Palę Paryż/Część III/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Jasieński
Tytuł Palę Paryż
Data wydania 1931
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Drukarz Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



CZĘŚĆ TRZECIA



I.

A jednak pozostał ktoś, kogo nie dojrzała przez grube, szczelnie zasunięte mury.
Na zatopionych przypływem śmierci polach Paryża, w cichej godzinie odpływu, wynurzone z opadających fal, jak białe łysiny mielizn na martwej przestrzeni wód, kołysały się trzy żywe wysepki ludzkie.
Były to, odcięte od reszty świata chłodnym golfstromem prawa, wyspy robinsonów o golonych głowach.
Zagubione wśród delty ulic, odgrodzone wydzielającym się z ich ścian, właściwym im fluidem izolacji, podległe własnym wewnętrznym prawom samoistnych organizmów, jakby w innej położone rzeczywistości, przetrwały one długie tygodnie, nietknięte, obojętne, jak dziwne pływające domy, zmyte w nocy powodzią i unoszące się rankiem na jej powierzchni, pełne uśpionych, nie podejrzewających niczego ludzi.
Ogłupiali dozorcy więzienni, w obawie przed odpowiedzialnością i w oczekiwaniu jakichś urojonych instrukcyj, otoczyli je podwójną obręczą jak najściślejszego odosobnienia. Obawa, by słuch o panujących nazewnątrz epidemji i rozprzężeniu, wtargnąwszy do natłoczonych więzień, nie stał się hasłem do buntu, paraliżowała im języki.
Korzystając z innych zbiorników wody, więzienia, zwykłym zbiegiem okoliczności, ustrzegły się przed zakażeniem śmiertelną bakterją pierwszego zaraz dnia. Zaopatrzone obficie własne składy żywnościowe w połączeniu z najsurowszą izolacją — dokonały reszty.
Tak zaszedł ten fakt, nieprawdopodobny, choć w gruncie rzeczy prosty: w swych wędrówkach po mieście dżuma otarła się wielokrotnie o wysokie średniowieczne mury, o zatrzaśnięte hermetycznie bramy dziwnych wysepek i poszła dalej w noc, w mrok, w gmatwaninę ulic i zaułków.
Wpośrodku i na krańcach zapowietrzonego miasta, ogrodzone groblami murów, pozostały trzy nietknięte wysepki, zamieszkane przez tłumy stłoczonych na ciasnym kwadracie ludzi o golonych głowach, pozbawionych oddawna kontaktu ze światem zewnętrznym i przebierających swój monotonny różaniec więziennych dni, nie domyślając się nawet, co się święci w tej chwili po tamtej stronie ścian.
Od pierwszego zaraz dnia epidemji przez mury więzień przestały przesączać się dzienniki, co wywołało protest i demonstrację uwięzionych. Gdy demonstracja nie odniosła skutku, rozpoczęto głodówkę. Głodówka trwała cztery tygodnie i, nie dopiąwszy niczego, zakończyła się wreszcie kapitulacją. Jednym realnym jej rezultatem było zaoszczędzenie żywności, która dzięki temu starczyć mogła jeszcze na kilka dni.
Po wstrzymaniu gazet nastąpiło zkolei pogorszenie i uszczuplenie porcji strawy więziennej. Wyczerpani głodówką aresztanci składali to na karb obostrzenia karnego reżymu. Pogorszenie jadła stawało się jeszcze kilkakrotnie powodem dłuższych lub krótszych głodówek, które, zaoszczędzając zapasy, odsuwały tylko dzień ostatecznego rozwiązania.
Porcja jedzenia stawała się z każdym dniem skąpsza. W obawie odwetu ze strony więźniów mizerna grupka dozorców więziennych, zamkniętych wraz z nimi w tych mimowolnych arkach Noego na falach powszechnego potopu, skasowała samorzutnie przepisowe przechadzki, nie ważąc się wypuszczać z cel tej rozjuszonej masy ludzkiej.
Pozbawiony swych elementarnych przywilejów tłum, stłoczony w ciasnych antałkach cel, fermentował, grożąc lada chwila ich rozsadzeniem. Przepełnione dziesięciokrotnie ostatniemi represjami cele trzeszczały w swych kamiennych spojeniach.
Struchlała służba więzienna z przerażeniem dostrzegała dno, przeświecające w skrzyniach prowjantów. Pewność niechybnej zagłady z rąk zrozpaczonych więźniów, gotowych lada chwila wysadzić z zawiasów zaryglowane drzwi, podszeptywała jej, jako jedyny ratunek, ucieczkę na miasto. Lęk przed szalejącą poza obrębem murów zarazą przykuwał ją do miejsca.
Rozwiązanie nadeszło samo.
Dnia 4 września, to jest na czwarty dzień po wymarszu z Paryża dżumy z duszą ostatniego paryżanina, zagłodzony tłum, internowany w więzieniu Fresnes, wywalił wraz z odrzwiami furty cel i rozlał się po gmachu więziennym. Poukrywanych na strychu dozorców wyrżnięto. O godzinie dziesiątej rano, przez odryglowaną bramę, wzburzony tłum wychlusnął na plac.
Ku niemałemu jego zdziwieniu nie zagrodził mu drogi kordon wojska ani policji. Raczej zaniepokojony tem, niż podniesiony na duchu, tłum w milczeniu popłynął ku miastu, nie napotykając nigdzie po drodze żywej duszy.
Ktoś rzucił hasło uwolnienia piętnastu tysięcy więźniów, zamkniętych w więzieniu Santé. Podniecona masa ruszyła w stronę bulwaru Arago. Brama więzienna została wzięta szturmem, zanim zdążyły nadciągnąć ztyłu nowe posiłki. Ogłupiałą służbę więzienną wycięto w pień.
Na wieść o niespodzianej odsieczy więźniowie wyważyli drzwi cel, wysypując się na podwórza. Z ciasnych dzież dziedzińców wezbrana masa wykipiała burem mięsiwem na bulwar Arago.
Na bulwarze Arago tłum utworzył pochód i parł wgórę zwartym wałem. Kłoś pierwszy zaintonował „Międzynarodówkę“. Od samotnego, nieśmiałego głosu, jak od zapalonej w ciżbie zapałki, buchnął płomieniem śpiewu alkohol dwudziestu ośmiu tysięcy głosów. Nabrzmiały, jak ciężka, ołowiana chmura, tłum wyładował się nagle w deszczu pieśni. Jak w skwarny, nasycony elektrycznością dzień, suchy, że aż słychać, zda się, trzask iskier we włosach, pod orzeźwiającemi strumieniami ulewy zapachniało nagle świeżą wilgocią rozmokłej ziemi. Śpiew przeciągłym dreszczem elektrycznego prądu przebiegł przez ciało olbrzymiego węża masy, od głowy ku ogonowi, spajając po drodze rozproszone komórki ludzkie w jeden sprężysty organizm, żywiony arterją jednolitego rytmu. Za każdym obrotem niewidzialnego koła rozpędowego dwadzieścia ośm tysięcy nóg uderzało w takt w twardą skorupę bruku, i pod krótkim pocałunkiem stóp ziemia tryskała iskrą.
W śmiertelnej ciszy wymarłego miasta, niemym parowem bulwaru, posuwał się ten niezwykły pochód, demonstracja wynędzniałych ludzi o golonych głowach, w szarych kaftanach więziennych, bez transparentów, z wzniesionym wysoko nad głowami czerwonym sztandarem słońca, i w pustych przesmykach ulic dziwnie groźnie brzmiała ta pieśń odwetu, pieśń boju ostatniego, dobijając się refrenem, jak kolbą, do pustych, zatrzaśniętych okien.
U wylotu bulwaru Montparnasse czoło pochodu niespodziewanie zakłębiło się na miejscu i cały wąż, osadzony w marszu, zafalował tysiącem pierścieni.
Na widok, jaki roztoczył się tu przed jego oczyma, tłum wzdrygnął się, jakgdyby jego obnażonego serca dotknęła zimna łapa przerażenia.
Na werandach bistros, w plecionych krzesłach, na chodnikach i jezdni, w pokracznych, niezrozumiałych pozach, tak, jak zastała je śmierć, leżały zaczynające już cuchnąć zwłoki ludzkie.
Ogarnięty zgrozą pochód posuwał się dalej w milczeniu.
Z rozplakatowanych po murach różnojęzycznych odezw i dekretów mijanych kolejno dzielnic-państewek, przed oczyma zdumionego tłumu zwolna jęła się wyłaniać w całej swej groteskowej grozie historja ostatnich sześciu tygodni.
Pochód skręcił na Wielkie Bulwary, spotykając wszędzie ten sam obraz nieprzejrzanej trupiarni, wpatrzonej w gołe niebo szkliwem miljona oczu.
U wylotu bulwaru Hausmanna tłum rozdzielił się na dwie odnogi, z których jedna popłynęła w stronę więzienia Saint-Lazare. Zamknięte bramy więzienne spotkały demonstrantów głuchem milczeniem. Wyważono je z trudnością przy pomocy przyniesionych z dworca żelaznych szyn. Nikt z wewnątrz nie usiłował stawiać oporu. Jak się okazało, służba więzienna, w obawie przed zemstą, uciekła cztery dni temu na miasto, pozostawiając w celach trzy tysiące kobiet, skazanych na śmierć głodową. Uwięzione kobiety od dziesięciu dni nie miały nic w ustach.
Przetrząsając dworzec Saint-Lazare, niespodziewanie odkryto w jego magazynach i remizach dobrze zaopatrzone składy żywności, nagromadzonej tam przez najbardziej zapobiegliwą z republik, koncesję anglo-amerykańską. Wyłoniony samorzutnie komitet aprowizacyjny zajął się doraźną akcją żywnościową.
Z placu Saint-Lazare spontaniczne patrole rozpełzły się po mieście na inspekcję pozostałych więzień. Przed wieczorem patrole, jeden po drugim, powróciły z niczem. Więzienia znaleziono otwarte, pełne gnijących zwłok zadżumionych. Na całym obszarze Paryża nie pozostało więcej ani jednej żyjącej istoty.

