Palę Paryż/Część II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Jasieński
Tytuł Palę Paryż
Data wydania 1931
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Drukarz Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ DRUGA



I.

Nazajutrz był dzień 14 lipca.
Dzielni sklepikarze paryscy, którzy zburzyli Bastylię, by wznieść na jej miejscu brzydką wydrążoną kolumnę „z widokiem na miasto“, dwanaście bistros, trzy domy publiczne dla obywateli normalnych i jeden dla pederastów, obchodzili swój benefis, jak co roku, tradycyjnym, republikańskim tańcem.
Udekorowany od stóp do głów szarfami trójkolorowych wstążek, Paryż wyglądał, jak podstarzała aktorka, przebrana za naiwną wieśniaczkę z odpustu, w ludowej szmirze.
Uiluminowane dziesiątkami tysięcy lampjonów i żarówek place zapełniały się powoli spacerującym tłumem.
Z nastaniem zmierzchu, za przekręceniem niewidzialnego włącznika, jaskrawe rampy ulic zapłonęły galowym światłem.
Na skleconych z desek estradach senni, groteskowi muzykanci, w słusznem przeświadczeniu, że święto jest dniem powszechnego wypoczynku, wydmuchiwali z poskręcanych dziwacznie trąb co pół godziny kilka taktów modnego tańca, odpoczywając po nich długo i skrupulatnie.
Wzbierający tłum, stłoczony w nie mieszczących go wąwozach ulic, falował niecierpliwie, jak ryby w okresie tarcia.
Gdzieniegdzie tańczono. Taniec dwojga sprasowanych w ścisku ciał, z braku miejsca, sprowadzał się zresztą do szeregu rytualnych gestów, dokończanych naprędce i już w samotności w którymś z najbliższych hotelików, jedynych instytucyj prawdziwie demokratycznych, nie świętujących tego święta powszechnej równości.
Nad wszystkiem unosił się zapach potu, wina i pudru, jak nieuchwytna, przezroczysta mgła, którą paruje w lecie rozkołysana rzeka tłumu.
Rozgrzane do czerwoności domy wypacały bez przerwy dziesiątki coraz to nowych mieszkańców. Temperatura rosła z chwili na chwilę. W rozpalonych rondlach placów, tu i ówdzie, tłum zaczynał już bulgotać, jak wrzątek, dokoła improwizowanych straganów z lemonjadą i mrożoną miętą. Wyrywano sobie nawzajem z rąk chłodne szklanki z zielonkawym i białym płynem.
Raz po raz, odgarniając tłum wiosłem chrapliwej syreny, przepływały ulicami naładowane po brzegi arki przedsiębiorstw turystycznych, unoszące na falach tego potopu demokracji wybrane pary czystych i nieczystych — przeważnie z jednego i tego samego gatunku Anglosasów — obserwujące z ciekawością przez lorgnony i lornetki dobrze odżywionych, obłaskawionych i dobrodusznych zdobywców Bastylji, w milczącem, choć głębokiem przeświadczeniu, że cała sławetna Rewolucja Francuska nie była w gruncie rzeczy niczem innem, jak jeszcze jedną pomysłową imprezą odwiecznego Cooka, pretekstem do dorocznych wystawnych obchodów, obliczonych na cudzoziemców i wkalkulowanych z procentem w koszty autokarowego biletu.
Tańczących naogół było znacznie mniej, niż przypatrujących się, i któryś z zawiedzionych gentlemanów słusznie wyrzucał zakłopotanemu przewodnikowi, że paryżanie obchodzą swoje święto bez temperamentu.
Z temperamentem i werwą obchodziły 14 lipca dzielnice cudzoziemskie: Montparnasse i Dzielnica Łacińska.
Na ciasnym kwadracie pomiędzy „Rotondą“ i „Domem“ ośm rozstawionych jazz-bandów ostremi tasakami synkop ćwiartowało żywe mięso nocy na posiekane ochłapy taktów. Różnojęzyczny tłum Amerykanów, Angielek, Rosjan, Szwedek, Japończyków i Żydówek demonstrował spazmatycznym tańcem swą nieopisaną radość z powodu zburzenia starej, poczciwej Bastylji.
O kilka ulic dalej, na ciemnym bulwarze Arago, nadprogramową porcją jedzenia świętowało je w ciszy, otoczone kordonem wojska, więzienie „Santé“. Zresztą „Santé“ nie było Bastylją i entuzjaści czternastych lipców mogli tańczyć spokojnie, wiedząc dobrze, że mury przy bulwarze Arago są wysokie i pewne, oddziały wojska — dobrze uzbrojone i posłuszne, i że w demokratycznem, cywilizowanem społeczeństwie ekscesy, dobre w epoce starego reżymu, powtórzyć się żadną miarą nie mogą.
Na frontonie więzienia girlandą spełzłych liter kokietował przechodniów poczerniały napis: „Wolność — Równość — Braterstwo“, jak wypłowiała żałobna wstęga na zapuszczonej mogile Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Papierowe lampjony kołysały się łagodnie, jak nenufary, na zwierciadlanej powierzchni nocy.
Spoceni, czerwoni kelnerzy z trudnością zaopatrywali w chłodną, przezroczystą lemonjadę cudem rozmnożone na te gody stoliki, które z trotuarów rozbiegły się na jezdnię, zajmując niepodzielnie całą ulicę.
Zziajany murzyn nad jazz-bandem ruchami niefortunnego żonglera rozbijał na głowach słuchaczy niewidzialne talerze zgiełku, trząsł się w kataleptycznych drgawkach nad pustą miską czyneli. Szesnastu innych murzynów wkrzykiwało do utraty tchu w mosiężne głośniki trąb, donośnych, jak trąby jerychońskie, magiczne zaklęcia dalekich kontynentów, stwierdzając z przerażeniem, że mury nietylko nie zaczynają się walić, lecz zdają się jeszcze wyrastać wgórę zębatą linją zapalających się okien.
Z tysiącznych kranów, jak z podciętych arteryj Paryża, spływała z szumem chłodna, krystaliczna woda i wyczerpany Paryż bladł z osłabienia i upału.
Pierwszą karetkę pogotowia spostrzeżono o dziesiątej wieczór na placu Hôtel de Ville. Tłum, roztrącany i tłamszony przez napływające bez przerwy wozy turystyczne, początkowo, myśląc, że to jeszcze jeden autokar, powitał ją wrogim pomrukiem. Wkrótce spostrzeżono omyłkę i rozstąpiono się pośpiesznie. Muzyka rozpoczynała właśnie trzeciego charlestona. Tańce trwały dalej.
W niespełna dwadzieścia minut nadjechała druga karetka, by zniknąć zkolei w czarnej szczelinie sąsiedniej uliczki. Nikt nie zwracał na nią uwagi.
Za drugą nadjechała trzecia, piąta i szósta, napełniając rozbawiony plac echem złowrogiego sygnału.
Pierwsze lekkie zamieszanie dało się zauważyć około godziny jedenastej. Wpośrodku czwartego charlestona jedna z tańczących par upadła na wyślizgany asfalt i nie chciała już się podnieść. Otoczono ją ze śmiechem. Para wiła się w konwulsyjnych skurczach. Przeniesiono ją do pobliskiej apteki. Po pięciu minutach zajechała karetka pogotowia i zabrała niefortunnych danserów. Ktoś gdzieś po raz pierwszy upuścił brzęczące, jak pieniądz, słowo „epidemja“, które potoczyło się w tłum. Nikt mu zresztą nie uwierzył. Tańce rozpoczęły się na nowo.
Następną parę, która runęła w czasie tańca wśród dziwnych objawów zatrucia, podniesiono na placu Bastylji. Trzecią — na Montparnassie przed werandą „Rotondy“.
Do północy zanotowano kilkadziesiąt wypadków. Coraz częściej przebąkiwano o dziwnej epidemji. Tańce zresztą nie ustawały.
Na tarasie kawiarni „Dôme“ murzyn, grający na jazz-bandzie, wpół urwanego taktu runął w podrygach na bęben, śmiesznie wierzgając w powietrzu nogami. Rozbawiona publiczność nagrodziła ten nowy trick spontanicznem brawem. Murzyn jednak nie wstawał. Odwrócono go twarzą do góry. Był martwy.
W czarnych tunelach ulic, jak samotny krzyk o pomoc, zawodziły złowieszcze trąbki karetek. Gdzieniegdzie tańce przerywano i zaniepokojona publiczność pospiesznie rozchodziła się do domów. Tańczono jeszcze na Montparnassie, w Dzielnicy Łacińskiej i w kilku innych dzielnicach, zamieszkałych przez cudzoziemców.
Trąbki wyły bez ustanku płaczliwe i wylękłe.

Nazajutrz rano Paryż obudził się w przerażeniu nad mokrą płachtą porannego dziennika. Na pierwszej stronie, wielkiemi czarnemi czcionkami, widniał przejmujący mrozem napis: „DŻUMA W PARYŻU!“
Wiadomości były zatrważające. W noc z 14 na 15 lipca zanotowano ośm tysięcy wypadków dżumy, wszystkie prawie bez wyjątku śmiertelne.
Dzień wstał blady z wycieńczenia, suchy i upalny. Od rana na ulice wyległy rozgorączkowane tłumy, wyrywające sobie z rąk świeże strzępy nadzwyczajnych dodatków. Głuche, przejmujące trąbki sanitarnych aut rozbrzmiewały bez przerwy, równocześnie po wszystkich zakątkach miasta. Zasłabnięcia na ulicach zaczęły zdarzać się dziesiątkami.
Z zapadnięciem wieczora na Górnym Montmartrze i Montparnassie próbowano mimo wszystko tańczyć. Tańczących było jednak niewielu.
Właściciele kawiarń, nie chcąc pogodzić się ze stratą tradycyjnego świątecznego zysku, zdołali pokompletować naprędce nowe orkiestry, i na skoczne dźwięki charlestona ze zmierzchających ulic runęły, zalewając opustoszałe tarasy, podniecone tłumy przechodniów. Muzykanci, szalejący przed „Rotondą“, wydmuchiwali z saksofonów ostatnie ochłapy płuc, napróżno starając się zagłuszyć ponury jazz-band sanitarnych karetek.
Ciasny prostokąt pomiędzy „Rotondą“, „Dômem“ i „La Coupole“ zaludnił się w mgnieniu oka mrowiem tańczących par.
Popłoch wybuchnął niespodzianie i stosunkowo dość późno. Zaczęło się, jak wszędzie. W trakcie tańca jedna z dziewcząt runęła nagle na ziemię, pociągając za sobą dansera. W pierwszej chwili nikt tego nie zauważył. Pary, unieruchomione w ścisku, nie przestały falować do taktu muzyki. O leżącą parę potknęła się inna. Po upływie minuty w środku kwadratu kłębił się już kopiec obalonych ciał. Powstało zamieszanie. Muzyka urwała. Tłum chlusnął na chodniki. Poprzewracani tancerze zrywali się na nogi, uciekając wślad za innymi. Środek kwadratu opustoszał.
Na asfalcie pozostała jedynie wątła dziewczyna, wijąca się w niepojętych zygzakach bólu. Krótka plisowana spódniczka podwinęła się do góry, odsłaniając drobne, prawie dziecinne kolana w naszyjnikach zbytkownych podwiązek i nieśmiałą biel chłopięcych ud, wychylających się, niby prężne, rozjątrzone węże, z gęstwiny kremowych koronek. Ostre lakierowane pyszczki pantofelków drgały ustawicznie.
Tancerze w popłochu cisnęli się do ścian.
Wtedy to, przedzierając się przez tłum i torując sobie drogę uderzeniami pięści, z masy wyłonił się chudy, ryży człowiek w robotniczem ubraniu, zmierzający na drugą stronę jezdni. Rudy człowiek po drodze zaglądał badawczo w twarze tłoczących się gapiów. Przechodząc obok leżącej dziewczyny, zatrzymał się, nachylił i przypatrzył uważnie. Nowy skurcz bólu podrzucił dziewczynę twarzą do góry. Rudy człowiek wydał dziwny krzyk, przypominający pianie koguta, i przysiadł raptownie na ziemi. Pochwyciwszy dziewczynę za szczupłe ramiona, daremnie usiłował unieść ją do góry. Dziewczyna wiła się w gwałtownych paroksyzmach. Rudy człowiek pochwycił ją na ręce i wstał, od nowego jednak podrzutu jej ciała zachwiał się i runął wraz z nią na ziemię. Pochylony nad nią na czworakach, wydając jakieś nieartykułowane dźwięki, począł obsypywać drgające ciało dziewczyny gorączkowemi pocałunkami.
Niezwykłe widowisko przywabiło gapiów, którzy z tarasów kawiarń wylegli na brzegi trotuarów, otaczając niezwykłą parę zwartym kołem. Rozpacz rudego mężczyzny była tak widoczna, tak bezgraniczna, że zjednała mu odrazu sympatję obserwujących tę scenę wydekoltowanych dam.
Mężczyzna, napróżno starając się unieruchomić w swych ramionach drgające ciało dziewczyny, w przerwach między pocałunkami ochrypłym głosem powtarzał jedno i to samo słowo. Widzowie nachylili się bliżej. Ktoś pierwszy dosłyszał i pośpieszył podzielić się z sąsiadami:
— Woła na nią po imieniu. Zdaje się: Jeannette.
— Pewno przyjaciółka.
— Taka młodziutka!
— I taka elegancka! A on — prosty robociarz...
— Może brat?
— Też pomysł! Widział pan kiedy, żeby brat tak całował?
Zresztą dosnuć do końca wszystkich przypuszczeń widzom widocznie nie było sądzonem. Dziewczyna nagle wzbiła się całym ciałem wgórę, z nieludzką siłą uderzyła głową o asfalt i przycichła. Tłum wzdrygnął się. Zaległa cisza. Nawet podniecone damy umilkły, nie dokończywszy wymiany swych interesujących uwag. Filigranowe nóżki, osnute niedostrzegalną pajęczyną pończochy, zastygły sztywno, zadarłszy wgórę zdumione pyszczki pantofelków.
Rudy mężczyzna też przycichł, nachylony nad dziewczyną w niemej rozpaczy. Gdy po paru minutach podniósł głowę, twarz miał wykrzywioną wewnętrznym płaczem. Tłum oczekiwał szlochu, jęków, uderzeń głową o asfalt. Z tylnych rzędów, zwabiony zbiegowiskiem, przecisnął się niepostrzeżenie policjant.
Rudy mężczyzna szklanem spojrzeniem ogarnął tłum. Zazdrosnym ruchem troskliwej ręki zsunął podwiniętą sukienkę dziewczyny, zakrywając odsłonięte nogi i koronki dessous. Złem, psim wzrokiem przebiegł po twarzach otaczających go mężczyzn, zatrzymał się na twarzy policjanta, na wyczyszczonym numerku kołnierza.
— To ja ją zabiłem! — powiedział obojętnym, nienaoliwionym głosem, nie spuszczając oczu z policjanta.
Tłum zafalował w podnieceniu. Policjant nastroszył się.
Rudy mężczyzna przypadł znów twarzą do twarzy nieruchomej dziewczyny i długo pozostawał w tej pozycji. Wyczuwając niejasno uroczystość chwili, policjant postanowił przeczekać. Wreszcie, znajdując, że ta niema scena przeciąga się zbyt długo, ręką delikatnie dotknął ramienia mężczyzny.
Gdy rudy człowiek odwrócił ku niemu twarz, wszystkim nagle zrobiło się nieswojo. Pozlepiane, rozwichrzone włosy kosmykami spełzały mu na oczy. Na czole, jak postronki, ściągające gotową pęknąć czaszkę, wystąpiły mu dwie czarne żyły. Twarz nalana krwią była ponsowo-sina.
Tłum cofnął się w popłochu. Nawet nieustraszony policjant wolał przezornie odstąpić parę kroków.
Rudy człowiek podniósł pięść i pogroził nią w kierunku cofających się gapiów.
— Wszyscy powyzdychacie, dranie! — krzyczał ochrypłym, piskliwym głosem, potrząsając w powietrzu pięścią. — Nie było na was kary! Ja jestem wasza kara! To ja wytrułem was, jak szczury! Ja ukradłem od Pasteura probówki z dżumą! Ja zatrułem stację filtrów! Uciekajcie! Ratujcie się! Nie schowacie się nigdzie!
Tłum w popłochu i przerażeniu odstępował piędź za piędzią.
— Nie uciekniecie nigdzie! Koniec! — ryczał rudy człowiek, wymachując kułakiem w stronę bulwaru Arago. — Nie powyzdychacie od zarazy — przyjdą tamci, z za murów! Tysiące! Dziesiątki tysięcy! Za mnie! Za moją krzywdę! Za wszystkich! Kamień na kamieniu po was nie zostanie! Dranie! Bydlaki! Ścierwy!
Z twarzą, nabiegłą krwią, rudy człowiek parł wprost na rzęsiście oświetloną werandę.
Goście, w panice przewracając krzesła, cisnęli się do wnętrza. Zabrzęczało szkło. Kobiety z piskiem chowały się pod stoliki. Ktoś zapiał przeciągle:
— Na pomoc! Rabują! — i nagle umilkł.
— Policja! Gdzie policja? Czyż naprawdę niema policji? — zanosił się w histerycznym ataku wrzaskliwy głos kobiecy.
Wtedy, wśród powszechnego zamieszania, z za stolika w rogu podniósł się słuszny jegomość, sądząc po szerokości bar — sportsman, i zamierzywszy się, jak rakietą, ciężką butelką szampana, cisnął nią w zbliżającego się rudego człowieka. Prysło szkło. Krew, zmieszana z winem, roziskrzoną, musującą strugą chlusnęła na taras.
— Raz go, a dobrze!
— Jeszcze go raz!
— My tu mamy zdychać? A on co?
— Może naprawdę zatruł? Przecież pisały gazety, że od Pasteura ukradli probówki z dżumą!
— Na pewno zatruł! Bandyta! Po mordzie widać!
— Zatłuc zbója!
— Bij chama! — zahuczało kilkadziesiąt rozbestwionych głosów.
— Panowie, przecież to warjat! — krzyknął ktoś, lecz krzyk, jak kamień, utonął w morzu tumultu.
— A dżuma skąd?
— A probówki?
— Wiadomo, że zatruł!
— Zabić psa!
Pod ciosem trzeciej, celnie wymierzonej flaszki rudy człowiek zachwiał się i chlustając krwią, runął na chodnik. Nakryła go fala rozjuszonych ludzi, las podniesionych lasek, szczęk tłuczonych syfonów i przejmujący pisk kobiecy.
Kiedy fala odpłynęła, na trotuarze pozostała nieruchomo spłaszczona czerwona gomółka.
Majestatyczny policjant, który gdzieś się zawieruszył i nagle odnalazł, z grymasem obrzydzenia odwrócił się w inną stronę. W ciągu pięciu minut kawiarnia opustoszała.
O godzinie pierwszej w nocy na murach miasta ukazało się obwieszczenie prefektury, nakazujące przerwanie uroczystości i zabraniające zbiegowisk. Ukazało się zresztą, jak zazwyczaj, poniewczasie, gdyż ulice opustoszały już doszczętnie same. Ostatnich upartych tancerzy, wijących się w konwulsyjnych drgawkach, karetki pogotowia odwiozły do szpitali powszechnych.
Nocne wydania gazet, których nie czytał już nikt, prócz samych kolporterów, notowały za dzień 15 lipca sześćdziesiąt tysięcy wypadków.
Na ulicach panowała pustka i cisza. Auta kursowały prawie wyłącznie z chorągiewkami czerwonego krzyża.
16 lipca na murach Paryża ukazało się drugie orędzie prefektury. Prefektura donosiła, że, celem umiejscowienia wyjątkowo złośliwej epidemji i zapobieżenia rozszerzeniu się jej na całą Francję, Paryż otoczony został w nocy kordonem wojsk. Wszelkie próby wydostania się poza obręb miasta są bezcelowe i karane będą śmiercią. Prefekt wzywał mieszkańców do spokoju i rozwagi, oraz do nieopuszczania mieszkań.
Dzień przyszedł blady, chwiejny i skwarny. Sklepów nie otwierano. Na jezdniach, jak zastygłe w rozsypce, widniały nieruchome krzesła kawiarń.
Tanie papierowe lampjony kołysały się nad bezludnemi ulicami, jak bańki nad stężałą topielą. Połowa gazet nie wyszła.
Radiostacja donosiła, że do południa zanotowano sto sześćdziesiąt tysięcy śmiertelnych wypadków. Wszystkie ambulanse miejskie, oraz samochody urzędowe, obrócone na karetki pogotowia, nie mogły nadążyć na miejsca wypadków. Szereg instytucyj publicznych zamieniano pośpiesznie na szpitale. Przewidywano przymusową rekwizycję prywatnych aut po garażach dla usług czerwonego krzyża.
O godzinie szóstej wieczorem stacja Eiffla podała wiadomości polityczne.
Spędzający swe wakacje nad morzem prezydent republiki przybył do Lionu, dokąd zawezwano niezwłocznie przez radjo większość przebywających na wywczasach deputowanych i senatorów, oraz bawiących na prowincji członków rządu. Na godzinę dwunastą w nocy w Lionie zapowiedziane zostało nadzwyczajne posiedzenie izby deputowanych, pod osobistem przewodnictwem prezydenta republiki, celem omówienia pożałowania godnych wypadków dni ostatnich.
Paryż wymierał cicho i dostojnie pod zgiełkliwy marsz żałobny samochodowych trąbek i jazz-bandowy klekot dzwonów. Radio na Eifflu notowało pół miljona śmiertelnych wypadków.
Na piąty dzień, wbrew zakazowi prefektury, paryżanie, stłoczeni w niecierpliwem oczekiwaniu w mieszkaniach, skąd nie nadążano uprzątać nieboszczyków, wylegli w rozterce na ulice. Ktoś rzucił hasło, że najlepszym serum przeciwko dżumie jest alkohol. Zapulsowaly bistros. Strzeliły korki. Zagrzechotały jazz-bandy. Zamigotały na nowo szyldy hotelików. Opętany Paryż ogłuszał się winem.
Łożyskami ulic, wstęgą wyślizganego, strumieniącego się asfaltu, płynęły stada aut, jak martwe, bezwładne ptaki, unoszone na powierzchni czarnego, połyskliwego nurtu.

Na Sacré-Coeur biły dzwony.
Z Notre-Dame, z Madeleine, z małych rozrzuconych kościołów odpowiadały im płaczliwym podźwiękiem dzwony Paryża.
Psychoza religijna ogarniała powoli, lecz systematycznie, coraz szersze kręgi ludności.
Głuche, jękliwe dzwony nad miastem ołowianemi pięściami tłukły we wklęsłą śpiżową pierś, i z wnętrza kościołów odpowiadał im łomot kurczowo zaciśniętych rąk i gorzki pobożny mamrot. Nabożeństwo z wystawieniem sakramentu trwało bez przerwy, odprawiane przez woskowych księży, słaniających się ze zmęczenia.
W cerkwi na ulicy Daru metropolita w złotych ryzach gęstym, dostałym basem czytał ewangelję i dzwony dzwoniły wszystkie, jak w dzień wielkanocny.
W synagodze przy ulicy Victoire nad pasiastym tłumem w tałesach płonęły świece, i ludzie, jak języki niewidzialnych dzwonów, kołysali się w wahadłowych ruchach, a powietrze, jak dzwon, odpowiadało lamentem.
Rozproszkowani w olbrzymiej kadzi miasta ludzie, w obliczu wszystko niwelującego strychulca śmierci, czepiali się kurczowo, w ślepym pędzie odśrodkowym, każdego elementu własnej odrębności, zbijali się, jak opiłki żelazne dokoła biegunów magnesu, dokoła świątyń własnego obrządku. Wieże kościołów, cerkwi i meczetu odprowadzały w niebo, jak piorunochrony, rosnący z każdą chwilą, magnetyczny prąd odrębności, zbijający rozproszone stado ludzkie w samoistne kompleksy rasowe i religijne.

Pierwszy wybuch nastąpił w środowisku, wyodrębnionem najbardziej już samym pigmentem swej skóry i pozbawionem własnego piorunochronu-świątyni.


II.

Okno jest obrazem, przybitym na martwym, kamiennym prostokącie szarej ściany dnia.
Domy na placu Panteonu mają po trzydzieści sześć okien: sześć rzędów po sześć. W domu pod numerem 17, szóste okno w trzecim rzędzie świeci zawsze za dnia bielą niezamalowanego płótna, matową plamą zatrzaśniętej okiennicy, niepokojące, jak zasnute bielmem oko ślepca, wlepione uporczywie w uroczysty profil Panteonu.
Ulicami przejeżdżały już wieczorne patrole trupiarek, zabierające z domów i jezdni zwłoki zmarłych w ciągu dnia i sygnałem przejmującego dzwonka zawiadamiające o tem żywych, gdy P’an Tsiang-kuei, w pyjamie i pantoflach, pchnął ręką bezwładne skrzydło okiennicy i ukazał się w kwadracie futryny, z namydloną do połowy twarzą.
Skończywszy golić się przed lustrem, P’an Tsiang-kuei wytarł starannie twarz, ręce i całe ciało jakimś przezroczystym rozczynem, długo i skrupulatnie płukał usta, skropił z pulweryzatora przygotowaną bieliznę i ubranie. Dokonawszy tych przedwstępnych czynności, P’an Tsiang-kuei szybko ubrał się, wciągnął na ręce szare rękawiczki, omotał szyję szczelnie szalem (sposób, by jak najmniejsza powierzchnia skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią zadżumionego powietrza) i szybko zbiegł po schodach nadół.
W niewielkiej chińskiej restauracyjce było o tej porze tłoczno i gwarno. Ze znalezienia wolnego stolika trzeba było zgóry zrezygnować. Po krótkim wahaniu P'an Tsiang-kuei przysiadł się do stolika w rogu, zajętego przez samotnego starszego pana, nie Chińczyka, w złotych okularach i ze szpakowatą miotełką zaniedbanej bródki.
W milczeniu, nie patrząc na przypadkowego sąsiada, P’an Tsiang-kuei pochylił się nad dymiącym talerzem ulubionej zupy z jaskółczych gniazd.
Podnosił właśnie do ust ostatnią łyżkę, gdy naraz uczuł czyjeś ostre palce, wpijające mu się w łokieć. Przegięty przez stolik szpakowaty pan z bródką, wpatrując się w niego z ponad okularów i rumieniąc się, powiedział stanowczym, nieco drżącym głosem:
— Daruje pan, że go niepokoję. Mam z panem do pomówienia...

Gdyby wielokilometrowy film przeciętnego życia ludzkiego można było puścić raz wstecz, oko nasze, podobne wszystko przenikającej sondzie, zanurzone w niezgruntowany potok ludzkiego wnętrza, gdzieś, głęboko, natrafiłoby na punkt, na twardy, węgielny kamień, jakiś fakt, jakieś zdarzenie, obraz, nieokreślone, przelotne odczucie, wypłowiałe i zatarte, a przepojone tak dziwnym barwnikiem, że przepływający nad niem wieloletni nurt czasu na zawsze przyswoi już sobie jego nieuchwytny kolor.
W życiu P’an Tsiang-kueja, u spodu wszystkich wrażeń, doznań i rusztowań myślowych, leżał obraz.
Było to dawno, tak dawno, że niekiedy zapuszczająca się w te dziedziny pamięć — błądząc w nich poomacku, gubiła się w zwojach puszystej, wszystko niwelującej mgły, z której, jak kontury kosztownych i kruchych zabawek — z pokładów waty, wyłaniały się niepowiązane fragmenty jakiegoś innego świata przedmiotów.
Mały P’an, w pstrych przewiewnych łachmanach, pochłonięty był wówczas stawianiem tamy na rynsztoku jednej z wąskich i brudnych uliczek Nankinu, kiedy ujrzał przebiegającego ulicą ojca. Chudy, bosonogi rykszą, zaprzężony w dwa cienkie dyszelki, biegł truchtem, ciągnąc z trudnością po wyboistym bruku wózek z biało ubranym panem, o białej, jak ubranie, twarzy. Bose pięty rykszy raz wraz migały w powietrzu, a po chudej, stężałej od wysiłku twarzy wąskiemi strumykami nienaturalnego deszczu spływał pot.
P'an Tsiang-kueja uderzyła wówczas po raz pierwszy szeroka, niesamowicie biała, jakby obrzękła, twarz białego pana; dziwnie wypukłe oczy o rozszczepionych powiekach i wyraz spokoju, godności i samozadowolenia, zastygły w jej zaokrąglonych rysach.
Od czasu tego minęło wiele długich, znojnych dni i krótkich, łagodnych nocy, obraz zatarł się i wyblakł, zawieruszył się gdzieś wtyle, w zwojach puszystej, jak wata, mgły. Został cierpki, lotny posmak, otulający już na zawsze świat i rzeczy swoim niematerialnym pokrowcem.
Biała, szeroka twarz o nalanych policzkach, o rozcapierzonych powiekach na nienaturalnej wypukłości oczu, zatraciła swą konkretną cielesność, stała się symbolem, rezerwuarem wydzielającego się ze wszystkich porów, piekącego kwasu nienawiści.
Kiedy w trzy lata później, w mdlący od spiekoty dzień czerwcowy, miłosierni sąsiedzi przynieśli z miasta i ciężko położyli na podłogę nieruchomego szklanookiego rykszę, powalonego gdzieś na skrzyżowaniu ulic, przez nagły krwotok, — maleńki P'an nie płakał, nie czepiał się nóg śpieszących do przerwanych zajęć sąsiadów. Uważnie, z zaciekawieniem obejrzał czarne, otwarte usta ojca — niepojętą, tajemniczą grotę z czerwonemi, zwisającemi stalaktytami, chude, kościste nogi, zakończone parą ogromnych stóp, rozdeptanych, jak stare, znoszone pantofle, — i poważnie, z namysłem, pogroził komuś w stronę okna dziecinną piąstką, jak poprzedniego dnia tragarz Pao-Czang swemu krzywdzicielowi, sklepikarzowi Ling-Ho.
Potem przysiadł na podłodze i znalezionym gdzieś na ulicy, połamanym wachlarzem zaczął odpędzać zwabione zapachem krwi muchy, garnące się chmarą do otwartych ust nieboszczyka. Szkliste oczy trupa, połyskujące mętnie, utkwione były tępo w sufit, i w oczach nie było przerażenia, nie było bólu, tylko bezgraniczne, ciche zdziwienie.
I wtem — może ciało zaczęło schnąć od nieznośnego gorąca, a może po prostu wewnątrz pękł jakiś gruczoł — z prawego oka zmarłego wytoczyła się wielka łza i wolno popełzła w dół po żółtej, pomarszczonej twarzy.
Mały P’an nigdy nie widział płaczących nieboszczyków, nie przyszło mu do głowy zagłębiać się w analizę tego niezwykłego zjawiska; poprostu, w panicznym strachu, zerwał się na równe nogi i pędem wypadł z komórki. Długo biegł wzdłuż wąskich, krętych zaułków, pośród trajkocących kolasek, dokąd oczy poniosą.
Wieczorem, na wybrzeżu, między workami z ryżem, znaleźli go marynarze, długo cucili kopniakami i, napoiwszy go gryzącą wódką z kao-leengu, pozostawili na nocleg w śpichlerzu.
P’an Tsiang-kuei miał wówczas siedm lat.
O głodzie przywykł żyć oddawna — matki nie znał — teraz jednak trzeba było dawać sobie radę już wyłącznie własnym przemysłem. W lecie — noclegi na wybrzeżu, pod gwiazdami. W dżdżyste miesiące — po cudzych zakamarkach, na strychach, w śpichrzach. A schwytali — bili długo i ze smakiem. Nie krzyczał, częściej kąsał. Pewnemu mandarynowi, który capnął go za warkocz, tak wpił się zębami w rękę, że mandaryn wrzasnął wniebogłosy, na krzyk zbiegli się sąsiedzi i, niechby się nie zjawił w tej chwili na ulicy przypadkowy pogrzeb, zatłukliby go z pewnością na śmierć.
Jadł, co popadnie, trafiało się zaś niewiele. Kradł kości psom. Psy do reszty podarły na nim łachmany, niekiedy zawadziły i o ciało. Ujrzawszy go zdaleka, złowrogo szczerzyły zęby. Stosował przeważnie kuchnię jarską. Zbierał na wybrzeżu rozsypane przy ładowaniu ziarna ryżu. Gotować nie miał gdzie. Jadł na surowo, długo i smakowicie żując każde ziarno.
Mimo to starannie unikał pokusy ludnych targów, gdzie tłuści straganiarze za kilka „tunzer“ częstowali gościnnie przechodniów smaczną zupą z herbaty, lub pachnącem winem ryżowem, gdzie na straganach górami piętrzyły się owoce, ciastka na kunżutowem maśle, kawałki trzciny cukrowej i tym podobne przysmaki. Przechodząc — nie wytrzyma, w nosie załaskoce go korzenny, przesłodzony zapach, ani chybi — świśnie trzcinę cukrową, co najgrubszą, a potem — zmykaj zdrów! — nie umkniesz nigdzie, wśród zsuniętych szczelnie straganów, jak ukarany żołnierz — przez szpaler, napróżno zasłaniając grzbiet przed uderzeniami rozwścieczonych przekupni. Po takich eskapadach tydzień łamało go w plecach i twarda pościel z lössu wydawała mu się szczególnie niewygodną.
Za dnia, ilekroć nie bawił się z innemi bezdomnemi brzdącami, najbardziej lubił spacerować po ulicach dzielnic handlowych, przypatrywać się zawiłym rysunkom liter, kunsztownie wykaligrafowanym na zwisających szarfach szyldów. Litery kołysały się, wymyślne i cudaczne, jak filigranowe domki z zapałek, zdawało się, lada chwila gotowe runąć, trzymały się mocno, niewzruszenie, zbudowane przez niewiadomego czarodzieja-architekta. Lubił godzinami w niezrozumiałych hieroglifach doszukiwać się znajomych konturów. O, ta litera frywolnie zadarła wgórę nóżkę, jak baletnica na jarmarku, a ta, druga, jakby drażniąc się z kimś, pokazuje mu „nosa“. Kapryśne kompozycje kreseczek i haczyków, dla innych jasne i znajome, dla niego — niedorzeczne i dzikie, zagadkowością swoją paliły dziecinny mózg.
Niekiedy zapuszczał się na peryferje, gdzie, w ażurowym domku ze słupków, czterdziestu chłopaków z oczyma utkwionemi w tajemniczych deseniach, kołysząc się nieskładnie, wykrzykiwało na wyprzódki jednosylabowe, nosowe dźwięki, podpowiadane z katedry przez pomarszczoną cytrynę w okularach i długim chałacie. Przyczajony za werandą P’an chciwie łowił gwar rozstrzelonych głosów. Cytryna w okularach wtajemniczała dzieci bogatych kupców w ukryte znaczenie nierozwikłanych znaków.
Zczasem zaczął częściej zaglądać w inne miejsce. Nieopodal targu, na ulicy, pod dziurawym, wypłowiałym parasolem, stary siwy kaligraf cienkim pendzelkiem malował na długich zwojach jedwabiu tasiemce wzorzystych liter. Mały P’an, przylepiony do ściany, zachwyconemi oczyma biegł za zmyślnemi poruszeniami zwinnego pendzelka. Pałeczki rosły, rozgałęziały się, łączyły w misterne figury, litera podpełzała pod literę i podnosiła ją na barach, jak akrobata, za chwilę wystrzelała już wgórę równa, chybotliwa piramida, i kaligraf, ważąc w dwóch palcach czarodziejski pendzelek, uśmiechał się z dumą.
Był to jedyny człowiek, który nie odpędzał małego P’ana i, widząc pilność chłopca, oczy zakochane i ciekawe, uśmiechał się przyjaźnie.
W dni, kiedy klientów było mało, i wykaligrafowane na jedwabiu wzory mądrych maksym powiewały bez celu na wietrze, na próżno usiłując zatrzymać śpieszących się dokądś przechodniów, dawał chłopcu podniesiony z ziemi, zepsuty zwitek i pendzelek i uczył go stawiać pierwsze znaki. Pod dotknięciem drżącej nabożnie, niewyszkolonej dziecięcej ręki wyrastały gryzmoły, z trudnością utrzymywały równowagę, aby za chwilę rozsypać się rumowiskiem składowych kresek.
Zresztą wkrótce chłopiec zgłębił mądrość pisania. Zmontowane niewidzialnemi zawiasami pałeczki trzymały się krzepko: spróbuj zdmuchnąć! Oto z sześciu słupków — prawdziwa pagoda, z dachem i wszystko, jak się patrzy, a trzyma się na jednej cieniutkiej nóżce, zachowuje idealną równowagę. Zamiast tajemniczej, skomplikowanej gmatwaniny kreseczek — słowa. Oto — drzewo, oto — ziemia, a oto — człowiek, biegnie, nie zatrzyma się, tak zamaszyście nogę zadarł w rozpędzie.
Zczasem wyjaśniło się, że i słowa, i przedmioty — wszystko to tylko pozór. Sedno rzeczy tkwi nie w nich, lecz w kreskach. Coprawda, nie w tych, wypełzających z pod pendzelka, lecz w innych, tajemniczych i niezgłębionych.
Stary kaligraf w długie, wolne godziny oświecał duszę czytaniem świętej księgi przemian „Y-King“. Na skorupie żółwia widnieją wyryte sześćdziesiąt cztery kreski — „kua“ i w nich zawarta została cała zagadka bytu. Odcyfrować jej do końca nie był w stanie ani najmędrszy Fu-hi, ani światły Kon-Fu-tse, ani tysiąc czterystu pięćdziesięciu komentatorów, głowiących się nad nią od wieków. Jakże tu marzyć o przeniknięciu jej biednemu kaligrafowi, co posiadł napamięć wszystkie kombinacje linij, włącznie do tych, które wchodzą w skład świętego wzoru „kua“!
Mały P’an nie zrozumiał z tego wszystkiego literalnie nic, albo raczej zrozumiał to po swojemu. Biegał za miasto łapać żółwie i długo szukał na ich skorupie świętego wzoru. Nie znalazłszy go, rozbił skorupę kamieniem, chcąc zobaczyć, czy nie schowano go czasem wewnątrz. Nie znalazł nic. Najmędrszy Fu-hi okazał się zwykłym oszustem.
Powróciwszy do miasta, P’an nie podzielił się z nauczycielem swojem odkryciem, nie chcąc go martwić. W milczeniu bił się z myślami. Niesposób pozwolić, aby nauczyciel dłużej trwał w błędzie! Długo rozważał sposoby działania i wreszcie znalazł. Kiedy zmęczony upałem nauczyciel chrapał w najlepsze na swem krześle, P’an ostrożnie wyciągnął źródło wszystkich błędów, świętą księgę „Y-King“, i pomknął z nią na wybrzeże. Wypatrzywszy odpowiednią chwile, niepostrzeżenie cisnął ją w rzekę.
Kaligraf, po przebudzeniu, nie znajdując książki, zaniósł się głośnym lamentem. Otoczyli go gapie. Znaleźli się sąsiedzi, którzy widzieli małego P’ana, pędzącego do miasta z książką pod pachą.
P’ana schwytano. Bito gruntownie i długo. Żądano, by się przyznał, komu sprzedał książkę. Nie wydobywszy zeń nic, nawpół żywego wyrzucono go na ulicę.
Ze zdumieniem rozcierał siniaki. Dobrze, bili go — do tego przywykł. Ale jakże się to mogło stać, że dobry wujcio-kaligraf był przy tem, widział i nie wstawił się? A więc i on nie lepszy? A więc nie warto było martwić się jego błędami, nie warto było kraść książki. Nie warto przyjaźnić się z ludźmi. Spróbuj tylko odebrać im najlichszą kość, — pokąsają cię, jak psy.
Jak tu jednak w wielkiem, ludnem mieście obejść się bez człowieka? W mieście co rzecz — to zagadka. Któż objaśni? Trzeba było pójść na kompromis.
Przewędrował do wschodnich dzielnic. Ulice były tu szersze. Po bokach piętrzyły się kamienne domy, symetryczne, jak pudełka. Po szynach mknęły szklane wagony i w powietrzu rozbrzmiewał nie milknący ani na chwilę huk. Dziwniejsze od domów, dziwniejsze od wagonów były niesamowite kolaski, pędzące ulicami, bez szyn, bez koni, bez rykszów, za poruszeniem nie dotykającego ziemi, niepojętego, sterczącego w powietrzu koła.
Pewnego razu, przechodząc obok jakiegoś magazynu, P’an spostrzegł: stoi wóz, naładowany po sam wierzch kolorowemi pudłami, a zprzodu, zamiast dyszla, zwisa duża korba. Jak tu nie pokręcić? Obejrzał się — dokoła ani żywej duszy. Nie wytrzymał, podbiegł do korby i zakręcił, co sił w rękach. Wóz zawarczał donośnie, jakgdyby z wewnątrz odezwała się cała sfora psów.
Z magazynu wyszedł człowiek w zasmarowanym skórzanym fartuchu. P’an przezornie odskoczył na przeciwległy chodnik.
— To ty, pędraku? Przejechaćbyś się chciał? Siadaj, pojedziemy.
Skośne oczy człowieka w fartuchu uśmiechają się przyjaźnie.
P’an najeżył się: „Znamy się na tem! Nęci, żeby podejść bliżej, a potem wlepi takiego szturchańca, że rok popamiętasz!“ Lecz mimo wszystko nie uciekł. Z bezpiecznej odległości przyglądał się właścicielowi warczącego wehikułu.
— Czego się boisz, smyku? Siadaj, nie zjem cię. Przejedziemy się.
Nie na żarty widać chciało się przejechać małemu P’anowi. Postanowił zaryzykować. Uderzy — pal go sześć. Siniec — wielka mi parada. A nuż naprawdę przewiezie? Ostrożnie zbliżył się do wozu.
— Właź tutaj. Nie bój się. Naści wolne miejsce.
Siadł. Poczciwiec dotknął koła. Wóz ruszył.
Po drodze człowiek w fartuchu rozgadał się. Nazywa się Czao-Lin. Pochodzi z Kuci-Czeu. Miał tam takiego, jak P’an, synka, ale umarł mu podczas głodnego roku, za jego pobytu w Europie. I żona umarła. Teraz osiadł w Nankinie, jako szofer pewnego wielkiego domu towarowego.
Był rozmowny i prosty. Dał P’anowi banana i woził go do wieczora, dostarczając po mieście sklepom kolorowych pudełek. Wypytał o rodziców. Użalił się. Przy pożegnaniu wetknął mu do ręki pomarańczę i dorzucił:
— Przychodź jutro pod magazyn. Pojeździmy.
W ten sposób zaprzyjaźnili się. Co rana, na jednym i tym samym rogu, czekał P’an na ciężki wehikuł z kolorowemi skrzynkami, zwinnie wdrapywał się na siedzenie, brał przygotowaną dla niego garść bananów, niekiedy nawet kawałek trzciny cukrowej i, żując je smakowicie, przypatrywał się zgóry przechodniom.
Smakowitsze od bananów, nawet od trzciny cukrowej, były opowiadania rozmownego wujcia o dalekich, zamorskich krajach, które zwiedził za młodu. Podobno (tak przynajmniej zapewniał wszędobylski wujcio), ziemia wcale nie jest płaska i nie kończy się morzem, lecz okrągła, jak kulka. Wyjedzie człowiek z Nankinu, przejedzie cały świat i znów wróci na to samo miejsce, skąd wyjechał. Wszystko to wydawało się P’anowi dziwne i nieprawdopodobne. Ale wujcio zaklinał się, że to prawda, i nie wierzyć mu było niesposób, — wszystko widział na własne oczy. Mówił, że biali ludzie dowiedli już tego oddawna.
Raz nawet wyciągnął z kieszeni ładny oprawiony notes, a na końcu wklejony był obrazek, — nie obrazek, lecz mapa całego świata. Dwie okrągłe półkule, jak skorupa żółwia, a na półkulach, jak na skorupie — gmatwanina niezliczonych linij: ziemia, morze, Nankin, Chiny, świat.
Tak, było to niewątpliwie to samo tajemnicze „kua“ — sześćdziesiąt cztery święte linje, których on, głupiutki P’an, daremnie szukał na skorupie zdradzieckiego żółwia. Biali ludzie rozwiązali zagadkę najmędrszego Fu-hi!
Gdyby nie był go skrzywdził dziadzio-kaligraf, P’an pobiegłby do niego natychmiast podzielić się z nim swem oślepiającem odkryciem. Lecz, przypomniawszy sobie sińce i rozbity nos we krwi, najeżył się. Krzywd nie zapominał.
Za to zagadkowi biali ludzie, których nienawidzili wszyscy, nawet łagodny dziadzio-kaligraf, urośli w jego oczach do rozmiarów czarodziejskich, wszechwiedzących istot. Czao-Lin opowiadał o nich wiele niezwykłych rzeczy.
Gdzieś, o wiele, wiele „li“, stoją olbrzymie, potworne miasta, gdzie biali ludzie mieszkają w wielopiętrowych skrzyniach, i w skrzyniach tych, zamiast schodów, wgórę i wdół pędzą ruchome pudełeczka, podrzucając w jednej chwili mieszkańców na najwyższe piętra. Pod ziemią, długiemi rurami, mkną, jak błyskawice, wagony, przewożąc w ciągu minuty przechodniów o dziesiątki „li“. Aby biały człowiek nie potrzebował trudzić się sam, dniem i nocą w wielkich fabrykach pracują na niego ogromne maszyny, wyrzucając mu odrazu gotowe rzeczy. Chcesz ubranie — bierz i wkładaj. Chcesz kolaskę — siadaj i jedź. Ani rykszy, ani koni. Wszystko maszyna. Dziwne, ciężkie słowo — aż bucha od niego rozpalonem żelazem. Nawet poto, aby zabijać wrogów — nie pojedyńczo, lecz hurtem — biali ludzie wymyślili podobno też specjalne maszyny.
Kiedyś P’an zdumiony zapytał:
— A dlaczego biali ludzie, kiedy im tak dobrze u siebie, przyjeżdżają tu, do nas, jeździć na naszych niewygodnych wózkach?
Czao-Lin roześmiał się:
— Biali ludzie lubią pieniądze. Na pieniądze trzeba zapracować. Biali ludzie nie lubią pracować. Lubią, żeby na nich pracowano. Tam, u nich, pracują na nich maszyny i ich właśni, biali robotnicy. Ale białym ludziom ciągle za mało pieniędzy. Dlatego przyjechali do Chin i zaprzęgli wszystkich Chińczyków, aby ci pracowali na nich. Białym ludziom pomagają w tem cesarz i mandaryni. Dlatego to właśnie lud chiński żyje w takiej nędzy, że musi pracować i na mandarynów, i na cesarza, i przedewszystkiem na białych ludzi, którzy potrzebują dużo — dużo pieniędzy, i nic mu nie pozostaje dla siebie samego.
A więc z białymi ludźmi trzeba walczyć? Więc to — najeźdźcy, jak mawiał dziadzio-kaligraf. Ale jak tu z nimi walczyć, kiedy oni poznali istotę rzeczy, rozwiązali nawet tajemnicze „kua“, nad którem daremnie łamali sobie głowę i najmędrszy Fu-hi, i światły Kon-Fu-tse, i tysiąc czterysta pięćdziesięciu komentatorów, i nawet sam dziadzio-kaligraf? Kiedy oni mają maszyny do robienia wszystkiego i maszyny do zabijania? Jakże tu z takimi walczyć?
I Czao-Lin mówił: Narazie nie można. Trzeba się od nich uczyć. Naród chiński jest najliczniejszy ze wszystkich narodów. Gdyby umiał to wszystko, co umieją biali ludzie, byłby najpotężniejszym narodem na świecie i nie musiałby pracować na białych ludzi.
Od takich rozmów małemu P’anowi kręciło się w głowie i młotem dudniło w skroniach. Po nocach śniły mu się olbrzymie, żelazne miasta, gigantyczne, potworne maszyny z rozdziawionemi, stalowemi paszczami; z paszcz ich wylatywały potokiem gotowe ubrania, kapelusze, parasole, kolaski, domy, ulice, miasta... I budząc się w nocy, P’an marzył: wyrośnie, przedostanie się tam — pieszo oczywiście nie da rady, no, powiedzmy, okrętem — podpatrzy, wytropi i wykradnie tajemnicę białych ludzi, powróci z nią do Chin, pobuduje wszędzie olbrzymie maszyny, a przy maszynach (Czao-Lin mówił, że nawet przy maszynach niezbędni są robotnicy) — postawi białych ludzi, tych, co to nie lubią pracować, i zmusi ich do pracowania dzień i noc, żeby odpoczywali sobie zahukani, zamęczeni, wygłodniali Chińczycy.
Niekiedy wyjeżdżali z Czao-Linem za miasto rozwozić skrzynki po podmiejskich osadach, i wówczas Czao-Lin, śmiejąc się, dawał P’anowi do rąk kierownicę i uczył go powozić wehikułem. Jak się okazało, to żadna sztuka. Pod dotknięciem drżącej dziecinnej ręki i nóg wóz toczył się posłusznie, skręcał, przyśpieszał i zwalniał biegu, jakgdyby nie zauważał, że kieruje nim nie Czao-Lin, lecz mały chłopczyk P’an. Nazywał się niezrozumiale: Au To Mo-bil.
Później P’an przekonał się, że to nie imię, lecz nazwisko. Imiona miewał inne. Jeżdżąc po mieście, Czao-Lin uczył P’ana po zewnętrznych oznakach rozpoznawać imię każdego pojazdu. Imiona bywały dziwne, zapamiętywał je z trudnością: Bra-Zje, Pa-Nar, Dai-Mler, Na-Pjer, Re-No.
Raz, po drodze, wyminęli czarny, lakierowany wóz, zgrabny i zbytkowny, jak czarodziejski palankin z firankami w oknach i miękkiemi, szaro-aksamitnemi poduszkami. Nazywał się jeszcze dziwaczniej: Mer Ce-des. Czao-Lin odprowadził go rozmiłowanym wzrokiem:
— Na takiej maszynie cały świat objedzie!
P’an zaciekawił się:
— A do Europy na takiej dojedzie?
— I do Europy dojedzie.
P’an obejrzał się z zachwytem. Ale pojazdu już nie było. Zniknął.
Żył w tym okresie P’an przeważnie bananami wujcia Czao-Lina, niekiedy jednak zdarzało mu się samemu zarobić kilka „tunzer“. Włócząc się po ulicach, nietrudno podwinąć się pod rękę jakiemuś panu, — i interes ubity. Pobiec z listem gdzieś, na koniec miasta, i na jednej nodze wrócić z odpowiedzią. Odznaczał się rzadko mocnemi i żartkiemi nogami (najwidoczniej odziedziczył je po ojcu, który słynął jako pierwszy wyścigowiec). Przebiegnie kłusem dwie lub trzy dzielnice i — jazda zpowrotem! Zarobek — w kieszeni.
Podobnie i owego dnia. Jakiś tłusty cukiernik posłał go z listem do wspólnika. Za odpowiedź — dwa tunzer i na dodatek ciastko. Puścił się cwałem.
Było daleko. Za miastem ładna, czyściutka aleja; zieleń, a wśród zieleni, jak filigranowe klocki — białe sześciany willi. Czegoś podobnego nie widział nigdy. Szedł pomału, zapominając o pośpiechu. Wtem — stanął, jak wryty. Przed zamkniętą furtką, czarny, połyskujący, jak cudny palankin, stoi pochrapując cicho, on, czarodziejski Mer Ce-des. Nie mogło być wątpliwości, poznał go z pierwszego wejrzenia. Stoi, samotny, cichutko prychając w piasek. Nawet szofer dokądś się oddalił. Wystarczy wskoczyć na siedzenie, nacisnąć posłuszny pedał i — szukaj wiatru w polu! Na prawo, na lewo — rozgałęzione linje dróg, jak tajemnicze „kua“ na świętej żółwiej skorupie. Wdali, za górami, za lasami — gigantyczne żelazne miasto Eu Ro-pa.
Ze wzruszenia aż upuścił list. Obejrzał się dokoła, — nikogo. W uszach natrętnie dźwięczał mu głos Czao-Lina.
— Na takiej maszynie cały świat objedzie!
Wahał się. A w głowie, jak w ulu, — pszczeli rój.
Nie, nie wytrzymał. Wygięty, jak kot, jednym susem skoczył na siedzenie. Gorączkowo włączył motor. Szarpnął kierownicą. Auto potoczyło się miękko. Zwiększył szybkość. Po bokach przemknęły w szalonym tańcu wille, drzewa, rozwinięty ze świstem wachlarz sztachet. Naprzełaj, w nieskończoność — długa miedza drogi. Ludzie opasali kulę ziemską drogą jak pęknięty garnek drutem. Żegnaj, Nankinie, szturchańce, guzy, niedogryzione kości, zły kaligrafie, Yan Tse-kiangu, unoszący w swoich falach świętą księgę: „Y-king“, wujciu Czao-Linie — żegnajcie!
Nagle zdrętwiał. Na ramieniu wyraźnie uczuł czyjąś ciężką rękę. Obejrzał się i osłupiał. Z wnętrza karetki poprzez odsuniętą szybę przełaził biały pachnący pan z rozwścieczoną twarzą, usiłując przedostać się na przednie siedzenie. Stalowa ręka, jak kleszcze, schwyciła P’ana za kołnierz. Samochód pędził, jak strzała, miękko podskakując na wybojach. Przeskoczywszy wreszcie na przednie siedzenie, biały pan wyrwał P’anowi z rąk kierownicę i zaczął zatrzymywać samochód.
P’an, w pierwszej chwili, najzwyczajniej w świecie przeraził się i z nagłego przestrachu wypuścił kierownicę. Potrochu jednak zaczął przychodzić do siebie. Biały pan najwidoczniej przez cały czas siedział wewnątrz, za firankami, może czekając na szofera. Że też P’anowi nie przyszło odrazu do głowy zajrzeć wprzód przez okienko do środka! Teraz — wszystko przepadło. Zabije go, jak nic. Jedyny ratunek — wyślizgnąć się z rąk tego gościa i dać nura w zarośla.
Samochód stanął. P’an szarpnął się z całej siły i spróbował czmychnąć, lecz biały mocno przytrzymał go za kołnierz, wykrzykując coś w niezrozumiałym języku, prawdopodobnie klął. P’an zrozumiał tylko słowo „złodziej“, które biały od czasu do czasu powtarzał po chińsku. Trzymając P’ana lewą ręką i za kark, biały prawą zawrócił samochód. Pojechali zpowrotem. P’an spróbował ukąsić przytrzymującą go rękę, lecz w odpowiedzi otrzymał solidne uderzenie pięścią w podbródek. Zadzwoniło mu w uszach.
Jechali w milczeniu. Przed fatalną furtką biały zatrzymał samochód i zaczął kogoś głośno wołać. Z willi wybiegli ludzie i otoczyli maszynę. Biały wciąż wykrzykiwał jakieś niezrozumiałe słowa. Wyrywającego się rozpaczliwie P’ana schwycono i poniesiono w głąb, nie skąpiąc mu po drodze szturchańców. Po chwili oszołomiony P’an znalazł się w ciemnej komórce pod schodami. Drzwi zamknęły się za nim na klucz.
Z goryczą rozcierał obolały podbródek. Szarpnął drzwi — mocne, nie da rady. Nie ma co nawet próbować. Przepadł!
Po godzinie przyszli, wywlekli go z komórki i ponieśli na górę. W wielkiej, wspaniałej sali, gdzie podłoga błyszczała, jak wieko z laki, siedział biały pan z samochodu, jeszcze kilku białych i brzuchaty Chińczyk, mandaryn albo kupiec, w bogato wyszywanym jedwabnym chałacie.
Chińczyk od razu przystąpił do badania po chińsku:
— Pocoś kradł samochód? Kto cię podstawił? Wymień wspólników, — nie zrobimy ci nic. Nie wymienisz, — tak ci zerżniemy skórę, że wszystko wyłożysz na stół.
Milczał. I jak tu opowiedzieć takiemu brzuchatemu o żółwiej skorupie, o żelaznem mieście, o najskrytszej tajemnicy białych ludzi?
Zawołano służących. Przyszli dwaj Chińczycy z grubemi bambusowemi trzcinami, rozciągnęli P’ana na stole, zabębnili trzcinami po gołych piętach. Zawył.
— Wydaj wspólników!
Brzuchaty, jak żaba, skakał dokoła i skrzeczał:
— Nie wydasz, — lepiej ci jeszcze skórę złoją!
Bili długo, z przerwami na odpoczynek. Nie krzyczał, zaciął zęby do krwi. Nawet Chińczycy zmachali się. Nie wydobyto z niego nic. Brzuchaty, rozkładając ręce, zaszwargotał po cudzoziemsku z białym. Chińczycy zgarnęli P’ana pod pachę i ponieśli zpowrotem do komórki. Po drodze pieszczotliwie pogłaskali go po twarzy. Spytali: czy bardzo bolało? I dodali, jakby na swoje usprawiedliwienie:
— Biały pan każe bić, niema rady.
Wieczorem ukradkiem wsunęli mu do komórki miskę ryżu i spory kęs pieroga:
— Masz, nie płacz. Pokrzep się.
Zjadł, łakomie oblizując palce. Przycupnął w kącie, zamyślił się. Znowu bili go. I jutro na pewno będą. Biali, nic dziwnego — wrogowie. A ten brzuchaty? Z ubrania widać, że to bogacz. I on — z tamtymi. Służy przed nimi na dwóch łapkach. A więc to też wróg. Prawdę mówił Czao-Lin. Nietylko biali. I swoi. Cesarz, mandaryni, bogacze — wszyscy zmówili się razem. Uciskają. Nie pozwalają żyć. Wszyscy na nich się skarżą... Tamci, biali, wymyślili podobno maszyny do zabijania. Kiedy wyrośnie, wróci na takiej maszynie — tych, w wyszywanych chałatach, trzeba będzie wytępić przedewszystkiem.
Usnął z zaciśniętemi piąstkami.
Nazajutrz rano wyciągnięto go z komórki i poniesiono raz jeszcze na górę. Próbował stawiać opór. Nie pomogło. W sali sterczał już brzuchaty. Tym razem nie groził. Fałszywie szczerząc zęby, zaczął wypytywać:
— Gdzie ojciec?
— Niema ojca, umarł.
— A matka?
— Też niema.
— A krewnych masz?
— Nie mam.
— U kogo mieszkasz?
— U nikogo.
Powtórzył po cudzoziemsku białemu. Długo naradzali się, kiwając głowami. P’an podejrzliwie zerkał w stronę służących, czy nie niosą czasem wczorajszej trzciny. Nie przynieśli.
Natrajkotawszy się dosyta z białym, brzuchaty zwrócił się do P’ana po chińsku:
— Właściwie, należałoby cię, jako złodzieja, oddać policji, żeby, jak złodziejowi, założyli ci na szyję „kang“. Ale biały pan, to miłosierny pan. Biały pan lituje się nad sierotami. Wiele bezdomnych chińskich sierot poumieszczał już w dobroczynnych zakładach. Dlatego postanowił ci darować i nietylko więcej cię nie karać, ale, nadomiar swojej dobroci, umieścić cię w sierocym przytułku chrześcijańskich misjonarzy, żebyś pod ich kierownictwem zapoznał się z prawdziwą wiarą i nauczył się czcić wielkiego boga chrześcijan, który uczy, że kradzież, to wielki grzech. Idź i pocałuj w rękę swego dobrodzieja.
Skończywszy tę uroczystą tyradę, brzuchaty pociągnął P’ana za kołnierz do ręki dobrodzieja, lecz chłopak tak niedwuznacznie wyszczerzył zęby, że biały pan, przypominając sobie zapewne wczorajsze ukąszenie, pośpiesznie cofnął rękę.
Następnie P’ana poprowadzono znów przez salę i wpakowano do tegoż feralnego samochodu; razem z nim wsiedli do wnętrza brzuchaty Chińczyk i jakiś nieznajomy pan i samochód potoczył się w niewiadomym kierunku.
W białym kamiennym domu, dokąd wniesiono z samochodu opierającego się P’ana, kręciło się wielu białych ludzi w długich cudacznych sukniach. W przestronnej sali, na ścianie, P’an zauważył dziwne, płaskie drzewo dużych rozmiarów, o trzech szeroko rozcapierzonych końcach, i na drzewie, przybity za ręce, ze zwieszoną na bok głową, wisiał goły skurczony człowieczek. Najwidoczniej w ten sposób biali karzą złodziei! Za chwilę gotowi tak samo i jego: pocoś kradł samochód? Brzuchaty mówił wyraźnie: biały bóg zabrania kraść!
Wielkie okna sali wychodziły na ogród i w ogrodzie P’an zobaczył tych samych białych ludzi w długich, powłóczystych sukniach.
Brzuchaty Chińczyk i nieznajomy jegomość rozmawiali o czemś koło okna z długim panem w sukni. Od białych ścian, od dziwnego człowieczka, przybitego do drzewa, powiał nagle na P’ana śliski, lodowaty strach. Panowie, zajęci rozmową, odwrócili się do niego plecami. W odległości sześciu kroków czerniały zbawcze drzwi. Doliczywszy do trzech, P’an smyrgnął w nie jednym susem. W tej samej chwili drzwi otwarły się naoścież i P’an wpadł w objęcia wchodzącego długopołego dryblasa. Dryblas pochwycił go na ręce i poniósł, mimo rozpaczliwego oporu, w głąb białych, chłodnych korytarzy.
I P’an uświadomił sobie nagle jasno, że wszystko przepadło, że zamykają go w białej, cienistej piwnicy, że nie zobaczy już więcej nigdy trajkocących kolasek, długich szklanych wagonów, pstrych kolorowych skrzynek wujcia Czao-Lina, czarodziejskich palankinów na bezszelestnych pucołowatych obręczach, i w bezsilnej rozpaczy zaniósł się po raz pierwszy głośnym, dziecinnym płaczem, a płacz jego przedrzeźniały długo wąskie, bielone korytarze.
Miał wówczas P’an Tsiang-kuei dziesięć lat.

