Strona:Niewiadomska Cecylia - Legendy, podania i obrazki historyczne 11 - Wazowie.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I oto stanął na Cecorskich polach w obliczu nieprzyjaciela, który walkę rozpoczął niezwłocznie.
A były Turków krocie. Nie wychodzili oni na wojnę w mniejszej liczbie nad sto tysięcy.
Cóż mogły pomóc męstwo i przezorność wobec takiej różnicy siły?
A jednakże dzień za dniem, tydzień za tygodniem walecznie odpierano szturmy. Hetman opasał szczupłe szyki swoje, niby obronnym murem, szeregami wozów i poza ich osłoną, czuwając dniem i nocą, zaczął się cofać ku granicom Polski.
Turek z wściekłością szarpał te ruchome szańce: jak śmie stawiać mu opór taka garstka! Pustoszył okolicę, niszczył zasiewy i plony, by pozbawić Polaków żywności i paszy. Konie zaczęły padać z głodu i pragnienia — ludzie z ran, bezsenności, wyczerpania.
Posuwali się jednak. Już błysnęły w dali srebrzyste fale Prutu, za niemi ojczyzna, ratunek, bezpieczeństwo.
Nagle szalony zamęt powstaje w obozie: początek daje służba — to nie rycerze przecie, a tyle wycierpieli! teraz pora ocalić życie.
A chciwość szepcze: zabieraj, co możesz, pan i tak zginąć musi.
Rzucają się t. zw. ciurowie na wozy, rozrywają szańce, szarpią zdobycz, wzniecają ogień, by w popłochu osłonić łatwiej swą ucieczkę. Krzyk: — Ratuj się, kto może! — Hetman uszedł! — Zginęliśmy! — szerzy się wśród ciemności.
Trwoga ogarnęła mniej hartowne serca: rycerstwo nieprzytomne opuszcza szeregi, rzuca się