W międzyczasie zapadła noc, i trzydziestodwutysięczny tłum, nie korzystając z mieszkań, pełnych cuchnących trupów, rozłożył się biwakiem na jezdniach, wysunąwszy w noc bezsenne macki szyldwachów.


II.

Nazajutrz rano, w wielkiej sali byłego ministerstwa wojny, zebrał się naprędce ukonstytuowany na nowo KC. partji.
Dzień był słoneczny i z wiosenna soczysty. Przy długim stole, zielonym, jak murawa, zmięta po niedawnej majówce, z rozrzuconemi tu i tam, jak skorupy od jaj, skrawkami notatek, siedziało trzynastu ludzi w szarych więziennych bluzach. Przez otwarte naoścież okna, wychodzące na plac Zgody, wtargało bezceremonjalnie słońce i przytłumiony rozgwar mas, mityngujących na placu przed gmachem. Atmosfera tej pseudo-wiosennej błogości, przetykana odległemi pogrzmotami zgiełku i gęstą, chluszczącą ulewą oklasków, zrywającą się raptem, by po chwili ustać, nawiewała kwietniowe reminiscencje.
Mówił sekretarz KC., towarzysz Courreau:
— Nie możemy być pewni, czy dżuma nie zdołała już rozszerzyć się poza obręb Paryża. Sądząc jednak z dotychczasowych danych, wszystko zdaje się wskazywać na to, że Paryż otaczają po dawnemu szczelne kordony wojsk, których zadaniem jest całkowite odizolowanie go od reszty Europy. Świadczyłoby to o tem, że dżumę udało się umiejscowić. Nie ulega wątpliwości, że z chwilą, gdy tylko rząd i otaczające nas wojska dowiedzą się, że epidemja w stolicy wygasła, następnego dnia wkroczą do Paryża i wtrącą napowrót do więzień uwolniony kosztem tylu cierpień proletarjat. Do tego pod żadnym pozorem dopuścić nie możemy. Skoro, zbiegiem tragicznych okoliczności, Paryż znalazł się w naszych rękach, nie mamy prawa oddać go zpowrotem w ręce kapitalistów i wyzyskiwaczy.
— W jakiż to sposób, jeżeli wolno zapytać, zamierzacie się w nim utrzymać? — przerwał, skubiąc nerwowo rzadką bródkę, towarzysz Majoie. — Z trzydziestotysięczną, wyczerpaną głodem masą robotniczą nie możemy chyba nawet marzyć o stawieniu czoła regularnej armji, otaczającej Paryż ze wszystkich stron. Nie mamy prawa oddawać na rzeź tych wynędzniałych resztek proletarjatu paryskiego.
— Pozwólcie mi skończyć, towarzyszu. Utrzymać Paryż w swoich rękach możemy w sposób bardzo prosty, nie uciekając się wcale do zbrojnego oporu, który przerasta nasze nikłe siły. Należy jedynie utrzymać za wszelką cenę świat i Francję możliwie jak najdłużej w przeświadczeniu, że dżuma w Paryżu sroży się po dawnemu i nie zamierza bynajmniej wygasać. Wystarczy najzupełniej obsadzić w tym celu naszymi ludźmi radjostację Eiffla i wysyła stamtąd co rana na cztery strony świata biuletyny o nieustannych spustoszeniach, jakich nie przestaje, jakoby, dokonywać w zamkniętym Paryżu mór. Dopóki rząd i wojska przekonane będą o tem, że epidemja w stolicy szerzy się z dawną siłą, dopóty nie odważą się zbliżyć do miasta ani na krok.
— Zapominacie, zdaje się, towarzyszu, o tem, że ludność Paryża jest niestety liczebnie ograniczona i że jedni i ci sami ludzie nie umierają po dwa razy — uśmiechnął się towarzysz Majoie. — Prosty rachunek arytmetyczny każe im się domyślić, że w Paryżu oddawna nie powinnoby było już zostać żywej duszy.
— Nie sądzę. Stopniując wiadomości umiejętnie i z umiarem, będziemy mogli w każdym razie utrzymał Europę w tem przeświadczeniu przez czas bardzo długi. Musimy, kropla po kropli, zaszczepić w kraju przekonanie, że przez długie jeszcze miesiące, a kto wie, może i lata, Paryż pozostanie jedynie niebezpiecznem ogniskiem zarazy, że wszystkie jego instalacje uległy zniszczeniu i przywrócenie go do poprzedniego stanu wymagałoby miljardowych wkładów i lat pracy. Zapewniam was, że nic nie działa tak przekonywająco, jak przyzwyczajenie. Ludzie, którzy w pierwszych dniach wojny światowej nie mogli wyobrazić sobie, aby wojna mogła potrwać dłużej nad cztery tygodnie, pod koniec czwartego roku przestali już wierzyć, że może się ona wogóle kiedykolwiek skończyć, przywykłszy uważać ten stan rzeczy za zupełnie naturalny, jeżeli nie jedynie możliwy.
— Chcecie zatem, jak widzę, zrobić z nas coś w rodzaju Robinsonów na bezludnej wyspie, skazanych przez całe lata na łowienie ryb w Sekwanie i polowanie na małpy w Lasku Bulońskim — żartował towarzysz Majoie. — Nie widzę celu tej całej mistyfikacji.
— Pozwólcie, towarzyszu. — odezwał się nagle towarzysz Marac, płaski, kościsty mężczyzna, o twarzy zapadłej i kanciastej, szampjon głodówek więziennych, mogący dać tydzień „for“ każdemu zawodowemu głodomorowi.
Wszyscy zwrócili się w jego stronę.
— Zdaje mi się, że rozumiem myśl towarzysza Courreau. Badając dzisiaj stan radjostacji na Eifflu, potknąłem się o tę samą myśl: utrzymać Europę jak najdłużej w przekonaniu, że dżuma w Paryżu nie ustała. W międzyczasie, objąwszy miasto, zorganizować w niem wzorową komunę. W środku Francji, w sercu Europy, metropolję świata zamienić na olbrzymie miasto komunistyczne, ognisko i komórkę, z której ustrój nasz rozpromieniuje na cały kontynent. W chwili, gdy będziemy już dostatecznie zorganizowani, nie czekając na wykrycie naszej mistyfikacji, — pierwsi zwrócić się ponad głowami otaczających nas wojsk z apelem do robotników i chłopów Francji i całego świata. Nie zapominajmy, że na tyłach blokującej nas armji stoją masy proletarjatu francuskiego i że zew, który nie docierał do nich ze wschodu, zagłuszony świstem, rykiem i jazz-bandem orkiestry kapitalistycznej, rzucony stąd, z Paryża, wstrząśnie całą Europą. Czy dobrze zrozumiałem waszą myśl, towarzyszu Courreau?
Towarzysz Courreau skłonił głowę.
Po chwili milczenia, zabrał głos towarzysz Durail, trzymający się dotychczas na uboczu:
— Plan towarzyszy Courreau i Maraca jest bardzo piękny, obawiam się jednak, że niewykonalny. Towarzysze Courreau i Marac nie biorą pod uwagę jednej prawdy, przykrej, lecz realnej: poto, żeby wytrwać przez długie miesiące w pierścieniu kordonu, nie wystarczy, by Europa zostawiła nas w spokoju. Trzeba jeszcze mieć co włożyć do gęby. Trzeba nakarmić trzydzieści dwa tysiące ludzi, którzy wygłodowali się już dosyta w więzieniach i którzy dłużej głodować nie zdolni. Towarzysz Duffy, który przeprowadzał dziś ewidencję składów żywnościowych, wykrytych na terytorjum miasta, będzie nas mógł poinformować najlepiej o stanie zapasów i o tem, jak długo mogą one starczyć na wyżywienie naszej komuny.
Zkolei wszystkie oczy zwróciły się w stronę towarzysza Duffy.
Towarzysz Duffy, bawiąc się ołówkiem i wystukując nim takt po stole, zaczął mówić monotonnym, pedantycznym głosem, jakgdyby recytował wykuty napamięć raport:
— Ewidencji wszystkich zapasów przeprowadzić w ciągu dzisiejszego dnia nie zdołaliśmy. Na dworcu Saint-Lazare znaleźliśmy większe zapasy mąki i cukru. Ogółem około czterystu tonn. W elewatorach wykryto tysiąc dwieście tonn pszenicy. Większe lub mniejsze zapasy prowjantów, przeważnie konserw i makaronu, znaleziono w piwnicach fabryk artykułów spożywczych i przetworów mięsnych. W piwnicach wielu domów prywatnych dzielnic: Etoile, Wielkie Bulwary, Saint-Germain i Passy natrafiono na większe ilości mąki, ryżu i cukru. Widocznie nagromadzili je tam mieszkańcy w obawie przed głodem. Dokładną sumę tych produktów ustalić będzie mogła dopiero szczegółowa rewizja. W przybliżeniu, ogólną cyfrę wykrytej w ciągu dzisiejszego dnia żywności określić można zgrubsza na dwa tysiące tonn. Licząc, że przeciętny organizm ludzki dla utrzymania się przy życiu wymaga dziennie: 82 gr. białka, 100 gr. tłuszczów, 310 gr. węglowodanów i 26 gr. witamin, co, przełożone na cyfry aprowizacyjne, daje przeciętnie, samego tylko chleba, w braku innych substancyj, conajmniej 350 gr. dziennie, — zapasów dotychczas odkrytych starczyć może na wyżywienie trzydziestu dwóch tysięcy ludzi najwyżej na cztery do pięciu miesięcy. Oczywiście niepodobna przewidzieć ile żywności znajdziemy jeszcze w piwnicach fabryk i domów mieszkalnych. Dobrać się do niej zdoła jedynie skrupulatna rewizja...
