Wazowie (Niewiadomska)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Wazowie
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1921
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

BIBLJOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ 132




CECYLJA NIEWIADOMSKA




LEGENDY, PODANIA

I OBRAZKI HISTORYCZNE


XI.

WAZOWIE



Gebethner i Wolff - logo.jpg



NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA===LUBLIN===ŁÓDŹ===POZNAŃ
KRAKÓW===========G. GEBETHNER I SPÓŁKA







KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA i SPÓŁKI.



Karliński.


Pod Olsztynem obozem wkół leżą
Księcia Maksa wojenne szeregi,
Raz i drugi do szturmu uderzą,
Lecz się łamią, jak fala o brzegi:
Zdobyć twierdzy obronnej nie mogą,
W niej Karliński dowodzi załogą.
Więc na sioło pobliskie napadli,
Na dom wodza załogi fortecznej.
Ach, spalili ci dom i wykradli
Twoje dziecię, o wodzu waleczny!
Twego synka, niemowlę w pieluchach,
O złocistych na główce swej puchach.
Twoje dziecię z piastunką, co płacze,
Zapędzili pod mury Olsztyna,
I mówiły te dusze żołdacze:
— Olsztyn w ręce da nam ta dziecina.
Więcej zdziała od naszych oręży,
Tylko ojciec w nim wodza zwycięży. —
Przypadł goniec pod okop zamkowy
I zatrąbił pokoju sygnałem;
Z dzielnym wodzem zażądał rozmowy
I odezwał się słowem zuchwałem:

— Otwórz bramy przed armją niemiecką,
Oddaj Olsztyn, lub zginie twe dziecko. —
Skroń starcowi oblała się potem,
Zbladnął, zgrzytnął, boleścią rozdarty,
Serce biło o pancerz jak młotem,
Długo milczał, na szabli oparty.
Nagle cały się wstrząsnął gwałtownie
I zawołał: — Nie oddam warowni!
Ho, do szturmu tam biegną ich roty!
A jak biała chorągiew na przedzie
Świeci dziecię, aniołek ten złoty.
Czyż do boju szatanów tych wiedzie?
A głos w dzikim rozlega się gwarze:
— Przecież strzelać do syna nie każe?
Długo rycerz stał niemy na wałach,
Oko żarem straszliwym mu świeci,
Bombardierzy na hasło przy działach
Oczekują... Wódz nagle lont[1] chwyci:
Błysnął płomień, padł wystrzał armatni,
Padł pod strzałem syn jego — ostatni!
Wszystkie działa ryknęły wystrzałem,
Huczą pieśnią pożogi straszliwą,
Dymy gęstym rozsiadły się wałem,
Napastnicy nie ujdą stąd żywo!
Pod czarnemi fortecy murami
Całe błonie zasłane trupami.
I jak oko daleko zasięże,
Pod Olsztynem nie widać już wroga...

Wojownicy otarli oręże,
Ale milczy zwycięska załoga:
Dziś nie pora okrzyków wesela,
Wojsko wodza żałobę podziela.
On milczący wciąż stał przy armacie,
Długo patrzał na krwawy plac bitwy.
Czy skamieniał po ciężkiej swej stracie?
Czyli w ciche utonął modlitwy?
Spojrzał w niebo, potem głowę skłonił
I twarz sobie rękami zasłonił...
Stoi orszak rycerzy szlachetny,
Lecz nikt nie śmie przerywać tej ciszy.
Wtem się ozwie on ojciec bezdzietny
I do swoich tak rzekł towarzyszy:
— Wyście świadkiem, mężowie olsztyńscy,
Że tak poległ, jak wszyscy Karlińscy!


A. Pajgert.


Pod Byczyną.

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka — możnaby to przysłowie zastosować i do Maksymiljana, który tak okrutnym czynem upamiętnił swoje pretensje do tronu.
Możemy spytać jednak, skąd urościł sobie to prawo?
Była to pierwsza przestroga dla kraju, jak niebezpieczną jest wolna elekcja. Bo cóż począć, jeśli zebrane tysiące nie zgodzą się na jednego kandydata? Tak się stało po śmierci Batorego.
Stronnicy Jana Zamoyskiego obrali Zygmunta Wazę, najbliższego potomka Jagiellonów, rodzonego wnuka Zygmunta Starego, — ale Zborowscy okrzyknęli królem austrjackiego księcia Maksymiljana.
Austrjaka Zamoyski nie wpuścił na koronację do Krakowa, zamknął przed nim bramy i bronił stolicy, jak przed nieprzyjacielem.
Więc Maksymiljan mścił się: burzył zamki i palił grody, Olsztyn chciał zdobyć podstępem, porwawszy syna wodza.
Ale Karliński pamiętał obrońców Głogowa. Był jednym z tych, którzy nauczali synów: rodzicie się, aby żyć i umrzeć dla ojczyzny. Za kraj poległo kilku starszych jego synów, teraz — spełniając straszny obowiązek — mógł jedynie powiedzieć sobie,

»że tak poległ, jak wszyscy Karlińscy«

t. j. za naród swój i jego wolność.
Przyjechał wkońcu Zygmunt, został ukoronowany, a Maksymiljan widząc, że się już niczego spodziewać tu nie może, chyba kary za swoje sprawki, umknął na Śląsk, bo tędy było mu najbliżej do własnego kraju.
Ale się zawiódł, że tam już bezpieczny. Zamoyski ani myślał puścić go bezkarnie. Zaraz po koronacji podążył za nim i dogonił go na Śląsku pod Byczyną, w której się napastnik zamknął.
Nic mu to nie pomogło. Hetman miasto obiegł i zaczął je zdobywać szturmem. Wówczas Maksymiljan kazał zatknąć białą chorągiew na wieży, na znak, że się poddaje.
Wczesny wieczór styczniowy mrokiem okrył ziemię, gdy otwarły się bramy grodu i w czerwonym blasku płonących pochodni ukazał się orszak książęcy.
Hetman na czele wojska zastąpił mu drogę — a Maksymiljan oddał w jego ręce szpadę, uznając się tem samem jeńcem.
Uwięziony w Krasnymstawie, w zamku należącym do hetmana, pod czujną strażą, ale otoczony względami i wygodami, rok cały był w niewoli. Aby osłodzić mu przykra samotność, Zamoyski chciał mu nawet zostawić swobodę korzystania z ogrodu i usunąć straże, jeśli da słowo, że nie będzie próbował ucieczki. Ale więzień nie przyjął takiego warunku.
Z dumą odrzucił także zaproszenie do hetmańskiego stołu, odpowiadając wyniośle, iż tylko z równymi sobie zwykł zasiadać do posiłku. Wtedy Zamoyski kazał otoczyć stół więźnia srebrnym łańcuchem, ażeby pamiętał, że jest w niewoli.
Uwolnił go król Zygmunt bez żadnych warunków, nie żądając nawet zrzeczenia się tronu, ani zwrotu kosztów za wyrządzone szkody.


Zygmunt III.
(1587-1632).

Wielka sala w zamku królewskim na Wawelu niezwykle urządzona: zamiast kosztownych i ozdobnych sprzętów, kilka marmurowych stołów, na nich drobne narzędzia, młoteczki, pilniki, obcążki, małe lampki i naczyńka z jakiemiś płynami, drobne kawałki metalu, albo kamyki — może drogocenne.
Na kominku — chociaż lato — ogień płonie, może dlatego, iż w wielkiej komnacie pomimo lata chłodno, — a może jest potrzebny, bo nad ogniskiem na małym trójnogu ustawiono tygielek, nad którym czuwa jakiś mąż poważny, siedząc w milczeniu na niskim stołeczku i przekładając czasem w zamyśleniu rozłożone przed sobą kawałki metalu.
Przy najbliższym stole pracuje człowiek w sile wieku, w białej jedwabnej szacie, szwedzkim krojem. Wpatruje się uważnie w ustawiony przed nim rysunek i z nadzwyczajną, drobiazgową dokładnością wykończa podług niego złoty relikwjarzyk, ozdobiony drogiemi kamieniami. Białe i delikatne jego ręce z niezwykłą wprawą używają drobnych narzędzi: kują, piłują, rozgrzewają metal, przycinają i wygładzają jego kształty. Na twarzy powaga wielka i zajęcie, w oczach zadowolenie.
I cisza w tej obszernej sali — czasem mucha zabrzęczy, uderzając skrzydłem o przezroczystą szybę, płomień wystrzeli głośniej na kominku, lekko uderzy maleńki młoteczek, pilnik zaskrzypi lub zasyczy metal, roztopiony w tyglu. Zresztą milczenie, cisza. I płyną godziny.
— Miłościwy panie, próbę możnaby rozpocząć — odzywa się spokojnie starzec przy kominku — wszystko gotowe.
Mężczyzna pracujący pilnie przy stoliku nie podniósł nawet głowy od roboty.
— Później — odparł półgłosem. — Miejcie wszystko w pogotowiu.
I znów milczenie długie, niczem nieprzerwane. Król polski, Zygmunt III, pracuje przy swoim warsztacie.
Wkońcu uśmiechnął się blado, spokojnie, twarz drobną, jasnym otoczoną włosem, ze szwedzka przystrzyżonym, zwrócił w stronę kominka z wyrazem zadowolenia.
— Zbliżcie się, mości Sędziwoju — wyrzekł cichym, bezdźwięcznym głosem — zobaczcie ten relikwjarz.
Starzec rzucił na niego dziwne, przelotne spojrzenie i powstał z miejsca. Podany mu relikwjarz był rzeczywiście piękny, z niezwykłą wykonany sztuką.
— Cenna rzecz, miłościwy panie — rzekł po chwili — nie ma takiego katedra wawelska.
Król uśmiechnął się prawie pogardliwie.
— Ani żaden z waszych kościołów — dokończył.
— Czy to dar dla katedry? — zapytał znów starzec po chwili. — Dar podwójnej wartości.
Dziwny wyraz przemknął po twarzy monarchy.
— Złoto drogie... i praca moja... — mówił jakby do siebie. — To arcydzieło, a skarb wasz ubogi... Złota trzeba — pokaż mi, waszmość, co umiesz.
— Trzeba poczekać, miłościwy królu: płyn ostygł i czas minął. Muszę rozpocząć znowu.
— Zacznij więc, mości Sędziwoju, od początku, chcę sam na wszystko patrzeć; tam masz tygielek nowy.
— Tak jest, a tutaj są kawałki miedzi, która się zmieni w złoto pod działaniem mojego eliksiru — zechcesz je poddać próbie, miłościwy królu.
Tak bawił się najczęściej Zygmunt III. Był złotnikiem zamiłowanym, a monstrancje, krzyże, kielichy i t. p. arcydzieła, które nadzwyczaj starannie wykończał, zajmowały i obchodziły go daleko więcej, niż wszystkie sprawy kraju, w którym niestety aż 45 lat panował.
Nieme djablę, jak go przezwano prawie przy pierwszem spotkaniu.
Bo też to spotkanie pierwsze było wróżbą całego panowania.
Spodziewano się wiele: toż to syn Katarzyny Jagiellonki, którą Kraków dobrze pamiętał. Życie jej zostawiło niejedno szlachetne wspomnienie. Zaraz po ślubie, gdy z mężem swym Janem Finlandzkim, bratem króla szwedzkiego, przybyła do Finlandji, niegościnnego doznała przyjęcia. Mąż jej, oskarżony niesłusznie o zdradę i chęć przywłaszczenia sobie szwedzkiego tronu, pokonany przez króla Eryka, osadzony został w więzieniu. Co do Katarzyny, nie śmiał podejrzliwy Eryk targnąć się na córkę potężnego monarchy i sąsiada, to też zachowując wszelkie należne jej względy, pozwolił wrócić do Polski ze wszystkiem, co dano jej jako posag i wyprawę. Lecz Katarzyna Jagiellonka nie tak pojmowała obowiązek.
— Przysięgłam dzielić dobrą i złą dolę męża — odparła z powagą — w nieszczęściu go nie opuszczę.
I dobrowolnie poszła do wiezienia, gdzie pod surową strażą spędziła wraz z mężem lat siedem. Tu przyszedł na świat Zygmunt i w wilgotnych murach upłynęły pierwsze lata jego życia.
Wiedziano też, że na dalsze wychowanie syna matka miała wpływ wielki, że marzyła dla niego o koronie dziadów i zwracała myśli ku sąsiedniej Polsce, jako drugiej ojczyźnie.
Więc uważano go za Jagiellona, spadkobiercę ich krwi i cnoty.
Kiedy w Krakowie uderzono w dzwony na znak, że oczekiwany król zbliża się wreszcie do prastarej stolicy, całe miasto wyległo na ulice.
— Jedzie! jedzie! — rozległy się głosy radosne i wszystkie spojrzenia życzliwie, ciekawie skierowały się w głąb kolasy, w której zbliżał się Zygmunt. Jak spojrzy na swój naród, który za niego już walczył i krew przelewał, zanim mu włożył na skronie koronę?
Wspaniały orszak zbliża się poważnie, zwolna, staje, znów się posuwa. Tłumy ludu tamują drogę. W wyzłacanej kolebce młodzieniec, średniego wzrostu, szczupły, jasnowłosy, o twarzy spokojnej, bladej, bez uśmiechu. Milczy. Strój aksamitny biały, złotem haftowany, krojem szwedzkim, — złotawa broda, z szwedzka podstrzyżona.
Dziwnie zimną i martwą zdała się oczekującym ta blada twarz monarchy, milczące usta i wzrok nieruchomy. Na okrzyki radości czasem skinął głową, głosu nikt nie usłyszał.
— Nieme djable — mruknął jakiś porywczy Krakus.
— Nie djablę — ktoś zaprzeczył — pan bardzo pobożny.
Tak, pobożny, lecz dziwna to była pobożność: nie przeszkadzała wcale rozmijać się z prawdą, złem odpłacać za dobre.
Nadwornym kaznodzieję miał księdza Piotra Skargę, prawie świętego męża, niby go słuchał i poważał wielce, a zawsze swoje broił.
Dumny, skryty, milczący, nikomu nie powierzał myśli ani zamiarów, często niedorzecznych albo szkodliwych dla Polski.
Bo niestety, ojczyzna matki pozostała mu obojętną, i gotów był zawsze poświęcić jej dobro dla swoich osobistych interesów.
Jan Zamoyski rozpaczał: on to go przecież osadził na tronie. Tyle spraw ważnych czeka mądrej rady, przyszłość od nich zależy, a król nie chce wiedzieć o niczem. Marnuje piękne plany Batorego, lekceważy prawa narodu, zobowiązań nie dotrzymuje, o losy kraju nie dba.
Nie miała jeszcze Polska takiego monarchy — Henryk Walezy za krótko panował, aby mógł jej wyrządzić krzywdę, ale Zygmunt — zastał Polskę kwitnącą, zostawił ginącą.
Za pomoc do odzyskania korony szwedzkiej, której po śmierci króla Jana odmówili mu Szwedzi, gotów był sprzedać Polskę Austrjakom i układał się z nimi o to potajemnie.
Zawezwany przed sąd narodu, wyparł się własnych czynów, uroczyste dając obietnice, których spełnić nie myślał.
To stało się przyczyną, iż po śmierci Zamoyskiego po raz pierwszy Polacy przeciw własnemu panu podnieśli zbrojny rokosz. Musiał Zygmunt szaleńców poskramiać orężem, lecz ukarać ich nie mógł, bo sam był winien wszystkiemu i najwierniejsi słudzy odmówiliby mu posłuszeństwa, gdyby nie chciał przebaczyć pokonanym.
Jan Zamoyski umarł w rozpaczy, widząc przyszłość ojczyzny zagrożoną.
Toż król ten posłał na śmierć pewną Żółkiewskiego, który mu to napisał w ostatnim swym liście, prowadząc garstkę rycerstwa polskiego przeciw tureckim krociom.
Mnożyły się mszczące, niepotrzebne wojny, zwycięstwa nie przynosiły korzyści, bohaterskie wysiłki najdzielniejszych mężów — szły na marne.
Niedołężny, a próżny i zarozumiały, lichy człowiek, klęska i nieszczęście kraju — wielka szkoda, że nie został znakomitym złotnikiem w swojej Szwecji.


Duma o Stanisławie Żółkiewskim.

Za szumnym Dniestrem, na Cecorskiem błoniu,
Gdzie Żółkiewskiego spotkał los okrutny,
Jechał Sieniawski, odważny i smutny,
W błyszczącej zbroi i na śnieżnym koniu.
Maj właśnie drzewa i kwiaty rozwijał,
Księżyc w noc cichą świecąc roztoczony,
O srebrne skrzydła i hełm się odbijał,
Lecz rycerz wzdychał, żalem obciążony.

