Strona:Niewiadomska Cecylia - Legendy, podania i obrazki historyczne 11 - Wazowie.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I dobrowolnie poszła do wiezienia, gdzie pod surową strażą spędziła wraz z mężem lat siedem. Tu przyszedł na świat Zygmunt i w wilgotnych murach upłynęły pierwsze lata jego życia.
Wiedziano też, że na dalsze wychowanie syna matka miała wpływ wielki, że marzyła dla niego o koronie dziadów i zwracała myśli ku sąsiedniej Polsce, jako drugiej ojczyźnie.
Więc uważano go za Jagiellona, spadkobiercę ich krwi i cnoty.
Kiedy w Krakowie uderzono w dzwony na znak, że oczekiwany król zbliża się wreszcie do prastarej stolicy, całe miasto wyległo na ulice.
— Jedzie! jedzie! — rozległy się głosy radosne i wszystkie spojrzenia życzliwie, ciekawie skierowały się w głąb kolasy, w której zbliżał się Zygmunt. Jak spojrzy na swój naród, który za niego już walczył i krew przelewał, zanim mu włożył na skronie koronę?
Wspaniały orszak zbliża się poważnie, zwolna, staje, znów się posuwa. Tłumy ludu tamują drogę. W wyzłacanej kolebce młodzieniec, średniego wzrostu, szczupły, jasnowłosy, o twarzy spokojnej, bladej, bez uśmiechu. Milczy. Strój aksamitny biały, złotem haftowany, krojem szwedzkim, — złotawa broda, z szwedzka podstrzyżona.
Dziwnie zimną i martwą zdała się oczekującym ta blada twarz monarchy, milczące usta i wzrok nieruchomy. Na okrzyki radości czasem skinął głową, głosu nikt nie usłyszał.
— Nieme djable — mruknął jakiś porywczy Krakus.