Przez okna, zagłuszając słowa, bryznął nowy chlust oklasków.
Towarzysz Majoie zapalił papierosa, przeszedł się w zamyśleniu po sali i przystanął w oknie. Wdole nieprzejrzany plac roił się mrowiem głów. Tłum mityngował. Okolicznościowi mówcy wdrapywali się zwinnie na strome postumenty ośmiu symbolicznych dziewic-miast, rzucając stamtąd w ciżbę, w otwarte od natężonej uwagi usta, pełnemi garściami pastylki mocnych, zamaszystych słów, od których łechce w nosie i głowa kręci się, jak pijana.
Z piedestału dziewicy, przedstawiającej Strasburg, mówił bezręki wąsal:
— Ja, towarzysze, chciałem rzec słowo względem tych towarzyszy, co to z branży kryminalnej. Będzie między nami, towarzysze, ze trzy tysiące towarzyszy-kanciarzy, wypuszczonych z więzień razem z pozostałym proletarjatem. My, towarzysze, po sądach ich ciągnąć nie będziemy. Choć to niby i przestępcy, jak to mówią, ale przestępcy, można powiedzieć, przeciwko dawnemu państwu burżuazyjnemu, a kogóż to wtedy nie uważali za przestępcę? Niejeden z głodu, z nędzy, z bezrobocia świsnął gdzie funt kiełbasy, albo jenszą szynkę, nie? Takiego zaraz pański, klasowy sąd — bach do ula! Złodziej i tyle. My tam, towarzysze, w tych drobiazgach grzebać się nie będziem. Jak rewolucja, to rewolucja, znakiem tego — wolność dla całego proletarjatu bez różnicy i wyjątku, nie? Innem słowem: starym grzechom, jakieby tam nie były — można powiedzieć, amnestja i koniec. Od dzisiaj wszystko na nowo, po naszemu, Co było, a nie jest — nie pisze się w rejestr, nie?
Ale, towarzysze, kiedy już towarzyszom-kanciarzom odtąd, jak to mówią, wszystkie prawa obywatelskie i tak dalej, niech i oni pokażą nam teraz swoje proletarjackie pochodzenie. Były tam u nas z burżuazją różne porachunki i niemałośmy się od nich krzywdy najedli — wyrównało się wszystko na glanc. Teraz żeśmy wszyscy jednacy robociarze, proletarjat i kropka. Kraść dobytek ludowy — wara! My, towarzysze, na bawienie się z nimi czasu nie mamy. Władza proletarjacka każdy zamach na dobytek komunalny karać będzie bez ceregieli. Niech towarzysze-złodzieje to sobie dobrze zapamiętają. Co było, to było, a od dzisiaj — ani mru-mru! U nas, towarzysze, sądów ani procesów nie trzeba. Złapiemy złodzieja — grabił nasz komunalny majątek — i pod murek go! Nam w policję bawić się nie pilno!
— Dobrze mówi!
— Mało roboty, jeszcze ich doglądaj!
— Myśmy się do nich za policjantów nie zgadzali!
— Chcą po dobroci, — roboty huk, a jakże, każdemu starczy. Nie chcą, — wolna wola. Pod murek i po krzyku.
— Właśnie, towarzysze, to chciałem powiedzieć. To już, towarzysze, nasza, jak to mówią, sprawa familijna. KC. w to mieszać nie trzeba, oni swojej roboty mają dosyć. A ogłoszeń drukować, ani powtarzać dwa razy nic będziemy. Powiedziane i dosyć, nie?
Wąsaty mówca zeskoczył z piedestału, żegnany oklaskami.
Towarzysz Majoie uśmiechnął się i, rozweselony, odszedł od okna. Nowy wybuch oklasków i grzmiące „rracja!“ pociągnęły go mimowoli ku ostatniemu oknu. Towarzysz Majoie rzucił ukradkiem spojrzenie w stronę stołu. Duffy wciąż jeszcze recytował swoje sprawozdanie. Majoie na palcach zbliżył się do ostatniego okna, oparł się o parapet i nastawił ucha.
Wdole, z zabłąkanej tu, niewiadomo skąd, drewnianej skrzyni, grzmiał barczysty parobczak z zadartym nosem:
— Towarzysze! W tej chwili towarzysze z KC. zastanawiają się nad sposobami i możliwościami, jakby utrzymać Paryż w naszych rękach i nie oddawać go więcej w ręce burżujów i kapitalistów. Główny sęk, towarzysze, — z prowjantem. Gąb do karmienia, naturalnie, mamy do djabła i trochę, a z prowjantem, powiadają, całkiem gorzej. Ja, towarzysze, myślę, że niech to towarzyszy z KC. nie turbuje. Głodowaliśmy, towarzysze, naturalnie dla burżujów, dla ich zysku, pogłodujemy i dla siebie, dla naszej własnej robotniczej władzy radzieckiej. A Paryża burżujom nie oddamy!
— Dobrze gada!
— Nie poto nam się dostał, żeby go oddawać!
— A my co? Zpowrotem do ula? Niema głupich! Ma się wiedzieć — przetrzymamy!
— Narodowi głodowanie nie pierwszyzna!
— Towarzysze, Rosja Radziecka gorzej głodowała w pierścieniu blokady imperjalistycznej, a przetrzymała, wybudowała naturalnie pierwszą republikę socjalistyczną. Czemże francuski proletarjat gorszy jest od rosyjskiego?
— Ma się wiedzieć, żołądek każden ma jednaki.
— A Komuna nie głodowała? Szczury jedli, a nie poddali się.
— Racja!
— Co tu dużo gadać, towarzysze. Wytrzymamy naturalnie i koniec. Tylko patrzeć, ruszy się proletarjat na tyłach, jak się dowie, że Paryż trzymamy w garści, i pójdzie nam na pomoc. Miesiąc, czy rok czekać wypadnie — poczekamy. Prowjantu, jeżeli go oszczędzać, na miesiąc jeden albo drugi jako tako starczy. Będzie trzeba — przetrzymamy się i dłużej. W elewatorach, towarzysze, sam widziałem, przechowali dla nas naturalnie burżuje krztynę pszenicy. Jakby tak wyśpekulować i odjąć sobie tę pszenicę od ust, a dociągnąć jako tako do wiosny, to potem już bagatela. W mieście — miejsca wolnego, ile chce. Ziemia także samo niezgorsza. Jak zasieje pszenicę na wiosnę — pod koniec lata, ani chybi, mielibyśmy już zboże z nowego zbioru. Nie jeden rok można przetrzymać takim sposobem, a ile zechce. Ruszyć nas burżuje nie ruszą, — stchórzą, furt myślą — dżuma. A my im tu tymczasem takiego piwa nawarzymy, że, nie pijąc go, syci będą. Główna rzecz, towarzysze — przetrzymać.
— Przetrzymamy, co nie mielibyśmy przetrzymać?
— Na więziennym wikcie wyżyliśmy, wyżyjemy i na własnym.
— Musowo, wyżyjemy!
— Nie poto jedni gospodarze powyzdychali, żeby drugich wołać!
Towarzysz Majoie odwrócił się od okna. Do uszu jego doleciał spokojny głos towarzysza Courreau:
— ... przed interwencją Europy, pewniej od wszystkich armij, broni nas pancerz zarazy. Żadne promienie Roentgena nie są w stanie odgadnąć na odległość, czy dżuma w Paryżu wygasła, czy też sroży się w nim po dawnemu...
Wdole plac huczał dziesiątkiem tysięcy zapalczywych głosów.
Towarzysz Majoie rzucił papierosa i pośpieszył na swoje miejsce, do stołu. Po skupionych twarzach komitetowców odgadł, że zdążył na ostatni akt. Twarzy mówiącego, obróconego doń plecami, nie widział, po szorstkim głosie poznał jednak Maraca.
— Towarzysze, za chwilę wniosek towarzysza Courreau będzie oddany pod głosowanie. Od wyniku tego głosowania zależą, być może, losy proletarjatu Francji, losy całej Europy. Niechaj każdy z was poradzi się własnego sumienia. Czy mamy prawo, dla ratowania własnego życia i życia trzydziestu tysięcy naszych towarzyszy, w oczekiwaniu łaski i amnestji, wydać ich w ręce rządu fabrykantów i imperjalistów? Czy mamy prawo przepuścić moment jedynego w dziejach ludzkości kataklizmu, który oddał w nasze ręce Paryż, oczyszczony miotłą zarazy z burżuazji i bogaczy? Czy mamy prawo, w obawie przed głodem, niedostatkiem i izolacją w kleszczach blokady, wyrzec się możności wzniesienia w pośrodku Europy, na miejscu jej dawnej stolicy, stolicy bankierów i prostytutek, podwalin wielkiej wzorowej komuny, która, jak słup ognia, rozświeci drogę proletarjatowi wszystkich krajów, stanie się zarzewiem, pierwszą głownią rewolucji światowej? Czy mamy prawo wyrzec się tej historycznej misji, którą narzucają nam same okoliczności? Towarzyszu przewodniczący, proszę postawić wniosek Courreau pod głosowanie.
Towarzysz Gaillard równym głosem wybił:
— Towarzysze, stawiam pod głosowanie wniosek towarzyszy Courreau i Maraca. Kto — za? Proszę podnieść rękę.
Podniosło się dwanaście rąk.
Towarzysz Duffy powstrzymał się od głosu.
— Wniosek towarzysza Courreau przeszedł — ogłosił lakonicznie Gaillard.

