Strona:Niewiadomska Cecylia - Legendy, podania i obrazki historyczne 11 - Wazowie.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niemocą, którego twarz wyraża bezmierne cierpienie, ale oczy jaśnieją jakimś nadziemskim blaskiem.
W izdebce pełno ludzi, cisną się w milczeniu, otaczają nędzne posłanie, a w oczach wszystkich niepokój i troska, żal i smutek głęboki.
Chory sił ma widocznie już niewiele, bo mówi z przestankami, bardzo cicho. Ale ludzie tych słów spragnieni, bo w izbie taka cisza uroczysta, że usłyszałbyś szelest skrzydeł muchy.
— Módlcie się i pracujcie, modlitwa sił doda — złe przeminie, zawsze przeminie... po nocy dzień — po zimie wiosna; skończy się każda niedola i na świecie, i wasza, bracia moi. — Ufajcie Bogu i nie traćcie wiary, nie traćcie wiary, ona da lepsze jutro waszym dzieciom.
— Nie doczekamy tego! — jęknęły głucho wszystkie piersi.
— Nie doczekacie, bracia, i ja nie doczekam — a przecież wiosna przyjdzie...
— Boże! — zawołał nagle — wielki Boże!
O własnej sile usiadł na tapczanie i ręce podniósł w górę, oczy jego wzniesione zdawały się widzieć w mroku izby jakieś cudowne zjawisko.
— Dzięki ci, Panie! — szeptał. — Jam niegodzien! O bracia moi, dla was to Bóg czyni, dla was pozwolił mi w godzinie śmierci oglądać wnuki wasze panami tej ziemi, którą ojcowie ich łzami kupili. Niech będzie święta Jego wola pochwalona!
Padł znowu wyczerpany, bladość twarz mu pokryła, a z pod przymkniętych powiek spływały łzy ciche.
— Święty jest — szeptać zaczęli obecni — Bóg