Słowo wstępne: Mieczysław Romanowski (Julia Dickstein-Wieleżyńska, 1913)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Julia Dickstein-Wieleżyńska
Tytuł Mieczysław Romanowski
Pochodzenie Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego
Redaktor Julia Dickstein-Wieleżyńska
Wydawca Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Data wydania 1913
Drukarz Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


MIECZYSŁAW ROMANOWSKI.

W czarną burzową noc, w noc okropności mściwą, po dniu haraczu i klęski, wybiega na pobojowisko, trupów pełne, Roza Weneda.
Nieulękła snuje się wśród zwłok poległych rycerzy, z czerwoną pochodnią, ona ostatnia, która została żywa — idzie i zakocha się w rycerzy popiołach, aby ją zapłodniły popioły. Płynie w ciemność i strach nieszczęśliwa wróżka ludu, bo wie, że, kto konając, w nią uwierzy, skona spokojny. Ona go „zemści lepiej od ognia wojny“,

Lepiej niż sto tysięcy wroga,
Lepiej od Boga...

Ta królewna Wenedów, płomienna jak wąż błyskawicy, a srebrna jak promień miesiąca, to dusza polska, — i ona ostatnia, która została żywa. I ona węzłem życia swego splata tajemnie przeszłość z przyszłością. Królewna-dusza strzaskanego plemienia, — której zadaniem przyszłość budować i w przyszłość się nieść, — spieszy na mistyczny ślub swój z popiołami, aby i z niej także król-duch się narodził.

A swatami będą dęby z płomieniem na czołach,
A łożem ślubnem będzie stos rycerzy.
(Prolog z Lilli Wenedy).