Przystąpiono do kolejnych punktów porządku dziennego.


III.

Na placu wciąż jeszcze bulgotał niemilknący tłum, kiedy w drzwiach ministerstwa ukazali się pierwsi komitetowcy. Ktoś z brzegu ryknął przeciągle:
— Idą!
Tłum zamilkł, zachybotał, pękł zygzakiem szczeliny i, pochłonąwszy wychodzących z gmachu ludzi, zamknął się za nimi napowrót. Przez chwilę, jak kręgi od rzuconych w wodę kamieni, kołysały się dokoła tego miejsca kępy głów. Niebawem pochłonięci ludzie wypływać zaczęli pojedyńczo na wysterczające nad powierzchnię masy rafy postumentów. Nie było słychać słów, jedynie gwałtowne ruchy rąk rozcinały powietrze, jakgdyby dwunastu obłąkanych dyrygentów zapragnęło ująć w harmonijne karby partycji chaotyczną wrzawę wielogłosego morza.
Z cokołu symbolicznej dziewicy-Strasburga mówił kościsty mężczyzna, na którego twarzy wielkiemi kroplami potu osiadała natarczywa ulewa oklasków:
— W miejsce dżumy, co zalać miała cały świat, a oczyściła tylko plac pod naszą budowlę, wzniecimy wielką zarazę idei, która morzem oczyszczającego ognia rozleje się po starym kontynencie, drwiąc z armij, kordonów i granic. Paryż, który pierwszy pokazał Europie pierwszą Komunę, pierwszy rozdmucha jej ustrój na całą Europę!...
Rozsadzany drożdżami entuzjazmu, tłum wykipiał wezbranym refrenem „Międzynarodówki“. Chudy, kolczasty człowiek, jak korek, porwany wirem, spłynął na wartkie ramiona, poniesiony gdzieś naprzód, bez celu.
Długo rozhuśtane fale ludzkie przelewały się w buchtach placów i cieśninach zaułków.
Aby wyrwać łatwozapalny tłum z tego stanu rozkiełzanego uniesienia i skierować go w łożysko konkretnej akcji, należało przedewszystkiem rozpruć jego szwy, poćwiartować go nożycami organizacji.
Do południa, rozczłonkowana masa, sprzęgnięta na nowo klamrami dyscypliny, stanowiła już zdolny do działania systemat sił.
Pierwszem zadaniem chwili było oczyszczenie ulic z gnijących trupów, zagrażających miastu powrotną falą zarazy. O grzebaniu takiej ilości zwłok, ani o spaleniu ich w ciasnych, prowizorycznych krematorjach, nie mogło być nawet mowy. Postanowiono spalić je pod gołem niebem.
Przez trzy dni na wszystkich wielkich placach Paryża rozbita na ekipy, karna armja ludzi o golonych głowach wznosiła olbrzymie stosy z mebli i makulatury, na które zwalano trupy. Na czwarty dzień praca była ukończona. Stosy oblano benzyną, i naftą i podpalono.
Dzień był zupełnie bezwietrzny, i sąsiadującym budynkom nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Ogień czarną spiralą dymu uderzył w niebo, i podpalone niebo, jak dymiąca strzecha, runęło, nakrywając miasto burą kosmatą czapą.
8 września dzienniki całego świata doniosły o pożarze Paryża. Na wzniesienia i wzgórza Francji wyległy tłumy Francuzów oglądać go gołem okiem. Czarny gejzer dymu bił na setki metrów w niebo. Był to widok niezapomniany.
Odważny lotnik francuski, który na własne ryzyko umyślił przelecieć nad płonącym Paryżem, zmuszony był zawrócić w kłębach gryzącego dymu, i nie potrafił opowiedzieć nic nad to, że Paryż płonie od końca do końca.
Łatwo rozczulająca się babcia-Europa roztkliwiła się tego dnia nad losem nieszczęsnego miasta do prawdziwych, nieglicerynowych łez. Starsi panowie całego świata wspominali z rozrzewnieniem lata młodości, „Moulin Rouge“, „Maxim’a“, manekiny i midinetki. Księża z ambon napomykali mglisto o karze bożej i nawoływali do pokuty. W izbie deputowanych, siwy, nieśmiertelny Briand napadał na komunistów.
Nazajutrz stacje odbiorcze kontynentnu pochwyciły po długiej przerwie pierwsze radjo z Paryża. Depesza donosiła o pożarze, o rozprzężeniu i o dalszych postępach epidemji.
Wypadki następnych miesięcy odwróciły, siłą rzeczy, na długo uwagę Francuzów od ich nieszczęsnej stolicy, z której otrzymywane systematycznie wiadomości były po dawnemu mało pocieszające.
Korzystając z ciężkiego położenia Francji, Niemcy odmówiły kategorycznie dalszych spłat według planu Dawesa, wymawiając się trudnościami natury gospodarczej. Zapachniało wojną. Gazety burżuazyjne, z socjalistami na czele, wzywały do okupacji Berlina i rozprawienia się z krnąbrną sąsiadką. Marynarze floty śródziemnomorskiej odpowiedzieli rewoltą, wyhisowawszy na maszty czerwony sztandar. Garnizon Lionu sympatyzował z nimi wyraźnie, demonstrując w szeregach robotniczych przeciwko wojnie.
Nadzwyczajne posiedzenie Ligi Narodów zapisało dwa wagony firmowego papieru, usiłując za wszelką cenę załagodzić nabrzmiały konflikt. Pod naciskiem mas robotniczych rząd francuski zmuszony był pójść na ustępstwa, które pogwałciły dziewictwo traktatu wersalskiego. Bezpośrednia groźba wojny zdawała się być zażegnaną.
Radjostacja Paryża głosiła po dawnemu o wzmaganiu się zarazy i o wybuchłych w zapowietrzonem mieście rozruchach. Według ostatnich wiadomości wschodniemi dzielnicami Paryża zawładnęła sekta anarchistów-nihilistów, która postawiła sobie za cel zburzenie miasta. Trzej rządowi lotnicy, którzy spróbowali przelecieć nad Paryżem, zostali strąceni wystrzałami domniemanych sekciarzy. Ten pożałowania godny incydent ostatecznie odebrał rządowi ochotę do wtrącania się w sprawy zadżumionego miasta, które pozostawiono odtąd jego opłakanemu losowi.
Minęły miesiące. Łatwo zapominająca wietrznica-Francja pomału pogodziła się z utratą ulubionej stolicy. Dotkliwiej od tej utraty dawał jej się we znaki brak wypchanych dolarami turystów, których zwabić zpowrotem było niezmiernie trudno. Należało za wszelką cenę zaopatrzyć się jak najprędzej w nową stolicę, która nie ustępowałaby poprzedniej pod względem komfortu i rozmaitości pikantnych wabików. Powstało specjalne konsorcjum dla rozszerzenia i eksploatacji Lionu.
Po obu stronach liońskich bulwarów z błyskawiczną szybkością drapały się wgórę zbytkowne, ośmiopiętrowe hotele, otwierały się teatry, dancingi i kabarety, wyrastały luksusowe domy publiczne, męskie i kobiece. Z wszystkich zakątków Francji zwożono pośpiesznie zabytki historyczne.
Sensacyjną wieść o nowej olśniewającej stolicy telegraf w okamgnieniu roztrąbił na wszystkie strony świata.
Niebywała nowina spotkała się z gorącym oddźwiękiem na całej kuli ziemskiej; każde państwo śpieszyło ofiarować zaludniającymu się Lionowi swój wdowi grosz w naturze.
Z usłużnej sojuszniczki-Ameryki, która w imię zyskownej transakcji przemogła nawet strach przed niezlikwidowanem jeszcze ogniskiem zarazy, dzień w dzień odchodziły do Francji olbrzymie „Majestic’i“, naładowane aż po czubek najwyższego komina armjami jazz-bandów, girls, maitre d’hôtel’i, stewartów i groomów. Co odważniejsi Amerykanie pakowali już walizy, aby z pierwszą wycieczką Cooka pierwsi postawić stopę na odzyskanym centymetrze Europy.
Ze wszystkich stron świata serpentynami szyn zjeżdżały nad Rodan w karkołomnym wyścigu kokoty, rajfurki i zwykłe prostytutki, żywy towar wszystkich narodów i ras, dla którego zapobiegliwy rząd francuski zmuszony był wprowadzić pociągi nadliczbowe.
W cieniu nowiuteńkich domów, jak grzyby, wyrosłe z ziemi, zroszonej obfitym deszczom dolarów, zjawili się niezniszczalni, brzuchaci hotelarze.
Nad całem miastem zawisł stukot przybijanych reklam i szyldów.
Dniem i nocą, z ulic i zaułków, mamiąc przechodniów, migotały bez ustanku znajome napisy nocnych hotelików. Owego zaś wieczora, gdy pod jazgot jawajskiej orkiestry, po raz pierwszy po długiej przerwie, zatoczył swój odwieczny krąg, odbudowany w Lionie, gorejący wiatrak „Moulin Rouge’u“, cała Europa odetchnęła z ulgą, jakgdyby chciała powiedzieć: „A jednak się obraca.“
Perlistą, wszystko zmywającą strugą, rynsztokami nowego Montmartre’u, popłynął szampan, i z pustoszejących wsi do fabryk czarną strugą popłynęli wychudli, obdarci robotnicy.
Drugiej jesieni czterdziesty szósty z rzędu gabinet stabilizował franka. We Francji, z racji kiepskiej konjunktury, ludzie przestali kupować samochody. Fabrykom groziło zamknięcie. Wszędzie redukowano do połowy personel. Celem uniknięcia zaburzeń usuwano po kilku ludzi, o różnych porach dnia, z różnych oddziałów. O przyjmowaniu nowych robotników nie mogło być mowy.
W izbie deputowanych białogrzywy socjalista Paul Boncourt referował projekt o zwiększeniu w dwójnasób kadr policji.
Pewnego pięknego sierpniowego wieczora, kiedy po zmierzchających ulicach Lyonu oscylował ten przypadkowy, niezgrany tłum statystów, jaki na ekran bulwarów liońskich wyrzucał co wieczora zepsuty aparat projekcyjny Europy, na rogu ulicy Vivienne i bulwaru Montmartre Jeannette oświadczyła Pierrowi, że potrzeba jej nieodzownie wieczorowych pantofelków.



IV.