Kiedy tak dumał, po białym promieniu
Błyszczącą widzi stal pomiędzy krzaki,
Był to hełm, na nim w zbyt drogim kamieniu
Herb Żółkiewskiego i rdzy krwawej znaki.
Zdjął go i na tak tkliwe widowisko
Jął mężny rycerz rzewne łzy wylewać,
A widząc srogie walk pobojowisko,
Usiadł i takie zaczął rymy śpiewać:
»Cecorskie pola i wy głuche lasy,
Co na wierzchołkach swych wiatry niesiecie!
Roznieście ciężkie żale me po świecie
Nad wodzem, sławnym w wiekopomne czasy.
Mężu, co sławy chęć wyssałeś w mleku,
Zamoyski twoje przepowiadał cnoty,
Pod jego znakiem w wiosny jeszcze wieku
Słałeś mord srogi w liczne Niemców roty.
Cóż gdy hetmanem zostałeś z rycerza
I świetnym pułkom przywodzić zacząłeś?
Granice Polski ręka twa rozszerza,
Podbiłeś państwa i już Moskwę wziąłeś.
Hetmanie, pełen nieśmiertelnej sławy,
Dniu, w sercach polskich nigdy niezmazany!
Kiedyś z szczęśliwej wróciwszy wyprawy,
Przed zgromadzone stawił jeńców stany.
Król Zygmunt siedział na tronie, a wkoło
W szkarłatnych szatach poważni ojcowie,
Młody Władysław pozierał wesoło,
Wtem wszedł Żółkiewski, a za nim carowie.
»Królu, narodzie wolny i potężny!
Wiodęć ród carów, nieszczęsny, lecz mężny,
Przyjm go, nie jako chluby widowisko,
Lecz jak odmiennej fortuny igrzysko.

Bodajby nieba, co nam dziś szczęściły,
Wiodły zwycięstwa za orły polskiemi;
Bodajby wnuki sposoby srogiemi
Za krzywdy przodków nigdy się nie mściły!
Ty, Władysławie, byś jej klęski słodził,
Moskwać przeze mnie śle poddaństwa śluby,
Rządź nią, lecz wspomnij, kędyś się urodził,
Niechaj ci kraj twój zawsze będzie luby!«
Tak mówił hetman. — Któżby rzekł, że chwile
Tak świetne w ciężkie zamienią się klęski?
Że nie mogąc się Turków oprzeć sile,
Szanowną głowę da pod miecz zwycięski!
Obóz mu cały wśród łez i rozpaczy
Wyniósł grobowiec i zwłoki w nim schronił,
Na nim ten napis śmierć i cnotę znaczy:
»On piersi swemi ojczyznę zasłonił!«
Ty, drogi hełmie, skronie mu wieńczyłeś
I włos, zsiwiały na pracach ojczyzny,
Ty w bitwach młodym rycerzom świeciłeś,
Tyś mu na czole krył szlachetne blizny!
Przysięgam, że cię na głowę nie włożę,
Aż nieprzyjaciół krwią mego nie zmyję,
Aż cieniom wodza ofiary nie złożę
I pól Cecorskich trupem nie okryję!...«
A tak Sieniawki każdy bój stoczony
Chciał, by dla niego był chwałą lub zgubą.
Dotrzymał słowa i laurem wieńczony,
W ogromnym hełmie stanął przed swą lubą.


J. U. Niemcewicz.


O tron Moskiewski.
(1609-1618).

Co to znaczy:


»Wtem wszedł Żółkiewski, a za nim carowie.
..................
Królu, narodzie wolny i potężny!
Wiodęć ród carów nieszczęsny, lecz mężny.
..................
Ty Władysławie, byś jej klęski słodził,
Moskwać przeze mnie śle poddaństwa śluby«.


Carowie moskiewscy stoją przed królem polskim jako jeńcy. Zwyciężona Moskwa wzywa na tron królewicza Władysława. Więc zjednoczenie niby Litwy z Polską? Jakaż wielka przyszłość dla obu narodów! Jak się to stało?
Umarł Iwan Groźny. Na tronie zasiadł syn najstarszy, niedołężny, ale w jego imieniu rządził Tatar, Borys Godunow. Ten się obawiał, że gdy syn młodszy Iwana dorośnie, to mu władzę odbierze, więc kazał go złoczyńcom zamordować. I rzeczywiście Borys wkrótce został carem.
Ale w kilka lat potem zjawia się zamordowany niby Dymitr.
Jest na dworze polskiego pana, Wiśniowieckiego i w chorobie wyznaje popu na spowiedzi, że jest synem Iwana Groźnego, że go niańka ukryła i nie dała zabić, że ma krzyż brylantowy, jako świadectwo swego urodzenia, i tron moskiewski do niego należy.
Jedni wierzą, drudzy nie wierzę, ale panom to się podoba. Jeśli zostanie carem, będzie przyjacielem Polski, obiecuje przyjąć wiarę katolicką, ożeni się z Maryną, córką wojewody Mniszcha, toż Polacy będą rządzili za niego, zwłaszcza Mniszech i Wiśniowiecki. Któż im dorówna wtedy w znaczeniu, potędze?
Obiecują więc pomoc Dymitrowi i stawiają warunki, na które się zgadza, bo cóżby zrobił bez nich? Król Zygmunt nie wypowiada wojny Moskwie, ale pozwala werbować żołnierzy. Dwóch magnatów na własną rękę rozpocznie wojnę z carem.
I tak się stało. Hufce zebrali liczne. Jedni wierzyli rzeczywiście Dymitrowi, innych zwabiła nadzieja zdobyczy. Wojsko polskie posuwało się zresztą bez przeszkód, gdyż przywłaszczyciel tronu był znienawidzony, wszyscy wiedzieli, że zamordował carewicza, a teraz się cieszyli, że mu się zbrodnia nie udała. Przed mniemanym synem Iwana Groźnego miasta gościnnie otwierały bramy, a wysłane przeciwko niemu przez Borysa wojsko połączyło się z Polakami.
Wreszcie Borys się otruł, a Moskwa radośnie powitała prawego cara i Polaków.
Niedługo to jednakże trwało. Rządy Polaków nie mogły podobać się ruskim bojarom. Samozwaniec był lekkomyślny, w trudnem położeniu nie umiał postępować. Został też zamordowany, a stojący na czele spisku chytry ród Szujskich zagarnął gładzę w swoje ręce.
Lecz Szujscy byli też znienawidzeni za dumę samowolę; przeciwko nim powstali zazdrośni bojarowie, zjawił się nowy Dymitr samozwaniec, niby znów ocalony, i rozpoczęła się wojna domowa.
Część bojarów prosiła Zygmunta o pomoc, wzywali jej Polacy, pozostali w Moskwie, których wkońcu wymordowano okrutnie. Wtedy Zygmunt zdecydował się na wojnę.
Żądał jej także sejm, bo naród został obrażony postępowaniem Szujskich. Zgromadzono wojsko. Sam król Zygmunt ruszył pod Smoleńsk, hetman Żółkiewski pod Moskwę.
Zygmunt ułożył sobie, że zdobędzie państwo Moskiewskie, sam zasiądzie na tronie, a zamiast prawosławia wprowadzi w niem religję katolicką. Tak sobie pięknie marząc, przez dwa lata oblegał Smoleńsk.
A tymczasem Żółkiewski podążył wprost ku Moskwie, pod Kłuszynem pokonał Szujskich, obu braci wziął do niewoli i wszedł do Moskwy jako zwycięzca.
Postępował jednakże tak rozumnie i sprawiedliwie, że Moskale, mając już dosyć domowych waśni i wojen, sami ofiarowali tron Władysławowi, najstarszemu synowi Zygmunta, pod warunkiem, że przyjmie ich obrządek grecki i uszanuje prawa i obyczaje narodu.
Z tem powrócił Żółkiewski i stawił swych jeńców przed sejmem. Dla Polski wielka przyszłość: pobratanie się z narodem sąsiednim, prawda, że ciemnym, może nawpół dzikim, ale polska oświata i cywilizacja będzie miała drogę otwartą i może zdziałać wiele. A zamiast wroga odtąd na wschodzie przyjaciela.
Wielka w dziejach Polski i ważna godzina.
Lecz Zygmunt się nie zgadza. Jego syn nie zmieni wiary!
Czy to słuszne? Czyż panujący może być innej wiary niż poddani? A przytem wiara grecka nie była tem jeszcze, czem dzisiaj prawosławie. Przecież za tego samego Zygmunta powstała w Brześciu unja, która oba kościoły łączyła.
Ale Zygmunt milczał, nie dał się przekonać, oblegał dalej Smoleńsk i ani myślał syna wyprawić do Moskwy.
On sam chce tam panować i odrazu wprowadzić katolicyzm.
Moskwa stoi przy swojem, o Zygmuncie — rzecz naturalna — nie myśli, czeka na Władysława. Czeka lata całe. Tymczasem w kraju nieład, zamieszanie, w Moskwie rządzi polska załoga.
Sprzykrzyło się to nakoniec i Moskalom. Zapragnęli być wolni. Powtórnie wymordowali i wypędzili Polaków, których garstka nie mogła im się oprzeć, i obrali sobie królem Romanowa.

Kiedy w szóstym roku po zwycięstwie Żółkiewskiego pod Kłuszynem zdecydował się Zygmunt wysłać Władysława, już Moskwa była rządna, miała cara i trzeba było zawrzeć z nim pokój. Najazd Polski na Moskwę — zamiast wydać owoc braterstwa, posiał jedynie ziarna nienawiści, a upór niedorzeczny Zygmunta pozwolił rozrosnąć się na wschodzie wrogiej nam potędze, ciemnej, srogiej i niszczycielskiej.


Pod Cecorą.
(1620).

Strasznem wspomnieniem są Cecorskie pola. Tutaj Polak wieszczą odebrał przestrogę, jak zgubne są następstwa samowoli.
Wielki hetman koronny, Stanisław Żółkiewski, wódz wsławiony tylu zwycięstwy, wzór męstwa i odwagi, tu bohaterskie życie oddał za kraj i wiarę, aby chwalebną śmiercią zmyć winy rodaków i króla.
Rodaków — gdyż niebacznie, samowolnie mieszając się do zwykłych wołoskich zatargów o władzę hospodarską, ściągnęli na kraj Turka, jednego z najgroźniejszych wówczas nieprzyjaciół.
I winy króla — który przeciw groźnej tureckiej potędze posłał garstkę rycerstwa, 8 tysięcy liczącą, i sędziwego wodza, — jakby jeden człowiek mógł wystarczyć za krocie.
Żółkiewski, oceniając słusznie położenie, w liście do króla wyrzuca mu śmiało ten lekkomyślny rozkaz i mówi: »na śmierć posyłasz mię, królu«.
»Drżę o ten kwiat młodzieży« pisze dalej, »wojna z Turkami nie jest igrzyskiem; tyle państw i królestw rozbiło się już o tę skałę. Nie tak czynił poprzednik W. K. M.«
Wypowiedział, co myślał, lecz obowiązek spełni, a co jest w ludzkiej mocy, uczyni z pewnością, aby i kraj osłonić i nie zmarnować życia powierzonych mu zastępów.
I oto stanął na Cecorskich polach w obliczu nieprzyjaciela, który walkę rozpoczął niezwłocznie.
A były Turków krocie. Nie wychodzili oni na wojnę w mniejszej liczbie nad sto tysięcy.
Cóż mogły pomóc męstwo i przezorność wobec takiej różnicy siły?
A jednakże dzień za dniem, tydzień za tygodniem walecznie odpierano szturmy. Hetman opasał szczupłe szyki swoje, niby obronnym murem, szeregami wozów i poza ich osłoną, czuwając dniem i nocą, zaczął się cofać ku granicom Polski.
Turek z wściekłością szarpał te ruchome szańce: jak śmie stawiać mu opór taka garstka! Pustoszył okolicę, niszczył zasiewy i plony, by pozbawić Polaków żywności i paszy. Konie zaczęły padać z głodu i pragnienia — ludzie z ran, bezsenności, wyczerpania.
Posuwali się jednak. Już błysnęły w dali srebrzyste fale Prutu, za niemi ojczyzna, ratunek, bezpieczeństwo.
Nagle szalony zamęt powstaje w obozie: początek daje służba — to nie rycerze przecie, a tyle wycierpieli! teraz pora ocalić życie.
A chciwość szepcze: zabieraj, co możesz, pan i tak zginąć musi.
Rzucają się t. zw. ciurowie na wozy, rozrywają szańce, szarpią zdobycz, wzniecają ogień, by w popłochu osłonić łatwiej swą ucieczkę. Krzyk: — Ratuj się, kto może! — Hetman uszedł! — Zginęliśmy! — szerzy się wśród ciemności.
Trwoga ogarnęła mniej hartowne serca: rycerstwo nieprzytomne opuszcza szeregi, rzuca się wpław do rzeki, inni daremnie zastępują drogę, chcą przemocą powstrzymać pierzchających — wśród ciemności wre walka, bucha płomień, wzmaga się zamieszanie.
Zrozumiał stary hetman, że wybiła ostatnia godzina. Zginąć trzeba, byle nie dopuścić hańby. Zostanie w dziejach klęska pod Cecorą, lecz nie cecorska hańba.
Każe bić w bębny, zapalić pochodnie, obchodzi obóz, aby widzieli go wszyscy. Hełm odrzucił, nie myśli dłużej chronić głowy, tu ją wróg zrąbać musi, by pójść dalej.
Syn i synowiec idą obok niego — komu nie zbrakło serca, niech się łączy z nimi, niech odda życie za cześć ojczyzny i wiarę.
Poznał i nieprzyjaciel, co się dzieje w polskim obozie: z krzykiem uderza na złamany tabor, rozprzężony własnemi rękami obrońców.
Wszczyna się krótka walka. Jeden z rotmistrzów nadbiega z pośpiechem, konia dla hetmana wiedzie.
— Uchodź, panie, twe życie potrzebne dla kraju.
— Tam miejsce wodza, gdzie wojsko umiera — odpowiada Żółkiewski i przebija konia, bo pieszo walczyć trzeba.
W tej chwili otaczają go hufce tureckie — cięcie miecza pozbawia go prawicy, która dźwigała szablę do ostatniej chwili, inny cios godzi w odsłoniętą głowę, syn ciężko ranny pada i zostaje wzięty do niewoli, giną najmężniejsi, reszta pierzcha w nieładzie, tonie w nurtach Prutu, ginie od tureckiej szabli, lub ocala splamione życie.
Było to w 1620 r., 6 października.
Zwłoki hetmana Turcy odszukali, z tryumfem odcięli głowę i odesłali zaraz sułtanowi, który kazał ją zatknąć na włóczni w bramie pałacu swego w Konstantynopolu.
Rodzina wykupiła ją następnie za bardzo wysoką cenę, aby złożyć wraz z ciałem w Żółkwi, gdzie na grobowcu wyryto te słowa:

»Oby z kości moich powstał mściciel!«

Z pod Cecory już bez przeszkody wkroczył Turek w granice Polski. Posuwa się dalej i pustoszy wszystko po drodze. — Któż go wstrzyma?
Pod Chocimem dopiero powstrzymali go nowi obrońcy.


JAN KAROL CHODKIEWICZ.

Trzy chwile z życia (1560—1621).


I. Wróżba.

»Kiedy Batory na wrogów godzi
I litewskie pułki zbiera,
Grono młodzieńców drogę mu zachodzi,
By powitać bohatera.
»Któż to pacholę — król Stefan zapyta —
Tej pięknej, śmiałej postawy?
Albo się mylę, lub nad nim już świta

Promień bohaterskiej sławy«.
Był to Chodkiewicz...«

J. Niemcewicz.

Wśród młodzieży wileńskiej wielkie poruszenie: król Batory zwiedza szkołę, król-zwycięzca, którego bohaterskie czyny budzą zapał w sercach młodzieży.
Mową łacińską w imieniu kolegów wita go starszy uczeń, Jan Karol Chodkiewicz.
Zwraca uwagę króla twarz młodzieńca: jego szlachetne czoło, rozumne spojrzenie, gorące słowa, które płyną z duszy.
— Panuj nam, wielki królu, jaknajdłużej, byśmy pod twemi rozkazy czynami naszych uczuć dowieść mogli.
— Jak się nazywasz, chłopcze? — zapytał monarcha.
— Jan Karol Chodkiewicz.
Król zadał parę pytań, aby się przekonać, jaki mu odpowie bez przygotowania, a widocznie zadowolony z odpowiedzi, dotknął ręką ramienia chłopca i rzekł do otaczających:
— Spodziewam się, że wyrośnie z niego wielki rycerz.
I dodał, patrząc w oczy Chodkiewicza:
— Ucz się, chłopcze i pracuj — pracą jest życie człowieka. Ojczyźnie służyć trzeba ramieniem i głową. Szkoła uzbraja głowę, by mądrze rządziła ramieniem. Mam nadzieję, że jeszcze spotkamy się w życiu.
Wzruszony młodzian w milczeniu przycisnął usta do ręki króla, lecz w oczach jego błyszczała nadzieja, iż położonej w nim ufności nie zawiedzie.


II. Pod Kircholmem.

»Przezeń Inflanty Polsce się wróciły,
On zgiął dumę Sudermana;
Przezeń kircholmska z nierównemi siły
Pamiętna w dziejach wygrana«.