Bo dzień wczorajszy, zachodząc, zostawił na niebie smugę światła złocistą. To polska poezya. Nie płomień wspomnień skrzy się w jej pierścieniu, ale znicz nadziei, o który dziś zapalić jeszcze można dużo czerwonych pochodni na wędrówkę w przyszłość.
Ślub ideologii dnia dzisiejszego z natchnieniem wczorajszego wieczoru to wielkie misteryum bytu naszego i kultury: myśl nieulękła, strzelista — gdyż tylko przed taką tylko przed nie znającą półśródków, rozsuną się baryery przyszłości — i kochanie z wielkich dni wzlotów i natchnień. Albowiem polski romantyzm, jedyny na świecie, nie skończył się z dniem swego zgonu. Do dziś jest składnikiem duszy zbiorowej, duszy całego plemienia, krąży niby krew w duchowym Polski organizmie. Jak niewidzialna pajęcza zasłona łagodzi ostrość rzeczywistych kształtów, jak płomień lampy legendowej lśni krwawo przed posągiem bohaterstwa, na sercach znużonych kładzie się pieściwem dotknięciem marzenia, a nawet w buncie myśli wystudzonej przeciw mgławicom jeszcze świadectwo daje faktowi, że w duszy polskiej był i jest romantyzm.
Bo też poezya polska międzypowstaniowa to najszersze zatoczenie i myśli i uczuć, na jakie kiedybądź stać było nasz naród, najpromienniejsza synteza przeciwieństw. Przeszłość i przyszłość; ojczyzna i braterstwo ludów, wykwitające wysoko ponad wyłączną miłość jednego narodu; myśl i uczucie, zlane w jeden akord idei mesyanicznej, która rodziła i myślicieli i poetów; kult kształtów minionych i pełne zapału kucie nowych, nieznanych; poetyczne marzenie, pełne wzgardy dla ziemi, i czyn konkretny na twardym granicie rzeczywistości; zemsta, nienawiścią dysząca, i cicha, anielska ofiara bez łzy. A wszystko się splata na skarbnicę bezcenną, barwi jak ogród zaczarowany, gdzie kwiatów myśli i owoców czynu, dziś jeszcze żywych, pełno. Europie szła jutrznia dnia nowego przez wiedzę, przez systemy, przez abstrakcye; Polsce spłynął nowy katechizm przez wieszcze usta. Dzień życia, rzeczywistość, dziś u nas ledwie dogania dale, osiągnięte przez poezyę; orna rola teraz dopiero zakwita złotym kłosem prawd, które lśniły się w kwieciu romantycznych ogrodów. Więc spojrzenie myśli, choćby najbardziej jutra spragnionej, ku kwietnikom romantyzmu, więc ślub ideologii najbardziej młodzieńczej z wczorajszem natchnieniem nie jest cofaniem się, jest pozostaniem na wysokości dnia, jest przyrostem krzepkości, jaką daje miłość.
Lecz romantyzm polski jeden jeszcze posiada rys, jakiego nie ma żaden inny na świecie. W nim tkwi rozwiązanie zagadnienia śmierci i życia. Doprowadza tam, gdzie wielki wysiłek ducha rzuca most pojednania ponad czeluścią życia i zgonu, gdzie zalega czysta sfera ducha, urągająca dwudziałowi na życie i martwotę. On sam jest wielką zagadką życia w śmierci i śmierci w życiu. By się narodził, musiała go ubiedz śmierć. I więcej. Na jego zagonach posiano całą filozofię życia i śmierci. Zrodzony ze zgonu, kazał umierać, aby módz żyć. Był wołaniem z za grobu o życie, a sam miał cudowną siłę wskrzeszenia tego, co poległo. Jeśli był rzecznikiem myśli teoretycznej, kazał umierać ofiarnie, umierać co minuta, aby w każdej chwili stać u progu martwoty w pełnej zbroi życia. Jeżeli był motorem czynów na arenie rzeczywistości, w prostej konsekwencyi swojej wiódł na pole bitwy. Ideałem jego było myślą i czynem ogarniać świat od końca do końca, a prostą dróżką życiową trafić w ogień walki.
I jeżeli wielcy pieśniarze byli heroldami myśli romantycznej, jeden, mniejszy znacznie, lecz duszą niemniej od tamtych rozpalony, podjął się strony drugiej: był owym żołnierzem romantyzmu, ginącym zgodnie z wieszczym nakazem. I to jest jego stanowisko osobnicze w romantycznym zespole. Jeżeli patrzymy nań z widowni naszej poezyi, to w tem tkwi rola, która mu przypadła. Był zamknięciem rapsodu romantycznego przez to, że, — co wieścili inni, — on spełnił krwią. Oni byli posłannikami przed czynem, on był pieczęcią na dziele spełnionem. Był łukiem tęczy, która od wyżyn natchnienia sprowadziła ideę polską ku rozłogom rzeczywistości.
Inną ma cenę Romanowski, gdy nań spojrzymy od strony kategoryj twórczych. Są zjawiska artystyczne, które błyskają przelotem, jak zabłąkany promień słońca w dzień słoty, przesuną niebem bez szelestu i zgasną. Są twórcy, za którymi wlecze się cień grobu, a z nim poczucie tymczasowości własnej, „My jak ptaki na wędrówce: dziś tu, jutro na placówce“. Jest w ich zbrataniu się ze śmiercią majestatyczny tragizm, ale i na wyżynach tragizmu niezrozumiała dla nizin pogoda. Oblubieńcom swoim śmierć nie kryje tajni zaglobowych, ich dusze bez lęku żeglują po czarnych nurtach wieczności.
Takim oblubieńcem śmierci został i Romanowski. Lecz on nie sięgnął myślą w jej otchłanie, jak nie sięgnął w głębie tajne romantyzmu. Jak tam w prostocie dziecięcej podjął się spełnić misyę pieśniarzy, tak tu z prostotą, jako twórca, przyjął świadomość przedwczesnego zgonu. Skuł katechizm romantyczny z przeznaczeniem własnem i to mu dało pewność i odwagę. Bo nie chorobą, nie słabością objawiła mu się śmierć: przyszła doń od ducha, od życia, od miłości, której poświęcił swoją lutnię, i oznajmiła mu, że ma poświęcić i życie. Piękna, smutna dziewica spłynęła do niego wraz ze zmierzchem letniego w górach wieczoru, a on nie przejrzał na razie kto ona, lecz uczuł w tej chwili, że wzięła mu serce. Kochankowie, on — młodzieńczy bard w żołnierskim płaszczu, ona — zwiewna, biała, z twarzą greckiej dziewicy, zmówili się niegdyś, wiosennego ranka, gdy podnosiła się ze snu polska, tyle przez niego miłowana ziemia, zejść się na ślub w miłości. I dotrzymali przyrzeczeń oboje, tylko dziewica biała wzięła go sobie bezpowrotnie, zagarnęła wyłącznie, odejmując tym, którzy go kochali i którzy tyle jeszcze oczekiwali po nim...