Do wieczora wyjaśniło się — nie taki znów djabeł straszny... W każdym razie nie był tu sam. W długiej sali, z łóżkami w dwa szeregi, zastał jeszcze kilkudziesięciu chłopaków. Od biedy jest z kim pogadać.
Kąpali. Myli. Obłóczyli go w długą koszulę do pięt. Wieczorem, przed spaniem, długopoły dryblas ustawił wszystkich na kolana koło łóżek i wszyscy chórem zaszwargotali jakieś podejrzane zaklęcia. Ze ściany, ten sam skurczony, goły człowieczek, przybity do rosochatego drzewa, straszył bolesnym grymasem wykrzywionych ust.
P’an wypytał o wszystko szczegółowo właściciela sąsiedniego łóżka. Czy bardzo biją? Odpowiedział: niebardzo. Co robią? Uczą cudzoziemskiego języka i wielu innych rzeczy. Poskarżył się na jedzenie: leguminę dają tylko raz w tygodniu, w niedzielę. Wogóle — nudno.
Wszedł „ojciec“ w długiej sutannie. Sąsiad momentalnie dał nura w poduszkę, udał, że śpi i to udał tak zmyślnie, że, nim tamten skończył swój obchód, chrapał już naprawdę. Trzeba było z resztą pytań zaczekać do rana.
Pierwszy raz w życiu P’an wyciągnął się na czystem, prawdziwem łóżku. Wydało mu się niewygodne. Poduszka jakoś nie pasowała do głowy. Odłożył ją nabok. Zato kołdra bardzo przypadła mu do gustu — ciepło. Miękka, wysłana oddechami cisza pokoju usposabiała do rozmyślań.
Cóż, w gruncie rzeczy nic strasznego. Jeżeli mikrus nie kłamie, zdaje się, że to poprostu szkoła. Uczą cudzoziemskiego języka i innych jeszcze rzeczy. Pouczyć się nie zawadzi. Tylko skąd też białym ludziom strzeliło do głowy uczyć chińskie dzieci? Prawdopodobnie jakiś szwindel. Niema obawy, dobrze z pewnością pilnują swojej tajemnicy. Zresztą trzeba będzie wybadać. Najważniejsze — nauczyć się cudzoziemskiego języka. Wtedy można będzie podsłuchać, co mówią między sobą biali ludzie. A nuż się wygadają. Trzeba mieć się na baczności. Nie prześlepić niczego. Wywiedzieć, co się tylko da.
Usnął, zwinięty w kłębek, jak jeż, — jeniec w nieprzyjacielskim obozie.
Potem — dni i tygodnie. Wiele dziwnych rzeczy i cudacznych opowiadań. Okazało się, naprzykład, że człowiek, przybity do drzewa, to wcale nie złodziej ani nawet wogóle nie człowiek, lecz prawdziwy, najprawdziwszy bóg. Pulchniutki ojciec Franciszek mawiał, że ten bóg naumyślnie przemienił się w człowieka, żeby cierpieć za wszystkich, nawet za niego, za małego P’ana. Podobno jego też bili niezgorzej. Nie chciało się wierzyć. Z jakiej racji biały człowiek, choćby to był nawet sam bóg, miałby tam cierpieć za Chińczyków? Ojciec Franciszek opowiadał o nim wiele śmiesznych historyj. Naprzykład, kiedy go bito i wymierzono mu policzek, tamten nie oddawał, lecz podstawiał drugi. Masz, bij, ile wlezie! Zupełnie, jak błazen w cyrku na jarmarku. Ojciec Franciszek mówił, że pokora to wielka cnota. Ale co ma do tego pokora, jak biją? Nie bronić się — zabiją na śmierć. Tamtego podobno też zabili. Poprostu — dziwak.
Zresztą nie taki znów zwyczajny dziwak, jakby się zdawało, ale chytry. Furt ze swoją pokorą. Nie sprzeciwiaj się złu. Co cesarskiego — cesarzowi, a co bożego — bogu. Bogu, cóż, bogu niewiele trzeba. Co innego cesarz. Cesarz, to wróg, któż o tym nie wie. Pomaga mandarynom i białym okradać lud, żeby zdychały z głodu dzieci wujcia Czao-Lina. Jakże to bóg, sprawiedliwy i prawy, może kazać Chińczykom nie sprzeciwiać się cesarzowi? Odrazu widać, że to biały.
O, na przykład, ojciec Franciszek mówił nie dalej, jak w zeszłym tygodniu: „Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niźli bogaczowi — do królestwa niebieskiego.“ A sam co niedzieli przyjmuje od białych bogaczy prezenty przeróżne, wina i owoce, i całemi godzinami grzecznie z nimi gawędzi, kiedy zaś wychodzą, odprowadza ich aż do samochodu, nie przejmując się wcale tem, że oni nie wejdą do królestwa niebieskiego. Najwidoczniej to wcale nie takie ważne, czy kto wejdzie do tego królestwa niebieskiego, czy nie, skoro bogacze niebardzo się tam kwapią, a i sam ojciec Franciszek nie widzi w tem nic złego. Widać nieszczególne musi tam być to królestwo niebieskie, skoro posyłają do niego samych biedaków. Nie, nie spodobał się P’anowi ten potulny bóg. Najwidoczniej przekupili go bogacze i cesarze, żeby namawiał lud do posłuszeństwa. I bić mógł się z pewnością dawać dla przykładu, ile dusza zapragnie. Przecież, skoro to naprawdę bóg, to go nie bolało. I umierać na pewno mógł, ile razy mu się podoba. Nie, nie można wierzyć takiemu bogu. Taki bóg, to oszust.
Ale udawał, że wierzy. Zapamiętale żegnał się i odwalał na pamięć sążniste modlitwy. Wszyscy go chwalili. Nawet posępny, suchy, jak szczapa, ojciec Serafin, niekiedy, bywało, wsunie mu do ręki pomarańczę lub obwarzanek. Rzadko gorliwy chłopczyk z tego P’ana!
Uczył się pilnie. Godzinami z zamkniętemi oczyma wkuwał napamięć dziwne cudzoziemskie słówka. Tabliczkę mnożenia opanował w dwa tygodnie. Im dalej, tem przykładniej.
Pod koniec roku przyjeżdżał sam ojciec Gabrjel, najstarszy z lazarystów. Przed jego wizytą dwa dni myto i zamiatano cały przytułek. Przyjechał tłusty, spasiony, ledwo wdrapał się na schody. Dwaj braciszkowie oprowadzali go pod ręce po salach. Rozmawiał z P’anem. Przepytał o to i owo. Zaciekawił się. Zaczął wypytywać dokładniej. Katechizm na wyrywki. Pochwalił. Na pożegnanie dał do pocałowania rękę i łaskawie pogładził po głowie.
P’an, przyczajony za drzwiami, słyszał, jak grubas mówił do ojca Franciszka:
— Bardzo, bardzo zdolny chłopczyk. I rozwinięty nad wiek. Szkoda takiego do szkoły zawodowej. Koniecznie do gimnazjum. Sam pomówię z ojcem Dominikiem.
W ten sposób przewędrował do gimnazjum, do Szanghaju.
W gimnazjum — nietylko Chińczycy, lecz i biali chłopcy także. Okazało się, że białych uczą tego samego. Zaczął uczyć się jeszcze przykładniej. Biali, coprawda, trzymali się na uboczu, osobną grupą. Na Chińczyków patrzyli z pogardą. Przedrzeźniali: „Żółty! Gdzieś warkocz podział?“ Lecz zadań ściągać nie brzydzili się. Pod ławką przyjaźnie częstowali rogalkiem. Zato na pauzie — nie podchodź! Ten sam, co odpisywał zadanie i rogalik wtykał, wyniośle odpali: „Odwal się, znajduchu!“
Razu pewnego P’an podsłuchał: na wielkiej pauzie zmówili się, żeby poprzerabiać w dzienniku stopnie. Piegowaty, z pieprzykiem na policzku, ukradł klucz od kancelarji. Popoprawiał wszystkie stopnie. Poznali. Przyszli na śledztwo: kto?
Wstał piegowaty:
— To nie my, to Chińczycy. Naumyślnie poprzerabiali nam stopnie, żeby nas wsypać. Sam widziałem tego żółtego, jak kradł klucz od kancelarji.
Wskazuje na małego, Bogu ducha winnego Hu.
Ojciec Pafnucy schwycił małego Hu za kołnierz i kantówką trzepnął go po palcach:
— Precz!
P’an nie wytrzymał. Podskoczył ku piegowatemu i kułakiem w mordę — bęc! Rozdzielono ich z trudnością. Piegowatemu krew puściła się z nosa, a pod okiem siniak, jak śliwka. Z rozbitą mordą poczłapał do domu.
P’ana wywleczono za uszy i zamknięto w pustej klasie.
Po obiedzie samochodem zajechał ojciec piegowatego. Dorodny, pachnący, z czerwonym guziczkiem w butonierce. W kancelarji u ojca Dominika krzyczał, tupał nogami:
— Natychmiast wyrzucić!
P’an słyszał przez ścianę: ojciec Dominik przepraszał. Wyszło na jaw, że stopnie rzeczywiście przerobił piegowaty. Papa spuścił z tonu:
— Ukarać w moich oczach! Pięćdziesiąt rózg, nie opuszczę ani jednej!
Posłano po stróży. P’ana zawleczono do kancelarji. Rozciągnięto go na ławce. Zaczęto odliczać uderzenia. Biały, z guziczkiem w butonierce, wystukiwał takt nóżką w wytwornym buciku, parskając w rozdrażnieniu. Przy czterdziestym uderzeniu trzcina złamała się na dwoje. Pan z guziczkiem nie nalegał. Trzasnąwszy drzwiami, odjechał do domu. Wychłostanego P’ana ojciec Pafnucy postawił na kolana twarzą do ściany. Przestał tak do wieczora.
Nazajutrz oświadczono mu: darowali tylko za pilność w naukach. Gdyby coś podobnego powtórzyło się jeszcze raz — wyrzucą precz!
Nie powtórzyło się. Zagryzł wargi. Na wyzwiska i zaczepki białych nie odpowiadał. Obok piegowatego przechodził, nie patrząc. Tylko zadań więcej ściągać nie pozwalał. I rogalków nie brał. Zresztą więcej nie próbowali. Omijali zdaleka.
Tak minął rok.
Pewnego dnia, najniespodzianiej, ojciec Pafnucy oznajmił z katedry: „Naród chiński obalił cesarza. Państwo chińskie będzie odtąd republiką“.
Na ulicach jakgdyby nic się nie zmieniło. Po dawnemu pędziły tramwaje, wyły samochody, migając piętami sadzili ociekający potem rykszowie, ciągnący dwukołowe wózki z białymi korpulentnymi panami. W gimnazjum po dawnemu wlokły się lekcje, ojcowie-lazaryści stawiali w dzienniku stopnie i na pauzach pili mocną, pachnącą herbatę z butersznytami. Jak to zrozumieć? Naród chiński obalił cesarza i wszystko pozostało po staremu; i biali ludzie nietylko nie uciekli z Chin, ale, naodwrót, z każdym miesiącem zdawało się ich być więcej, a o obaleniu cesarza mówili spokojnie, z aprobatą, jakby o wygodnym dla nich interesie. Najwidoczniej cesarz nie miał tu nic do rzeczy. Ale któż w takim razie? Czao-Lin mówił jeszcze: mandaryni. P’an nie wiedział dobrze, czy pozostali po dawnemu mandaryni, i spytać się nie miał kogo, ale zdaje się, że zostali. W każdym razie zostali bogacze i kupcy w bogato wyszywanych chałatach. Musiała zajść jakaś pomyłka. Najwidoczniej mało było zdetronizować cesarza, trzeba było obalić i tych, w wyszywanych sukniach, a ich właśnie obalić zapomniano. Jakże to się mogło stać?
Tego P’an nie rozumiał i zrozumieć nie mógł, i nie było nikogo, ktoby mógł to wytłumaczyć, a bez tego całe życie stawało się niepojętem i bezsensownem.
Zresztą wątpliwości małego P’ana nie odbijały się na jego nauce. Po dawnemu pilnie przygotowywał się ze wszystkich przedmiotów, jakgdyby w trudnych zadaniach matematycznych szukał rozwiązania męczącej go zagadki. Trzeba nauczyć się wszystkiego, poznać wszystko, co wiedzą biali ludzie, i wówczas wszystko stanie się proste, zrozumiałe i jasne.
Tak mijały miesiące.
Tak mijały lata. Są lata długie, mozolne, męczące, które mijają i w pamięci nie pozostaje z nich nic, przerwa — nie dlatego, aby pozbawione były one własnych, swoistych wydarzeń, w jakie obfituje każdy dzień chłopięctwa; poprostu, jakgdyby w upakowanym worku pamięci powstała dziura, przez którą wysypała się cała ich obfita zawartość. Obejrzy się człek za siebie, zacznie wspominać, niektóre lata odtworzy niemal dzień za dniem, do najdrobniejszych szczegółów, a nagle potknie się — luka. Rok, dwa, trzy — grzebie, szuka, nie zostało nic. Ogólniki: chodziłem wówczas do szkoły, pracowałem wówczas na fabryce. Na takiej a takiej. I kropka. Z mętnej mgły niebytu wypłynie jakiś epizod, drobny i niepotrzebny: zgubiona portmonetka, zasłyszane gdzieś słowo, obraz — drzewo, ławka, dom — i rozpłynie się, jak para. Ileż takich luk i skąd się one biorą, kto odgadnie? Czy nie dziwniejsze stokroć, skąd się biorą w zapomnianej, przetrząśniętej szufladzie pamięci wszystkie te najdrobniejsze świecidełka dziwnych, nawpół startych odczuć, twierdzących natarczywie, że mały, piegowaty urwis, zapamiętale grywający w guziki i wyczyniający wszelkie szkaradzieństwa i ty, dorosły, stateczny, rozumny pan — to jedno, dwa ogniwa jednego i tego samego łańcucha, spojonego wątpliwym klejem uwiecznionego w metryce nazwiska.
W gimnazjum ojców-lazarystów, na trzecim piętrze, w trzech długich salach, mieściła się pokaźna bibljoteka. Od podłogi do sufitu drapały się po ścianach mocne dębowe półki, wyprążkowane grzbietami tomów w solidnych skórzanych oprawach. Wystarczy tam trafić, a zabłądzi się, jak w lesie, w daremnych poszukiwaniach przesieczy. Ścieżki i potajemne drogi znał w nim jeden jedyny człowiek, bibliotekarz, ojciec Ignacy. Uczni w to ustronie puszczano dopiero poczynając od szóstej klasy, i to zaglądających tam łatwo było policzyć na palcach. Większość odstraszała już sama nieprzejrzana gęstwina nagromadzonych tu książek.
Gdy P’an dostał się tam po raz pierwszy (skończył wówczas szesnaście lat), opadły mu ręce. Ile książek — i wszystkie trzeba przeczytać! Czy starczy na to wszystko czasu? Wkrótce jednak nabrał otuchy. Zpoczątku wydaje się wiele, niesposób się uporać, a potem, stopniowo ubywa. Przecież uporali się z tem inni. Czemuż miałby on nie dać rady? Przedewszystkiem — nie tracić czasu. Można z powodzeniem mniej spać. Sześć godzin na dobę starczy. Już dwie godziny zarobione na czysto. Postanowił zacząć od brzegu i systematycznie przejechać wszystkie półki. Wkrótce zresztą zaczął przebierać. O Jezusiku wszystkie bajdy można poprostu przepuścić. Tak powoli półki rzedły.
Pośród traktatów, pośród rozpraw świątobliwych ojców, wpadła mu w ręce książka, która zainteresowała go bardziej, niż inne. Bogobojny „ojciec“ demaskował w niej jakąś współczesną herezję, imieniem: socjalizm.
Przeczytał uważnie, przeczytawszy, zaczął od początku.
Są ludzie, sekta, którzy zechcieli wszystko mierzyć pracą. Zasada, jak u świętego Pawła: „Kto nie pracuje, niechaj nie je.“ Odebrać bogactwa wszystkim bogaczom i uczynić je własnością powszechną. Zniósłszy własność prywatną, wydzielać każdemu wedle jego pracy.
Zamyślił się na długo. Potem pilnie jął szukać bardziej ścisłych wiadomości. Przetrząsnął całą bibljotekę. Nie znalazł nic. Przypadkowo, w uwagach do jakiegoś pękatego tomu, natknął się raz jeszcze na wzmiankę o tajemniczej sekcie. Autor cytował urywki z jakiegoś dzieła najwidoczniej pióra prowodyra i założyciela szkodliwej herezji. Nazywał się: Marks.
Postanowił za wszelką cenę postarać się o cytowaną książkę. Przewertował własnoręcznie cały katalog. Cytowanego autora nie było. Długo nie decydował się zapytać ojca-bibljotekarza. Wreszcie zdobył się na odwagę. Spytał. Ojciec Ignacy zamachał rękoma:
— Grzech pytać o takie książki! Wszystko to szatańska pokusa. Módl się więcej i o postach nie zapominaj!
Tyle się dowiedział.
Postanowił przepytać się w księgarni. Postanowić jednak było o wiele łatwiej, niż wykonać. Pieniędzy nie miał. Wystarać się nie miał skąd. Sprzedać nie było czego — nic własnego nie posiadał. Co począć? Długo myślał i nie mógł niczego wymyślić. Potem wstał i poszedł w kąt, ku zakurzonym półkom, dokąd nie zaglądał nigdy nawet sam ojciec Ignacy. Na półkach piętrzyły się w nieładzie grube foljały w starych, nadgryzionych pleśnią oprawach. Wziął pierwszą książkę z brzegu w języku starochińskim i zważył ją w ręku. Uśmiechnął się. Kradzież? Dowcipni Rzymianie w nieprzyjacielskim kraju nazywali to „zdobywaniem furażu“. Ciekawe byłoby znać historję tej książki, w jaki sposób tutaj trafiła. Możnaby się założyć, że też niezupełnie po chrześcijańsku. Z uśmiechem wsunął książkę za pazuchę i prześlizgnął się po schodach nadół.
W nawpół ciemnej komórce antykwarjusza w odległej chińskiej dzielnicy pachniało pleśnią i zbutwieliną wieków i kurz na brzuchatych porcelanowych wazach, jak na kurz przystało, spoczywał warstwami, aby po ilości warstw, jak po słojowaniu drzewa, rozpoznawać było można genealogię stuleci. Okularny, krótkowzroczny antykwarjusz długo badał książkę, wodząc po niej nosem, jakgdyby po zapachu stronić ocenić chciał jej starożytność. Dał trzy „taele“ i księgę poniósł do nory.
P’an z pieniędzmi w ręku pobiegł zpowrotem do europejskich księgarń. W żadnej jednak z nich książki nie było. Zwątpiały, powlókł się na poszukiwania w głąb dzielnic chińskich. W jednej z księgarń chińskich, gdzie trzymano wydawnictwa europejskie, sprzedawca oświadczył:
— Na składzie nie mamy. Możemy sprowadzić z Europy. Tylko za termin nie odpowiadamy, bo to tam teraz czasy wojenne.
Nie, wypisywać i czekać miesiącami, czy przyjdzie — nie chciał.
Usłużny księgarz poradził mu:
— Nie chce pan czekać? Jest tu jedno kółko studenckie. Sprowadziło przezemnie kilka egzemplarzy. Niech pan spróbuje zajść i poprosić — może jeden odstąpią.
Na skrawku papieru zapisał adres.
P’an popędził z nową otuchą. Było niedaleko. Sadząc po dwa stopnie naraz, wbiegł na drugie piętro. Otworzył mu chuderlawy młody człowiek w okularach. P’an objaśnił mu powód wizyty, powołał się na księgarza. Poproszono go do środka.
W niewielkim, niepokaźnie umeblowanym pokoju matowo płonęła lampa. Gospodarz był rozmowny i grzeczny. Pytał o to i owo: gdzie się uczy, w której klasie, jakie w szkole panują stosunki, czy nie prześladują Chińczyków, czy wielu białych? Rozgadali się.
Podszedł do półki, wyciągnął książkę.
— Na Marksa macie jeszcze czas. Trudne. Nie dacie sobie rady. Przeczytajcie najprzód tę książkę. Łatwiejsza. Zapoznacie się z przedmiotem. Z czasem zdążycie rozgryźć i Marksa.
Pieniędzy wziąć nie chciał:
— Nie sprzedajemy. Przeczytajcie sobie. Jak przeczytacie — przychodźcie, dam wam drugą.
I uśmiechnął się:
— Tego przecież u waszych ojców-misjonarzy nie wykładają.
P’an podziękował. Mocno, z nieśmiałą wdzięcznością uścisnął mu rękę. Bardzo spodobał mu się chuderlawy. Przecież dotychczas z nikim nie gawędził tak prosto z mostu, o wszystkim. Jak strzała pomknął zpowrotem — byle tylko nie zauważyli nieobecności!
Książkę połknął jednym tchem. Ciężkie, nieznajome terminy ekonomiczne przeszkadzały, jak ości, ugrzęzłe w gardle. Przeczytał po raz drugi. Wydała mu się o wiele łatwiejsza i zrozumialsza.
Jeśli wierzyć książce, ucisk i nędza panoszą się nietylko w Chinach. W Europie te same dziesiątki tysięcy białych ludzi uciskają i okradają dziesiątki i setki miljonów własnych, białych robotników i chłopów. Sedno — nie w barwie skóry i nie w pionowych przekrojach granic państwowych, lecz w poziomych rozwarstwieniach klas, spojonych, pomimo różnic języków i obyczajów, wspólnością interesów i celów. Pracujący i wyzyskiwani całego świata, to jedna wielka rodzina. I biały, i żółty cierpią i walczą o jedno. Podobnie i burżuazja. Niedarmo Chińczycy-bogacze zawsze idą ręka w rękę z białymi najeźdźcami.
Wszystko to było niespodziane i uderzające, nowością swą przyprawiało o zawrót głowy. Od rozsadzających czaszkę myśli płonęły rozognione policzki; rozszerzone oczy, jakgdyby uzbrojone w nowe okulary, spoglądały na świat inaczej, przeszywały na wylot, jak świdry.
Przeczytawszy książkę od deski do deski, pobiegł do chuderlawego poprosić o inną. Pomówili o przeczytanem. Chuderlawy objaśnił niezrozumiałe słowa. Trudniejsze miejsca wytłumaczył na przykładach. Niepostrzeżenie zeszli na tematy aktualne. O wojnie. Imperjalizm i t. d. Dlaczego dla Chin byłoby lepiej, gdyby wygrały Niemcy? Zresztą, tak, czy inaczej, kolonjalne apetyty imperjalistów na pewien czas bez wątpienia osłabną. Grozi zato inne niebezpieczeństwo: najazd Japończyków. Wypierają zewsząd białych. Szykują się do nałożenia łapy na Chiny. Niczem nie lepsi od tamtych, bodaj, że nawet gorsi. Na fabrykach wyzyskują robotników w niewiarygodny sposób i płacą grosze, o wiele mniej od Anglików.
Dał nową książkę i poprosił P’ana, żeby zachodził częściej.
Książki zmieniały jedna drugą, im dalej, tym zrozumialsze. Czytał ukradkiem, po nocach, — noce były białe, jasne. Rano, nad niedoczytaną książką zastawał go świt. Za dnia, na lekcjach, ze zmęczenia kleiły mu się oczy. Zaczął się nawet zaniedbywać w naukach. Ojcowie lazaryści, zdziwieni, spytali go o zdrowie. Znacząco kiwali głowami.
Gdy skończył książkę, kręcił się, jak na szpilkach, pragnąc czem prędzej czmychnąć do chuderlawego. U chuderlawego poznał innych. Studenci. Praca samokształceniowa. Długie, żarliwe dyskusje po nocach. Kursy, referaty, zbiórki. Zazdrościł im. Chciało mu się jak najprędzej samemu zanurzyć w ten nieznany, pociągający świat.
Po kilku miesiącach oswoili się z nim, rozgryźli go, zaczęli obdarzać widocznem zaufaniem. Któregoś dnia chuderlawy zaproponował:
— Chcecie przygotować referat o roli misjonarzy chrześcijańskich, jako narzędzia amerykano-europejskiego kapitalizmu, w procesie uciemiężenia ludów kolonjalnych? Temat zdaje się bliski wam i dobrze znajomy. Przeczytacie na najbliższem posiedzeniu naszego kółka.
P’an zachłysnął się radością. Referat namachał wyczerpujący, sążnisty. Niestety, przeczytać go nie miał sposobności. Ojciec Pafnucy zauważył tajemnicze wycieczki. Wyśledził. Za dnia, pod siennikiem, namacał postrzępiony „Manifest Komunistyczny“, upstrzony notatami, oraz referat o misjonarzach. Twarz nalała mu się ponsowym sokiem. Dysząc ciężko, pobiegł truchtem do ojca Dominika.
P’ana wywołano z lekcji. W kancelarji, ojciec Dominik, purpurowo-siny, miął w rękach nieszczęsny referat. W pasji nawet słów zapomniał, tylko nieartykułowany syk:
— Precz, parszywa owco!
P’an spokojnie:
— Proszę zwrócić mi książkę! Niech ksiądz nie waży się drzeć!
— Ja ci pokażę, znajduchu! Ściągnąć mu portki!
Dwaj stróże chwycili P’ana pod pachy. Trzeci momentalnie zdarł spodnie. Powalili go na ławę. Jednemu podrapał mordę. Przywołali do pomocy woźnego. Bili naprzemian dwiema trzcinami. Ojciec Dominik pokrzykiwał:
— Ja cię, żółty djable, nauczę wdzięczności!
Skatowanego cisnęli go na podłogę.
— Ściągaj koszulę! Wszystko! Trzewiki! Wszystko nasze! Z naszej łaski! Kalesony! Wszystko ściągaj!
Ściągnęli. Pozostawili go na podłodze nago. Stróż Wincenty wyszperał, niewiedzieć skąd, podarty chiński chałat — łachmany.
— Na, włóż!
Włożył. A wewnątrz wszystko w nim bulgotało. Podchwycili go pod ręce.
— Precz!
Szarpnął się. Chciał uderzyć. Wykręcone ręce zatrzeszczały w stawach. W bezsilnem zapamiętaniu tak plunął w gębę ojcu Dominikowi, że świątobliwy ojciec zapiszczał, zatupał nogami; ocierając twarz, powalał całą sutannę.
Zwlekli na dół po schodach, przez ogród, rozwarli naoścież furtkę, z rozmachem cisnęli go na ulicę. Upadł pośrodku jezdni. Furtka zatrzasnęła się z łoskotem.
Podszedł policjant:
— A ty co tu robisz?
Podniósł się i, wstydliwie otulając przeświecające przez łachmany ciało, bocznemi ulicami powlókł się do chuderlawego.
Chuderlawy skrajem ręcznika obmył mu krwawiące pręgi. Wygrzebał z szuflady parę bielizny, z kąta jakieś stare, wytarte ubranie. Pomógł mu się ubrać. Zatrzymał na noc u siebie.
Po paru dniach P’ana zainstalowano: na angielskiej przędzalni, jako niewykwalifikowanego robotnika. Od ósmej do ósmej. Płaca — dwa „mejsy“ dziennie. Za to nawet samym ryżem wyżyć niepodobna. Wyszukano mu nocleg. Dalej już — radź sobie sam.
Na robotę szedł raźno, z zapałem. Tam zetknie się nareszcie twarzą w twarz z prawdziwą rzeszą robotniczą, z uszlachetniającą pracą mięśni. Pójdzie przebijać kilofem wysiłku w szczelnej, bezimiennej masie ludzkiej podziemne tunele organizacji.
O ósmej wyszedł z fabryki ogłuszony i posępny. W gardle podskakiwał mu niedorzeczny, napęczniały krzyk. Nie, tego nie był sobie nawet w stanie wyobrazić. Czemże wobec tego są książki, oswojona nędza, głód, abstrakcyjne tabele statystyk? Tu po raz pierwszy, rozszerzonemi przerażeniem oczyma zmierzył całą otchłań ludzkiej niedoli, pohańbienia, cały bezmiar prostej człowieczej męki.
W fabryce panowało nieznośne gorąco, i ludzie pracowali do połowy nadzy, ociekający potem. Pomiędzy maszynami, po sali, spacerowali biali majstrowie z batami w ręku, i bat co chwila wznosił się ze świstem, jak wąż, nad zgarbionemi plecami nieopatrznego robotnika i spadał z żałosnym jękiem. Na zgiętych grzbietach występowały czerwone krechy, jak znaki odrobionych godzin, i pot w tych miejscach zabarwiał się na czerwono. Połowę zgórą robotników stanowiły kobiety i dzieci, nieraz poniżej lat dziesięciu, i po ich stężałych od wysiłku twarzach strumienił się pot, wielki, jak łzy, jak niepojęte, straszne krople, któremi ociekają czasem bezradne, zdziwione oczy katowanych zwierząt.
Olbrzymie maszyny, podobne do potwornych dwugłowych smoków, łykały szare kłęby pakuł, brudne, jak dym, aby za chwilę wypluć je ciągliwą śliną długich włókien, nawijanych w okamgnieniu na wirujące bąki szpulek. Następnie żelazne palce po raz setny chwytały, rozplątywały te włókna, rozciągały je w nieskończoność cienkiemi nićmi, i nici, napięte do jęku, rwały się z trzaskiem w powietrzu, chwytane i sprzęgane w locie błyskawicznym supłem przez żywe palce robotnic. Wówczas z oślinionej paszczy maszyny do spluwaczek olbrzymich koszów leciały bryzgami szpulki, i naładowane szpulkami kosze zabierali gdzieś, w mgłę, nadrywający się pod nadmiernym ciężarem kruchonodzy chłopcy.
Pod wieczór, kiedy ruchy opadłych z sił, stępiałych ze zmęczenia ludzi stawały się powolniejsze i urywane, jak oporne obroty nienaoliwionych kół, krechy apokaliptycznego czerwonego ołówka kolejno znaczyły uszeregowane grzbiety, jakgdyby rozwścieczony mistyczny cenzor zabrał się do wykreślania, jednego za drugim, z księgi wszechstworzenia bezradnych wierszy istot ludzkich.
W powietrzu zawisł tuman puchu, i w puchu tym, jak w obłokach gryzącego dymu, obnażone postacie ludzkie drgały w ujadaniach kaszlu, jak wijące się w pośmiertnych skurczach ciała potępieńców na obrazkach z katechizmu.
Tak, średniowieczni malarze tak właśnie wyobrażali sobie piekło, tylko, że w ich piekle nie było, zdaje się, dzieci, albo, być może, wyrafinowany bóg chrześcijański, któremu obrzydło już torturowanie dorosłych, stworzył od tego czasu nowe, specjalne piekło dla dzieci, a księża zataili ten dogmat przed wierzącymi.
Wracał do swej jamy, jakby napalił się opjum, z chaosem w głowie i ołowiem zmęczenia u podeszew.
W noc śniły mu się pręgowane grzbiety, wykrzywione męką usta, oczy rozszerzone przerażeniem i nieludzką tęsknotą, wśród kłębów dławiącego dymu. Potem poprzez dym przebijać się jęły czerwone języki ognia, wszystko buchnęło oślepiającym płomieniem, i wśród języków płomieni biały dziobaty majster z suszarni, z dwoma harapami w rękach, tańczył taniec wężów. Wreszcie wszystko to rozpuściło się w potokach bezładnej bzdury, które na rozpalony, jak czerwona głownia, mózg wyrzucać zaczęły miarowe pompy snu.
Po miesiącu wżył się, przywykł. Od razów, kaszlu i wycia, od gryzącego tumanu puchu nie kręciło mu się więcej w głowie. Oczy, z za kraty rzęs, patrzyły spokojnie i surowo. Zabrał się gorliwie do pracy: organizować kółko. Było to niesłychanie trudne. Za dnia niepodobna zamienić z nikim słowa. Każdy krok — wymierzony i przewidziany. Wieczorem, po pracy, padający ze zmęczenia robotnicy słuchali, nie rozumiejąc.
Próbował zagadywać w dni świąteczne. Starsi robotnicy bojaźliwie spozierali na niego zpodełba. W fabryce obawiali się nawet westchnąć głośniej. Za lada słowo, co dopiero za jawny opór — wypędzano precz. Jakże w takich warunkach myśleć o sprzeciwie? Unikali go i obserwowali z obawą: ani chybi, ściągnie jaką biedę.
Mimo wszystko, pod koniec drugiego miesiąca, udało mu się sklecić niewielkie kółko młodzieży. Praca szła opornie. Wśród młodzieży — większość analfabetów. Urządził wieczorne kursa elementarne. Przychodziło niewielu. Po dwunastu godzinach wyczerpującej pracy oczy kleiły się do snu. Trudne litery nie przenikały do głów zaczadzonych dymem zmęczenia. Jak tu takich uczyć? W niemocy opadały mu ręce.
Wśród młodzieży znalazł niespodzianie dzielnego pomocnika. Szesnastoletnia szpularka, Czen. Niepospolicie inteligentna dziewczyna. Uczyła się pilnie. Wyprzedziła wszystkich. Żarliwie agitowała wśród koleżanek. Wciągnęła do kółka kilkanaście robotnic.
Bardzo spodobała się P’anowi. Wypytywała szczegółowo o wszystko. Chciwie zapamiętywała. Pytania stawiała rzeczowe, nie dziecinne, przemyślane i ścisłe. Skośne, rozumne oczy spoglądały łagodnie i otwarcie.
Kiedyś, wracając z fabryki, opowiedziała P’anowi swą niedługą historję. Pochodzi ze wsi. W domu było ich trzynaścioro, a ziemi zaledwie dwa „mu“. Ciężko. Gdy miała trzynaście lat, ojciec sprzedał ją staruchowi. Uciekła. Pieszo przywędrowała do miasta. Pracowała w japońskiej fabryce, — płacili mało, nie można było wyżyć. Teraz pracuje tu, jako szpularka. Ciężko, ale zawsze lepiej.
P’an dotychczas dziewcząt nie spotykał. U ojców-lazarystów nie miał po temu sposobności. Lecz nieświadomie zwykł niemi pogardzać: niewolnice, samki, nic więcej. Odbijały się w tem wieki upośledzenia, spadek pokoleń. Słowo „kobieta“ — wyzwiskiem.
W tej uderzała dziecinna, niepokalana łagodność, wnikliwy, nie dziewczęcy umysł, chciwa żądza poznania, świadoma, niepojęta w takim minjaturowem ciele wola walki.
Wieczorami rozmawiali długo, zapominając o posiłku i zmęczeniu. Powróciwszy ze zbiórki do swej nory, wyciągnięty na sienniku, P’an wspominał słowa łagodne i proste, oczy rozszerzone ciekawością i w myśli powtarzał: droga moja! Złapał się na tem sam. A to co znowu? Kocha? Ca za śmieszne słowo! I cóż to jest miłość? Stosunek płciowy i dzieci? Nie, to nie to. Co innego. Poprostu — dobry, miły towarzysz. Ale czuł dobrze: nie, też nie to! I, starając się nie myśleć, czem prędzej zasypiał.
Pewnego razu, wieczorem, po skończonej pracy (miał właśnie wolny wieczór), P’an przystanął przed wyjściem dla robotnic. Rozproszyły się ostatnie. Najwidoczniej przeoczył. Czen prawdopodobnie zajęta. Uczyła teraz kilka robotnic. Powlókł się do domu: popracuje sam. Czasu po nocach nie tracił.
Tymczasem w fabryce, wychodzącej Czen, w wąskim korytarzu, zagrodził drogę dziobaty, barczysty majster. Czepiał się i napastował ją już oddawna. Teraz nie zdążyła krzyknąć, zatkał jej usta szeroką kosmatą łapą. Zaciągnął szamocącą się dziewczynę do swej komórki. W bezsilnej rozpaczy ugryzła go w nos. Ciosem pięści między oczy ogłuszył ją, jak konia. Powalił na podłogę i zgwałcił bezprzytomną.
Wyszedł ocierając chustką ukąszony nos.
W kilka dni potem P’an spotkał się z Czen na zebraniu kółka. Zdziwiła go zaszła w niej zmiana. Maleńka i tak, zdawała się teraz jeszcze mniejszą, jakgdyby wyciągnął ktoś z wewnątrz podtrzymującą ją podpórkę. Oczy szerokie i zdziwione, jak oczy skrzywdzonego dziecka, dawniej otwarte i śmiałe, teraz unikały bojaźliwie jego wzroku.
Podszedł do niej po skończonem zebraniu, zapytał, co jej jest, czy nie chora. Uśmiechnęła się żałośnie. Trudno byłoby określić: uśmiecha się, czy zaraz gotowa zapłakać. Bąknęła, że ją boli głowa.
P’an zaniepokoił się. Przemęczona. Zrozumiałe. Skądże takie dziecko może podołać takiej piekielnej robocie?
Od tego dnia spotykali się rzadko. Jedynie na zebraniach kółka. Uczyła się pilnie po dawnemu. Ale widać było, że coś się w niej załamało. Próbował zagadnąć. Wymawiała się nieśmiało. Zmęczona. I śpieszy się. Ma teraz własne małe kółko robotnic. Nie można się spóźniać — wszyscy są przemęczeni. Więcej niczego nie mógł z niej wydobyć.
Aż tu nagle — wielka nieoczekiwana radość. Przyniosły ją gazety. W Rosji — rewolucja robotnicza. Władza w rękach rad. Na czele — komuniści. Oby się tylko utrzymali! Robotnicze państwo socjalistyczne w sąsiedztwie — co za potężny sojusznik! Myśląc o tem, łatwiej było pracować, znosić porażki, upośledzenie, miażdżący, nieludzki ucisk.
Mijały miesiące.
W fabryce robota posuwała się szybko. Były już trzy kółka ze starszych robotników. Do pomocy nie miał nikogo. Wszystko — sam. Nadążał z trudnością. Własne studja na czas jakiś musiał zarzucić.
I mimo wszystko, po nocach, gdy pozostawał sam, tęsknił potajemnie do dawnych rozmów z Czen, do jasnych, dowierzających oczu, do miękkiej egzaltacji jej głosu.
Raz, wieczorem — minęło już niepostrzeżenie kilka miesięcy — wychodząc, spostrzegł na podwórzu zbiegowisko robotników. Podszedł i zapytał, co się stało.
— Szpularka utopiła się... W studni...
Drgnął. Roztrącając ciekawych, przecisnął się bliżej. Serce waliło na alarm. Poznał zdaleka. Leży maleńka, ze zsiniałą, obrzękłą twarzyczką; w półotwartych oczach — dziecinny przestrach.
Do późna w nocy wałęsał się po ulicach, wstrząśnięty do głębi, napróżno usiłując rozwiązać przejmującą mrozem zagadkę. Co mogło się stać? W jaki sposób mógł tak niczego nie zauważyć, nie zaopiekować się, nie powstrzymać?
Późno nocą powrócił skołatany do swej komórki. W komórce na stoliku — list. Otworzył drżącemi rękoma.

— Najdroższy! Nie potępiaj. Dziobaty biały djabeł zhańbił mnie. Zaraził złą chorobą. Jakże tu żyć? Gdybym ci się przyznała, byłbyś go może zabił. A tak — nie minie go kara. Napisałam władzom, że to z jego winy. Tak się boję umierać! Jedyny mój, najdroższy! Kocham...

P’an zawrzał. Rzucił się ku drzwiom. Na progu zatrzymał się. Dokąd? Zabić dziobatego? Tak czy owak — trzeba czekać do rana. Przycupnął na worku, nie rozbierając się. Myśli sadziły jedna przez drugą. A wewnątrz — fizyczny, żrący ból.
Stopniowo z chaosu wynurzyły się myśli prawidłowe, ścisłe.
I cóż tu dziobaty? Pionek. Kółko olbrzymiego mechanizmu. Zabić jednostkę? Nonsens! Skoro dąb zasłania słońce, cóż pomoże zerwać żołądź? Trzeba zrąbać pień. Podkopać korzenie. Runie — wszystkie żołędzie posypią się na ziemię. Byle wytrwale podrywać dalej! Nie ustawać w pracy. Stać się samemu toporem. Odszlifować nienawiść, jak ostrze, czuwać, by się nie stępiła!
Rozżarzoną igłą bólu powróciła myśl o Czen. Maleństwo! Taka roztropna! O wszystkiem chciała wiedzieć, a nie wiedziała o takiej prostej rzeczy, że tylko Chińczycy karzą winowajców samobójstwa. Chińskie prawo białych nie dotyczy. Biali sobie z niego kpią. I komuż przyjdzie do głowy karać mordercę maleńkiej Chinki?
Do rana przesiedział w kucki.
Rano stawił się na robotę sztywny, oschły, powszedni. Wieczorem, na zebraniu kółka, objaśniał dosadnie, rzeczowo odpowiadał na pytania i, czując dziesięć par utkwionych w nim skośnych oczu, twardo stawiał kropkę:
— Śmierć ciemiężcom!