J. Niemcewicz.

Wsławiony w wielu wojnach i trudnej walce z Kozakami, w 1600 r. otrzymał Chodkiewicz buławę hetmana polnego i prawie jednocześnie wysłany został przeciw Szwedom, z którymi rozpoczęła się wojna w Inflantach.
O co?
O koronę szwedzką dla Zygmunta III.
Szwedzi nie chcieli króla innej wiary, niż wyznawali sami, woleli jego stryja, Karola Sudermana, który też został ukoronowany i zasiadł na szwedzkim tronie.
Na to nie chciał Zygmunt się zgodzić — postanowił orężem odzyskać utracone państwo, rozpocząć wojnę z Szwecją. — A któż ma walczyć w obronie praw jego? — Polacy.
Lecz sejm odmówił podatków na wojnę i nie pozwolił na nią: Polsce nie była zupełnie potrzebna.
Podstępny Zygmunt jednak nie ustąpił: potrafił zmusić Polaków do wojny. Rozkazał wojskom zająć szwedzką prowincję Estonję, którą w pactach conventach przyrzekł do Polski przyłączyć, ale przez lał 16 tego nie uczynił. Na obronę Estonji i innych prowincyj, do Szwecji należących, w Inflantach wylądowały wojska szwedzkie i zaczęła się wojna.
Cudów męstwa i waleczności dał w niej dowody Chodkiewicz, pozostawiony tutaj z małą garstką, bez posiłków i bez żołdu dla żołnierzy.
Daremnie pisał listy i wzywał pomocy, król jakby zapomniał o nim, jakby go rzucił Szwedom na ofiarę.
Chodkiewicz jednak nie traci odwagi, nie ustępuje z placu. Daje się poznać Szwedom pod Rewlem, Dorpatem; zrozumieli, jakiego mają przeciwnika.
Wtem z nowemi siłami przybywa Karol Sudermański, sam wiedzie przeszło 16 tysięcy wprost ku granicom Polski.
Któż mu zastąpi drogę? Chodkiewicz ma zaledwie 3 tysiące wojska, niekarnego, bo niepłatnego, — cóż pocznie?
Przemówił do żołnierzy, zbudził w nich poczucie obowiązku, honoru, żądzę sławy, pogardę śmierci i uderzył na Szweda pod Kircholmem.
Niedługo trwała ta pamiętna bitwa. Niespełna cztery tysiące rycerstwa pokonało czterykroć liczniejszego wroga. 9 tysięcy Szwedów padło na polu walki, Suderman ranny uciekł i ledwo zdołał ujść niewoli, zdobyto 60 chorągwi i 20 dział nieprzyjacielskich.
Okrzyk radości rozległ się po całej Polsce — w dziękczynych[2] modłach brzmiało imię Chodkiewicza, czynem tym zdobył nieśmiertelną sławę.
Było to w r. 1605.
Sprawdziły się prorocze słowa Batorego.


III. Odwet.
(1622).

Żałobą kraj się okrył po Cecorskiej klęsce — wstyd, ból i trwoga opanowały serca: — Turek idzie, hetman nie żyje, najmężniejsi polegli, któż go wstrzyma?
Kto się czuje Polakiem, niech pośpiesza na ratunek ojczyzny. Zagrodzić trzeba pohańcowi drogę co żywo, bo zuchwale kroczy naprzód, w siły rośnie.
Z pół świata zwołał zaciągi i wojska, trzykroć liczą podobno zastępy jego pod Chocimem.

Zabielały się góry i Dniestrowe brzegi,
Rzekłby kto, że na ziemię świeże spadły śniegi,
Skoro Turcy stanęli, skoro swoje wloty[3]
Okiem nieprzemierzone rozbili namioty.


A w Chocimie zamknął się z garstką Chodkiewicz.
Wojska liczy około 35 tysięcy, drugie tyle prawie Kozaków przywiódł do pomocy hetman Konaszewicz Sahajdaczny.
Nierównie siły. Jedyna przewaga, że mury osłaniają nasze wojska, że mają się gdzie schronić po stoczonej bitwie. Ale Osman drwi z tego — któż mu się oprzeć zdoła?
Z dumą spojrzał na szyki swoje: dzielne roty janczarów[4], lśniące pancerze spahów[5], Murzynów i Azjatów, straszliwe słonie z wieżami na grzbiecie, wielbłądy, pyszne ogniste rumaki, na całe mrowie ludzi niezliczone, nieprzejrzane obozy.
W puch rozniosą te mury jego niewolniki — wieczerzę w zamku chocimskim chce spożyć!
Wola Osmana prawem: tłumy ruszyły się z miejsca, spadają jak lawina z gór strącona, rozpoczyna się bój zawzięty.

»Sam stał Osman na górze pod zielonym znakiem,
Opasany po świetnym kaftanie sajdakiem[6], —
Skąd mógł wojska obaczyć, jako trzeba, obie,
Mając grono zwyczajnych pochlebców przy sobie.
Stamtąd ludzi szykuje, niecierpliwy zwłoki«.


A w dole już wre bitwa, krew się leje. »Bigos z ołowiu i prochu« podał Chodkiewicz na przyjęcie gości i częstuje nim hojnie. Nawała turecka rozbija się o żelazny mur pancerzy. Świata nie znać w kurzawie, słuch odjęły gromy. Padają obrońcy, ale nie ustąpią kroku, bezsilna wściekłość łamie się i kruszy o niezwalczone męstwo.
A tymczasem dzień schodzi, noc zapada. Z niczem powraca Osman do obozu, grozi, straszy i karze wodzów, a Chocimowi zaprzysięga zgubę.
I trwały te zapasy blisko sześć tygodni.
Raz zwrócili wszystkie siły na Kozaków.

»Jeszcze rosa nie oschła, jeszcze się mgły szare
Nad Dniestrem piętrzą, jeszcze i słońce niejare[7],
Kiedy sto dział burzących wcale niespodzianie
Kozakom zaporoskim tuż nad głową stanie.
Sypie się z gór pogaństwo straszliwemi wały,
Rzekłbyś, że się ruszyły okoliczne skały«.


Widząc Kozacy, że nie mają siły oprzeć się tej potędze, przytaili się cicho w obozie swoim i czekają. Trwał szturm przez godzin parę: zasypano ich kartaczami — oni nie odpowiadają. Najwidoczniej wszyscy polegli.
Dumny zwycięzca rzuca się na wały, a wtem hukną znienacka kozackie rusznice, zagrzmią armaty.

»Zapomni się pogaństwo i strasznie się zdziwi,
Że Kozacy strzelają i że jeszcze żywi,
Że ich wszystkich burzące nie pogniotły działa;
Smutnie przeto zawywszy swoje: hałłah! hałłah!
Skoro ci jeszcze do nich wysypią się gradem,
Naprzód im czoła strachem podchodziły bladym,
Potem — kiedy Chodkiewicz wsiądzie na ich roje,
Ze łby im ostrą szablą zdejmuje zawoje,
Zwątpiwszy o posiłkach, zwyczajnego toru
Dzierżąc się, uciekali do swego taboru«.


Zwykle walczono w dzień w otwartem polu, a po bitwie Polacy wracali do twierdzy. Chodkiewicz czekał posiłków od króla, aby potęgę wroga znieść zupełnie, lecz te nie nadchodziły — wkońcu zabrakło paszy i żywności, okazało się, że w Chocimiu niema zapasów prochu.
Zebrali się wodzowie na radę wojenną. Co począć?
Zginąć albo zwyciężyć — był głos jeden. — Żywi nie ustąpimy ani kroku.
Rozjaśniło się oblicze starego hetmana.
— To pragnąłem od was usłyszeć przed śmiercią — rzekł z radosnym uśmiechem. — Tu spokojny położę głowę, gdy w sercach naszych widzę tyle męstwa. Skoro nie ustąpicie, nikt was nie pokona. Z wiarą w bój — widzę przed wami zwycięstwo!
Czując, że z dniem każdym siły jego słabną, zdał buławę Lubomirskiemu i zakończył życie, pełne trudu i zasługi, d. 25 września 1621 r.
Jeszcze blisko dwa tygodnie trwała walka. Opór podniecał wściekłość napastników: Osman wysilał całą swą potęgę, ażeby zgnieść obrońców — lecz daremnie. Wkońcu nadchodzi zima, a Turcy w czystem polu — cóż poczną wobec chłodu?
Mają prosić o pokój? Oni?
Nic innego nie pozostanie, jeżeli przedtem nie zwyciężą — raz ostatni próbuje Osman szczęścia.

»Ogniste zatem kule, petardy, drabiny,
Moździerze i granaty, murowe machiny,
Piechoty wszystkie pójdą, konnych sto tysięcy.
Wszak tu blisko, jeżeli trzeba, będzie więcej.

Choć ci wiem, że tam bez dział i tej armatury
Weźmiem miasto odrazu, opanujem mury,
Bo giaurów strach nagły weźmie, niespodziany,
Przepadną w ziemię, albo zapomną obrony«.

(W. Potocki).

Strach nie wziął ich jednakże, Turcy zostali odparci i musieli prosić o pokój, zrzekając się wszelkich zdobyczy.
Nie wiedzieli, że — kiedy pokój został podpisany — w Chocimiu była tylko jedna beczka prochu.


Wyprawa Chocimska.

Trzema szlachy[8] idą Lachy,
A Kozaki czterma walą;
W trawach pławią się po pachy,
Z rusznic palą, świecą stalą,
A chłop w chłopa, a koń w konia,
Aż stękają wokrąg błonia.
Gody, bracia! Dzień wesoły!
Jako mrowia — koni, luda;
Lud i konie jak sokoły!
Nasz Archanioł sprawia cuda!
Godyż, gody! — Z boków, z przodu
Grzmi roznośna pieśń pochodu.
Tam — tam hasa jeździec srogi!
Ho — królewicz sam — na przedzie[9].
Czarnobrewkiż nasze z drogi!
Panicz w jasyr was zawiedzie.

Ukraińska dziatwo, w nogi!
Zjedzą rysie a niedźwiedzie.
Przy hetmanach młódź to konna
W rysich skórach. — Kto jej nie zna?
Młódź litewska i koronna,
Aż od Wilna gdzieś, a Gniezna!
A nad wszystkich panów znaczny
Nasz przesławny Sahajdaczny[10].
Pan ataman w rozdźwięk huczny
Ku torbanom kiwał głową[11]:
Urodziwy w ślad buńczuczny[12],
Wiał chorągwią malinową[13]:
Biały Anioł na atłasie
Mile słaniał się w swej krasie.
»Sahajdaczny! miły bracie!
(Sam królewicz grzecznie skinie),
Wy psim węchem więcej znacie
Niż my wszyscy — o Turczynie!
Nuże w taniec! — Siudy — tudy
Po swojemu-no — w prysiudy!«[14]
Pan ataman ku Kozaczy
Musnął szablą po kołpaku.

Wie Kozacza — co to znaczy!
Zaszumiało po tym znaku:
Świsnął wicher między nimi,
Jakby zdmuchnął — znikli z ziemi.
Ciężkoż huka po nich ziemia;
Smutno — pusto — po zamieci;
Ukrainę żal oniemia:
Na mogiłach — dziewy, dzieci,
Płaczą dzieci tam — po ojcach,
Płaczą dziewy — po mołojcach.
Od niedzieli do niedzieli
Poświst niebem we dwie strony,
Stąd orłowie wciąż lecieli,
Uciekały stamtąd wrony:
W poniedziałek walna rada,
Sokół wieści rozpowiada.
»Oj! na świecie niema gracza
Jak ataman naszej młodzi!
To też Lasza a Kozacza[15]
Po strzemiona we krwi brodzi:
Sałhan bracia — niesłychany[16],
Same tłuste basze, chany!«
Ałła! drałła[17] — hu! zdaleka
Strach bo — strach łam — po harapie;
Wezyr pieni się i wścieka,
A co tchu w Bałkany drapie:
Chmura stoi nad Chocimem:
Chocim, bracia — poszedł z dymem!«

Lecąż dzieci w skok na szlachy,
Klaski — wrzaski — »nasi walą!«
Brat za brat — Kozaki — Lachy,
Z rusznic palą, świecą stalą;
Godyż, gody! W rozhuk grzmotu
Stała wokrąg — pieśń powrotu!

B. Zaleski.


Piotr Skarga Pawęski.
(1536-1612)
.

»Nad ludem twoim zapanuje obcy!
Rządzić cię będą słudzy a parobcy!
Z dawnej purpury odartej i nagiej
Na barkach twoich żebrackie biesagi!
Płaciła będziesz z własnych domostw myto,
O matko moja! o Rzeczpospolito!...«

»Rzeczpospolito! Bych był Izajaszem,
Rąbałbych ciebie słowem jak pałaszem!
Zdobyte skarby i wygrane boje
Zaliż okupią nieprawości twoje?
Zaliż zadzierżą ony wichr, co zlata,
Aby cię zetrzeć z obliczności świata?«

(Włosy srebrzyste, rozwiane u czoła,
Lśnią na pomroku jak glorja anioła,
Nieziemska bladość natchnionego lica,
Wargi-płomienie, oko-błyskawica,
A rozpaczliwie wyciągnięte dłonie
Świat podtrzymują, co w potopie tonie!)«

Or-Ot.

Znamy wszyscy tę postać z obrazu Matejki.
Przemawia z kazalnicy do króla, senatu, posłów, rycerstwa, całego narodu. W oczach wyraz natchnienia, podniesione ręce zda się gromy rzucają na słuchaczy, a z ust padają wyrazy prorocze: przepowiednie strasznej przyszłości.
»Ziemie i księstwa wielkie, które się z Koroną złączyły, odpadną od was dla waszej niezgody. Odbieżą was, jako chałupki przy jabłkach, gdy owoce pozbierają, którą lada wiatr rozwieje. Wy, coście drugie narody rządzili, ku pośmiechu będziecie i urąganiu nieprzyjaciołom waszym.
Będziecie nietylko bez pana waszego, ale też bez ojczyzny i królestwa, wygnańcy, nędzni, wzgardzeni, ubodzy, włóczęgowie, które popychać nogami będą tam, gdzie was pierwej poważano.
Gdzie taką drugą ojczyznę zdobędziecie, w którejbyście taką sławę, takie dostatki, skarby i rozkoszy mieć mogli? Urodzi się wam i synom waszym taka druga matka? Jako tę stracicie, już o drugiej nie myśleć!
Będziecie służyli nieprzyjaciołom waszym w głodzie, pragnieniu, niedostatku, — jarzmo żelazne włożą na szyje wasze, żeście nie chcieli służyć Bogu w radości serdecznej, gdyście mieli wszystkiego dostatek«.
Straszne to słowa, które się spełniły, choć zdawały się niepodobnemi do prawdy w owych chwilach potęgi i znaczenia.
Ale dlaczego tak okropną karą grozi swoim rodakom ten mąż sprawiedliwy? Czem zasłużyli na nią?
O, nie ukrywa tego. Śmiało i wyraźnie wyrzuca wszystkie winy, które w braciach spostrzega!
»Pyszni jesteście, dumni, krzywdziciele ludu, niesprawiedliwi sędzie, niemiłujący się wzajem, chciwi i obojętni dla ojczyzny.
Ona dała wam dostatek, wolność, bezpieczeństwo i wszelkiego dobra tak wiele, że nie macie już pragnąć czego; a wy nienasyceni, nie pamiętacie nawet, że to matka, bez której utracicie wszystko i nędzniejsi będziecie od poddanych waszych.
Ojcowie wasi życie jej nieśli w ofierze, krwi nie szczędzili nigdy, — wy złota żałujecie na podatek, na wojsko, na obronę, na światło w szkołach waszych, sprawiedliwość.
I zgubi was brak zgody i jedności, samolubstwo, bo każdy o sobie tylko myśli.
Gdy okręt tonie, a wiatry go przewracają, głupi tłomoczki swoje opatruje, a do obrony okrętu nie bieży i mniema, iż się sam miłuje, a on się sam gubi: bo gdy okręt obrony nie ma i on utonąć musi ze wszystkiem, co zebrał. A dopiero gdy skrzynkami swojemi pogardzi, a z innymi do obrony okrętu się uda, dopiero wszystko ocali i odzyska.
Ten najmilszy okręt ojczyzny naszej wszystkich nas niesie: wszystko w nim mamy, co mamy. Gdy się z okrętem źle dzieje, gdy dziur jego nie zatykamy, gdy wody z niego nie wylewamy, gdy dla jego bezpieczności wszystkiem nie pogardzamy — zatonie, i z nim my sami poginiemy«.
Tak przemawiał natchniony prorok w czasach, gdy kraj był zwycięski i zdawał się kwitnący — lecz on widział truciznę, która w nim krążyła, i jak rozumny lekarz, pragnął uzdrowić swój naród.
Czcimy dziś pamięć Skargi za te wielkie i mądre słowa, za gorącą miłość ojczyzny, za życie nieskazitelne, bez myśli o sobie.
Był kaznodzieją Zygmunta III i przemawiał na sejmach, po zwycięstwach i klęskach, podczas wielkich uroczystości narodowych.
Słuchano go w milczeniu, z głębokiem wzruszeniem — strwożone serca mocniej biją poczuciem winy, żal i skrucha przenika je do głębi, ale — słowa przebrzmiały i ucichły, a tłum za progiem świątyni — zapomniał...

