Strona:Niewiadomska Cecylia - Legendy, podania i obrazki historyczne 11 - Wazowie.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Lecz mimo gotowości, do 3-ej z południa obydwa wojska stały nieruchome, żadna strona pierwsza rozpocząć nie chciała.
Już król zaczął się wahać, czy z powodu spóźnionej pory nie odłożyć walki do jutra, gdy na spienionym koniu nadbiegł goniec od ks. Jaremy Wiśniowieckiego, wzywając w imię Boga, by uderzono bez zwłoki.
Król wziął to za dobrą wróżbę i dał hasło.
Z odkrytą głową, bez hełmu i zbroi, z szablą w ręku, na pysznym koniu pędził Jarema na czele swych hufców ku zdumionym Tatarom. Leciały za nim chorągwie i pułki, ziemie i województwa, stubarwne sztandary, lśniące zbroje i szable.
Niewielkie siły kozackie, zostawione przez Chmielnickiego, by osłaniały podstęp, rozgromiono w mgnieniu oka, pierzchnęły i ukryły się za szańce; na nieprzejrzanem polu zaczęła się teraz rozprawa z Tatarami.
Rozpoczęła się świetnie. Nie szczęści się dziś Tatarom: pierwszy trup z ich strony padł głową ku swoim, to niechybny znak klęski. Kula działowa rani w nogę Nuradyna, rozpalając mu w duszy straszny płomień gniewu; u stóp co chwila składają mu zwłoki poległych murzów, agów; tam ciągnie szereg wozów: to trupy tatarskie uwożą z pola bitwy, aby ich nie zostawać w ręku wroga. — Krzyk rozlega się straszny — brat Nuradyna pada, rażony zabójczym pociskiem. Popłoch ogarnia hordę, miesza się, ustępuje i cofa w nieładzie i nagle pierzcha z przeraźliwym wrzaskiem, opuszczając obóz i łupy.