∗             ∗

Mieczysław Romanowski przyszedł na świat w roku 1834, w Galicyi wschodniej, blizko Kołomyi, w majątku Żukowie, który dzierżawili jego rodzice. Rodzeństwa miał kilkoro, wszystkich starszych od siebie. Z nich wspomina w poezyi siostrę, która go, rozbudzonego jak widać wcześnie chłopca, piosenkami swemi rozmarzała lub cieszyła. Dwie miał miłości od dziecięctwa przyszły autor Popiela, niby symbol losu swojego i zgonu: pieśń, której pierwszem wcieleniem był śpiew siostry, oraz stary kord ojca, wiszący na ścianie. Czyżby czuł, od piosenek biegnąc dosiąść raźnego bułanka, że przyjdzie mu kiedyś i walczyć i śpiewać?
Na razie chyba nie w przyszłość patrzyła myśl, rozogniona przez dumkę dziewczęcą i szablę ojcowską. Nie wiedzieli pewnie rodzice

że mu do głowy
Już płynie marzeń rój złoty;
Że kiedy uśnie, śnią mu się męże
Skrzydlaci, niby anieli,
W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,
Odziani w skrwawionej bieli.

Fala tęsknoty niosła go wstecz, ku czasom dokonanym, ku wspomnieniom zagasłym, ku kurhanom, drzemiącym w dalach stepowych, w przeszłość świetną, rycerską, pełną chwały, zamętu, otoczoną aureolą bohaterstwa, dziś ścichłą, nadwiewającą tylko z wiatrem wieczoru ku tym, których dusza pała... Młodziutki marzyciel ukochał przeszłość Polski i wcześnie pewnie dusza chłopięca drgnęła pragnieniem, aby dorównać tym, którzy śpią pod kurhanami. Wskrzesić to, co martwe legło, miłością serca płonącego ocucić zmrożony sławy kwiat! Z przeszłością spłynęła się w sercu przyszłość. Zrazu przyszłość własna: czyny wielkie, bohaterstwo, zmartwychwstałe; a za nią i przyszłość tej której duch sieroco witał go u mogił.
Zrealizowanie marzeń nadeszło niebawem. Był uczniem klasy czwartej w gimnazyum stanisławowskiem, kiedy z wiosną narodów dreszcz nadziei przeszedł po duszach polskich. Rok 48-my obudził z drętwoty Galicyę, zakołysały się myśli, zabiły serca, ręce sięgnęły po broń. Młodziutki uczeń wybiegł ze szkoły, piechotą ze Stanisławowa rzucił się ku wiosce rodzinnej, u nóg rodzicom leżał, zaklinał i płakał, póki nie wybłagał pozwolenia, by iść do szeregu. Rozwiały się rychło wiośniane marzenia, stopniały poczynania wojenne pod wrogim tchem wypadków, — czternastoletni żołnierzyk powrócił na ławę szkolną.
W roku 52-im widzimy go we Lwowie jako studenta prawa. Tak życzył sobie ojciec. Syn inne miał pragnienia, ale usłuchał. Tu, we Lwowie (r. 1853), po raz pierwszy nieśmiało uderzy w struny lutni swojej i z rzewną radością przyzna, że świat mu wtedy stanie się jaśniejszy, że go opłynie nadziemska rozkosz, a wieniec przyjaciół serce mu otoczy. Szczęśliwe były lata lwowskie, najpierw wśród studyów, potem przy zawodowej pracy w bibliotece. Ale poczucie obowiązku położyło im tamę. Postanowił wycofać się na wieś, wrócił do Żukowa i ojcu w gospodarstwie stanął do pomocy. Ofiara była ciężka. Wyrwany z pośród przyjaciół, odcięty od pracy twórczej, zmuszony do zajęcia, nie odpowiadającego zamiłowaniom jego i naturze, czuł się młody poeta przygnębiony i nieszczęśliwy. Zrozumieli rodzice i zwolnili z ofiary. W r. 60-tym widzimy znowu Romanowskiego we Lwowie. Dostaje posadę skryptora w bibliotece Ossolińskich i wciąga się na dobre do pracy piśmienniczej. Wkrótce zostaje członkiem redakcyi „Dziennika Literackiego“. Ma przed sobą dwa lata życia... dwa lata swobody rozwoju sił, dwa lata na rozpostarcie skrzydeł.