Pod jesień udało się zorganizować w fabryce pierwszy odpór. Robotnicy wysłali do zarządu fabryki delegację. Podwyższyć zarobki. Znieść karę cielesną. Dzieciom i kobietom za równą pracę — równa płaca.
Delegatów obito i wyrzucono z fabryki. Robotnicy odpowiedzieli strajkiem. Zarząd stracił głowę. Wezwano oddział wojska. Wojsko obsadziło fabrykę. Policja przystąpiła do likwidowania podżegaczy. P’an Tsiang-kueja wraz z kilku innymi robotnikami aresztowano i odstawiono na policję. Na policji aresztantom zdarto z nóg buty i bito bambusem po piętach do utraty przytomności. Zemdlonego P’ana wtrącono do osobnej celi.
Zbiegł. Do razów przywykł od dzieciństwa. Nie przerażały go. Jak kot, rzucony o ziemię, nauczył się padać na łapy. Podobnie i teraz: przesadziwszy wysoki mur, otrzepał ubranie i, jakby nigdy nic, pomaszerował do komitetu dzielnicowego.
Potem — twarze, fabryki, miasta... Obrazy gonią obrazy, jak w rozpędzonym filmie. Wszystkiego utrwalić niesposób. Kółka, mitingi, strajki, demonstracje, więzienia. Ciało na piętach odbito mu do kości. Przeleżał dwa miesiące. Dwa wyroki śmierci. Dwie ucieczki.
Wstąpił do partji Sun Yat-sena. Rozejrzał się. Kuomintang roił się od nacjonalistycznie usposobionej burżuazji. Odebrać cudzoziemcom przywileje, zmusić ich do rewizji niekorzystnych traktatów. Poza tem — wszystko po staremu. Cóż łączy z nimi P’ana? Narazie jedno — wspólny wróg, imperjaliści. Trzeba wykorzystać przeciw nim, kogo się da. Do czasu — sojusznicy. Potem — zobaczymy. Przepędziwszy cudzoziemców, można będzie zabrać się i do tych. Najważniejsze — wzmocnić bezpośredni kontakt z masami robotniczemi. Pracował, nie pokładając rąk.
Studja zmuszony był zarzucić. Jedyny luksus — gazety. Rzadko kiedy dodawały otuchy. Częściej niepokoiły. Na Zachodzie coś się gmatwało. Ententa pokonała Niemcy. Rewolucję robotniczą zdławili swoi, „socjaliści“. Też widocznie coś w rodzaju niemieckiego Kuomintangu. Zwycięzcy w koncesjach odtrąbili zwycięstwo triumfalnem wyciem. Tylko patrzeć, posypią się znów, zatopią powalone bez walki Chiny drapieżnemi chmarami nowych, wiecznie niesytych poszukiwaczy złota.
Zlecieli się. Jeszcze czelniejsi, jeszcze butniejsi, jeszcze bardziej krwiożerczy. Zamęczone Chiny powitały ich cichym, żałosnym jękiem. Ale u dołu już bulgotało. Pierwsze nieśmiałe wybuchy — głuche, oddalone grzmoty nadciągającej burzy.
W Chinach stawało się coraz ciaśniej. Po piętach, jak charty, uganiali się na prześcigi biali i żółci szpiedzy. Trzeba było przemykać się nocami, myszkować po zakamarkach, jak niegdyś, w dzieciństwie, kiedy szukał zapadłej dziury na nocleg. Pracować było coraz trudniej. Ze zmęczenia i niesypiania kleiły się oczy, ćmiły osmagane pięty.
Pomoc nadeszła nieoczekiwanie. Wystarali się o nią przyjaciele. Kuomintang odkomenderował go wraz z grupą studentów na studja do Europy.
W duszny, upalny wieczór, kiedy obładowany okręt kołysał się ociężale na zgarbionych, ociekających pianą grzbietach fal, jak olbrzymia, nieporęczna szafa — na uginających się od wytężenia plecach tragarzy, P’an Tsiang-kuei po raz ostatni ogarnął wzrokiem z pokładu uciekające kontury ojczyzny. Gardło ścisnął mu żal. Chiny odpływały w mrok, jak olbrzymia galera popędzana wdal miarowemi uderzeniami niewidzialnych wioseł. Zdawało się, że w ciszy wieczornej zabrzmi lada chwila stłumione, przeciągłe wycie skośnookich wioślarzy, szczęk łańcuchów, świst wzlatującego bata białego poganiacza. Na wschodzie — czarna smuga nocy. P’an w rozterce oparł się o burtę. Dokąd płynie ten nieszczęsny kraj? I długoż płynąć ma tak jeszcze w mroku? I czy wypłynie kiedykolwiek na wolny, słoneczny przestwór, czy też nigdy nie sądzonem mu jest oglądać wytęsknionego słońca, które nieforemną kulą wyszywają po nocach w udręce wychudłe robotnice na białych sztandarach Kuomintangu?
Do Europy przyjechał nastroszony, czujny, jak niegdyś w dzieciństwie, gdy wpełzał po kość do bud najniebezpieczniejszych psów. Czuł, że wpełza do nory wroga, aby unieść stamtąd strzeżoną przez niego zazdrośnie, najcenniejszą kość — wiedzę. Wróg to daleko gorszy i groźniejszy od rodzimych. W porównaniu z nim swojski opasły chlebodawca wydawał mu się zawsze przylgniętą do jego ciała niezdarną pijawką, którą wystarczy oderwać i odrzucić. Już tam, w Chinach, z dojmującą odrazą czuł całym naskórkiem tysiące innych przylepionych do niego ssawek. Tych niepodobna było zwyczajnie oderwać; nieskończonemi nićmi drutów telegraficznych biegły od nich długie i gibkie macki, opasujące połowę kuli ziemskiej i gubiące się gdzieś, w niezbadanych kamiennych dżunglach obcego kontynentu. Po latach marzeń dziecięcych, zaczarowany morski Mer Ce-des zaniósł go nareszcie do tajemniczej kryjówki.
Pogrążając kolejno kliszę swej świadomości w odczynnikach coraz to nowych stolic, P’an Tsiang-kuei doznawał uczucia człowieka, który, chcąc uchronić się przed zarazą, zaszczepił sobie jej surowicę i czuje, jak po arterjach jego pędzą napęczniałe, wściekłe bakterje i wystraszony organizm, jak puszczona w przyśpieszonem tempie maszyna, wyrzuca serjami tysiące przygotowanych napoczekaniu antytoksyn.
Zresztą zdobycze kultury europejskiej, olśniewające niegdyś umysł dziecięcy, nie oślepiły już przyzwyczajonych, zwężonych z natury oczu, przypatrujących się wszystkiemu uważnie i surowo, oceniając to, co istotne i rzeczowe i przekreślając nieprzydatne jednym zamachem rozcapierzonego pendzla rzęs.
Po małym chłopcu, który postanowił przeczytać pokolei wszystkie książki w bibliotece ojców-lazarystów, pozostało mu w spadku nieugaszone pragnienie: poznać absolutnie wszystko, opanować do podstaw cały złożony aparat obcej kultury.
Uczył się z pasją, łykając książki haustem; przeczytane odrzucał, jak łupinę. Jak lunatyk po gzymsie sześciopiętrowego gmachu, przeszedł, nie poślizgnąwszy się, po cienistych korytarzach wszystkich uniwersytetów Europy.
Wieczorami, unikając gwarnych bulwarów, lubił zapuszczać się w odległe dzielnice robotnicze, oświetlone skąpo rzadkiemi ognikami latarń; wsiąkając w mętny, wyświechtany tłum — wpatrywać się w wychudłe, kanciaste twarze, pożółkłe od nędzy, z wysterczającymi kośćmi nad jamami policzków.
W wyniszczonej, szarej twarzy woźnicy majaczył migot szprych i bosych pięt zajeżdżonego rykszy, biegnącego w tej chwili gdzieś po skwarnych zaułkach Szanghaju. Uginający się pod ciężarem przytłaczającego worka tragarz ociekał żółtym potem chińskiego kulisa. Opuchłe, wyleniałe powieki kobiet, zataczających się pod brzemieniem omotanego w szmaty niemowlęcia, zwężały ich oczy do skośnych szpar.
P’an Tsiang-kuei ujrzał tu po raz pierwszy to, o czem szeroko i mądrze rozpisywały się przeczytane książki, że oprócz ojczystych Chin, z fasadą na Morze żółte, są jeszcze inne Chiny, międzynarodowe, wszędzie, gdzie gną się plecy, tężeją z wysiłku szczęki, zwężają się nienawiścią szczeliny oczu i zasiada wypasiony, majestatyczny chlebodawca.
W mijanych miastach, występując, jako delegat, na mitingach miejscowych organizacyj robotniczych, jak lasso nad rozfalowanem morzem głów, rzucał porywający zew międzynarodowej solidarności.
Zdaleka, z odległej, migocącej zarzewiem Moskwy, czerwonemi pryskami leciały nad światem rozżarzone słowa Lenina; jak pełgające żużle padały na skopane, udeptane stopami zwycięskich armij pokłady świadomości klasowej uciśnionych mas i ludów. Ziemia pod nogami drżała od wewnętrznych wybuchów, od nagłych obsunięć i wspięć przebijających się na zewnątrz pokładów. Wiadomości z Chin przychodziły urywane i niejasne, jak spłoszone stada ptaków, nadleciałe ze wschodu, trwożne zwiastunki nadciągającej nawałnicy.
I wreszcie stało się. Rozpalony do białości kocioł pękł pod histeryczny wrzask wstrząśniętych parlamentów i żałosny lament depesz. Z kotła wzburzoną lawą, zatapiając po drodze wszystko, chlusnęły nieprzebrane żółte kolumny, spiętrzona, nieokiełzana fala wszechświatowego przypływu. Czerwone słońce Kuomintangu z sierpem i młotem i gwiazdą pięcioramienną. Triumfalny pochód na północ. Po drutach telegraficznych, wyprzedzając pociski, leci skrzydlate słowo: zwycięstwo!
Od potężnego wybuchu po całym świecie rozprysnęły się odłamki, wkrótce doleciały i do Europy. Malutcy biali ludzie z walizkami. W oczach — nieprzetrawiony jeszcze strach i zdumienie. Zamiotali się wylękle po całym kontynencie. Nad bulwarami, uciekające w popłochu ogromne błyszczące litery gazet świetlnych, podcinane chłoszczącym wichrem depesz, ułożyły się w jedno szorstkie, kolczaste słowo: „interwencja“.
P’an Tsiang-kuei na pierwszą wieść o rewolucji drgnął, zatrzasnął niedoczytaną książkę, chciał biec na dworzec. Nie puszczono go. Kazano mu pozostać na posterunku, rzucić studja, wzmacniać kontakt z miejscowemi organizacjami robotniczemi, szykować odpór proletarjatu europejskiego przeciw zbrojnej interwencji imperjalistów.
Uległ. Rozumiał: punkt ciężkości walki leży nie tam, lecz tutaj. W Londynie, w Paryżu. W nadymionym gabinecie Foreign Office, w salonach Quai d’Orsay. Stąd do sztabów armij nieprzyjacielskich biegną cieniutkie nici: franki, funty, instrukcje, stalowe, pływające gmachy — pancerniki. Przetrącić grzbiet wroga jednym uderzeniem w stos pacierzowy, naciągnięty cienkim kablem telegraficznym pomiędzy Londynem a Paryżem, złamać go naporem własnych, białych mas robotniczych, zorganizowanych pod sztandarem obrony Rewolucji Chińskiej w imię świetlanego hasła wszechświatowej solidarności uciśnionych!
Zamiast zacisznych bibljotek i chłodnych laboratorjów, znów duszne, przepełnione sale, mitingi, konferencje, demonstracje, płomienne artykuły na wyrwanym z notesu świstku papieru, czadne kołyszące wagony, mieszkania, noclegi, troskliwy nadzór policyjny. Wysiedlono go z Londynu. W Paryżu, na schodach, w tramwaju, w kawiarni, badawcze, wypatrujące oczy. Zamęczyły go na śmierć. Tradycyjne chowanki w metrze, wśród wejść, wyjść, korytarzy. Zmylił ślad. Tak mijały tygodnie, miesiące, rok.
Nareszcie urlop. Pozwolono mu pojechać do Chin. Znowu kołysał okręt unoszony na muskularnych barach fal, jak mówca — na barach rozentuzjazmowanego tłumu. U brzegów Chin zagrodziły mu drogę posępne wieże pancerników, obserwujących brzegi przez długie lunety dział. Ponurym cieniem zamroczyły słoneczny dzień marcowy. Lecz brzegi kąpały się w słońcu, i na brzegu, zatknięty wysoko nad piramidą stłoczonych gmachów, trzepotał jaśniejący sztandar Kuomintangu. Na widok jego P’an rozchmurzył się.
Szanghaj spotkał go pożarem, rozpaczliwem biciem w bębny, alkoholem musującego tłumu, lamentem syren, krzykiem i bełkotem. Wykurzeni z mieszkań, oszaleli z przerażenia ludzie, boso i w bieliźnie, jak widma, skakali poprzez głownie, aby za chwilę zniknąć bez krzyku w bulgocącym, żółtym nurcie tłumu. Odświętnie ubrani rykszowie obnosili triumfalnie na odłamanych dyszelkach nadziane na nie głowy wczorajszych pasażerów.
Zaszedł na posiedzenie Zebrania Delegatów. Mowy tętniły zwycięstwem, odurzały mocniej od najtęższego wina ryżowego. Większość stanowili lewi kuomintangowcy i komuniści. Uzbroić robotników. Uformować rząd tymczasowy z lewych. Cała władza — delegatom! Delegaci-nacjonaliści protestują przeciw uzbrojeniu drużyn robotniczych. Wyszli obrażeni. Figa! Lepiej jeszcze poskaczą!
Po Szanghaju — Nankin. Wojska szanduńskie cofają się w popłochu. Na ulicach — nieprzejrzane, odświętne tłumy, wylały, potoczyły się, prą. Przypiekło słońce i nagle z łoskotem ruszyły lody; zdaje się, że za chwilę, porwane wartkim prądem tłumu, oddzielą się od ziemi, popłyną niezdarnemi krami domy, pałace, pagody; popędzą, zderzając się i kołując, ku otwartemu ujściu — ku zwycięstwu. Słońce — na rozwiniętych skrzydłach sztandarów, w rozszerzonych zachwytem źrenicach, w nieśmiałej wiosennej zieleni drzew, w szczebiocie pijanych ptaków; na fasadach, na twarzach — złota słoneczna sadza.
Wtem...
Głuchy łoskot. Co to? Pierwszy grzmot zbliżającej się wiosennej burzy? Nad zdumionym tłumem z trzaskiem pękł pocisk. Rozpaczliwy kołowrót i krzyk. Kłębowisko ciał, nagły, wściekły odpływ. Zagrodzono rzekę i wezbrane fale chlusnęły zpowrotem, naprzebój. W powietrzu — dymiące rakiety pocisków. Ostrzeliwują miasto! Kto? Szanduńczycy? Nie, nie szanduńczycy.
Nadbiegli pierwsi obłędni gońcy.
— Kanonierki! Desant! Wojska amerykańskie i francuskie wysiadają na brzeg!
Wszystko zakotłowało. Pociski nad miastem szybowały, jak meteory. Na prawo, na lewo — łomot walących się gmachów i czerwone fontanny płomieni. Bezbronny tłum miota się wśród padających ścian, jak oślepły tabun zamknięty w płonącej stajni.
Dopadli go rozczochrani, zachrypnięci ludzie:
— Wszyscy do arsenału, po broń!
P’an Tsiang-kuei nie stracił głowy. Wyrwawszy pierwszemu z brzegu ogłupiałemu żołnierzowi z rąk karabin, na czele dziesiątka ludzi popędził w kierunku portu. Po drodze ze wszystkich stron zbiegali się już grupkami uzbrojeni robotnicy i żołnierze, odstrzeliwując się w biegu. Na wybrzeżu — potyczka. Zdążyli z odsieczą. Gąszcz ludzki. Ciasto. P’an z rozpędu prasnął w elastyczną niebieską masę. Karabin trzasł. Angielski marynarz zamierzył się na P’ana bagnetem. P’an wywinął się. Pięścią — w golony kark. Zakrwawiona twarz marynarza ugrzęzła na zamku karabinu. P’an wyrwał broń. Na zamku czerwona miazga. Schwycił za lufę. Kolbą — naodlew po białych krochmalonych czapeczkach. Jak drwal oczyścił dokoła siebie przestronną polanę. Nadbiegli swoi. Marynarze — w rozsypkę, po kamiennych stopniach nadbrzeża. Ale ztyłu napływali już nowi. Na bulwarze — nowa utarczka. Skacząc przez ciała, P’an pośpieszył w tę stronę. Nagle potknął się. W oczach — płaty, czerwony wir.
Runął lekko, bez krzyku, wyprostowany i elastyczny, jak spadający z trapezu akrobata na rozciągniętą wdole kamienną siatkę nadbrzeża.
Ocknął się w trzy tygodnie później, w brudnym szpitalu wojennym, prześmierdłym jodoformem i mocnym żołnierskim potem. W piersiach — rozpalona igła.
Lekarz pocieszył go:
— Myśleliśmy, że się już nie wyliżecie. O jeden centymetr poniżej serca.
P’an spytał o wiadomości. Ogłuszyły go, jak cios. W Kuomintangu — rozłam, zdrada. Prawi zwąchali się z imperjalistami. Zdrajca Czang Kaj-szek rozpoczął w tych dniach krwawy rozgrom organizacyj robotniczych w Szanghaju i Kantonie. Hasło — walka z komunizmem. Wszędzie masowe rozstrzeliwania i rzezie. Nankin narazie jeszcze się trzyma, ale w nowym Kuomintangu — swary. Lewi kuomintangowcy są w zmowie przeciw komunistom. Tylko patrzeć, a przejdą otwarcie do obozu kontrrewolucji. I tak dalej. Długa litanja niewesołych wypadków, haniebnych imion i dat.
Ze zmęczenia przymknął oczy. Cóż, czyż nie wiedział zgóry, że przyjdzie czas i na tych? A jednak nie przypuszczał, że tak prędko. Zresztą tak może i lepiej. Lubił grać w otwarte karty.
Wkrótce wypisał się ze szpitala. Słaniając się jeszcze na nogach, dał nurka w wir roboty. Teraz — wieś. Nowe dyrektywy. Opanować związki chłopskie. Przyczynić się do rozwoju istniejących organizacyj włościańskich. Wciągnąć do organizacyj młodzież. Dążyć do rozbicia „mituanej“. Nawiązać bliższy kontakt z „Czerwonemi Pikami“. Wytyczna — rewolucja agrarna. Hubei. Hunań. Lepianki. Podwody. Rozmokłe, nieskończone drogi. Wzdłuż kolein, jak słupy drogowe, gorzkie, przytłaczające daty: Uchan. Nankin. Zdławienie powstania robotniczego w Kantonie. Rozstrzelania. Kaźnie. Lepka, niewinna krew.
Jedyna radość: wrzenie rewolucyjne mas chłopskich wzmaga się, wzbiera jak fala. Byle nie ustawać! Jak cierpliwy kret podkopywać groble. Chluśnie — zmyje wszystko. Wtedy — odwet.
Podtrzymywała go jeszcze jedna myśl: na północy olbrzymi Związek Radziecki rozpostarł się, zajął szóstą część kuli ziemskiej. Przetrwał interwencje, blokady, lata głodu i rozprzężenia. W pierścieniu imperjalistów, sam, o własnych siłach, zapuścił korzenie, rośnie, piętro za piętrem, wgórę. Nieodpartemi cyframi statystyk oskarża, upomina, nawołuje: „Trzymaj się! Nie ustępuj! Wznoś! Porażki, ucisk — wszystko to przejściowe! Przed nami — zwycięstwo, przestwór! Nie padaj na duchu!“
Od trudów, niewygód, poniewierki głowa zasnuwała mu się mgłą. Dawała o sobie znać zastarzała rana. Zaniemógł. Odwołano go do centrali. Znowu — w szpitalu. Wyciągnięto starą, zapomnianą kulę. Szybko powracał do zdrowia. W przeddzień wyjścia ze szpitala wręczono mu rozkaz. Odkomenderowany przez kompartję do Europy w charakterze tajnego agenta, jako znający tamtejsze warunki roboty, demaskować miał na miejscu kontrrewolucję.
Wyjeżdżał niechętnie, ale protestować nie próbował. Do Paryża przyjechał pod przybranem nazwiskiem. Rychło wywęszono. Trzeba było znów przemykać się nocami. Zamknięty w maleńkim numerze hoteliku na placu Panteonu, P’an Tsiang-kuei przesunął skazówkę swego dnia powszedniego. Spał w dzień, na miasto zaś wychodził dopiero późno wieczorem, kiedy w żółtawym odbłysku elektrycznych lamp zaciera się zdradziecka barwa skóry, a pod szerokiem rondem kapelusza nikną wydłużone szpary skośnych oczu.
W Paryżu, w Dzielnicy Łacińskiej, roi się od nacjonalistycznie nastrojonych studentów. Wślizgnął się niepostrzeżenie. Był małomówny i poważny. Pomału zaskarbił sobie powszechne zaufanie. Do wiosny był już duszą całego ruchu. Żartobliwy przydomek: „dyktator“.
O wybuchu dżumy dowiedział się po raz pierwszy z ust małego boy’a w hotelu. Instynktownie ucieszył się: nieoczekiwana sojuszniczka. Będzie zabawa lepsza od wszelkich interwencyj. Zakorkuje Europę na ładne parę miesięcy — ani okrętów, ani wojsk, ani nabitych funtami waliz. Byle tylko przetrzymała trochę dłużej, póki nasi nie zdążą rozprawić się docna ze swoimi i z tamtymi!
Przypadkowy zwiastun złowrogiej nowiny, podniósłszy oczy, dostrzegł ze zdumieniem, że kamienna twarz żółtego pana, jak dojrzały owoc, pęka po raz pierwszy szeroką szczeliną uśmiechu. Pochylonemu nad wystraszonym boy’em P’an Tsiang-kuejowi wydało się nagle, że w szeroko rozwartych oczach chłopca dostrzega inne oczy, wąskie i skośne, a poprzez kontury jego twarzy, jak przez woal — inną twarz, mongolską, wyszczerzoną gębę dżumy.
Chłopak hotelowy zmarł zresztą tejże nocy, zaraziwszy się dżumą jeden z pierwszych.


W maleńkiej chińskiej restauracyjce, przegięty przez stolik, starszy pan ze szpakowatą bródką, obserwujący uporczywie P’an Tsiang-kueja z ponad okularów, powiedział, rumieniąc się, stanowczym, nieco drżącym głosem:
— Przepraszam pana, że go niepokoję. Mam z panem do pomówienia...
P’an Tsiang-Kuei podniósł oczy z nad talerza i spojrzał ze zdumieniem na obcego pana, usiłując przypomnieć sobie, czy już gdzieś tej twarzy nie widział.
— Nie przypomina mnie pan sobie oczywiście — powiedział starszy pan, nie spuszczając z niego oczu. — Jesteś pan zanadto Chińczykiem, aby rozróżniać twarze Europejczyków. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy nie łączyły nas nigdy stosunki znajomości w ścisłem tego słowa znaczeniu. Studjował pan u mnie, na Sorbonie, bakterjologję i biochemję, będzie temu z jakich siedm lat. Byłem pańskim profesorem. Stosunek nie obowiązujący do zapamiętania. Co innego, jeżeli chodzi o mnie. Obserwowałem was zawsze z ciekawością.
Przyjeżdżacie do nas pewnego ranka i, stojąc jeszcze na stopniach wagonu, nie dotknąwszy nogą naszej ziemi, rzucacie się, jak z trampoliny pływalni, głową wdół, w basen naszej wiedzy, żądni przebyć go jak najszybciej wpław, jakgdyby po tamtej stronie oczekiwała was jakaś czarodziejska, wam jednym wiadoma nagroda. W obce formy myśli europejskiej wciskacie swą nie mieszczącą się w nich, odmienną umysłowość z równą pasją, z jaką kobiety wasze wtłaczają swoje okaleczone nogi w ciasne otwory swych chodaków. Mam wrażenie, że, gdybyście dowiedzieli się pewnego dnia, iż ludzie o dłuższych nogach widzą rzeczy lepiej, nie zawahalibyście się ani na chwilę obciąć sobie własne nogi i zastąpić je dłuższemi od nich protezami.
Jesteście naszymi najpodatniejszymi, najpilniejszymi uczniami i jednocześnie — najbardziej niewdzięcznymi. Uzbrojeni w siedmiomilowe buty naszej wiedzy, zostawiacie je przed progiem własnego domostwa jak parę pantofli, by pójść dalej boso po wysłanej matami przesądów posadzce tradycji.
Pan byłeś właśnie jednym z moich najlepszych, najgorliwszych uczni. Oczywiście to jeszcze nie powód, by po tylu latach odnawiać znajomość w tak dalece odmiennych okolicznościach.
Kiedy pewnego dnia zniknąłeś mi pan z oczu, jak tylu innych pańskich rodaków, sądziłem, że drogi nasze nie skrzyżują się już nigdy. Zapomniałem o panu, jak się zapomina o przechodniach, potrąconych kiedyś na ulicy, których obraz ulatnia się równocześnie z konwencjonalnem uchyleniem kapelusza. Niestety stało się inaczej. Drogi nasze zbiegły się jeszcze raz i odtąd nic już nie jest ich w stanie rozdzielić, chyba... chyba radykalna amputacja...
P’an Tsiang-kuei przypatrywał się starszemu panu z wzrastającem zdziwieniem:
— Przepraszam pana — powiedział łagodnie — wydaje mi się jednak, że bierze mnie pan za kogo innego. Jeżeli kiedyś nawet studjowałem pod pańskim kierunkiem na Sorbonie bakterjologję i biochemję, — zdaje się, że to istotnie miało miejsce — mogę pana zapewnić z całą stanowczością, że nigdy więcej w życiu pana nie spotykałem.
— Nie potrzebuje mnie pan zapewniać — odparł siwy pan, wyzierając sponad okularów. — Wiem o tem doskonale. Pan istotnie nie spotykał mnie więcej nigdy. To ja pana spotkałem. Spotkałem pana w Nankinie, w roku 1927. Jeżeli pan sobie przypomina, w roku tym w paru prowincjach Chin zanotowano masowe wypadki cholery azjatyckiej. Towarzystwo Bakterjologiczne wydelegowało mnie tam celem przeprowadzenia na miejscu odpowiednich badań naukowych. Pojechałem tem chętniej, że miałem nadzieję zobaczenia się z moim jedynakiem, który w owym czasie wstąpił ochotniczo do jednego z oddziałów desantu; pancernik jego stał właśnie u brzegu Chin.
Wojna domowa, która objęła badane przeze mnie okręgi, zmusiła mnie do szukania schronienia w Nankinie. Miałem istotnie możność zobaczenia się z synem, gdyż okręt jego stał na kotwicy u wejścia do portu. Jednakże w parę dni po mojem przybyciu w mieście wybuchły rozruchy. Wówczas to ujrzałem pana po raz drugi. Zobaczyłem pana na czele rozjuszonego motłochu, który atakował broniące koncesji wojska desantu. Mało wprawdzie przypominał pan w owej chwili nieśmiałego, pracowitego studenta Sorbony, ale mimo to poznałem pana odrazu.
Angielska koncesja, w której znalazłem przytułek, została złupiona przez cofających się żołnierzy chińskich, i nas, rozbudzonych, w bieliźnie, ewakuowano pośpiesznie na oczekujący w przystani angielski krążownik, pod eskortą oddziału wojska. W liczbie oficerów jednego z tych oddziałów był również i mój syn. Z wytężoną uwagą obserwowałem przez lunetę z pokładu przebieg rozwijającej się bitwy. Widziałem, jak z zaułków miasta chińskiego runął rozbestwiony tłum, zalewając całe nadbrzeże. Na czele tłumu biegłeś pan. Pod naporem zdziczałej czerni żołnierze nasi zaczęli się cofać. Wtedy ujrzałem mojego chłopca. Biegł z rewolwerem w ręku, zatrzymując uciekających i zmuszając ich do powrotu. Nacierała nań rozwścieczona tłuszcza. I wtedy zobaczyłem, zobaczyłem na własne oczy, jak pan pierwszy doskoczyłeś do niego i rozmiażdżyłeś mu czaszkę kolbą karabinu.
Straciłem przytomność i przeniesiono mnie do kajuty.
Od tego czasu pozostałem zupełnie sam. Jednem uderzeniem odebrałeś mi wszystko. Nauka, która była dotąd mojem jedynem powietrzem, stała mi się nienawistną. Ilekroć próbowałem zasiąść do pracy, zawsze stawał mi przed oczyma obraz mojego chłopca i nie byłem w stanie napisać ani jednej litery...
Uwzględniając moje zasługi na polu nauki, emerytowano mnie, jak niedołężnego starca, pozostawiając mi z łaski pensję profesorską. Jestem nikomu niepotrzebnym szczurem, żerującym na padlinie własnej wieloletniej pracy.
Przez lata te, siedząc sam jak kret, w ciemnym pokoju, wiele i często myślałem o panu. Długo, po nocach, szukałem kładki — od pracowitego studenta Sorbony, płonącego pobożnym podziwem, niemal żarliwą miłością do naszej wielowiekowej kultury i wiedzy, składającego na jej ołtarzu nakrochmalone kwiaty swego zapału, do rozbestwionego Azjaty, masakrującego w dzikiem opętaniu nienawiści niedawnych nauczycieli i gościnnych gospodarzy. Wałęsając się wieczorami po uliczkach i wypatrując z za rogu wychodzących z Sorbony skośnookich studentów z kajetami w ręku, usiłowałem wyczytać na ich twarzach tajemnicę tej nienawiści. Ale twarze ich były uśmiechnięte i sztywne jak maski.
Jednego wieczora zaszedłem do kolegi, rektora Sorbony, i w długiej rozmowie starałem się go przekonać, że kultura europejska, przeszczepiona na grunt azjatycki, jak bakterja, przeniesiona w inne środowisko, staje się dla Europy zabójczą; że Europa, oświecając nieopatrznie Azję, gotuje sobie własną zagładę. Dowodziłem mu, że należy, nie tracąc ani dnia, zamknąć uniwersytety europejskie dla Azjatów. Wziął mnie za warjata i, skierowawszy rozmowę na inne tory, troskliwie odprowadził mnie do domu.
Zczasem konkretny obraz pański zatarł mi się w wyobraźni i, godzinami siedząc z zamkniętemi oczyma, napróżno usiłowałem go sobie odtworzyć. Twarz pańska prześlizgnęła mi się gdzieś, przez sito pamięci, zostały jedynie skośne, zwężone oczy i wystające kości policzków, jak szablon, którego luki należy samemu wypełnić.
Aż raz, wieczorem, zetknąłem się z panem na ulicy twarzą w twarz. Poznałem pana odrazu. Szedłeś pan szybko przed siebie i nie zauważyłeś nawet, że zatrzymałem się na twojej drodze, jak wryty.
Przez całą noc rozmyślałem nad różnemi sposobami zemsty, która narzucała mi się sama. O świcie, nie mogąc doczekać dnia, udałem się na policję i kazałem pana aresztować. Odpowiedziano mi wymijająco. Wskazywano na brak dowodów i przyrzeczono mi wdrożyć dochodzenie. Wyczułem, że wszczynanie procesu byłoby bezcelowe, ponieważ wielu uważa mnie za warjata.
Wówczas zrozumiałem, że pozostało mi jedno wyjście, że muszę pana zabić. Wracając do domu kupiłem sześciostrzałowy rewolwer i wyruszyłem na pańskie poszukiwanie.
Zacząłem bywać w chińskich restauracjach, w nadziei, że tam spotkam pana najpewniej. Przewidywania moje nie zawiodły mnie. Przed dwoma tygodniami istotnie spotkałem pana nareszcie w tej oto restauracyjce. Przekonałem się jednak tego wieczora, że zabić człowieka nie jest wcale tak łatwo, jakby się mogło zdawać. Widocznie do tego niezbędne są też jakieś wrodzone zdolności lub przynajmniej wprawa. Ja zaś nie mam ani jednych, ani drugiej.
Od dwóch tygodni chodzę za panem trop w trop, czekam na pana wieczorem przed pańskim hotelem, jadam z panem kolację w tym oto lokalu, towarzyszę panu, jak cień. I nie umiem pana zabić.
Inni robią to jakoś tak poprostu, mimochodem. Być może, nie trzeba o tem myśleć i wówczas to przychodzi samo, odruchowo. Ja zaś nie przestaję o tem myśleć. Odprowadzając pana do domu, przysięgam sobie, że jutro uczynię to już na pewno. Ale „jutro“ kończy się tak samo jak „dzisiaj“.
Znalazłem się w tej sytuacji po raz pierwszy w życiu. Nigdy nikogo nie zabijałem. Tak się już jakoś złożyło. Nie byłem nawet na wojnie. Czytując niegdyś w gazetach opisy dziesiątków morderstw, nawet nie wyobrażałem sobie, że to takie trudne. Nad ranem, kiedy, odprowadziwszy pana do hotelu (przystosowałem się do pańskiego trybu życia), wracam do domu, wyciągam z kątów stare gazety i czytam uważnie opisy najróżnorodniejszych zabójstw. Sądziłem, że do wszystkiego potrzebne są pewne, bodaj elementarne, studja przygotowawcze. W tym wypadku jednak nie na wiele się one zdają. Widocznie, podobnie, jak znać teorję malarstwa, nie znaczy jeszcze wcale umieć malować, tak samo znajomość historji wszystkich mordów od stworzenia świata nie może nikogo nauczyć praktyki jednego własnoręcznego zabójstwa.
Po dwóch tygodniach straciłem prawie nadzieję, że potrafię pana zabić kiedykolwiek.
Wybuch dżumy z początku ucieszył mnie, jak proste a nieprzewidziane wyjście z sytuacji. Liczyłem, że mnie ona wyręczy, że przyszedłszy następnego wieczora pod pański hotel, z codziennym zamiarem zabicia pana, tym razem już na pewno — natknę się na nosze z pańskiemi zwłokami. Przychodzę co wieczór, punktualnie o godzinie przejazdu trupiarek.
Dżuma jednak pana oszczędza. Początkowo sprawiało mi radość chodzenie za panem krok w krok, obserwowałem pana, jak się miotasz bez celu po pustych nocnych uliczkach, jak szczur, schwytany w pułapkę. Pewność, że, mimo wszystko, prędzej czy później, musisz umrzeć od zarazy, była mi jedyną pociechą w moich codziennych bezpłodnych powrotach. Czas jednak mija. Jeżeli nie dziś, to jutro mogę umrzeć ja sam. Zdarzyć się może z łatwością, że umrę przed panem. Zdarzyć się może i tak, że ja umrę, a pan ocaleje. Do tego dopuścić mi nie wolno. Dziś poprzysiągłem sobie, że zabiję pana nieodwołalnie. Przyszedłem tu umyślnie wcześniej, aby zająć stolik wtyle za tym, przy którym siada pan zazwyczaj. Umyśliłem sobie, że zabić pana ztyłu będzie mi łatwiej. Tymczasem dziś właśnie spóźnił się pan i przysiadł po raz pierwszy wprost do mojego stolika. Czuję, że nie zabiję pana znowu.
Postanowiłem spróbować ostatniego środka. Mam wrażenie, że nie mogę pana zabić, póki wiem, że pan niczego się nie domyśla. Gdy będę przekonany, że pan wie o grożącem mu niebezpieczeństwie i może się bronić, sądzę, że przyjdzie mi to łatwiej. Dlatego zdecydowałem się wyjawić panu wszystko. Strzeż się pan! Broń się pan! Dzisiaj przy wyjściu z tego lokalu zabiję pana!
Profesor umilkł w widocznem podnieceniu, nie odrywając od P’an Tsiang-kueja swych szarych oczu, spozierających z ponad okularów. P’an Tsiang-kuei przyglądał mu się przez chwilę z zaciekawieniem.
— Czy chce pan, byśmy wyszli zaraz? — zapytał spokojnie, wycierając usta serwetką.
— Jak pan sobie życzy — odpowiedział kurtuazyjnie profesor.
P’an Tsiang-kuei w milczeniu uregulował rachunek i wstał od stołu. W drzwiach ustąpił drogę profesorowi. Krótką chwilę obaj panowie certowali się ceremonjalnie, kto ma wyjść pierwszy. Wreszcie pierwszy wyszedł profesor.
Znalazłszy się na ulicy, przez chwilę szli obok siebie w milczeniu. Po pięciu minutach milczącego marszu uliczka, którą szli, nagle urwała się, uderzając, jak głową o mur, o kamienną balustradę nadbrzeża. Wdole centkami świateł migotała Sekwana.
P’an Tsiang-kuei i profesor zatrzymali się niezdecydowanie.
— Niech pan mi powie — podjął wreszcie profesor, przecierając chusteczką zapotniałe szkła okularów — niech pan mi powie z łaski swojej... Nie mogę tego zrozumieć. Zaco wy właściwie nienawidzicie nas tak nieprzejednanie, nas, którym tyle zawdzięczacie, od których zapożyczacie się nieustannie. Myślę nad tem ciągle i nie mogę odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zabiwszy pana, nigdy się już tego nie dowiem. Niech mi pan to wytłumaczy, jeżeli nie sprawi to panu różnicy...

Pod wygiętemi żeńsko arkadami mostu miljonem rozmodlonych ust bełkotała czarna, połyskliwa woda.
Oparty o kamienną balustradę, P’an Tsiang-kuei mówił głosem miarowym i beznamiętnym:
— Antagonizm azjo-europejski, o którym uczeni wasi wypisują całe tomy, doszukując się jego źródeł w głębinach uwarstwień rasowych i religijnych, rozwiązuje się bez reszty na powierzchni codziennej ekonomiki i walki klas. Wasza nauka, z której jesteście tacy dumni i którą przyjeżdżamy do was studjować, nie jest systemem narzędzi panowania człowieka nad przyrodą, lecz systemem narzędzi panowania Europy nad nie-Europą, systemem narzędzi wyzysku słabszych kontynentów. Dlatego nienawidzimy waszej Europy i dlatego przyjeżdżamy tak żarliwie was studjować. Jedynie opanowawszy zdobycze waszej nauki, będziemy w stanie zrzucić wasze jarzmo. Wasza burżuazyjna Europa, rozprawiająca szeroko o swej samowystarczalności kulturalnej, jest tylko małym pasorzytem, przyczepionym do zachodniego boku olbrzymiego ciała Azji i wysysającym z niego soki. To my, sadzący ryż, hodujący bawełnę i herbatę, jesteśmy, narówni z waszym własnym proletarjatem, właściwymi, chociaż pośrednimi twórcami waszej kultury. Do jej skomplikowanego zapachu, trącącego na cały świat potem waszych robotników i chłopów, miesza się zapach potu chińskiego kulisa.
Dziś zresztą role nasze się zmieniają. Wasza żarłoczna Europa zdycha, jak klacz, która złamała nogę przed ostatnią przeszkodą. Zdycha, nie zdążywszy pożreć wszystkiego, ze zdławionym od zbytniej łapczywości przełykiem. Nie jest to przypadek, że zarazą, która ją dobija, jest dżuma, nasza stara azjatycka znajoma. Azja okazała się niestrawną dla żołądka europejskiego kapitalizmu.
Słodko jest patrzeć na śmierć wroga, zakradłszy się za jej plecami do wnętrza jego domu, widzieć w jego rozszerzonych przerażeniem źrenicach minjaturowe odbicie własnej twarzy. Widziałem jednego z waszych zadżumionych. Siny już był prawie, gdy wynosiła go z domu służba sanitarna. Kiedy ułożyć go chciano na wspólnym wozie, wyrwał się z krzykiem: „Nie kładźcie mnie tam! Tam są zadżumieni!“ Wpakowano go przemocą. Rzucał się, kopał i gryzł, gdy zaś wepchnięto go wreszcie i zatrzaśnięto za nim drzwiczki, nagle posiniał i stężał. Strach przed śmiercią przyśpieszył zbyt powoli zbliżającą się śmierć.
Patrzyłem w te oczy, rozszerzone śmiertelną trwogą, i zrozumiałem wówczas, że ten strach właśnie jest motorem i dźwignią całej waszej olbrzymiej kultury. Ten lęk, ten pęd do utrwalenia się za wszelką cenę, wbrew logicznej nieuchronności śmierci, popychał was do nadludzkich wysiłków, byle wykuć swą twarz na takich wyżynach, gdzie nie mogłaby jej już zmyć pochłaniająca wszystko rzeka czasu. I myślałem jeszcze, że wyrwać naszą Azję z jej tysiącletniej śpiączki pod figowem drzewem buddyzmu zdołać może jedynie zastrzyknięcie jej tej surowicy kultury europejskiej. Dotychczas Europa posyłała nam tylko swoich kupców i swoich misjonarzy. Chrześcijaństwo było niegdyś jadem, zaszczepionym przez Azję Europie, jadem, który zniszczył bogatą kulturę rzymską i pogrążył Europę na długie wieki w mrokach barbarzyństwa. Lecz Europa nawet tę truciznę bezwładu potrafiła zasymilować, skinetyzować ją, uczynić dla siebie niejadowitą, obrócić ją w narzędzie ucisku innych. Dziś w spóźnionym odwecie eksportuje ją nam zpowrotem. Nie mogąc uczynić z nas własnej koncesji, chce z nas zrobić koncesję Watykanu. Chrystus jest komiwojażerem, płatnym agentem wyzyskiwaczy.
Dziś już zresztą zaszkodzić nam nie może. Europa zdycha w ostatnich konwulsyjnych podrygach. Nie pomogą jej żadne kordony sanitarne. Z Paryża dżuma musi rozlać się nieuchronnie po całym kontynencie. Prawdę mówiąc, jej ingerencja w naszym odwiecznym sporze była najzupełniej zbyteczna. Absurdalność tej interwencji byłaby w stanie przekonać mnie o istnieniu waszego boga, którego tricki, jeżeli wierzyć autorom pisma świętego, nigdy nie grzeszyły zbytnią inteligencją. Lata waszej imperjalistycznej Europy były już, tak, czy inaczej, policzone, i nie było potrzeby przyśpieszać jej końca podobnym wybrykiem.
Za dwa lata, na bezimiennej, zapuszczonej mogile waszej drapieżnej Europy eksploatatorów wyrosłaby nowa Europa, Europa robotników, z którą Azja porozumiałaby się z łatwością międzynarodowym językiem pracy.
Nieproszone wtrącenie się najbezsensowniejszej klęski żywiołowej może dziś jednym razem obucha uśmiercić obie te Europy: zdychającą i jeszcze nienarodzoną.
Stara lichwiarka nie zdążyła nawet sporządzić swego testamentu. Ale testament ten, chociaż niepisany, istnieje. Spadkobiercami jej, narówni z waszym własnym proletarjatem, jesteśmy. Los zarzucił nas tu, do metropolji Europy, poto, abyśmy z jej kostniejących rąk przejęli jej klucze.
P’an Tsiang-kuei umilkł. Chwilę słychać było tylko plusk wody, rozbijającej się wdole o filary mostu.
— Myli się pan — rzekł wreszcie profesor. — Jesteście za słabi, by udźwignąć na swoich barkach ciężar jej spadku. Jeśli Europa umrze, jeśli wymrze jej inteligencja, wraz z nią zginą owoce jej kultury i techniki. Wówczas popadniecie zpowrotem w waszą wiekową śpiączkę, skoro nie stanie tego jedynego bodźca. Czy przypuszcza pan serjo, że rolę tę odegrać może nasze ciemne pospólstwo, że w sojuszu z niem zdołacie zawładnąć skarbnicami naszej kultury? Ale do czegóż, prócz bezmyślnego niszczenia, zdolny jest nieoświecony, rządzony niskiemi instynktami plebs? Pozbawione swych chlebodawców, pańskie „masy pracujące“ znajdą się w sytuacji stada, któremu odebrano pasterzy. Politowania godne w swej bezradności, popadną one napowrót w mrok barbarzyństwa. Niezdolne do żadnego twórczego wysiłku, nie będą one w stanie odziedziczyć jednego choćby tylko Paryża i własnemi siłami uchronić go od ruiny.
— A jednak tak będzie i to, zapewniam pana, w najbliższym czasie. Będzie pan miał sposobność przekonać się o tem naocznie.
— Nonsens. Idę o zakład, że nie.
— Przyjmuję.
— Zakład zbyt abstrakcyjny, aby ktokolwiek z nas miał szansę go wygrać.
— Możemy go z łatwością skonkretyzować. Jeżeli, przy dotychczasowych postępach epidemji, Paryż za miesiąc nie będzie w naszych rękach, uznaję się za pobitego.
— Akceptuję. Jedyny warunek: z chwilą przegranej pakuje pan sobie bez mojej pomocy kulę w łeb.
— Zgoda.
— Może się zdarzyć, że umrę, nie doczekawszy się rozstrzygnięcia naszego zakładu. To rzeczy w niczem nie zmienia. Zakład obowiązuje po dawnemu.
— Obowiązuje po dawnemu.
— Jeżeli wygra pan, w takim razie ja przyrzekam palnąć sobie w łeb.
— To zupełnie zbyteczne — odparł z uśmiechem P’an Tsiang-kuei. — Jeśli wygram ja, zobowiąże się pan wrócić do swej pracy naukowej i stać się lojalnym kierownikiem laboratorjum do walki z dżumą w naszym proletarjackim Paryżu.
— Zgoda. Termin — miesiąc. Na wszelki wypadek, dla uniknięcia trudności, jakie nastręczyć może dotrzymanie warunku naszego zakładu, pozwoli pan, że ofiaruję mu już dziś ten oto rewolwer. Może posłuży on panu za fetysz.
P’an Tsiang-kuei z uśmiechem wsunął rewolwer do kieszeni:
— Poczynając od tej chwili, winien pan skrupulatnie dbać o siebie i zachowywać wszelkie środki ostrożności, aby nie zachorować i nie umrzeć, jeżeli, jako uczciwy dłużnik, nie chce się pan stać niewypłacalnym. Poproszę pana w każdym razie o pańską wizytówkę z adresem, żebym wiedział, gdzie mam upomnieć się o należność w chwili właściwej.
Profesor na wyrwanej z notesu kartce napisał ołówkiem adres.
Pod wygiętemi żeńsko arkadami mostu miljonem rozmodlonych ust bełkotała czarna, połyskliwa woda.

Na Sacré-Coeur biły dzwony, nieustanne, płaczliwe, bezradne.
Rozproszkowani w olbrzymiej kadzi miasta ludzie, w obliczu wszystko niwelującego strychulca śmierci, czepiali się kurczowo w ślepym pędzie odśrodkowym każdego elementu własnej odrębności, zbijali się, jak opiłki dokoła biegunów magnesu, dokoła świątyń własnego obrządku. Wieże kościołów, cerkwi i meczetu odprowadzały w niebo, jak piorunochrony, rosnący z każdą chwilą magnetyczny prąd odrębności, zbijający rozproszone stado ludzkie w samoistne kompleksy rasowe i religijne.
Pierwszy wybuch nastąpił w środowisku, wyodrębnionem najbardziej już samym pigmentem swej skóry i pozbawionem własnego piorunochrona-świątyni.

Dnia 30 lipca stacja radja przyniosła nieprawdopodobną wiadomość. W nocy z dnia 29-go na 30-ty żółtoskórzy mieszkańcy dzielnicy Łacińskiej dokonali zorganizowanego zamachu stanu. Wszystkich białych mieszkańców zepchnięto na prawy brzeg Sekwany, ogłaszając dzielnicę Łacińską autonomiczną republiką żółtych.
Wieczorem tegoż dnia na murach opustoszałej dzielnicy Łacińskiej ukazały się pierwsze długie pasy hieroglifów: odezwy w języku chińskim.
Rząd tymczasowy powiadamiał żółtoskórych mieszkańców Paryża o ukonstytuowaniu na terytorjum byłej dzielnicy Łacińskiej niezależnej republiki żółtych, w odruchu samoobrony przed zarazą Europejczyków. Rząd tymczasowy ogłaszał każdego białego, schwytanego na terytorjum republiki, wyjętym z pod prawa, jako rozsadnika dżumy. Rząd zabraniał dalej żółtym, pod karą śmierci, opuszczania granic swej republiki. Celem ściślejszego odgrodzenia jej od zarażonego miasta, republika otoczona została nowym murem chińskim barykad.
W krótkiej apostrofie do ludności rząd tymczasowy polecał pieczy obywateli znajdujące się na terenie republiki drogocenne bibljoteki, które, jak nietykalne skarbnice, przechować miały owoce kultury europejskiej dla przyszłych pokoleń.

Odezwę w imieniu rządu tymczasowego podpisał P’an Tsiang-kuei.


III.

W cienistych głębiach oceanu, gdzie nie dosięgają już prądy, wiry i odpluski fal, w nieruchomej, zielonkawej wodzie, martwej, jak woda akwarjum, w lasach gigantycznych wodorostów, przedpotopowych sigilaryj i lian, żyje ryba flądra.
Gdzieś, setki metrów wyżej, w wiecznej, niezmordowanej pogoni pędzą białogrzywe fale, czarnym lemieszem prują na metry w głąb obolałą powierzchnię oceanu kadłuby olbrzymich parowców, w mętnej galarecie wody trzepocą galaretowate ośmiornice, jak chłodny błysk reflektora przecinają głębie sztyletem łuski długie, wyostrzone ciała ryb w niespokojnym pościgu.
Na dole jest cisza, chłodny, twardy piasek, sady drzew bezpłodnych i białawych, jak chmury, oglądane z aeroplanu. Dno jest, jak niebo, jak odbicie nieba w wypukłej, niezmierzonej kropli oceanu, z kosmosem własnych ruchomych morskich gwiazd, zwyrtkich, ogoniastych komet, — chłodny pośmiertny przytułek zabłąkanych, strudzonych wędrowców.
Na dnie żyje ryba flądra. Wziął ktoś rybę, rozciął ją wzdłuż grzbietu przez pół i połowę położył na piasku. Ryba flądra ma jedną tylko stronę — prawą. Lewą jej stroną jest ziemia, dno.
Od nieużywania organu organ zanika. Wszystkie organy flądry z lewej, nie istniejącej strony przeniosły się na prawą. I z prawej strony, jedno obok drugiego, patrzy zawsze wgórę para maleńkich, beznamiętnych oczu.
Oczy patrzą zawsze wgórę, oba po jednej stronie, poczwarne, niesamowite, dziwaczne, a lewej strony — wogóle niema.
W ogromnem mieście Paryżu, w rudym, piegowatym domu przy ulicy Pavé, mieszka rabi Eleazar ben Cwi.
Ulica Pavé leży w sercu dzielnicy Hôtel de Ville, małego żydowskiego Paryża. W środku międzynarodowego miasta, w centrum Francji, przyniesione tu skądś, ze wschodu, z żyznych pól Ukrainy, z kałużastych miasteczek Galicji, osiadło, namuliło się przez kilka dziesięcioleci, wyrosło beztradycyjne nowoczesne ghetto, trwałe, nierozpuszczalne, odosobnione.
W wielkiem wielojęzycznem mieście ścierają się z sobą na miał setki języków, dziesiątki narodów i ras, użyźniając mierzwą nowych, zapładniających elementów chłodną glebę francuską. Żydzi polscy i rosyjscy z właściwą im zdolnością nieasymilowania się, wlani w roztwór miasta, wypłyną zawsze na powierzchnię jednolitą plamą oliwy.
W Paryżu kotłują się masy, powstają i upadają gabinety, zderzają się i przesadzają w karkołomnym wyścigu wydarzenia. Tu jest cisza, czarny połyskliwy asfalt, lśniący, jak berdyczowskie błoto, jeszybot i bożnica, tydzień od piątku do piątku, i co piątek na stołach u okien karłowate drzewka zakwitają pomarańczowemi płomykami świec.
Tu są swoje własne wydarzenia. Do piekarza Herszla przyjechał czerwonym samochodem syn z Ameryki, i samochód nie mógł wjechać w wąską szczelinę uliczki Prevost. Z Jass przybyła nowa partja żydów uciekających przed pogromem. Córka tandeciarza Mendla, która zeszłego roku zbiegła do miasta z murzynem dżazbandystą z kawiarni na ulicy Rivoli i po miesiącu wróciła do ojca, urodziła dziecko, małego murzynka, i stary Mendel powiesił się w sieni ze wstydu przed sąsiadami. W wąskich, obłupanych uliczkach stygnie stęchłe galaretowate powietrze, nieruchome i przeźroczyste, i wieczorem, załamujące się w niem cienie latarń kołyszą się leniwie jak gigantyczne wodorosty.
Rabi Eleazar ben Cwi ma dwoje osadzonych blisko siebie oczu, i oczy patrzą zawsze wgórę, beznamiętne, maleńkie, bliźniacze, obrócone ku niebu, w którem zdają się widzieć jakieś dla nich tylko dostrzegalne rzeczy. Od nieużywania organu organ zanika. Rabi Eleazar ben Cwi widzi wiele rzeczy niedostępnych ludzkiemu wzrokowi, a nie widzi tych najprostszych; zna jedną tylko stronę — tę, zwróconą do nieba, a tej, obróconej ku ziemi — wogóle nie ma.
Oddawna, odkąd pamiętają mieszkańcy Hôtel de Ville, rabi Eleazar ben Cwi mieszkał stale w domu przy bożnicy, nie opuszczając go nigdy. Z domu jest wejście wprost do bożnicy i rabi Eleazar ben Cwi, by odmówić maref, nie potrzebuje przechodzić przez ulicę. Ulica nie zna rabiego Eleazara. Znają go tylko ci, co zasięgali jego rady, to znaczy, zna go cały Hôtel de Ville, bo i któż nie zasięgał rady rabiego Eleazara ben Cwi, który jest mędrszy od wszystkich rabinów-cudotwórców i do którego na sąd przyjeżdżają specjalnie samochodami nawet kupcy z tamtego brzegu Paryża?
Rabi Eleazar ben Cwi nie był nigdy w Paryżu. Przyjechał tu przed pięćdziesięciu laty ze swego miasteczka i odrazu zamieszkał w domu przy synagodze. A mądrości jego w zawiłych sporach kupieckich nie mogą się nachwalić kupcy paryscy.
Rabi Eleazar ben Cwi ma swego starego szamesa, który jeden mógłby opowiedzieć o świątobliwem życiu rebego. Ale szames opowiada niechętnie i całe dnie i wieczory spędza przy boku rebego. Szames powiada, że rebe jest bardzo słabowity, i nie dopuszcza do niego osobiście z byle głupstwem, póki sam się nie przekona, że sprawa jest ważna i wymaga rady w cztery oczy. Jedno jest pewne: komu rabi Eleazar da w chustce swą ksybę, ten, choćby najcięższą boleścią Bóg go doświadczył, wraca do domu beztroski i wesół, jak ptaszek. To też drzwi do rebego zamykają się rzadko, a staremu szamesowi, kiedy wychodzi w piątek na zakupy, nigdy nie braknie pieniędzy w przetartej aksamitnej portmonetce.
Rabi Eleazar ben Cwi ma dwoje maleńkich, blisko siebie osadzonych oczu, obydwoje od strony nieba. Szames mówił w sekrecie staremu Herszlowi, że rebe często rozmawia z Bogiem. Długo, godzinami, Bóg i rebe gawędzą ze sobą. I Żydzi wiedzą: rebe może mówić z Panem Bogiem, kiedy zechce. To tak, jakby miał z nim stałe połączenie telefoniczne. Zwykli żydzi mogą dzwonić do Boga całe życie i nigdy nie uzyskają komunikacji: tylu ludzi naraz chciałoby się do niego dodzwonić. Czasem, raz w życiu, na krótką chwilę, udaje się żydowi osiągnąć z Nim połączenie i wtedy należy się bardzo śpieszyć, by wyłożyć swoją prośbę, zanim nie przeszkodzi kto inny.
O rabim Eleazarze możnaby powiedzieć, że ma ma do dyspozycji osobną linję i rozmawiać może z Bogiem o każdej porze, bez obawy, że mu ktoś przerwie. Zresztą rebe Eleazar wie, że Pan Bóg, jak każdy żyd, nie lubi, by go nagabywano, gdy jest zajęty, i wie już, w jakich godzinach można porozmawiać z nim najswobodniej. I Pan Bóg ma za to słabość do rebego Eleazara i nie było jeszcze wypadku, aby mógł mu czegoś odmówić.
Tak minęło wiele, wiele lat. Ile? Tego dokładnie nie pamiętał nawet stary szames.
Roku tego rabi Eleazar ben Cwi czuł się już bardzo słaby, często rozmawiał z szamesem o śmierci i przyjmował osobiście tylko w bardzo wyjątkowych wypadkach.
Pewnego wieczora szames wrócił z miasta później, niż zwykle, i rebe omal nie opóźnił przez niego kolacji. Szames był bardzo wystraszony. Na mieście opowiadano o jakiejś strasznej chorobie, która nawiedziła Paryż. Dzieci krawca Lewiego, które, jak to dzieci, poszły tańczyć na święto francuskie — w parę godzin po powrocie umarły w strasznych boleściach. Tej samej nocy umarła na boleści żona kamasznika Symchy i jeszcze trzy żydówki. Od rana zmarło dwunastu żydów. Na mieście panuje wielki lament. Szames, który pamiętał cholerę w Żmerynce, widział w tem jej niezawodne objawy, chociaż gazety nazywały nową zarazę inaczej. Żydzi są bardzo zatrwożeni i wybierają się gromadą do rebego prosić go o radę.
Rabi Eleazar ben Cwi wysłuchał sprawozdania szamesa w milczeniu, jak bardzo jednak wziął je sobie do serca, widać było już z tego, że nie dojadł nawet kolacji. Umywszy ręce, kazał podać sobie tałes i zszedł da bożnicy.
W synagodze panował już lament i płacz. W ciągu wieczora umarło jeszcze trzydziestu żydów. Nazwiska krążyły z ust do ust.
Rebe Eleazar długo modlił się zgięty nad swym pulpitem. Kiedy zamknął „sejfer“ i odwrócił się do wiernych, twarz miał pogodną i świetlaną. Kazał zaraz na drugi dzień odprawić ślub na cmentarzu, jak to jest w zwyczaju w czasie zarazy. Wyszukano na miejscu młodego i młodą. Kupiec bławatny, Szyja, i czapnik, Sender, podjęli się wyposażyć młodą parę.
Ślub odbył się nazajutrz, na cmentarzu Bagneux, w obecności żydów z całego Hôtelu de Ville. Po ślubie odprowadzono młodych do domu.
Tej samej nocy młoda umarła z objawami zarazy. Szames, do którego wystraszeni żydzi przybiegli z tą nowiną, długo nie ważył się powtórzyć jej rebemu. Wreszcie, w obawie, że rebe sam się dowie o tem w bożnicy, z wielkiemi ostrożnościami dał mu do zrozumienia, co zaszło. Rabi Eleazar nie powiedział nic, ale twarz jego, koloru jego mlecznej brody, stała się jeszcze bledsza, i szames zauważył, że ten zły omen wywarł na nim wielkie wrażenie.
W synagodze panował lament głośniejszy jeszcze, niż wczoraj. W ciągu dnia umarło znowu sześćdziesięciu żydów. Między nimi wszystkie pomywaczki wczorajszych trupów. Umarło nadto dwunastu żydów z towarzystwa ostatniej posługi, którzy chodzili odwiedzać rodziny nieboszczyków, siedzące na pokucie. W Paryżu ludzie padali podobno na ulicach tysiącami.
Przez całą noc trwało w bożnicy nabożeństwo, przerywane wtargnięciem coraz to nowych zwiastunów szerzącego się moru. Co chwila ktoś z rozmodlonych dowiadywał się o wypadku zarazy w swoim własnym domu i, zawodząc, wybiegał z synagogi.
Do rana modlił się żarliwie rabi Eleazar, zgarbiony nad swoim modlitewnikiem. Nad ranem z trudnością trzymał się już na nogach i gabe z szamesem musieli pod ręce odprowadzić go nagórę.
Na cały następny dzień rabi Eleazar ben Cwi zamknął się w swoim pokoju i zabronił szamesowi dopuszczać do siebie kogokolwiek. Na schodach cisnął się szlochający tłum. Blady szames, z palcem na ustach, stał na warcie przed drzwiami. Wiedział dobrze, że rebe rozmawia teraz z Panem Bogiem i że nie należy mu w tym przeszkadzać.
Późno wieczorem rebe zawołał do siebie szamesa i kazał sobie powtórzyć nowiny. Wiadomości były okropne. W ciągu dnia zmarło jeszcze stu trzydziestu żydów. Trupy poniewierały się w mieszkaniach niemyte, ponieważ wszystkie pomywaczki pozarażały się i pomarły. Rodziny nieboszczyków siedziały na pokucie o głodzie, gdyż odwiedzający je członkowie towarzystw ostatniej posługi wszyscy poumierali. Rodziny siedzące na pokucie dogorywały kolejno. Ze składającej się z dziesięciu osób rodziny kamasznika Symchy, którego żona zmarła zaraz pierwszej nocy, dziewięć już nie żyje i na pokucie siedzi jeden ojciec.
Rebe kiwał w milczeniu głową, słuchając strasznych relacyj szamesa. Potem kazał podać sobie tałes i zszedł do bożnicy. Szames pobiegł za nim z obowiązku i z ciekawości.
Kiedy rebe Eleazar zjawił się w synagodze, zapanowała w niej wielka cisza. Wszyscy wiedzieli, że rebe cały dzień rozmawiał z Bogiem i że przychodzi powiedzieć coś ważnego. Wszystkie oczy skierowały się w jego stronę.
Stanąwszy na stopniach ołtarza, rabi Eleazar ben Cwi zwrócił twarz do zebranych i mówić zaczął uroczystym głosem prawodawcy:
— Bóg otworzył oczy moje i w księdze swego gniewu pozwolił mi wyczytać bekijach nejfesz. Przez cały czas zarazy żydzi zwolnieni będą od siedzenia na pokucie po swoich zmarłych, jako też od grzebania ich w sposób rytualny. Na czas zarazy zwłoki bez uprzednich obrządków zaszywać będziecie w płótno i wywozić na cmentarz. Bóg doświadczył nas ciężko i jedynie modlitwa zdoła go przebłagać. Anioł śmierci, Malach Hamaweth, wszedł do domów żydowskich i drzwi naszych nie obroniła mezuze. Domy, których dotknął, będą nieczyste przez dni czterdzieści i podlegną opuszczeniu. Módlcie się i proście zmiłowania.
Rabi Eleazar, blady, słaniający się z osłabienia, zszedł po stopniach i, podtrzymywany przez szamesa, opuścił bożnicę. Po wyjściu jego synagoga zahuczała tysiącem rozgorączkowanych głosów.
Wypadki dni następnych nie zdawały się świadczyć o tem, jakoby Bóg zamierzał dać się przebłagać. Naskutek ogłoszonego bekijach nejfesz liczba zgonów w ciągu następnych dni nieco zmalała, nie spadając zresztą poniżej stu ofiar dziennie. Natomiast zabrakło niebawem mieszkań, niezapowietrzonych przez zarazę. Na dziesiąty dzień kryzys mieszkaniowy przybrał rozmiary zastraszające.
Rabi Eleazar ben Cwi zamknął się na cały ten czas w mieszkaniu, nie pokazując się nawet w bożnicy i nie przyjmując nikogo, poruczywszy wszystkie sprawy szamesowi. Napastowany szames umiał jedynie powiedzieć, że rebe jest bardzo milczący i całymi godzinami rozmawia głośno z Bogiem w swoim pokoju.
Na dziesiąty dzień, kiedy w całym Hôtel de Ville nie znalazło się więcej ani jednego mieszkania nienawiedzonego przez zarazę dziesięciu najstarszych żydów udało się do rebego w delegacji. Opłacony szames poszedł na palcach zameldować rebemu o ich przybyciu.
Po długiej chwili wyszedł do nich sam rebe. Twarz miał jeszcze bardziej przezroczystą, niż zwykle, aż strach było pomyśleć, że życie jego wisi na włosku.
Kiedy szames przyniósł krzesła, zabrał głos stary Mechel, największy grosista na cały Hôtel de Ville.
— Rebe — powiedział głosem bardzo przybitym — rebe, uczyniliśmy wszystko, coś nam polecił. W księdze gniewu bożego wyczytałeś bekijach nejfesz i odtąd żydzi nie siedzą na pokucie po swoich umarłych, a zwłoki żydowskie bez oporządzenia rytualnego, zaszyte w płótno, wysyłają na cmentarz. Powiedziałeś, że domy nawiedzone przez zarazę będą nieczyste przez dni czterdzieści i podlegną opuszczeniu, i usłuchaliśmy cię, a jednak zaraza trwa, i niema dnia, w którym nie ucierpiałoby od niej kilkadziesiąt rodzin żydowskich. Mieszkania nasze są przepełnione. Wkrótce nie będzie już ani jednego domu, nieskalanego morem. W całym Hôtel de Ville niema już mieszkań. Rodziny zarażonych śpią na ulicach. Co czynić, rebe?
Rabi Eleazar ben Cwi uśmiechnął się dobrotliwie, i dwoje oczek, utkwionych gdzieś, poprzez Mechela, nie widząc go, jakby był przezroczysty, odbłysnęły tym samym uśmiechem, kiedy powiedział w zamyśleniu:
— Wiele jest jeszcze mieszkań w dzielnicy żydowskiej, po które starczy sięgnąć ręką.
Starzy Żydzi zamienili spojrzenia. Kiedy rebe mówi rzeczy ważne, widzialne jego oczom, zwykłym rozumem ogarnąć ich zrazu niesposób. Na chwilę zaległo milczenie. Wreszcie stary Mechel zdobył się na odwagę i zapytał:
— Rebe, rozumowi naszemu nie równać się z twoim. Słowa twoje są dla nas niejasne. Jakież to mieszkania masz na myśli, po które starczy sięgnąć ręką?
Rabi Eleazar pomilczał chwilę, potem podjął, jakby do siebie, w głębokiem zamyśleniu:
— Wiele jest mieszkań w dzielnicy żydowskiej, których drzwi nie broni mezuze. Przez te drzwi wszedł do nas Malach Hamaweth.
Zapadła długa cisza. Potem rebe jął mówić dalej, jakby ciągnął głośno własną myśl:
— Powiada rabi Hillel, najmędrszy z mędrców: Za czasów rabiego Ezra, kiedy naród żydowski był rozbity, a dokoła szalała zaraza chrześcijaństwa, pragnąc ustrzec się przed nią i zachować swój zakon, żydzi po miastach otoczyli domostwa swoje wysokim murem, a współcześni nazwali te miasta żydowskie słowem: „ghetto“. Ale nadszedł czas, gdy żydom uprzykrzyła się mowa ojców ich i zapragnęli ponieść swój zakon między obcych na pohańbienie. Wtedy zburzyli mur, okalający ich domostwa, i odtąd klęski gojów stały się ich klęskami, a gniew Pański obrócił się przeciw nim. Póki nie ogrodzą się żydzi na nowo murem nieprzebytym od wszystkiego, co nie jest nimi, póty pożerać ich będzie mór, a anioł śmierci nie opuści ich progów.
W tem miejscu rabi Eleazar ben Cwi dał znak ręką, że uważa audjencję za skończoną, polecając szamesowi odprowadzić do drzwi przybyłych.