Bure mgły londyńskie oparem wilgotnych gazów trujących pomału rozsnuwały się nad Europą.
W te lata uczeni stwierdzali wyraźną zmianę klimatu europejskiego. Zimą, w Nicei leżał grząski śnieg, i zdumione palmy, siwe, z zaondulowanemi przez przymrozki liśćmi, jak dziwne płaskopierśne „garsonki“, balansowały w widmowem tangu.
W Londynie, jak zawsze, była mgła, i we dnie, we mgle, paliły się latarnie, i w mętnawej, mlecznej galarecie przemykali się zjeżeni ludzie — oślepłe podwodne łódki z dziwacznie krótkiemi peryskopami fajek.
Londyńczycy zamiast płuc mają prawdopodobnie gąbki, aby wchłaniać niemi mgłę i, wchłonąwszy, wydychać ją zpowrotem, jak fabryki — dym śpiczastemi mordami kominów.
W południe, we mgle, zadarte ku niebu śpiczaste mordy kominów wyły przejmująco, jak psy, wietrzące trupa, i wtedy z fabryk, z biur, z urzędów państwowych, wysypywały się miljony ludzkich gąbek — wsysać mgłę, aby ponieść ją napowrót do sześciopiętrowych mrowisk urzędów i biur.
W czarnych, jak kopalnie, portach, codzień o jednej i tej samej porze huczały brzuchate okręty, i na okrętach odpływały do angielskich dominjów transporty żołnierzy, urzędników i zwykłych obywateli Brytyjskiego Imperjum, aby tam, pod skwarnem niebem Indyj, wytchnąć ze siebie trochę mgły, która ołowianym oparem rozściele się po ziemi, bowiem dla przepalonego słońcem Hindusa londyńska mgła jadowitsza jest od trującego gazu.
Tego lata w Europie padał bez przerwy drobny, kłujący deszcz i w sierpniu od brzegów Brytanji tchnęło mgłą. Mgła ciężkim woalem przepłynęła nad La Manchem, otuliła zielone wybrzeża Normandji i pociągnęła dalej, oblekając przedmioty i miasta szarym, mięciutkim zamszem. Szare kosmate kłęby pełzły równinami, jak dym. Uczeni przepowiadali słotną jesień i nie wyciągali z tego dalszych wróżb, jak to czynili chłopi, którzy, pamiętając o tem, że dym ściele się po ziemi przed burzą, przebąkiwali o nieszczęściu.
Na La Manche przeciągłym krzykiem syren nawoływały się zabłąkane we mgle parowce.
W Dauville mgła zdmuchnęła z plaży przybyłych rozkoszować się słońcem letników, i morze łasemi językami chłeptało biały piasek, jak zapomniane na talerzu, wystygłe purée z kartofli. Po tarasach hoteli wałęsali się nastroszeni, jakby niewyspani ludzie, z flanelowemi szalami, omotanemi dokoła szyj.
W restauracjach, w kawiarniach, w holach hoteli, od rana skowytał już jazz, i niefortunne, półnagie letniczki, ociekające żółtem, trupiem światłem żyrandoli, w sukniach, przypominających do złudzenia kostjumy kąpielowe, drgały w synkopach rozkoszy, wczepione, jak kraby, w piersi otrząsających się nurków-tancerzy.
Rankiem z szarego obłoku mgły zygzakiem błyskawicy wyskoczył pociąg pośpieszny i po piorunochronie szyn spadł na stację. Na peronie oczekiwali go dwaj panowie w czarnych cylindrach, ze dwadzieścia sztuk fotografów i niespokojny tłum dziennikarzy. Z wagonu pierwszej klasy wyszedł wygolony, szpakowaty dżentelmen w kepi, w towarzystwie kilku młodszych dżentelmenów. Panowie w cylindrach ceremonjalnie pośpieszyli na jego spotkanie. Zaterkotały aparaty. Panowie, uchylając uprzejmie cylindrów, odezwali się po angielsku. Przy wyjściu oczekiwały dwa samochody, i samochody, pod ciężarem opuszczających się na ich siedzenia dżentelmenów, zakołysały się przymilnie i odpłynęły we mgłę. Reporterzy na pierwszych z brzegu taksówkach pomknęli wślad za nimi, trawieni słodką nadzieją wywiadu. Przybyły dżentelmen był angielskim premjerem ministrów.
W godzinę później do obleganego przez dziennikarzy holu hotelu, zszedł sekretarz premjera, przebrany w malowniczo-dyskretny pull-over i luźny angielski garnitur, i z miną grzecznie znudzoną oświadczył natrętnym reporterom, że premjer przybył do Dauville, nie kierując się żadnemi planami natury politycznej, poto jedynie, aby odpocząć kilka dni po trudach państwowych, i że żałuje niezmiernie, iż pogoda tak bardzo niedopisała.
Reporterzy przykładnie stenografowali. Wiedzieli doskonale, że, niedalej, jak wczoraj, do Dauville przybył z Lionu prezes rady ministrów, którego spotykali na dworcu i odprowadzali do tego samego hotelu, usłyszawszy od niego prawie identyczne oświadczenie. Wiedzieli również i o tem, że dwa dni temu pociągiem od granicy belgijskiej przybył do Dauville poseł państwa * * *, aczkolwiek witać go na dworzec chodził tylko jeden pan w cylindrze i na peronie nie było ani fotografów, ani dziennikarzy.
Dlatego, zapisawszy pilnie oświadczenie sekretarza, pobiegli zadepeszować do swych redakcyj wiadomość o ważnej konferencji politycznej przedstawicieli trzech mocarstw. Następnie powrócili co tchu czatować na małomównych dyplomatów.
Przez całe rano obaj dyplomaci pozostawali w swych apartamentach. Kazali sobie tam podać śniadanie, które obaj spożyli z apetytem. O godzinie czwartej po południu reporter, przebrany za lokaja, zauważył, że premjer angielski osobiście udał się do W. C., gdzie pozostawał przez czas dłuższy, poczem wrócił do swego gabinetu.