Ale pierwsza bez troski radość twórcza już dawno znikła mu z czoła, do zapału czynów przybywa struna nowa — smutek. Czemu? Czyżby znowu Byron zawinił, on, który tylu pieśniarzom Polakom śćmił jasny blask słońca przed młodzieńczem okiem, który zasępił niejedno pogodne, bez zmarszczek czoło? Zapewne, Byron i Romanowskiemu dolał żółci do napoju życia, ale nie on jeden i nie on przedewszystkiem. Byronizm, jeśli w nim był, szedł od literatury, nie od przeżyć własnych. On był prosty i czysty, najczystszy, pełen zaparcia; on jadem nie pluł na ludzi, — on kochał. Więc źle mu było, bo czuł za gorąco, bo zamiast z chłostą, szedł do bliźnich z sercem. Chciał, by kochali jak on i szli na służbę, jak on się zaciągnął w chłopięcej jeszcze miłości. A gdy zobaczył, że ich wołanie serdeczne nie wzruszy, postanowił oddać im siebie całego, iść na ofiarę, byle zrozumieli...
Powietrze było ciężkie i gniotące, noce czarne, bez gwiazd, dnie duszne, bez przewiewu. I może ten młody duch, który o ogrójcową czarę modlił się do Ojca w niebiosach, który chłonął wonie mistyczne polskiej pieśni, może on pierwszy przejrzał, że dziś ratunek jedyny to pioruny. Poczuł, że burza przyjdzie, bo przyjść musi, i zaczął rwać się do niej, tęsknić, modlić się o nią i wypatrywać jej co dnia goręcej. I przejrzał, że jest jako ów ptak, który zjawia się na niebie chmurnem i wieści błyskawice, że „przedburzowcem“ jest na polskiem niebie. Znalazł cel święty na krótkie dni swoje. Bo wiedział już zdawna, że on, przedburzowiec-ptak, w pioruny pójdzie i zginie.
Nie przeżyć mu godzin, po których błyśnie nowe zorze...
I cichy smutek w dwugłos się niesie z burzową melodyą. Duma wybrańca w akord się spaja z tkliwym żalem ziemi. Ale nad chórem tronuje głos burzy, pragnienie dzikiej melodyi gromowej, namiętność krwawych łun błyskawicy. Burza to oś jego myśli, jego uczuć, jego pieśni. Burza jako czynnik oczyszczający trakt dziejowy, jako deszcz dobroczynny na wysuszoną rolę człowieczeństwa. I burza jako zbawienie dla tego kraju, jako wyzwoliny z duchowej męczarni. I burza jako żywioł pieśniarza i jako melodya, przy której ranny żołnierz ku mogile się pochyli. Burza, zawsze burza...
Życie Romanowskiego staje się gorączką. Jak płomień snuje się wśród drzemiących, jak warta wiecznie czujna staje nocami w śpiących duchów taborze. I bywają chwile, i w takich nocach troski i natchnienia nieledwie czuje ukryty puls świata, że posłannictwo unosi go na skrzydłach, często bólem naddartych, aż do niebieskich tronów. A rano, wzmożony, biegnie znów do pracy. Raźny „wstępuje do wieśniaczych chat, uczucia budzić nieznane“, idzie do chłopów jako brat ich, Żuczek, i „zapala światło pod ubogą strzechą“. Romanowski jest jednym z pierwszych naszych ludowców, z tych, którzy nie tylko czuli konieczność zdobycia nizin dla sprawy narodowej, nie tylko z agitacyą szli, ale którzy lud jako przyszłość narodu, jako narodu zdrowie i czystość kochali. Był demokratą w pełnem słowa znaczeniu, był jak na czasy swoje radykałem, a miłość kraju była dlań tęczą z miłości ku wszystkim cierpiącym i wzgardzonym, była rękojmią braterstwa dla ludów, czci dla swobody wszystkich istot żywych. Serce jego kochało i nie robiło wyjątków w miłości, czy to był ruski chłop pod Karpatami, czy zacny rabin warszawski, z nad ksiąg talmudu tkliwe podnoszący spojrzenie ku murom walczącej o wolność stolicy.
Na dniach czynu i nocach natchnienia czas mknął bez litości. Miał jasną świadomość, że mu śpieszyć trzeba. Ale zdążył. Gdy „po chmur czarnym pergaminie zadrgało złote pismo, wstał i wzleciał życiem płomieni“. O świcie dnia czynu poszedł ku młodym głos jego donośny, niemal głos rozkazu: „W górę dłonie. — Już czas!!“