Dnia 30 lipca o godzinie piątej po południu na bulwarach ukazały się nadzwyczajne dodatki. W dodatkach donoszono o nowym zamachu separatystycznym. Ludność żydowska obwodu Hôtel de Ville opanowała ratusz i wyparła z obrębu całej dzielnicy ludność aryjską. Apatyczni chrześcijanie naogół nie stawiali oporu. Na jedyny zdecydowany sprzeciw żydzi natrafili w dzielnicy Saint-Paul, zamieszkałej przez ubogą ludność polską. W odruchu wrodzonego antysemityzmu ludność polska usiłowała przeciwstawić się z bronią w ręku. Doszło do krwawych utarczek, które pociągnęły za sobą straty ze stron obu, póki nie skończyły się zwycięstwem przeważających liczebnie żydów.
Dodatki nadzwyczajne wspominały o rozklejonem na murach dzielnicy Hôtel de Ville orędziu gminy żydowskiej do wszystkich żydów Paryża. Orędzie donosiło podobno o ukonstytuowaniu, w obronie przed zarazą aryjczyków, samodzielnej terytorjalnej gminy żydowskiej, odgrodzonej od reszty miasta murem barykady. Wzywało ono wszystkich żydów Paryża do przesiedlenia się na teren gminy, wyrażając przeświadczenie, że od nowej tej plagi, która nawiedziła aryjską Europę za wielowiekowe gnębienie narodu żydowskiego, ocaleje on i tym razem, pod warunkiem, że zachowa jak najściślejszą izolację.
Wiadomość wywołała w mieście wielkie wrażenie. Wieczorem w stronę Hôtel de Ville z dzielnic zachodnich i północnych pociągnęły długie karawany samochodów, naładowanych walizami. Nikt im w tem nie przeszkadzał.
U wejścia do dzielnicy Hôtel de Ville milicja narodowa i szomrzy fortyfikowali gorączkowo barykady na wypadek ewentualnej obrony.
Nikt zresztą nie zamierzał ich atakować.

W rudym, piegowatym domu przy ulicy Pavé, stary, zgarbiony szames chodzi na palcach i cicho, na palcach, nasłuchuje u drzwi.
Rabi Eleazar ben Cwi już trzeci dzień nie wychodzi ze swego pokoju, nie przyjmuje żadnego pożywienia, modli się i rozmawia z Bogiem. Szames słyszy monotonny, kiwający się głos. Nad otwartą zatłuszczoną księgą siedzi rabi Eleazar i pałąkowate, przezroczyste jego ciało chyboce się, jak trzcina, pod podmuchem tchnienia bożego. Rabi Eleazar ben Cwi po raz pierwszy wątpi.
I jak tu nie zwątpić? Wziął na ramiona swoje brzemię, przechodzące siły człowiecze. W księdze gniewu pańskiego wyczytał bekijach nejfesz, i odtąd żydzi nie siedzą na pokucie po swoich zmarłych, a trupy żydowskie bez oporządzenia rytualnego idą na łono śmierci. Wszystko napróżno.
Czarne, pokraczne litery, jak podróżni, wymachujący chusteczkami z okien pociągu w biegu, przesuwają się przed przebiegającym je wzrokiem rebego Eleazara.

„I uczyni Pan rozdział miedzy trzodami Izraelskiemi i między trzodami Egipskiemi, aby nic nie zdechło ze wszystkiego, co jest synów Izraelskich...“

Rabi Eleazar ben Cwi niżej, w wahadłowych pokłonach, kołysze się nad książką. Postąpił, jak kazał Pan, oddzielił trzody Izraelskie murem nieprzebytym, a oto zaraza szerzy się wśród nich po dawnemu i niemasz na nią lekarstwa.
Czarne litery, jak krople męczeńskiej krwi, kapią na książkę z wykrzywionych bolesnym grymasem ust rebego Eleazara:

„...I potłukł on grad po wszystkiej ziemi Egipskiej, cokolwiek było na polu, od człowieka aż do bydlęcia; i wszystko ziele polne potłukł grad, i wszystko drzewo polne połamał.
Tylko w ziemi Gosen, gdzie synowie Izraelscy mieszkali, nie było gradu...“

Rabi Eleazar wątpi. Wziął na barki swoje odpowiedzialność straszliwą: otoczył miasto żydowskie murem, pozbawiając je nawet własnego cmentarza; i po komorach gnić zaczęły trupy żydowskie.
I odsłonił rabi Eleazar żydom bekijach nejfesz niesłychane w historii żydostwa, iż trupy, nie mogące spocząć w ziemi, oddane być mają płomieniom.
I nie opuściła zaraza murów miasta żydowskiego.
A wszakże powiedział Pan:

„...I wezmą krwi jego, i pokropią obadwa podwoje i naprożnik u domu.
I będzie wam ona krew na znak na domach, w których będziecie; bo ujrzawszy krew, minę was, że nie będzie u was plaga ku zatraceniu, gdy będę zabijał w ziemi Egipskiej...“

Rabi Eleazar ben Cwi wątpi po raz pierwszy w życiu, ugina się pod ciężarem, jak gałązka — pod ptakiem. Pergaminowe wargi mamrocą:
— Panie, czemuż włożyłeś na mnie ciężar ten? Stary jestem i wątłe są plecy moje.
Stara, zatłuszczona książka, jak sito, pełne drogocennej cieczy, deszczem czarnych kropel-liter pada na spragniony piasek duszy rebego Eleazara:

„...I rzekł Pan: Widząc utrapienie ludu mojego, który jest w Egipcie, a wołanie ich słyszałem przez przystawy ich; bom doznał boleści jego.
Przetoż zstąpiłem, abym go wybawił z ręki Egipskiej i wywiódł go z ziemi tej do ziemi dobrej i przestronnej — do ziemi opływającej mlekiem i miodem...
...Przetoż teraz, pójdź, a poślę cię do Faraona, abyś wywiódł lud mój, syny Izraelskie z Egiptu.
I rzekł Mojżesz do Boga; któżem ja, abym szedł do Faraona, a wywiódł syny Izraelskie z Egiptu?...
...I rzekł Mojżesz do Pana: Proszę, Panie, nie jestem ja mężem wymownym ani przedtem, ani odtąd, jakoś mówił do sługi swego; bom ciężkich ust i ciężkiego języka.
A Pan mu rzekł: Któż uczynił usta człowiekowi?...
...Idźże teraz, a Ja będę usty twojemi, i nauczę cię, cobyś miał mówić.
I rzekł Mojżesz: Słuchaj, Panie, poślij, proszę, tego, kogo posłać masz.
I zapalił się gniew Pański na Mojżesza...
...Uczynił tedy Mojżesz i Aaron, jako im przykazał Pan, tak uczynili.
A Mojżesz miał ośmdziesiąt lat, a Aaron ośmdziesiąt i trzy lata, gdy mówili do Faraona...“

Rabi Eleazar ben Cwi nie szemrze. Wie: niezbadane są wyroki boże. Na kogo On wskaże palcem, ten daremnie ujśćby chciał swemu przeznaczeniu. Nie, rabi Eleazar nie będzie skomlał, jak Mojżesz: „Słuchaj, Panie, poślij tego, kogo posłać masz.“ Za dawno przywykł do posłuchu. Pewną ręką zamyka książkę. Wstaje. Wyprostował się. Woła szamesa.
Wystraszany szames widzi: zaszło coś ważnego, najważniejszego. Ze zwojów siwej brody, jak z białych kłębów ofiarnego dymu, wykwita wąska, parafinowa twarz rebego. Oczy świecą wewnętrznym blaskiem, patrzą, nie widząc.
Rebe Eleazar każe zwołać starszyznę.
Wąskiemi, mroczniejąceymi uliczkami, gdzie, jak olbrzymie wodorosty, kołyszą się modlitewne cienie latarń, w rozwianym chałacie biegnie stary szames, wspina się po krętych schodach, wrzucając w niedomknięty otwór drzwi depeszę-szept: posłanie od rebego Eleazara.

— Hallo! Czy Grand Hotel? Proszę mnie połączyć z pokojem mistera Dawida Lingslaya. Hallo! Hallo-o-o! Czy mister Dawid Lingslay? Mówi sekretarz prezydjum rady komisarzy koncesji anglo-amerykańskiej. Prezydjum prosi pana uprzejmie o przybycie na tajne posiedzenie rady, o godzinie jedenastej przed południem. Tak jest, za godzinę. Możemy liczyć?...
Mister Dawid Lingslay przewrócił się na drugi bok. Światło, przezierające przez szparę między storami, uderzyło go w oczy i, marszcząc się, musiał powrócić do dawnej pozycji. Tak świetnie spał, gdyby nie ten piekielny dzwonek. Za godzinę — w „American-Express“. Trzeba pomyśleć o wstawaniu.
Mister Dawid Lingslay wyciągnął się jeszcze raz na wygodnem, czteroosobowem łóżku. Nagle zerwał się i przysiadł na krawędzi. Odrzuciwszy kołdrę, skrupulatnie pomacał przez jedwabną pyjamę brzuch, potem, podnosząc każdą rękę zosobna, — gruczoły pachowe. Po dokładnych oględzinach wyciągnął się zpowrotem.
Codzień budził się z tym instynktownym strachem zdrowego, muskularnego ciała, przeczuwającego w zwierzęcym lęku chwilę, w której, pewnego ranka, obudzi go gryzący ból w dole brzucha. O przykrym tym fakcie, na którego szali elementarny rachunek prawdopodobieństwa kładł dziewięćdziesiąt dziewięć przeciw stu, mister Dawid Lingslay starał się za dnia nie myśleć, piastując gdzieś wewnątrz, jak wychuchane w zanadrzu pisklę, nieśmiało formułowaną nadzieję na tę jedną setną możliwości ocalenia.
Co rana jednak, gdy pogrążone we śnie ciało, w nagłem przejściu od snu do jawy, oscylowało jeszcze w irrealnej próżni, zanim rozluźnione dźwignie woli nie trafiły znów trybem na tryb, — jak odprężona sprężyna ciskał mu się do gardła strach, który wciskać trzeba było dopiero pięścią do jego komórki, gdzie przyczajony przebywał aż do następnego rana.
W tych krótkich chwilach mister Dawid Lingslay przypominał sobie, że tam, w szufladzie szafki nocnej — wystarczy sięgnąć ręką — leży, wyczekując niecierpliwie tego jednego rana, mały, stalowy przedmiocik, skulony i niewidoczny, czeka, liczy niedosłyszalne tętno spoczywającego na blacie, pękatego zegarka, który gdzieś, w swych wnętrznościach, w rozdygotanym wskazującym palcu skazówki chowa ukrytą, jemu jednemu wiadomą, fatalną godzinę. Odliczył już precyzyjnie tyle i tyle obrotów i odrabia je codzień, udaną obojętnością maskując gorączkowy pośpiech.
W podobnych momentach mister Dawid Lingslay czuł taką piekącą nienawiść do całego świata przedmiotów, że tylko dzięki jego wrodzonemu opanowaniu i flegmie pokojówka nie zastawała co rana jego apartamentu zdemolowanym.
Wyniosłe i oziębłe tafle luster, przyjmujące z lokajską pokorą każdy rzucony im, jak policzek, gest, wszystkie te szafy i biurka, obojętne, druzgocące swą niezbitą, matematyczną pewnością, że stać będą tak samo, odbijać wypolerowaną powierzchnią swej drewnianej skóry inne gesty, twarze i grymasy, kiedy po misterze Dawidzie Lingslayu nie zostanie ani śladu, swoją spokojną, arogancką wyższością zdolne były doprowadzić go do szału. Miało się nieprzepartą chęć porozbijać je, podeptać, połamać na kawałki, zadać kłam ich niewzruszonej przewadze, napaść się widokiem ich bezwładnych szczątków.
W chwilach takich mister Dawid Lingslay naciskał tylko mocniej namydloną brzytwę, pod pocałunkiem której, jak Afrodyta z piany morskiej, wyłaniała się twarz, oślepiająca nagością wypielęgnowanej skóry.
Z tępą nienawiścią wpychał do kamizelki zegarek, do tylnej kieszeni od spodni — mały, stalowy drobiazg, i wychodził na miasto, starając się pozostawać w swoim pokoju jak najkrócej.
Mister Dawid Lingslay, król amerykańskiego trustu metalowego, właściciel czternastu wielkich dzienników w New Yorku, Bostonie i Filadelfji, zatrzymał się w Paryżu w przejeździe, zdążając starym zwyczajem na letnie miesiące do Biarritz. W czasie tego kilkudniowego pobytu zastała go w Paryżu dżuma.
Wszelkie próby wydostania się z zadżumionego miasta spełzły na niczym. Nie pomogły powaga nazwiska, olbrzymie stosunki, astronomiczne czeki. Strach przed zarazą zatarł granice społeczne, potargał nierozerwalną pajęczynę najniezawodniejszych znajomości, otoczył Paryż szczelnym, wyrosłym przez jedną noc, nieprzebytym murem.
Po dwóch tygodniach bezowocnych zabiegów mister Dawid zmuszony był dać za wygraną.
Jak wszyscy gracze giełdowi, mister Dawid Lingslay był fatalistą, i przekonawszy się o bezskuteczności wszystkich usiłowań, sam na sam z sobą w swoim luksusowym pokoju hotelowym przyznał się szczerze do przegranej. Wszystko dotychczas w życiu udawało mu się niebywale. Nieraz, stojąc na kolejnym szczeblu drabiny finansowej, rzuciwszy okiem wdół, doznawał na chwilę lekkiego zawrotu głowy na myśl, że karta jego może być kiedyś bita.
Przekonawszy się tym razem, że wyjścia niema, mister Dawid Lingslay, jak przystało na dżentelmena, sporządził testament, przetelegrafował go do Nowego Jorku, zamknął w biurku skoroszyty podręcznych spraw i czekał.
Dżuma wyraźnie bawiła się z nim w chowanego. Na trzeci zaraz dzień w strasznych boleściach zmarł jego osobisty sekretarz. Mister Dawid Lingslay czekał na swoją kolej. Mijały dni. Po tygodniu czarna karetka zabrała z sąsiedniego pokoju maszynistkę. Coraz to pustoszał któryś z przyległych apartamentów. Pod koniec drugiego tygodnia na całem pierwszem piętrze mister Dawid Lingslay pozostał sam. Z błyskawiczną szybkością, jak kamienie, rzucone w studnię windy, znikali bezgłośnie liftboy’e, służba, maître d hôtel’e. Na ich miejsce wynurzali się nowi. Oddawszy wieczorem portjerowi polecenie, mister Dawid, schodząc nazajutrz, zastawał innego portjera, nie pytał, powtarzał polecenie, starając się nie powracać myślą do tego drobnego epizodu, pił małemi łykami gorącą poranną kawę i jechał do swej metresy.
Od paru bowiem lat mister Dawid Lingslay utrzymywał w Paryżu kochankę, której w prezencie ofiarował, wraz z kolekcją oślepiającej biżuterji niepozbawiony smaku pałacyk na Polach Elizejskich.
Kochankę swą odwiedzał mister Dawid Lingslay dwa razy do roku, nie zatrzymując się zresztą u niej nigdy i mieszkając po kawalersku, w Grand-Hôtelu. Zmuszały go do tego interesy, pomijając już to, że jako dżentelmen i człowiek żonaty, nie lubił afiszować się swym stosunkiem.
Za każdej zaś bytności swej w Paryżu miał w nim tyle interesów i spraw, że zazwyczaj, siedząc już w przedziale i odbierając z rąk grooma tradycyjny pakiet nowości powieściowych, przesyłany mu na dworzec przez kochankę, spostrzegał dopiero, że przez cały czas swego pobytu spędził z nią w sumie może niespełna sześć godzin i solennie przyrzekał powetować to sobie następnym razem, to jest za pół roku.
Nadawszy do New Yorku testament, mister Dawid Lingslay po raz pierwszy uświadomił sobie treść oklepanego słowa „wakacje“ i pożałował, że potrwają tak niedługo. Jakkolwiek bądź, postanowił po raz pierwszy w życiu całkowicie poświęcić je miłości. Była to właśnie ta funkcja życiowa, na którą nigdy nie wystarczało mu czasu, którą załatwiać musiał między dwoma dzwonkami telefonu, zawsze w pośpiechu i zawsze nie w porę.
Przed laty, w tradycyjny wieczór poślubny, kiedy sądził, że tym razem będzie mógł poświęcić jej przynajmniej przewidziane prawem dwanaście godzin, otrzymał w ostatniej niemal chwili ofertę niezmiernie korzystnej i skomplikowanej transakcji, o którą zabiegał oddawna; i przez całą noc poślubną, wypełniając przykładnie, jak dżentelmen, nałożone na niego przez społeczeństwo obowiązki i odpowiadając w roztargnieniu na rozkapryszone pytania młodej małżonki, przesuwał w głowie gigantyczne liczydła cyfr, układając z nich odpowiedź, jaką trzeba będzie dać telefonicznie jutro, z samego rana (byle nie zaspać!). W rezultacie, ilekroć po latach, zwyczajem innych ludzi, mister Dawid Lingslay usiłował przypomnieć sobie swą noc poślubną, na kliszy pamięci występowały tylko te długie kolumny cyfr, reszta zaś gubiła się gdzieś, jak źle wywołane tło.
Po raz pierwszy w życiu, być może na tydzień przed śmiercią, mister Dawid Lingslay mógł niepodzielnie oddać się miłości i każdy dzień był dla niego prawdziwym miodowym miesiącem.
Kochanka, którą utrzymywał w Paryżu ze snobizmu, jak dwa Rolls-Royce’y, jak stałą kabinę na „Majestic’u“, aby mieć z kim pójść wieczorem do teatru i potem na kolację do „Ciro’s“, aby kusić zazdrosne spojrzenia innych mężczyzn jej niezwykłą urodą, przyjmowaną przez niego na wiarę, od innych, nie mając sam nigdy czasu dobrze się w niej rozeznać, — okazała się w samej rzeczy cudowną istotką, instrumentem czułym i czarownym, zawierającym niewyczerpane gamy słodyczy.
Mister Dawid spędzał z nią teraz całe dni, wieczory i noce, odnalazłszy w sobie, w czterdziestym roku życia, najtkliwszego amanta.
Jak sybaryta, pragnący zaostrzyć sobie rozkosz spożycia następnego dania przez powstrzymanie się od poprzedniego, mister Dawid nie przeniósł się do niej ostatecznie, zachowując swój apartament w Grand-Hôtelu, aby po krótkich godzinach rozłąki wracać do niej z coraz większą tęsknotą, zakochany po raz pierwszy, po uszy.
Miłość, to kwestia wolnego czasu. Któż zgadnie grobowcami jakich płomiennych kochanków są poruszające się dokoła nas opasłe cielska brzuchatych businessmanów, tych paradoksalnych niewolników, przykutych za nogę niewidzialnym łańcuchem do skazówki własnego zegarka.
Zresztą misterowi Dawidowi Lingslayowi i tym nawet razem nie sądzone było rozwinąć w pełni skarbów swej niezużytej erotyki. Przeszkodziły mu w tem wypadki, raptowne drgania sejsmiczne, które wstrząsnęły wkrótce psychiczną skorupą zadżumionego Paryża.
Dnia 30 lipca, niemal równocześnie, z jednolitego organizmu Paryża, drogą zbrojnych zamachów separatystycznych, w spontanicznym odruchu samoobrony przed zetknięciem z zarazą aryjczyków, wyodrębniły się dwie dzielnice: Łacińska i Ratusz, tworząc na mapie dawnego Paryża dwa samodzielne państewka: chińskie i żydowskie. Za przesunięciami rasowemi podążyły socjalne.
Dnia 4 sierpnia ludność robotnicza dzielnic Belleville i Menilmontant, rozbudzona nagłym nieprzepartym musem zawładnięcia skromną gospodarką własnego, wymykającego się jej z rąk życia, ogłosiła swe terytorium samoistną republiką radziecką. Na stronę powstańców przeszło wojsko.
Wieczorem tegoż dnia, na znak protestu, kameloci królewscy przy poparciu katolickiej ludności przedmieścia Saint-Germaine opanowali Lewy Brzeg Sekwany, od Pałacu Inwalidów do Pola Marsowego, ogłaszając restaurację monarchii.
Zaskoczona błyskawicznością wypadków, zagrożona w swem posiadaniu, anglo-amerykańska ludność dzielnic centralnych uczuła się zmuszoną zająć wobec nich określone stanowisko i przedsięwziąć środki ostrożności. Celem omówienia wydarzeń, 8 września, w gmachu Opery, zwołany został pierwszy w swoim rodzaju miting dżentelmenów.
Na mitingu tym, gwoli samoobrony przed zbolszewizowanemi dzielnicami Paryża, zdecydowano jednomyślnie dzielnice, zamieszkałe przez ludność anglosaską, ogłosić na czas zarazy autonomiczną koncesją anglo-amerykańską. Uzbrojona milicja, złożona z młodzieży, zająć się miała wzniesieniem barykad dokoła nowej koncesji i ich ewentualną obroną na wypadek napaści ze strony dzielnic zbuntowanych.
Tematem ożywionej dyskusji stała się sprawa tubylczej ludności francuskiej, zamieszkującej teren nowej koncesji. Cześć dżentelmenów obstawała stanowczo przy wysiedleniu elementów nieanglosaskich. Większość głosów uzyskała jednak rozumna propozycja mistera Ramsaya Marlingtona, który wystąpił z wnioskiem użycia francuskich mieszkańców koncesji, po ich gruntownem rozbrojeniu, do świadczeń służebnych, rekrutując z nich niezbędne kadry służby hotelowej i prywatnej. Od świadczeń tych, według projektu mistera Marlingtona, zwolnieni być mieli jedynie sklepikarze i właściciele bistros, jako kierownicy zakładów użyteczności publicznej, oraz Francuzi, mogący się wykazać rentą roczną, przewyższającą sto tysięcy franków.
Wniosek mistera Ramsaya Marlingtona został wprowadzony w życie. Ludność francuska dzielnic centralnych, przyzwyczajona od dawna do życia z napiwków turystów anglo-amerykańskich, nie stawiła oporu przeprowadzeniu projektu mistera Marlingtona i z nową swą rolą pogodziła się wcale nieźle, oszczędzając w ten sposób rządowi nowej koncesji wielu nieprzewidzianych kłopotów.
Do zarządu koncesją pierwsze zgromadzenie wyłoniło radę komisarzy złożoną z dwunastu wybitnych finansistów: sześciu Anglików i sześciu Amerykanów. Do dyspozycji rządu tymczasowego oddano gmach „American-Express Company“.
W wyniku głosowania do rady komisarzy koncesji, w liczbie sześciu potentatów amerykańskich, wybrany został i mister Dawid Lingslay. Powaga nazwiska i stanowisko społeczne nie pozwoliły mu wymówić się od tego zaszczytu, chociaż sprawy państwowe i administracyjne kolidowały wyraźnie z całokształtem jego obecnych zainteresowań i czynności, toteż postanowił poświęcać im jak najmniej czasu i uwagi.
Wspomnianego dnia, powróciwszy do hotelu o godzinie piątej nad ranem, pełen najmelodyjniejszych oddźwięków burzy miłosnej, która oskardami swych błyskawic rozorywała w nim coraz głębsze pokłady nienasyconego smakoszostwa, zbudzony nie w porę dzwonkiem społecznego obowiązku, mister Dawid Lingslay bardziej, niż kiedykolwiek, odczuł cały ciężar swej sytuacji socjalnej i w humorze więcej, niż kwaśnym, jął naciągać powoli swój wykwintny garnitur.
Kończył właśnie golić się przed lustrem, gdy, poprzedzony pukaniem, do pokoju wszedł smukły, zawsze uśmiechnięty boy, niegdyś pierwszy sekretarz wielkiego towarzystwa ubezpieczeniowego, które przy nowym stanie rzeczy straciło wszelką rację bytu, i zameldował, że dwóch panów w ważnej sprawie pragnie widzieć osobiście mistera Dawida Lingslaya.
Innym razem mister Dawid, przeczuwając jakichś nudnych interesantów, byłby kazał zapewne powiedzieć, że niema go w domu. Dziś jednak, postanawiając wychylić do dna kielich społecznego obowiązku, gestem pełnym rezygnacji kazał prosić ich do salonu.

Kiedy po długiej chwili, kończąc zawiązywać krawat, mister Dawid Lingslay ukazał się w drzwiach salonu, na spotkanie jego wstali z foteli rabi Eleazar ben Cwi i starszy, korpulentny jegomość w amerykańskich okularach.


IV.

Na Sacré-Coeur biły dzwony.
Z Saint-Pierre, z Saint-Clotilde, z Saint-Louis, z małych, rozrzuconych kościółków dzielnicy Saint-Germain, odpowiadały im płaczliwym podźwiękiem dzwony katolickiego Paryża.
Głuche, łzawe dzwony nad miastem ołowianemi pięściami tłukły się we wklęsłą spiżową pierś i z wnętrza kościołów odpowiadał im łomot kurczowo zaciśniętych rąk i gorzki, pobożny mamrot. Nabożeństwo z wystawieniem sakramentu trwało bez przerwy, odprawiane przez woskowych księży, słaniających się ze zmęczenia.
W cerkwi dzielnicy Passy metropolita w złotych ryzach gęstym, dostałym basem czytał ewangelję i dzwony dzwoniły wszystkie, jak w dzień wielkanocny.
Paryż trzasł na nowo wzdłuż szerokiego szwa Sekwany, sfastrygowanego niegdyś naprędce białemi nićmi mostów.
Na moście Passy, z dwóch końców, na latarniach, trzepocą dwa sztandary: trójkolorowy sztandar imperjum rosyjskiego i biały ze złotemi liljami sztandar Burbonów — prowizoryczna granica dwóch monarchij.
Po pustym moście, do środkowego przęsła i zpowrotem, donośnym, miarowym krokiem przechadza się czterech chłopców z karabinami na ramieniu: dwóch z jednego końca mostu, dwóch — z drugiego.
Na żołnierskich czapkach chłopców w zielonych „rubaszkach“ połyskują wyciągnięte skądś, z naftaliny, wypucowane kredą carskie orzełki, spoglądające zgóry na skromne, poczerniałe lilje młodocianych królewskich kamelotów.
Wasja Krestownikow niecierpliwie przesuwa na ramieniu karabin. Karabin — ciężki, boli od niego ramię. Możeby zdjąć? Nie, nie wypada. I Wasja sprężystym, dźwięcznym krokiem przemierza most, z wyrazem niewzruszonej powagi na rumianej, pucołowatej twarzy.
Mimo wszystko postanawia zdjąć. Trzeba tylko dojść do środkowego przęsła, tam można będzie postawić kolbę na ziemi i oprzeć się o lufę, bez ujmy dla prestiżu. To wygląda poważnie i nawet bardziej monumentalnie. Nieraz na obrazach widywał w tej pozie żołnierzy na warcie.
I Wasja, niezmącenie obojętny, opiera się malowniczo o lufę, wystawiając naprzód odniechcenia prawą nogę w błyszczącym, jak samowar lakierowanym bucie.
Ilekroć jednak oczy jego spotykają się z oczyma granatowego szyldwacha z naprzeciw, Wasja nie może wytrzymać i z pod maski namaszczenia wymyka mu się łobuzerski uśmiech. Jakie to zabawne: wczoraj jeszcze byli kolegami, grali pod ławką w oczko i po lekcjach w tenisa, a dziś — gwardziści, stojący na straży dwóch odrębnych, rozciągających się po obie strony mostu, państw, coprawda nie wrogich i do pewnego stopnia nawet sprzymierzonych, ale bądź co bądź odrębnych.
Za przykładem Wasji wymuskany granatowy kamelocik również opuszcza karabin i opiera się nonszalancko o lufę. Chciałoby się zapalić papierosa, ale nie można — na warcie!
I dwaj szesnastoletni chłopcy, wsparci na karabinach, tyłem do balustrady, patrzą statecznie w przestrzeń: dwóch ołowianych żołnierzyków na tekturowym moście, na tle kunsztownej papierowej dekoracji, przypominającej do złudzenia Paryż dorosłych.
— Co to u was był wczoraj za harmider i strzelanina? — rzuca mimochodem granatowy kamelocik, nie gardzący krótką żołnierską pogawędką.
— E, nic, głupstwo — odpowiada po francusku Wasja, podkreślając intonacją, że nawet mówić o tem nie warto.
— Przetrzebiliśmy troszkę żydów. Chleb żrą i jeszcze zarazę roznoszą.
Wasja ogląda się, czy nikt nie widzi, i sięgnąwszy ręką do kieszeni, wyciąga stamtąd masywną złotą papierośnicę: jak tu nie pochwalić się przed kolegą?
— Widzisz, jaki mebel odebrałem jednemu? Na pewno w Rosji buchnął, czekista. Dwadzieścia papierosów się mieści.
I przeczuwając wzgardliwą fałdkę w kącikach warg kolegi, pośpiesznie dodaje:
— Nie masz pojęcia, co to za szubrawcy. Wczoraj mama na jednej żydówce poznała swoją własną kolję. W Moskwie z sejfu ukradli. To się u nich nazywa: „skonfiskowali“. Mamie „skonfiskowali“ w ten sposób całą biżuterję. Została jej jedna obrączka.
Kamelocik patrzy z leciutką pogardą. Wie: zabierać kosztowności, nawet żydom, nie wolno — to kradzież. Wie jeszcze i co innego: ci Rosjanie, to dzicz. I wargi kamelota d’Escarville’a krzywią się w złośliwym, lekceważącym uśmiechu.
U wylotu mostu, od strony francuskiej, ukazuje się w tej chwili grupka żołnierzy, prowadzących wpośrodku jakiegoś człowieka w szarem ubraniu. Kamelota d’Escarville z karabinem na ramieniu oddala się miarowym krokiem, bez pośpiechu, w tę stronę. Wasja patrzy zaciekawiony. Grupka kamelotów w towarzystwie d’Escarville’a zbliża się ku środkowemu przęsłu.
Wasja rozróżnia już teraz wyraźnie chudego młodzieńca w popielatem marynarkowem ubraniu i z wybitnie semickim nosem. Kamelota d’Escarville objaśnia: uciekł w nocy z waszego terytorjum na naszą stronę. Patrol złapał go na mieście i odstawia zpowrotem.
Wasja aż oczy przymrużył z zachwytu: żyd! Uciekł, zmyliwszy straże!
— Dajcie, ja go odprowadzę do rotmistrza.
Kameloci salutują i odchodzą. Wasja porucza koledze, by pozostał na warcie. On odprowadzi zbiega.
Chudy, wysoki żydek, może o rok starszy od Wasji, milczy, tylko zgarbił się jakoś, głowę wciągnął w ramiona, jak nastroszony ptak; niespokojny wzrok biega za Wasją jak jamnik.
Wasja zdejmuje z ramienia karabin, odwodzi bezpiecznik:
— Marsz naprzód! Nie próbuj uciekać, bo kula w łeb!
Żyd nie próbuje uciekać. Posłusznie idzie przodem. Tylko głowę wcisnął jeszcze głębiej w ramiona i dwoje przydługich rąk, jak poprzetrącane skrzydła, nieporadnie dynda mu po bokach.
Zaś Wasja marzy: przyprowadzi sam, osobiście więźnia przed rotmistrza Sołomina. Rotmistrz spojrzy, trzepnie szpicrutą o cholewę, powie: doobrze! Wasja aż wypina pierś z dumy i zadowolenia. Za rotmistrzem Sołominem — w ogień. Cała młodzież go ubóstwia. Dzielny oficer. Jeszcze w armji Wrangla bił bolszewików. Ci, co go znali, opowiadają: odważny, jak djabeł. A jak strzela! Jaskółkę w locie zabije. Wasja widział wczoraj na własne oczy: siedział na stoliku na werandzie kawiarni przy rue de la Pompe i zmykających żydów puszczał na pięćset kroków, kładąc ich z nagana, jak kaczki, ani razu nie spudłował! Będzie zabawa! Jeszcze na prawo, za róg...
Wasja widzi już zdaleka. Na werandzie bistro, naprzeciw głównej kwatery, siedzi rotmistrz Sołomin w towarzystwie jeszcze czterech oficerów. Piją od wczoraj wieczór.
Wasja sprężystym krokiem przecina plac i zatrzymuje się przed werandą:
— Wasze błagorodje, melduję posłusznie, sprowadzam zbiega. Zwiał wczoraj w nocy, zmyliwszy straże, na tamtą stronę Sekwany. Schwytano go na mieście i odstawiano do naszych przednich posterunków.
— Dooobrze! — mówi rotmistrz Sołomin, podnosząc oczy, pod których spojrzeniem Wasja pręży się, jak struna.
— Dać go tu bliżej!
Oficerowie czują: będzie heca. Z rotmistrza kawalarz, umie się zabawić. Z ciekawością przysuwają się bliżej.
Chudy, piegowaty żydek drży, jak liść.
— Bliżej — powtarza obojętnie rotmistrz Sołomin. — Odpowiadać krótko i węzłowato. Jakiego wyznania?
Żyd milczy. Pocóż mówić? I tak wszystko przepadło.
— Wyznania mojżeszowego?
Oficerowie, przeczuwając efektowne widowisko, parskają śmiechem.
— Cóż to, niemowa, czy co? Czy też nie rozumie delikatnie? Pytam, się: żyd?
— Nie... — pobladłemi wargami bełkoce chłopak.
Odpowiada mu wybuch śmiechu rozbawionych oficerów.
— Czekajcie, panowie, cóż w tem śmiesznego? — mówi, rozciągając słowa, rotmistrz Sołomin. — Nos niczego jeszcze nie dowodzi. Czasami mama się zapatrzy. Skoro mówi, że nie, to nie.
Oficerowie zrywają boki, zakochanemi oczyma spoglądając na rotmistrza.
— Przeżegnaj się — cedzi rotmistrz.
Chłopak kurczowo skręconemi palcami próbuje nakreślić znak krzyża. Drżąca ręka nie trafia na ramię, myli się, kreśli w powietrzu jakiś dziwny zakrętas.
Wtóruje jej głośny ryk śmiechu podochoconych oficerów.
— Niezupełnie tak — mówi z niezmąconym spokojem rotmistrz Sołomin. — To się zdarza. Brak wprawy... Jeszcze raz, powoli a dokładnie.
Chłopak zakreśla ręką mniej więcej prawidłowy zygzak.
— Tak, teraz już było znacznie lepiej. No, czy nie mówiłem wam? Nos jeszcze niczego nie dowodzi. Odrazu widać, że prawosławny. Żebyście nie mieli więcej wątpliwości, spuśćcie mu tam, chłopcy, spodnie!
Chłopak gestem zawstydzonej gracji zaciska ręce dokoła wstydliwego miejsca. Wasja i dwóch innych szeregowców rzucają się na niego i rozpinają mu przemocą spodnie. Chłopak szamoce się bezsilnie. Zdarte siłą spodnie bezkształtnemi obwarzankami ześlizgują się na ziemię pod ryk ogólnego śmiechu.
— Ach, tak? — wykrzykuje z udanem oburzeniem Sołomin. — To ja tu, można powiedzieć, piersią własną cię zasłaniam, na słowo ci wierzę, a ty, bratku, kłamiesz? Krzyż święty niechrzczoną ręką plugawisz? Wiary własnej się wypierasz? Tego się po tobie nie spodziewałem.
Chłopak podnosi i zapina niepotrzebne, nieposłuszne spodnie. Długo nie może natrafić na właściwy guzik.
— Przeszukać mu tam kieszenie, chłopcy! — mówi rotmistrz Sołomin.
Trzy pary chciwych rąk wciskają się w zanadrze, przetrząsają kieszenie, odrywają podszewkę eleganckiego ubranka i, wyciągnąwszy z triumfem jakiś zeszycik — sowiecki paszport, — podają go rotmistrzowi.
— Taaaak... — przeciąga rotmistrz. — Tak trzeba było mówić od razu. Poprosić: przepustkę do Belleville. Czemu nie? Któż to widział uciekać tak po nocy, w dodatku paszport zaszywać pod podszewkę. A, brzydko! No, żeby mi to było ostatni raz!
Rotmistrz Sołomin zwraca paszport.
— Włożyć mu zpowrotem do kieszeni! A teraz — wiej!
Chłopak nie rozumie, patrzy wybałuszonemi tępo oczyma na rotmistrza.
— Zmykaj! Żebym cię tu więcej nie widział!
Żyd robi niezdecydowany krok naprzód, jakby chciał paść Sołominowi do nóg, zatrzymuje się, patrzy na uśmiechnięte twarze oficerów, odwraca się i zaczyna biec przed siebie, wzdłuż muru, zpoczątku wolno, potem coraz prędzej. Już jest prawie na rogu.
— Czekaj! — woła za nim rotmistrz Sołomin.
Chłopak zatrzymuje się i odwraca wylękły, niezdecydowany.
— Czekaj, zapomniałem postawić ci na twoim paszporcie pieczątkę — mówi Sołomin, posyłając wślad za nim kulę z nagana.
Żyd pada nawznak z rozcapierzonemi niezgrabnie rękoma.
Wasja zna się na rzeczy, chwyta wlot. Karabin przewiesił przez ramię, biegnie na róg, gdzie leży chłopak, pochyla się nad nim, wyciąga mu z zanadrza jakiś przedmiot i, wymachując nim w powietrzu, powraca biegiem do oficerów.
— W sam środek! — woła zdaleka, potrząsając małą czerwoną książeczką.
Wystrzępiony sowiecki paszport przedziurawiony jest w środku na wylot i dokoła otworu od kuli czerwoną obwódką pieczątki zakrzepła krew.
Oficerowie ze szmerem uznania podają sobie z rąk do rąk małą czerwoną książeczkę.
— No, czas spać — mówi, odsuwając krzesło i bębniąc szpicrutą po cholewie, rotmistrz Sołomin. Radzę panom zrobić to samo. Za dwie godziny muszę być w Pałacu Burbońskim. Wyspać się przecież też kiedyś trzeba. Do widzenia — do wieczora.

W wygodnym parterowym pałacyku, którego drzwi otworzył mu ordynans, panował gęsty chłód i półmrok zapuszczonych rolet. Sołomin wyciągnął się na miękkim szezlongu i kazał zdjąć sobie buty. Krzątający się na palcach ordynans przyniósł poduszkę i ulotnił się z pokoju, zamykając za sobą bez szmeru drzwi.
Sołomin pogrążył się w miękką błogość puszystej, jak dywan, ciszy. Nie tak dawno zaczął korzystać z dobroczynnej atmosfery komfortu i, zanurzając się w nią każdorazowo, tajał, jak pastylka sacharyny w mocnej, przedwojennej rosyjskiej herbacie.
Z wysokości tonącego w dywanach szezlonga, pod mlecznym księżycem kryształowej ampli, długie lata poniewierki wydawały mu się jakimś podłym niemieckim filmem, widzianym w trzeciorzędnym, nadymionym kinie. Historja tych filmów bywa prosta, banalna, w banalności swej gryząca, jak machorka. Filmy takie, wyświetlane dziesiątkami w podmiejskich iluzjonach, wyciskają łzy z oczu sentymentalnych szwaczek.
Syn oficera sztabowego. Po mamie — majątek pod Moskwą. Dzieciństwo (zazwyczaj pokazuje się to w prologu): kosztowne zabawki, guwernerzy i guwernantki. Chłopięctwo: gimnazjum, książki i marki. Latem na wsi — na kaczki. Pierwsze uciechy miłosne. Przeważnie dziewki folwarczne pod kierownictwem doświadczonego ekonoma. I wszystko inne, jak się należy.
Uniwersytet. „Moskwa w nocy“. Wypełnianie luk w edukacji erotycznej. I naraz, w najbardziej pikantnym, rzecby można, momencie — mobilizacja.
Podchorążówka. Front. Ranny. Szpital na tyłach. Siostrzyczki. Otchłanie szałów miłosnych pod skromnym habitem samarytanki. Znowu front. Druga linja. Nuda splądrowanych miasteczek. Spirytus i karty. W chwilach głodu ekstazy — żydóweczki. Głuche wieści z tyłów. Rewolucja. Komitety i „towarzysze“. Urlop. Moskwa. Czar munduru i wynikające stąd rozkosze. I znowu wstrząs — Październik.
Tułaczka po mieszkaniach. Kryjówki. Szary żołnierski płaszcz i ręce usmolone sadzą: byle bez manicuru i koniecznie z odciskami. Papę rozstrzelano. W majątku — sowiet. Ziemię podzielili docna. We dworze, tam, gdzie wspomnienia szczęsnego dzieciństwa — szkoła, umorusane wiejskie bachory.
Ucieczka. Podrobione papiery. Krym. Wrangel. Ofensywa. Odwet za „pohańbioną Rosję“. Odzyskane miasteczka. Kontrwywiad. Porachunki z bolszewikami. Rozstrzelania. Komuniści i komsomolcy. W wolnych od zajęć chwilach — Żydzi. Żydóweczki: lufa do skroni i jazda w kolejkę! Lepka, cuchnąca krew.
Ewakuacja, pośpieszna, upokarzająca, jak ucieczka. Miasta i ludzie. Konstantynopol. Sofja. Praga. Likwidacja zasiłków. Głód. W Paryżu angażują podobno białych oficerów do armji Czan-Tso-lina. Paryż. Blaga, nic podobnego! Bez środków do życia. Tournée po emigranckich komitetach. Zasiłki skasowano. Dźwigał walizki na Dworcu Północnym. Pracował w fabrykach Renault, jako zamiatacz. Redukcja. Znów na bruku. Noclegi pod mostem. Jednorazowy zasiłek. Egzamin szoferski. I jako uwieńczenie długoletniej włóczęgi — nieśmiertelne, kanoniczne taxi.
Z szoferki wyżyć już było można. Daleko gorsze — upokorzenia. Paryż roił się od znajomych, papy i własnych. Nie wszyscy przyjechali z niczem. Niektórzy, owszem, potrafili przeszwarcować coś niecoś, zgrubsza. W Paryżu z pieniędzmi niema kłopotu. Pozakładali przedsiębiorstwa, robią interesy. Wielu ma już własne maszyny. Inni dzień i noc rozbijają się taksówkami. Przykre, kłopotliwe spotkania. Wożąc znajomych i wyciągając rękę po napiwek, odwracał twarz w inną stronę. W notesie — adresy wszystkich domów publicznych i domów schadzek.
Nie tylko znajomi — często i znajome. Wieczorami, pod „Florydą“, pijane, w towarzystwie podskubanych Francuzików — taksówka do hotelu. Inne nie zdążą nawet dojechać do hotelu, — wprost w taxi. Siedzenie miękkie — wszystkie wygody. W polerowanem lusterku przy kierownicy — co wieczora całe „Chabanais“: wszystkie figury. Taxi, jak lupanar, na kilometr zalatuje spermą... W Moskwie były gimnazistkami: warkoczyk, nieprzyzwoitego słowa w towarzystwie nie zniesie, papa — tajny radca, narzeczony i wszystko, jak się należy. Tu — ledwie wsiądzie do taksówki, już nogi rozkracza: paryżanka! Cała Etoile — jeden wielki bordel: pokaż sto franków — zaliżą na śmierć. Nie potępiał. Cóż, może naprawdę żyć nie mają z czego? Każdy zarabia, jak może... Aż do jednego, najbardziej upokarzającego spotkania.
Miał w Moskwie narzeczoną. Córka generała Achmatowa, Tania. Oczy — lazur. Uduchowiona. Cała — Balmont i Siewierianin. Na fortepianie gra, jak artystka. Zaręczyli się przed rewolucją. Kiedy odjeżdżał na front, pocałowała go w usta i dwie ciepłe łezki spłynęły mu po policzkach, zostały na zawsze w małej fiolce serca.
Z Rosji uciekli jedni z pierwszych. Przebąkiwano o nich, że są w Paryżu. Przewidujący generał pieniądze umieścił w zagranicznym banku. W Paryżu, grając na giełdzie, majątek podobno podwoił.
Przyjechawszy do Paryża latem, Sołomin odszukał ich adres. Powiedziano mu: państwo — w Nizzy, kiedy wrócą — nie wiemy.
I oto, pewnego razu, odwożąc klientkę pod znajomy dom schadzek, ujrzał: wychodzi z bramy — ona. Nie wierzył własnym oczom. Wsiadła do taksówki, niedbale rzuciła adres.
Jadąc, układał w myśli plan. Nie powie nic, tylko przy płaceniu zdejmie czapkę, żeby go poznała. Przed domem jej jednak nie wytrzymał. Osadziwszy maszynę, odwrócił się do wnętrza i zdejmując czapkę, powiedział dobitnie:
— Dużo też pani dorabia w ten sposób, Tatjano Nikołajewno?
Przelękła się, potem — w płacz. Wodotrysk słów. Papa skąpy, wylicza każdy grosz. Trudno chodzić w pocerowanych pończochach. Tyle przeżyli...
— Gdzież to, jeżeli wolno wiedzieć? W Nizzy?
Zmarszczyła brwi. Trzasnęła drzwiczkami. Nie jest obowiązana zdawać sprawy ze swoich uczynków byle szoferowi. (Tak dosłownie powiedziała: „Byle szoferowi“ — Sołomin dobrze zapamiętał). Wetknęła mu w garść dziesięć franków i zniknęła w bramie.
Chciał wbiec za nią, cisnąć jej w twarz jej dziesięć franków, zwymyślać od ostatnich. Zobaczył na progu lokaja w białym wykrochmalonym plastronie. Zrobiło mu się nagle wstyd własnego szoferskiego uniformu, wstyd śmiesznej sytuacji. Odjechał. Pieniądze postanowił odesłać pocztą.
Tegoż wieczora zresztą przepił je w rosyjskiej szoferskiej knajpie, pod zakatarzoną „Wołgę“ gramofonu, pragnąc poznać do dna gorycz upokorzenia, upodlenia („wdeptali w błoto“).
Ale policzka nie zapomniał. Z pośród tysiąca i jednej zniewag zapamiętał sobie na zawsze tę jedyną, zawiesił ją na szyi, jak mały, zatłuszczony szkaplerzyk, od czasu do czasu wyciągając go stamtąd, żeby się rozjątrzyć, żeby nie zapomnieć. I w myśli długiemi wieczorami układał skomplikowane, fantastyczne plany odwetu.
Wieczorem, za całodzienny zarobek, brał z Avenue Wagram trzeciorzędną dziewczynkę, bezwarunkowo Rosjankę, i odrobiwszy, co trzeba, cisnąwszy jej dwadzieścia franków, bił ją po twarzy, wyzywając ostatniemi słowami. Wkrótce żadna dziewczynka z Wagram nie chciała iść z nim za żadne pieniądze.
Mijały miesiące, potem lata. Powrót do Rosji z bronią w ręku, na czele roty jakiejś wyimaginowanej białej armji, o którym marzył wieczorami, hołubiąc w sobie to marzenie, jako odtrutkę przeciw dziennym upokorzeniom, stawał się coraz bardziej problematyczny. W gruncie rzeczy przestał w niego wierzyć. Zapewniały o tem jeszcze z uporem jedynie gazety emigracyjne. Rozumiał: redaktorzy też muszą z czegoś żyć. Przestał czytywać gazety.
Tamci, bolszewicy, rozsiedli się, rozgospodarowali na dobre, na stałe; otrąbili z hałasem swoją dziesiątą rocznicę, szykowali się do setnej. Nikt nie myślał występować przeciw nim z bronią w ręku. Powrót, prawdopodobny jeszcze po dwóch, trzech, czterech latach, po upływie dziesięciu lat tracił już wszelkie pozory prawdopodobieństwa.
Niektórzy zresztą wracali, wyżebrawszy sobie w konsulacie sowiecki paszport. Wracali nawet oficerowie. Dowiedziawszy się o każdym nowym renegacie, Sołomin zaciskał tylko zęby i spluwał z pogardą. O powrocie do Rosji w ten sposób — nie myślał. Komunistów nienawidził każdym centymetrem swej zgrubiałej skóry. Złamali mu życie. Zamordowali papę. Skonfiskowali majątek. Zmarnowali młodość, miłość — wszystko. Doprowadzili do prostytucji narzeczoną (od biedy można było zapisać na ich rachunek i policzek w taksówce). Kazali miesiącami zdychać z głodu, obwozić po Lasku Bulońskim wysztafirowane lafiryndy, wypatrywać napiwki. Być prostym dorożkarzem, jemu, rotmistrzowi Sołominowi, synowi pułkownika Sołomina! I to kto? — Kupa parszywych żydków i ciemne pospólstwo. Nie, tego zapomnieć niesposób! Wracać? Służyć za parobka u ordynansa Leontja? Nie, stokroć już lepiej wozić tu całe życie wystrychnięte dziwki, odstawiać do burdelików zażywnych francuskich ojczulków. Nie spodlić się. I oficerski honor go pokrzepiał.
Życie stawało się coraz bardziej bezsensowne. Dobrze, można być dorożkarzem czasowo: rok, dwa, dziesięć. Wiedzieć, że do czasu. Ale pomyśleć: zostanę dorożkarzem na zawsze, przez całe życie, to jest moje życie i innego nie będzie, — to nie mogło się jakoś pomieścić w głowie rotmistrza Sołomina. Czuł wyraźnie, że musi przyjść coś — wybuch, kataklizm, katastrofa, — przetasować karty. Tak dalej — niepodobna.
I co rana, obudzony dzwonkiem budzika, wciągając zasmarowane oliwą szoferskie ubranie, rotmistrz Sołomin konstatował z goryczą: jeszcze nie.
Z wybuchu dżumy ucieszył się, jak z dawno oczekiwanego kataklizmu, który od razu przetasował karty. Taksówkę zarekwirowano na trzeci dzień do przewożenia chorych. Żyć zaczęło być jakoś przestronniej. Paryż, jak roztwór, do którego ktoś wlał silny odczynnik, rozkładał się w oczach na odrębne składniki.
Wypierana z kolejno powstających państewek bezpańska emigracja rosyjska, idąc za przykładem innych narodowości, okopała się w Passy, ogłosiwszy tę dzielnicę białą koncesją rosyjską. Uformowany naprędce rząd nowej koncesji dla obrony jej granic powołał do życia białą gwardję.
W trzy dni później rotmistrz Sołomin w wysokich, lśniących butach, w epoletach i z rozetką na czapce, wprowadzał się do zarekwirowanego pałacyku, w towarzystwie świeżo zafasowanego ordynansa, i wydawał przez telefon lakoniczne rozporządzenia, dotyczące oczyszczenia terytorjum Passy z elementów nierosyjskich.
Zresztą błogostan ten zbyt był pełny, aby mógł być długotrwałym. Napomykała o tem niedwuznacznie dżuma, wymachująca figlarnie z przejeżdżających pod oknami aut chorągiewką czerwonego krzyża. Rotmistrz Sołomin zrozumiał: trzeba żyć, póki się da, i poregulować z życiem, nie odkładając na później, wszystkie zaległe rachunki.
Niestety ci, z którymi pozostały do wyrównania porachunki najcięższe, znajdowali się o setki mil za kordonem, niedosięgalni i nieuchwytni. Trzeba było zadowolić się namiastką. I rotmistrz Sołomin przypomniał sobie odrazu: jest przecież poselstwo sowieckie na ulicy Grenelle i cały sztab „przedstawicieli“, wprawdzie nie tak wielu, ale zato autentycznych, najautentyczniejszych, „odpowiedzialnych“. Byle kogo do Paryża szubrawcy nie wysyłają.
Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności ulica Grenelle wraz z całym inwentarzem weszła w skład improwizowanej monarchii burbońskiej; jak dochodziły słuchy, cały personel misji sowieckiej przebywał w tej chwili, w spokoju i komforcie, w jednym z gmachów przedmieścia Saint-Germain, zamienionym naprędce na więzienie, i pod strażą gwardji francuskiej drwił sobie wyraźnie z bliskiego sąsiedztwa ukonstytuowanej na terenie Passy władzy prawowitej.
Rotmistrz Sołomin pierwszy wystąpił z wnioskiem bezwzględnego zażądania od władz francuskich wydania w ręce białej gwardji więźniów sowieckich, jako podległych sądowi rosyjskiemu, jedynie kompetentnemu do stanowienia o ich losie.
Wniosek rotmistrza Sołomina spotkał się z gorącym poklaskiem komendy głównej i jednogłośnym poparciem armji. Wyłoniono natychmiast specjalną komisję, w skład której wszedł między innymi i projektodawca. Komisji tej poruczono nawiązać niezwłocznie pertraktacje z rządem monarchji Saint-Germain.
Francuzi stawiali przeszkody. W zasadzie niby nie mieli nic przeciwko wydaniu bolszewików, uzależniali je jednak od wypłacenia przez rząd rosyjski wysokich odszkodowań obywatelom francuskim, zamieszkałym w Passy, którzy z racji swego semickiego wyglądu ucierpieli w czasie ostatniego pogromu. Sprawa przewlekała się.
Mimo wszystko — wreszcie zdawała się dobiegać końca. Na wczorajszem posiedzeniu rząd rosyjski dał się nakoniec skłonić i przychylił się do warunków, stawianych przez nieustępliwych Francuzów. Definitywne podpisanie umowy nastąpić miało dzisiaj, o godzinie dziesiątej rano, na terytorjum francuskim, w gmachu byłej Izby Deputowanych, przemianowanej zpowrotem na Pałac Burboński.

