i wodzów szuka Niemiec zbity,
Kędy na płaszczu ujrzy czarny krzyż wyszyty:
„Mistrzu! wodze!“ żałosnym nawołuje głosem;
Trupem Bóg zasiał pole gęsto, jakby kłosem.
A król, wódz doświadczony, wstrzymuje pogonie:
„W pochód, w pochód na Malborg!“ grzmią puszcza i błonie,
I ruszyło rycerstwo za królem, jak ptacy.
Lecą, a dzień był skwarny, król znużon po pracy,
Radby spocząć. Pół dnia się starzec modlił Bogu,
A drugie pół zwycięztwa dobijał na wrogu.

Więc miłym Bogu królem szczęśliwi rycerze
Zsadzają go z rumaka na trawniki świeże.

A był kamień na wzgórzu, toż go siwej głowie
Podłożył król sędziwy na czas za wezgłowie.
Lecz tu nago, — Tannenberg i bór na uboczy,
A wicher od padołów miecie piaskiem w oczy.

Ale to król, co wyrósł na stepach i w kniei:
Spojrzeli, już starcowi sen powieki klei;
Na kamiennem posłaniu pochyla się — drzemie,
Więc rycerstwo sztandary w krąg zatyka w ziemię;
Sztandary, na krzyżakach zdobyte tak krwawo,
Niech otoczą śpiącego i ciszą i sławą.

I urósł gaj: już wicher, co wiał w starca włosy,
Złotolite rozwija proporce i kosy;
Z jedwabnych wstęg, jak z ramion jodłowych biesiorów,
Leje muzykę nakształt szumu ciemnych borów,
Lub tajemnemi szmery śpiącego otula,
Więc cieszą się, bo widno cichy sen u króla.

A w półśnie król powieki odchyla: las wkoło!
Czuje — krzepiące chłody płyną mu na czoło;

Słyszy — potężne drzewa szmer nad nim rozwiodły,
Jakby owe dalekie puszcz litewskich jodły.
Zamknął oczy, śpi, marzy, a słodko znać marzy;
Już mu się uśmiech rozlał na sędziwej twarzy,
Śni o rodzinnej Litwie; w borach wzrokiem tonie,
Wiatr mu niesie woń kwiecia i żywiczne wonie,
I jasna jako zorze, jakimś smutkiem rzewna,
Przybliża się z uśmiechem doń polska królewna;
Podaje krzyż,... do sławy wiedzie jak orlica,...
I niknie w mgle. — Wtem stary król nasrożył lica.
Śni mu się, że wyjechał na grunwaldzkie wzgórze;
Patrzy, brat Witold z wojskiem giną w pyłu chmurze.
Wielki mistrz go pomija, ale z mistrza roty
Pędzi doń na rumaku jakiś rycerz złoty,
Rycerz Dyppold broń wznosi, do walki go wzywa...
„Ha stój, Dyppoldzie!...“ Nagle ze snu się porywa.


Zerwał się król; poznaje, co za las wokoło
Zcicha rzeźwiącym chłodem owiewa mu czoło.
O! nie polskie to dęby, nie litewskie jodły
Taki cudny rozhowor nad głową mu wiodły.
Ani też go bór kiedy owiał takim cieniem,
Ani też kiedy usnął takiem słodkiem śnieniem,
Jak pod temi sztandary, co mu na włos biały
Na polach Tannenberga odpoczynek lały.
Toż o tym śnie do zgonu pamiętał król stary,
Jodłami zwąc rozpięte krzyżackie sztandary;
I nieraz, gdy się w zamku z rycerstwem zabawiał,
O dniach tych polskiej sławy zadumany mawiał:
„Nigdy mi tak miłego snu nieba nie dały,
Jak tam, gdy mi krzyżackie nad głową szumiały
Jodły pod Tannenbergiem“.