∗             ∗

Majestatycznym hymnem wita godzinę dopełnień:

Chwała Panu, idzie ku nam w chwale,
Utęsknione serce go przeczuwa,
Drży przyroda, niebo się zasuwa;
Anioł spuścił na dół zbrodni szalę,
Sprawiedliwy idzie ku nam w chwale.

Pierwszym odruchem na wieść o zaczętej walce rzuca się ku granicy. Na ręce brata Emeryka śle pożegnanie do Żukowa. Krótkie, zwięzłe a męstwem przeświecone słowa, przy których nie zadrżała mu ręka, — znał zdawna swój los... „Ruszamy..... Przygotuj na to rodziców! Czytając ten list, zrób krzyż, Emeryku, a dobry anioł, gdziekolwiek będę, zaniesie ten krzyż na głowę twojego brata“.

Wyprawa skończyła się niepowodzeniem. Straż pograniczna austryacka wpadła na trop i Romanowski znalazł się w więzieniu. Straszne być musiały te tygodnie przymusowej bezczynności naszemu orlęciu w klatce, gdy tam już dzwonił zegar na dziejowy czyn. Wypuszczony (w początkach marca 63) wpadł jeszcze do Żukowa po błogosławieństwo rodziców. Widzieli wtedy syna po raz ostatni. W parę dni później już był po drugiej stronie kordonu jako żołnierz lelewelowskiego oddziału. Marzenia lat spełniły się. Strzaskaną w chwili poświęcenia lutnię miecz zastąpił. W józefowskiej potyczce dostał ranę śmiertelną w czoło. Był wtedy jasny kwietniowy dzień. Ciepły podmuch wiosenny niósł słodki dreszcz życia ocknionej przyrodzie i walczącej ziemi. Lecz na niego chłodem kładł się cień mogilny.

I zesiedli wojownicy z koni,
Obstąpili towarzysza broni;
On leżał na ziemi.
Konał; — usty spalonemi
Cicho wyszeptał imię —
Imię, co z jego duszą wraz na gwiazdach drzemie.
„Szkoda go nam“ — rota zawołała —
Wieczór nad nim mogiła już stała.

Nie wiemy, gdzie ta mogiła... Spełnił posłannictwo i odszedł. Niwy szumią nad nim i skowronek śpiewa. I może tylko pacholę jakie marzące klęknie czasem na kurhanie, jak on klękał z przysięgą na mogiłach stepowych.