Dopiero około godziny szóstej wieczór, ku uciesze wszystkich reporterów, wartujących cierpliwie za portjerami, premjer francuski w towarzystwie sekretarza opuścił swe apartamenty w lewem skrzydle hotelu i bez żadnych wybiegów udał się wprost na prawe skrzydło, do apartamentów premjera angielskiego. Na twarzy jego, jakkolwiek dziennikarze wytężali oczy, niepodobna było dopatrzeć się żadnego określonego wyrazu. Jeden z reporterów zauważył jedynie, że, przechodząc obok jego portjery, premjer zcicha pogwizdywał popularną piosenkę.
Wizyta przewlekała się. Trzy razy reporter, przebrany za garsona, podawał do apartamentu Nr. 6 koktajle i długo, bez szmeru krzątał się koło szklanek. Przez cały czas jego obecności obaj dyplomaci mówili przeważnie o pogodzie, skarżyli się na marne urodzaje w państwie, wymieniali zdania na temat ostatnich wyścigów w Wembley. Reporter ostatecznie nie wskórał nic, upuściwszy tylko w zasłuchaniu i z braku wprawy jedną szklankę.
Około godziny ósmej wieczór po kogoś posyłano. W dziesięć minut później do drzwi apartamentu Nr. 6 zapukał poseł państwa * * *. Wygląd miał arystokratyczny i stylizowanie niedbały, a staranny przedział, wytyczony między rzadkiemi kępkami włosków, zbiegał mu do samego kołnierzyka.
Podawano jeszcze raz koktajle. Rozmowa toczyła się po angielsku. Mówiono o zaletach różnych gatunków cygar. Poseł państwa * * * w roztargnieniu strzepywał pyłki z rękawa.
Reporterzy za portjerami niecierpliwie otwierali i składali kieszonkowe aparaty fotograficzne. Pragnęli za wszelką cenę utrwalić wyrazy twarzy wychodzących po konferencji dyplomatów i denerwowali się, że ten dokument historyczny może z łatwością zginąć wskutek niedostatecznego oświetlenia korytarza.
Wreszcie, około godziny dziewiątej, drzwi apartamentu Nr. 6 otwarły się i wyszedł poseł państwa * * *, niedbale poprawiając swe nieskazitelnie śnieżne mankiety. Twarz jego, jak przystoi twarzom dyplomatów, była całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Poseł państwa * * * odjechał windą do swego apartamentu.
Dopiero w dobre pół godziny po jego odejściu, w drzwiach apartamentu Nr. 6 ukazał się premjer francuski, odprowadzany do progu przez swego angielskiego kolegę. Twarz miał zlekka obrzmiałą i różową, jak ludzie, którzy napalili się cygar. Niektórzy z mniej doświadczonych reporterów wzięli to za oznakę podniecenia. Niestety oświetlenie korytarza okazało się istotnie niewystarczającem; gorliwym reporterom najwidoczniej nie było sądzone utrwalić, jak się należy, dla potomności wyrazów twarzy, jakie mieli dyplomaci tego znamiennego wieczora.
Odprowadziwszy premjera francuskiego do jego apartamentów, dziennikarze rozsypali się: jedni na pocztę, drudzy do restauracji — pałaszować kotlety po wiedeńsku i pisać artykuliki, inni wreszcie na dancing — rozprostować nogi po pracowitym dniu. Obaj premjerzy odprawili służbę i najprawdopodobniej udali się na spoczynek. Dzień polityczny zakończył się. Nic ciekawego nie mogło zajść do następnego rana. Ostatni reporter, pragnąc nazajutrz od świtu być pierwszy na posterunku, opuścił hotel.

A szkoda. Gdyby był doczekał do dwunastej, uwagi jego z pewnością nie uszedłby niepozbawiony znaczenia wypadek. Za dziesięć dwunasta, przed bramę hotelu zajechał samochód. Ze schodów zszedł poseł państwa * * *; poprzedzał go boy, niosący walizkę. Poseł i walizka zniknęli w drzwiczkach samochodu. Auto odjechało w stronę dworca.


V.

W tydzień potem, w porannych dziennikach, gdzieś na niedostrzegalnym szarym końcu, po raz pierwszy nonparelem wypłynęło imię państwa * * *. Pod koniec tygodnia, kwestja * * *, podnosząc się z błyskawiczną szybkością, jak rtęć w rurkach szpalt, zapełniła całe kolumny, podpełzła ku nagłówkom. Wiadomości stawały się coraz konkretniejsze.
Na terytorjum państwa * * *, nie wiedzieć skąd, zjawił się nagle nowy, naprędce spreparowany hetman, który zamyślił pochód na Ukrainę, w celu wyzwolenia jej z pod jarzma bolszewickiego. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nastąpiła ostra wymiana ultimatów.
W Lionie tego dnia od rana powiał gwałtowny wiatr północno-zachodni, i na wietrze, jak niewysuszona bielizna, rozwieszona na niewidzialnych sznurach, łopotały postrzępione łachmany mgły. Wicher z furją pędził ulicami, zwalając z nóg nieopatrznych przechodni. W powietrzu, jak ociężałe ptaki, poszybowały zdmuchnięte kapelusze i wślad za niemi w dziwacznych podskokach, jak gumowe piłki, pognali bezgłowi ludzie.
Około szóstej wieczór na ulicach ukazały się dodatki nadzwyczajne. Na skrzyżowaniach ulic przechodnie kręcili się, jak bąki, przytrzymując uciekające im z rąk płachty. Pod nieprzeniknioną siatką mgły ludzie, jak schwytane motyle, trzepotali niezgrabnie rozpostartemi skrzydłami gazet.