Słodki sen prześniony!
Przeszły wieki! — O królu! bądź błogosławiony,
Że taką pieśnią Bóg ci skroń kołysał w śnieniu!

Błogosławionyś, wieku! co w czasów strumieniu
Takiemi w naszej ziemi rozkwitałeś dniami! —
O! kiedyż takie jodły zaszumią nad nami?!...

1860.



ŚMIERĆ ŻYSZKI.

Z Czech wyruszyli bracia, panowie
Na Rakuszana w Morawę.
Na bój ich wiodą wielcy wodzowie,
Jan Żyszka dzierży buławę.

Jan Żyszka ślepy; niemieckie strzały
Oczu wyżarły mu dwoje.
Lecz widzi duchem jakby w dzień biały,
Gdy przyjdzie z Niemcem zwieść boje.

I strasznem wrogów gromi ramieniem;
Szeroko grzmi o tem sława.
Pierś mu goreje wielkim płomieniem:
Ten płomień światło mu dawa.

A tym płomieniem szlachetna, święta
Miłość ojczyzny, cześć Boga.
Wieki hetmana Czech zapamięta
I nie zapomni kark wroga.


Do Przybysławia przyszli wieczorem,
Rozgrzani bojem i drogą;
W krąg zatoczyli wozy taborem
I warzą strawę ubogą.

I o zwycięztwach gwarzą weseli,
O klęsce Niemców i zgrozie...
Jutro, gdy pierwszy promień wystrzeli,
Będą w Albrechta obozie.

Lecz cyt! wieść głucha gromady miesza,
Mieszają tłum rozhowory.
Pod namiot wodza ciśnie się rzesza:
„Nasz hetman! Żyszka Jan chory!“

Zaniemógł Żyszka po boju srodze,
Na twardem posłaniu leży;
Dokoła niego strapieni wodze
I orszak smutnej młodzieży.

Ale nie złaman hetman na duszy,
Choć wie, że przyszła godzina:
Z twardego łoża jak lew się ruszy
I wodzów tak napomina:

„Czesi, Morawcy, Polacy mili.
Serdeczny, druży narodzie!
W ostatniej, bracia, proszę was chwili,
Miłujcie wy się we zgodzie.


„Noście otwarte serca przed Bogiem.
Czyste, jak wasze powietrze.
A kto z was kiedy bratał się z wrogiem,
Niech we krwi hańbę tę zetrze.

„Nie szczędźcie trudu, rąk, ni oręża!
Tchórz tylko spokój wybiera.
Kto ród germański w boju zwycięża,
Szatanom głowę ten ściera.

„Oni tu wnieśli hańbę, niewolę,
Jak śmierć szatani do raju.
Kłamstwami bożą zasieli rolę,
Cześć ojców wyparli z kraju.

„Toż w boju z nimi nie odetchniecie,
Nie opuścicie ramienia!
A nienawidzieć ród ten będziecie
We setne aż pokolenia!

„Gdy skonam, ciało moje ciśnijcie —
Niech sępom na żer posłuży.
Skórą z mych barków bęben pokryjcie,
Niech, bębniąc, Niemcom zgon wróży!“

Tak rzekł i skonał, i zwiesił głowę
Na pierś ostygłą, bez tchnienia.
Ale hetmana słowa gromowe
Z pokoleń grzmią w pokolenia.


I zawsze rolnik w nocy majowej,
Gdy zanocuje na błoni,
Słyszy w powietrzu bęben Żyszkowy,
Bijący na gwałt: „do broni!“

1862.



BUŁAWA REWERY.

Twarz taka pogodna, pod hełmem włos siwy,
Na czole promienie spokoju;
Powraca z daleka, choć starzec sędziwy,
A jeszcze przewodził tam w boju.

Lecz tęskno Rewerze po bojach spoczynku,
I życia z rodziną w zagrodzie,
I gędźby przy szklance, i dum przy kominku,
I słońca zachodu w pogodzie.