∗             ∗

A teraz „kwiaty jego serca — pieśni“.
Cztery tomy puścizny zostały nam po Romanowskim z dziesięcioletniego twórczego okresu. Spowiada się w nich przed nami z pragnienia czynu, z miłości swojej, czystej jak łza, którą rzucił własnoręcznie w ofierze przewodniej myśli całego życia, z bólów gorzkich, ze skarg, które Bogu zanosił, spowiada w sposób prosty, za serce chwytający ciepłem swem, szczerością i tym ogniem młodzieńczym, który przepalał wszystkie jego myśli. Liryki jego, śpiewne, słodkie, łagodne, ujmują dużym wdziękiem, zwłaszcza pod koniec, kiedy utoczył im już kształt prawie doskonały. Inne — i to większość — uderza męskim jędrnym tonem, a nawet w chwilach najgłębszego bólu dźwięczy w nich stal, która nie topnieje w ogniu klęsk. Ten ptak przedburzowy o podartych skrzydłach umie niekiedy wzbić się między orły i sokoły. A zawsze serce niesie go na wyżyny.
Ale liryka nie zamyka twórczości Romanowskiego. Wieki minione wychylały się ku niemu z jasnym, słonecznym uśmiechem, a on pod tym czarem chwytał za pędzel i malował; malował nietylko ciepłem swych przywiązań, ale i żywemi barwami opisów. Mamy kilka jego obrazów przeszłości, świetnością kunsztu malarskiego nie radujących źrenic, lecz pełnych uroku, pogodnych i szczerych. Fantazyę jego twórczą nęcił step, swobodne życie koczownika, walki kozacze, polskie średniowiecze, jak nazwał niegdyś w liście Krasiński wiek XVII. Tu jego uczucie patryotyczne znajdowało najlepszą dla siebie oprawę w opisowości. Ale do wywołanych z dali czasów rycerzy przyłączył się wkrótce orszak bliższych nam dniami bohaterów sprawy, zmartwychwstali różni jej męczennicy, którym nieśmiertelność nie otoczyła aureolą czoła, ale którzy też byli dłutami, jakiemi los rzeźbił dzieje tego kraju.
Wszelako wszystkie jego opowiadania, czy „Ksiądz gwardyan Kobylański“, który broń w lochach klasztornych chowa i z ludem od warsztatu pierwszy Krzemieniec do walki budzi, czy wzorowany na Polu „Chart Watażki“, czy na Malczewskim „Chorąży“, a nawet najlepsi ze wszystkich „Łużeccy“ z silną i podniosłą apostrofą na początku i z piękną postacią ks. Gaudentego, jakiegoś dalekiego krewnego ks. Marka — wszystkie te obrazki szlacheckie, rycerskie, szumne od chorągwi, barwne od kontuszów, huczne od rozgwarów braci szlachty, usunąć się muszą przed perłą pierwszej wody, przed najwcześniejszym w Polsce poematem mieszczańskim, chlubą Romanowskiego przed „Dziewczęciem z Sącza“. Małe arcydzieło, które nazwano mikroskopijnym Panem Tadeuszem w tonacyach mieszczańskich. Zdarzenie wyszyte jest na rzeczywistej kanwie z czasu wojen szwedzkich, ale owiane poezyą, czarem, który nie dzieje dały, lecz talent poety. Przez pierwsze wprowadzenie elementu miejskiego w promień poezyi polskiej, przez ukazanie w jego piersiach miłości do kraju, nie cofającej się przed żadną ofiarą, i to w czasach, kiedy tylko szlachta była narodem, przez owianie poezyą zacnego lecz bez zdarzeń i szarego życia, Romanowski zajął pionierską placówkę w piśmiennictwie polskiem. Nie poznali się na tem współcześni, wychowani na orlim szumie pieśni, a przecież obrazek ten, — skąpany faktycznie w świetle nawskroś realnem, — wysoko się znaczy ponad papierowem co dnia bardziej kwieciem schyłkowych natchnień romantycznych.

Romanowski zresztą, przy całej swej wybujałej i wyłącznej uczuciowości, posiadał pewien niezaprzeczony ton realizmu, posiadał przenikliwość, którą innym przesłoniły dymy romantyczne. Nie był mesyanistą, bystro patrzył w oczy przyszłej walce, nie idealizował teraźniejszości, a jak wspomniałam, gromów przyzywał, nietylko jako dzwonu zmartwychwstania dla ofiary grzechów świata, ale i jako konieczności dla oczyszczenia powietrza, przesyconego trucizną zastoju. Marzył o nowym dniu i nowych ideałach... — Posłannictwo wieszczów spełnił, ale zarazem przestrzegał współczesnych przed wadami, których oni nie dostrzegli u niewinnej ofiary. Nie pozwalał się Polsce modlić w cierniowej koronie, kazał w sumienie własne spojrzeć przed czynem i czuwać, by jej godzina powołań nie zastała na modlitwie.