Punktualnie o dziesiątej zrana miękki sześcioosobowy Fiat, po okazaniu odpowiednich przepustek, przejechał most Iena, kierując się w stronę Pałacu Burbońskiego.
Dyżurny urzędnik, chłodnemi, dobrze już znajomemi kuluarami poprowadził delegację rosyjską do małej sali posiedzeń, gdzie czekało na nią nad stołem, zawalonym skoroszytami, czterech szpakowatych, czarno ubranych panów. Przystąpiono odrazu do omówienia poszczególnych punktów. Francuzi wysuwali dodatkowe klauzule, nie zgadzali się na projekt wypłat progresywnych, żądali natychmiastowego, gotówkowego załatwienia sprawy. Posiedzenie ciągnęło się w nieskończoność.
Rotmistrz Sołomin, nie biorący czynnego udziału w obradach i zachowujący dostojne milczenie, ziewał dyskretnie w dłoń i znudzonym wzrokiem błądził po suficie.
W chwili, gdy układy zdawały się już pomyślnie zmierzać ku końcowi, siwy pan, o wąskim, wydłużonym nosie, wyjął z kieszonki zegarek i ogłosił przerwę śniadaniową.
Przewodniczący delegacji rosyjskiej, zdenerwowany tą nową zwłoką, próbował zaoponować, przekładając, że do chwili sfinalizowania układów pozostało jeszcze najwyżej pół godziny, że odkładać sprawy dłużej nie należałoby i że po załatwieniu jej wszyscy zdążą swobodnie udać się na śniadanie. Panowie o burbońskich nosach zdawali się nie słyszeć jego słów i, jak na komendę, wstali od stołu, przyczym siwy pan niewzruszonym głosem oświadczył, że dalszy ciąg obrad rozpocznie się o godzinie drugiej. Delegacji rosyjskiej nie pozostało nic innego, jak, zagryzłszy wargi, odsunąć krzesła i udać się na przechadzkę w oczekiwaniu ponownego rozpoczęcia układów.
W poszukiwaniu pisuaru rotmistrz Sołomin zabłądził wśród nieskończonych kuluarów i długo wałęsał się, napróżno szukając zgubionej sali. Kiedy wreszcie natrafił na schody i znalazł się na ulicy, kolegów przed pałacem już nie było; najwidoczniej, nie mogąc się go doczekać, udali się bez niego na miasto.
Rotmistrz Sołomin powolnym, spacerowym krokiem zapuścił się w ciche, szkliste od asfaltu ulice. Znał tę dzielnicę dobrze. Odwoził tu, nie tak jeszcze dawno temu, po teatrze, starszych, bogatych panów z nieodłączną rozetką legji honorowej w butonierce. Najgorsi pasażerowie! Zawsze kombinują: wsypie ci taki w rękę pełną garść drobniaków, rachuj do jutra, nie dorachujesz się — pięć sous napiwku.
Rotmistrz Sołomin ze swego przymusowego zawodu wyniósł nieprzezwyciężoną pogardę dla Francuzów, jako uosobienia wszystkich cech diametralnie przeciwnych „szerokiej naturze rosyjskiej“.
Mocą wieloletniego nawyku, obecny rotmistrz, zmieniwszy uniform szoferski na kawaleryjskie rajtuzy, nie przestał wartościować ludzi stosownie do wielkości dawanych przez nich napiwków. Nie był to bynajmniej z jego strony objaw solidarności w stosunku do klasy parjasów, której szeregi opuścił niedawno, lecz jedna z tych wyżłobionych w umyśle fałd przyzwyczajenia, po których myśli spływają automatycznie, jak łzy po bruzdach pooranej zmarszczkami twarzy.
Po raz pierwszy szedł chodnikami tej dzielnicy, jak wolny, równouprawniony przechodzień, spoglądając z wysokości swych złotych epoletów na mijających go ludzi. Możnaby powiedzieć, że wraz z mundurem oficerskim włożył na oczy inne okulary i oglądane przez nie po raz pierwszy miasto, którego nie znosił, pochylony nad kierownicą, z trotuaru wydało mu się naraz przez te szkła przyjaznem, pociągającem i nie pozbawionem swoistego uroku.
Zatrzymał się w kontemplacji przed oszkloną witryną wielkiego zakładu restauracyjnego, uciekającego w głąb tunelem luster, cienistą oranżerją, egzotyczną i dziwaczną, gdzie nad bielą rozrzuconych, jak płaty śniegu, obrusów kołyszą się wysmukłe wachlarze palm.
Dawniej szybko wymijał te lokale, czasem tylko, ilekroć wypadało mu wysadzać przed ich oszklonym tunelem wyfraczonych gości, rzucał do wewnątrz ukradkiem złe, zazdrosne spojrzenie. Był to ten inny, zamknięty, na zawsze niedostępny świat, miasto w mieście, odgrodzone od reszty tylko grubą taflą szkła, widzialne a nieprzeniknione. Dostać się tam można było jedynie, przywdziawszy uprzednio frak, podobnie, jak poto, aby przeniknąć w głębie morskie, włożyć trzeba ubranie nurka.
Znieruchomiałego przed witryną rotmistrza Sołomina nagle olśniła kapitalna myśl. W rzeczy samej, kto w danej chwili może mu zabronić wejść do środka, jeżeli mu się zechce, kto przeszkodzi mu usiąść w cieniu egzotycznej palmy, pośród tych czarnych dżentelmenów w polerowanych garniturach, wyrastających niby tresowane foki, nad lodowatemi blokami obrusów, i niedbale zamówiwszy cokolwiek, zmusić do zakrzątnięcia się wokoło swej osoby wyfraczonego fagasa z przyrosłym do twarzy, przypochlebnym uśmiechem?
Olśnienie było tak nagłe, że rotmistrz Sołomin z niemałym trudem zdołał odegrać przed samym sobą małą wewnętrzną komedję obojętności.
Jakgdyby obserwowało go w tej chwili całe miasto (ulica była zupełnie pusta), rotmistrz Sołomin wyjął odniechcenia gruby złoty zegarek; jakby zauważył dopiero teraz, że właśnie jest pora posiłku, nieokreślonym, lecz wymownym gestem dał komuś do zrozumienia, że, skoro już wpobliżu znalazła się restauracja, nie szkodziłoby zjeść w niej śniadanie, i z obojętną, znudzoną miną światowca pchnął masywne lustrzane drzwi.
Owiał go przyjemny chłodek nakrochmalonych obrusów, powietrze, obryzgane rozpylaczem fontanny, mdławy międzynarodowy zapach komfortu. Nad małemi ołtarzykami stolików pochyleni w nabożnem skupieniu ludzie przyjmowali hostje cielęcych i baranich kotletów pod modlitewny podźwięk talerzy namaszczonych ministrantów-piccolo.
Z roztargnioną miną starego bywalca, który nie lubi siadać zbytnio na widoku i woli własne dyskretne kąciki, rotmistrz Sołomin wyszukał sobie w rogu, za kolumną, zaciszny stolik, skąd, jak z loży, roztaczał się widok na całą salę i, rozsiadłszy się wygodnie, jął studiować kartę dań.
Zjawienie się gościa w egzotycznym uniformie nie przeszło niepostrzeżenie, i rotmistrz Sołomin, czując się punktem przecięcia wielu spojrzeń, z zabójczą nonszalancją i flegmą, po której łatwo odróżnić nowicjuszów od prawdziwych bywalców, przywołał skinieniem kelnera i zaczął zamawiać długie, skomplikowane śniadanie, drobiazgowo, z miną znawcy, wypytując się o gatunki win. Wybrawszy szereg potraw o nazwach najbardziej wyszukanych i uroczystych, w leniwej, malowniczej pozie osunął się na oparcie kanapki, apatycznym wzrokiem błądząc po sali.
Sala o tej porze była prawie pusta, i rozrzuceni tu i ówdzie, przy kilku zaledwie stolikach, panowie oddawna przestali już zajmować się egzotycznym gościem, pochłonięci całkowicie jedzeniem i rozmową.
Przy sąsiednim stoliku, zasłonięci kolumną, trzej wygoleni panowie, popijający czarną kawę, prowadzili półgłosem ożywioną rozmowę. Oddzielony od nich jedynie filarem, rotmistrz Sołomin, mimowolny świadek ich rozmowy, mógł ich niepostrzeżenie obserwować.
Dominował pan w binoklach:
— Nie możecie panowie nie przyznać — mówił tonem pełnym smutku i goryczy — że wypadki, które przeżywamy, na każdego szczerego demokratę muszą działać przygnębiająco. W gwałtownym i niespodziewanym bilansie sił, jaki dokonał się w naszych oczach, demokracja francuska okazała się quantité négligeable. Jesteśmy świadkami faktu doniedawna tak nieprawdopodobnego i niedorzecznego, jak restauracja monarchji i, co gorsza, przyznać musimy, że odbyła się ona bez jednego wystrzału, bez widomego sprzeciwu ze strony szerokich warstw naszej burżuazji. Zgodzicie się, panowie, że jest to zjawisko wysoce upokarzające.
— Nie podzielam pańskiego pesymizmu — odparł stateczny jegomość, którego wieku nie pozwalała określać idealna łysina. — Czasy powszechnego zdenerwowania, jakie przeżywamy, skłaniają nas do przesadzania i uogólniania wypadków zgoła sporadycznych i wyjątkowych. Zapominamy, że poza obrębem Paryża, przechodzącego okres zakaźnej gorączki ze wszystkiemi jej przywidzeniami i dziwactwami, istnieje jeszcze cała właściwa Francja, szczerze demokratyczna i burżuazyjna. Wystarczy, by wygasła w Paryżu epidemja, a wraz z nią znikną, jak gorączkowe majaki, zarówno monarchje burbońskie, jak i radzieckie republiki. Pierwszy oddział rządowych wojsk republikańskich, który wkroczy do Paryża, przywróci w nim dawny porządek w całej jego rozciągłości.
— Wybaczy pan, — zaoponował w podnieceniu pan w binoklach — drogą pańskich wywodów zapuścilibyśmy się jednak w haszcze najczystszej metafizyki. Sądząc z dotychczasowych danych statystycznych, byłoby niedorzecznością przypuszczać, że ktokolwiek z obecnych mieszkańców Paryża doczeka się opisywanej przez pana chwili. Wszystko zdaje się raczej wskazywać na to, że rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest i pozostanie naszą jedyną daną nam rzeczywistością. Dla nas, paryżan, obywateli zadżumionego miasta, granice Francji skurczyły się do obrębu rogatek Paryża. Mówić o istnieniu jakiejś Francji, jakiejś Europy, czy jakiegoś świata poza granicami tego miasta, które opuścić może pozwolić nam jedynie śmierć, równa się dla nas w danej chwili mówieniu o realności życia pozagrobowego.
Powie pan, że Francja i Europa istnieją rzeczywiście, pomimo, iż nie możemy sprawdzić tego w obecnej chwili naszemi pięcioma zmysłami, że widzieliśmy je wszak jeszcze niedawno na własne oczy, że otrzymujemy stamtąd radjodepesze? Ale czyż mistycy nie mówią nam o źródłach prabytu, które poznajemy drogą prostego przypomnienia, a spirytyści czyż nie otrzymują ze świata duchów depesz niemniej dowodnych? A jednak, zgodzi się pan ze mną, że świat pozagrobowy nie przestaje być przez to kwestją wiary, i że socjologa, który chciałby opierać na fakcie jego ewentualnego istnienia swe koncepcje socjologiczne, nazwalibyśmy w najlepszym razie mistykiem, męża stanu zaś, który budowałby politykę swego narodu na nadziejach pomocy z tamtego świata, umieścilibyśmy poprostu w domu warjatów. Czemże jednak innem, jak nie oczekiwaniem takiej odsieczy z tamtego świata są pańskie wojska republikańskie, które mają przyjść i przywrócić w Paryżu dawny ład?
Powtarzam, dla nas świat, Europa, Francja, jak kawałek lichej, zmoczonej materji, skurczyły się do rogatek, względnie do przedmieść Paryża. Zagadnienia naszego życia społecznego i politycznego pozostały te same, zmieniła się tylko ich pomiarka; rozwiązywać musimy je odtąd w innej, zmniejszonej skali. Posługując się zaś nią, nie możemy nie stwierdzić, że jesteśmy świadkami formalnego rozbioru Francji i że w obliczu tego rozbioru demokracja francuska okazała się w znaczeniu moralnem wielkością, równa zeru. Dotychczas trzymała się ona u steru jedynie mocą inercji, dawno już roztrwoniwszy swój kapitał moralny; skoro zaś wypadło jej przystąpić do reorganizacji mocno okrojonego gospodarstwa, w momencie licytacji między komunizmem i monarchją z bożej łaski, — bez namysłu i bez walki oddała poniżej ceny kosztu miejsce, zajmowane przez nią od czasów Wielkiej Rewolucji, w ręce najczarniejszej, ukoronowanej reakcji, byleby zachować swą rentę w całej jej nietykalności.
Łysy pan obejrzał się lękliwie dokoła, czy ktoś nie słyszy, i podniósł ostrzegawczo palec do ust. Niewiadomo, czy chciał coś zareplikować, wyprzedził go bowiem trzeci z panów, dotychczas milczący, o dorodnej głowie, przepłatanej przez pół, jak orzech, cięciem nieposzlakowanego przedziału.
— Niewątpliwie ma pan wiele słuszności — powiedział, ważąc słowa z godnością i umiarem urodzonego parlamentarzysty. — Nie podzielam jednak pańskiego pesymizmu. Zapewne, możliwe, że ludność Paryża, wymierając w tempie dotychczasowem, wymrze całkowicie, zanim uda się unieszkodliwić epidemję. Jest to jednak ostatecznie też tylko hipoteza, równie możliwa, jak i hipoteza przeciwna. Winniśmy brać ją pod uwagę, lecz nie wolno nam podnosić jej do znaczenia pewnika. Dziesiątki i setki uczonych i lekarzy za kordonem pracują, nie pokładając rąk, nad zwalczeniem śmiercionośnego zarazka; nikt nie może zaręczyć, że im się to nie uda — nie dziś, to jutro.
W każdym bądź razie niepodobna zaprzeczyć, że wypadki, których jesteśmy świadkami, są zewszechmiar symptomatyczne i pouczające. Przy próbie ponownego zagospodarowania się w tej zmniejszonej skali — pozwoli pan, że użyję pańskiego wyrażenia — demokracja nasza istotnie, musimy to przyznać, nie zdała swego egzaminu. Nie powinniśmy jednak wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków. Wszystkim wiadomo, że klasy panujące starzeją się w miarę tego, jak przejadają swój kapitał rewolucyjny, który wyniósł je do władzy. Burżuazja francuska nie jest i nie może być z tej reguły wyjątkiem. Przedwcześnie byłoby jednak wnioskować, że burżuazja francuska odegrała już swą rolę historyczną i musi zejść ze sceny. Dziś, gdy nauka bliska jest tajemnicy odmładzania osobników, dlaczego nie mielibyśmy się pokusić o odmładzanie całych klas? Proceder tego odmładzania będzie, nota bene, o wiele prostszy. Wystarczy, że klasa rządząca zrezygnuje ze swych przywilejów i stanie się na pewien czas klasą rządzoną. Nic nie odmładza tak bardzo, jak opozycja. Jest to fakt dobrze znany z praktyki parlamentarnej.
Burżuazja francuska, która oddawna już roztrwoniła swój kapitał moralny, nagromadzony przez Wielką Rewolucję, i straciła do reszty swój kredyt w masach, potrzebuje tego zabiegu bardziej, niż jakakolwiek inna klasa jakiegokolwiek innego narodu. W interesie zachowania przez nią jej stanowiska kierowniczego należało już oddawna zainscenizować bodaj jakiś zamach stanu, jakąś restaurację monarchji, która pomogłaby po pewnym czasie burżuazji odegrać powtórnie jej rolę oswobodzicielki. Skoro taki stan rzeczy powstał sam przez się, możemy się z tego tylko cieszyć.
Opracowuję właśnie obecnie memorjał, który z chwilą stłumienia epidemji przedłożyć chcę rządowi w Lionie. Dowodzę w nim, że natychmiastowe zlikwidowanie monarchji paryskiej byłoby niewybaczalnym błędem. Przeciwnie, utrzymuję, że rząd i demokracja powinny przyczynić się wszelkiemi środkami do rozpowszechnienia ustroju monarchistycznego na całą Francję, dopomagając mu do zdławienia wspólnego nieprzejednanego wroga — komunizmu. Dopiero zgóry uplanowana i w odpowiednim momencie umiejętnie przeprowadzona rewolucja, której burżuazja potrafi dokonać bez pomocy innych klas i oczywiście bez przelewu krwi, wróci jej moralny kredyt rewolucyjny wśród mas, podniesie jej autorytet i osłoni jej pierś nowym pancerzem przed niebezpieczeństwem komunizmu...
Czy i co odpowiedzieli na tę tyradę łysy pan i pan w binoklach, rotmistrz Sołomin już nie dosłyszał. Zrobiło mu się nagle nieskończenie nudno. Przypomniały mu się mitingi moskiewskie za Kiereńskiego z tasiemcami przemówień, w których słowo „demokracja“ powtarzało się niemniejszą ilość razy, tylko, że z mocnym rosyjskim przyświtem. Wzmianka o komunizmie przypomniała mu o tamtych gagatkach, odsypiających się z komfortem we francuskim więzieniu („u nas się odeśpią!“).
Spojrzał na zegarek: druga. Znów zmitrężył czas! I nie dojadłszy tak starannie zamówionego śniadania, zapłacił słony rachunek i pustemi, nagle ogołoconemi z uroku, ulicami podążył w stronę Pałacu Burbońskiego.
Tym razem układy potoczyły się raźniej i niespełna po godzinie, kładąc na czarnym od paragrafów i klauzul arkuszu zakrętas swego podpisu, rotmistrz Sołomin uśmiechnął się w myśli — nareszcie!
Ostatni szkopuł: termin. Francuzi chcą wydać więźniów jutro. Przewodniczący delegacji rosyjskiej chciałby jeszcze dzisiaj. Niemożliwe — formalności i t. d. (Jakie tu mogą być jeszcze, u licha, formalności?) Trzeba było przystać na jutro. Rosjanie chcą przysłać po odbiór jeńców dwóch oficerów. Francuzi oponują. Odstawią sami na most, wydadzą za pokwitowaniem przednim strażom.
— Cóż, niech będzie i tak. A zatem — jutro rano, o jedenastej.
Obie delegacje w milczeniu uścisnęły sobie dłonie.
Czarny sześcioosobowy Fiat półkolem cienistego nadbrzeża miękko potoczył się w stronę mostu Iena.



V.

Towarzysze! Tak nie można! Proszę zapisywać się do głosu. Musi być przecież jakiś porządek!
— To go pilnujcie, towarzyszu! To już wasza rzecz. Nato obrali was przewodniczącym. Zapisujcie. Tylko tak, żeby każdy mógł się wypowiedzieć całą gębą. Ty masz zdanie takie, a ja mam takie. A wymachiwanie dzwonkiem, jak w kapitalistycznym parlamencie, tak, że nie słychać nikogo, — cóż to za porządek?
— Towarzysze! Proszę o spokój! Głos ma towarzysz Lerbier.
— Ja, towarzysze, długo mówić nie będę. Jako komisarz aprowizacji, obwijać prawdy w bawełnę nie mam poco. Stan aprowizacji republiki jest katastrofalny. Jeżeli wydawać po ćwiartce chleba, jak ostatniemi dniami, starczy najwyżej na trzy dni. A i to już licząc, że ludność zmniejszy się w międzyczasie o odpowiedni procent. Wczoraj rozdaliśmy ostatni worek kartofli. Za trzy dni, towarzysze, nikt nie będzie miał co włożyć do gęby. Republika skazana jest na śmierć głodową.
— A wyjście? Jakież jest wyjście?
— Wyjście, towarzysze, moim zdaniem, jest jedno. Przedrzeć się na terytorjum koncesji amerykańskiej i opanować jej składy. Moim zdaniem, towarzysze, imperjaliści angielscy i amerykańscy z głodu jeszcze, jak świat światem, nie umierali; na pewno nagromadzili sobie przyzwoity zapasik prowjantów. Musimy, naturalnie, być przygotowani z ich strony na zajadły opór. Milicja angielska jest uzbrojona od stóp do głów i, żeby dostać się na ich terytorjum, sforsować będziemy musieli dwa rzędy barykad i wyrznąć ładnych parę tysięcy dżentelmenów. Innej rady jednakowoż nie widzę. Ludność pójdzie chętnie, jak tylko się dowie, że chodzi o wyrzucenie z Paryża Anglików. Wiadomo, że to nie rozwiązanie kwestji, ale przynajmniej odroczenie jej na jakiś czas, dopóki starczy zapasów amerykańskich. Jeżeli ktoś z towarzyszy widzi lepsze wyjście, — proszę. To wszystko, towarzysze, co chciałem powiedzieć. Skończyłem.
— Spokój! Proszę o spokój! Głos ma towarzysz Laval.
— Ja, towarzysze, ze zdaniem towarzysza-przedmówcy w żaden sposób zgodzić się nie mogę. Pewnie, wyrznąć parę tysięcy angielskich kapitalistów i oczyścić śródmieście Paryża — to rzecz pożyteczna, niema co gadać. Ale teraz na to jeszcze nie pora. Zresztą wyręczy nas w tem czyściej i dokładniej dżuma. O parę dni ubijać się nie warto. A przedewszystkiem dlatego, że nie wierzę, towarzysze, w te składy żywności, które spodziewa się znaleźć na terytorjum koncesji towarzysz Lerbier. Bo i skądżeby je Anglicy wzięli? Co innego pieniądze. Pieniędzy znaleźlibyśmy z pewnością kupę. Ale co nam, towarzysze, teraz po pieniądzach? Chleba za nie nie kupi. Nie warto poto, towarzysze, przelewać naszej krwi proletarjackiej. A prowjanty, jeżeli jakieś tam nawet były, zeżarli już dawno sami. Nie pożywimy się tem. I oczyszczać Paryż, towarzysze, jeszcze za wcześnie. Póki się sam z dżumy nie oczyści, niewielką będziemy mieli z niego pociechę. Nie, towarzysze, szukać żywności w Paryżu na djabła się zdało. Wygubimy tylko na barykadach połowę proletarjatu, a i tak zostaje go z każdym dniem coraz mniej. Czemże, towarzysze, jakiemi siłami opanujemy Paryż, jak wygaśnie w nim zaraza? Trzeba strzec, towarzysze, pilnować, jak oka w głowie, każdej kropli krwi proletarjackiej, a nie pomagać jeszcze dżumie w jej robocie.
— Nie pomożesz jej ty, to jej głód pomoże! Bez chleba długo nie wyżyje!
— Wiem, towarzysze, bez chleba nie wyżyje, ale i z jedną pajdą też daleko nie zajedzie. I szukać tej pajdy musimy gdzie indziej, tam, gdzie wiemy na pewniaka, że jest, a nie tam, gdzie z góry wiemy, że jej niema. Szukać jej, towarzysze, musimy za kordonem.
— A jakżeż, towarzyszu, przez kordon? Przez kordon ręką nie sięgnie. I przebić się, wiadomo, niesposób.
— Chwileczkę, towarzysze, pozwólcie mi skończyć. Mam plan. Wcale nie potrzebujemy przebijać się przez kordon, żeby zmusić imperjalistyczny rząd francuski do zaopatrzenia nas w prowjanty. A wystarczy, mojem zdaniem, wysłać od rady delegatów do rządu iskrówkę: albo w dwa dni dostawicie nam na drugą stronę kordonu i będziecie dostawiać na przyszłość tyle i tyle wagonów mąki, kartofli i jeszcze tam czego, albo przebijemy się i zerwiemy wasz kordon. A jeżeli nawet przerwać go nie zdołamy, to w każdym razie przy starciu z nami zarazi się od nas wasze wojsko, a od wojska, jak chuchnął, dżuma pójdzie dalej spacerkiem po całej Francji. Czekamy akurat dwa dni — wybierajcie.
— Nie odpowiedzą!
— A mojem zdaniem, towarzysze, odpowiedzą i to piorunem. Żadna pogróżka nie podziała tak, jak strach przed zarazą. Zmiarkują, że nie mamy nic do stracenia. Przestraszą się. Nie zechcą ryzykować. A nuż uda nam się przebić aż do samego kordonu i zetknąć z ich wojskiem? Przecie tego boją się, jak ognia. Nie zechcą dla kilkunastu wagonów prowjantu narażać na zarażenie się całej Francji. A drugą iskrówkę nie zawadzi wysłać do proletarjatu francuskiego za kordonem: wymierający z głodu proletarjat paryski zwraca się do proletarjatu Francji i całego świata, żeby przycisnął rząd francuski i zmusił go do wysłania głodującym pomocy żywnościowej. Z tej strony dżuma, a z tamtej — strajk generalny. Nie miną dwa dni, jak dostawią nam żywność elegancko za kordon. Takie jest, towarzysze, moje zdanie. Skończyłem.
Zadudniło równocześnie kilkadziesiąt głosów.

Późnym wieczorem rada delegatów robotniczych i żołnierskich republiki radzieckiej Belleville, przychylając się większością głosów do wniosku towarzysza Lavala, wyrzuciła w przestrzeń dwie iskrówki.
Odpowiedzi nie otrzymano.

W dwa dni później ponowne posiedzenie rady delegatów akceptowało wniosek towarzysza Lerbier, polecając komisji wojskowej opracowanie szczegółowego planu zbrojnego opanowania koncesji anglo-amerykańskiej.
Wychodząc z posiedzenia towarzysz Laval nacisnął głęboko na czoło czapkę, co zawsze świadczyło o jego silnem wzburzeniu, i zapuścił się w kręte, słabo oświetlone uliczki. Mżył drobny deszcz.
Fiasko przedwczorajszego wniosku dotknęło towarzysza Lavala do żywego, jak osobista zniewaga, napełniając go głuchą wściekłością.
— Dranie! Gwiżdżą na nasze pogróżki! Chcą nas wymorzyć głodem! — mruczał przez zaciśnięte zęby.
Wiedział dobrze: imperjaliści. Jakież tu mogą być z nimi układy? Nie wzruszą się losem zdychającego proletarjatu. Ale liczył, że ulękną się zarazy. Nie zechcą ryzykować. Nie, nie zlękli się. Mocno widać pewni są swojego kordonu. Wytłuką, jak psów. Nie podpuszczą na kilometr.
I głucha, bezsilna złość bulgotała w sercu towarzysza Lavala.
Nienawidził tej zgrai każdem włóknem, na samo jej wspomnienie krtań ściskał mu bolesny skurcz. Zatratowali już raz ciężkiemi buciskami żołdactwa Komunę Paryską. Teraz czekają spokojnie, aż powyzdychają wszyscy z głodu i zarazy, wtedy będzie można zająć na nowo wydezynfekowany Paryż, zalać go policją, zatopić demokracją, otwarłszy szluzy czczej parlamentarnej gadaniny, obstawić pułapkami kryminałów, zgnieść w żelaznych klubach; i znowu popłyną do fabryk spędzeni z roli, czarni, zahukani ludzie, potem spracowanych rąk wykuwać dla nich spokój, zbytek i nieróbstwo. Znów potoczy się wszystko po dawnemu, i pies nie będzie nawet wiedział, że była już przed paru miesiącami w Paryżu komuna, rząd robotniczo-żołnierski, rady delegatów, surowa robotnicza epopeja.
Na myśl o tym towarzysz Laval zaciskał tylko silniej zęby, aż rozlegał się ostrzegawczy trzask szczęk. Ciężkim butem, cięższym od jarzma zarazy, przygniatała go bezsilność.
Towarzysz Jacques Laval, kapitan czerwonej gwardji republiki radzieckiej Belleville, w epoce przedrewolucyjnej, to jest przed czterema tygodniami, był marynarzem na krążowniku „Zwycięstwo“. W partji — od ośmiu lat, to znaczy od chwili, gdy go, jako dwudziestoletniego rumianego parobczaka z tartaku Combé, komisja poborowa przydzieliła do marynarki, gdy, strącony do czarnego, pływającego lochu, wgarnywać zaczął łopatą w ziejącą paszczę pieca ciężkie grudy węgla, zgrubiałemi palcami badając pierwsze oparzeliny na nagim, muskularnym torsie. Cała dwudziestoletnia wiedza wywróciła koziołka i mocno osadzony, uporządkowany świat zakołysał się w jego głowie, jak pokład pod nogami w czasie wściekłej chwiejby.
Z pomostu partji wszystko nagle stało się przejrzyste, jak szkło i, obejrzawszy się za siebie, towarzysz Laval odrazu zrozumiał niejedno. Stary Combé własnym samochodem zajeżdża raz na tydzień do tartaku sprawdzić, czy wszystko w porządku? A starego Frosta, co stracił wzrok, wymierzając milimetry, majster przez policję wywala na zbity łeb: „niezdatny“. Na krążowniku armaty, wieże pancerne — militaryzm. Wylizany oficerek i stary Combé — to jedno, tylko twarze różne, ale tułów ten sam — biała międzynarodówka. I nastawiając działo pod kątem 25°, szeregowiec Laval marzył: spędzićby to wszystko bractwo z całego świata, z samochodami, w szlifach, w sutannach w jedno przestronne miejsce i — bęc! I twarz towarzysza Lavala rozkwitała wtedy szerokim uśmiechem.
Do Paryża towarzysz Laval przyjechał na urlop i w Paryżu uwięziła go dżuma. Kiedy pod wpływem zarazy w mieście wybuchły pierwsze zamieszki i grunt zachybotał się, trzaskając wzdłuż ściegów odrębnych pokładów klasowych, towarzysz Laval poczuł: umierać po staremu, jak psy — niesposób. Dopóki imperjaliści — za kordonem i dostępu do Paryża broni mór, trzeba zburzyć narazie starą ruderę, położyć fundamenty pod wolną republikę rad.
I zsunąwszy na tył głowy beret, towarzysz Laval pewnym, elastycznym krokiem ruszył pierwszy do koszar, skąd po godzinie wyszedł już na czele niebieskiego pułku z wytrzaśniętym napoczekaniu, nie wiedzieć skąd, czerwonym sztandarem.
Następnie przyszły dni pracy organizacyjnej. Przeszkadzała dżuma. Wyrywała z pod boku najlepszych towarzyszy. Gdyby nie to, towarzysz Laval, pochłonięty zagadnieniem organizacji rad robotniczych na terenie południowych peryferyj Paryża, byłby jej prawdopodobnie nie zauważył. Oczywiście — higiena i środki ostrożności. Reszta to już rzecz lekarzy. Do pewnego stopnia była nawet pożyteczna. Oczyszczała centrum i dzielnice zachodnie z elementów burżuazyjnych. Należało tymczasem postawić na nogi peryferje, aby, w chwili ustania epidemji, cały burżuazyjny Paryż ocknął się, jak w obręczy, w cęgach blokady proletarjackiej. Opanowanie wycieńczonego zarazą miasta byłoby już wtedy drobnostką.
Ale dżuma nie folgowała, dziesiątkując ze złowrogą systematycznością kadry proletarjackie. Pracować w tych warunkach było bardziej, niż trudno. Dzień w dzień rozpoczynać trzeba było odnowa. I oto teraz, na dobitek wszystkiego — głód. Młoda, kształtująca się komuna skazana na śmierć głodową. W walce o kęs chleba na barykadach koncesji anglo-amerykańskiej polegną resztki przerzedzonych już i tak szeregów proletarjatu paryskiego. W dodatku w istnienie poważnych zapasów żywności na terenie koncesji towarzysz Laval nie wierzył.
Wszystko waliło się w oczach w gruz pod złośliwym, nieubłaganym obuchem. Ostatnia pogróżka pod adresem tamtych, imperjalistów, zażerających się w spokoju i w dostatku za kordonem i wyczekujących cierpliwie, kiedy też z głodu i zarazy zdechnie wreszcie ostatni paryżanin — zawiodła. Cóż pozostawało? Kapitulować i ze złożonemi rękami czekać śmierci, czy też biec po nią samemu na barykady zadżumionej koncesji amerykańskiej?
Towarzysz Laval w milczeniu, jak niegdyś łopatą węgiel, przerzucał tonny opornych, niewesołych myśli.

Późno po północy, do mieszkania głównodowodzącego wojskami republiki radzieckiej Belleville, towarzysza Lecoq’a, zapukano.
Towarzysz Lecoq odszukał poomacku na krześle przy łóżku binokle, osadził je jako tako na nosie i, narzuciwszy na bieliznę żołnierski płaszcz, poszedł otworzyć, zapalając po drodze elektryczność.
— To wy, towarzyszu Laval? Co się stało?! Czy co ważnego?
— Przychodzę do was, towarzyszu dowodzący, w interesie. A interes mam pilny, nie osobisty, dotyczy całej komuny. Nie wytrzymałem z nim do rana. Nie gniewajcie się... — mówił, miętosząc czapkę w ręku, towarzysz Laval.
— Skądże, skądże! — zakrzątał się towarzysz Lecoq. — Wchodźcie. Jestem do waszej dyspozycji. Jeżeli sprawa ważna, każda pora odpowiednia. Spanie nie ucieknie. Siadajcie. Może zapalicie? Słucham. Cóż to za sprawa?
— Przychodzę, towarzyszu dowodzący, w sprawie tejże samej żywności dla komuny. Niedopuszczalna rzecz posyłać resztki proletarjatu na barykady angielskie. I żywności tam żadnej niema. Istne samobójstwo.
Towarzysz Lecoq ze zdziwienia omal nie zgubił binokli.
— Jakże to, towarzyszu? Przecież taka była uchwała rady delegatów. Mówiliście już o tem na posiedzeniu. Wniosek wasz przeszedł. Nie dał żadnych rezultatów. Wypadło uchwalić inny. A teraz, skoro już zapadła taka uchwała, wracać do tego za późno. I pora niezupełnie stosowna. Gdyby tak każdy z nas zaczął krytykować i odwoływać uchwały rady, cóżby z tego wyszło? Sami zresztą wiecie dobrze, czemu taką właśnie uchwałę powzięto, i nie protestowaliście wtedy. Rozumieliście, że innego wyjścia niema.
— Jest wyjście — powiedział pochmurnie towarzysz Laval. — Wtedy nie widziałem, a teraz widzę. Dlatego też przyszedłem do was po nocy, towarzyszu dowodzący.
— Jakież wyjście znaleźliście nagle? Widzicie, nie zlękli się waszej depeszy. Nie dostawili na termin ani jednego wagonu żywności. Na cóż jeszcze będziemy czekać. Któż nam jej dostarczy?
— Z tym właśnie przyszedłem, towarzyszu dowodzący. Ja jej dostarczę — rąbnął z przekonaniem Laval.
— Wy?
Towarzysz Lecoq aż nachylił się ze zdziwienia.
— Jakto wy? Skądże jej weźmiecie?
— Skąd wezmę, to już moja rzecz. Wiadomo, że z za kordonu wezmę.
Towarzysz Lecoq zakasłał w zniecierpliwieniu.
— Cóż wy, towarzyszu, żartować przyszliście, czy co? Co to znaczy: z za kordonu weźmiecie? Nie czas teraz na żarty.
— Mnie, towarzyszu dowodzący, żarty nie w głowie. Przyszedłem wam powiedzieć, ze jutro wrócę z żywnością dla komuny, a przyszedłem w nocy, bo sprawa, mojem zdaniem, pilna, odkładać jej się nie godzi.
Towarzysz Lecoq przyjrzał się badawczo gościowi i odpowiedział dopiero po długiej pauzie:
— W jakiż to sposób, jeżeli wolno wiedzieć, wybieracie się sami przywieźć dla komuny żywność z za kordonu?
— Wiadomo, przedarłszy się przez kordon. Całe wojsko się nie przebije, a kilkoro chłopa prześlizgnąć się potrafi. Osobliwie wodą.
— I cóż z tego, jeżeli się nawet prześlizgnie i wróci z bochenkiem chleba? Komunę tem myślicie nakarmić? Wiecie, ile trzeba, żeby nakarmić komunę? Wagony! Jakże z tem się wybieracie prześlizgnąć? Na plecach przeniesiecie, czy co?
— Na plecach nie przeniosę, a wodą przewieźć nietrudno.
— Jakto wodą?
— A tak, bardzo zwyczajnie. Na rzece kordonu niema. Murem rzeki nie zagrodzili.
— I cóż z tego? Pilnują dniem i nocą. Ryba się nie przedostanie.
— Ja, towarzyszu dowodzący, po próżnicy do was nie przychodzę. Wszystko zbadałem na miejscu. Wiem, co mówię. Rzeką przejechać można.
— A to w jaki sposób?
— W dzień nie można, a w nocy można.
— Wiecie przecież, że w nocy oświetlają całą Sekwanę reflektorami, właśnie w obawie, żeby kto nie przepłynął.
— Oświetlać oświetlają, ale nie całą Sekwanę, tylko na przestrzeni jednego kilometra. Dwoma reflektorami oświetlają. Jeden na jednym brzegu, drugi na drugim. Więcej reflektorów wpobliżu niema, bo i poco? Widno, jak w dzień.
— W jakiż sposób uważacie wobec tego, że można przepłynąć?
— Przepłynąć nietrudno, nawet nie jednym statkiem, ale tyloma, iloma się chce. Trzeba tylko zgasić oba reflektory.
— A to znów w jaki sposób?
— Sposób znowuż bardzo prosty, kiedy się zna dokładnie stanowisko każdego reflektora. Dwoma wystrzałami z pięciocalówki można zgasić. Trudniejsze sztuki robiło się u nas, w marynarce.
— Powiedzmy, że zgasicie oba reflektory. Po pół godzinie naprawią.
— Przez pół godziny, jakby chcieć, cały Belleville przepłynie. Osobliwie teraz. Noce ciemne, choć oko wykol.
— Przypuśćmy. A jakże zpowrotem?
— Zpowrotem, ma się wiedzieć — trudniej. Zawsze spróbować można. Jak będziemy jechać nazad, nie odrazu się połapią: kto i dokąd. A jak się połapią na pierwszym kordonie, to i strzelać chyba niebardzo będą. Przecież grunt nato jest kordon, żeby nikt się z Paryża nie wymknął. A kto sam, z własnej ochoty, wilkowi lezie w gardło, takiemu krzyżyk na drogę. Pocóż do takiego strzelać? Strzelą dwa razy dla postrachu i dadzą spokój.
— Wszystko to bardzo pięknie. A skądże macie zamiar wydostać żywność?
Towarzysz Laval nachylił się bliżej:
— Jak jechać prosto Sekwaną, o jakich sześćdziesiąt kilometrów od Paryża, leży nad brzegiem miejscowość jedna, nazywa się Tansorel. Niby — rodzinne moje strony. Każdy kamyk znam napamięć. O wiorstę od brzegu jest tam młyn parowy, wielki, z całej okolicy zboże miele. Osobliwie o tej porze mąki w nim będzie dobrych paręnaście wagonów. Mało-wiele: trzy galary po dwieście worków będzie można zabrać. Więcej holownik nie uciągnie. Myślałem brać galary stąd, puste, ale obejdzie się i bez tego i prześlizgnąć się jednym holownikiem w tamtą stronę łatwiej. A galary weźmiemy na miejscu, tartaczne. Jest tam tartak. Deski galarami do Paryża spławiał. Teraz nie spławia, to i galary stoją na miejscu. Naładuje się trzy galary. Przed świtem będziemy zpowrotem. Sześćset worków po sto kilo. Wiele-niewiele — na miesiąc na wyżywienie komuny starczy. Dalej — zobaczymy. Może i zaraza do tego czasu wygaśnie, a może odezwie się proletarjat na tyłach? Będzie czas poczekać.
Towarzysz Lecoq odpowiedział nie zaraz.
— Romantycznie mi coś ta cała wasza wyprawa wygląda. Jeżeli nawet uda się wam przejechać w tamtą stronę, nie widzi mi się, żeby przepuścili was zpowrotem. Zatopią was z całym bagażem.
— Spróbować nie zawadzi. Wytłuką, to wytłuką dziesięcioro chłopa. Zawsze, co dziesięciu, to nie cała komuna. Koncesja amerykańska nie ucieknie. Zatopią nas, to pójdziecie szukać chleba tam. Spróbować trzeba.
Towarzysz Lecoq w milczeniu zaciągnął się papierosem.
— Widzicie, towarzyszu, sęk właściwie tkwi nie w tem. Przypuśćmy, że udałoby się wam nawet przedostać przez kordon i wrócić z żywnością, chociaż mało mi się to wydaje prawdopodobne. Tak, czy tak, nie mamy prawa, towarzyszu, nawet dla ratowania od głodowej śmierci całej komuny, przenieść zarazę za kordon. Co innego pogróżki, a co innego wykonanie. Gdyby wyprawa wasza się wam udała, w poszukiwaniu żywności musielibyście wysiąść na brzeg, po tamtej stronie kordonu, i zetknąć się z tamtejszą ludnością, to znaczy — liczyć się zgóry z ewentualnością zostawienia im zarazy. Nie mamy prawa, towarzyszu, dla ratowania od śmierci dziesięciu tysięcy obywateli komuny, wystawiać na niebezpieczeństwo zarazy proletarjat i chłopstwo całej Francji. Nie mogę dać wam pozwolenia na taką wyprawę.
— Sprawiedliwie mówicie, towarzyszu dowodzący. Tylko że pomyślałem o tem wszystkim nasamprzód. Znalazłem sposób, że nawet przybijać do brzegu nie będziemy. Przyjedziemy, zatrzymamy się pośrodku rzeki, zabierzemy żywność i nogi za pas! Widzicie, nawet galarów naszych dlatego ze sobą nie biorę — ich własne. Przyczepić tylko i jazda!
— Cóż to, uważacie, że sami mąkę wam wyniosą, naładują na własne galary, jeszcze was poproszą: zabierajcie.
— Jakbyście zgadli, towarzyszu dowodzący. Sami naładują. Plan mam, zobaczycie sami, prosty, nietrudny, tylko dopowiedzieć mi go do końca nie pozwalacie.
Towarzysz Laval wziął ze stołu ołówek i, wodząc nim po bibule, zaczął szczegółowo wykładać swój plan.

Kiedy towarzysz Lecoq został w pokoju sam, na dworze już dniało i na okopconych sadzą nocy szybach okien matowym, bladym witrażem inkrustował się maleńki wszechświat ulicy.
Towarzysz Lecoq zrzucił płaszcz i, wyciągnąwszy się na łóżku, spróbował zasnąć. Sen jednak, raz spłoszony, nie powracał. Lecoq sięgnął ręką do półki i zdjął książkę. Otworzył. Lenin: „Zadania Proletarjatu“. Próbował czytać.
Myśli, jak maleńkie robaki-skałotocze, nie mogąc przedostać się do mózgu, zawracały zadąsane pomiędzy czarne grządki wierszy. Towarzysz Lecoq odłożył książkę i zapatrzył się w sufit.
Skądś, z lustra pamięci, jak spóźnione odbicie, wynurzyła się smagła, ochłostana wiatrami twarz, odebrzmiały słowa proste, uśmiechnięte: „Wytłuką, to wytłuką dziesięcioro chłopa. Zawsze co dziesięciu, to nie cała komuna. Spróbować trzeba.“
Towarzysz Lecoq uśmiechnął się: ambicja? Junactwo? Czy też doprawdy taka zapamiętała miłość komuny?
Spotykał się z tymi ludźmi codzień, od lat, twarzą w twarz, jeszcze na uniwersytecie, gdy, zakopany w książkach, syn zabiedzonego nauczyciela gimnazjalnego, biegał ze studenckiej garkuchni na zebranie sprawdzać na realnym przykładzie czarne cyfry statystyk. Nauczył się patrzeć w te oczy, odcyfrowywać ze zmarszczki, z akcentu wyzwiska krzywdę głęboką, niezaleczoną, konkretną; w konturze wyrzuconych mimochodem sakramentalnych słów: „proletarjat“, „imperjalizm“, odgadywać cyfry obciętych zarobków, kaliber doznanych upokorzeń. I nagle tu — jasne, niebieskie oczy, uśmiech i śmierć. Wpływ romantycznej lektury? Bohaterstwo?
Na biurku zaterkotał telefon.
Towarzysz Lecoq wstał, odebrał raport, potem w czarną muszlę głośnika przedyktował kilka rozporządzeń. I wyciągając się jeszcze raz na twardym, żołnierskiem łóżku, twarzą do ściany, zamykając już oczy do snu, pomyślał:
— Zatłamszą chłopa, jak nic. A szkoda. Minie dżuma, wypadnie budować komunę — takich trzeba będzie wtedy jak najwięcej.
I wargami gdzieś w sen, jak wyuczoną, cowieczorną lekcję:
— Ale wtedy mnie już nie będzie także...
Sen jednak nie przychodził. Poprzewracawszy się z boku na bok, towarzysz Lecoq zapalił papierosa. Spojrzał na zegarek. Czwarta. Dokończył papierosa, wstał, zapalił światło. Podszedł do biurka. Z szuflady biurka wyciągnął schowany głęboko pod raportami gruby bruljon w ceratowej okładce i rozłożył go na stole.
W tajemnicy przed wszystkimi, towarzysz Lecoq pisał historję zadżumionego Paryża. O tem, że niegdyś zajmował się literaturą, wiedziało niewielu. Zamłodu pisywał wiersze. Podobno nawet niezłe. Zarzucił je zresztą oddawna. Zdolności literackich wstydził się, jak swej erudycji, jak swego inteligenckiego pochodzenia. Jak żbik, najeżył się szorstkością, kolcami żołnierskiego słownictwa, obejściem lapidarnem i rubasznem.
Nieustanne postępy dżumy utrwaliły w nim pewność, że Paryż w pierścieniu kordonu skazany jest na wymarcie, że nie ocaleje zeń ani jedna żywa dusza.
Co prawda, od pierwszych chwil istnienia republiki, na rozkaz KC. przedsięwzięte zostały najenergiczniejsze środki w walce z zarazą. Korzystając z zamieszania, jakie zapanowało w skołowaciałych dzielnicach burżuazyjnych, republika Belleville w zuchwałym wypadzie zawładnęła instytutem Pasteura i ciężarowemi autami przewiozła na swoje terytorjum cały jego inwentarz. We wzorowo urządzonych laboratorjach dziesiątki uczonych, oddanych sprawie proletarjatu, pracowały dniem i nocą w nadludzkiem wytężeniu nad unieszkodliwieniem śmiertelnego zarazka. Codziennie dokonywano próbnych szczepień nowowynalezionych surowic, nie dających, jak i wszystkie poprzednie, pożądanych rezultatów.
Po miesiącu bezskutecznej walki towarzysz Lecoq przestał wierzyć w możliwość pomyślnego wyniku. Na rozgrywające się dokoła wypadki patrzył z ciekawością przyrodnika, obserwującego obumieranie komórek. Cierpiał nad tem, że tyle materjału dokumentalnego przepadnie nadarmo, nie stanie się nigdy dobytkiem ludzkości. Myśl ta dręczyła go po nocach.
Wymrą wszyscy, nie zostanie nikt, ktoby mógł odtworzyć dla przyszłych pokoleń historję tego miasta, niezapomnianą i chimeryczną.
Postanowił wreszcie sam, pokryjomu, na podstawie zebranych danych, ustnych relacyj, i naocznych spostrzeżeń spisać jego kronikę. Umrze on, wymrą wszyscy, zostanie rękopis. Przeminie dżuma, przyjdą nowi ludzie, odnajdą go, otrząsną z kurzu, nie zginie na zawsze ten obfitujący w cenne doświadczenia płat historji, niepowtarzalne perypetje tego makabrycznego okresu.
I po nocach, ukradkiem, w godzinach wolnych od zajęć służbowych, wciągał do grubego bruljonu zebrane w ciągu dnia wiadomości, porządkując i uzupełniając napływające bezustanku dokumenty i przyczynki.
Otwarłszy bruljon na ostatniej zapisanej stronie, towarzysz Lecoq jeszcze raz pomyślał o Lavalu. Co za wspaniały egzemplarz! O takich — pisać epopeje. Trzeba zresztą poczekać końca wyprawy. Co za patetyczny rozdział! W zamyśleniu przerzucił kilka stronic. Zatrzymał się na ostatniej notatce, dotyczącej powstania na terenie placu Pigalle i ulic okolicznych nowej autonomicznej republiki murzyńskiej, założonej przez murzynów Montmartre’u (dżazbandystów i odźwiernych), na znak protestu przeciw panującej na terytorjum dzielnic centralnych murzynożerczej władzy amerykańskiej. Według danych świadków naocznych, każdemu białemu, schwytanemu w obrębie nowego państewka, murzyni obcinają głowę z zachowaniem wszystkich ceremoniałów przejętych od Ku-Kluks-Klanu.
Towarzysz Lecoq odwrócił nową kartę, wyjął stylo, przewertował w myślach zebrane przez dzień dzisiejszy materjały, potem starannie, u góry stronicy, równem drobnem pismem skreślił tytuł nowego rozdziału:

PRZYPOWIEŚĆ O GRANATOWEJ REPUBLICE.