O! dosyć mu krwi już — i dosyć już chwały,
Zdobytej na hordzie, Osmanie
I Moskwie i Szwedzie; bohater on biały
Już doma do grobu zostanie.

Sześćdziesiąt lat gromi, i wiatry stepowe
Prześciga zwycięzką pogonią;
Na morzach północy obielił on głowę,
A pierwszy, gdzie w szable zadzwonią

A wielcy Rewerze rówieśni i druhy,
Wódz Stefan na Czarnce i Jerzy,

Hetmani, co szwedzkie kruszyli łańcuchy,
Orłowie sarmackich rycerzy.

Dziś spokój w Koronie; śmierć w bojach nie miała
Dla piersi żelaznych tych gromu,
Więc myślił Rewera: bądź, Panie, Ci chwała,
Żywota dokonam już w domu!

Tam syn mu w sen wieczny zaciśnie powieki,
Po życiu burzliwem i srogiem;
Rozmawiał on z wrogiem jako step daleki,
Dziś pragnie rozmowy już z Bogiem

Tu jego już błonia, bogate tak w plony
Koń stąpa dróżyną zamkową;
Tam rolnik sędziwy swe orze zagony,
I nuci skowronek nad głową.

Rewera tak dawno nie widział już pługa,
Więc stanął, — szczęść Boże! — zawoła,
I patrzył jak czarna krajała się smuga,
I radość błyszczała mu z czoła.

I wzrok się promieni; wtem rolnik się zwrócił,
Poznaje, — pan jego wielmożny;
Więc skoczył od pługa i do nóg się rzucił,
— A witaj, hetmanie, w dzień zbożny!


— Nie hetman jam, bracie, orz dalej twą rolę,
Orz śmiało, ja wracam do domu;
Tatarzyn już końmi nie stłoczy twe pole,
Ni Bohdan przyniesie ci gromu.

I rolnik usłuchał, pług sprawił, gnał woły,
Pług w ziemię się zaciął, — ustawa;
Pękł lemiesz, — patrzają — o święci Anioły!
Pod skibą hetmańska buława.

Podnieśli, — śniedź starli, — i podziw ich ima.
A rolnik przy pługu uklęka,
I patrzy na niebo łzawemi oczyma,
I rzewną modlitwę wyjęka.

Od wschodu bo dziwnie widnokrąg się mroczy,
I ptactwa mnogiego tam wrzawa;
Wtem rolnik się zerwie, do wodza poskoczy:
— O panie! to twoja buława,

— Weź broń twą, hetmanie, jam znachor twej włości,
Bóg czasem mi zgadnąć pozwoli,
A przyszłość wyczytać umieją i prości;
Buławę weź w dani z twej roli.

Rewera się zdumiał: — Żyw jeszcze przez Boga!
Nasz hetman koronny żyw jeszcze!?

A rolnik odpowie: — Idź, panie, na wroga,
Źle wróżą nam ptaki te wieszcze.

— Patrz, lecą od wschodu, tam burza się zrywa,
Ptak darmo od gniazda nie leci:
Znać grzmi tam janczarka i burczy cięciwa,
Hetmanie, pośpieszaj do dzieci! —

Rewera na trakt się zawrócił już lwowski,
Bodzony ostrogą koń bieży,
Wieść leci po drodze: zginął Kalinowski!
Rewera i wierzy — nie wierzy.

I modli się w duszy rolnika słowami:
— O Boże! czyż nigdy spokoju?
Czyż wiecznie twój piorun grzmieć będzie nad nami?
Ach, wiecznież nam latać do boju?

On wjeżdża do Lwowa, a dziwny gwar w grodzie,
I odgłos go wita studzwonny,
Witają go pany i ludu powodzie:
— Hej! wjeżdża nasz hetman koronny!

— O ratuj, hetmanie! — wieść straszna od Boha,
Chmielnicki Bohdanko znów w polu;

Legł hetman koronny na błoniach Batoha,
A Kozak już hula w Podolu!