— biada tobie! gdybyś jak dewotka
W kościołach gromów przemodliła porę.
Tam nieochybne zniszczenie cię spotka,
I Bóg zostawi cię jak dziecko chore,
Klęczące we łzach na kościelnym progu,
A tylko z modłów wiedzące o Bogu.

Obcej cię wonczas poruczy prawicy,
Abyś w cierpieniach dorosła na męża.


∗             ∗

Jeden wiersz Romanowskiego, odskakujący od zwykłej tonacyi, a przez piękno swe wart specyalnej pozycyi w pieśni polskiej, to Anioł Upadły. Nie doceniono go, a nie doceniono nawet z tego względu, że temat, — klejnot w skarbcu wszystkich literatur, — u nas zupełnie nie był wyzyskany. Nie jest to wprawdzie tytaniczny krzyk nieśmiertelności, krwawa i ognista potęga Byrona, Shelleya, czy Carducciego, jednak obraz pełen potępieńczej grozy, malarsko bezsprzecznie najprzedniejszy wiersz Romanowskiego. Szkoda tylko na zawsze, że poeta burzy, że buntownik przeciw gnuśności ziemi, dotknąwszy jednego z najtragiczniejszych buntowników świata, uciszył wiecznie żywą strunę walki w duszy, aby spokojnie malować, czego przecie nigdy pozatem nie czynił. Gdyby ten anioł stał się buntownikiem, gorący pieśniarz wszedłby w prometejskie szranki, podniósł o ton jeden górność polskiej liry. Ognia uczucia dość miał na to w duszy, lecz nie dość smigłe pewnie strzały myśli, lutnię nie dość strojną pod wichry kosmosu.
Obok „Dziewczęcia z Sącza“ i „Upadłego Anioła“ w puściźnie Romanowskiego znaczy się zdaleka pięcioaktowa tragedya „Popiel i Piast“. Nie przez doskonałość swoją, ale przez śmiałość koncepcyi. Nie przez wbudowanie w długą i wązką perspektywę dziejów łudzących, ostro zatoczonych kształtów ludzkich, nie przez przekonanie nas, że piersi tych postaci zalega światłem życia i żądzą czynu rozedrgana dusza, — bo tego brak właśnie, — ale przez wypełnienie pustki dziejowej ruchem i myślami. Silne obstawanie przy pewnych koncepcyach dziejowych, idealizowanie umiłowanych przekonań, wysuwa w akcyi tendencye poprzed ludzi; w powietrzu legendowem lepiej się poruszają myśli, niż bohaterowie. Gdyby zatlała skra, która w półsenny materyał ludzki umie tchnąć, jak w chwili stworzenia w Adama, — cud życia, gdyby więcej było nerwu, a mniej programu, gdyby zapał poety miał błysk żywiołu w kuciu skamieniałości przeddziejowych, tragedya miałaby więcej ceny poza dokumentem i dłuższe życie, niż się jej dostało. Bądź co bądź historycznie, na dramatycznem pustkowiu polskiem, trzeba jedno z pocześniejszych miejsc oddać „Popielowi“.
Może szersze miał zamiary Romanowski. Może, jak Słowackiego, nęcił go nasz krótki rapsod przeddziejowy, wrócił bowiem jeszcze raz do niego w „Wandzie“, fragmencie dramatycznym utrąconym. Widzieliśmy, że wyobraźnia jego nie szybowała wszerz, że poczucie piękna nie chodziło śnieżystemi turniami, nie biegło na dalekie morza, nie tonęło w uroczyskach borów, gwiazd nie pytało o milczące zagadki. Jego wyobraźnia była posłuszną córką uczucia i najzwinniej sunęła wstecz, po nitce dziejowej jednego tylko kraju. Modnemu oryentalizmowi złożył dań w „Śpiewaku z oazy“ i w wierszu „Jeniec“, pozatem, prócz dwóch urywków starożytnych, granic polskich nie przekroczył marzeniem. Poezya nie była mu modlitwą piękna, bo piękno dla niego to tylko złoty szlak ku dobru. Przyszłość uśmiechała mu się jako realizacya dobra, przeszłość nęciła jasnemi oazami cnót na tle okrucieństw minionych. Dla niego poezya nie była „ponad tem wszystkiem, co początek bierze w ciężkiej i dusznej życia atmosferze — jaśniejszą sferą, będącą ziemskiej tęczowem odbiciem“ — jak powiada Asnyk, ale była czarodziejką, pod której różdżką budziły się w drętwej masie uczucia drzemiące. On nie był i nie chciał być „mistrzem“. To dla innych, szczęśliwszych ludów. On wyznawał całem sercem wiarę tych, co nam wpoili, że „pieśń, która naród do czynów zapala, sama przez się jest czynem“. I ci, którym dana „moc nad sercem ludzi“, którzy urodzili się z gwiazdą nad czołem, ci całe życie mają przetrwać w twardej służbie czynu — to ich obowiązek pierwszy, ich placówka, ich wartość wyłączna w dziejach świata. Pieśń to jasny sztandar ducha, roztoczony nad nami w błękicie, mówił Asnyk o romantyzmie. Pieśń to sztandar bojowy, powiewający ludziom na memento, — wierzył gorąco nasz żołnierz-lutnista.