Za grubemi szybami kawiarni opaśli, zadomowieni bywalcy grali w preferansa i, z namaszczeniem dobierając maści, ciskali z rozmachem w serca kierów ostremi pikami pik.
— Wist.
— I owszem.
— A my go — atucikiem.
— Tak, m’sje, to już nie żarty. Ci bandyci sprowokowali wojska * * * do przekroczenia ich granicy. Zagrażają jawnie integralności naszej wiernej sojuszniczki * * *. Francja tej prowokacji nie ścierpi.
— Pas.
— Jeszcze jak!
— Poślemy przyjaciołom * * * w sukurs wojska i amunicje. Bolszewików wytępimy.
— A my mu zajedziemy kierem! Tak, m’sje, tylko tą drogą możemy zaprowadzić nareszcie w Europie dawny, przedwojenny porządek. Mówiłem to zawsze mojemu deputowanemu, Juliet. Nigdy nie skończymy z drożyzną, nie skończywszy wprzód z Sowietami.
— Damulka pik.

Na dworze pędził wiatr, smagał grube szyby, wzbijał się wgórę, koziołkował po dachach, utknął, zaplątał się w pajęczynie anten, wywikławszy się z niej, gnał dalej, i rozhuśtane anteny huczały żałośnie, długo.

W klubie przemysłowym tego wieczora, jak codzień, goście grali w bakarata i suto wieczerzali w bufecie, żując powoli i zakrapiając „Chablis“ tłuste portugalskie ostrygi. W palarni, w wygodnych, skórzanych fotelach, wysmokingowani panowie palili cygara i papierosy, rozprawiając z ożywieniem.
Wtedy wszedł zarządzający z dwoma lokajami, niosącymi długi zwitek. Zwitek, jak się okazało po rozwinięciu, był mapą Europy. Lokaje powiesili ją na ścianie.
Zarządzający, zwracając się do szpakowatych panów, rozpartych wygodnie na kanapie, objaśnił z uśmiechem:
— Ile razy jest wojna — panowie lubią mieć pod ręką mapę. Ostatniej wojny trzeba było ze sześć razy zmieniać mapy. Całkiem podziurawili je szpilkami.
Panowie otoczyli mapę kołem.
W rogu, na kanapie, łysy jegomość w monoklu mówił do siwego pana z bokobrodami:
— Podobno wczoraj wieczór eskadra angielska odpłynęła w kierunku Petersburga?...
Pan z bokobrodami nachylił się ku sąsiadowi konfidencjonalnie:
— Mój przyjaciel, sekretarz ministerstwa spraw wewnętrznych, mówił mi wczoraj, — oczywiście między nami, — że rząd zamierza jutro ogłosić mobilizację. Tworzy się koalicja całego świata kulturalnego, coś w rodzaju nowej krucjaty, przeciwko tym łajdakom komunistom. W ciągu trzech tygodni bolszewicy zostaną zmieceni i w Rosji przywrócona będzie władza legalna. W Londynie, za wiedzą rządów angielskiego i francuskiego, ukonstytuował się już rząd tymczasowy z poważnych mężów stanu emigracji rosyjskiej. Przebąkują nawet, jakoby... — pan z bokobrodami nachylił się niżej i dokończył już niedosłyszalnym szeptem.
— Co pan mówi! — zainteresował się łysy. — Tak, to bardzo rozumne. Zresztą, oddawiendawna byłem tego zdania. Nigdy przemysł francuski nie pozbędzie się tego fermentu, dopóki tam, na wschodzie, będą istniały Sowiety. Zlikwidowanie Sowietów, zaprowadzenie porządku w Rosji, to decydujący cios dla naszego rodzimego komunizmu, to zwycięstwo na naszym wewnętrznym, przemysłowym froncie. W imię jego, cała rozumnie myśląca Francja nie cofnie się przed żadnemi ofiarami...

Na dworze, opustoszałemi ulicami, na wyścigi z samotnym motocyklem, pędził wiatr, i w wietrze olbrzymiemi płatami monstrualnego śniegu wirowały strzępy nadzwyczajnych dodatków. Na rogach ulic, jak widma, w czarnych ceratowych kapturach tańcowali niezdarnie policjanci.

W drukarni gazety robotniczej jasno płonęła elektryczność, terkotały linotypy i usmoleni zecerzy, jak dziwni wirtuozi, z rękami w odciskach, cwałowali rozsypanym tabunem palców po maleńkich brukowcach klawiszy. Miarowo to podskakiwały, to opadały dźwignie, i zgapione litery, jak żołnierze, skrzyknięci na zbiórkę, błyskawicznie ustawiały się w rząd. Potem czcionki, jak pływacy z odskoczni, rzucały się wdół, do basenu z płynnym ołowiem, aby po chwili wypłynąć stamtąd spoistą linijką zdania:
„Dziś, o godz. 12 w południe, pierwszy trans-
Znowu litery gonią litery, aby, rozpalone biegiem, po chwili wynurzyć się nowym smukłym wierszem:
port broni i amunicji wysłany z Lionu do * * *.
I dalej:
utknął w odległości 80 km od granicy niemieckiej, naskutek gremjalnego strajku kolejarzy, którzy odmówili przepuszczenia jakiegokolwiek transportu, przeznaczonego do walki z robotniczym Związkiem Republik Radzieckich.“
Kropka.
— Zuchy chłopaki! — uśmiecha się zecer.
Znów migają palce po schodkach klawiszy. Znów, jedna za drugą, po linach, po rusztowaniach dźwigni, jak akrobatki, drapią się czcionki, aby po chwili rzucić się głową wdół w bulgocący basen i wypłynąć stamtąd nowym nierozerwalnym łańcuchem wiersza:
„O godz. 3 po południu na mieście ukazał się dekret o mobilizacji kolei żelazny.“
I zaraz następne:
„Centralny Komitet Zjednoczeniowych Związków Zawodowych proklamował na jutro strajk generalny.“
— Towarzyszu, złóżcie cycerem odezwę KC. partji do mas robotniczych.
Znowu klekocą klawisze:
„Towarzysze! Burżuazyjny rząd francuski pod dyktando angielskich kapitalistów...“
U wejścia do drukarni rozległ się gwar głosów, tupot nóg i szczęk karabinów. Na schodach, prowadzących wdół, zaroiło się od granatowych ludzi.
Policja.
Pod wieczór na mury domów wystąpiły czerwone plamy plakatów: odezwa Komitetu Centralnego Kompartji do robotników i żołnierzy.
Około siódmej na bulwarach wszystkich miast Europy ukazały się nowe dodatki nadzwyczajne, przynoszące sensacyjną wiadomość.
Samolot angielski, w drodze z Londynu do Lionu, zabłądziwszy w gęstej mgle nad La Manchem i zmyliwszy kierunek, nieoczekiwanie znalazł się nad Paryżem i, cudem uchodząc przed obstrzałem, zdołał, mimo złamanego skrzydła, wylądować szczęśliwie poza obrębem kordonu.
To, co lotnik angielski zobaczył i opowiadał, było tak niewiarygodne, tak fantastyczne, że nawet nie odznaczająca się zbytniemi skrupułami prasa bulwarowa podawała jego relacje z dużą rezerwą.
Pragnąc stwierdzić, gdzie się znajduje, pilot leciał na wysokości zaledwie stu metrów nad ziemią. Gdy się zorjentował, że jest nad Paryżem, było już za późno; ciekawość przemogła w nim obawę.
Leciał od strony Lasku Bulońskiego. Dzięki południowemu wiatrowi, który rozwiał nad miastem mgłę, mógł wszystko widzieć, jak na dłoni. Paryż, który odsłonił się jego oczom, nie był bynajmniej spalony. Gmachy, pałace i posągi — wszystko napozór stało na swojem miejscu, a jednak wszędzie dawała się zauważyć bijąca w oczy zmiana. Pierwszą rzeczą, która uderzyła lotnika, była nieprzeliczona ilość wznoszących się nad miastem olbrzymich masztów radjostacji. Powietrze we wszystkich kierunkach przecinały rozpięte w nieskończoność druty anten.
Minąwszy Łuk Triumfalny, pilot leciał dalej, wzdłuż alei Pól Elizejskich. To, co ujrzał tutaj, przekraczało już wszelkie granice prawdopodobieństwa.
Gdzie niegdyś niezmierzoną taflą wyślizganego asfaltu rozpościerał się plac Zgody, od Madeleine do Izby Deputowanych i od Pól Elizejskich do Tuilleryj, pod lekkim podmuchem południowego wietrzyka falował teraz łan dojrzałego zboża. Zboże to żęły właśnie motorowe żniwiarki, prowadzone przez barczystych, ogorzałych ludzi w białych koszulach. Mężczyźni i kobiety, w takich samych lekkich ubraniach żniwiarzy, zwinnie podawali gotowe mopy na oczekujące auta ciężarowe. Gdzie niegdzie, na skraju ścierniska, odpoczywające kobiety karmiły piersią niemowlęta.
Dostrzegłszy nadlatujący aeroplan, żniwiarze przerwali pracę, zadzierając do góry głowy i wymachując we wzburzeniu rękoma.
Przelatując dalej nad parkiem Tuilleryjskim, pilot zauważył w nim kolonję, złożoną z paru tysięcy bawiących się dzieci, w jednakowych ubrankach, fartuszkach i maleńkich, czerwonych czapeczkach, przypominającą pole makowe o miedzę z polem pszenicznem.
Gdzie dawniej rozciągał się Ogród Luksemburski, bielał teraz w słońcu grzędami kalafjorów, szachownicą kolorowych działek, ogromny ogród warzywny.
Lotnik tak był zaskoczony tem, co ujrzał, że rezygnując z dalszych obserwacyj, przeciął miasto naukos, chcąc czem prędzej podzielić się swem odkryciem z władzami.
Nad Sekwaną, w miejscu, gdzie karkołomnym skokiem przesadza ją w powietrzu most metropolitenu, ujrzał biegnący po wiadukcie pociąg, złożony z wagonów towarowych, naładowanych jakimś materjałem. Ludzi na ulicach nie było widać prawie zupełnie, jedynie na polach i w ogrodach, wydłużające się jednak ku niebu wąską smugą dymu kominy fabryczne świadczyły o tem, że tętni tu powszechna natężona praca.
Przelatując nad południowemi przedmieściami, pilot stał się przedmiotem zaciętego obstrzału, co zmusiło go do wzbicia się na znaczną wysokość. Jedynie dzięki zręcznym ewolucjom udało mu się ujść bez znaczniejszego szwanku.
Lotnik utrzymywał, że Paryż otaczają poważne fortyfikacje, i przysięgał, że dostrzegł na bastjonach dalekonośne działa.
Nieprawdopodobną opowieść pilota radjo rozniosło tegoż dnia po całej kuli ziemskiej.

