Strona:Niewiadomska Cecylia - Legendy, podania i obrazki historyczne 11 - Wazowie.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tymczasem zmrok zapada.
W wielkiej sali coraz ciemniej, ale światła nie wnoszą, gdyż obrady przy świecach byłyby nieważne. Takie prawo.
Przed marszałkiem tylko płonie jedna świeca, aby mógł odczytać głośno złożone przed nim papiery, w których zawiera się wszystko, co w ciągu obrad uchwalono.
Coraz ciemniej. Na ławach, krzesłach już nie widać osób, rysują się tylko jakieś cienie niewyraźne, słychać głosy, nie wiadomo do kogo należące.
Noc zapada.
Zdaje się jednak, że rozsądek weźmie górę, sejm o parę dni przedłużą.
Wtem ktoś składa przed marszałkiem nowy papier, prosząc o niezwłoczne odczytanie głośno.
Maksymiljan Fredro zbliża się do świecy, czyta:
»Na przedłużenie sejmu nie zezwalam«.
Poseł z Upity, Siciński.
Jakby piorun uderzył, w sali zaległo milczenie.
— Nie puszczać go! — odzywa się ktoś wreszcie. — Niech odwoła.
Ale Siciński zniknął. Wymknął się z sali, z miasta, już go nie odnajdą.
Więc co począć?
— Jeden poseł nie ma prawa gubić kraju — przemawia znów głos jakiś. — Jest nas dosyć, aby stanowić.
Zagłuszyła go wrzawa i krzyki:
Liberum veto! — Prawo! Prawo posła! Nie