Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dostawią nam żywność elegancko za kordon. Takie jest, towarzysze, moje zdanie. Skończyłem.
Zadudniło równocześnie kilkadziesiąt głosów.

Późnym wieczorem rada delegatów robotniczych i żołnierskich republiki radzieckiej Belleville, przychylając się większością głosów do wniosku towarzysza Lavala, wyrzuciła w przestrzeń dwie iskrówki.
Odpowiedzi nie otrzymano.

W dwa dni później ponowne posiedzenie rady delegatów akceptowało wniosek towarzysza Lerbier, polecając komisji wojskowej opracowanie szczegółowego planu zbrojnego opanowania koncesji anglo-amerykańskiej.
Wychodząc z posiedzenia towarzysz Laval nacisnął głęboko na czoło czapkę, co zawsze świadczyło o jego silnem wzburzeniu, i zapuścił się w kręte, słabo oświetlone uliczki. Mżył drobny deszcz.
Fiasko przedwczorajszego wniosku dotknęło towarzysza Lavala do żywego, jak osobista zniewaga, napełniając go głuchą wściekłością.
— Dranie! Gwiżdżą na nasze pogróżki! Chcą nas wymorzyć głodem! — mruczał przez zaciśnięte zęby.
Wiedział dobrze: imperjaliści. Jakież tu mogą być z nimi układy? Nie wzruszą się losem zdychającego proletarjatu. Ale liczył, że ulękną się zarazy. Nie zechcą ryzykować. Nie, nie zlękli się. Mocno widać pewni są swojego kordonu. Wytłuką, jak psów. Nie podpuszczą na kilometr.
I głucha, bezsilna złość bulgotała w sercu towarzysza Lavala.
Nienawidził tej zgrai każdem włóknem, na samo jej wspomnienie krtań ściskał mu bolesny skurcz. Zatratowali już raz ciężkiemi buciskami żołdactwa Komunę Paryską. Teraz czekają spokojnie, aż powyzdychają wszyscy z głodu