Kilka drobnych zdarzeń z życia świętego męża maluje znowu jego miłosierdzie i pracę dla dobra bliźnich.
Mimo znacznych dochodów zawsze był ubogi, gdyż potrzebujących było więcej, niż wystarczały jego środki. Ludzie znali go dobrze i śpieszyli zewsząd po pomoc, dobrą radę. I nikt nie odszedł nigdy z żalem w sercu, smutny i niepocieszony.
Raz w podróży, przejeżdżając przez miasteczko, zauważył na ulicy zbiegowisko i dowiedział się, że sprzedają rzeczy ubogiego rzemieślnika, który długu zapłacić nie mógł.
— Ileż ten dług wynosi? — spytał Skarga.
Wymieniono mu sumę, jakieś kilkadziesiąt talarów, które szczęśliwym trafem miał przy sobie.
Kazał więc zsiąść woźnicy i za te pieniądze kupić pierwszy sprzęt, jaki będą sprzedawali.
Tak się stało i zanim biedak zrozumiał tę szczęśliwa zmianę, odzyskał znowu cały swój dobytek, a nadto dobre słowa i dobra rada Skargi pokrzepiły go na duchu i dały możność dalszej pracy.
Innym razem, gdy gromił surowemi słowy występki młodzieży, jakiś śmiałek niedowarzony, który musiał bardzo poczuwać się do winy, wziął to wszystko za osobistą zniewagę, i gdy Skarga wyszedł z kościoła, publicznie go uderzył.
Rzucono się natychmiast na zuchwalca, oburzenie było tak wielkie, iż domagali się wszyscy najsurowszej kary.
Lecz przed sądem zjawił się Skarga i prosił o uwolnienie młodzieńca, ponieważ on mu zupełnie przebaczył.
Nie śmiano mu odmówić, a wzruszony winowajca uznał swą winę i przyrzekł poprawę.
Chcąc uwolnić biedaków od lichwiarzy i ułatwić im drobne pożyczki pieniężne, założył bank ubogich w Krakowie i Wilnie.
Pracował do ostatniej chwili. Niezdolny już przemawiać z kazalnicy, pełnił drobne usługi przy kościele: szył odzież dla zakonników, lał świece woskowe.
Pochowano go w kościele św. Piotra w Krakowie.


W Siczy.

»Szumi woda porohami,
Od porohów sokół leci,
Wicher wyje mogiłami,
Wilk oczyma nocą świeci,

Burzanami[18] koza dzika,
Oczeretem[19] lis pomyka.
Pędzi tabun[20], gdy wilk wpadnie,
We mgłach dyszą ciche jary,
I mkną jary przez czahary[21]
I krynica bije na dnie..«

W. Pol.

Szeroko rozlał Dniepr srebrzyste wody i grają w blasku słońca, skrzą się i mienią, blask olśniewa oczy. Głęboki nurt toczy się wartko i śmiało, silny prąd rwie gwałtownie, rozdarł skały, zastępujące mu drogę, teraz burzy się na ich zwaliskach, pieni, wzdyma, szaleje. Spróbuj przemknąć się tędy — zginiesz, śmiałku.
To progi. Wiry i wodospady pomiędzy skałami, groźne i niedostępne, tama nieprzebyta.
A jednak — mknie czółenko pośród wirów, jakby ślizgało się po wierzchu piany, lekkie, wąskie, a długie, zręcznie omija przepaści, zręby skał wystających, podnosi się z falą i z nią opada szybko, hen, w otchłanie — lecz nie ginie, znów wypływa jak deszczułka, igrać się zdaje z burzliwym żywiołem.
Czajka nie pusta, siedzi w niej trzech ludzi — równo i zręcznie pracują wiosłami, widać po ruchach pewnych, że silne ich ramiona, a miejscowość znają, jak ptak rodzinne gniazdo.
Muszą znać, nie przepłynęliby inaczej.
Gdzież dążą przez te zawroty i wiry? Do dziwnej wyspy, letniej stolicy ich państwa. Pójdźmy za nimi.
Minęli już progi, są u celu. Przed nimi wyspa, skalista, piaszczysta; ludno na niej i gwarno — czy to obóz?
Coś w tym rodzaju. Nie miasto, ani osada — domów mieszkalnych niema, oprócz paru lichych lepianek, reszta namioty, w gromadach stojące oddzielnych: to kurenie i kosze, na które ta ludność się dzieli. Ludność wyłącznie męska, »baby« nie spotkasz w Siczy, najsurowiej wstęp im wzbroniony: po śmierć przyszłaby chyba.
Hej, wolne tutaj życie od wiosny do jesieni, póki ciepło! Nad głową niebo, a nad duszą Bóg — i swoboda każdemu. Bęben tylko ogłasza niekiedy rozkazy, lecz gdy milczy — hulaj dusza bez kontusza! czyń, człowiecze, czego zapragniesz: pić — to pij, póki życie się kołacze; skacz, krzycz, szalej, jeśli ci tego potrzeba; albo leż na słońcu, mocuj się z wirami, zarzucaj sieci, gdzie ptak przelatujący dziwi się twej obecności; albo radź w kole starszych, jeśli masz rozum w głowie — tu pana niema: sam wybrałeś sobie wykonawcę twej woli i możesz odebrać mu władzę — to kraj wolnych Kozaków.
Nie odrazu wyrośli oni tutaj z ziemi i długa to historja, skąd powstali, — słyszeliśmy już o nich za króla Stefana, teraz może przypatrzymy im się zbliska.
Nieprzejrzane stepy nad Dnieprem i Donem długo pustemi były: to tatarskie szlaki, któżby się ważył tutaj zakładać osadę? Ale zawsze są ludzie, dla których straszniejsze od Tatarzyna — prawo, sprawiedliwość: to przestępcy, zbrodniarze, rozbójnicy, którzy tu najpierw szukali schronienia, tu czuli się bezpieczni. Kto go wyśledzi w stepie, w bujnej trawie? kto doścignie przez wiry na wyspie Dnieprowej? Hej, wiatr tu tylko może coś wiedzieć o tobie — od człowieka tuś wolny.
Lecz i zbrodniarz niezawsze godzien potępienia: popełnił ktoś występek w uniesieniu, pomścił się krzywdy srogiej — i nie chce, aby go karali ludzie. Rzuca kraj i rodzinę, majątek i wszystko, co dotąd jego życie stanowiło, tam w stepie Bóg z nim uczyni, co zechce. Śmierci on się nie boi.
I nieszczęśliwi tutaj szukali schronienia. Gdy lud zaczęto pracą obarczać nad siły, obchodzić się z nim srogo, zabroniono opuszczać złego pana — zaczęły się ucieczki chłopów. Opuszczali wieś rodzinną i dalej lasami, aby w step, do swobody — tam ich nikt nie znajdzie. Takich zbiegów przybywało coraz więcej, pamiętnych krzywdy, z sercem zaprawionem do srogości i okrucieństwa. Tutaj ziemia niczyja, a żyzna, a piękna: siej, rolniku, tuś sam panem sobie, co obejmiesz, to twoje.
A przybywali i tacy, którzy chcieli użyć swobody. Nic na nich nie ciążyło, ale podobało im się wolne, a niebezpieczne życie w stepie, śmiałe wyprawy Dnieprem na czajkach za morze, na Turka-poganina, wesołe życie, sława.
Na stepie powstawały coraz liczniejsze osady, gdzie przepędzano zimę; w lecie — kto miał rodzinę — pozostawiał »baby« i dzieci.
Ledwie wiosna dogrzała słoneczkiem i step zbudzoną trawą pozieleniał, większość porzuca domy: — do Siczy! do Siczy! tam rycerska zabawa i życie junacze, bohaterskie wyprawy i swoboda.
Na stepie zostawali niewolni poddani, sprowadzeni i osadzeni tu przez właścicieli wielkich obszarów ziemi, nadanych przez króla możnym panom i ludziom zasłużonym.
Ci z zazdrością patrzyli na wolnych współbraci, ciągnących gromadami ku Dnieprowi, zbrojno, junacko, śpiewnie.
Napływają do Siczy zuchy coraz liczniej, upoili się słońcem, powietrzem, swobodą i wódki nie zabraknie na przedmieściu u przedsiębiorczych synów Izraela — beczkami stoi, pij, ile zapragniesz.
Wre młoda krew mołojców: trudów im trzeba, walki, niebezpieczeństw — hej, wyprawa na Turka-poganina!
Mknie długi szereg czajek cicho po srebrny Dnieprze, na Limanie się czai, nocą wypływa na morze, posuwa się tak cicho, jak światło księżyca, wiosło nie pluśnie, nie słychać oddechu.
Carogród zasnął. Pogasły ostatnie światełka w oknach pałaców i domów — noc jasna, ciepła, piękna.
Nagle krzyk piekielny rozdziera powietrze, pożar wybucha naraz w kilku miejscach, dym, iskry, groźne okrzyki wojenne, grzmot strzałów, huk toporów, jęki, zgiełk, zamieszanie. Płonie przedmieście — w ogniu jak złe duchy uwijają się Zaporożcy, rabują i mordują, a nim błyśnie zorza, oni już stąd daleko, ślad tylko pozostał: trupy, pogorzeliska.
Za te śmiałe napady mściła się Turcja na Polsce. Król przy wszelkich układach zobowiązywał się wstrzymać Kozaków od rozboju, lecz nie było to w jego mocy. Rozkaż wiatrowi, aby szaleć przestał.
Batory pierwszy bystrem swem okiem ocenił, czem być może kozaczyzna: dzielną pomocą lub niebezpieczeństwem, z którem zawczasu obliczyć się trzeba.
Niebezpieczeństwem — jeżeli zostanie rozszalałym, nieokiełzanym żywiołem, który wybucha jak lawa z wulkanu, i w każdą stronę zwrócić może straszne, ogniste fale. Niebezpieczeństwo zresztą — jako wieczny powód do najazdów tureckich.
A pomoc dzielna — jeśli ująć w karby, uporządkować te zuchwałe tłumy, objąć nad niemi władzę, dać kierunek i z nieświadomej swych celów potęgi uczynić niewzruszoną straż granic od wschodu, armje nieustraszoną, karną i gotową na skinienie swej Matki, Rzeczypospolitej. Ustałyby wtedy tatarskie najazdy i Turcja przestałaby być groźną.
A przytem w każdej wojnie, jakaż pomoc z lekkiej i śmiałej jazdy, której brakowało Polsce, bo ciężko uzbrojone hufce niezawsze działać mogły.
Dlatego to Batory otoczył opieką Kozaków i utworzył z nich pierwszy hufiec regularnego wojska, zapewniając im przywileje, pozwalając obierać sobie atamana, dając nawet warowny zamek, w którym się bronić mogli.

Lecz Zygmunt III popsuł mądre dzieło.


Bez woli sejmu — król nic nie może.

Za Piastów w ręku króla spoczywała władza. Chrobry rządził według swej woli, później, po podziałach kraju, ostatni Piastowie niekiedy według uznania swego zwoływali liczniejsze zjazdy panów i rycerstwa, aby zasięgnąć rady lub oznajmić swoją wolę.
Tak Kazimierz Sprawiedliwy radził z panami i biskupami w Łęczycy o różnych potrzebach kraju; król Władysław Łokietek w Chęcinach z licznem rycerstwem rozważał konieczność wojny z Krzyżakami; Kazimierz Wielki w Wiślicy nadał narodowi prawa.
Za Jagiellonów już było inaczej. Król zasiadł na piastowskim tronie z woli panów, więc panów słuchać musiał, a gdy Kazimierz Jagiellończyk ustanowił sejmy, żaden z jego następców bez ich rady i zezwolenia nie mógł decydować w żadnej ważnej sprawie.
Teraz za obieralnych coraz częściej zaczęło powstawać pytanie, czy król we wszystkiem musi ulegać sejmowi?
Batory zmusił sejm do uległości, gdyż miał za sobą słuszność.
Lecz Zygmunt III jako winowajca stanął przed sejmem i z czynów swoich musiał się usprawiedliwiać.
Za następcy Zygmunta, Władysława IV, niezgodność woli sejmu i monarchy z wielką szkodą dla kraju skończyła się klęską królewską.
Było tak:
Władysław IV, w niczem niepodobny do ojca, myśląc szczerze o losach kraju, widział, jak wielkie grozi mu niebezpieczeństwo.
Szlachta w dostatkach gnuśnieje, rośnie coraz bardziej w pychę, samowolę, myśli tylko o sobie — a granice bezbronne. Od południa potężny Turek lada chwila spadnie na nas jak lawina, jeśli nie złamiemy sami jego zuchwalstwa i siły. — Od wschodu jeszcze gorzej. Burzy się Kozaczyzna i spożytkować ją trzeba na Turka, aby nie spadła na nas, pod wpływem ciągłych zatargów i intryg moskiewskich, wrogiem stawszy się ze sprzymierzeńca.
Jeden był sposób na to: wielka wojna z Turcją.
Przed Turkiem drżała cała Europa. Papież, cesarz niemiecki, bogate miasta nad morzem Śródziemnem daliby chętnie wojsko lub pieniądze, byle tylko Polska stanęła na czele, aby zakończyć raz wiekową walkę z tym strasznym wrogiem całego chrześcijaństwa.
Władysław marzył o tem, w tej wojnie widział jedyny ratunek dla kraju. Sił mu nie zbraknie, bo na takie hasło stanie obok szlachty cała Kozaczyzna. Na polu walki zbratają się oba obozy najlepiej — złączy je krew przelana w jednej sprawie, nauczą się nawzajem cenić swoje męstwo; a ponieważ zasługa nie może zostać bez nagrody, więc łatwiej po zwycięstwie przyznać należne prawa tym wszystkim, którzy się do niego przyczynili.
Wojna turecka da Kozakom pole do szlachetnej zasługi i słusznej nagrody, szlachtę uleczy z gnuśności i pychy, Polsce zapewni znowu w Europie pierwsze miejsce i utracone za Zygmunta III znaczenie.
Więc na sejmie król wnosi projekt wojny. Wszystkiego, co myśli, powiedzieć nie może, lecz to, co mówi, powinno przekonać. Przedstawia niebezpieczeństwo tureckie, przypomina Cecorę, Chocim, czyta listy papieża i cesarza, korzystne obietnice państw pomniejszych, radzi korzystać z chwili i rozpocząć walkę, która minąć nas nie może, a lepiej iść na wroga, niż czekać go w domu.
Nie przekonał nikogo i nie wzruszył. Po co nam wojna, kiedy możemy mieć pokój? Turek dawno już grozi i nic nam nie zrobił; — przyjdzie — to czas będzie się bronić.
Przy tem stanęli zgodnie. Wojny nie chcą.
Nie pomogły przekładania, ani prośby. Zaślepieni prywatą, t. j. własną tylko wygodą, nie chcieli rozumieć żadnych innych przyczyn, nie widzieli zbliżającego się nieszczęścia.
Sejm rozjechał się z niczem.
Lecz i król ustąpić nie chciał: czuł za sobą słuszność, widział konieczność tego kroku. Czyż podobna, żeby nie dali się przekonać? Do następnego sejmu ma dwa lata, przez ten czas można przecież zrobić wiele: wytłumaczyć, zachęcić, skłonić. Da sam przykład ofiarności: posag żony, Marji Ludwiki, za jej zgodą poświęci na koszty wojenne. Uzyska też stanowcze zapewnienia co do pomocy mocarstw zagranicznych.
Dwa lata upłynęły.
Sejm zebrał się znowu, przygotowany do walki z monarchą, oburzony na jego samowolę. Żądał zerwania zaczętych układów, rozpuszczenia zaciągów, odwołania zobowiązań względem papieża i cesarza, wyrzeczenia się wszelkich projektów wojennych.
Król zgnębiony nie miał na to odpowiedzi. Za niego odpowiedziały wkrótce straszne nieszczęścia kraju.
Posłowie rozjechali się zadowoleni, że nie dopuścili zwyciężyć samowoli królewskiej. Oni rządzą, król tylko wykonywać ma wolę narodu.


Bohdan Chmielnicki.