Przed nadejściem wieczora w całej Francji sensacją dnia byli już tajemniczy ludzie, zbierający zboże na placu Zgody i płodzący całe falangi dzieci. We wszystkich kabaretach Lionu śpiewano o nich frywolne piosenki.


VI.

Wypadki dnia następnego potoczyły się już z prawdziwie zawrotną szybkością.
O godzinie dziesiątej rano w Lionie ukazał się dekret o powszechnej mobilizacji. Pomimo stanu wojennego i zakazu zbiegowisk, ulice pęczniały wzburzonym tłumem, wylewającym się w pochody z wrogiemi okrzykami przeciwko wojnie. Zorganizowana napoczekaniu patrjotyczna milicja faszystowska starała się dopomóc policji utrzymać miasto w ryzach posłuszeństwa. Spędzani stadami rezerwiści, przecinali ulice ze śpiewem „Międzynarodówki“. Trzy pancerniki, stacjonowane w Tulonie, wypłynęły na morze pod czerwonemi banderami. W miastach panował ferment i rozruch. Pułk, który otrzymał rozkaz wymarszu, zabarykadował się w koszarach, wywieszając z okien czerwone chustki.
O godzinie dwunastej w południe dzienniki przyniosły wiadomość o odpłynięciu eskadr angielskich w kierunku Leningrodu. Rząd niemiecki oświadczał, iż w wybuchłym konflikcie zachowywać będzie jak najściślejszą neutralność.
Wieczorne wydania gazet nie wyszły już w całej Europie z powodu strajku generalnego. Rozgorączkowane tłumy, chciwe wiadomości, oblegać zaczęły około godziny ósmej wieczór uliczne głośniki domów handlowych, parków i redakcyj, w oczekiwaniu ostatnich depesz. Punktualnie o trzy kwadranse na ósmą głośniki wykasłały pierwsze sygnały regulacyjne oczekiwanych stacyj.
Wtedy to, niespodziewanie, poprzez minorowy akompanjament miarowo odliczanych cyfr, zagłuszając go, jak miedziany ryk trąby, rozgrzmiały nagle w grającej z tłumikiem orkiestrze smyczkowej, przedarł się tubalny głos:
— Hallo! Hallo! Mówi Paryż!
Słowa te były tak nieoczekiwane, że tłumy w podnieceniu zakotłowały i umilkły, niepewne, czy nie padły ofiarą złudzenia słuchowego.
Przez chwilę słychać było w głośniku jedynie niewyraźne echo, doliczające: „ośm, dziewięć, dziesięć...“ Rozgorączkowane oczekiwaniem tłumy pochyliły się bliżej. Wtedy, poprzez dźwięk odliczanych cyfr, po raz drugi rozległ się donośny, metaliczny bas:
— Hallo! Mówi Paryż!
Teraz nie mogło już być wątpliwości. Gniotąc się i prąc, ludzie z ciekawością cisnęli się ku głośnikom. Akompanjament umilkł. Po chwili ten sam glos ozwał się po raz trzeci:
— Mówi Paryż!
Po niewiarygodnych rewelacjach lotnika angielskiego brzmiało to, jak klucz do niepokojącej zagadki. Po chwili głos rozległ się znowu, dobitny i ogłuszający:
— Mówi Paryż! W chwili obecnej miasto Paryż posiada siedem wybudowanych przez ostatnie dwa lata radjostacyj o średniej mocy 500 kilowatów każda. Nastawiliśmy nasze maszyny na długość fal wszystkich popularnych stacyj kontynentu. Łącząc się z którąkolwiek bądź z nich, musicie nieuchronnie słyszeć nasz głos, przewyższający wiele razy moc ich anten...
Słowa umilkły. Przez chwilę dał się słyszeć głos zagłuszonej stacji, donoszącej w lakonicznej depeszy o wypowiedzeniu przez Japonję wojny Sowietom. Po chwili ten sam głos znowu pokrył wszystko:
— Robotnicy! Żołnierze! Chłopi! Mówi do was rewolucyjny rząd Paryża. Paryż, który uważaliście za wymarły, — żyje. Słuchy, jakie dochodziły was o szalejącej w nim epidemji, — kłamią. Epidemja w Paryżu wygasła dwa lata temu. Ocalał od niej jedynie, wtrącony do więzień w czasie majowych represyj, wielotysięczny proletarjat paryski. Na ruinach starego Paryża, ocalały dzięki izolacji w więzieniach, proletarjat wzniósł przez te lata nowy Paryż, — wolnej robotniczej komuny. Pragnąc zy... na cza... zaczę...
Poprzez splątaną pajęczynę słów przedarły się naraz figlarne akordy fortepianu:

...Magdalenko, Magdalenko!
Wzrusz się, skrusz się, wierz mej łzie!
Brnąc po ciemku pod sukienką,
Zabłądziłem bóg wie gdzie.
Skroś koronek twoich gąszcz
Bzykam, miotam się jak chrząszcz
I znaleźć drogi znanej już
Nie mogę ani rusz!
Ach, pomóż mi, o, Magdalenko...

ryczała tenorem zagłuszona stacja.
— ... wojna imperjalistyczna, sprowokowana przez wasze burżuazyjne rządy przeciw pierwszemu robotniczo-chłopskiemu państwu świata, Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich, skierowana ostrzem w pierś rewolucyjnego proletarjatu wszystkich krajów, zmusza nas po raz pierwszy do przerwania łańcucha sztucznej izolacji i zwrócenia się... bezpo...

...Próżno wciąż do celu zmierzam,
Stukam, pukam, padam z nóg.
Otwórz, otwórz mi twój sezam,
Magdalenko, puk, puk, puk!...

wydzierał się uparty tenor.
— Mówi Paryż robotniczy. Robotnicy! Chłopi! Ludy ujarzmione! Wojna z ZSRR, to wojna przeciwko wam, to wojna przeciw naszej komunie, której będziecie bronić, jako międzynarodowego rewolucyjnego bastjonu w morzu kapitalistycznej Europy. Wszyscy do broni! Wszyscy na stronę rewolucyjnego Paryża! O niez... pok... z Związ...

...Magdalenko, Magdalenko!...

— ...żyje...towa rewolucja robot... nierzy i chłopów! Precz z woj... listyczną... żyje ...na domowa! Niech żyje Paryż, stolica Francuskiej Socjalistycznej Republiki Rad!
Czarne paszcze głośników zagrzmiały mosiężną fanfarą „Międzynarodówki“.
Tłumy, zdawało się, ogarnął jakiś szał. Ludzie biegli, gniotąc i tratując się nawzajem. Tysiące rozwartych podziwem ust podchwyciły cichnący refren „Międzynarodówki“.
I pod wzdętemi żaglami pieśni masy drgnęły, jak tytaniczne okręty, trzeszcząc w spojeniach, zakołysały się na mieliznach jezdni i ciężko ruszyły.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Jasieński.