— Skąd wieści, rycerze? — hej szlachta, Bóg z wami!
Podano list króla, — buławę:
Rewera list czytał i zalał się łzami,
I pomknął na boje, na krwawe.

1857.



SAVANNAH.

Obozem hufce stanęły na błoniach
Spocząć; Pułaski poglądał na morze,
Złote się gwiazdy migotały w toniach,
I rubinowe kąpało się zorze;
Fala za falą wstawała z zwierciadła,
I szła i do nóg wodzowi się kładła.

Koń jego trawę pasł nad morskim brzegiem
I strzemionami dzwonił, idąc błonią:
Tak mu bywało, gdy stawał noclegiem
W Polsce; po siołach na pacierze dzwonią,
A z pól wracali do chat robotnicy
Na sen, pod skrzydła Maryi dziewicy.

We dworach ołów topiono w kominach,
Lub spisywano gwałtów protestacye;
Matki w ukryciu płakały po synach,
Co poszli ginąć za Konfederacyę.
Na przyzbach dumy śpiewali Kozacy,
Po lipach na noc zasiadali ptacy.


Czy wy od Polski, fale? czy wam znany
Dniepr i zielone ponad Wisłą pola?...
Ósmy rok, zdala od ziemi kochanej,
Po obcych błoniach goni go niedola.
A jeśli spocznie, jak żóraw na straży,
Za Polską wodzi oczyma — lub marzy.

Mógł on na Moskwę Częstochowę zwalić,
I paść jak Samson pod gruzem kościoła,
Lecz wolał Polsce Palladium ocalić;
Poszedł i czekał, aż go znów powoła...
I ofiarował Bogu dumną sławę,
Obcej wolności bronić wsiadł na nawę.

Jeden z nim tylko druh konfederacki
Poszedł za morza, na wspomnienia smętne.
Na bojach żywot leci mu tułacki;
Szkaplerz położył na serce namiętne,
A w ręku szabla, grom na wrogów głowy,
Szabla z Najświętszą Panną z Częstochowy.

I pozostały mu dotąd z pól .....
Ten sam wzrok orli, ten sam duch marsowy.
Z któremi spadał na służalców ....
Lub stał na murach świętej Częstochowy;
Blask mu na czoło bije od oręża,
A kędy oręż obróci — zwycięża.


I krwią przed Nowym opisał się Światem,
Jak stawa Polak za zgnębionych zdrowie!
Toż bohaterskim nazwali go bratem
Amerykańskich pokoleń wodzowie.
Na dumę świata szlachetną miał duszę,
A pod laurami krył serca katusze.

Ty jedna, święta Rodzicielko boża,
Znałaś to serce wielkie — skołatane!
Tobie on tylko, jasna Gwiazdo morza,
Każdą śmiertelną pokazywał ranę.
Skrzydłem Ty orlem byłaś jemu w bitwie,
A prowadziłaś przed Boga w modlitwie.

O! ucisz, Panno, to serce spokojem,
Miłości jego daj rzeźwiącą wiarę! —
Na morskim brzegu usnął wódz przed bojem,
Po niebie cicho szły obłoki szare,
Duch jego smętny odmawiał różaniec,
Gwiazdy szły gasnąć na zachodni kraniec...

Już świt. — Już wrzasły trąby ostre głosy,
Słońce wnet błysło na morze i błonia;
Pułaski szablę otarł z rannej rosy,
Przeżegnał piersi i wskoczył na konia;
Mgła się po ziemi rozścieliła ranna,
Wódz pomknął, za nim grzmiało: „Na Savannah!“


Niegdyś mu grzmiała pieśń konfederacka,
Orły mu siwe wskazywały drogi,
Kiedy na wrogów rankiem szedł znienacka,
Wpadał na działa i siekł co do nogi.
Takiej tu pieśni nikt mu nie zanuci;
Orły czekają w Polsce — czy nie wróci?