Od pamiętnego najazdu Tatarów za Bolesława Wstydliwego, nie doznała Polska podobnego spustoszenia, jakie sprawił Bohdan Chmielnicki.
Gdybyśmy mogli wtedy »okiem słońca« spojrzeć na obszar kraju naszego na wschodzie, het, od dnieprowych stepów do Lwowa, Zamościa, ujrzelibyśmy, że całą tę przestrzeń, setki mil, zaległy gruzy, zgliszcza, pola trupami pokryte i obozy hord rabujących, szalejących dziką, pijaną uciechą.
Gdzie niegdyś rozciągały się uprawne pola, a pośród drzew bielały dworki i kościoły, tam ziemia stratowana, niepogrzebane ciała, pustka, ruina, zabójcza zaraza.
Łuna palących się dworów, miasteczek, coraz dalej posuwa się na zachód, coraz nowy słup ognia jak drogowskaz wysoko strzela w górę, a z nim bije w niebo okrzyk straszliwy, jęki konających, męczonych kobiet, dzieci. Jakim sposobem stało się to wszystko? przecież Kozacy wrogami nie byli?
Jakim sposobem? Niesprawiedliwością.
Panowanie Zygmunta III pod każdym względem było nieszczęśliwe: jego zwycięstwa równały się klęskom, bo w zysku przynosiły tylko niezgodę i straty, — każdy czyn jego zatrute wydawał owoce, pobożność nawet trucizną była dla narodu, bo szerzyła ciemnotę, zaślepienie, nienawiść.
Słynęła Polska zawsze ze swobody, z poszanowania praw cudzych. Gdy Żydów prześladowano w całej Europie, u nas znaleźli bezpieczny przytułek. Kazimierz Wielki prawa im nadał. Za Kazimierza Jagiellończyka, gdy przechodząca przez Kraków wyprawa krzyżowa na Turka uderzyła na Żydów i mordować ich zaczęła, biskup Gruszczyński i kasztelan Jan Tęczyński pośpieszyli na ich obronę, a król surowo zgromił i ukarał mieszczan, że na takie bezprawie pozwolili; kazał też poszkodowanych wynagrodzić i wypłacić im z kasy miejskiej 3.000 złp.
Kiedy we dwa wieki później w całej Europie toczyła się trzydziestoletnia krwawa wojna o wolność wiary podług własnego sumienia, gdy w Paryżu podstępnie jednej nocy wymordowano wszystkich protestantów, — w Polsce tylko uszanowano w człowieku prawo swobody wyznania, pozwalając każdemu chwalić Boga według przekonania swego.
Dopiero Zygmunt umiał niesprawiedliwością zepsuć nawet to prawo. W dziwny sposób usiłując nawrócić ludzi innej wiary do katolickiego kościoła, odmawiał im urzędów, godności, dochodów, jakby chciał, aby dla zysku zaprzedawali sumienie.
Najgorzej działo się na Ukrainie. Kozaczyzna — jak wiemy — z różnych składała się ludzi, o wyznanie nikt się tam bardzo nie troszczył, byle chrześcijanin, żegna się krzyżem świętym, to i dosyć, to dowód, że nie Tatar i poganin. Większa część jednak, prawie wszyscy chłopi byli wyznania greckiego. Ziemię tę wraz z ludnością rozdali królowie za zasługi oddane Rzeczypospolitej panom polskim, którzy w ten sposób stali się właścicielami ogromnych obszarów w stepach. Ale sami tu najczęściej nie mieszkali, a choć mieszkali czasem przez jakąś część roku, nie mogli przecież wiedzieć, co się dzieje w kilkudziesięciu wioskach i folwarkach, które do nich należały. Od tego każdy miał służbę, starostów. Tym powierzone było gospodarstwo, oni czuwali nad tem, aby pola były uprawne i przynosiły dochód, pod ich też władzą była ludność wiejska.
Tym sposobem krociowym ludem chrześcijańskim, lecz innego wyznania, rządzili katolicy Polacy, ludzie prości i ciemni, chciwi własnego zysku, surowi dla poddanych, zamiast miłości bliźniego, siejący tylko ziarno nienawiści.
Ciężka była ich władza nad poddanym ludem, a głównie z dwóch powodów: pogardzali jego religją i tę pogardę starali się jawnie okazać; obciążali ich pracą jako swych poddanych, którzy nad wolę pana innych praw nie mają. I to nieszczęsne poddaństwo stało się drugiem źródłem nieskończonych zatargów, sporów, nienawiści i klęsk nieobliczonych.
Koniecznym był i słusznym niegdyś podział ludności na rycerzy-obrońców kraju i kmieci-żywicieli. Lud, uprawiając ziemię w bezpieczeństwie i żyjąc spokojnie z jej plonów, winien był jakiś podatek krajowi z pracy swej i chudoby; lecz z czasem samowola szlachty, powiększając ten podatek coraz bardziej, zabierała w nim często całą pracę, wszystkie siły, nawet i życie bliźniego. Jeszcze za Jagiellonów wieśniak był obowiązany pracować na pana jeden dzień w tygodniu — słusznie, bo pan za niego zdrowie i życie na wojnie narażał. Ale już krzywdą było przytwierdzenie ludu do ziemi, aby chłop złego pana nie mógł rzucić, i to było początkiem dalszego bezprawia. Bo zły pan teraz wymagał od chłopa tyle dni pracy, ile mu się podobało, kazał pracować nieraz w niedzielę i święta, żądał roboty od żony i dzieci wieśniaka, — a ten sprawiedliwości znaleźć nie mógł, bo pan jego sędzią, władcą nieograniczonym, jak niegdyś w pogańskich czasach pan nad niewolnikiem.
Tylko pamiętać trzeba, że nie Polacy wcale wymyślili to prawo niedorzeczne i że nietylko u nas tak się działo. W innych krajach, we Francji, w Anglji, w Niemczech, jeszcze okrutniej obchodzono się z chłopami, wyobraziwszy sobie, że Bóg ich na to stworzył, aby pokutowali, służąc panom, za grzech pradziada swego, Chama, którego ojciec przeklął po wiek wieków.
Było to niedorzeczne, ale tak ludzie wierzyli. A w Polsce źle nie było chłopu pod dobrym panem, który o jego potrzebach pamiętał i od wszelkiej krzywdy bronił. W dobrach królewskich chłopi bywali zamożni. Ale, niestety, złego zawsze więcej.
A już najgorzej działo się tam właśnie, gdzie właściciel ziemi o niczem nie wiedział i los ludu zależał od płatnych jego urzędników, którzy krzywdą ludzką bogacić się chcieli.
Tak też było na nieszczęsnej Ukrainie i to budziło nienawiść ciemnej, uciśnionej czerni. Lach czyli Polak stał się w oczach chłopa wrogiem, bo w nim widział ciemiężyciela swojej wiary i wolności.
Cóż dziwnego, że śmielsi na Sicz uciekali, łączyli się z Kozakami, przywykali do trudów wojennych, nabierali prędko zuchwałej odwagi, lekceważenia śmierci, zamiłowania niczem nieokiełzanej swobody.
Takich zbiegów ścigano, a schwytanych karano strasznie, bez litości.
I powstał nowy zatarg: kto jest wolnym Kozakiem, kto poddanym?
Trudno to było nieraz rozsądzać sprawiedliwie, zaciętość obu stron rosła, czekała tylko iskry, by z nasienia wzajemnej niechęci wybuchnął straszny pożar, który jak wicher objął całą Ukrainę, a szerząc się, wtargnął do Polski.
Tę iskrę rzucił Kozak, Polak z pochodzenia, Bohdan Chmielnicki.
Dziad jego osiadł już na Ukrainie, ojciec był kozackim setnikiem i zginął na Cecorskiem polu, Bohdan miał własny folwark, należał do osiadłych, zamożnych Kozaków.
Między nim a podstarościm p. Koniecpolskiego, Czaplińskim, wszczęły się spory graniczne o nowo założoną przez Bohdana osadę. Podstarości, wróg osobisty Chmielnickiego, utrzymywał, że ten zajął ziemię królewską i bezprawnie sobie przywłaszczył, a gdy Kozak ustąpić nie chciał, najechał mu dom zbrojno, zboże i bydło zabrał, a Chmiela wtrącić kazał do więzienia.
Chmielnicki krzywdy darować nie myślał; uwolniony, pozwał Czaplińskiego do sądu, udał się nawet ze skargą do samego króla.
Może przez pamięć na Stefana Batorego, który rozumnie zajął się losem Kozaków, szanowali oni bardzo królów polskich i wierzyli w ich sprawiedliwość dla siebie. Mówili, że królowie sprzyjają Kozakom, ale sami są uciskani przez »królewięta«, t. j. wielkich panów. Władysław cieszył się też zaufaniem i przywiązaniem wolnych synów Ukrainy.
Król Chmielnickiego przyjął. Myśląc o wojnie tureckiej i wielkich swoich planach, pragnął pozyskać sobie w Kozakach sprzymierzeńca, który miał w walce ogromne znaczenie, to też pod wpływem tych myśli i uczuć więcej może przyrzekał, niźli mógł dotrzymać.
Bo w rzeczywistości cóż on mógł poradzić? Sprawę sądziły sądy według prawa, a Kozacy przyjaciół nie mieli, nie ufano im i wyrażono się kiedyś na sejmie, że »przycinać ich trzeba, jak włosy i paznogcie, żeby zbyt nie urośli«. Więc gdy Chmielnicki przegrał — jak się zdaje dlatego, że nie miał dostatecznych dowodów własności na ziemię, którą zajął — i znów stanął przed królem, jak gdyby po spełnienie obietnicy, Władysław rozgoryczony zawodem i upadkiem wszystkich swych planów, czując bezsilność własną, miał powiedzieć:
— Masz szablę, to się broń.
Jeśli nawet powiedział te słowa Władysław, to miał na myśli tylko osobistą obronę krzywdzonego od krzywdziciela, lecz Chmielnicki doprowadzony do wściekłości pragnieniem zemsty, której zaspokoić nie mógł, inaczej postanowił ze słów królewskich skorzystać.
— Poczekajcie, Lachy wielmożne — zaprzysięgał w duszy zawziętej — krwawo mi zapłacicie moje krzywdy, poznacie, co kozacka zemsta.
I już z gotowym planem śpieszy na Ukrainę.
Tu zwołuje natychmiast starszyznę kozacką, chce oznajmić im wolę króla:
Król, żałosny i uciśniony, uczynił go hetmanem wolnego ludu kozackiego, aby mu przywiódł pomoc i obronę przeciw »królewiętom«, którzy nie pozwalają mu panować sprawiedliwie i podług woli.
Czegóż więcej trzeba Kozakom? — Hej! na obronę króla, który ich pomocy wzywa, na zuchwałego Lacha, ciemiężyciela, wroga!
Sypały się tysiące, krocie. Chmielnicki powołał chłopów, obiecując im wolność i zrabowane skarby, wezwał i chana tatarskiego, przyrzekając bogate łupy.
I popłynęła, jak rzeka wezbrana, ta fala straszna, paląc, mordując, pustosząc. Sowicie, hojnie płacono za krzywdy tysiącami okrucieństw, krwią ofiar znacząc drogę, a zgliszcza zostawiając za sobą jedynie.
Król Władysław na Litwie otrzymał wiadomość o powstaniu na Ukrainie i natychmiast wyruszył w podróż, ażeby osobiście wstrzymać krwawy pochód, zażegnać i uśmierzyć nawałnicę. Rozumiał, że to w jego jedynie jest mocy: króla swojego kozactwo usłucha.
Zabronił więc wysyłać przeciw Chmielnickiemu wojska: nie chciał domowej wojny, sam uspokoi grozę.
Niestety, umarł w drodze.
Polacy lekceważyli jeszcze niebezpieczeństwo: zbuntowani chłopi mordują bezbronnych, lecz wobec wojska pierzchną.
Okropnem doświadczeniem przekonali się o swej pomyłce: pod Żółtemi Wodami padł kwiat młodzieży polskiej, którą lekkomyślnie wyprawiono w pole, ażeby w łatwej walce z opryszkami uczyła się zawodu rycerskiego.
Pod Korsuniem obaj hetmani dostali się w moc wroga, który coraz zuchwalej, srogi, szyderczy, dumny, wkraczał w głąb kraju, pozbawionego obrońców.
Co począć bez króla, wodzów, gotowego wojska?
Sejm zwołany w popłochu wybrał trzech regimentarzy, czyli czasowych wodzów, i zwołał pospolite ruszenie t. j. wystąpić winien cały stan szlachecki, wszyscy rycerze, zdolni do noszenia broni.
I wyruszyły olbrzymie tabory ze sprzętami, strojami, z całym przepychem, który miał ustraszyć wroga. Na czele trzej wodzowie, których Kozacy przezwali »Pierzyna«, »Łacina« i »Detyna«, czyli: Stary, Uczony i Dzieciak.
Mieli słuszność. Pod Pilawcami, usłyszawszy, że nieprzyjaciela już widać, wodzowie pierzchnęli pierwsi z pola bitwy, odbieżawszy skarbów, szat kosztownych, futer, srebrnych stołowych naczyń, klejnotów — i wojska.
Uciekało i wojsko za wodzami, nie dobywszy szabli na obronę kraju, i nastąpiła — hańba pilawiecka.
Nie było takiej w dziejach naszego narodu, ani przedtem, ani potem — jedno tylko zostało nam wspomnienie hańby.
A Chmielnicki szedł dalej. Kraj bezbronny przed nim otwarty, już nic mu się nie oprze, jest zwycięzcą, panem!
Może sam uląkł się własnej potęgi i tego, co uczynił. Przyjął okup od Lwowa, stanął pod Zamościem — tu zaczeka na obiór króla.
Co za łaska! — Bo mógłby i nie czekać.
Żąda tylko, aby obrano Jana Kazimierza, drugiego syna Zygmunta III. Z tym układać się będzie, może zaprzestanie wojny.
I posłusznie obrano Jana Kazimierza.


Pod Beresteczkiem.
(1651).

Układy z nowym królem nie na wiele się przydały; nie w mocy Chmielnickiego było zakończyć wojnę: tyle naobiecywał, że dotrzymać nie mógł, a jeśli nie dotrzyma, co go czeka? Nie posłuchają go wzburzone tłumy, które sam wywiódł w pole.
I król nie mógł dotrzymać wszystkiego, co przyrzekł: sejm nie chciał dać Kozakom zbyt wielkiej swobody, obawiając się takiego sąsiada.
Więc wojna rozpoczęła się na nowo.
Trudno wyliczać tutaj bitwy i zwycięstwa, opisywać wszystkie czyny bohaterskie, wysiłki męstwa, cudy waleczności i błędy, klęski, poniesione straty. Oblężenie Zbaraża, gdzie książę Wiśniowiecki z garstką rycerstwa całe 6 tygodni odpierał krocie wrogów, zostanie na zawsze pomnikiem chwały polskiego oręża.
Lecz to nie rozstrzygnęło losu wojny.
Zrozumieli wreszcie Polacy, że by zakończyć walkę, trzeba odnieść zwycięstwo wielkie i stanowcze, więc wyruszyli w pole całą siłą pod wodzą samego króla Jana Kazimierza.
Wspaniale przedstawiały się polskie zastępy, złożone z pospolitego ruszenia wszystkich ziem i województw ze swemi chorągwiami, z wojsk kwarcianych i najemnych pułków cudzoziemskich, razem przeszło 100 tysięcy wyborowego wojska, kilkakroć tyle służby, wozów, koni, bydła na rzeź, co wszystka razem wyglądało niby wędrówka narodów, i niepodobna było objąć okiem całej przestrzeni, którą ten tabor zajmował.
Lecz Chmielnicki zgromadził większą siłę.
Podzieliwszy Kozaków na mniejsze oddziały, wiódł z sobą 100 tysięcy samej czerni, t. j. chłopstwa, 90 tysięcy kozackiej piechoty i 12 tysięcy doskonałej jazdy.
A prócz tego miał na usługi Tatarów. Chan Nuradyn ciągnął w 100 tysięcy ludzi i dwakroć tyle koni, nie licząc taboru. Jechali z nim murzowie i książęta, w pysznych strojach, dumni i hardzi, jakby świat podbić mieli.
Siły więc nieprzyjacielskie były trzy razy liczniejsze od naszych, nic też dziwnego, że król i wodzowie zadawali sobie chwilami pytanie: czy podobna się kusić o zwycięstwo?
Lecz i cofnąć się niepodobna.
Nad rzeką Styrem rozłożyły się oba obozy, tu podziewając się i oczekując ostatecznej rozprawy.
W obozie nieprzyjacielskim nie było wzajemnej ufności: Tatarzy przyszli, bo im obiecano łupy, bo Chmielnicki zapewniał, że nie spotkają oporu, że Polska już nie ma obrońców, sam widok ich spłoszy resztę.
Więc nadciągnął chan z wielką pychą i według umowy udał się do obozu Chmielnickiego, aby ułożyć razem plan stanowczej bitwy.
Zbliża się na czele świetnego orszaku z najdostojniejszych książąt, krewnych, braci swoich: niech widzą wszyscy, z jakiemi hołdami witać będzie go sprzymierzeniec! W obozie kozackim uderzono w dzwony, ryknęły działa, ozwały się bębny i trąby, wystąpiło z powitaniem duchowieństwo, wystąpiła cała starszyzna z odkrytemi głowami, ale — nie było Chmiela — nie było! — leżał pijany jak drewno.
Taka zniewaga dotknęła Tatara — dał się wprawdzie pokorą przebłagać pozornie, lecz tem bardziej niedowierzał Chmielnickiemu i zemsty się nie wyrzekł.
28 czerwca 1651 r. zaczęła się 3-dniowa bitwa pod Beresteczkiem pomniejszemi utarczkami. Przyświecały jej słupy ognia, rozlewając dokoła krwawą łunę i świadcząc, że okoliczne wsie i miasta ogarnął srogi nieprzyjaciel. Stanowcza walka jednak nastąpiła dopiero 30 czerwca.
Obie strony już w nocy zaczęły sprawiać szyki, aby olbrzymią armje na czas ustawić w porządku.
Król Jan Kazimierz o 2-ej z północy słuchał mszy świętej z przykładną pokorą, a całe wojsko, klęcząc, polecało Bogu w gorących modłach losy ojczyzny i własne. O 3-ej zaczęły pułki ustawiać się w szyku bojowym.
Gęsta mgła osłaniała wszelkie przygotowania, a kiedy spadła nagle koło 10-ej z rana, przeciwnicy w zdumieniu spojrzeli na siebie.
Nie spodziewał się chan tatarski ujrzeć takiej potęgi, przypomniały mu się słowa Chmielnickiego, i ze złością wskazując szyki polskie kozackim pułkownikom, odezwał się szyderczo:
— Pijanemi oczami patrzał wasz Chmiel na Polaków; jeśli wytrzeźwiał teraz, to niech idzie przodem wybierać miód tym pszczołom. Zobaczymy, czy mają żądła.
Porwał się Chmielnicki wściekły, kiedy powtórzono mu te urągliwe słowa, i natychmiast wydał rozkazy do boju.
Mądry był jego plan.
Tatarzy uderzyć mieli całą siłą i zwabić na siebie uwagę Polaków, a on niepostrzeżenie obejdzie tymczasem pozycję i nagle zaatakuje wojska królewskie z boku; wyczerpane już walką i wzięte niespodziewanie w dwa ognie, muszą ulec i zostać pokonane.
Wyruszył więc niezwłocznie. Polacy i Tatarzy pozostali naprzeciw siebie.
Lecz mimo gotowości, do 3-ej z południa obydwa wojska stały nieruchome, żadna strona pierwsza rozpocząć nie chciała.
Już król zaczął się wahać, czy z powodu spóźnionej pory nie odłożyć walki do jutra, gdy na spienionym koniu nadbiegł goniec od ks. Jaremy Wiśniowieckiego, wzywając w imię Boga, by uderzono bez zwłoki.
Król wziął to za dobrą wróżbę i dał hasło.
Z odkrytą głową, bez hełmu i zbroi, z szablą w ręku, na pysznym koniu pędził Jarema na czele swych hufców ku zdumionym Tatarom. Leciały za nim chorągwie i pułki, ziemie i województwa, stubarwne sztandary, lśniące zbroje i szable.
Niewielkie siły kozackie, zostawione przez Chmielnickiego, by osłaniały podstęp, rozgromiono w mgnieniu oka, pierzchnęły i ukryły się za szańce; na nieprzejrzanem polu zaczęła się teraz rozprawa z Tatarami.
Rozpoczęła się świetnie. Nie szczęści się dziś Tatarom: pierwszy trup z ich strony padł głową ku swoim, to niechybny znak klęski. Kula działowa rani w nogę Nuradyna, rozpalając mu w duszy straszny płomień gniewu; u stóp co chwila składają mu zwłoki poległych murzów, agów; tam ciągnie szereg wozów: to trupy tatarskie uwożą z pola bitwy, aby ich nie zostawać w ręku wroga. — Krzyk rozlega się straszny — brat Nuradyna pada, rażony zabójczym pociskiem. Popłoch ogarnia hordę, miesza się, ustępuje i cofa w nieładzie i nagle pierzcha z przeraźliwym wrzaskiem, opuszczając obóz i łupy.
Właśnie Chmielnicki ukazał się z boku, kiedy ujrzał w popłochu potęgę tatarską.
Nie tracąc chwili, rzucił się za nimi, by powstrzymać ucieczkę — to dla niego zguba!
Spienionego konia osadził przed chanem, chce przemówić, tłumaczyć, błagać.
Ale na jego widok wściekłość zawrzała w Tatarze, spojrzał na pierzchające hordy swoje, pozostawione łupy, pełne trupów wozy, na poległych wodzów, krewnych, dostojników, uczuł palący ból własnej swej rany i zgrzytnąwszy zębami, nie dając przemówić nieszczęsnemu sprzymierzeńcowi, rozkazał go przywiązać sznurami do konia, ręce skrępować w tyle i batami pędzić przed wojskiem, choćby na koniec świata.
Tym sposobem Kozacy zostali bez wodza i nie wiedzieli nawet, co się stało. Poległ Chmielnicki, czy się dostał do niewoli? gdzie jest i dlaczego w tak okropnej chwili opuścił swoje wojska?
Bronili się czas jakiś, wreszcie ustąpili z pola, ukryli się za szańce, które sypali z pośpiechem.
0 9-ej wieczorem walka ustała zupełnie. Z polskiej strony poległo tylko 700 ludzi! wróg potężny został złamany.
Rycerstwo polskie padło na kolana, na krwawem polu zabrzmiał hymn dziękczynny, z tysięcy piersi rwało się ku niebu »Ciebie, Boże, chwalimy!«
A Chmielnicki?
Zapóźno się uwolnił z rąk Tatarów, klęska dla niego była niepowetowaną. — Co pocznie?
Choćby duszę zaprzedać — nie ustąpi; musi znaleźć nowego sprzymierzeńca.
I udał się do Moskwy.
W imieniu kozaczyzny uznał panem cara — niechaj jego potęga osłoni Ukrainę od Polaków.
Tym sposobem rzucił na Polskę nową wojnę, a Kozaków na długie wieki oddał pod ciężkie jarzmo cara moskiewskiego i pogrążył w ciemnocie.
Moskwa rozumiała dobrze, że dla niej urodzajny południowy kraj to śpichlerz, to najlepszy dostęp do morza, to skarb nieoceniony. Wydrzeć go sobie teraz nie pozwoli, ale utrzymać może jedynie obłudą. Wolny, lecz ciemny Kozak dał się złudzić. Pozwalano mu na pewne samowole, podburzano przeciw Polsce, przeciw Turcji, niby to w obronie wiary i wolności, a strzeżono pilnie od światła, czego zresztą nie pragnął, bo tej krzywdy zupełnie nie rozumiał.
I wiemy dobrze, czem stali się dla nas Kozacy pod rządami carów moskiewskich.


