Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/175

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    punktów. Francuzi wysuwali dodatkowe klauzule, nie zgadzali się na projekt wypłat progresywnych, żądali natychmiastowego, gotówkowego załatwienia sprawy. Posiedzenie ciągnęło się w nieskończoność.
    Rotmistrz Sołomin, nie biorący czynnego udziału w obradach i zachowujący dostojne milczenie, ziewał dyskretnie w dłoń i znudzonym wzrokiem błądził po suficie.
    W chwili, gdy układy zdawały się już pomyślnie zmierzać ku końcowi, siwy pan, o wąskim, wydłużonym nosie, wyjął z kieszonki zegarek i ogłosił przerwę śniadaniową.
    Przewodniczący delegacji rosyjskiej, zdenerwowany tą nową zwłoką, próbował zaoponować, przekładając, że do chwili sfinalizowania układów pozostało jeszcze najwyżej pół godziny, że odkładać sprawy dłużej nie należałoby i że po załatwieniu jej wszyscy zdążą swobodnie udać się na śniadanie. Panowie o burbońskich nosach zdawali się nie słyszeć jego słów i, jak na komendę, wstali od stołu, przyczym siwy pan niewzruszonym głosem oświadczył, że dalszy ciąg obrad rozpocznie się o godzinie drugiej. Delegacji rosyjskiej nie pozostało nic innego, jak, zagryzłszy wargi, odsunąć krzesła i udać się na przechadzkę w oczekiwaniu ponownego rozpoczęcia układów.
    W poszukiwaniu pisuaru rotmistrz Sołomin zabłądził wśród nieskończonych kuluarów i długo wałęsał się, napróżno szukając zgubionej sali. Kiedy wreszcie natrafił na schody i znalazł się na ulicy, kolegów przed pałacem już nie było; najwidoczniej, nie mogąc się go doczekać, udali się bez niego na miasto.
    Rotmistrz Sołomin powolnym, spacerowym krokiem zapuścił się w ciche, szkliste od asfaltu ulice. Znał tę dzielnicę dobrze. Odwoził tu, nie tak jeszcze dawno temu, po teatrze, starszych, bogatych panów z nieodłączną rozetką legji honorowej w butonierce. Najgorsi pasażerowie! Zawsze kombinują: wsypie ci taki w rękę pełną garść drobniaków, rachuj do jutra, nie dorachujesz się — pięć sous napiwku.