Nikt nie zauważył i nie głowił się nad tem, gdzie podzieli się nagle z rogów ulic mali pompatyczni ludzie w granatowych pelerynkach, którzy, jak naturalne, nieodzowne akcesorja, wznosili się tam od dziesiątków lat.
Wiadomo jednak powszechnie, że nic w naturze nie ginie.
Zdezorjentowana, zbyteczna policja, wypierana kolejno ze wszystkich nowopowstałych państewek, ściągnęła siłą przyzwyczajenia do swych koszar na wysepce Cité, którą zamykały z trzech stron trzy niezależne republiki: żółta, żydowska i anglo-amerykańska.
Wysepka Cité spoczywa w uścisku dwóch ramion Sekwany i, wyodrębniona przez samą naturę, zdaje się stanowić pewnego rodzaju samodzielną jednostkę terytorjalną.
Owego dnia zaroiła się ona od bezrobotnych granatowych człowieczków.
Pozostawiona samej sobie policja, znalazła się po raz pierwszy w położeniu kłopotliwem. Pozbawieni naraz busoli praworządności, nie mogąc zdecydować się, który z powstałych rządów uważać mają za praworządny, zdając sobie jednocześnie dobrze sprawę z fikcyjności jakiegokolwiek rządu poza pierścieniem kordonu, bezrobotni granatowi ludzie uświadomili sobie wkrótce, że zatracają z każdym dniem pozory istot realnych, stają się metafizyczną fikcją, czystym nonsensem, beztreściowym, jak samo pojęcie: „Policja dla policji“.
Na trzeci dzień wyspa Cité była świadkiem pierwszej w dziejach ludzkości demonstracji bezrobotnej policji.
Tłum bezrobotnych granatowych ludzi przeciągnął przez całą wysepkę, spływając na plac przed prefekturą. Na czele pochodu demonstranci nieśli transparenty z wypisanemi na nich hasłami: „Republika umarła — niech żyje republika!“ „Żądamy jakiegokolwiek rządu!“ „Policja bez rządu — to tramwaj bez elektrowni!“ i t. p.
Na placu przed prefekturą odbył się imponujący miting. Po długich debatach, w imię ratunku policji, jako takiej, postanowiono zwrócić się kolejno do poszczególnych rządów nowopowstałych państewek, proponując im swoje usługi.
— Nie chodzi tu o zabarwienie, czy nawet o narodową przynależność rządu — dowodził projektodawca. — Policja, aby odzyskać swą rację bytu, powrócić z krainy fikcji w szranki instytucyj realnych, musi jak najprędzej postarać się o jakikolwiek rząd, bodajby o ideę rządu. Bez pojęcia praworządności jesteśmy cieniami.
Projekt został przyjęty jednogłośnie i do wszystkich rządów, za wyjątkiem radzieckiego rządu Belleville, wysłano gońców z ofertą.
Wszystkie rządy, w obawie wprowadzenia na swe terytorjum obcego elementu, odpowiedziały odmownie, motywując swoje stanowisko niemożnością wyżywienia nowych przybyszów, z uwagi na nader szczupłe zasoby posiadanej żywności („dość mamy własnych gąb do karmienia“).
W ostatnim odruchu instynktu samozachowawczego przyjęto wniosek jednego z policjantów, proponującego odnaleźć jakiego bądź cywila i zmusić go do proklamowania się dyktatorem wyspy Cité. Postanowiono niezwłocznie zarządzić obławę.
Po półgodzinnych bezowocnych poszukiwaniach u wylotu jednej z uliczek ukazał się patrol, niosący na rękach nieznanego bliżej, sparaliżowanego staruszka. Staruszek zdradzał niedwuznaczne objawy przerażenia. Gdy wnoszono go do prefektury, zaczął płakać i próbował się wyrwać, rzecz prosta — bezskutecznie.
W gabinecie prefekta, delegacja policjantów oświadczyła mu, że jest dyktatorem i jako taki wydać winien kilka dekretów restytuujących pojęcie władzy praworządnej.
Staruszek siedział w fotelu apatycznie, nie reagując zupełnie na ofiarowany mu zaszczyt i władzę. Próbowano wyłuszczyć mu rzecz w jak najdostępniejszych wyrazach. Napróżno. Jak się okazało, był głuchy.
Z trudnością wreszcie zdołano porozumieć się z nim na piśmie. Kancelaria zredagowała orędzie, które staruszek, po długich wzdraganiach, pod groźbą lufy rewolwerowej, zdecydował się wreszcie podpisać.
W godzinę później na murach wyspy Cité ukazało się pierwsze orędzie nowego dyktatora. W orędziu tem nowy dyktator obwieszczał, iż obejmuje władzę nad wyspą Cité, ustanawiając na niej państwo praworządności. Wszystko, co ośmieli się przeciwstawić władzy nowego dyktatora, uważać należy za niepraworządne i podlegające jak najsurowszemu tępieniu. Pod orędziem widniał podpis: Mathurin Dupont.
Cała wyspa rozbrzmiała tego dnia jednem wielkiem westchnieniem ulgi. Instytucja policji, jako takiej, została uratowana. Rozradowani policjanci stąpali buńczucznie, dzwoniąc obcasami o asfalt, jakby pragnęli się upewnić o swej niezaprzeczalnej realności.
Wszelako z wydaniem orędzia bezrobocie bynajmniej nie ustało. Przeciw władzy nowego dyktatora nikt nie zamierzał występować, wskutek czego pojęcie niepraworządności, w odniesieniu do nowego państwa, pozostało w sferze czystej teorji.
Po upływie kilku dni staruszek, widząc, że nikt nie robi mu nic złego, stał się rozmowniejszy i dał się nawet namówić do osobistego wglądnięcia w sprawy państwowe.
Pierwszem samorzutnem rozporządzeniem nowego dyktatora były wielkie manewry na placu przed prefekturą. Rozradowani objawem aktywności swego dyktatora, policjanci defilowali z werwą i animuszem. Dyktator z wysokości balkonu przyjmował rewję, klaszcząc z uciechy w ręce.
Po tym pierwszym odruchu ożywienia zapadł jednak zpowrotem w dawną apatję.
Na trzeci dzień, w porannym raporcie, po konwencjonalnych zwrotach, że w państwie panuje spokój i wypadków naruszenia praworządności nie zanotowano, kancelarja donosiła dyktatorowi, iż jest rzeczą niezbędną zdefiniowanie na nowo pojęcia niepraworządności i wydesygnowanie bodaj kilku przestępców, bowiem policja bez przestępców zaczyna powątpiewać o swej autentycznej realności.
W odpowiedzi na raport staruszek nieoczekiwanie ożywił się i po raz pierwszy sam zażądał pióra i papieru.
W pół godziny później na murach Cité ukazał się dekret, który wywołał na sennej wysepce niezwykłe poruszenie. Na mocy tego dekretu wszyscy mieszkańcy wysepki — blondyni, ogłoszeni zostali wrogami państwa, w odróżnieniu od prawomyślnych obywateli — brunetów. Praworządnym kadrom policji nakazywało się zlikwidować nowych przestępców w terminie jak najkrótszym, nie przebierając w środkach.
Tegoż dnia wieczorem wyspa Cité wyglądała, jak za najlepszych swoich czasów. Z bramy prefektury, jeden za drugim, wychodziły karne, uzbrojone patrole, znikając kolejno w ciemnych uliczkach. Przestępcy-blondyni zabarykadowali się w domach mieszkalnych. Obława trwała trzy dni, zamieniając się miejscami w krwawe potyczki. Pod koniec trzeciego dnia złoczyńcy zostali wyłowieni i odstawieni do aresztów policyjnych. Na wyspie Cité znowu zapanował spokój.
Wyczerpany niezwykłym wydatkiem energji, dyktator popadł napowrót w stan takiej apatji, że niepodobna go było nawet zmusić do czytania codziennych raportów.
Reasumując wyżej wzmiankowane wypadki, zmuszeni jesteśmy wyrazić powątpiewanie, czy dzielnej wysepce udałoby się uratować pożyteczną skądinąd instytucję policji, gdyby z odsieczą ospałemu dyktatorowi nie przyszła równie ospała, lecz bardziej konsekwentna dżuma.



VI.

W chłodnej sali posiedzeń Instytutu, nad olbrzymim stołem, krytym zielonym suknem i zasłanym plikami papierów, w wysokim, prezydjalnym fotelu siedział P’an Tsiang-kuei w szarych rękawiczkach i w omotanym dokoła szyi szalu (sposób, by jak najmniejsza powierzchnia skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią zadżumionego powietrza).
Na dwóch końcach stołu dwie maszynistki wypukiwały równocześnie tekst dwu dyktowanych przez niego cyrkularzy. Ustawiony na stole telefon, przerywający co chwila pracę ostrym lamentem dzwonka, wyrzucał z czarnej lufy słuchawki raporty z różnych punktów państwa.
Raporty naogół nie były pocieszające. Pomimo zastosowania środków nadzwyczajnych dżuma rozpowszechniała się na terenie nowego państwa powoli, lecz nieustannie. P’an Tsiang-kuei postanowił rozprawić się z nią po azjatycku.
Na czwarty dzień istnienia nowej republiki na murach domów ukazał się przejmujący chłodem dekret. Stwierdzając, że panująca obecnie forma dżumy okazała się w praktyce nieuleczalną, i zarażeni nią osobnicy, podtrzymywani sztucznie przy życiu, stają się jedynie dalszemi rozsadnikami epidemji, dekret oznajmiał, iż na przyszłość każdy z zarażonych podlegać będzie natychmiastowej egzekucji. Obywatele zdrowi obowiązani są donosić niezwłocznie o każdym wypadku zasłabnięcia. Winni ukrywania zarażonych podlegać będą rozstrzelaniu narówni z nimi.
Suche raporty telefoniczne donosiły co chwila o nowych egzekucjach. Dżuma podjęła wyzwanie. Na zielonem suknie stołu, gdzie, miast kart, padały z szelestem podpisywane w locie kartki rozkazów, rozgrywała się hazardowna partja. Z głębi wysokiego fotela P’an Tsiang-kuei kładł na podawane mu kolejno do podpisu dekrety zygzak swego nazwiska, jakby rzucał na stół nowy atut. Partnerka odpowiadała skądś, zdaleka, przez tubę słuchawki telefonicznej, cyfrą nowych egzekucyj.
Przedyktowawszy wszystkie cyrkularze P’an Tsiang-kuei odprawił gestem obie maszynistki i pozostał sam w mroczniejącej zwolna sali. Wytężony w nierównej, bezsennej walce umysł domagał się wypoczynku. Dzwonek telefonu wykasłał nową cyfrę straconych. P’an Tsiang-kuei z wściekłością odczepił słuchawkę i cisnął ją na stół. Bezsilne usta słuchawki syczały zjadliwie w próżnię.
P’an Tsiang-kuei zapragnął nagle powietrza. Od trzech dni nie opuszczał sali, przykuty do fotela. Wcisnąwszy kapelusz, zamknął salę na klucz i po szerokich kamiennych schodach zbiegł szybko na ulicę, obok wyprężonych skośnookich wartowników.
Na ulicach było pusto. Po bezludnych wąskich trotuarach przemykali gdzieniegdzie samotni żółci przechodnie.
Znajomemi ulicami dotarł P’an Tsiang-Kuei do ogrodu Luksemburskiego, zamienionego na państwowe krematorjum. Skądś, z głębi, powitał go suchy trzask salwy. P’an Tsiang-kuei zmarszczył się i przyśpieszył kroku.
Dziwnym rikoszetem wrażeń przyszedł mu nagle na myśl profesor, wywołując na jego wargi nieczęsty uśmiech.
W noc przewrotu, na mocy specjalnego rozkazu, profesor, jedyny z białych, został aresztowany i internowany w jednym z pałacyków dzielnicy Łacińskiej, w którym przebywał w najściślejszej izolacji.
W pałacyku było urządzone wzorowe laboratorjum, gdzie, pod osobistem kierownictwem profesora, kilkunastu Chińczyków, asystentów i studentów bakterjologji, ślęczało dwadzieścia cztery godziny na dobę nad wynalezieniem zbawczej szczepionki, zdolnej zniszczyć morderczego bakcyla.
Trzeba przyznać, że profesor dotrzymywał swego słowa sumiennie, pracując dzień i noc bez wytchnienia. W toku hazardownej walki z nieustępliwą zarazą odezwała się w nim jego żyłka uczonego; początkowo niechętny, z każdem nowem niepowodzeniem zapalał się coraz bardziej, poprzysięgając sobie zwyciężyć za wszelką cenę złośliwego mikroba, który zadrasnął jego ambicję uczonego i ośmielał się podawać w wątpliwość potęgę współczesnej wiedzy. Im dłużej trwały nieudane próby, tem bardziej profesor zacinał się w swym niezłomnym uporze. Skończyło się na tem, że przestał prawie zupełnie sypiać, nie opuszczając ani na chwilę laboratorjum, i z trudnością udawało się wmuszać w niego jedzenie. Zamknięty wśród mikroskopów, probówek i retort, wychudzony i żółty od nieprzespanych nocy i przemęczenia, z dziko zwichrzoną bródką, przypominał średniowiecznego alchemika, który, opętany manją wykrycia kamienia filozoficznego, nie daje się zrazić żadnym niepowodzeniem.
Na dziesiąty dzień po przewrocie P’an Tsiang-kuei osobiście odwiedził profesora w jego nowem mieszkaniu, aby sprawdzić, czy mu czego nie potrzeba. Profesor gorączkowo przestawiał jakieś probówki i krzątał się koło mikroskopu.
— Obowiązuję się uśmiercić tę przeklętą bakterję — zawołał, potrząsając pod światło jakąś probówką — przyrzeknij mi pan jednak, że nie wykorzystasz wynalezionej przeze mnie szczepionki wyłącznie dla pańskich żółtych, lecz uczynisz ją dobytkiem i białych dzielnic miasta. Nie zamierzam bynajmniej ratować od śmierci samych tylko Azjatów, pozostawiając na pastwę losu moich białych współbraci.
— Jeśli o to tylko chodzi, mogę pana uspokoić — odparł z uśmiechem P’an Tsiang-kuei. — Szczepionka pańska w chwili jej wynalezienia stanie się dobytkiem, wprawdzie nie wszystkich białych dzielnic, ale za to z pewnością najludniejszej z nich — robotniczej dzielnicy Belleville. A propos, jeżeli nie zna pan jeszcze ostatnich nowin, mogę panu donieść, że w tych dniach robotnicze dzielnice Paryża, Belleville i Menilmontant, z przyległościami, oderwały się od reszty miasta i utworzyły samodzielną robotniczą republikę rad. W chwili obecnej rozporządzają już laboratorjami nie gorszemi od naszych, gdzie koledzy pańscy pracują nad zlikwidowaniem wspólnego nieprzyjaciela. Mam wrażenie, że informacje o postępach ich prac powinny pana interesować i że wzajemna wymiana spostrzeżeń byłaby nie bez pożytku dla obydwu stron. Zdołałem — z niemałym trudem, to prawda — nawiązać z nimi kontakt telefoniczny. Musieliśmy w tym celu przeprowadzić druty poprzez wszystkie leżące między nami dzielnice, co przy obecnem rozdrobnieniu Paryża na samodzielne państewka nie było wcale rzeczą łatwą. Wpadliśmy na pomysł zużytkowania w tym celu tunelów metra. Dziś wieczór postawimy panu aparat, który połączy pana bezpośrednio z laboratorjum republiki Belleville.
Profesor nie posiadał się z zachwytu:
— Co pan mówi! Ależ to kapitalny pomysł! Ma się rozumieć, że to ogromne ułatwienie. Jeżeli tamci mają dobrze urządzone pracownie, będziemy mogli równolegle dokonywać wielu doświadczeń. To niezawodnie przyśpieszy wynik moich poszukiwań. Tak, to istotnie świetny pomysł.
— Czy nie ma pan jeszcze jakichś życzeń?
— Owszem. Niech pan każe usunąć stąd radjo. Asystenci będą mogli słuchać wiadomości, jeżeli ich to interesuje, w innym pokoju. A ja nie mam w tej chwili do tego głowy. Przeszkadza mi to w pracy.
— Życzeniu pańskiemu stanie się zadość.
Uścisnęli sobie ręce, jak dwaj starzy znajomi.
Schodząc po schodach w kierunku wyjścia, P’an Tsiang-kuei natknął się na jednego z asystentów, małego, pucołowatego Japończyka. Kolegowali z sobą kiedyś na Sorbonie. Mały Japończyk, schludny i staranny w swej tualecie, bez jednego puszka na ubraniu, przypominał mu zawsze odkurzony skrupulatnie bibelocik.
Japończyk zdawał się na niego tu specjalnie czekać. P’an Tsiang-kueja uderzyła jego zacięta bladość i determinacja, z jaką zastąpił mu drogę.
— Co się stało? Czy macie mi coś do powiedzenia?
— Ośmielam się mieć do was wielką prośbę, ogromną prośbę... — powiedział półgłosem Japończyk wąskiemi, jakoś dziwnie nie w takt słów podskakującemi wargami, i wargi te nagle zatrzepotały, spadły, przylgnęły do kościstej, zgrubiałej ręki P’an Tsiang-kueja.
P’an Tsiang-kuei zaskoczony wyrwał rękę.
— Oszaleliście? O co wam chodzi?
— Ośmielam się mieć do was wielką prośbę, ogromną prośbę... — powtórzył asystent, szybko żując słowa i odcinając każde białemi, wystającemi zębami. — Jestem tutaj zamknięty w zupełnej izolacji. Nie wolno mi stykać się z nikim. Dziś zatelefonowano mi z miasta... Żona moja zasłabła. Boleści. Może wcale nie dżuma. Nawet na pewno nie dżuma. Musiała zjeść coś nieświeżego. Sąsiedzi donieśli. Zabrano ją do baraku. Dziś wieczór, o ósmej, będzie rozstrzelana. Rozumiecie? Dziś wieczór... Żeby choć poczekać do jutra. Próbujemy nową szczepionkę. Jutro będą rezultaty. Wszystko zdaje się wskazywać na rezultat pomyślny. Jutro dżuma może się okazać uleczalną. Rozumiecie? Nie można jej przecież w tych warunkach dzisiaj zabijać. A zresztą może to wcale nie dżuma. Pierwsze objawy bywają mylne. Może zwyczajna niedyspozycja żołądkowa. Trzebaby przeczekać, zbadać. Odizolować przynajmniej na kilka dni. Przecież, odizolowana, nie będzie przedstawiała dla nikogo żadnego niebezpieczeństwa. Trzeba tylko zawiesić wykonanie egzekucji. Wasze polecenie telefoniczne... Rozumiecie, towarzyszu... Nazywa się...
P’an Tsiang-kuei patrzył na asystenta ze zdziwieniem.
— Nie rozumiem was, towarzyszu. A raczej zaczynam was, zdaje się, rozumieć — powiedział szorstko. — Chodzi wam, o ile się nie mylę, o protekcję. Domagacie się naruszenia prawa o walce z zarazą dla przedłużenia życia o kilka dni jednemu z zarażonych osobników, na tej jedynie podstawie, że osobnik ten jest waszą żoną. Zapominacie, zdaje się, że dzień w dzień giną dziesiątki naszych co lepszych pracowników i że jedynie dzięki zastosowaniu prawa o traceniu zarażonych udało nam się zmniejszyć ilość wypadków o przeszło 50%.
Japończyk mrugał prędko powiekami.
—...Próbujemy nową szczepionkę... Jutro będą rezultaty... Jutro dżuma może się okazać uleczalną... Zatrzymajcie całą dzisiejszą partję... Jeżeli doświadczenie się nie uda, można będzie stracić ją jutro. A może uda nam się ich uratować? Zresztą jestem pewien, że żona nie ma dżumy... Zwykła niedyspozycja żołądkowa... Gdyby odizolować...
P’an Tsiang-kuei przerwał sucho:
— Powtarzacie piosenkę każdego zadżumionego. Jeżeli żona wasza nawet nie miała dżumy, to ma już ją na pewno. Z baraku zadżumionych więcej się nie wychodzi. Zresztą nie możemy się bawić w wyjątki i pielęgnować rozsadników zarazy. Wszystkie dotychczasowe surowice nie dały żadnych rezultatów. Niema żadnej podstawy przypuszczać, że ostatnia będzie lepsza. W ten sposób musielibyśmy odkładać egzekucję z dnia na dzień i magazynować zarażonych, nie będąc w stanie odgrodzić ich od zetknięcia się ze zdrową ludnością, nie mamy bowiem nato dostatecznych kadrów sanitarjuszy. Innymi słowy znaczyłoby to podnieść znowu śmiertelność o poprzednie 50%. Dziwię się wam, towarzyszu.
Wargi małego Japończyka bezdźwięcznie drgały.
P’an Tsiang-kuei zbiegł po schodach i minął bramę. Na ulicy jeszcze raz stanął mu przed oczyma mały Japończyk-czyścioszek z drgającemi kącikami popielatych warg.
— Dla ratowania jednej spódnicy — zarazić wszystkich! — pomyślał z goryczą. — Właściwie takich należałoby rozstrzeliwać...
Zresztą po chwili zapomniał już o całym incydencie.

Upłynęły dwa tygodnie. Zaprzątnięty sprawami minjaturowej republiki, P’an Tsiang-kuei nie zaglądał do profesora od owego dnia. Otrzymywał wprawdzie codzień dokładne biuletyny telefoniczne o stanie prac starego uczonego, które, na przekór niezmorzonym wysiłkom, nie dawały uparcie pozytywnych rezultatów. Korzystając z wolnej chwili, P’an Tsiang-kuei postanowił go odwiedzić.
Ścieżkami szarzejących uliczek przyzwyczajone nogi wywiodły go na plac Panteonu. Okno na trzecim piętrze w domu pod numerem 17 świeciło po dawnemu bielmem zatrzaśniętej okiennicy.
Naraz zaczął padać deszcz, zasłaniając domy storą ze szklanych koralików. P’an Tsiang-kuei, chcąc go przeczekać, wszedł do otwartego Panteonu.
Panteon był pusty i od wysokiej kopuły, od cienistych naw, wionęło chłodem i spokojem. Pusta kasa świeciła po dawnemu niegościnnym napisem: „Wejście 2 franki“. Samotne kroki po kamiennej posadzce przedrzeźniały się długo dudniącem, wielokrotnem echem. Ze wszystkich stron, białkami oczu bez źrenic, wpatrywały się w przybysza dobrze znajome postacie...

Deszcz ustał już dawno, gdy P’an Tsiang-kuei ukazał się napowrót w drzwiach Panteonu.
Dokoła sztachet zebrała się w międzyczasie grupka żółtych, witająca dyktatora okrzykami entuzjazmu. Odkłaniając się niezręcznie, P’an Tsiang-kuei postawił w zakłopotaniu kołnierz od palta i zniknął szybko w krętych uliczkach.
Zapadł już mrok i na tonących w ciemnościach pomostach trotuarów żółci latarnicy zawieszali pośpiesznie misterne kule papierowych lampjonów, pstre akcesorja jakiejś fantasmagorycznej nocy weneckiej.
W laboratorjum profesora ustało się mdłe, cieplarniane powietrze, oprowadzające wszystkie kontury chwiejną, rozdwojoną linją; jak muchy pod grubym szklanym kloszem, słaniali się w niem rozleniwiali ze zmęczenia, senni asystenci.
Profesor z rozwichrzoną czupryną przelewał z retorty do retorty mętną białawą ciecz, mieszał ją z substancjami, zawartemi w szeregach probówek, przygotowując jakąś reakcję. Na zapytania P’an Tsiang-kueja odmrukiwał niezrozumiale, niecierpliwie opędzając się przed niemi rękoma. Niepodobna było wydobyć z niego ani słowa.
Nawpół nieprzytomni z wyczerpania asystenci zdawali się nie rozumieć zadawanych im pytań, odpowiadali nieodrazu i od rzeczy.
Pokręciwszy się chwilę po salach, P’an Tsiang-kuei rzucił okiem na zegarek. Była siódma, godzina wieczornego raportu. P’an Tsiang-kuei szybkim krokiem podążył ku wyjściu. W drzwiach zderzył się z rozpędu z małym asystentem w białym chałacie. Prysnęło szkło. Wylana ciecz obryzgała P’an Tsiang-kuejowi twarz i ubranie. Mały asystent przepraszał. P’an Tsiang-kuei spojrzał na zaciśniętą w palcach asystenta szyjkę strzaskanej probówki, podniósł wzrok na bielejącą przed nim plamę twarzy. Twarz wydała mu się skądś znajoma. Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć. Wąskie drgające wargi. Mały Japończyk-czyścioszek. Prosił o protekcję dla żony...
Japończyk rozpływał się w przeproszeniach. P’an Tsiang-kuei ostro spojrzał mu w oczy i natknął się na opór pary zimnych, utkwionych w nim źrenic. Przez chwilę wydało mu się, że dostrzega w nich dwie drwiące iskierki. Bez słowa zawrócił na pięcie i poszedł w głąb laboratorjum. Dobył z szafy aptecznej wielką butlę z rozczynem sublimatu, zlał nim całe ubranie, długo i starannie mył twarz i ręce. Potem, nie patrząc na przepraszającego wciąż jeszcze asystenta, szybko zbiegł po schodach.
Po powrocie do Instytutu, P’an Tsiang-kuei zajął się przyjmowaniem raportów i wydawaniem rozporządzeń na dzień jutrzejszy. Skazówka wielkiego zegara dobiegała już dwunastej, gdy, wydawszy dyspozycje, dyktator odprawił ostatniego kurjera i skręcił zbyt jaskrawy żyrandol.
W kącie sali, pod ścianą, wniesione tu od trzech dni i od trzech dni nietknięte, stało wąskie polowe łóżko. P’an Tsiang-kuei posłał je sam i po raz pierwszy jął się rozbierać. Gdy został zupełnie nago, natarł starannie całe ciało jakimś przezroczystym rozczynem. Doszedłszy zkolei do pach, zatrzymał się na chwilę i, podnosząc rękę, przyjrzał się uważnie. Gruczoły pachowe wydały mu się nieco obrzmiałe. Długo badał je skrupulatnie palcami.
— Autosugestja... — mruknął bezbarwnie i, narzuciwszy koszulę, szybko dał nurka pod kołdrę. Usnął natychmiast.
W nocy śniły mu się udekorowane flagami ulice, orkiestry i maszerujące ulicami kolumny żółtych wojsk. Przystrojony czerwoną flagą Panteon otwarty był naoścież; u sztachet jego oczekiwał łańcuch zasypanych kwiatami ciężarowych aut. Po obu stronach wejścia dwa szpalery żołnierzy sztywno prezentowały broń. P’an Tsiang-kuei, zdziwiony zagadnął wartownika o powód uroczystości.
— Przewozimy ich do Chin — oznajmił żołnierz.
Teraz dopiero P’an Tsiang-kuei przypomniał sobie, że przecież poto właśnie tu przyszedł i, przeciąwszy nawę szybko zbiegł do krypt.
Krypty były otwarte i tłoczył się w nich uroczysty, galowy tłum. Przecisnąwszy się do wnętrza, P’an Tsiang-kuei ujrzał pluton żołnierzy, podważających olbrzymiemi żelaznemi kilofami sarkofag Rousseau. Sarkofag, jak przykuty do ziemi, nie ustępował.
— Jeszcze! Razem! Rrrraz!
Ani drgnie.
P’an Tsiang-kuei, odpychając pierwszego z brzegu żołnierza, z całej siły naległ brzuchem na kilof.
— Teraz! Na komendę! Rrrraz!
Ani drgnie.
— Rrrraz! Znowu nic.
— Rrrraz!
Kroplisty pot wystąpił mu na czoło.
Obraz znikł. P’an Tsiang-kuei długą chwilę nie mógł uświadomić sobie, co zaszło, gdzie się znajduje, pogrążony w nieprzeniknionych ciemnościach. Pierwszem odczuciem, które zatrzepotało, jak ryba, na lustrzanej powierzchni świadomości, był silny ból w dole brzucha. Zaraz... Co to było? Aha! Nalegał brzuchem na kilof. Kiedyż to było i gdzie?
Ból stawał się z każdą chwilą nieznośniejszy i dopomógł myśli ugruntować się w przestrzeni. Ciemność. Noc. Łóżko. W sali Instytutu. Boleści. Czyżby??...
Ból stawał się nieludzkim. P’an Tsiang-kuei zeskoczył boso na chłodną posadzkę, namacał ręką kontakt i przekręcił. Buchnęło światło, wycinając zasłane papierami zielone sukno stołu, wysokie oparcia foteli, sufit, noc.
Dziki ból w brzuchu nie ustępował. P’an Tsiang-kuei z trudnością dowlókł się do okna, gdzie na parapecie stała, pozostawiona tam wczoraj, butelka konjaku, i haustem chlusnął w siebie jej palącą zawartość. Koniak rozlał się po wnętrznościach rozpaloną strugą, zagłuszając na chwilę poczucie bólu.
P’an Tsiang-kuei powolnym, niepewnym krokiem wrócił na łóżko. Myśli skakały w skrótach, niedomyślane do końca, jak obrazy w starym, przerywającym się co chwila filmie. Ostry ból w brzuchu znowu dawał o sobie znać.
P’an Tsiang-kuei wyciągnął się sztywno i postarał się przez chwilę nie myśleć. Pochłonięty koniak musował mu pod czaszką ciepłym pluskiem napływających miarowo fal. Brzuch, jak worek, pełen bólu, opadł gdzieś, jakgdyby całe ciało wydłużyło się nagle niepomiernie, zwiększając o kilka metrów odległość między głową a biodrami. Chłodne fale bólu napływały stamtąd rytmicznie, jedna za drugą. Zmęczony mózg wyrzucał na ekran zamkniętych powiek rozsypujące się i z mozołem zlepiane na nowo obrazy. Na chwilę zmorzył go półsen.
W półśnie realne kontury przedmiotów jęły się powoli zacierać i pałąkować, stwarzając w nowych kombinacjach tych samych linij coraz to inne pejzaże.
Gdzie przed chwilą tysiącem świec płonął żyrandol, żarzyło się teraz olbrzymie, kuliste słońce ciężkie, jak kropla rozpalonego metalu, gotowa w każdej chwili skapnąć na ziemię, paląc ją na węgiel. To, co przed chwilą jeszcze było szeregiem ławek, przeciągało się teraz leniwie w słońcu garbami tysiąca zagonów, wyzierających z mętnego szkliwa wody. Zanurzeni po kolana w wodzie, mali, pomarszczeni, żółci ludzie w łachmanach sadzą ryż. Jak okiem sięgnąć — nic, tylko woda, zagony i zgięte, skarlałe w wiekowem jarzmie mozołu plecy ludzkie, pod gotową skapnąć lada chwila rozżarzoną kroplą słońca.
Olbrzymia bolesna fala wszechogarniającej miłości pełznie wolno od brzucha ku krtani przypływem nagromadzonych, ciepłych łez. P’an Tsiang-kuei czuje, że jeszcze chwila, a rzuci się twarzą w rozmokłą glinę zagonów całować rozpalonemi, gorzkiemi wargami białe, pożółkłe od potu, ziarna życiodajnego ryżu, pochwyci w ręce i z płaczem przygarnie do serca, drobną, pomarszczoną, kobiecą twarzyczkę pochylonego wieśniaka.
Nagle, jak przez łzy, obraz zaczyna się mienić i blaknąć. Na pierwszym planie, w powietrzu majaczeje para potwornych, migających w pędzie stóp i wir szprych sadzącego naprzeciw wózka.
Ostry, piekący ból i ciemność. Tak, to skapnęła rozżarzona kropla słońca. Szary, gryzący dym powleka wszystko miękką drapieżną pieszczotą. W pasmach dymu, jak w pętlach, kołyszą się białe, wykrzywione twarze ludzkie.
Czyjaż to obrzękła kobieca twarz, z oczami, rozszerzonemi dziecięcym lękiem? Drogie, znajome rysy. Czen! Maleńka! Słów nie słychać, lecz w rysunku ust uchwytnie drży zasłyszane już gdzieś zdanie: „Tak się boję umierać!“
Dym rozwiera się powoli, odsłaniając czerwone szkielety budynków.
Nankin!
Płomień pożera dzielnice chińskie i staje, jak zaczarowany, przed ażurową kratą koncesyj. Z za kraty biała, nalana twarz dziobatego majstra w obleśnym grymasie wywaliła język nad dymiącym ryjem karabinu maszynowego.
— Za mną! — krzyczy P’an Tsiang-kuei do prącego za nim tłumu, przecinając gigantycznemi susami dzielący go od kraty placyk.
Nagle ogląda się. Placyk jest pusty, niema za nim nikogo. Dziobata twarz za kratą wyszczerza się w grymasie przedrzeźniającego rechotu nad białawą żmijką dymu, wypełzającą z lufy kulomiotu. Straszliwy ból w brzuchu zdaje się rwać naprężone struny wnętrzności.
— Dostałem w brzuch! — szepce P’an Tsiang-kuei, napróżno usiłując poderwać się do biegu.
Ból skręca się we wnętrznościach jak robak. Dym opadł. Na suficie jasno świeci żyrandol. Zielone sukno stołu. Telefon. W wielkiej, rzęsiście oświetlonej sali po kątach wije się czyjś jęk.
— Kto może tu jęczeć?
P’an Tsiang-kuei przysiada na tapczanie. Spostrzega, że to jęczy on sam. Szarpiący ból w brzuchu szamoce się, jak ranny ptak.
— Aha, więc koniec?
P’an Tsiang-kuei dwukrotnie głośno powtórzył to słowo, nie mogąc doszukać się w niem żadnego znaczenia. Machinalnie, sycząc z bólu, zaczął się ubierać. Ubierał się długo, z przestankami dla złapania tchu po szczególnie ostrych paroksyzmach. Ubranie było jeszcze wilgotne. P’an Tsiang-kuei nagle zatrzymał się wpół ruchu. Ostra myśl, jak drucik, przewinęła się wstecz, nawlekając rozsypane koraliki faktów. Plamy od sublimatu. Stłuczona probówka. Mały asystent-Japończyk. Dwie drwiące iskierki. Na ręce — nieznany dotyk suchych, drgających warg...
P’an Tsiang-kuei zapiął marynarkę. Automatycznie wciągnął na ręce szare rękawiczki i owinął dokoła szyi szal (sposób, by jak najmniejsza powierzchnia skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią zadżumionego powietrza).
Skończywszy swą tualetę, P’an Tsiang-kuei z wysiłkiem dowlókł się do stołu i odszukał papier i pióro. Ból, pełznąc wzdłuż przełyku, napełnił już całe usta i rozdygotane zęby dzwoniły bezradnie na alarm. Aby pisać równo, lewą ręką musiał przytrzymywać sobie szczękę. Napisał dwa listy, włożył je starannie do koperty i zaadresował.
Dopiero ukończywszy ten proceder, wyjął z szuflady stołu wielki nagan, towarzysza czerwonych dni Nankinu, i zasiadł się w fotelu. Na stole zadzwonił telefon.
P’an Tsiang-kuei odłożył rewolwer i ujął słuchawkę. W pierwszej chwili po wystraszonym głosie w słuchawce nie mógł poznać, kto mówi. Mówił asystent, zarządzający pracownią profesora.
— Dziś w nocy — niespodziewanie — nie było objawów — profesor — umarł. — Z wieczora — nie kładł się spać. — Asystenci nocnej zmiany — znaleźli...
P’an Tsiang-kuei powiesił słuchawkę. Na blade zagryzione wargi wyspinał się z trudem wątły uśmiech. P’an Tsiang-kuei włożył zpowrotem do szuflady czarny nagan i wyjął z innej szuflady mały polerowany sześciostrzałowy rewolwer. Nie przestając się uśmiechać, wsunął sobie lufę do ust. Potrącone, jak kamerton, zęby zadzwoniły o chłodną stal. Osadzona mocno między zębami muszka natrafiła w ustach na wyżłobione dla niej miejsce.
W pustej, rzęsiście oświetlonej sali Instytutu, od zdziwionych, uroczystych ścian, głuchem, nieswojem echem odbił się łoskot wystrzału.

Chowano P’an Tsiang-kueja z wojskowemi honorami, bez muzyki, w żołnierskim łomocie bębnów. Trzydziestu trzech doboszy w osamotnionem, złowieszczem solo, jak rozlegające się raptem alarmowe larum bębnów wśród grobowego milczenia zamarłej orkiestry cyrkowej, w chwili śmiertelnego skoku, werblem migających pałeczek fastrygowało przed nim długi żałobny chodnik. Na mocy nadzwyczajnego dekretu rządu narodowego ciało jego wyjęte zostało z pod przymusu palenia i złożone tymczasowo w Panteonie.
Wpośrodku głównej nawy, w rzeźbionej drewnianej skrzyni, okrytej czerwonym sztandarem, pozostawiono go samego za zatrzaśniętą żelazną bramą. Białe oczy bez źrenic marmurowych postaci, jak rozszerzone zdumieniem, wpatrywały się w dziwnego intruza.

W prostej drewnianej trumnie, na prostej parcianej poduszce, leżał P’an Tsiang-kuei, wyprostowany i nieruchomy, w szarych rękawiczkach i w szczelnie omotanym dokoła szyi szalu, jakby pragnął, by jak najmniejsza powierzchnia jego zadżumionej skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią przezroczystego, życiodajnego powietrza.


VII.

Dziwnym zbiegiem okoliczności nie w samej tylko republice chińskiej ranek ten zaznaczył się niezwykłem ożywieniem. O dwie dzielnice na zachód, po tamtej stronie Sekwany, rosyjska monarchja Passy gotowała się tego dnia do przyjęcia wydanych jej nareszcie przez rząd francuski bolszewików. Na placu Trocadero zbijano naprędce z desek improwizowaną trybunę. Stosownie do uchwały rządu tymczasowego, sąd nad wydanymi bolszewikami miał się odbyć publicznie, pod gołem niebem. W roli oskarżyciela wystąpić miała cała emigracja rosyjska. Rozstawiano na łap-cap stoły i ławki.
Około godziny ósmej zrana, na drodze, prowadzącej do mostu Iena, gromadzić się już zaczęły podekscytowane, niecierpliwe tłumy. Przeważały kobiety. Zapomniawszy tego dnia nawet o rannej kąpieli, pulchne, ubrylantowane damulki, nieprzyzwyczajone do oglądania światła dziennego przed godziną pierwszą po południu, w gorączkowym pośpiechu wyległy na ulice o trzy godziny wcześniej przed wyznaczoną porą. Przykrywając pudrem wypieki, damy skracały sobie dłużący im się czas pogawędką.
Tematy były przeważnie jedne i te same: ilu też przywiozą i jakich, — starych czy młodych? Dziesiątki nazwisk krążyły z ust do ust. Zaopatrywano je w locie w obfite komentarze, dotyczące fantastycznej krwiożerczości i bestjalstw tego lub owego z bolszewików. O pierwszym sekretarzu poselstwa czterdziesta zkolei dama odpowiadała, że wymordował własnoręcznie trzy tysiące rodzin. Badał we własnem mieszkaniu, przy stole, zastawionym najwyszukańszemi daniami, i opornym więźniom wydłubywał oczy wykałaczką.
Rosły, brodaty pop po raz setny prawił zawsze chętnym słuchaczom o świętokradczem zbezczeszczeniu cerkwi św. Mitrofana: święte szczątki męczennika wyrzucili do dołu kloacznego, a w cerkwi założyli szpital — siostrzyczki-bolszewiczki porubstwem święte miejsce plugawią.
Wszystkie zarekwirowane meble, skonfiskowane kosztowności, krzywdy niewybaczalne i zastarzałe, szczerzyły spróchniałe zęby, wywleczone na nowo na światło dzienne z dna emigranckich kufrów, z pod wieloletnich warstw naftaliny, nieprzedawnione, wiecznie aktualne, łaknące zemsty, ciepłej, bulgocącej krwi; i tłum, jak kot przed pułapką, z której za chwilę wypuszczą mu mysz, oblizywał się w łapczywem oczekiwaniu.
Minęła jedenasta, a od strony francuskiej ciągle jeszcze nie było widać żadnego wozu. Tłum, zmęczony przewlekłą oskomą, zaczynał się niecierpliwić.
O godzinie trzy na dwunastą po tamtej stronie mostu ukazało się wreszcie wielkie ciężarowe auto, poprzedzone przez dwa motocykle. Auto powoli wjechało na most i zatrzymało się wpośrodku. Z motocykli zeskoczyli dwaj francuscy oficerowie i podeszli do oczekujących oficerów rosyjskich. Wywiązała się ożywiona rozmowa. Tłum zafalował niespokojnie. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę ciężarowego samochodu na moście. Ludzi na nim nie można było zdaleka rozróżnić.
Rozmowa na moście przeciągała się. Oficerowie żywo gestykulowali, rozkładając ręce. Wreszcie Francuzi zasalutowali i dosiedli zpowrotem motocykli. Ciężarowe auto zwolna potoczyło się po moście na stronę rosyjską. Tłum przyczaił się w oczekiwaniu.
Kiedy samochód minął most i wjechał na nadbrzeże, ze wszystkich ust wyrwał się głuchy ryk bezsilnej wściekłości. Na przedzie samochodu powiewała chorągiewka czerwonego krzyża.
Otoczono go ciasnem kołem. Teraz już wszystko widać było wyraźnie. Na platformie samochodu leżało pokotem kilkunastu ludzi o popielatych, wykrzywionych twarzach, kłębiąc się, jak robactwo. Byli zadżumieni.
W jednej chwili dokoła samochodu zrobiło się luźno. Tłum w panicznym strachu odskoczył na trotuary.
W parę minut później, gestykulując i klnąc, jak zawiedziona publiczność, której odwołano długo oczekiwany benefis, z powodu niedyspozycji czołowego aktora tłum powoli i niechętnie rozchodził się do domów.
Na opustoszałym placyku, samotny, nikomu niepotrzebny, pozostał czarny samochód, pełen przytłumionego jęku kłębiących się w nim ludzi.

Rotmistrz Sołomin wracał do domu, posępny, jak wygwizdany tenor. Zawód doznany był zbyt wielki, aby można było przejść nad nim do porządku dziennego.
Wydawało mu się, że przez długie lata czekał na tę chwilę, znosił dla niej upokorzenia i poniewierkę, marzył o niej po nocach, i oto, w ostatnim momencie, ktoś złośliwy pokazał mu figę.
I dorodny rotmistrz, wypadając z pozy, w bezsilnej wściekłości parskał, jak koń.
— Dranie! — warczał przez zaciśnięte zęby. Francuziątka! Naumyślnie zwlekali z dnia na dzień, wyłudzili pieniądze i czekali, aż wszyscy powyzdychają.
Nienawidził w tej chwili Francuzów niemniej od tamtych. Zadrwili sobie z niego boleśnie. Odbili sobie za jednym zamachem wszystkie wyciśnięte przez niego z takim mozołem napiwki, wszystkie swoje sous.
I głucha złość, jak mleko, gotowe wykipieć, zatapiając wszystko białą, parzącą lawą, bulgotała na prymusie serca.
Wszystko nagle straciło swój sens i wartość, stało się niepotrzebne. Jedyna nadzieja zadośćuczynienia za długie lata pomiatań, za zmarnowane życie, zwichniętą karjerę — zawiodła. Nie pozostało nic. Szedł ociężałym krokiem przed siebie, nie wiedząc dobrze, dokąd i poco.
Pusty, ciemny pokój z meblami w szarych pokrowcach trącił szpitalną nudą, i meble, jak chorzy w szarych, uszytych na wyrost, szpitalnych chałatach, przypominały natrętnie o chorobie, o śmierci, o grząskiej jamie w wilgotnej ziemi. Chciało mu się skupić na kimś swój gniew, bodajby na tych meblach w szpitalnych chałatach, cięciem zardzewiałej szabli z rozprutych brzuchów foteli wypuszczać poskręcane bebechy sprężyn, jak niegdyś — w odciętym od czerwonych lazarecie.
Podwinął mu się spod rękę ordynans, śpieszący na palcach z poduszką, wypucowanym butem dostał w brzuch, odleciał, zatrzymał się u drzwi, zbaraniałym wzrokiem liznął wyglancowany but i bez szmeru zniknął za drzwiami.
Nie, w domu — niesposób!
Trzasnął drzwiami i wyszedł na ulicę. Długo, do późna w noc wałęsał się po zaułkach, po skwerach, bez celu, opustoszały, czczy. Z odrętwienia obudził go głód.
Wszedł do małej, narożnej knajpki. Od progu buchnął na niego gwar głosów:
— Sołomin!
W rogu przy stoliku — kompanja. Oficerowie. Lśniące, czerwone mordy. Pchają się do całowania. O stopniu nagromadzonej czułości świadczy baterja opróżnionych butelek. Ściągnęli go do stołu. Nalali szklankę po brzegi:
— Pij!
Wypił duszkiem, ani mrugnął.
A w kwadrans potem, pod zachrypniętą „Wołgę“ gramofonu, pod szczęk szklanek i bulgot nalewanej wódki, na ramieniu, na kłującym epolecie rudowąsego porucznika, rozkleił się, rozpłakał, łzami zmoczył frencz[1], do fałdów frencza przylgnął twarzą mokrą, gąbczastą, jak blin.
Rudy porucznik, z macierzyńską pieczołowitością przechylając mu głowę, wlał mu do ust szklankę spirytusu.

W jaki sposób i kiedy znalazł się na ulicy — nie zdawał sobie sprawy. Na dworze było zupełnie ciemno. Z trudnością utrzymując równowagę, poszedł przed siebie, macając rękoma wzdłuż ściany. Pod latarnią zauważył, że coś wystercza mu z kieszeni: napoczęta butelka konjaku. Męczyła go czkawka. Upił jeden łyk i, zakorkowawszy butelkę, pomaszerował dalej. Uliczki gmatwały się pod nogami w dziwaczne holendry.
Kiedy wreszcie wybrnął na plac, wydało mu się, że z gęstego lasu wydostał się na polanę. Zataczając się i niepewnie stawiając nogi, poszedł naprzełaj.
Uszedłszy jednak kilkanaście kroków, natknął się na jakąś przeszkodę. Przeszkoda, przy bliższem obejrzeniu, okazała się samochodem ciężarowym o kołach z podwójnemi oponami.
Sołomin stanął, usiłując coś sobie przypomnieć. Jak rybak, pochylony nad sadzawką pamięci, zarzucał w nią niezgrabnie wędkę, i wspomnienie, jak srebrnołuski kiełb, trzepotało w przezroczystej wodzie: już — już zniknął tańczący pławik, aby, łysnąwszy naraz łuską, zmąciwszy wodę, po chwili wynurzyć się napowrót.
Nagle, zgóry, z platformy, doleciał go zduszony jęk. Pławik, jak kamień, dał nurka w wodę, i na końcu wędki błysnęła olbrzymia, oślepiająca ryba, — nie poradzi: całe życie ołowianym gwichtem zawisło na tem wspomnieniu.
— Aha, gagatki!... — wymamrotał Sołomin. — Jeszczeście nie powyzdychali? Cóż, widać bez mojej pomocy nie sądzono wam opuścić tego padołu...
Pijany rotmistrz z nabiegłemi krwią, mętnemi oczyma zaczął gramolić się na górę. Szło mu to niesporo. Niepewne nogi ześlizgiwały się ze szprych, ręce, jak drewniane, nie mogły udźwignąć bezwładnego ciała. Wreszcie silnym podrzutem przewalił się przez ramę i wyrżnął twarzą o coś miękkiego. Podźwignął się i ciężko siadł na jakimś przypłaszczonym wałku.
Z za chmury wyjrzał wyleniały księżyc; w jego dymnem świetle rotmistrz Sołomin ujrzał dno platformy, zasłane powałem czarnych, stężałych ciał. Skądś, z rogu, dobywał się jęk.
Rotmistrz Sołomin odwrócił się w tę stronę, wyciągając z pochwy zgrubiałemi palcami kolbę nagana.
Z głową opartą o ramę leżał tam nawznak człowiek lat dwudziestu kilku, o jasnej, regularnej twarzy, po której łzami zaskórnego płaczu spływał pot. Na czoło spadały mu w nieładzie pozlepiane kosmyki jasnych włosów. Ze sczerniałych warg, jak dym przez szparę w polepie, wydobywał się jęk.
Rotmistrz Sołomin nachylił się niżej nad leżącym i, chwyciwszy go garścią za marynarkę na piersiach, uniósł i posadził sztorcem.
— Aha! Cienko coś śpiwasz, bratku. Nie rób umrzyka. Przyszedłem w gości. Pogadamy.
Posadzony bezwładnie, jak kukła, człowiek otworzył nieprzytomne oczy i chrapliwie wyszeptał:
— Pić!
— Pić chcesz? — przedrzeźniał Sołomin. — Cóż, na, possij! — rzekł, wpychając choremu do ust lufę nagana.
Chory spieczonemi wargami przypadł do chłodnej lufy i chciwie począł ją ssać.
— Dobrze? — skrzeczał rotmistrz. — Smakuje? Uważaj, połkniesz kulkę, — gotóweś się udławić.
Zbłąkany palec szukał w ciemności cyngla.
— Udławisz się, jak mi Bóg miły!
Palec natrafił na cyngiel i zatrzymał się w namyśle. Sołomin wyciągnął z ust chorego lufę i wetknął nagan zpowrotem do pochwy.
— Nie, bratku! Nie ma tak dobrze! Za mądryś. Każdyby tak chciał. Dobić? I co z tego? Nawet nie poczujesz. Wdzięczny jeszcze będziesz. Nie ma głupich. Poczekaj, obudź się najprzód, — pogadamy. Pić chcesz? Czemu nie? Mam tu coś dla ciebie. Znaj moje dobre serce. To cię, bratku migiem postawi na nogi.
Rotmistrz wyciągnął z kieszeni frencza butelkę konjaku, odkorkował ją i wsadził szyjkę do ust choremu.
— Pij, serdeńko, ile wlezie. Znaj pana! To nie wasze sowieckie samogony. Martel! Trzy gwiazdki! Przysmak, co?
Chory łapczywemi haustami ciągnął z butelki roziskrzony płyn.
— Pijesz niczego. No, jeszcze ździebko. Nie żałuj sobie. Zaraz będziesz do rzeczy.
Sołomin przechylił flaszkę. Płyn przelał się przez usta i chory zakrztusił się gwałtownym kaszlem. Długo kaszlał, nie mogąc pochwycić tchu. Gdy się wreszcie uspokoił, zwrócił na Sołomina szeroko otwarte oczy, w których błysnęła przytomność. Oddychał urywanie i szybko.
Rotmistrz Sołomin, nie śpiesząc się, zakorkował butelkę i wetknął ją napowrót do kieszeni, wyciągając zkolei rewolwer.
— Tak. Teraz przynajmniej patrzysz, jak człowiek. Można będzie się z tobą dogadać.
Rotmistrz rozsiadł się wygodniej na czemś, co przypominało odwrócone do góry plecy ludzkie i, bawiąc się naganem, przystąpił da badania:
— Jak się nazywasz?
Chory wpatrywał się w niego ciągle, żarłocznie, jak ryba, wyrzucona na brzeg, łykając powietrze.
— Gdzie jestem? — wyrzęził wreszcie z wysiłkiem.
— W Paryżu, synku, w Paryżu. Nie w Moskwie. W Paryżu, u białych. Przed trybunałem wojennym Imperjum Rosyjskiego. Wiesz już teraz, gdzie?
Chory przymknął oczy, widocznie zbierając myśli. Po długiej pauzie zapytał cicho, z wyrazem śmiertelnego znużenia:
— Czego ode mnie chcecie? Jestem zadżumiony.
— To, bratku, niema tu nic do rzeczy. Myślicie, że, jakeście zadżumieni, to już niema na was sprawiedliwości, rzezimieszki. Figa! Potańcujesz, bratku, jeszcze ździebko, nim cię wypuścimy furtką na tamten świat. Nie będziesz odpowiadał na pytania, — kolbą w zęby. Nie chcesz wędrować do Lenina z pokiereszowaną mordą, — odpowiadaj grzecznie i do rzeczy. Zrozumiano?
Chory patrzył na Sołomina w milczeniu.
— Jak się nazywasz?
— Sołomin.
Żarty zachciało ci się, bratku, stroić! Czemu nie, podowcipkuj. Ja ci, psi synu, pokażę żarty! Skąd znasz moje nazwisko? Mów, jak ci się pytam! Skąd mnie znasz?
— Nie znam cię wcale i znać cię nie chcę.
— Skąd znasz moje nazwisko?
— Nie znam twojego nazwiska.
— Powiedziałeś przed chwilą: Sołomin.
— Nazywam się: Sołomin.
Rotmistrz ze zdumienia opuścił rękę z naganem.
— Jak to, szubrawcze, nazywasz się Sołomin? Ja się nazywam Sołomin.
Chory zmarszczył brwi i przypatrywał się rotmistrzowi uważnie.
— Ty się nazywasz Sołomin?
Brwi, jak spłoszone ptaki, wzleciały w górę.
— Jak ci na imię?
Rotmistrz zgrabiałą ręką, naodlew, wymierzył mu tęgi policzek.
— Jak śmiesz, sk...synu, mnie zadawać pytania? Kto z nas jest podsądny: ty, czy ja?
Chory przesłonił twarz ręką.
— Pijany jesteś jak bela i zapomniałeś widać własnego nazwiska. Nazywam się Sergjusz Aleksandrowicz Sołomin. Jestem drugim sekretarzem poselstwa ZSRR w Paryżu. Chciałeś wiedzieć, z kim masz przyjemność — proszę. A teraz strzelaj. Więcej nie powiem ani słowa.
Ale rotmistrz Sołomin nie podniósł rewolweru. Wyłażącemi nawierzch oczyma wpatrywał się w chorego. Cały chmiel opadł z niego nagle, jak łupina, i otrzeźwiały siedział z otwartemi ustami, nie mogąc wykrztusić z nich słowa. Z głębi gardła wydrapało się nawierzch i upadło z brzękiem imię:
— Sierioża!
Chory obserwował go w niemem zdumieniu.
— Zaraz, to niemożliwe... — mruczał rotmistrz. To niemożliwe. Ja jestem Borys Aleksandrowicz Sołomin, syn pułkownika Aleksandra Wasiljewicza Sołomina.
Dwaj obcy ludzie patrzyli na siebie długą chwilę w osłupieniu.
— Brat... — powiedział bezdźwięcznie chory, opierając się z wysiłkiem o ramę.
Zapadło długie milczenie.
— Myślałem, że dawno zginąłeś — powiedział wreszcie chory. — Mama mówiła mi, że uciekłeś z białymi. Tyle lat nie było o tobie słychu. Nie przychodziło mi nigdy na myśl, że możesz być w Paryżu... Oficer tej białej, operetkowej armji...
Umilkł, osuwając się wyczerpany.
Rotmistrz Sołomin nieporęczną, zgrubiałą dłonią ścierał machinalnie z twarzy pot, jak resztki parującego chmielu.
— Nie poznałem cię... — powiedział po długiej chwili. — Jakże zresztą miałem cię poznać. Kiedy wyjeżdżałem z Moskwy, miałeś chyba z trzynaście lat. Jakoś i teraz dziko pomyśleć... Nie przychodziło mi do głowy, że żyjesz, że już jesteś dorosły, żeś się zaprzedał bolszewikom. A mama czy żyje? Nie zamordowali jej?
— Mama umarła w tym roku, niedawno.
— A Jula, siostra? Słyszałem coś. Wyszła za bolszewika. Pewnie sama też bolszewiczka. Podłe z was nasienie, niema co.
— Z Juli przykładna pracownica i mąż jej dzielny pracownik, jeden z pierwszych. Dużo przeżyła, dużo się nauczyła. Cóż mówić o tem tobie, białogwardziście. I tak nie zrozumiesz.
— Pewnie, iść na służbę do oprawców — wielka mi filozofja. Nie każdy zrozumie. Jak papę rozstrzeliwali — nie pamiętasz. Mały byłeś. Zapomniałeś. Jula też pewnie zapomniała. Krótką macie pamięć, szczenięta.
— Nie krótką. Gdyby więcej „pap“ powystrzelano wówczas, nie byłoby tych trzech najcięższych lat.
— Szczekasz ich żargonem, jak mitingowy agitator. Powiedz jeszcze: „Dosyć się naszej krwi nażłopali!“ Własnego ojcaś się wyrzekł. Chamom służyć poszedłeś. Za worek krupy, za deputat — łapę żydowską lizać. I to kto — Sołominowie! Strach pomyśleć: brat — szubrawiec, bolszewik.
— Żal mi cię, Borysie, — powiedział cicho Sergjusz. — Nie zrozumiemy się. Mówimy różnemi językami. Nie przypuszczałem, jadąc do Paryża, że mogę cię spotkać w tutejszej emigranckiej kompanji. Pewnieś przez ten czas gości po lupanarach taksówką rozwoził, albo gdzie do stołu podawał i napiwki zgarniał. Jak wszyscy. Życieś na wysługach przelokaił. Wpakować sobie „z honorem“, po oficersku, kulę w łeb, nawet na to odwagi ci nie stało. Eh, Borysie!
Twarz Sergjusza raptownie wykrzywiła się grymasem nieludzkiego bólu i zupełnie poszarzała. Chory jęknął i ciało jego w nagłym skręcie wypięło się, jak łuk trzeszczący od naprężenia. Na wargi wystąpiła mu piana.
Rotmistrz Sołomin uczuł, że włosy stają mu dęba, ostre jak igiełki, a serce, jak rozgnieciona w garści, dojrzała pomarańcza, tryskiem nagłego bólu przesącza się przez palce. Przyczyny tego bólu nie mógł zrozumieć. Patrzył wytrzeszczonemi oczyma na wijącego się w konwulsjach człowieka i chciał krzyczeć, ale krzyk, jak wtłoczony, zbyt gruby korek, nie wychodził przez wąską szyjkę ust. Rozmiękłemi palcami pochwycił umierającego za ramiona i, potrząsając nim, bełkotał:
— Sierioża!
Chciał powiedzieć coś ciepłego, pieszczotliwego, lecz w gorączkowo przetrząsanej stercie słów nic odpowiedniego nie znajdował. Tylko ręce kurczowo ściskały suche, bezwładne ramiona.
Naraz, przypomniawszy sobie coś, wyciągnął z kieszeni flaszkę konjaku, odkorkował ją zębami i, podtrzymując pieczołowicie jedną ręką głowę umierającego, drugą przechylił mu do ust butelkę. Sergjusz pił chciwie, do ostatniej kropli. Po ciele jego przebiegł ożywczy prąd. Po chwili chory otworzył oczy.
Rotmistrz czuł w głowie dziwny szum i chaos; słyszał tylko skądś zdaleka, jak własne jego wargi mamrotały bezładnie:
— Czekaj... Tak przecież nie można... Zawiozę cię do domu... Zawołamy lekarza... Tak nie można...
Wargi chorego wykrzywiły się w bladym uśmiechu:
— Jakto, Borysie? Bolszewika chcesz ratować? Ładny z ciebie białogwardzista. Zresztą — późno już. Trzeci dzień. Rychło koniec.
Rotmistrz, nachylony, wpatrywał się w tę twarz, nagle tak bliską. Dzwoniło mu w skroniach. Gdzieś, powyżej myśli, przeszybował błysk: jaki podobny do matki! I nos, i usta, i zarys podbródka... Zachciało mu się wyć. Ciepła fala tkliwości popełzła skądś, z trzewi, pod krtań.
— Krew czuję, krew... — pomyślał, usiłując jakoś usprawiedliwić to, co bulgotało w nim nieznajomym nurtem.
Uwolniona z pod kontroli mózgu ręka sama popełzła ku bladej głowie, opartej o ramę, spoczęła na czole, ześlizgnęła się na zlepione potem, jedwabiste włosy... I było w tym ruchu wszystko: matczyny, zmoczony łzami policzek, kiedy żegnał się na zawsze, i lata gorzkiej, zlodowaciałej samotności, bez ciepłego słowa, bez bliskiej duszy ludzkiej, i nie upita przez nikogo, zwarzona tkliwość kłującego, starzejącego się, bezpańskiego ciała.
Umierający przymknął powieki i wargi znów rozświecił mu uśmiech:
— Myślisz, Borysie, że strach umierać w dwudziestym piątym roku życia? Rozebrało cię: młodość i t. d. Daj spokój! Nad sobą się pożal. Tacy, jak my, nie umierają. Zanadto wszystkiemi korzeniami wszczepiliśmy się w masę, w gatunek. Wrośliśmy w nią każdem włóknem. Ci, co nie przeżyli z nami tych lat początkowej budowy, niech nam zazdroszczą, umierając...
Chory nerwowemi rękoma chwycił rotmistrza za klapy frencza, przyciągnął go ku sobie i zaszeptał mu w twarz głosem świszczącym i podnieconym. Oczy błyszczały mu gorączkowo.
— Czy ty rozumiesz, Borysie, co to znaczy własnemi rękami ugniatać glinę, wypalać cegły na własny dom, karczować plac pod budowlę, wyciągać z ziemi piętro za piętrem? Budować nowe, krzepkie, udoskonalone życie... Czuć, że jesteś jądrem tej cudownej ludzkiej lawiny, która urwała się i leci w przyszłość... obrasta cię, jak śniegiem, ubitą, ziarnistą masą. Jesteś jej sercem... Ciałkiem jej krwi, przenikającym z żył do żył. Kpisz sobie z praw fizycznych: jesteś przenikalny i sam przenikasz, nie zatracając swoich materjalnych konturów... O, Borysie! I tyś mógł i tobie danem było to rzadkie, to niepojęte szczęście urodzić się i żyć w tych czasach, a tyś je odrzucił, wolałeś, jak ślepy kret w tępej, chamskiej zawziętości podkopywać to, co wyrastało w twoich oczach, wbrew wszystkim kretom świata, windowane wgórę dźwigarem wysiłku miljonów, póki cię, jak kreta, nie wykurzono z nory...
— Och, Borysie, — dodał po pauzie zmęczonym, niewyraźnym szeptem — jaki ty się musisz czuć samotny, niepotrzebny, bezdomny, jak pies sparszywiały i bezpański... Jakże ty będziesz umierał, Borysie?
Sergjusz wyczerpany osunął się na platformę i z ust wąską strugą popłynęła mu piana. Wąskie sczerniałe wargi wykrzywiły się w bolesną podkowę. Twarz, stężała z bólu, zbielała, stała się maleńka, prawie dziecinna.
Rotmistrz poczuł, jak nieprzeparta rodzicielska tkliwość żelazną ręką nachyla go ku tej twarzy. Co począć? Jakże puścić go tak samego w śmierć? Wynieść go stąd! Zabrać! Być zawsze z nim! Nie opuszczać go! I blade wargi same powtarzały bez związku:
— Sierioża! Nieprawda! To niemożliwe! Weź mnie za szyję. Wyniosę cię stąd. Zaniosę cię do domu. Zawołamy lekarza. Wyleczysz się. Wydostaniemy się stąd. Pojedziemy razem, do twoich. Nie puszczę cię samego. Pojadę z tobą. Słyszysz, Sierioża? Wyjedziemy razem. Będę z tobą pracować. Sierioża!
Twarz Sergjusza zasnuwać zaczął dziwny żółtawy cień. Wargi, same wargi wyrzęziły:
— Nie, Borysie, za późno. Koniec... Ciebie, ciebie mi żal. Jeżeli nie umrzesz — wróć. Pracuj. Próbuj odrobić, przebudować się, zmontować na nowo. Przerób się, jak ja, jak Jula... Czekaj... Nie mam prawa... Ale ty odkupisz mój grzech, życiem, latami, pracą... Masz — to mój sowiecki paszport... Jesteś podobny do mnie... Nie odróżnią... Przyjedziesz za nim do Moskwy... Zgłoś się do Juli... To dzielny towarzysz... Jula ci pomoże, zrozumie... Tylko, na pamięć matki, przysięgnij mi, że nie nadużyjesz...
— Przysięgam... — wymamrotał Borys.
— To dobrze... A teraz już idź... Nie dotykaj mnie... Zarazisz się... Napraw...
Nagły skurcz podrzucił jego ciało do góry i cisnął nim na bok. Otwarte oczy zaciągnęły się błoną mlecznej mgły.
Rotmistrz schwycił flaszkę. Chciał wlać do ust. Była pusta.
Z ust leżącego wąską nitką pociekła bura piana, zmieszana z krwią.
Sołomin poczuł, jak coś wewnątrz, jakaś strunka, której istnienia nigdy nie podejrzewał, naraz naprężyła się i pękła, pękła bezpowrotnie. Odrazu opróżniał, jakby wytrząśnięto zeń wszystkie napełniające go dotychczas trociny. Tępym, bezmyślnym wzrokiem patrzał na martwą twarz, z której wyzierał ku niemu matczyny nos, podbródek i podkowa bolesnych ust. Machinalnie pochylił się i pocałował te wargi. Poczuł na wargach słonawy posmak krwi. Zdrewniały i bezwładny siedział, sztywno, jak kukła.
Wyjrzał księżyc. Oświetlił platformę. Zmartwiałe, obwisłe ręce rotmistrza Sołomina. W jednej — zaciśnięty zwitek: książeczka. Co to? Aha, prawda! Sowiecki paszport. Dał Sierioża...
Rotmistrz zbliżył go do oczu.
Mały czerwony kajecik. Gdzie też mógł go już widzieć? I to tak niedawno... Aha, Żyd. Czerwona pieczątka... Jeżeli nie umrę — wracać do Rosji. Przerobić się. Zastąpić Sieriożę. Nie. Późnawo. W tym wieku ludzie już się nie przerabiają. Ładny byłby ze mnie komunista! Pocóż oszukiwać Sieriożę?
Rotmistrz przyklęknął, delikatnie rozpiął na piersiach brata koszulę i położył na ostygłą już pierś małą czerwoną książeczkę.
W pustym wnętrzu, jak w blaszanej kabinie transformatora, dzwoniła próżnia.
Potem ręką namacał wystającą usłużnie z pochwy kolbę nagana.