Liberum veto.
(1652).

Co to znaczy?
To jest prawo zerwania obrad sejmowych słowem veto czyli: »Nie pozwalam«.
Jeżeli jeden poseł nie zgodził się na to, co wszyscy zgodnie uchwalili, i wyszedł, mówiąc: veto (nie pozwalam), wszystkie obrady i cały sejm na nic. Nieważny jest, nic nie znaczy.
Chyba, że poseł cofnie swoje veto.
Zobaczymy teraz, kiedy po raz pierwszy złość i głupota skorzystała z tego prawa.
Było to w następnym roku po bitwie pod Beresteczkiem. Groziła wojna z Moskwą, która postanowiła zagarnąć Kozaków pod swoją opiekę i oderwać od Polski bogatą Ukrainę, tak bardzo jej potrzebną; — tumanił i groził zarazem Chmielnicki. Zdaje się, że sprawa całego narodu domaga się od wszystkich jedności: trzeba uchwalić podatki i zdobyć się na wojsko.
A sejm tymczasem — zamiast myśleć o obronie — marnował czas na sporach i pretensjach różnych prywatnych osób. Zarzucano królowi, że po bitwie beresteckiej nie ścigał Chmielnickiego, nie korzystał ze zwycięstwa. Choć temu nie był winien: wbrew jego woli i rozkazom rozeszły się z pod Beresteczka chorągwie, twierdząc, że ich służba i wojna skończone, że nieprzyjaciel więcej głowy nie podniesie.
Król był bezsilny i bardzo strapiony. Podobno zrobił mu to »na złość« Radziejowski, człowiek bardzo przewrotny i nikczemny, lecz wielki magnat, licznych mający stronników. Tam buntował na polu bitwy, tutaj wichrzył na sejmie na zgubę kraju i własną.
I tym sposobem nadszedł ostatni dzień sejmu, a nic nie uradzono o rzeczach najważniejszych.
Co począć?
Król prosi o przedłużenie sejmu na dni parę.
Na to zaczyna się wrzawa i spory. Jedni rozumieją, że inaczej być nie może, i gotowi się zgodzić, choć gniewa ich czas zmarnowany; inni dowodzą, że to być nie może — czas upłynął i sejm zamknięty.
Tymczasem zmrok zapada.
W wielkiej sali coraz ciemniej, ale światła nie wnoszą, gdyż obrady przy świecach byłyby nieważne. Takie prawo.
Przed marszałkiem tylko płonie jedna świeca, aby mógł odczytać głośno złożone przed nim papiery, w których zawiera się wszystko, co w ciągu obrad uchwalono.
Coraz ciemniej. Na ławach, krzesłach już nie widać osób, rysują się tylko jakieś cienie niewyraźne, słychać głosy, nie wiadomo do kogo należące.
Noc zapada.
Zdaje się jednak, że rozsądek weźmie górę, sejm o parę dni przedłużą.
Wtem ktoś składa przed marszałkiem nowy papier, prosząc o niezwłoczne odczytanie głośno.
Maksymiljan Fredro zbliża się do świecy, czyta:
»Na przedłużenie sejmu nie zezwalam«.
Poseł z Upity, Siciński.
Jakby piorun uderzył, w sali zaległo milczenie.
— Nie puszczać go! — odzywa się ktoś wreszcie. — Niech odwoła.
Ale Siciński zniknął. Wymknął się z sali, z miasta, już go nie odnajdą.
Więc co począć?
— Jeden poseł nie ma prawa gubić kraju — przemawia znów głos jakiś. — Jest nas dosyć, aby stanowić.
Zagłuszyła go wrzawa i krzyki:
Liberum veto! — Prawo! Prawo posła! Nie damy go odebrać! Prawo! — Kto śmie przeciwko prawu się odzywać! To nasza wolność! Prawo!
— Złe prawo zmienić trzeba.
— Niema zgody! Prawo! Nie damy sobie wydrzeć! Veto!
I gromadą ruszyli ku drzwiom.
W sali została garstka.
Ze łzami w oczach przystąpił marszałek do króla, ażeby go pożegnać. Tyle trudów, kosztów i czasu — zmarnowane, obcy posłowie świadkami nierządu.
Imię Sicińskiego hańba okryła na wieki. Podanie mówi, iż ziemia nie chciała przyjąć jego trupa i wyrzuciła go z siebie. Setki lat pozostawał bez mogiły, wzgardzony i poniewierany. Dzisiaj jeszcze podobno widzieć go można w kruchcie kościelnej w Upicie — sczerniały, wyschły, półnagi, straszny.
Czy on jednak tylko był winien? Cóżby znaczyło jego »nie pozwalani«, gdyby nie było takich, którzy je uznali? Gdyby większość, rozumniej patrząc na sprawy kraju, spełniła obowiązek?
Szaleńców nikt nie słucha. A złe prawo odmienić trzeba.


Buława Rewery[22].

Twarz taka pogodna, pod hełmem włos siwy.
Na czole promienie spokoju;

Powraca zdaleka: choć starzec sędziwy,
A jeszcze przewodził tam w boju.

Lecz tęskno Rewerze po bojach — spoczynku
I życia z rodziną w zagrodzie,
I gędźby przy szklance, i dum przy kominku,
I słońca zachodu w pogodzie...

O, dosyć mu krwi już — i dosyć już chwały,
Zdobytej na hordzie, Osmanie,
I Moskwie, i Szwedzie; bohater on biały
Już doma do grobu zostanie.

Sześćdziesiąt lat gromi i wiatry stepowe
Prześciga zwycięską pogonią;
Na mrozach północy obielił on głowę,
A pierwszy, gdzie w szable zadzwonią.

A wielcy Rewerze rówieśni i druhy:
Wódz Stefan na Czarncy i Jerzy[23],
Hetmani, co szwedzkie kruszyli łańcuchy,
Orłowie sarmackich rycerzy.

Dziś spokój w Koronie; śmierć w bojach nie miała
Dla piersi żelaznych tych gromu,
Więc myślał Rewera: »Bądź, Panie, Ci chwała,
Żywota dokonam już w domu!«

Tam syn mu w sen wieczny zaciśnie powieki
Po życiu burzliwem i srogiem;

Rozmawiał on z wrogiem jako step daleki,
Dziś pragnie rozmowy już z Bogiem.

Tu jego już błonia, bogate tak w plony,
Koń stąpa drożyną zamkową;
Tam rolnik sędziwy swe orze zagony,
I nuci skowronek nad głową.

Rewera tak dawno nie widział już pługa,
Więc stanął: »Szczęść, Boże!« — zawoła,
I patrzył, jak czarna krajała się smuga,
I radość błyszczała mu z czoła.

I wzrok się promieni. Wtem rolnik się zwrócił,
Poznaje — pan jego wielmożny;
Więc skoczył od pługa i do nóg się rzucił:
— A witaj, hetmanie, w dzień zbożny.

— Nie hetman jam, bracie. Orz dalej swą rolę,
Orz śmiało, ja wracam do domu;
Tatarzyn już końmi nie stłoczy twe pole,
Ni Bohdan[24] przyniesie ci gromu.

I rolnik usłuchał, pług sprawił, gnał woły;
Pękł lemiesz, — patrzają — o święci Anioły!
Pług w ziemię się zaciął — ustawa;
Pod skibą hetmańska buława!

Podnieśli, śniedź starli — i podziw ich ima.
A rolnik przy pługu uklęka

I patrzy na niebo łzawemi oczyma
I rzewną modlitwę wyjęka.

Od wschodu bo dziwnie widnokrąg się mroczy,
I ptactwa mnogiego tam wrzawa;
Wtem rolnik się zerwie, do wodza przyskoczy:
— O panie, to twoja buława!

— Weź broń twą, hetmanie, jam znachor twej włości,
Bóg czasem mi zgadnąć pozwoli,
A przyszłość wyczytać umieją i prości:
Buławę weź w dani z twej roli!

Rewera się zdumiał: — Żyw jeszcze, przez Boga,
Nasz hetman koronny żyw jeszcze!
A rolnik odpowie: — Idź, panie, na wroga,
Źle wróżą nam ptaki te wieszcze!

— Patrz, lecą od wschodu, tam burza się zrywa,
Ptak darmo od gniazda nie leci:
Znać, grzmi tam janczarka i burczy cięciwa...
Hetmanie, pośpieszaj do dzieci!

Rewera na trakt się zawrócił już lwowski,
Bodzony ostrogą koń bieży.
Wieść leci po drodze: zginął Kalinowski![25]
Rewera i wierzy — nie wierzy.

I modli się w duszy rolnika słowami:
— O Boże, czyż nigdy spokoju?

Czyż wiecznie twój piorun grzmieć będzie nad nami?
Ach, wiecznież nam latać do boju?!

On wjeżdża do Lwowa, a dziwny gwar w grodzie,
I odgłos go wita studzwonny,
Witają go pany i ludu powodzie:
— Hej, wjeżdża nasz hetman koronny!

— O ratuj, hetmanie! — Wieść straszna od Boha:
Chmielnicki Bohdanko znów w polu;
Legł hetman koronny na błoniach Batoha,
A Kozak już hula w Podolu!

— Skąd wieści, rycerze? — Hej, szlachta, Bóg z wami!
Podano list króla — buławę.
Rewera list czytał i zalał się łzami,
I pomknął na boje, na krwawe.

M. Romanowski.


Deus mirabilis, fortuna mutabilis.
(Bóg cudowny, los zmienny).
(1655).

Potop nieszczęść kraj zalał. Zwróciły się przeciw niemu wszystkie potęgi sąsiednie, zdawało się, że wybiła ostatnia godzina.
Rozdwoiła się kozaczyzna i część została przy Polsce, ale reszta z Chmielnickim rozpoczęła wojnę na nowo, mając zapewnioną teraz pomoc Moskwy.
Wkroczyły i moskiewskie wojska, a nie znajdując oporu, zagarnęły Wilno i Kijów, posuwały się coraz dalej.
Na domiar złego zdrajca Radziejowski, oburzony na króla, iż śmiał sądzić go za samowolę, uciekł do Szwecji i, aby się zemścić na Janie Kazimierzu, podmówił szwedzkiego króla Karola Gustawa do najechania Rzeczypospolitej.
Opowiadał, że kraj czeka wyzwolenia z pod rządów niedołężnego monarchy, że nikt Szwedom w Polsce nie stawi oporu.
I spadła od północy nowa nawałnica na kraj nieprzygotowany do obrony, już wyczerpany wojną z Kozakami, zakłócony niezgodą, zatruty zdradą własnych synów.
Można było mniemać, iż spełniły się proroctwa Skargi: w pętach i poniżeniu opłakiwać będą Polacy winy swoje.
Nadziei znikąd: książę pruski, hołdownik Polski, zdradził pierwszy, łącząc się ze Szwedami za obiecane korzyści. A potem Opaliński poddał Wielkopolskę, Polak, senator, wysoki urzędnik. Janusz Radziwiłł, hetman wielki litewski — Litwę. Rzeczywiście nikt się nie bronił. Warszawa stawiła opór, ale słaby, i została zdobyta. Król uciekł. Potop szwedzki zalał kraj cały, podpłynął aż pod Kraków.
Tutaj Stefan Czarniecki mężnie stawił mu czoło, lecz utrzymać się nie mógł: trzeba było opuścić ostatnią stolicę.
Zajął ją Szwed zwycięzca, dumny i tryumfujący pan całej Polski, którą zdobył tak małym kosztem, że pogardę czuł tylko dla narodu, przekładającego zdradę i jarzmo niewoli nad poświęcenie życia w obronie ojczyzny.
Dygnitarze krakowscy opuścili miasto: wstyd im było nowemu panu spojrzeć w oczy, i niebezpiecznie: kraj zdobyty orężem — słuchać musi.
Wszedł Karol Gustaw z pychą na wawelski zamek, nowe dziedzictwo swoje. Chce zwiedzić groby królów — poznać poprzedników.
Oprowadzać go musiał Szymon Starowolski, kanonik, zacny Polak, pisarz i poeta, który w utworach swoich na wzór Skargi opłakiwał nieszczęścia kraju. Na niego przypadł ciężki obowiązek.
Wiedzie zdobywcę w posępnem milczeniu, wskazuje mu nagrobki, wymienia imiona, czasem krótko odpowie na pytanie.
— To Łokietek — objaśnia, gdy stanęli przy grobowcu dzielnego Piasta, i dodaje z dumą po chwili namysłu: — Trzy razy wygnany z kraju, trzy razy na tron powrócił, od obcego pana naród swój uwolnił, w koronie umarł.
— Wasz Jan Kazimierz raz wypędzony, nie powróci — zaśmiał się Szwed szyderczo.
Deus mirabilis, fortuna mutabilis — odpowiedział mu odważnie Starowolski.
Było to pierwsze złowrogie dla Szweda proroctwo.


Na Jasnej Górze.