A jam pochwycił jeden z sztandarów —
Ludu pieśń — i z nim stoję na dobach;
— — — — —
Toż wśród nieszczęścia jestem spokojny,
Bom najstraszniejszym orężem zbrojny.

Tak rozumiał patryotyzm i piękno Romanowski i na takiej wierze legł stygmatem jego czyn.


∗             ∗

Dośpiewał się rapsod sławy i miecza. Pociemniały gwiazdy natchnienia, w rozbrzasku nowego dnia dziejowego zaczął się wyłaniać widomiej coraz zarys szarej ziemi. „Zmalały pieśni pośród nas i pierś zmalała człowiecza — skarży się boleśnie jeden z ostatnich śpiewaków Legionu — została nędza, niemoc, strach“. Jasny sztandar ducha tarza się w zapomnieniu, ogniste hasła majaczą spłowiałe, szmat drogi znaczy się od tamtych dni do nas. A jednak do tej pieśni winniśmy wracać codziennie, jak do górskiej krynicy, aby obmyć dusze nasze z kurzu rzeczywistości, z błędów, czyhających w gęstwinie wydarzeń.
Tyle jeszcze skier nierozdmuchanych, tyle kwiatów, niebacznie zdeptanych po drodze, tyle długów niespłaconych!
I on, Romanowski, to taki nasz smutny narodowy dług —
Wielki Byron w jednym z młodzieńczych, prześlicznych swych wierszy rzewne przed potomnością wyraził życzenie:

Niech marmur na mym grobie nie pochlebia żałobie,
O co próżność ziemskich dzieci tak dba,

Niech huk trąb nie rozplenia chwały mego imienia;
Czego pragnę, o czem marzę, to — łza.

Dużo skromniejszy i cichszy Romanowski powtarza tę prośbę przed naszem sumieniem:

Że i łza jedna nie spadnie dla mnie,
Chyba stróż anioł mój westchnie za mnie...

Pomników, marmuru, sławy błyszczącej nie daliśmy mu, uczcijmy przynajmniej jego „posąg-imię“.
Długie pół wieku obróciło się, odkąd mu wykopano nieznaną mogiłę. I pół wieku w cichości drzemał jego duch. Aż oto dziś z pod fali milczenia przebił się na nowo jego czysty głos, tak mało nam znany, a taki świeży wdziękiem młodych lat swoich, taki gorący nieśmiertelnem ukochaniem ideałów, taki bolesny naszym wspólnym bólem i tak jasny w aureoli spełnionego czynu! Staje przed nami przedburzowiec płomienny z zerwaną pieśnią swoją i prosi — także o nic więcej — o jedną łzę.
Niechaj błyśnie w oku potomnych srebrna łza miłości dla Romanowskiego!

J. D.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julia Dickstein-Wieleżyńska.