Strona:Niewiadomska Cecylia - Legendy, podania i obrazki historyczne 11 - Wazowie.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Było tak:
Władysław IV, w niczem niepodobny do ojca, myśląc szczerze o losach kraju, widział, jak wielkie grozi mu niebezpieczeństwo.
Szlachta w dostatkach gnuśnieje, rośnie coraz bardziej w pychę, samowolę, myśli tylko o sobie — a granice bezbronne. Od południa potężny Turek lada chwila spadnie na nas jak lawina, jeśli nie złamiemy sami jego zuchwalstwa i siły. — Od wschodu jeszcze gorzej. Burzy się Kozaczyzna i spożytkować ją trzeba na Turka, aby nie spadła na nas, pod wpływem ciągłych zatargów i intryg moskiewskich, wrogiem stawszy się ze sprzymierzeńca.
Jeden był sposób na to: wielka wojna z Turcją.
Przed Turkiem drżała cała Europa. Papież, cesarz niemiecki, bogate miasta nad morzem Śródziemnem daliby chętnie wojsko lub pieniądze, byle tylko Polska stanęła na czele, aby zakończyć raz wiekową walkę z tym strasznym wrogiem całego chrześcijaństwa.
Władysław marzył o tem, w tej wojnie widział jedyny ratunek dla kraju. Sił mu nie zbraknie, bo na takie hasło stanie obok szlachty cała Kozaczyzna. Na polu walki zbratają się oba obozy najlepiej — złączy je krew przelana w jednej sprawie, nauczą się nawzajem cenić swoje męstwo; a ponieważ zasługa nie może zostać bez nagrody, więc łatwiej po zwycięstwie przyznać należne prawa tym wszystkim, którzy się do niego przyczynili.
Wojna turecka da Kozakom pole do szlachetnej zasługi i słusznej nagrody, szlachtę uleczy z gnuności i pychy, Polsce zapewni znowu w Europie