Gwiazda zbawienia dla Polski błysnęła na Jasnej Górze.
Już kraj zalały szwedzkie i moskiewskie fale, pokryły jednem morzem klęski i niedoli. Stracone wszystko, nikt nie ma nadziei. Król opuszczony uszedł, szuka schronienia na Śląsku. Czarniecki opuścił Kraków, wydał go w ręce Szweda. Szybko poddają się grody, prowincje — na cóż bezskuteczny opór? Lepiej nie draźnić zwycięzcy, może łaskawszy będzie.
Nowy pan zaczyna rządy. Rzucił okiem po całym kraju: czy wszystko już posłuszne i uległe? czy nic się nie sprzeciwia jego władzy?
Jest-ci klasztor na Jasnej Górze, takie sobie schronienie mnichów, ale skarby podobno wielkie.
Niech więc oddadzą skarby — taka wola i rozkaz Karola Gustawa.
Oporu nie przewidział, gdyż — po pierwsze — kraj cały oporu zaniechał i nie stawiał go prawie od początku, a po wtóre — któż tutaj opierać się może? czy garstka zakonników?
Nie wiedział, że tam właśnie schronił się duch Polski, potężny, nieśmiertelny duch narodu, duch miłości ojczyzny i wolności. Ten duch, co jaśniał w genjuszu Chrobrego, w męstwie Łokietka, mądrości Kazimierza, w szlachetnem poświęceniu obrońców Głogowa, Karlińskiego, w czynach i chwale zwycięzców z pod Grunwaldu i Chocimia. Teraz przemówił niezachwianem męstwem z ust cichego, pokornego zakonnika, dając przykład nieustraszonej wytrwałości.
Przemówił z mocą, a wielką prostotą:
— Klasztoru nie wyda Szwedom. Słuchać Karola Gustawa nie będzie, bo Janowi Kazimierzowi przysiągł wiarę.
— Klasztoru nie wyda? — Wiec zająć go gwałtem i zabrać, co ma wartość.
— Zamknął bramy, Szwedów nie wpuści.
— Wysadzić je i zburzyć to gniazdo zuchwalstwa! Cóż to, gród czy forteca?
— Niby twierdza licha, na górce, za wałami. Kilkudziesięciu mnichów, paruset okolicznej szlachty, która się tam schroniła, parę armatek, proch mają zapewne — i przeor, Augustyn Kordecki.
— Śmieszne zuchwalstwo.
Śmieszne byłoby, gdyby to było zuchwalstwo; ale to była wiara, co góry przenosi, i poczucie obowiązku niewzruszone.
Obowiązkiem każdego jest umrzeć na stanowisku. Opuścić go niewolno, kto przyjął odpowiedzialność.
Ksiądz Augustyn Kordecki postanowił bronić klasztoru: to było jego obowiązkiem. Jeśli Bóg zechce, nikt go tu nie zwalczy, — a jeśli wola Boża, aby zginął, spełni powinność swoją.
W początkach listopada obległ Częstochowę wódz szwedzki Müller, zwany zdobywaczem fortec; 6 tygodni stał pod nią, naprzemian szturmując i próbując układów — nadaremnie.
Co ocaliło klasztor? — Niewzruszona wiara.
Nic też dziwnego, że dzieje tych kilku tygodni broniącej się od wrogów Jasnej Góry to szereg cudownych legend, w których Najświętsza Panna występuje jako Królowa narodu, osłaniająca Boską opieką walczących, krzepiąca serca męstwem i natchnieniem.
Widzieli oblężeni, jak gwiaździstym płaszczem osłaniała klasztor od szwedzkich pocisków, które nie mogły szkodzić świętym murom, przelatywały nad niemi w powietrzu, lub jak zabite ptaki spadały na ziemię. To znowu odskakując od murów klasztornych, w obozie szwedzkim szerzyły zniszczenie. Pękały działa szwedzkie, broń ręczna odmawiała posłuszeństwa. Ludziom martwiały serca na widok tych cudów i przeklinali chwilę, w której stanęli do walki.
Daremnie Müller srożył się i karał, bluźnił i groził mnichom; to znowu usiłował skłonić ich podstępem do ustępstw. Wojska jego topniały w sposób niewytłumaczony, ludzie znikali z szeregów, inni coraz niechętniej spełniali rozkazy. Bo jakże walczyć z nadziemską potęgą?
Nakoniec siostrzeniec wodza, kulą z armatki klasztornej trafiony, u stóp jego pada bez życia.
Müller zemścić się pragnie, uderza do szturmu; ale szturm odpierają z wałów wojownicy, a za nimi w obłokach dymu i kadzideł, z pieśnią na ustach i modlitwą w sercu, przesuwają się zwolna i spokojnie białe postaci mnichów, dzieci, kobiety i starcy, płyną chorągwie, świecą krzyże złote, w niebiosa bije hymn wiary gorącej i ufności bez granic.
Ci ludzie nie obawiają się śmierci, czują nad sobą Boga.
Wyrzekłby się Müller jasnogórskich skarbów, byle klasztor uznał Karola Gustawa swym panem i nie jaśniał przykładem całemu krajowi. Więc straszy i proponuje układy.
— Najłaskawszy król szwedzki pragnie tylko błahego znaku uległości; nietykalność klasztoru zapewnić gotów każdej chwili.
Ksiądz Kordecki na takie uprzejme wezwanie odpowiada przesłaniem znaku świętej zgody i miłości chrześcijańskiej — święconym opłatkiem.
Wściekłym szturmem pożegnali Szwedzi Częstochowę. Przez krótki dzień zimowy bito bezustannie z kilkudziesięciu armat; drżała ziemia, a huk wystrzałów głuszył okrzyki wściekłości i trwogi, jęk konających, wzywanie pomocy.
Na budynkach klasztornych płonęły dachówki i krokwie, tynk opadał z muru, pękały granaty, a nieliczni obrońcy odpowiadali z wałów wystrzałami, chociaż dym dech zapierał i zasłaniał oczy. Inni gasili pożar, kobiety nosiły im wodę, opatrywały rannych, podawały proch i kule. A przed obrazem Matki Boskiej i Królowej, starcy i dzieci z płaczem wzywają ratunku, błagają zmiłowania i opieki.
Noc ciemna położyła wreszcie koniec walce.
A nazajutrz cisza w obozie. Co to znaczy? Czy jaki nowy podstęp i zdradziecki zamiar?
Koło południa ktoś stuka do bramy. Otwierają ostrożnie — to wieśniacy — przywieźli żywność do klasztoru, bo może i zabrakło.
— A Szwedzi? Jakże was oni puścili?
— Szweda niema. Odstąpił pod osłoną nocy, żeby uniknąć wstydu.
Zwyciężył duch i wiara.
Na to hasło kraj cały zbudził się jak ze snu i jak mąż jeden zerwał się do walki, pełen mocy i wiary w swe zwycięstwo.

Trochę inaczej Szwedzi w swej historji przedstawiają obronę Częstochowy. Oni jej wcale zdobywać nie chcieli! Tak sobie tylko Müller — może zupełnie wypadkiem — odpoczywał pod jej wałami kilka zimowych tygodni, prawdopodobnie dla zdrowia i świeżego powietrza. Nie miał o co nawet się kusić: cóż dla Karola Gustawa stanowiła licha forteczka?


Stefan Czarniecki.

Ni z soli, ni z roli, lecz z tego, co boli,
Zasłynął Czarniecki w narodzie:
Na trudy wytrwały, wśród szczęścia wspaniały,
Odważny w chwil ciężkich przygodzie!
Choć w dworku drewnianym, pod dachem słomianym,
W bielonej komnacie się rodził,
Po bojów plon krwawy, do zwycięstw i sławy
Książętom i panom przewodził.
Jak w mrozach północy wziął pierwszy hart mocy
Wśród chwały zwycięskich zapasów[26];
Tak ufny i wierny, miłością pancerny,
Nie ugiął się w trwodze złych czasów.
A w służbie ojczyzny ni rany, ni blizny,
Ni postrzał nie boli go srogi,
Choć strugą krew płynie, on pyta jedynie,
Czy Polska złamała swe wrogi[27]?
I kiedy kraj cały wśród krwawej nawały[28]
Pod szwedzką się chyli przemocą,
On ducha nie traci: ukrzepia współbraci,
Aż łaska zstąpiła z pomocą.

Od Jasnej to Góry, jak słońce z za chmury,
Błysnęła nadzieja i wiara:
A męstwo i siła wraz z niemi wróciła,
Odwaga wróciła się stara.
I rycerz wytrwały w tryumfie już chwały
Zgromione rozpędza precz wrogi,
A kiedy w pogoni kord[29] zadrżał mu w dłoni,
Toń morska nie wróci go z drogi.
Lecz ciężkie to czasy, i krwawe zapasy
Wzywają do domu rycerza,
A wiek go nie łamie, nie nuży się ramię,
I serce młodzieńczo uderza.
Wtem, kiedy zwycięski, przez trudy, przez klęski
Stawiszcza gród stary zdobywa,
Twarz blednieć zaczyna i widzi drużyna,
Że głowa pochyla się siwa.
Więc smutni go męże, złożywszy oręże,
Do chaty wieśniaczej unoszą;
A króla posłowie na słomy wezgłowie
Hetmańską buławę przynoszą.
Wśród śmierci już cienia błysk smutny spojrzenia
Z pod drżącej mu strzelił powieki;
Wtem zarżał koń wrony — bohater strudzony
Snem cichym zadrzemał na wieki.

Marja Ilnicka.


STEFAN CZARNIECKI.
1599-1665.

Jeden z największych bohaterów i najpiękniejszych postaci w dziejach naszych.
Słusznie mówił o sobie:

»Jam nie z soli, ani z roli,
Ale z tego, co mnie boli«.


Bo wielkość jego z ran jego urosła, z poświęcenia dla kraju, który umiłował ponad osobiste szczęście i oddał mu krew, trudy, życie całe.
Znali go dobrze Kozacy, Tatarzy, Moskwa, Wołosza, Węgrzy, a najlepiej Szwedzi — czcili i szanowali w Polsce wszyscy.
Ojczyzna potrzebowała jego ramienia i szabli, więc służył jej bez spoczynku, nie znając prawie domu. Życie mu upłynęło w walkach i pochodach, na koniu, pod namiotem lub pod gołem niebem; burka posłaniem, siodło wezgłowiem mu były.
O siebie nie dbał nigdy i niewiele dla siebie potrzebował: snu parę godzin, chleb z wędzonką na posiłek, za napój czysta woda.
W ciężkich dla kraju chwilach wypadło mu życie, więc nie oszczędzał siebie.
W czasie wojen kozackich, gdy oblegał Monasterzyska i chciał je zdobyć szturmem, kula nieprzyjacielska wyrwała mu podniebienie i kawałek policzka. Zemdlonego uniesiono z pola bitwy, żołnierze bez wodza odstąpili od szturmu.
Skoro Czarniecki odzyskał przytomność, pierwsze jego słowa były zapytaniem, czy miasto zostało zdobyte. A kiedy się dowiedział, że zaprzestano walki, z gniewu i żalu dostał silnego krwotoku — prawdziwie krwią zapłakał nad stratą czasu i żołnierza.
Bo kochał wojsko swoje. W potrzebie nie oszczędzał jego krwi i życia, jak nie oszczędzał własnej; karności, posłuszeństwa przestrzegał surowo — lecz nadaremnie sił niczyich nie marnował, nie narażał bez konieczności.
Posiadał też nawzajem miłość wojska i zaufanie. Wierzyli w jego rozum, w jego serce i za nim gotowi byli iść choćby na koniec świata.
Najlepiej okazało się to w wojnie szwedzkiej.
Na święte hasło dane z Jasnej Góry pierwszy Czarniecki zawołał: Do broni! — i wezwał naród cały do walki na śmierć i życie z najezdnikiem.
W kraju zajętym przez nieprzyjaciela trudno było się porozumieć, a jeszcze trudniej łączyć, — więc tworzyły się zrazu niewielkie oddziałki, które nie mogłyby stoczyć walnej bitwy, ale Szwedom wyrządzały wielkie szkody, niepokojąc ich i szarpiąc bezustanku.
Czarniecki także dobrał sobie zuchów, z którymi w krótkim czasie stał się postrachem wroga. Nie dawał mu wytchnienia: w nocy napadał obóz i sen im przerywał, w dzień straszył, zabierał żywność, urządzał zasadzki, napadał niespodzianie i znów znikał, gdy spostrzegł, że mogliby go otoczyć — słowem nękał ich, szarpał i płoszył.
A nie mieli na niego rady. Chcieliby stoczyć bitwę, gdyż byli silniejsi, mieli armaty, — ale nie mogli go nigdzie przyłapać, zawsze im się wymknąć potrafił i uderzyć z innej strony, gdzie go nie oczekiwali.
Rozłożyli się wreszcie między Wisłą i Pilicą, most na Pilicy spalili, żeby sobie zapewnić z obu stron bezpieczeństwo, i nakoniec spodziewali się tu wytchnąć, zgromadzić większe siły.
Naraz Czarniecki z jazdą staje na przeciwnym brzegu.
Ha, rzeka ich zasłania; to nie strumyk, a mostu niema.
I czekają spokojnie, co też zrobi.
Czarniecki popatrzył na nich, potem zwrócił się do swoich, przemówił do nich krótko, podniósł szablę i z koniem buch w Pilicę! Jazda za nim.
Nim się Szwedzi zerwali od kociołków, już im siedział na karku i bił nieprzygotowanych, co się zmieści. A uciekać nie mogli, bo sami w pułapkę weszli i bez mostu wydostać się z niej nie umieli. Dotąd pozostały w tem miejscu pagórki, zwane »mogiły szwedzkie«.
Już nie marzył Karol Gustaw o zatrzymaniu Polski, wolałby zawrzeć pokój, ustąpić dobrowolnie z małym dla siebie zyskiem — ale być wypędzonym — to zanadto!
A tymczasem i Danja, sprzymierzona z Polską, wzywa od nas pomocy przeciw Szwedom, rozumiejąc, że jest to doskonała pora pozbyć się także nieproszonych gości. Kogóż posłać im? Czarnieckiego.
I pojechał, by Szwedzi tam niepokojeni, musieli znowu rozdzielić swe siły i łatwiej było w Polsce radzić sobie z pozostałymi.
O tej wyprawie mamy dużo wiadomości, ponieważ jeden z towarzyszów, Pasek, zostawił o niej dość obszerne pamiętniki i różne w nich wypadki opisuje. Do ciekawszych należy chwila, kiedy Czarniecki stanął nad zatoką morską i widział Szwedów naprzeciwko siebie, a nie chcąc krążyć wkoło, żeby im czasu nie dać na przygotowanie do oporu, ruszył w morze tak samo, jak niegdyś w Pilicę, i zdumionych spędził z pozycji.
Trochę inaczej płynął, naturalnie, bo i łodzie tu mieli, ale konie wpław prowadzono. Myśleli jeszcze Szwedzi, że im proch zamoknie, lecz Polacy umieli i temu zapobiec: broń wysoko poumieszczali, i stanąwszy na lądzie, odrazu powitali ich strzałami.
Drogo opłacał Karol Gustaw swoją napaść i nakoniec prosił o pokój, który zawarto w Oliwie pod Gdańskiem.
W klasztornym budynku przy kościele Panny Marji, w niewielkiej sklepionej izbie możemy obejrzeć jeszcze stół dębowy z kamiennym blatem, na którym pokój wreszcie został podpisany. Wmurowana w ścianę tablica pamiątkowa przypomina o tem zdarzeniu.
Dla Czarnieckiego jednak nie był to koniec trudów; pozostała uciążliwa wojna z Moskwą, walki kozackie i wojny domowe, najsmutniejsze i najboleśniejsze dla niego.
Z tych czasów upamiętnił się szturm do Stawiszcz, głównego gniazda kozackiego, gdzie męstwem i poświeceniem zasłynął Krzysztof Zgłobicki, chorąży. Gdy ucięto mu prawą rękę, pochwycił sztandar lewą, a gdy utracił lewą, trzymał go zębami, póki nie nadbiegła pomoc. Tak mężną śmiercią dał przykład odwagi i przyczynił się niemało do zwycięstwa.
W tych walkach zaskoczyła wreszcie wodza niemoc śmiertelna. Chciał dojechać do Lwowa, by się leczyć, ale już nie miał siły. W wieśniaczej chacie w Sokołówce wydał ostatnie tchnienie — tam podobno otrzymał od króla buławę, której już podźwignąć nie mógł.
Życiem całem zostawił najpiękniejszy przykład niestrudzonej służby ojczyźnie.


Trzeci szturm do Stawiszcz.
Śpiew historyczny.

Chrobry Czarniecki nasroża lice,
Zgrzyta na popłoch żołnierstwa:
A grzmią moździerze, grają haubice[30],
Huczą Stawiszczan bluźnierstwa.

Daremnie, wszystko pierzcha w zawody,
Przy wodzu tylko garść wiernych:
Murza Tatarzyn, Sobieski młody
I kilka znaków pancernych.

Żelazną ręką tarł hetman czoło,
Przygryzał język i wargi,

Oczyma wzgardy błyskał wokoło,
Jąkał obelgi i skargi.

— Przeklęty — wrzasnął — przeklęty boju!
Zburzę opryszków jaskinię!
Póty nie dotknę jadła, napoju,
Aż com zamierzył, uczynię!

Odkąd paniętom, wylęgłym w puchu,
Starzec na hańbę hetmanię,
Zagrzać do walki krwi w niewieściuchu
Nie jestem więcej już w stanie!

Jaż, com pomimo wrogów zagony,
Z upadku dźwignął ojczyznę,
Dziś w tym motłochu sam, opuszczony,
Świętą pokalam siwiznę?

