Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/167

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Czekaj! — woła za nim rotmistrz Sołomin.
    Chłopak zatrzymuje się i odwraca wylękły, niezdecydowany.
    — Czekaj, zapomniałem postawić ci na twoim paszporcie pieczątkę — mówi Sołomin, posyłając wślad za nim kulę z nagana.
    Żyd pada nawznak z rozcapierzonemi niezgrabnie rękoma.
    Wasja zna się na rzeczy, chwyta wlot. Karabin przewiesił przez ramię, biegnie na róg, gdzie leży chłopak, pochyla się nad nim, wyciąga mu z zanadrza jakiś przedmiot i, wymachując nim w powietrzu, powraca biegiem do oficerów.
    — W sam środek! — woła zdaleka, potrząsając małą czerwoną książeczką.
    Wystrzępiony sowiecki paszport przedziurawiony jest w środku na wylot i dokoła otworu od kuli czerwoną obwódką pieczątki zakrzepła krew.
    Oficerowie ze szmerem uznania podają sobie z rąk do rąk małą czerwoną książeczkę.
    — No, czas spać — mówi, odsuwając krzesło i bębniąc szpicrutą po cholewie, rotmistrz Sołomin. Radzę panom zrobić to samo. Za dwie godziny muszę być w Pałacu Burbońskim. Wyspać się przecież też kiedyś trzeba. Do widzenia — do wieczora.

    W wygodnym parterowym pałacyku, którego drzwi otworzył mu ordynans, panował gęsty chłód i półmrok zapuszczonych rolet. Sołomin wyciągnął się na miękkim szezlongu i kazał zdjąć sobie buty. Krzątający się na palcach ordynans przyniósł poduszkę i ulotnił się z pokoju, zamykając za sobą bez szmeru drzwi.
    Sołomin pogrążył się w miękką błogość puszystej, jak dywan, ciszy. Nie tak dawno zaczął korzystać z dobro-