Kiedy nazajutrz rano obsługa sanitarna zabrała do krematorjum czarny wymarły samochód, wrzucając ciała do pieca, pomiędzy trupami bolszewików natrafiono na zwłoki białego oficera w mundurze i w epoletach. Przybyły z głównej komendy oficer rozpoznał rotmistrza Sołomina.
Wdrożone śledztwo wykazało tylko, że w tragiczną noc rotmistrz Sołomin, w stanie mocno nietrzeźwym, wyszedł z restauracji w niewiadomym kierunku.

Na rozkaz komendy ciało jego spalono osobno, z wojskowemi honorami.


VIII.

W zbytkownym salonie mistera Dawida Lingslaya rolety były jeszcze spuszczone i w chybotliwym półmroku nieruchome, sztywne sylwetki rabiego Eleazara ben Cwi i korpulentnego jegomościa w amerykańskich okularach zdawały się na tle ponsowych tapet dwiema woskowemi figurami, przyniesionemi tutaj żywcem przez niewiadomych kawalarzy z muzeum Grevin.
— Czem mogę panom służyć? — porając się z krawatem, zapytał dziwnych gości mister Dawid Lingslay. — Niestety śpieszę się na posiedzenie i mogę panom udzielić zaledwie dziesięć minut czasu.
Przygarbiony człowiek z siwą brodą, w niezgrabnym, wytartym tużurku, powiedział coś po żydowsku do korpulentnego pana w rogowych okularach.
Mister Dawid Lingslay z zaciekawieniem przypatrywał się patrjarchalnej twarzy, delikatnym semickim rysom człowieka w tużurku.
Okrągły pan w okularach, pełniący najwidoczniej rolę tłumacza, powtórzył poprawną angielszczyzną:
— Sprawa nasza nie zajmie panu dużo czasu. Może pan zechce usiąść i wysłuchać nas uważnie.
— Słucham — odparł mister Dawid Lingslay, sadowiąc się w fotelu.
Obaj przybysze zamienili parę krótkich zdań, poczem pan w okularach przełożył:
— Sprawa nasza jest krótka. Może pan przystać na nią, albo nie, — to zależy od pana. Zanim jednak przystąpimy do jej omówienia, musiałby pan nam przyrzec, że ani jedno słowo z naszej rozmowy nie wyjdzie poza te cztery ściany.
— Nie lubię naogół tajemnic, zwłaszcza z ludźmi nieznajomymi, — odparł sucho mister Dawid. — Jeżeli jednak panom na tym bardzo zależy, daję panom słowo dżentelmena, że o rozmowie naszej nie wspomnę nikomu.
— Literalnie nikomu — podkreślił z naciskiem pan w okularach. — Zależy nam na tym ogromnie. Nawet pańskiej przyjaciółce, pannie Dufayel.
Mister Dawid zmarszczył brwi:
— Widzę, że panowie jesteście doskonale poinformowani o mojem życiu jak najściślej prywatnem — odpowiedział tonem lodowatym. — Wszystko to zaczyna mi trącić szantażem. Sprawy panów nie jestem bynajmniej ciekaw i przypuszczam, że najlepiej będzie, jeżeli panowie, nie wyłuszczając mi jej, opuszczą moje mieszkanie.
Pan w okularach nie zdawał się być bynajmniej stropionym.
— Sprawa nasza jest prosta i powinna interesować zarówno pana, jak i nas. Przyszliśmy się zapytać, czy nie chciałby pan wydostać się z Paryża i powrócić do Ameryki?
Mister Dawid Lingslay spojrzał ze zdumieniem na mówiącego.
— Co to ma znaczyć? Niech pan wyraża się jaśniej.
— To ma znaczyć, że jesteśmy w stanie umożliwić panu wydostanie się z Paryża i powrót do Ameryki, i to w czasie jak najkrótszym — powtórzył pan w okularach.
Mister Dawid przymrużył oczy z niedowierzaniem:
— W jaki sposób, jeżeli wolno wiedzieć, myślicie to panowie uczynić? Możecie być pewni, że wszyscy członkowie naszej koncesji poruszyli już w tym celu wszystkie możliwe sprężyny, jak widzicie — bezskutecznie.
— To do rzeczy nie należy — odpowiedział spokojnie pan w okularach. — Prosimy o odpowiedź: tak, czy nie?
— Ależ oczywiście! — roześmiał się nieco nienaturalnie mister Dawid. — Służę panom za przeprowadzenie tej transakcji każdą sumą. Nie rozumiem tylko, dlaczego zwracacie się panowie z tą ponętną propozycją wyłącznie do mnie. Zapewniam panów, że dobrych paręset dżentelmenów zapłaciłoby wam za przeprowadzenie jej dowolną kwotę. A może chodzi tu o jakieś nowe hurtowne przedsiębiorstwo, które za określoną opłatą przewozi majętnych ludzi przez kordon? Kapitalnie intratna impreza! Z zamkniętemi oczyma przystępuję do spółki.
— Pieniędzy za przewóz nie bierzemy. Przeciwnie, gotowibyśmy byli dopłacić panu każdą sumę, gdybyś pan jej potrzebował. Wiemy jednak dobrze, że pan tego nie potrzebuje.
— A zatem jesteście panowie widocznie filantropami, lub proponujecie mi to dla moich pięknych oczu, bowiem znać was nie miałem dotychczas przyjemności?
— Nie proponujemy panu tego dla pańskich pięknych oczu — z niezmąconym spokojem ciągnął pan w okularach. — Proponujemy panu przysługę za przysługę. My wywieziemy pana poza obręb Paryża i pomożemy panu dostać się do Ameryki. Pan wyświadczy nam wzamian inną przysługę.
— Intrygujecie mnie panowie. Słucham z całą uwagą.
Pan w okularach odwrócił się do siwobrodego starca w tużurku i obaj przez długą chwilę rozmawiali ze sobą po żydowsku. Mister Dawid przysłuchiwał się niecierpliwie.
Po chwili pan w okularach przysunął swój fotel bliżej do fotela gospodarza i, nachylając się ku niemu, powiedział dobitnie:
— Przychodzimy z miasta żydowskiego, jako delegaci.
— W jaki sposób przedostaliście się panowie na terytorjum koncesji? — zawołał ze zdumieniem mister Dawid.
— To do rzeczy nie należy. Proszę, niech pan posłucha nas uważnie. Żydzi z miasta żydowskiego w tych dniach wyjdą z Paryża.
— A to w jaki sposób?
— O sposób mniejsza. Przekupiliśmy wojska na jednym odcinku. Wojsko przepuści przez kordon ludność żydowską, która, by nie zwracać niczyjej uwagi, dojdzie do rogatki podziemiami metropolitenu. Po drugiej stronie kordonu czekać będą towarowe pociągi. W zaplombowanych wagonach ludność żydowska, zafrachtowana, jako paki na amunicję, odjedzie do Hawru.
— Kapitalne, choć niezupełnie prawdopodobne. Iluż mieszkańców, jeżeli wolno wiedzieć, liczy miasto żydowskie?
— Wyjadą oczywiście jedynie ludzie zamożni. Cała biedota pozostanie w Paryżu. Wyjadą tylko zdrowi, po odbyciu uprzednio w wagonach trzydniowej kwarantanny. Ogółem trzeba liczyć około trzech tysięcy osób. Reszta wymarła, albo wymrze w dniach najbliższych. Wyjechać musimy w terminie jak najkrótszym. Pobyt w Paryżu staje się coraz niebezpieczniejszy. Nie mówiąc już o tem, że codziennie wymiera na dżumę stu zgórą żydów, nad miastem żydowskiem zawisła inna jeszcze klęska, zaraźliwsza od zarazy. Gmina żydowska graniczy bezpośrednio z belwilską republiką rad. Od chwili jej powstania, wśród naszego tałatajstwa dał się zauważyć groźny ferment. Nie dalej, jak wczoraj, cała dzielnica Republique oderwała się od żydowskiego miasta i przyłączyła do bolszewików. Przeszło tysiąc kupców padło ofiarą motłochu i majątek ich został złupiony. Wszystkie męty miasta żydowskiego czekają jedynie sposobnej chwili, aby pójść za tym przykładem... Pozostawać w Paryżu dłużej niepodobna.
— Twierdzi pan zatem, że z otoczonego kordonem Paryża wyjdzie armja z trzech tysięcy ludzi i nikt tego nie zauważy?
— Tak będzie. Wszystko jest już przygotowane i przewidziane.
— Coś mi to zakrawa na mocno fantastyczną powieść. Przypuśćmy jednak, że to prawda. Jeżeli was dobrze zrozumiałem, chcecie panowie zabrać mnie ze sobą, udzielić mi miejsca w swoich zaplombowanych wagonach. Czy tak? Jakiej przysługi żądacie ode mnie wzamian?
— Przysługi prostej i dla pana osobiście nietrudnej. Chodzi mianowicie o to, że osiedlić taką ilość żydów gdzieś wpobliżu, w Europie, nie ściągając tym niczyjej uwagi, byłoby niemożliwem. Zresztą dżuma, wcześniej, czy później, przerzuci się z pewnością za kordon i zaleje resztę kontynentu. Nie po to żydzi uciekają z Paryża i wydają na tę ucieczkę grube miljony, aby czekać na dżumę gdzie indziej. Żydzi muszą dostać się w miejsce zupełnie bezpieczne: muszą dostać się do Ameryki.
— Ba! Wiadomo panu chyba, że Ameryka zamknęła wszystkie swoje porty w obawie przed przyniesieniem do niej zarazy i że żaden okręt nie może przybić do jej brzegów pod groźbą zbombardowania.
— Wiadomo nam o tem równie dobrze, jak panu. Dlatego przychodzimy właśnie do pana. Pan przez swoje olbrzymie stosunki wyrobi, że Ameryka wpuści jeden okręt.
— Nonsens.
— Zaraz. Nie powie pan wcale, że okręt wiezie ludzi z Paryża, ani wogóle z Europy. Powie pan, że przyjeżdża pan okrętem z Kairu. Wszystko będzie na to wskazywać. Okręt czeka już w Hawrze. Z Hawru, aby nie zwracać niczyjej uwagi, odpłynie nocą, ze zgaszonemi ogniami. W drodze zmieni nazwę i banderę. Nie zawinie ani do Nowego Jorku, ani do Filadelfji, lecz do jakiegoś małego portu. Przybije, wysadzi pasażerów i odjedzie w nocy. Nikt nie dowie się o niczem. Wyrobi pan przez swoje stosunki tylko to, że władze miejscowe przymkną na godzinę oczy. To wszystko.
Mister Dawid Lingslay pogrążył się w głębokiem zamyśleniu.
— Żądacie panowie ode mnie, ni mniej ni więcej, abym, dzięki swym stosunkom sprowadził do Ameryki dżumę, bo przecież jest rzeczą nie ulegającą najmniejszej wątpliwości, że na trzy tysiące osób, opuszczających Paryż, u kilku bodaj z nich okaże się ona w drodze lub po wylądowaniu. Odmawiam.
— Nie należy odmawiać bez namysłu. Niech się pan wprzód dobrze zastanowi.
— Zastanowiłem się już. Nie mogę brać na siebie podobnej odpowiedzialności. Dlaczego obraliście sobie panowie właśnie Amerykę? Jedźcie do Afryki, do Azji.
— Żydzi nie mają co robić w Afryce ani w Azji. W Ameryce każda rodzina żydowska ma krewnych i Ameryka jest najbardziej odgrodzona od Europy. Zresztą w pańskim własnym interesie leży, aby żydzi pojechali do Ameryki. Gdyby jechali do Afryki lub Azji, nie potrzebowaliby pańskiej pomocy.
— I nie mieliby powodu zabierać mnie ze sobą. Rozumiem to doskonale. Tem niemniej tego, czego ode mnie żądacie, podjąć się nie mogę. Zastanę w Paryżu.
— Pan jest samobójcą. Pan chce umrzeć, mając możność ratunku.
— Ratunek jest wątpliwy, skoro, uciekając do Ameryki, mam do niej przywieźć z sobą dżumę. To nie ratunek, to jedynie odroczenie.
— Pan jest pesymistą. Gdzie jest powiedziane, że pośród Żydów, którzy wyjadą, musi się zaraz znaleźć ktoś chory? Wszystkich przed wyjazdem zbadają lekarze. Wszyscy odbędą trzydniową kwarantannę. Gdyby ktoś w drodze zachorował na okręcie, wrzuci się go poprostu do morza. A gdyby nawet, przypuśćmy najgorsze, jeden, czy dwóch Żydów zachorowało po wylądowaniu, to przecież to się nie nazywa jeszcze epidemja. Od dwóch Żydów nie zarazi się cała Ameryka.
— Na trzy tysiące zachorować może nie dwóch, lecz trzystu Żydów.
— Poco być zaraz takim pesymistą? Zawsze trzeba liczyć, że będzie lepiej. Niech pan pomyśli. My jutro przyjdziemy po odpowiedź.
— Pomyślałem już i przystać na waszą propozycję nie mogę.
— To jest pańskie ostatnie słowo?
— Tak jest, ostatnie.
Człowiek w okularach porozumiewał się chwilę ze starcem w tużurku, po czym ponownie zwrócił się do mistera Dawida:
— Pan jest idealistą. (Mister Dawid uśmiechnął się w myśli z mimowolną dumą.) Myśmy myśleli, że z pana człowiek praktyczny. Pan skazuje się na śmierć dlatego, że boi się pan, że się zarazi kilku Amerykanów. Nie bierze pan pod uwagę, że jednocześnie uratuje pan paruset innych godnych Amerykanów z kapitałami, uwięzionych tu, w Paryżu, których gotowi jesteśmy zabrać z sobą do Ameryki na naszym okręcie. Zresztą, jeżeli z pana już taki humanitarysta, to dlaczego pan nie pożałuje tych trzech tysięcy Żydów, którzy, jeżeli nie wyjadą, to też zarażą się i wymrą.
— Dlaczego miałbym żałować właśnie tych trzech tysięcy Żydów, a nie miljona innych mieszkańców Paryża, którzy, pozostając tu, również skazani są na zagładę?
— Nie można żałować wszystkich. Tak nie można byłoby żyć. Trzeba żałować tych, którzy są bliżsi.
Mister Dawid Lingslay nachmurzył się.
— Dlaczegóż pan sądzi, że Żydzi właśnie mają mi być bliżsi?
Pan w okularach odpowiedział dyplomatycznem milczeniem.
Mister Dawid wyjął papierosa, zapalił i zaciągnął się nerwowo.
— Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć właściwe źródło waszej wizyty. Dowiedzieliście się, panowie, zbierając o mnie wyczerpujące informacje, że ojciec mój był żydem i sądziliście, że, jeżeli nie pójdę na interes, będzie mnie można wziąć na sentyment. „A idisz harc“ — jak to mówicie między sobą. Muszę was rozczarować. Wychowałem się w Ameryce, w Ameryce dorobiłem się majątku. Jestem Amerykaninem. Żydostwu niczego nie jestem dłużny i nie mamy żadnych punktów stycznych. Linje nasze, które w ubiegłem pokoleniu może jeszcze się przecinały, rozbiegły się bezpowrotnie. Kwestja pochodzenia jest kwestją wyłącznie metrykalną. Żydostwo niema powodu niczego się po mnie spodziewać.
Pan w okularach pośpiesznie zaprzeczył.
— Kto mówi o pochodzeniu? Poprostu, pozwolę sobie opowiedzieć, postępuje pan nierozsądnie. To, że kiedyś tam może się zarazić i umrzeć paru Amerykanów, — to bądź co bądź tylko ewentualność; to zaś, że pozostając tutaj, za pięć — sześć dni umrze pan sam, nie ulega zdaje się najmniejszej wątpliwości. Czy to się nazywa logiczne rozumowanie? A co, jeżeli z tych trzech tysięcy Żydów nie zachoruje ani jeden? Przecież istnieje i taka możliwość. A tem samym nie zaraziłby się żaden Amerykanin. A pan, zamiast spróbować i tej ewentualności, woli pogodzić się z tem, że za tydzień, kiedy byłby pan już u siebie, w Ameryce, w gronie rodziny i przyjaciół, zdala od zapowietrzonej Europy, będzie pan leżał tu, nawet nie w ziemi, tylko licho wie, gdzie, jako zwyczajna kupka popiołu, bo przecież w życie pozagrobowe pan nie wierzy. A że taki właśnie będzie koniec pańskiej egzystencji tutaj, o tem pan chyba nie wątpi.
Mister Dawid Lingslay z hałasem odsunął fotel.
— Uważam rozmowę naszą za bezcelową. Wybaczą panowie, że więcej czasu poświęcać im nie mogę, ale spóźniłem się już na posiedzenie.
Obaj panowie wstali i pośpieszyli skwapliwie ku wyjściu. Na progu pan w okularach zatrzymał się i powiedział z dobrotliwym uśmiechem:
— Nie pali się. Pan się teraz śpieszy. Nie będziemy zabierali panu czasu. Pan pomyśli, rozważy jeszcze sam. My tu jutro rano zajdziemy po odpowiedź.
Mister Dawid Lingslay chciał przeciąć, oświadczyć kategorycznie tym ludziom, że nie mają poco się fatygować, że decyzja jego jest nieodwołalna, lecz ludzi nie było już w pokoju.
Mister Dawid zmiął w palcach papierosa, pomacał kieszeń, spostrzegł, że zapomniał zegarka, wrócił do sypialni, z nerwową odrazą wsunął do kamizelki spoczywający na blacie zegarek, machinalnie wepchnął do kieszeni od spodni mały, stalowy przedmiocik i, nacisnąwszy na czoło kapelusz, szybko zbiegł po schodach.
Na zakręcie schodów natknął się na dwóch sanitarjuszy, znoszących z góry czarne, przykryte nosze. Mister Dawid usunął się pośpiesznie i, zapominając o porannej kawie, szybkim krokiem ruszył w stronę „American-Express“.

Przy wejściu do „American-Express“ na mistera Dawida czekał już lift-boy, który powiózł go windą na drugie piętro (posiedzenie poufne, gabinet Nr 7).
W gabinecie, przez błękitnawą mgłę cygarowego dymu, mister Dawid nieodrazu rozróżnił sylwetki swych pięciu kolegów amerykańskich, wynurzających się z objęć wygodnych klubowych foteli. Uderzyła go nieobecność kolegów-Anglików.
Mister Dawid zasiadł w przeznaczonym dla niego fotelu i, wziąwszy z usłużnie podsuniętego mu pudełka pękate cygaro, zapadł w pytające milczenie.
Z kłębów błękitnego dymu, jak przez tłumik, doleciał go dostojny, gardłowy głos mistera Ramsaya Marlingtona:
— Sądzę, panowie, że skoro jesteśmy już w komplecie i wszystkim nam wiadomy jest cel dzisiejszego zebrania, możemy, nie tracąc czasu, przystąpić wprost do omówienia szczegółów sprawy. Chciałbym jednak przedtem usłyszeć zdanie w tej materji mego wielce szanownego kolegi, mistera Dawida Lingslaya; być może, posłuży nam ono za podstawę do dalszej dyskusji.
— Przepraszam panów — odezwał się bez pośpiechu z głębi swego fotela mister Dawid. Aksamitno-sina atmosfera pokoju działała na niego usypiająco. — Muszę jednak stwierdzić, że nie poinformowano mnie wogóle o celu dzisiejszego zebrania, i zanim będę mógł coś powiedzieć, musiałbym wprzód zapoznać się z przedmiotem obrad.
Wszystkie głowy, jak na komendę, wychyliły się z głębin foteli, zwrócone w jego stronę.
— Czy możliwe? — wycedził mister Marlington, i w głosie jego zabrzmiało zdziwienie. — Czyż nie odwiedziła pana dziś rano delegacja miasta żydowskiego?
Fotel mistera Dawida wydał zdławiony okrzyk torturowanych sprężyn.
Mister Marlington, niewidoczny w obłokach spowijającego go dymu, jak masywna, stukilowa pytja, ciągnął spokojnie dalej:
— Jakeśmy to przed chwilą ustalili, każdy z nas pięciu, o jednej i tej samej godzinie, to jest mniej więcej około godziny dziewiątej rano, odebrał wizytę dwóch delegatów miasta żydowskiego z jedną i tą samą propozycją. Delegaci poinformowali nas, że dwóch spośród nich udało się do pana, jako do osobistości, mającej w tej sprawie głos poniekąd decydujący. Czyżby ich pan nie przyjął?
Swawolne smugi dymu zawisły nad fotelami pięcioma znakami zapytania.
Z fotela mistera Dawida rozległ się opanowany, bezbarwny głos:
— Istotnie, była u mnie taka delegacja. Nie powiedzieli mi jednak wcale, że z podobną propozycją zwracają się równocześnie do wszystkich pozostałych amerykańskich członków rządu naszej koncesji. Dlatego wziąłem ją do pewnego stopnia za propozycję indywidualną i nie spodziewałem się, że dzisiejsze posiedzenie poświęcone będzie tej właśnie sprawie.
— Doskonale, — wybeczał ze swego fotela mister Marlington — teraz, skoro ustaliliśmy już faktyczny stan sprawy, czy nie moglibyśmy się dowiedzieć, ja i moi koledzy, jakiej treści odpowiedź dał pan delegacji żydowskiej?
— Owszem — odparł flegmatycznie mister Dawid. — Odpowiedziałem odmownie.
Teraz zkolei wszystkie pięć foteli wydało nieartykułowany okrzyk. Zaległa cisza.
Z jednego z foteli rozległ się dobroduszny rechot:
— Kolega raczy żartować. He-he! Kapitalny żart!
— Myli się pan, kolego — odciął oschle mister Dawid. — Nie żartuję bynajmniej. Nie wiem, czy wszystkim panom znane są warunki, z którymi żydzi łączą proponowaną nam przysługę. Delegaci żydowscy oświadczyli mnie, że gotowi są zabrać nas z sobą jedynie w tym wypadku, o ile za naszą sprawą Ameryka wpuści trzy tysiące Żydów, zbiegłych wraz z nami z zadżumionego Paryża, czyli, innemi słowy — wpuści do siebie zarazę. Nie uznałem za możliwe brać na siebie podobnej odpowiedzialności.
— Oczywiście — odezwał się po dłuższej chwili mister Marlington. — Wwóz do Ameryki trzech tysięcy żydów jest bezsprzecznie najmniej ponętną stroną tej propozycji. Trudno jednak wysuwać w tym względzie jakiekolwiek zastrzeżenia. Nie trzeba zapominać, że, w gruncie rzeczy, to nie my zabieramy ze sobą żydów do Ameryki, ale oni — nas. Wiemy dobrze, że wszystkie nasze dotychczasowe próby wydostania się poza kordon spełzły na niczem. Odtrącając nadarzającą się nam sposobność, popełnilibyśmy szaleństwo. Zresztą, z chwilą, gdy tylko znajdziemy się po tamtej stronie kordonu, role nasze zmienią się radykalnie. Po przybiciu do brzegów Ameryki niema nic łatwiejszego jak, pod pozorem jakiejś komisji lekarskiej, nie pozwolić żydom wogóle wylądować. Znalazłszy się na brzegu, postąpimy oczywiście tak, jak będziemy uważali za stosowne i wskazane dla dobra naszej drogiej ojczyzny. Nieprawdaż, panowie?
Głowy w fotelach skłoniły się milcząco na znak aprobaty.
Mister Marlington ciągnął, w przerwach między dwoma kłębami wonnego dymu:
— Chcąc uniknąć niepotrzebnego rozgłosu i wychodząc z założenia, że sprawa ta dotyczy wyłącznie nas, Amerykanów, postanowiliśmy nie wtajemniczać w nią naszych angielskich kolegów, których, jak pan widzi, nie zaprosiliśmy na dzisiejsze poufne posiedzenie. Niech postarają się sami, o własnych siłach, dostać na swoją wyspę. Mają zresztą o wiele bliżej i z nami byłoby im nie po drodze. Wyznam panom szczerze, że nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy wynosić stąd, że tak powiem, na własnych barkach, ludzi, którzy w ciągu ostatnich dziesiątków lat podstawiają nam ustawicznie nogę w naszych operacjach światowych. Powoływania się na pokrewieństwo ras są mało przekonywujące i abstrakcyjne. Sądzę, że jestem wyrazicielem zdania wszystkich panów, proponując rozwiązanie tej sprawy w myśl starej dewizy: Ameryka dla Amerykanów.
Fotele w milczeniu skinęły głowami.
Mister Marlington przechylił się konfidencjonalnie przez poręcz w stronę mistera Dawida Lingslaya.
— Widzę, że w tym względzie nie ma między nami różnicy zdań. Sprawa prawie wyłącznie zależy od pana, mister Lingslay. Cała marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych siedzi w pańskiej kieszeni. Wystarczy pańska króciutka depesza, by krążowniki, patrolujące na danym odcinku nasze wybrzeża, pojechały sobie gdzieś na manewry. Dał pan delegacji żydowskiej zbyt pochopną odpowiedź, nie zważywszy sprawy ze wszystkich stron. Wszyscy, jak tu jesteśmy, jesteśmy gorącymi patrjotami amerykańskimi. Nie wystarczy jednak być uczuciowo patrjotą. Trzeba być patrjotą racjonalnym. Powrót nasz do Ameryki przyniesie naszej ojczyźnie niewątpliwe korzyści, podczas gdy nasza bezsensowna śmierć tutaj byłaby połączona dla niej z nieobliczalnemi stratami. Przy wyborze naszych rodaków, których zechcemy wywieźć z Paryża, aby wrócić ich Ameryce, kierować się będziemy, rzecz oczywista, nie względami ilościowemi, lecz jakościowemi. Odjadą wraz z nami jedynie ludzie, których majątek stawia w pierwszym rzędzie obywateli naszej wielkiej ojczyzny, i którzy, dzięki niemu, są potężnemi podporami jej społecznego porządku. Sekretarz mój przygotuje do wieczora odpowiednią listę. Uważam, iż zwlekać z tą sprawą nie należy pod żadnym pozorem i że powinien pan, o ile możności jak najprędzej, zawiadomić rząd miasta żydowskiego o swej przychylnej decyzji.
Mister Dawid Lingslay odłożył cygaro i wstał.
— Pozwolicie panowie, że zarezerwuję sobie dwadzieścia cztery godziny czasu do namysłu. Jutro rano, po gruntownem zastanowieniu się, dam wam telefoniczną odpowiedź. Sprawa jest zbyt poważna, aby można było rozstrzygnąć ją napoczekaniu.
Pięciu panów dźwignęło się ociężale z foteli.
Mister Dawid pożegnał się i pośpieszył ku drzwiom.
— A co się tyczy tych trzech tysięcy żydów i wpuszczenia ich do Ameryki, — dmuchnął wślad za nim wraz z obłokiem dymu mister Marlington — to o nich niech się pan nie kłopoce. Ten drobny szkopuł z łatwością da się zlikwidować na miejscu. Niech pan to pozostawi mnie...
Zresztą mister Dawid dosłyszał już tylko pierwszą połowę ostatniego zdania. Drugą odcięły zasunięte z trzaskiem drzwiczki windy.
Po jego odejściu panowie zamienili porozumiewawcze spojrzenia.
— Ciekawe, jakiego rodzaju kombinację planuje nasz czcigodny kolega, Lingslay — rzucił mimochodem jeden z foteli.
— I ile też my za nią bekniemy? — wtrącił drugi.
— Czy aby czasem Lingslay nie zmówił się z żydami, że wyjedzie z nimi sam, pozostawiając nas w Paryżu? Czy zauważyliście, panowie, jego zmieszanie, gdy się dowiedział, że u wszystkich nas byli dzisiaj delegaci żydowscy?
— Tak, mojem zdaniem, należy Lingslaya mieć na oku. Niewątpliwie coś się w tem kryje. Sam Lingslay jest z pochodzenia Żydem. Byłoby niezmiernie głupio, gdyby się nagle okazało, że wystrychnięci zostaliśmy na dudków, i że przegapiliśmy taką wyjątkową okazję.
— Możecie panowie być spokojni — rozległ się z kąta dostojny głos mistera Ramsaya Marlingtona. — Dzięki temu, że mister Dawid i ja pracujemy oddawna w pokrewnych gałęziach przemysłu, detektyw mój starym zwyczajem nie odstępuje go ani na krok. O każdem jego posunięciu będziemy dokładnie poinformowani i w chwili właściwej zawsze będziemy mogli interwenjować. Tymczasem szykujmy się do odjazdu, aby nie dać się zaskoczyć wypadkom.
Niestety, mister Dawid nie słyszał tej ciekawej rozmowy. Był już na ulicy i, odszukawszy w sznurze samochodów swego Rolls-Royce’a, opuścił się na miękkie poduszki i burknął, jak zawsze:
— Pola Elizejskie!...
Z nad kierownicy odwróciła się ku niemu nieznajoma twarz szofera.
Mister Dawid Lingslay w pierwszej chwili pomyślał, że przez pomyłkę wsiadł nie do swego auta, spojrzał na wyszyty na poduszkach swój monogram, chciał spytać, lecz nie spytał. Jako solista zwarjowanej rewji, przywykł już do ustawicznych zmian, których dokonywała codziennie w obsadzie zahukanych statystów narwana reżyserka — śmierć.
Suchym, metalicznym głosem powtórzył dokładny adres.
Szofer skłonił się w milczeniu. Auto ruszyło.
Odchodzący dzień, jak modelarz, nie mogący się doczekać śmierci zbyt powoli konającego chorego, oblepił twarz mistera Dawida gipsową maską skwaru. Mister Dawid pomyślał o miękkich jedwabnych poduszkach, w które można się zanurzyć, jak w półsen, i o innych, bardziej jedwabistych i zawrotnych. W rozmarzeniu przymknął oczy.
Kiedy je otworzył, spostrzegł, że auto stoi już przed dobrze znajomym pałacykiem. Story w oknach były szczelnie zasunięte.
— Śpi — pomyślał z tkliwością mister Dawid i uśmiechnął się do własnej myśli.
Dwukrotnie zadzwonił do drzwi. Minęła długa chwila. Nie otwierał nikt. Mister Dawid zadzwonił ponownie. Odpowiedziała mu cisza. Czyżby nie było nikogo ze służby? Mister Dawid zniecierpliwiony przytrzymał guzik dłużej. Dzwonek zaterkotał na alarm. Znowu milczenie.
Z bramy sąsiedniego pałacyku wychyliła się głowa starszego, siwawego mężczyzny. Zgryźliwa, zła głowa. Głowa powiedziała głośno łamaną angielszczyzną:
— Niema nikogo. Pani umarła dziś w południe. Zabrali ją do krematorjum. A służby niema — uciekła.
Mister Dawid Lingslay znieruchomiał z ręką na dzwonku. Stał tak widocznie długo, bo pierwszą rzeczą, jaka napowrót rzuciła mu się w oczy, była zdziwiona, pytająca, jakby zlekka szydercza twarz nowego szofera.
Mister Dawid ciężko zszedł po stopniach i opadł na siedzenie. Odwrócony ku niemu szofer nie przestawał patrzeć pytająco.
— Proszę jechać tak... trochę... przed siebie... — wyrzekł powoli mister Dawid.
Szofer skłonił się z szacunkiem. Auto ruszyło.

Kiedy późnym wieczorem, przed bramą Grand-Hotelu zatrzymała się maszyna mistera Dawida Lingslaya, na parterze, w „Café de la Paix“, skowytał już jazz i skazani na śmierć wyłupiastoocy dżentelmeni, jak gigantyczne komary, obsiedli okrągłe stoliki, ssąc przez trąbki słomek czerwoną krew koktajlów.
Znalazłszy się w swym pokoju sam, mister Dawid machinalnie nakręcił zegarek, położył go na szafce nocnej, poczem powoli zaczął się rozbierać. Dotknięcie chłodnych prześcieradeł przez cienki jedwab pyjamy było pierwszym bodźcem, jaki obudził z odrętwienia świadomość silnego, prawidłowo funkcjonującego ciała, i świadomość ta, jak włączona maszyna, ruszyła po swej codziennej, nieomylnej linji.
Czterdziestoletni mężczyzna pod fałdami kołdry po raz pierwszy uświadomił sobie jasno, że zeszłej nocy całował, tulił i brał kobietę, która dzisiaj umarła na dżumę.
Myśl była tak ostra i zimna, że mężczyzna poczuł lekki chłodek wzdłuż kręgosłupa.
Gdzieś, na powierzchni, zakłamane społeczne „ja“ czterdziestoletniego pana, znane pond nazwą „mister Dawid Lingslay“, coś, jak etykietka na flaszce, zawierającej roztwór chemiczny, jak przylepiony do szkła papierek z określoną ilością umownych znaków, — spróbowało się oburzyć: umarła kochanka, jedyna, niezastąpiona i t. p. Zrozumiałe byłyby jeszcze rozpacz, krzyk, rezygnacja, ale nie ordynarny egoizm, strach: zarażę się! Umrę! Lecz etykietka, jak każda etykietka, nie ma i nie mogła mieć wpływu na chemiczną zawartość butelki (czasem nieuważny chemik poplącze etykietki) — i ciało czterdziestoletniego mężczyzny, niezawstydzone bynajmniej, kontynuowało swą myśl prawem własnej niezachwianej logiki.
Za pierwszą myśl zazębiła się zaraz druga: a zatem zaraziłem się, zaraza jest już we mnie. Najdalej jutro — umrę. Może nawet jeszcze dziś w nocy.
Czterdziestoletni pan usiadł raptownie na łóżku. Myśl była tak prosta, tak niezbita w swej nieskazitelnej logiczności, tak przezroczysta i pełna tlenu, że powietrze w pokoju w porównaniu z nią wydało mu się czystym dwutlenkiem węgla i czterdziestoletniemu panu zabrakło na chwilę tchu.
„Miłość“, „kochanka“, wszystkie te kategorje, któremi niejaki mister Dawid Lingslay określał niegdyś stopnie swych wrażeń, odpadły nagle niezrozumiałe, jak słowa cudzoziemskiego języka. Została obca, zarażona, nieżywa kobieta; nawet nie kobieta, lecz kilogram popiołu, żyjąca teraz jedynie w nim, w bakterjach udzielonej mu zarazy, które może właśnie w tej chwili przegryzają się przez ciało do krwi.
Czterdziestoletni mężczyzna szarpnął ręką kontakt i zapalił światło. Lustrzana szafa naprzeciw wykrzywiła się ku niemu grymasem bladej, znajomej twarzy.
— Czy niema już ratunku? Czy aby na pewno niema już ratunku? Zastanówmy się spokojnie — rozumowało ciało czterdziestoletniego pana. — Bywały przecież wypadki, że nawet ludzie, którzy zarazili się syfilisem, przez wypalenie zakażonego miejsca bezpośrednio po stosunku, zapobiegali rozszerzeniu się choroby.
— Za późno — próbował oponować mózg.
— Nie, może właśnie jeszcze wcale nie za późno. Nie minęły jeszcze nawet całe dwadzieścia cztery godziny. Jeżeli się pośpieszyć...
Zresztą ciało, jak wszelkie ciało, nad abstrakcyjne rozumowanie przekładało mowę konkretnej akcji. Czterdziestoletni mężczyzna boso zeskoczył z łóżka, z zabobonnem obrzydzeniem zrzucił, a raczej zdarł z siebie pyjamę i nago podbiegł do tualetki. Z ustawionych na niej flakonów, ręka czterdziestoletniego pana wyrwała słoik z sublimatem i przyrządziwszy pod kranem mocny rozczyn, zaczęła oblewać nim i nacierać do czerwoności kosmate, pokryte gęsią skórką ciało, poczynając od organów płciowych, kończąc na twarzy i muszlach usznych.
Gdy potrzeba bezpośredniej akcji została zaspokojona, i odprężona energia opadła, jak rozkręcony bąk, mógł na chwilę zabrać głos mister Dawid Lingslay i ten, spojrzawszy przez oczy czterdziestoletniego pana na odbijające się w lustrze, zaczerwienione, włochate ciało, zaopinjował:
— Jestem śmieszny.
Była to jednak uwaga nieśmiała i pozostała gdzieś, na marginesie, jakby nie dotyczyła zupełnie czterdziestoletniego pana. Nieprzyzwyczajony do nagości czterdziestoletni mężczyzna poczuł dreszcz chłodu; omijając rozpostartą na dywanie pyjamę, skierował się da szafy i wyjął świeży szlafrok, którym otulił swe kształty.
Przez chwilę rozważał, czy nie położyć się zpowrotem do łóżka, potem przyszło mu na myśl: zmienić bieliznę pościelową! Chciał zadzwonić na boya, lecz w tem miejscu zainterwenjował mister Dawid Lingslay, któremu wstyd było spotkać się o tak niezwykłej porze oko w oko z boyem, i czterdziestoletni mężczyzna dał za wygraną, wlazł wraz z nogami na fotel, postanawiając przeczekać na nim do rana.
Usadowiwszy się wygodnie, czterdziestoletni pan zaczął macać uważnie brzuch, naciskając go z całej siły, podobnie, jak i gruczoły pachowe. Oględziny nie dały jednak żadnego określonego rezultatu i czterdziestoletniemu panu nie pozostało nic innego, jak czekać.
Wtedy przez okienko wyczekiwania spróbował znów wyjrzeć mister Dawid Lingslay, który szybko sformułował swoje zdanie:
— Jestem tchórz. Boję się śmierci. Co za nonsens! Przecież od trzech tygodni żyjąc wśród zadżumionych, wiem doskonale, że lada dzień muszę umrzeć.
To jednak, a czem wiedział doskonale mister Dawid Lingslay, nie dotyczyło zupełnie czterdziestoletniego pana, który, jeżąc się tylko bardziej w swym, fotelu, uparcie nie przyjmował tego do wiadomości.
— Umrę, muszę umrzeć — starał się przekonać czterdziestoletniego pana mister Dawid Lingslay. — Cóż w tem dziwnego? Poprostu: byłem i nie będzie mnie.
Czterdziestoletni pan nie mógł jednak sobie tego prostego faktu w żaden sposób wyobrazić i jeżył się tylko coraz bardziej. I mister Dawid Lingslay zląkł się, czując, że czterdziestoletni mężczyzna chce krzyczeć.
— Nie można! Usłyszą! Przybiegnie służba! Wstyd! — perswadował gorączkowo.
Ale czterdziestoletni pan nie dbał w tej chwili o służbę. Czuł coś czarnego, śliskiego, oblepiającego mu już członki i ryczał przeciągle, jak zwierzę, póki mister Dawid Lingslay nie zatkał mu ręką ust.
— Usłyszą!
Przez chwilę mister Dawid Lingslay nasłuchiwał. Żaden szmer nie dobiegł jednak jego uszu. Teraz dopiero przypomniał sobie, że na całem piętrze niema poza nim nikogo.
— Cicho! Cicho! — uspokajał pieszczotliwie czterdziestoletniego pana.
Czterdziestoletniemu mężczyźnie, w brokatowym szlafroku na gołem ciele, było zimno i dzwonił zębami.
Korzystając z jego chwilowej apatji, mister Dawid Lingslay próbował rozumować dalej.
Jako doświadczony businessman, przywykł przed przystąpieniem do likwidacji jakiegokolwiek przedsiębiorstwa sporządzać bilans jego pasywów i aktywów. I teraz, z wysokości swego fotela, jak z wzniesienia, mister Dawid Lingslay spróbował obejrzeć się wstecz na przeżyte życie i podsumować zgrubsza jego pozycje. Obejrzawszy się za siebie, zobaczył nieogarnione masy cyfr, które spływały ku niemu ze wszystkich stron szczelną, wszystko zalewającą lawą i, jak szare, miljardowe stada szczurów otoczyły jego fotel; w mimowolnym strachu podgarnął pod siebie bose, rozdygotane nogi.
Z szarego morza cyfr jedyną zieloną wysepką wykwitała miłość ostatnich tygodni, i mister Dawid Lngslay, jak rozbitek, chwytający się deski, spróbował na niej stanąć, ugruntować się w jej ciasnym obrębie. Ale w tej chwili złapał go za rękę czterdziestoletni pan, który nienawidził nieżywej, zadżumionej kobiety i bał się postawić nogę na jej spuściźnie.
Życie okazało się przedsiębiorstwem deficytowem i mister Dawid Lingslay czuł, że bez żalu zamyka jego księgę handlową. Czy warto było przez dwadzieścia długich lat, dniem i nocą, jak skazaniec, obracać ciężkie żarna miljonów, mażąc je obficie lepkim, czerwonym smarem, aby w chwili bilansu przekonać się, że we wzniesionych pracowicie śpichrzach, miast mąki, zalęgły się miljardami szczury cyfr, nieprzeliczona, wiecznie głodna armja, ostrząca już zęby na niego samego, który uważał ją za swe narzędzie, za środek, a okazał się nagle sam tylko środkiem do jej własnego zagadkowego celu?
I mister Dawid Lingslay, jak na egzaminie, bez zająknienia odpowiedział:
— Nie, nie warto.
— Więc umrę, umrę i nie pozostanie po mnie nic, ani śladu...
Tak sformułowana myśl wydała się niestrawną nawet misterowi Dawidowi Lingslayowi i upartą czkawką powróciła mu do gardła.
— Zaraz... Zastanówmy się na zimno: umierają pisarze, myśliciele, artyści. Zostają na zawsze utrwaleni w swojem tworzywie. Cóż było mojem tworzywem?
I mister Dawid Lingslay odparł:
— Pieniądze, majątek.
Niewdzięczne, bezimienne tworzywo. Majątek podzielą spadkobiercy. Nie zastanie nic, nawet nazwiska. Nazwisko wykreślą starannie ze swych rachunków bieżących wszystkie banki świata. Cóż pozostanie? Tępa nienawiść kilku miljonów robotników, w której żył dotychczas, jak w strasznej legendzie? Nawet stamtąd wyskrobią jego imię, zastąpią nowem. Za pięć lat nie zostanie po nim ani wspomnienia.
Mister Dawid Lingslay po raz pierwszy zrozumiał to, co nazywał dotychczas filantropijną psychozą starzejących się miljonerów, wszystkich tych Carnegie’ch i Rockefellerów, przekazujących olbrzymie sumy na cele dobroczynne, zakładających miljonowe fundacje swego imienia. Odczuł nagle krzyczący w nich starczy lęk przed niebytem, chęć utrwalenia się w czemś, przyczepienia się do czegoś za wszelką cenę, bodajby sylabami własnego nazwiska. Po raz pierwszy zrozumiał, ulitował się, rozgrzeszył wyrozumiałym uśmiechem. Biedacy! Finansując cudzą ideę, łudzą się, że uwiecznią w niej siebie, skoro przyczepią do niej zboku swój bilet wizytowy, tyleż mający z nimi wspólnego, co numer ich książeczki czekowej.
Tu zaniepokoił się nawet czterdziestoletni pan, który czując, jak grunt obsuwa mu się z pod nóg, niespokojnemi palcami przebierał w powietrzu.
Czterdziestoletni pan nie był w stanie rywalizować z logiką wywodów mistera Dawida Lingslaya i głuchym, zwierzęcym instynktem szukać zaczął kurczowo czegoś, o co możnaby się zaczepić, jak mięczak, czujący zbliżanie się fali, która go zmyje, szuka gorączkowo występu, chropowatości skały, aby do niej przylgnąć i przetrwać.
Macając w próżni świadomości, czterdziestoletni pan natrafił nagle na znajomą, przyczajoną tam twarz i najeżył się, jak smagnięty pies...
Mister Dawid Lingslay był człowiekiem bezdzietnym. Ta maleńka zgryzota toczyła go, jak robak, chociaż nie przyznawał się do tego nawet przed sobą samym. Upewniwszy się w trzydziestym szóstym roku życia, że dzieci mieć nie będzie, mister Dawid pomyślał o rodzinie. Miał niegdyś brata, o którym w swoim czasie doszła go wieść, że umarł z głodu w jakiejś norze na przedmieściu Londynu. Na człowieku, tak wypranym z wszelkich sentymentów rodzinnych, jak mister Dawid, wiadomość ta nie sprawiła najmniejszego wrażenia. Napomykało mu chwilami o niej leciutkie poczucie winy (niegdyś w ojcowskim testamencie wypadło zrobić małą poprawkę...). Rozglądając się za rodziną, przypomniał sobie, że pechowiec-brat pozostawił jakieś potomstwo. Mister Dawid postanowił je odnaleźć. Po długich poszukiwaniach, dowiedział się, że z całego potomstwa pozostał jedynie dwudziestoletni chłopak, imieniem Archibald, zarobkujący na życie w Londynie.
Poleciwszy przesłać mu bilet okrętowy pierwszej klasy i kilka tysięcy dolarów na zlikwidowanie spraw w Europie, mister Dawid w lakonicznym liście zaproponował bratankowi przeniesienie się na studia do Nowego Jorku.
Przyjechał chudy, wysoki mężczyzna, o dobrych, piwnych oczach, o twarzy zapadłej i zniszczonej, poprzecieranej wzdłuż załamań przedwczesnych zmarszczek, z kosmykami kasztanowatych włosów na mądrem, wysokiem czole. Zamieszkał w lewem skrzydle pałacu.
Misterowi Dawidowi spodobała się otwarta twarz bratanka i postanowił, odpasłszy go nieco, uczynić swą prawą ręką.
Odrazu wyszedł jednak galimatjas. Bratanek, zdeklarowany komunista, nie rozpakowawszy jeszcze dobrze manatków, rozpoczął na fabrykach stryjaszka agitację. Mister Dawid przyjmował alarmujące raporty podwładnych dyrektorów pobłażliwym uśmiechem.
Pragnąc położyć kres młodzieńczym fanaberjom bratanka, mianował go sekretarzem generalnym jednego ze swych przedsiębiorstw, w długiej, dobrotliwej i poufnej rozmowie dając mu do zrozumienia, że upatrzył go sobie na wspólnika i spadkobiercę.
Bratanek posadę przyjął, lecz agitacji w fabryce nie zaprzestał. Skończyło się na tem, że podburzeni robotnicy pewnego pięknego poranka opanowali fabrykę i ogłosili ją własnością komitetu robotniczego. Trzeba było uciec się do pomocy policji, która z trudnością przywróciła porządek, usunąwszy podżegaczy.
Po burzliwej rozmowie, między stryjem a bratankiem doszło do kategorycznego zerwania.
Od tego czasu mister Dawid Lingslay nie chciał więcej słyszeć o niewdzięcznym bratanku, o którym wszelki słuch zaginął.
Aż do pewnego wiosennego popołudnia. W tym czasie, naskutek wydalenia kilku prowodyrów, w czternastu fabrykach mistera Lingslaya wybuchł strajk. Na rozkaz mistera Dawida zarząd zamknął fabryki, wyrzucając na bruk wszystkich robotników. Wydaleni robotnicy spróbowali opanować fabryki siłą. Sprowadzono wojsko. Wyparty z zabudowań fabrycznych, tłum utworzył pochód i bocznemi ulicami, z różnych stron, spłynął ku pałacowi mistera Dawida Lingslaya. Zadzwoniły szyby.
Wytrącony z równowagi, mister Dawid zatelefonował po policję. Komisarz policji, będący na jego żołdzie, zapytał usłużnie, czy życzy sobie, aby zrobiono użytek z broni. Mister Dawid burknął lakonicznie w słuchawkę:
— Uważam, że już najwyższy czas skończyć z tem bałamuctwem. Wasze łzawiące bomby nie odnoszą żadnego efektu. Tłum przyzwyczaił się do pustych naboi i nic sobie z nich nie robi. Dwie salwy prawdziwe rozproszą demonstrantów i odbiorą im ochotę na przyszłość. Zresztą, to już pańska rzecz.
Komisarz nie zawiódł pokładanego w nim zaufania. Mister Dawid, ukryty za firanką, miał możność widzieć, jak z bocznej ulicy wypełzł kordon policji, jak gruchnęła salwa i tłum w popłochu rzucił się do ucieczki. W ciągu pięciu minut plac został opróżniony, jeśli nie liczyć kilkunastu ludzi, pozostałych bez ruchu na asfalcie.
Po chwili w gabinecie mistera Dawida zjawił się osobiście komisarz, w widocznem zakłopotaniu miętoszący nieskazitelnie białe rękawiczki. Mister Dawid długą chwilę nie mógł zrozumieć powodu jego wizyty.
— Pański bratanek... — bełkotał komisarz. — W pierwszym szeregu... Nie mogliśmy przewidzieć...
— Zabity? — zagadnął sucho mister Dawid.
— Tak jest... — wykrztusił ośmielony jego tonem komisarz. — Czy mam go kazać tu przenieść?
— Nie, skądże! — zdziwił się mister Dawid. — A zresztą... ma pan słuszność... Proszę go kazać zanieść do jego pokoju w lewem skrzydle.
Późno wieczorem, po raz pierwszy od roku, mister Dawid stanął na progu pokoju bratanka. Bratanek leżał na kanapie z odrzuconą wtył głową, i z kącików ust dwiema cienkiemi nitkami na kosztowny dywan sączyła się krew.
Mister Dawid Lingslay widział od tego czasu wiele twarzy, żywych i martwych, ale ta jedna pozostała na zawsze, w nienaturalnem powiększeniu, przybita na obwieszonej setkami gracików ścianie pamięci.
Rozumiał wszystko: robotnicy burzą się, idą otwartą piersią naprzeciw salwom policji. Nie widział w tem żadnego bohaterstwa. Cóż w tem dziwnego, że nędzarze zazdroszczą bogactw bogatym. Wystarczy podwyższyć zarobki, a wrócą potulni do pracy. Nie miał dla nich nawet nienawiści, poprostu gardził nimi.
Aż oto tu urywały się wszystkie przesłanki logiczne. Bratanek mistera Dawida Lingslaya, przyszły spadkobierca jego trzydziestu fabryk, prowadzący na splądrowanie przeznaczonych dla niego w przyszłości bogactw obdarty, drapieżny tłum... To nie mogło pomieścić się w głowie mistera Dawida, i myśl jego, przyzwyczajana do poruszania się we wszystkich szerokościach społecznych, jak we własnym gabinecie, uderzała się o to łbem, niby o nieprzebyty mur.
Znowu szerokim strumieniem popłynęły cyfry, lecz nie zmyły, nie zatarły nigdy bladej twarzy z kosmykami kasztanowatych włosów i dwiema nitkami krwi w bolesnych kącikach warg. Bratanek Arczi, pochowany na cmentarzu w New Yorku, w rodzinnym grobowcu Lingslayów, kpił sobie wyraźnie z kosztownych marmurowych płyt, prowadząc dalej swą przerwaną robotę. Z tłumu osaczonych demonstrantów, z depeszy o nowym strajku, ze szpalty porannej gazety, donoszącej o rewolucji w Chinach, zewsząd, spozierała na mistera Dawida blada twarz z czapką kasztanowatych włosów, czujna, wszechobecna, niezniszczalna.
Nieraz, gdy mister Dawid przejrzał raport o wygórowanych żądaniach robotników, gdy zniecierpliwiona ręka sięgała już po słuchawkę, i usta układały się do wycharknięcia hasła lokautu, — ze słuchawki, jak ślimak z muszli, wyłaniała się naraz twarz bratanka Arczi, i mister Dawid odkładał słuchawkę, brał ponownie raport, szedł na ustępstwa.
Nie zdając sobie sam z tego sprawy, gdzieś głęboko, poniżej niewzruszonych fundamentów „zasad“ i „przekonań“, w małym ogniotrwałym sejfie duszy, bratanek Arczi pozostał na zawsze, jako symbol bezinteresownego idealizmu, i wyzuty ze skrupułów szalbierz i łupieżca, mister Dawid Lingslay, ilekroć w jakiejś sytuacji życiowej zdarzyło mu się zdobyć na gest prawdziwie bezinteresowny, ukradkiem przed samym sobą, jak żyd — „mezuze“, dotykał palcami drzwiczek tego sejfu, jakby z mimowolną dumą szukając w nim sankcji.
Podobnie dzisiejszego rana, kiedy siwobrody rabi Eleazar i korpulentny pan w rogowych okularach proponowali mu interes, którego nieetyczność nie podlegała dlań najmniejszej wątpliwości, mister Dawid, skłonny już do zgody, instynktownie sięgnął ręką do swej skrytki i, niespodzianie dla samego siebie, z katonowską nieugiętością, odpowiedział odmownie.
I teraz, gdy wyłuskany z ubrań, goły czterdziestoletni pan, w obliczu obstępującej go nicości, kurczowym krzykiem rąk szukał dokoła siebie czegoś, do czego mógłby przywrzeć, na czem mógłby się odcisnąć, utrwalić, naprzekór oczywistości śmierci i procesowi rozkładu, ręka jego natrafiła w próżni na bladą twarz w czapce kasztanowatych włosów, i czterdziestoletni pan drgnął, jakby dotknął przewodnika elektrycznego.
Tak. Bratanek Arczi znał tę tajemnicę. Przywalony ciężkiemi, kosztownemi płytami grobowca Lingslayów, żył wzmożonem, niewykorzenionem życiem; na każdym kilometrze kwadratowym świata, gdzie tylko skupi się kilkuset obdartych, prześladowanych ludzi, złączonych wspólną wolą nowego ładu — wytryskał na nowo żywą, życiodajną iskrą.
I stryj po raz pierwszy odczuł cały ciężar i ubóstwo swej nieludzkiej samotności i zrozumiał, dlaczego nie chciał jej od niego przejąć, wraz z jego trzydziestoma fabrykami, lekkomyślny, zwarjowany bratanek.
— Wszystko pozostanie tu tak samo, tylko mnie nie będzie... — próbował wyobrazić sobie mister Dawid Lingslay. — I lustro, i komoda, i łóżko, wszystko tak samo. Przejdzie zaraza. Wydezynfekują i po wszystkiem. Na łóżku będą spali inni ludzie, mężczyźni z kobietami, kto wie, może nawet znajomi. Wszyscy będą odbijać się w lustrze. A po mnie nie zostanie nic. Paradne! A może po śmierci jednak coś z człowieka zostaje? Trzebaby choć zapamiętać dobrze, jak wyglądałem.
Mister Dawid Lingslay zaświecił jasno żyrandol i spojrzał w lustro. Ale spojrzawszy, przestraszył się. Z lustra patrzył na niego czterdziestoletni pan o rozczochranych, szpakowatych włosach, w rozpiętym na gołych piersiach szlafroku, ze sterczącymi, dotykającymi brody kolanami i z latającą szczęką.
— To nie jestem ja, to przecież nie jestem ja! — wybełkotał zdrętwiały mister Dawid, nie mogąc doszukać się swych nieskazitelnych rysów w bladej, sflaczałej twarzy czterdziestoletniego pana.
— Nic nie zostanie, nic! — ryczał z lustra czterdziestoletni pan. — Przyjdą, wyniosą, wrzucą do jamy! Nic, nawet w lustrze! Jutro będzie się już w niem odbijał kto inny, a nie ja! Nie ja? Co to znaczy: „nie ja?“ Nieprawda! Wcisnę się! Przylgnę! Zastanę w lustrze! Patrzeć! Widzieć, co robią tu inni! Tu, w tym samym pokoju! O-ho-ho! Niech spróbują odskrobać mnie od szkła! O-ho-ho!
Czterdziestoletni pan z obwisłą, rozdygotaną szczęką wyprężył się, zasłaniając sobą całe lustro.
Mister Dawid Lingslay poczuł, że traci pod nogami grunt, że rozpływa się, jak widmo. W ostatnim odruchu samoobrony pochwycił stojący pod ręką flakon z sublimatem i z całej siły wyrżnął nim w lustro...