Stała czerń, jakby morem owiana,
Każdy bezmowny, struchlały,
Tylko jednego oczy młodziana
Ogniem błyskawic gorzały.

Skoczył. — Wydobył z piersi głos gromu:
— Dość! — O, niech głową nałożę,
Niech — niech nie ujrzę rodziny, domu,
Tak mi dopomóż, mój Boże!

Nie takie nasi brali fortece,
Jak ta mieścina ladaco,
Za mną, kto mężny, leć, gdzie polecę!
Wrogi obelgę zapłacą!

Schwycił chorągiew, na wiatr rozwinął,
Spiął ostrogami rumaka,
Ręką ku dziarskim husarzom skinął
I lotem puścił się ptaka.

Błysły od ziemi sromne źrenice,
Sypną się tłumy rycerstwa,
A grzmią moździerze, grają haubice,
Huczą Stawiszczan bluźnierstwa.

W dali znak biały miga jak wstęga...
Koń zbiega wały, przekopy,
Już przedmieściowych wałów dosięga,
Za nim husarze tuż w tropy.

I bramy miejskiej pierwszy doskoczy:
Nadbiega Daszko[31] w pogoni.
Wnet zgrozą obu zaiskrzą oczy,
I szabla w szablę zadzwoni.

I gwiżdżą cięciem częstem i gestem
Razy po razach, a krwawsze,
Aż jękła zbroja z przeciągłym chrzęstem —
I Daszko w prochu na zawsze.

Opada zewsząd zgraja wrzaskliwa...
I młodzian ręce już traci...
Lecz jeszcze usty chorągiew zrywa,
A tuż, tuż pomoc współbraci!

Zemsta, o, zemsta! Bój grzmi rozgłośnie,
Hetman i wodze tam biegą;
Młody bohater kona radośnie
W uczuciu czynu pięknego.

Utkwił weń hetman oczy zwilżone:
— O droga, święta — rzekł — ziemio!
Gdzie słowa wodza, na wiatr rzucone,
Takową cnotę wyplemią!

Z dymem rokoszan poszła jaskinia.
Któż był ten młodzian? — Któż powie!
Zacny brat szlachcic z nad wód Horynia,
Krzysztof Zgłobicki — ziomkowie.

B. Zaleski.


Śmierć Stefana Czarnieckiego.

W Sokołówce przed chatą u proga
Pachołkowie i ludu czerń mnoga;
Stoi stępak u żłobu powolny,
A w świetlicy leży hetman polny.
Hetman głowę pochylił na łoże,
Krzepkiem ciałem już władnąć nie może,
Złożył ręce, jakby do modlitwy,
Ale wojak ciągle marzył bitwy:
To o Szwedach — odmawia pacierze,
To Stawiszczan rozhukanych bierze;
A przy świetle gromnicy ksiądz cichy
Świętem krzyżmem[32] maże ziemskie grzechy,

Prosi Boga w pokorze i skrusze,
By do raju przyjął starca duszę;
A lud słowa powtarza kapłana:
»Sługę Twego zbaw, Panie, Stefana«.

Zarżał stępak u żłobu powolny,
Wzniósł na łożu głowę hetman polny,
Bielmem zaszłe otworzył źrenice
I popatrzył na smutną gromnicę...
Witał księdza, jak ze snu powstały,
I znów słuchał, jak rży jego Biały.

»Wprowadźcie go!« — skinął na husarzy.
I wnet Biały po izbie się waży,
Na pierś starca kładzie łeb swój suchy,
(A obadwaj biali, jak dwa duchy).
Śmiał się hetman, jak dziecko szczęśliwy,
Tuląc ręce między śniegi grzywy.
»O mój Biały!« A Biały spokojnie
Zda się z panem rozprawiać o wojnie;
Raz po razie miękką grzywą ruszy.
A starcowi coraz tęskniej w duszy.

Wzniósł buławę, spojrzał wkoło groźno
I rzekł: »Królu, dałeś ją za późno!«
Potem opadł na łoże bez siły.

Znowu rzesze pacierze mówiły,
Znowu stępak u żłobu powolny,
A w świetlicy leży hetman polny.
Pan Kijowski nie daje rozkazów,
Twardych z ust swych nie ciska wyrazów,

Ani rżeniem nie zbudzi go Siwy,
Bo wódz wielki już leży nieżywy.

A twarz jego szlachetna, uczciwa,
Jeszcze jakimś postrachem przeszywa,
Jeszcze z śmiercią nawet walczy samą
I szeroką odzywa się szramą:
»Jam nie z soli, ani z roli,
Ale z tego, co mnie boli«.

Antoni Czajkowski.


ZA WINY OJCÓW.

Kazimierz Korsak.

Rozpłakany i smutny dzień jesienny świat cały okrył mgłą, deszczem, płatami szarych, posępnych chmur, kałużami śliskiego błota, przeniknął wilgocią i chłodem.
Błotnista droga wiejska ciągnie się ponuro pomiędzy szeregami chat, zapadłych w ziemię, bez okien i kominów, ciemnych, nędznych, przesiąkłych wilgocią i dymem. W nich ludzie ze zwierzętami pospołu szukają schronienia przed zimnem.
Coś widocznie stało się we wsi, bo pomimo deszczu i mroku, gromadki ludzi ciągną, wszystkie w jedną stronę, ku najlichszej lepiance już za wioską, gdzie skupiają się w sieni i cisną pod ścianą, nie mogąc wszyscy pomieścić się w dymnej komorze.
Tam w kącie na tapczanie, wpółzgniłą słoma potrząśniętym, spoczywa człowiek, ciężką złożony niemocą, którego twarz wyraża bezmierne cierpienie, ale oczy jaśnieją jakimś nadziemskim blaskiem.
W izdebce pełno ludzi, cisną się w milczeniu, otaczają nędzne posłanie, a w oczach wszystkich niepokój i troska, żal i smutek głęboki.
Chory sił ma widocznie już niewiele, bo mówi z przestankami, bardzo cicho. Ale ludzie tych słów spragnieni, bo w izbie taka cisza uroczysta, że usłyszałbyś szelest skrzydeł muchy.
— Módlcie się i pracujcie, modlitwa sił doda — złe przeminie, zawsze przeminie... po nocy dzień — po zimie wiosna; skończy się każda niedola i na świecie, i wasza, bracia moi. — Ufajcie Bogu i nie traćcie wiary, nie traćcie wiary, ona da lepsze jutro waszym dzieciom.
— Nie doczekamy tego! — jęknęły głucho wszystkie piersi.
— Nie doczekacie, bracia, i ja nie doczekam — a przecież wiosna przyjdzie...
— Boże! — zawołał nagle — wielki Boże!
O własnej sile usiadł na tapczanie i ręce podniósł w górę, oczy jego wzniesione zdawały się widzieć w mroku izby jakieś cudowne zjawisko.
— Dzięki ci, Panie! — szeptał. — Jam niegodzien! O bracia moi, dla was to Bóg czyni, dla was pozwolił mi w godzinie śmierci oglądać wnuki wasze panami tej ziemi, którą ojcowie ich łzami kupili. Niech będzie święta Jego wola pochwalona!
Padł znowu wyczerpany, bladość twarz mu pokryła, a z pod przymkniętych powiek spływały łzy ciche.
— Święty jest — szeptać zaczęli obecni — Bóg mu objawia, co innym zakryte — święty męczennik jest.
— Cała wieś tak zaświadczy.
— Siedem lat pokutował za nas z dobrej woli: za kogo mógł — to cierpiał, plagi, więzienie, głód; — za kogo mógł — pracował. Nie potrzebował wypoczynku, odetchnienia, modlitwę tylko znał i pracę na tej ziemi.
— I nędzę.
— Obcy przybłęda przyszedł tu, nikomu nieznajomy, za parobka w najlichszej chacie stanął, zapłaty żadnej nie chciał, byle nie umrzeć z głodu, byle kąt ciepły między bydlętami — a czego nas nauczył!
— Uczył los ciężki dźwigać, a nadzieję mieć w sercu, i otuchę, i pokrzepienie.
— Nie słowami on uczył: kto go na modlitwie widział, ten nauczył się modlić.
— Za syna mego pod plagi poszedł dobrowolnie.
— Za mnie połowę pańszczyzny odrobił.
— Do najcięższej roboty szedł — chciałby za wszystkich dźwigać.
— Ale my nie doczekamy lepszych czasów.
— Ani dzieci nasze.
Nagle chory podniósł się znów na posłaniu, oczy jego płonęły.
— Bracia — rzekł cichym głosem, ale tak wyraźnie, jakby każdemu wprost do serca mówił — Bóg nie chce was zostawić bez pociechy: znak wam daje swej łaski, abyście wierzyli. Niech wyjdzie kto na drogę, a spotka księdza z Panem Bogiem, którego do mnie przysłał.
Wieśniacy ze zdziwieniem spojrzeli na siebie, ale natychmiast ruszyli się ku drzwiom, a już na drodze odezwał się dzwonek i prowadzony przez nich ksiądz przejezdny przestąpił próg lepianki.
Umierający leżał teraz nieruchomy, z zamkniętemi oczyma, bez oddechu. Nakoniec podniósł na księdza spojrzenie i odezwał się po łacinie:
Laudatur Jesus Christus. (Niech będzie pochwalony).
In secula seculorum. Amen. (Na wieki wieków) — odparł kapłan.
Obecni opuścili chatę.
Spowiedź trwała niezwykle długo — czyżby tak ciężkie grzechy ciążyły na tym pokutniku?
Dzwonek oznajmił wreszcie, że chory z Bogiem pojednany, przyjmuje sakramenta. W chwilę potem ujrzeli wieśniacy twarz księdza pobladłą ze wzruszenia, który przemówił do nich głosem drżącym.
— Oto święty pokutnik za winy — nie swoje.
Za czyjeż winy pokutował człowiek, który taką miłość pozyskał wśród ludu, cierpiąc i pracując z nim razem?
Dowiedziano się o tem po śmierci kapłana, który zostawił opisane to zdarzenie.
Kazimierz Korsak był synem właściciela wioski, w której umarł jako przybłęda-wyrobnik.
Opuścił ją przed laty, nie chcąc sądzić ojca, bardzo srogiego pana dla poddanych. Służył czas jakiś w wojsku, gdyż kraj potrzebował obrońców, ale pewnego razu, nocując w wiejskiej chacie, znienacka zaskoczony przez nieprzyjaciela, zarzucił w pośpiechu pierwszą lepszą odzież, jaką znalazł pod ręką, i szczęśliwie pokonał napastnika. Dopiero przy świetle dziennem ujrzał ze zdziwieniem, że jest w chłopskiej sukmanie.
Zawsze cierpiąc w duszy nad losem poddanych w rodzinnym swym majątku, wziął to za wskazówkę Boga, w jaki sposób ma odkupić winy ojców.
Zaraz po skończonej wojnie wystąpił z chorągwi, ale zamiast do domu, udał się w niedostępne, głuche puszcze i rok cały wiódł żywot pustelnika. Potrzebował w samotności i modlitwie przygotować się do bardzo trudnego zadania, jakie spełnić zamierzał.
Nakoniec wynędzniały, ale silny duchem, opuścił swą pustelnię i w pierwszej napotkanej wiosce przyjął służbę w ubogiej chacie.
Nie żądał wynagrodzenia, więc chłop przyjął go na próbę; prędko jednak zrozumiał, że chyba Opatrzność zesłała mu takiego pomocnika. Obcy parobek pracował za czterech, dla siebie nic nie żądał — byle łachman na grzbiecie i najlichsza strawa, gotów na wszelkie trudy.
Wkrótce też ustąpiła z chaty nędza, zjawił się w niej dostatek, a modlitwa i wiara zajęły miejsce skarg i narzekania.
Ocenił gospodarz, jaki ma skarb w swym parobku, i nie chcąc się z nim rozstać, postanowił oddać mu córkę za żonę.
Zdziwił się Korsak bardzo i rozrzewnił.
Ale czyż to pokuta żyć w miłości ludzkiej, mieć rodzinę kochającą, choć ubogą, własną chatę?
Modlił się o natchnienie, bo żal mu było porzucać tych ludzi, do których się przywiązał, a chciał dla siebie pokuty surowej, bez żadnego promyka szczęścia.
Odpowiedział więc nakoniec gospodarzowi swemu, że wielkie ciążą na nim grzechy, za które musi pokutować. Dlatego ich opuści — taki wyrok Boski.
I odszedł z błogosławieństwem, żegnany miłością i łzami.
Postanowił wrócić do rodzinnej wioski, przekonać się, co tam może uczynić dla nieszczęśliwych włościan.
Nikt go tutaj nie poznał: lata, ubiór i ciężka praca zmieniły wyraz twarzy i postawę, zresztą wiedzieli wszyscy, że zginął na wojnie.
Ojciec jego już nie żył, we wsi rządziła siostra, niemniej sroga i okrutna, i mąż jej, człowiek chciwy i surowy.
Zaczął namyślać się Korsak, co począć? Czy upomnieć się o ojcowiznę a odzyskawszy część mu przynależną, ulżyć losu poddanych? Dobrzeby to było, ale czy co odzyska? Dowiedział się od ludzi, że ojciec majątek cały zapisał siostrze, która zabezpieczyła się przezornie od wszelakich pretensyj. Więc któż mu słuszność przyzna? Ogłoszą go warjatem lub oszustem i będzie musiał opuścić te strony i ukrzywdzonym żadnej ulgi nie przyniesie.
Lepiej w chłopskiej sukmanie spełnić zaczętą pokutę.
I znowu przyjął służbę, gdzie było najgorzej, bo gospodarz pił z nędzy, a gospodyni słynęła ze skąpstwa i złości.
Siedem lat przeżył wśród własnych poddanych, dzieląc ich ciężką dolę, oddając najpotrzebniejszym swą pracę, siły, zdrowie. Żył jak święty, modlitwą tylko krzepiąc ducha, w serca zgnębione wlewając otuchę, dając przykład poświęcenia i miłości.
Wyczerpały się jednak siły pokutnika i nadeszła godzina śmierci. Czując, że odejść musi, pocieszał strapionych, pragnął zostawić im wiarę głęboką, bo w niej jedynie siłę czerpać mogli. I Bóg pozwolił dać im znak swej łaski: na gościńcu spotkają księdza, który rozgrzeszy umierającego.
Jakież było jednak zdziwienie kapłana, gdy pod sukmaną chłopską, na nędznym barłogu poznał dziedzica wioski, towarzysza i przyjaciela młodości. Z głębokiem wzruszeniem przemówił słów kilka do ludu, lecz powierzonej tajemnicy zdradzić nie mógł.
Dopiero po jego śmierci wyjaśniła się prawda, gdyż w papierach po nim znaleziono opisanie całego zdarzenia oraz imię i nazwisko pokutnika.
Taką szlachetną postać zostawił nam wiek XVII, — jej pamięć odkupuje winy ojców i świeci jasnym blaskiem w czasach ciemnoty i błędów, jako świadectwo najwznioślejszych uczuć, jako wzór ducha pełnego miłości, z której powstanie przyszłość.
Poeta Ludwik Kondratowicz w pięknym swoim poemacie skrzywdził pamięć Korsaka, przypisując mu pokutę za winę własną, spełnioną w uniesieniu.









Przypisy

  1. Lont — sznur konopny nasycony materją palną, służy do zapalania działa.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – dziękczynnych.
  3. Wlot — szybko.
  4. Janczary — piechota turecka.
  5. Spahi — konnica.
  6. Kołczan na strzały.
  7. Nie jest jarzące, jaskrawe.
  8. Szlak — droga.
  9. Królewicz wtedy, a później Władysław IV.
  10. Piotr Konaszewicz, hetman ukraiński, o którego waleczności rozpisują się współcześni historycy. Wyraz Sahajdaczny pochodzi od sajdaka, a zatem znaczy właściwie dowódca łuczników.
  11. Torbaniści, piewcowie przy torbanach czyli bandurkach, jechali zawsze w przybocznym poczcie hetmańskim.
  12. Niosący buńczuk — sztandar.
  13. Chorągiew hetmańska kozacka zawsze bywała malinowa, czyli ciemno-amarantowa. Na chorągwi biały Archanioł, t. j. św. Michał na koniu i w zbroi.
  14. Wyrażenie ruskie przy pląsach, czyli kozaczku; tu zastosowano do inszego tańca, do poskocznego ruchu na nieprzyjaciela.
  15. Zamiast: brać lasza i kozacza.
  16. Sałhan, wyraz tatarski, znaczy rzeź.
  17. Kozackie przedrzeźnianie w pośmiech okrzykowi wojennemu Bisurmańców.
  18. Zarośla, chwasty stepowe.
  19. Trzcina.
  20. Stado koni.
  21. Zarośla z drzew karłowatych.
  22. Stanisław Potocki, nazwany Rewerą od przysłowie (re vera = na prawdę), którego używał, hetman wielki koronny (1579—1660).
  23. Stefan Czarniecki i Jerzy Lubomirski.
  24. Bohdan Chmielnicki.
  25. Hetman Kalinowski.
  26. Walki.
  27. Pod Monasterzyskami, gdzie kula rozerwała mu podniebienie.
  28. Zalewu, najazdu.
  29. Szabla.
  30. Gatunek działa (armaty).
  31. Jeden z wodzów kozackich.
  32. Olej święty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.