Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
I.

A jednak pozostał ktoś, kogo nie dojrzała przez grube, szczelnie zasunięte mury.
Na zatopionych przypływem śmierci polach Paryża, w cichej godzinie odpływu, wynurzone z opadających fal, jak białe łysiny mielizn na martwej przestrzeni wód, kołysały się trzy żywe wysepki ludzkie.
Były to, odcięte od reszty świata chłodnym golfstromem prawa, wyspy robinsonów o golonych głowach.
Zagubione wśród delty ulic, odgrodzone wydzielającym się z ich ścian, własciwym im fluidem izolacji, podległe własnym wewnętrznym prawom samoistnych organizmów, jakby w innej położone rzeczywistości, przetrwały one długie tygodnie, nietknięte, obojętne, jak dziwne pływające domy, zmyte w nocy powodzią i unoszące się rankiem na jej powierzchni, pełne uśpionych, nie podejrzewających niczego ludzi.
Ogłupiali dozorcy więzienni, w obawie przed odpowiedzialnością i w oczekiwaniu jakichś urojonych instrukcyj, otoczyli je podwójną obręczą jak najściślejszego odosobnienia. Obawa, by słuch o panujących nazewnątrz epidemji i rozprzężeniu, wtargnąwszy do natłoczonych więzień, nie stał się hasłem do buntu, paraliżowała im języki.
Korzystając z innych zbiorników wody, więzienia, zwykłym zbiegiem okoliczności, ustrzegły się przed zakażeniem śmiertelną bakterją pierwszego zaraz dnia. Zaopatrzone obficie własne składy żywnościowe w połączeniu z najsurowszą izolacją — dokonały reszty.