Smutny więc jechał, i do towarzysza
Mówił o swoim zgubionym szkaplerzu:
„Wkrótce, mój bracie, będzie w sercu cisza,
I drobna prochu garść po twym Kaźmierzu;
Zły znak!... Duch czuje drogę, bracie miły! —
Jam się spodziewał w ojczyźnie mogiły“.

„Na naszych błoniach mijały mię groty;
Nie było dane dłoni mej kraj zbawić!...
Inny się zjawi jakiś anioł złoty
W rycerskiej piersi, by ten ród naprawić.
Nieszczęście wielkie — wielkich dusz kołyską;
Kto wie — ten anioł może jest już blisko.“

„Bez sakramentów zginę!... Bądź Twa wola!“
Rzekł, a Savannah już mu widne z dali;
Cwałem więc z jazdą kopnął się na pola,
Kędy Anglicy szeregami stali,
I usypane reduty ze szańców
Siały kartaczów gradem na powstańców.


I w porę przypadł, bo pod jego wzrokiem
Wrzała już bitwa zacięta wśród łanów.
Już szli Anglicy wyciągniętym krokiem
Z bagnetem w ręku na Amerykanów;
Wnet jedna chwila los bitwy przeważy...
A jemu zapał zajaśniał na twarzy.

„Naprzód!“ i w dwieście poskoczyli koni,
Za bohaterem lecieli na działa;
Wiatr ich zaledwie dościgał na błoni;
Szable migały w słońcu, ziemia drżała,
I przełamali Anglików dwa fronty,
A wtem błysnęły na okopach lonty.

Zagrzmiało... „Jezus — Marya!“ wódz krzyknął
I padł; — zwycięzca padł na polu chwały
I skonał śmiercią, do której przywyknął;
I leżał z szablą swą jak posąg biały,
I Bóg mu rozlał na obliczu ciszę;
Wkoło płakali druh i towarzysze.

I usypali mu grób pod Savannah
I krzyż na grobie zatknęli brzozowy;
Niech cię przed Boga wiedzie święta Panna,
Tak jak ty w taniec wodziłeś bojowy!
A módl się za nas, niech nam Bóg obudzi
Takiego jak ty pośród wiernych ludzi!

1859.



RABIN.

Siadł rabin w smutku, pyta ksiąg mądrości,
Jakiemi słowy cieszyć lud strapiony?
W łono mu co dnia, jak w urnę żałości,
Zlewają swoje łzy i krew miliony...
Ach! i nie budzi Pan mścicielów z kości,
Polsce cierniowej nie zmienia korony!...
Wstał i na miasto poglądając łzawo:
„O! Jeruzalem — jęknął — o! Warszawo!“

A wtem posłowie doń z niemieckiej ziemi
Wchodzą i głoszą bratnie pozdrowienie:
„Rabinie! — rzekną — tu Hiobowemi
Łzami ty płaczesz na krew i zniszczenie;
Tu wróg mieczami grozi ci ostremi,
Sławę zaciera i roztrąca mienie —
Pójdź do nas! porzuć synagogi krwawe —
My damyć mienie i spokój i sławę.“

Słucha ich rabin i rzecze: „Posłowie,
Na sądzie Pana przeniewiercom biada!

Jam się tu zrodził, tu, służąc Jehowie,
Zginę, gdy zginie braci mych gromada.“[1]
„Rabinie! — poseł niemiecki odpowie —
Nie miotaj darów, któreć kraj nasz składa;
Zważ: Przyjaciółmi nam królowie świetni,
A przy tej Polsce kto stoi?“
„Szlachetni“.



KONIEC TOMU PIERWSZEGO.

Przypisy

  1. Tak odpowiedział rabin Jastrow w Warszawie wysłańcom z Mannheimu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Julia Dickstein-Wieleżyńska, Mieczysław Romanowski.