Kiedy, nazajutrz rano, nowy boy wprowadził do salonu mistera Dawida Lingslaya rebego Eleazara ben Cwi i korpulentnego jegomościa w amerykańskich okularach, obaj panowie długi czas czekali w milczeniu.
Po dwudziestu minutach na progu salonu ukazał się mister Dawid Lingslay. Był bledszy nieco, niż zwykle, i bardziej jeszcze sztywny. Patrząc gdzieś, w okno, powiedział matowym głosem:
— Zastanowiłem się przez noc nad propozycją panów i doszedłem do wniosku, że wczoraj rozumowałem niesłusznie. Istotnie, dlaczego zakładać zgóry, że ktoś musi się koniecznie zarazić? Miejmy nadzieję, że, przy skrupulatnej rewizji lekarskiej i kwarantannie, dżumę pozostawimy w Paryżu. Dziś jeszcze wyślę do mego sekretarza, do Nowego Jorku, odpowiednią szyfrowaną depeszę. Sądzę, że nie należy sprawy odkładać i że byłoby najlepiej, gdybyśmy mogli wyruszyć jeszcze tego wieczora.
Rabi Eleazar i pan w okularach w milczeniu skłonili głowy.

Zimny wschodni wiatr palcami wprawnego fryzjera ondulował niesforną czuprynę nocnego morza.
Okręt „Maurytania“ szedł pełną parą, ze zgaszonemi ogniami. Ostatnie zarysy brzegów rozpłynęły się dawno we mgle. Tłum pasażerów, który przez pierwsze godziny po odjeździe zalegał pokłady, zwolna rozpełzł się już po szufladach klas. W olbrzymim kadłubie okrętu, jak dwa przyczepione do jego żeber świetliki, błyszczały dwa okienka w rzędzie kajut pierwszej klasy.
Na kanapie jednej z kajut zwinięty w kłębek śpi stary szames i wargi jego przez sen powtarzają wyrazy niedokończonej modlitwy.
Przy stoliku, w starym pasiastym tałesie, jak siwobrody Neptun w pasiastym płaszczu kąpielowym, siedzi rabi Eleazar ben Cwi. Miarowo, w takt kołysania okrętu, kiwa się chudy tułów rebego Eleazara, a wargi jego szepcą modlitwę dziękczynną:
— Jam jest Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli...
Pomału kleją się bezsenne oczy rebego Eleazara i zwolna, w takt modlitwy, w stronę Mizrach, kołysze się olbrzymi, brzuchaty kadłub okrętu.
W narożnej, zachodniej kajucie, wyciągnięty na łóżku, z papierosem w ustach, leży mister Dawid Lingslay, wpatrzony w drgający na suficie cień lampy; przewraca się z boku na bok, zapala od niedopałka już dziesiątego papierosa. Jak hamak kołysze się pokój, wabiąc sen, a sen ucieka, jak kulka po spadzistej podłodze kajuty. Każde chybnięcie podłogi, to mila dalej od Europy, od Paryża, od dżumy, od śmierci, — to mila w głąb w puszystą, kwietną łąkę życia.
Na blacie szafki nocnej cyka niewzruszony, ironiczny zegarek: sześć godzin od chwili odjazdu z Europy.

Na drugi dzień, pod wieczór, rozpalone żelazko słońca rozprasowało bez śladu zmięte fałdy fal. Okręt szerokim łukiem skręcał na zachód, jak czarodziejska igła na obracającej się gigantycznej płycie gramofonowej oceanu.
Na wszystkich pokładach czarno było od pasażerów.
Z górnego pomostu paruset dżentelmenów w kraciastych kepi, otulonych w pledy, plamiło niepokalany błękit tła kłębami cygarowego dymu. Dżentelmeni co bardziej rześcy skracali sobie czas jużto golfem, jużto tenisem, jużto zwyczajnie brydżem. Bezcieleśni stewarci z tacami w ręku balansowali pobożnie między szezlongami, jak linoskoczki — na przeciągniętych nad przepaścią, niewidzialnych drutach, obawiając się uronić nietylko kroplę drogocennego płynu, ale nawet najmniejsze słówko lub mimowolne westchnienie.
Na pokładzie pierwszej klasy opaśli, podkarmieni panowie, przebierając w palcach paciorki breloków, delektowali się morzem, rozparci na wygodnych leżakach. Miękkostopi, gutaperkowi stewarci roznosili napoje chłodzące. Kilku pomysłowych młodzieńców, z dwóch przypadkowych trąb, bębna i naczyń kuchennych, skleciło improwizowany jazz-band i pod miauczące dźwięki modnej muzyki młodzież tańczyła do upadłego.
Na pokładzie trzeciej klasy, pasażerowie ubożsi, usadowieni na pękatych walizach, chwytali padające zgóry okruchy dźwięków, otwierając ze zdziwienia usta, jak ryby na przyjęcie rzucanej im bułki.
Naraz w grupie tańczących powstało nieopisane zamieszanie. Pokład opustoszał, jak zmieniony raptownym podmuchem. Wystraszeni tancerze pierzchnęli szerokim kołem. Wpośrodku koła, na ziemi, wił się młody człowiek w binoklach. Widocznie upadając stłukł jedno szkiełko i wytrzeszczone, krótkowzroczne oko, pozbawione osłony, wpatrywało się teraz z przerażeniem w uciekających. Młody człowiek, jak wyrzucona na piasek ryba, pluskał niezdarnie przydługiemi płetwami rąk.
Niewiadomo skąd, z za rogu, wyłonili się nagle dwaj ludzie w białych fartuchach, z noszami i, rzuciwszy na nie trzepocącego się, jak karp, młodzieńca, znikli za węgłem. Drugie szkiełko od binokli spadło i potoczyło się po pokładzie.
W jednej chwili cały pokład zawirował w zamęcie. Zażywni panowie, popychając się i gubiąc breloki, parli ku schodom, prowadzącym do kajut. Przez chwilę słychać była tylko zgiełk głosów i łoskot zatrzaskiwanych drzwi. Po pięciu minutach na pokładzie nie było już żywej duszy.
Wtedy, z jednego z foteli niewidocznych w cieniu komina wstał szpakowaty pan w kraciastem sportowem ubraniu. Powolnym, roztargnionym krokiem przemierzył pokład i oparł się o poręcz.
Szpakowaty pan zapalił papierosa.
Wdole, u burt, pluskały fale.

Nazajutrz rano powiał wiatr i chłostane nim morze zakołysało się trwożnie.
Na pokładzie pierwszej klasy było pusto i, jak lokaje po balu, snuli się po nim elastyczni, bezsenni stewarci.
Około godziny dziesiątej na pokładzie ukazał się szpakowaty pan w kraciastem sportowem ubraniu.
Szedł niepewnie, zataczając się nie w takt chwiejby okrętu. Uszedłszy parę kroków, natrafił na wygodny fotel u burty i opuścił się na niego ciężko. Wyjął z kieszeni lusterko w kosztownej skórzanej oprawie i uważnie zbadał swój język.
Bez określonego wyrazu na twarzy schował zpowrotem lusterko i ostrożnie rozejrzał się po pokładzie. Pokład był pusty. Upewniwszy się, że nikt go nie widzi, pan w sportowem ubraniu wykonał rękoma parę dziwnych ruchów, przypominających szwedzką gimnastykę. Następnie, nie przestając się oglądać, ukradkiem pomacał się pod pachami, jak człowiek w uwierającem go, za ciasnem ubraniu.
Na pokładzie zjawił się steward. Szpakowaty pan szybko wyjął z kieszeni książkę i pogrążył się w czytaniu. Z kąta jego roztaczał się widok na pokład trzeciej klasy, gdzie przycupnięci na swoich walizkach, stłoczeni pasażerowie rozwijali prowianty i skwapliwie zabierali się do śniadania.
Na pokładzie, gdzie siedział szpakowaty pan, stewarci rozstawiali poprzewracane fotele.
Szpakowaty pan szybko wertował książkę.
Było już dobrze po południu, gdy z dolnego pokładu do uszu jego doleciał hałas i zgiełk. Zgiełk był tak donośny, że szpakowaty pan oderwał się od książki i, przechyliwszy się przez poręcz, spojrzał wdół. Dolny pokład roił się w tej chwili, jak stratowane mrowisko. W czarnem mrowiu ludzi dostrzec było można uwijającą się parę białych fartuchów. Przysłoniwszy oczy dłonią, szpakowaty pan w innym rogu dolnego pokładu dojrzał dwa inne białe fartuchy. Trzecia para białych fartuchów schodziła z ciężarem po schodach, prowadzących do kajut. Na dole rozbrzmiewał lament i gwałt.
Szpakowaty pan wrócił do poprzedniej pozycji i zagłębił się w czytaniu książki. Zgiełk jednak najwidoczniej rozproszył jego uwagę, gdyż po chwili odłożył książkę i, wyciągnąwszy się w niedbałej pozie, przymknął oczy. Długi czas pozostawał tak bez ruchu i mogło się zdawać, że zasnął.
Po pewnym czasie jednak wyjął z kieszeni stylo i na wyrwanej z notesu kartce napisał parę słów. Potem wstał i stanowczym krokiem podążył w kierunku schodów, prowadzących nadół.
Znalazłszy się w kabinie radjotelegrafu, szpakowaty pan poprosił dyżurnego telegrafistę o przesłanie do Nowego Jorku pilnej szyfrowanej depeszy. Radjotelegrafista skłonił się z uszanowaniem. Zastukał aparat.
Wychodząc po chwili z kabiny, szpakowaty pan natknął się w drzwiach na korpulentnego jegomościa w rogowych okularach.
— A, to pan, panie Lingslay! — ucieszył się jegomość w okularach. — Szukam pana wszędzie. Za trzy godziny będziemy u celu. Czy wszystko w porządku?
— W najzupełniejszym. Pokazywałem wszak panu odpowiedź. Wszystko przygotowane. Dla całkowitej pewności wysłałem właśnie przed chwilą do mego sekretarza jeszcze jeden telegram.
— Doskonale — zatarł ręce pan w okularach.
Mister Dawid Lingslay spojrzał na zegarek:
— Za niecałe trzy godziny będziemy na linji krążowników, patrolujących wybrzeże. Pan będzie łaskaw dopilnować, aby zastosowano się ściśle do moich instrukcyj. Czy nie zapomniał pan o podniesieniu egipskiej bandery?
— Wszystko zrobione według pańskich wskazówek.
— Nie jest wykluczone, że, o ile na pokładzie któregoś z krążowników znajduje się przypadkowo jeden z niewtajemniczonych admirałów, będą one zmuszone nas ostrzeliwać. Oczywiście ślepemi nabojami. Niech pan będzie łaskaw uprzedzić o tem pasażerów dla uniknięcia niepotrzebnej paniki. Żeby mi nikt nie ważył się w zamieszaniu spuszczać na wodę łodzi ratunkowych! Dowódcy odcinka, powiadomieni o wszystkiem, oddadzą do nas najwyżej dla pozoru kilka ślepych wystrzałów. Jechać będziemy ze zgaszonemi ogniami. W ciągu pięciu minut będziemy po tamtej stronie linji.
— Czy nie zachodzi możliwość jakiejś komplikacji? — zagadnął niespokojnie pan w okularach.
— Wykluczone. Pokazywałem panu depeszę. Wszystko przygotowane do najdrobniejszych szczegółów. Obecność moja na pokładzie jest, sądzę, najlepszą tego gwarancją. Nie przypuszcza pan chyba, abym narażał się na niepewne.
— Naturalnie. Pytam się tylko tak, dla pewności. Wysłał pan jeszcze jedną depeszę?
— Tak jest. Za chwilę powinniśmy mieć odpowiedź.
Na pokładzie ukazał się chłopiec:
— Depesza dla mistera Dawida Lingslaya.
Mister Dawid przebiegł wzrokiem blankiet.
— Sekretarz depeszuje, że wszystko przygotowane — powiedział, mnąc kartkę w palcach. — Niech pan łaskawie uprzedzi pasażerów, jak to wskazywałem, i wyda ostatnie zarządzenia. W chwili przyjazdu spotkamy się na pokładzie.
Mister Dawid Lingslay wspiął się po schodach na pokład.
Zapadał szybko zmierzch. W półmroku, mister Dawid natknął się na dwie białe postacie, wynoszące na noszach jakiś ładunek. Skwapliwie ustąpił z drogi i przywarł do komina. W ciemności psztyknęła zapalniczka. Przytknąwszy do niej blankiet otrzymanej depeszy, mister Dawid zapalił nim papierosa. Wątły płomyk oświetlił na chwilę twarz, bladą, surową, prawie kamienną. Ogień zgasł. Twarz rozpłynęła się w mroku.

O godzinie dwunastej, na horyzoncie ukazały się światła pierwszych krążowników. Na pokładzie zapanowało silne ożywienie. W ciemności, tu i tam, zamiotały się postacie ludzkie, zabrzmiały krótkie odgłosy komendy. „Maurytanja“ ze zgaszonemi ogniami szła pełną parą.
Ognie na horyzoncie zbliżały się z każdą chwilą. W mroku można już było rozróżnić gołym okiem czarne kontury pływających gmachów. Z wieży jednego z nich, jak z rozpylacza, trysnął reflektor. Reflektor nerwowo pomacał morze i zatrzymał się na kadłubie „Maurytanji“, oślepiając snopem światła tłum znajdujący się na pokładzie.
Równocześnie drugi reflektor oświetlił pokład od strony północnej. W głuchej ciszy żałośnie, przeciągle zaskowytała syrena i skowyt jej, jedna z drugą, podchwytywały kolejno coraz dalsze. Naprężenie na pokładzie dosięgła szczytu.
Od jednego z krążowników z świstem oderwał się słup ognia i łukiem pocisku przeszybował nad „Maurytanją“.
— Strzelają ślepemi nabojami — szepnął konfidencjonalnie jegomość w okularach do otaczającej go grupy korpulentnych panów.
— Czy nie może się tam czasem przez pomyłkę zaplątać jakiś prawdziwy? — zagadnął niespokojnie pan z czarną śpiczastą bródką.
— Wykluczone — uśmiechnął się pobłażliwie pan w okularach. — Tam, gdzie wchodzi w grę mister Dawid Lingslay, nie może być mowy o pomyłce.
„Maurytanja“ szła naprzód, co pary w kotłach. Teraz już, równocześnie z trzech stron, trysnęły wgórę trzy słupy ognia i huk wystrzałów wstrząsnął zwisającą, jak żagiel, płachtą powietrza. Gdzieś, na końcu pokładu rozległ się krzyk, potem rumor walących się odłamków. Na okręcie powstało zamieszanie. Armaty biły bez przerwy. Ze środka pokładu „Maurytanji“ buchnął wgórę czerwony słup dymu, podpierając walące się niebo.
W tej samej chwili na pokładzie oświetlonym snopami reflektorów ukazał się stary szames w rozwianym chałacie i pobiegł z krzykiem, wymachując rękoma.
— Zabity! Rebe Eleazar zabity! — wrzeszczał oszalały szames.
— Mister Dawid Lingslay! Gdzie jest mister Dawid Lingslay?! — krzyczał pan w rogowych okularach, szarpiąc za piersi wszystkich napotkanych dżentelmenów i zaglądając im w twarze.
Wybuch desek i dymu odrzucił go na barjerę.
Pan w okularach spróbował wstać, ale jakiś olbrzymi niewidzialny gwicht przytłoczył go do ziemi. Pochylił się nad nim stary rozczochrany szames. Pan w okularach chciał coś powiedzieć. Z gardła wydobywał mu się chrapliwy świst. Szames nachylił się niżej.
— Depeszę... Wysyłał dziś do New Yorku nową depeszę.. — wyrzęził pan w okularach.
Pociski waliły bez ustanku. Tylna część kadłuba „Maurytanji“, zdruzgotana na miazgę, z błyskawiczną szybkością pogrążała się w wodę. Nad falami sterczał jeszcze tylko wystrzelający pionowo dziób.
Na dziobie, bodącym niebo, przerzucony przez poręcz wisiał mister Dawid Lingslay. Z oderwanej wraz z częścią tułowia ręki obfitym strumieniem spływała na pokład krew.
Mister Dawid Lingslay nie odczuwał bólu. Czuł, że powoli pogrąża się gdzieś wdół, ale nie była to woda, był to raczej miękki, posuwisty dźwig, który spuszczał go gdzieś w głąb, wzdłuż przesuwających się pięter świadomości. Mimo niego, w odwrotną stronę, wznosiły się inne szklane windy, pełne znajomych, nawpół startych twarzy. Na pierwszym planie mister Dawid dostrzegł nienaturalnie powiększoną twarz bratanka Arczi, o dobrych piwnych oczach, z kosmykami kasztanowatych włosów na mądrem, szerokiem czole; bratanek Arczi uśmiechał się. Mister Dawid Lingslay spróbował odzwierciedlić ten uśmiech dziwnie znieruchomiałemi kącikami warg. Czuł z dumą, że wykonał przed chwilą jakąś niezmiernie ważną pracę, na którą przez całe życie nie starczyło mu czasu i z której bratanek Arczi powinien byłby być bardzo zadowolony, ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć — jaką mianowicie. Potem oświetlone piętra stały się coraz rzadsze w czarnym, nieprzeniknionym szybie.

Powolny, kołyszący się dźwig miękko strącił go w śmierć.


IX.

Ciemną, bezgwiezdną nocą, środkiem Sekwany, od mostu Bercy na wschód, posuwał się niewielki czarny statek, podobny do olbrzymiego, pływającego katafalku ze zgaszoną świecą komina.
Na dziobie dwóch ludzi, opartych o burtę, czterema klinami oczu wrzynało się w mrok.
Na horyzoncie, niby biała krecha, nakreślona kredą na czarnem suknie nocy, jaśniała oślepiająca smuga światła.
— Za trzy minuty będziemy na pierwszej linji ognia. Jest za pięć dwunasta. Wypadnie nam poczekać ze dwie minuty przed linją — rzuciła półgłosem jedna z sylwetek.
— Noc, jak wymarzona. Byleby wiatr nie rozpędził chmur. Daję głowę, że uda nam się przejechać niepostrzeżenie. Obejdźcie no, towarzyszu, jeszcze raz cały pokład — czy nie zapomnieli gdzie zgasić światła. Niech nikt mi się nie waży palić! Ani pary z gęby! Dojeżdżamy.
Towarzysz Laval musiał na chwilę zmrużyć oczy. Holownik wyjeżdżał z za zakrętu. W odległości pół kilometra rzeka, zalana światłem, zdawała się płonąć. Towarzysz Laval gardłowym szeptem rzucił w tubę:
— Stop!
Śruby zawirowały na miejscu. Statek stanął jak wryty.
Teraz, w zestawieniu z murem światła, mrok wydawał się jeszcze czarniejszy i gęstszy. Woddali, na prawo i na lewo, ciągnął się oświetlony reflektorami pas strefy demarkacyjnej, jak rozżarzana do białości sztaba żelaza.
Towarzysz Laval cały zamienił się w słuch. Upłynęła długa, nieskończona minuta. Wśród niezmąconej ciszy, skądś z miasta, doleciały pierwsze uderzenia bijących północ zegarów. W tej samej niemal chwili, ztyłu, od strony miasta, rozległ się pierwszy huk, po sekundzie — łoskot padającego pocisku — i znowu cisza.
— Pudło! — syknął przez zęby Laval.
Raz po raz zagrzmiały dwa nowe wystrzały. Po chwili — trzeci, czwarty, piąty. Działa waliły jedno za drugiem.
Naraz, prawie równocześnie z grzmotem pękającego pocisku, runęła przegradzająca rzekę ściana światła i w wyłom, jak w lej, z świstem wtargnął mrok. Armaty huczały bez przerwy.
— Jazda! — ryknął w tubę towarzysz Laval.
Statek drgnął, szarpnął się naprzód i wleciał całym pędem w czarny tunel mroku. Gdzieś, woddali, trysnął reflektor drżącą, rozcapierzoną ręką ślepca obmacując obojętne niebo.
Wtedy na niebie, w aureoli światła, ukazał się czarny rozkołysany balon. Równocześnie prawie wystrzeliła ku niemu ogoniasta raca pocisku.
— Tak. Wszystko jak z nut — mruknął, zacierając ręce towarzysz Laval. — Teraz pobawią się zdziebko balonikiem, póki nie przejedziemy. No, jeszcze go raz!
W kierunku kołyszącego się balonu raz po raz wybiegały w niebo taneczne rakiety pocisków. Pogrążony w mroku Paryż odpowiadał kanonadą.
Statek, jak zdyszany szybkobiegacz, wielkiemi haustami połykał przestrzeń. Wyszczerbiona ściana światła została już gdzieś wtyle. Teraz, z prawej i z lewej strony, brzeg mienił się i migotał tysiącem świateł, huczał głuchym podmuchem alarmu.
Nagle, pod pocałunkiem jednej z rac, czarny niedołężny balon prysł czerwoną bańką płomieni i, jak olbrzymi gorejący motyl, zaczął spadać wdół.
— Zawcześnie trochę, do licha! — mruknął, obserwując go z pod oka Laval. — Gotowi teraz zwrócić uwagę i na nas...
Armaty biły ciągle, choć już słabiej i rzadziej.
Rzeka w tem miejscu zwężała się widocznie i padające na nią z brzegów światła wycinały w fantastyczne ząbki jej jednolity czarny galon. Kanonada zwolna zaczynała ucichać. Jeszcze jeden, jeszcze dwa ostatnie wystrzały, jak spóźnione oklaski — i gruba kurtyna ciszy zapadła bezpowrotnie.
Towarzysz Laval wstrzymał dech w piersiach i całem ciałem w napięciu oczekiwania naległ na burtę, jakby pragnął osłonić przykrótkiemi skrzydłami rąk, jak kura — niesforne pisklę, hałaśliwy, zziajany holownik.
Stopniowo światła na brzegu poczęły rzednąć, wyskakując jeszcze pojedyńczo, to tu, to tam, i spłoszone uciekały wtył, jak błędne ogniki. Jeszcze trzy, cztery ostatnie semafory, i statek wjechał w czarną wyrwę nocy.
Długi czas jechali w zupełnych ciemnościach, ciężkiemi ciosami śruby odmierzając przestrzeń. Wreszcie towarzysz Laval zapalił papierosa i zaciągnął się nim łapczywie. Przy migotliwem świetle zapałki spojrzał na zegarek: pięć minut po pierwszej.
Laval nachylił się nad tubą:
— Wszyscy na pokład! — zakomenderował donośnie.
W jednej chwili pokład zaroił się od kilkunastu rosłych postaci.
— Możecie zapalić, towarzysze. Zaraz dojeżdżamy. Ustawić na pokładzie reflektory! Mniejszy możecie zaświecić. A teraz — uwaga! Na lewym brzegu powinna tu gdzieś wpobliżu być przystań i kilka galarów. Kto zobaczy pierwszy, — niech da znać. Boję się, czyśmy już nie przejechali. Jest tu towarzysz Monsignac? Wyście służyli, towarzyszu, w lekkiej marynarce? Umiecie dobrze drapać się po linach? Dobra. Będziecie mi potrzebni.
— Galar! Jest galar! Są dwa, trzy, cztery galary! — zabrzmiało naraz kilka głosów. — Jest i przystań!
— Stop!
Statek zatrzymał się.
— Zaświecić oba reflektory! Tuż nad brzegiem powinna być szosa.
— Jest! Jest szosa! — ozwały się głosy.
— Dobra! Gdzieś tu, nad brzegiem, szosa się rozdwaja. Jedna odnoga idzie w głąb lądu. Musieliśmy ją przegapić. Dać tylną parę! Bliżej brzegu! Tak.
Statek powoli zaczął się cofać wstecz.
— Jest odnoga! — krzyknął ktoś z bakbortu. — Stop!
Holownik stanął.
— Zaświecić wszystkie reflektory! Oświetlić mi dobrze to miejsce! Dobra! Widać jak na dłoni. Jeszcze trochę bliżej! Stać! Wystarczy! Towarzyszu Monsignac, chodźcie tu bliżej. Widzicie ten węzłowy słup telegraficzny, od którego druty rozchodzą się na trzy strony? Ile też może być od niego do nas?
— Z dziesięć metrów będzie — powiedział po namyśle, szacując przestrzeń okiem znawcy, krępy marynarz.
— Potraficie zarzucić na niego linkę?
— Czemu nie? Jakby tak jeszcze podjechać trochę bliżej...
Statek posunął się jeszcze o dwa metry w kierunku brzegu.
— Stop! Nie dojeżdżać do samego brzegu! — komenderował Laval. — Tak. A teraz próbujcie, towarzyszu, zarzucić linkę. Tylko zróbcie mocną pętlę, żebyście mogli po linie przejść z pokładu prosto na słup. Będziecie musieli przeciąć druty z lewej strony i z prawej i połączyć nasze z drutami prostopadłemi do brzegu.
— Pocóż, towarzyszu, w takim razie po lince? Zeskoczę na brzeg i migiem jestem na słupie. A z linką — długa mitręga.
— Na brzeg zeskakiwać ani się ważcie! Kto zeskoczy na brzeg — kula w łeb! — uprzedził surowo Laval. — Jeżeli nie jesteście baba, tylko marynarz potraficie dostać się na słup po linie wprost z pokładu.
— Potrafić potrafię, ale czasu dużo zejdzie. Czasu szkoda. Świt nas przyłapie.
Towarzysz Laval odciął sucho:
— Dyskutować będziemy, towarzyszu, po powrocie. Jak wam szkoda czasu, to go nie traćcie po próżnicy. Rzucajcie linkę.
Towarzysz Monsignac w milczeniu zawiązał pętlę, zamierzył się, zarzucił i chybił.
— Mówiłem, że tak łatwo nie pójdzie... — mruknął pod nosem, zamierzając się do nowego rzutu.
Po piętnastu minutach linkę udało się wreszcie przymocować. Przysadkowaty marynarz przewiesił przez ramię wiązkę drutu, zatknął za pas obcęgi i nożyce i, zakasawszy rękawy, zwinnie jął piąć się po linie w stronę słupa.
Laval wyjął z pochwy rewolwer.
— Towarzyszu Monsignac, na wypadek, gdyby przyszło wam do głowy nie wrócić na pokład i zeskoczyć na ziemię, pamiętajcie, że, nim jej dotkniecie, pierwsza kula z tego rewolweru roztrzaska wam łeb.
Zajęty wspinaniem się marynarz nie odpowiedział. Po chwili siedział już okrakiem na wierzchołku słupa. Dwa przecięte rzędy drutów, jak pęknięte struny, z brzękiem zsunęły się na ziemię. Przez długą chwilę marynarz majstrował jeszcze na wierzchołku.
— Zrobione? — zapytał z pokładu Laval.
— Zrobione! — odkrzyknął marynarz.
— No, to jazda zpowrotem!
Marynarz przez chwilę zdawał się mierzyć odległość dzielącą go od ziemi, potem — odległość od statku, czarny wymierzony w niego mauzer towarzysza Lavala i w milczeniu, posłusznie zaczął spuszczać się po linie na pokład. Stojąc już nogą na pokładzie, splunął przez zęby i burknął:
— Schowajcie swój mauzer — towarzyszu komendancie. — Odstrzelilibyście lepiej linkę. Celny z was podobno strzelec.
Towarzysz Laval bez słowa zmierzył się i strzelił. Linka upadła w wodę. Wciągnięto ją na pokład. Marynarz mruknął coś pod nosem z uznaniem i zabrał się do rozwijania drutów, przymocowanych drugim końcem do słupa.
— Odbić na środek rzeki! — zakomenderował Laval. Statek zwolna wypłynął na środek, ciągnąc za sobą dwie cienkie nitki drutów.
— Stać! Towarzyszu Monsignac, macie tu aparat telefoniczny, przymocujcie do niego końce drutów.
Marynarz zakrzątnął się koło aparatu. Nie szło mu jakoś, bo co chwila klął głośno i spluwał przez zęby. Po upływie dobrych dwudziestu minut aparat był gotów.
Towarzysz Laval ujął słuchawkę.
— Zaświecić wszystkie światła! I cisza!
Zachrzęściała sucho korba polowego aparatu.
Długo w słuchawce przelewała się wieczność, zanim rozległo się w niej skądś, zdaleka, cierpliwe, smętne: Halo—o—o...
— Halo! Tansorel! — krzyknął w tubę Laval.
— Tansorel... — odebrzmiała jak echo, słuchawka.
— Zawołać do telefonu mera!
— Kto mówi?... — doleciało zoddali.
— Mówi prefektura — ciągnął spokojnie towarzysz Laval. — Proszę zbudzić natychmiast mera i proboszcza i wezwać obydwóch do telefonu. Sprawa ważna.
— Proszę nie odkładać słuchawki... — zabrzmiało echo.
Towarzysz Laval, wsparty łokciem na kolanie, ze słuchawką przy uchu, czekał, dopalając papierosa. Minęło z dziesięć minut.
Naraz w słuchawce zakaszlały czyjeś przyśpieszone kroki. Zoddali nadleciał, zatrzepotał, zabrzęczał głos, zaplątany w pajęczynie drutów.
— Tu — mer Tansorel.
— Czy zbudzono proboszcza?
— Już idzie.
— Niech pan mu da drugą słuchawkę. Sprawa dotyczy i jego. Nie chcę powtarzać dwa razy — mówił tonem rozkazującym Laval.
— Słuchamy. Kto mówi? Czy to pan, panie prefekcie?
— Proszę słuchać uważnie. Mówi ekspedycja paryskiej republiki radzieckiej. Dziś o godzinie dwunastej w nocy przedarliśmy się przez kordon i przyjechaliśmy tu po żywność. Proletarjat Paryża zdycha z głodu. Statek nasz stoi na rzece, naprzeciwko przystani. Mówię z pokładu. Nie próbujcie telefonować o pomoc do garnizonu. Wszystkie druty telefoniczne — przecięte. Jedyna linja, jaka wam pozostała, łączy was z naszym statkiem. Słuchajcie teraz uważnie. Przyjechaliśmy w zamiarach pokojowych. Statek stoi na środku rzeki i, jeżeli wykonacie na termin nasze żądania, nie przybije wogóle do brzegu. Przyjechaliśmy po żywność dla zdychającej z głodu biedoty paryskiej. Jeżeli w ciągu godziny nie dostarczycie nam do przystani i nie naładujecie na galary sześciuset worków mąki, wysiadamy na brzeg, splądrujemy i zbombardujemy wieś. Dajemy wam godzinę czasu. Wy, obywatelu merze, rozbudzicie natychmiast wieś, wyznaczycie podwody i pokierujecie dostawą do przystani. Wy, obywatelu proboszczu, użyjecie swojego wpływu, żeby przekonać ociągających się i dopilnujecie, żeby wszystko było na czas. Nastawcie obydwaj swoje zegarki. Jest za dziesięć minut druga. Jeżeli za dziesięć trzecia, na szosie, prowadzącej do przystani, nie zjawi się pierwsza podwoda z mąką, przybijamy i wysiadamy na brzeg. Posłuchem i punktualnością uchronicie od zarazy siebie i całą Francję. Zrozumiane, obywatelu merze? Sześćset worków mąki za godzinę w przystani.
W słuchawce dzwoniła cisza. Po długiej chwili zachrobotało w niej pierwsze, z wysiłkiem wykrztuszone słowo:
— Ależ w naszej wsi nie ma tyle mąki...
— Znajdzie się. Nie trzeba wcale daleko szukać. Weźmiecie z młynu braci Plon. Załadujecie na galary tartaczne. Widzicie, że znamy waszą miejscowość niegorzej od was. Nie zapomnijcie wziąć z młyna plandek do przykrycia galarów. Czy zrozumieliście mnie dobrze?
— Zrozumieliśmy... — wyjękło echo.
— Doskonale, wiedziałem z góry, że mam do czynienia z ludźmi inteligentnymi. Nie traćmy wobec tego czasu. Dodaję wam pięć minut na sprawdzenie tego, co wam powiedziałem. Możecie przez ten czas przekonać się, że druty wasze są naprawdę przecięte i że wieś znajduje się w polu obstrzału naszego statku. Dla pewności uprzedzam was, że pierwszy konny posłaniec, czy rowerzysta, któryby ukazał się na szosie, dostanie kulą w łeb. A teraz — do rzeczy. Powtarzam jeszcze raz: Jeżeli za godzinę wozy z mąką ukażą się na brzegu i w pół godziny galary będą naładowane, odjedziemy, nie przybijając do brzegu i nie robiąc nikomu nic złego. Przyjechaliśmy nie na rabunek, tylko po żywność dla głodujących. Czas leci. Do widzenia! Za godzinę!
Towarzysz Laval powiesił słuchawkę i nerwowym krokiem przeszedł się po pokładzie. Z niezdecydowanego głosu w słuchawce nie mógł wywnioskować na pewno, czy wieś usłucha rozkazu, czy też zatnie się w uporze. Gryzła go niepewność. A co, jeżeli nie? Jeżeli za godzinę nie zjawi się na brzegu nikt? Co wtedy? Wtedy — trzeba będzie zawracać i odjeżdżać z próżnemi rękoma. Wiedział przecież dobrze, że do brzegu mimo wszystko nie przybije. Wtedy — cała wyprawa do djabła.
Towarzysz Laval w bezsilnej złości spluwał przez zęby, ściskając w ręku zegarek z żółwio powolną skazówką...
Tymczasem na drugim końcu drutu, we wsi, rozpętał się już nieopisany tumult, trzask zamykanych i otwieranych drzwi, nawoływania i bieganina. Ludzie z latarniami, zaspani i oszołomieni, tłoczyli się na drodze do młyna.
Na progu, blady, rozczochrany mer, bez kołnierzyka, w narzuconej w pośpiechu marynarce i butach, włożonych na bosą nogę, wydawał gorączkowe rozkazy. Pierwsza podwoda, naładowana mąką, odjeżdżała już w stronę przystani.
Nagle, rozpychając tłum, w oświetlonym kręgu drogi ukazał się zadyszany proboszcz w rozwianej sutannie.
— Czekaj pan! Czekaj pan — krzyczał zdaleka proboszcz, wymachując rękoma. — Mam myśl!
Mer pobiegł na jego spotkanie.


Powolna skazówka docierała już do trzeciej, gdy na zakręcie szosy ukazał się pierwszy wóz z garbem białych worków.
Towarzysz Laval otarł chustką pot z czoła i, rozweselony wetknął zegarek do kieszeni.
Za pierwszą podwodą ukazała się druga, trzecia, — długi tren, biała, śpiewnie skrzypiąca litanja wozów. W jaskrawem świetle reflektorów, umączeni, wylękli chłopi, uginający się pod ciężarem, podobni do skrzętnych mrówek, znosili białe, pękate bele do pływającego mrowiska galarów. Śnieżne góry na szkutach rosły z chwili na chwilę.
Towarzysz Laval trwożnie zerknął na zegarek. Minęła już godzina, a kończono ładować dopiero drugi galar. Gdzieś daleko, czarny szew widnokręgu, sczepiający ziemię z niebem, rozłaził się w oczach, jak znoszona, przetarta materja i, poprzez rosnące pęknięcie, prześwitywała szara podszewka brzasku. Towarzysz Laval z niepokojem odwracał się co chwila w tę stronę.
Gdy wreszcie trzeci galar był gotów, zegarek wskazywał pół do piątej. Smuga brzasku na wschodzie zarysowała się już szeroką szczeliną. Śnieżne wzgórki szkut, jakby przygrzane pierwszemi promieniami słońca, zazieleniły się nieśmiałą murawą brezentu. Nie należało tracić więcej ani chwili.
Przeskakując z burty na burtę, załoga pośpiesznie sczepiała linami galary, odepchnięte żerdziami na środek rzeki, i przymocowywała je do holownika. Cisnąca się na brzegu gromada przypatrywała się tej pracy w milczeniu.
Towarzysz Laval ujął jeszcze raz słuchawkę:
— Hallo! Kto mówi? Urzędnik pocztowy? Doskonale. Proszę powiedzieć merowi, żeby jutro, jak będzie naprawiał przecięte linje, spalił przedtem na wszelki wypadek węzłowy słup telegraficzny i postawił na tem miejscu nowy. Tak, to wszystko, co chciałem powiedzieć. Oddajcie mieszkańcom Tansorelu proletarjackie pozdrowienie od rewolucyjnego Paryża.
Towarzysz Laval odstawił aparat.
— Wszyscy na pokład! Ustawić się w rząd! Jest piętnastu? Dobra. Na stanowiska! Odciąć druty! Zdjąć reflektory! Pogasić światła! Ruszamy!
Statek drgnął, zachybotał na miejscu i ciężko popłynął, roztrącając pyskiem fale, jak olbrzymi wielbłąd z trzema garbami szkut.
— Jedziemy całą parą!
Towarzysz Laval przemierzył pokład. W ciemności natknął się na czyjąś postać, wspartą na burcie.
— To wy, towarzyszu Monsignac? Jak myślicie, będziemy w Paryżu przed świtem?
— Nie widzi mi się, z takim ładunkiem.. — odparł pochmurnie marynarz.
— Ale zato jedziemy teraz z prądem, to i lżej.
Marynarz bez słowa odwrócił się i wskazał ręką na rozpruwający się coraz dalej szew horyzontu.
— Dnieje — powiedział sucho. — Nim dojedziemy, rozwidni się do reszty.
Towarzysz Laval długo, z niepokojem wpatrywał się w rosnącą w oczach cielistą szparę.
— Spóźniliśmy się... — szepnął w zamyśleniu.
Po bokach płynęły szare, zarysowujące się już wyraźnie brzegi, usiane pierwszemi odpryskami świateł.
Towarzysz Laval nie wiedział, że z Tansorel, godzinę temu, bocznemi, polnemi drożynami, wyjechał na rowerze w stronę miasta mały, zgarbiony człowieczek.
Mały człowieczek przybył do miasta, gdy szara roztaj na niebie rozlała się już szeroko.
Po dziesięciu minutach elastyczne, gumowe słowo, jak piłka, toczyło się po drutach na wyścigi z zadyszanym holownikiem. Słowo, przeskakując z drutu na drut, wyprzedziło holownik i potoczyło się dalej, w las czerwonych, migocących światełek.
W dwadzieścia minut później, w sztabie armji kordonowej, w miękkim, nadymionym salonie starego pałacyku, toczył się następujący dialog:
Porucznik: Czy będziemy ostrzeliwali ich holownik?
Kapitan: Oczywiście, wydałem już odpowiednie zarządzenia.
Porucznik: Właściwie... skoro już przejechali... w dodatku, jak donosi depesza, nie przybijali wcale do brzegu i zachowali wszelkie środki ostrożności... — coby nam szkodziło przepuścić ich z tą żywnością do miasta? Przecież w tej chwili nie stanowią już żadnego niebezpieczeństwa i, topiąc ich, nic na tem właściwie nie zyskujemy.
Kapitan: Pan oszalał, Monteloup! Przepuścić ich bezkarnie do miasta? Żeby jutro przedarł się kto inny? Od czegóż w takim razie jest kordon? Czelność musi być ukarana w sposób bezwzględny. W dodatku zapomniał pan chyba, że to bolszewicy i że wiozą żywność dla swojej komuny? Maże mamy jeszcze żywić ich komunę? Dziękuję uprzejmie!
Porucznik: Ależ nie ja bynajmniej... Tylko poprostu... myślałem... skoro już przejechali...

W Paryżu, koło mostu Bercy, od godziny trzeciej w nocy gromadzić się jęły tłumy ciekawych, spoglądające niespokojnie na wschód, gdzie między rozchylonemi wargami nieba i ziemi przezierała już biała szrama brzasku.
O godzinie piątej biała szrama zajęła już połowę nieba. Powrót wyprawy stawał się coraz mniej prawdopodobny. Zawiedziony tłum zaczął pomału rozchodzić się do domów. Wówczas to, od wschodu, rozległ się łoskot pierwszego armatniego wystrzału. Tłum drgnął, zachybotał i całem ciałem szarpnął się w tę stronę.
— Jadą! — przeleciał pogwar.
Armaty biły jedna przez drugą. Tłum wzbełtaną falą rozlał się wzdłuż brzegu. Jakaś kobieta zawodziła na cały głos, łopocąc, jak ptak, na żelaznej poręczy mostu. Po dziesięciu minutach kanonady, pomruk zamienił się w wycie.
Nagle ktoś z brzegu pierwszy ryknął:
— Jadą!
Zaległa cisza.
Na zakręcie rzeki ukazał się czarny holownik ze strzaskanym kominem i zwisającemi bezsilnie szczątkami pokładu. Holownik, dysząc ciężko, leżąc już prawie na boku, ostatkiem sił ciągnął za sobą dwa galary. Na miejscu trzeciego czarna oderwana burta powłóczyła płetwami potrzaskanych desek.
Holownik zwolna zbliżał się do mostu. Entuzjazm tłumu dosięgnął szczytu:
— Laval! Niech żyje Laval!
Holownik z trudnością dobił do brzegu. Na piasek zeskoczył przysadzisty, zakrwawiony marynarz.
— Laval! Gdzie jest Laval? — ryczał tłum.
Marynarz przewiązaną ręką wskazał na pokład.
Kilku czerwonogwardzistów wskoczyło na statek. Tłum przycichł w oczekiwaniu.
Po paru minutach na pokładzie ukazali się dwaj czerwonogwardziści, niosący coś na rozpostartym, jak nosze, płaszczu.
Tłum pochylił się naprzód.
Na płaszczu leżał człowiek, z przymkniętemi oczyma, z odrzuconą wtył głową. W miejscu, gdzie powinny były znajdować się nogi, miał ochłap skrwawionej galarety.
Tłum odsłonił głowy i rozstąpił się w milczeniu.
Przez improwizowany szpaler czerwonogwardziści przenieśli towarzysza Lavala do narożnej apteki.
Zakotłowało.

W białym szpitalu, przejściem między łóżkami, szło czterech ludzi w błękitnych płaszczach żołnierskich. Prowadzący ich sanitarjusz zatrzymał się przy jednem z łóżek.
— To tu, towarzyszu dowodzący.
Towarzysz Lecoq pochylił się nad posłaniem.
Powieki rannego, na które padł cień, drgnęły, zatrzepotały, jak płomyk, co za chwilę uleci, i wielkie, szkliste oczy rozwarły się, spoczęły na twarzy towarzysza Lecoq’a. W zetknięciu ze znajomą twarzą szklane oczy zakwitły uśmiechem. Wargi poruszyły się bezwiednie, załopotały, jak skrzydła, i przepuściły nieporadne, przedzierające z wysiłkiem kokon ust, słowo:
— To wy, towarzyszu dowodzący?... Widzicie? Przywiozłem... Jeden galar mi tylko zatopili, dranie... — wyrzęził siniejącemi już wargami.
Towarzysz Lecoq pochylił się nad nim bez słowa i złożył na tych wargach cichy braterski pocałunek.
Towarzysz Lecoq nie powiedział umierającemu ze szczęśliwym uśmiechem człowiekowi, że w czterystu przywiezionych workach, zamiast mąki znaleziono — piasek...

W trzy dni później wygłodzona ludność komuny przypuściła szturm do barykad koncesji anglo-amerykańskiej. Wystraszeni dżentelmeni do obrony zmobilizowali armję z zamieszkujących terytorjum koncesji mieszczuchów francuskich. Walka na barykadach trwała kilka dni, a odznaczała się szczególną zaciętością i okrucieństwem. Poległ w niej towarzysz Lecoq, nie zdążywszy dopisać swej historji zadżumionego Paryża, a wraz z nim wielu innych wybitnych przywódców komuny.
Nowy głównodowodzący topniejącemi wojskami republiki radzieckiej Belleville postanowił sforsować barykady przy pomocy ciężkiej artylerji, ustawiwszy baterje na Czerwonym Pagórku. Wezwana do poddania się koncesja angielska odpowiedziała odmownie.
I kto wie, widownią jakich nowych straszliwych scen, jakich fantastycznych wojen stałby się jeszcze wielojęzyczny, wojujący Paryż, gdyby dobrotliwa dżuma nie zdystansowała swego współzawodnika — głodu.
Dnia 1 września, na terytorjum kilkunastu państewek, oznaczonych na mapie jednym wspólnym krążkiem Paryża, nie pozostało ani jednej żywej duszy.
Tegoż samego dnia, skonsumowawszy ostatniego paryżanina, dżuma opuściła Paryż równie nagle, jak się w nim zjawiła.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł frencz — kurtka o wojskowym kroju, z klapami i czterema zewnętrznymi kieszeniami


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Jasieński.