Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

z ziemi, zroszonej obfitym deszczom dolarów, zjawili się niezniszczalni, brzuchaci hotelarze.
Nad całem miastem zawisł stukot przybijanych reklam i szyldów.
Dniem i nocą, z ulic i zaułków, mamiąc przechodniów, migotały bez ustanku znajome napisy nocnych hotelików. Owego zaś wieczora, gdy pod jazgot jawajskiej orkiestry, po raz pierwszy po długiej przerwie, zatoczył swój odwieczny krąg, odbudowany w Lionie, gorejący wiatrak „Moulin Rouge’u“, cała Europa odetchnęła z ulgą, jakgdyby chciała powiedzieć: „A jednak się obraca.“
Perlistą, wszystko zmywającą strugą, rynsztokami nowego Montmartre’u, popłynął szampan, i z pustoszejących wsi do fabryk czarną strugą popłynęli wychudli, obdarci robotnicy.
Drugiej jesieni czterdziesty szósty z rzędu gabinet stabilizował franka. We Francji, z racji kiepskiej konjunktury, ludzie przestali kupować samochody. Fabrykom groziło zamknięcie. Wszędzie redukowano do połowy personel. Celem uniknięcia zaburzeń usuwano po kilku ludzi, o różnych porach dnia, z różnych oddziałów. O przyjmowaniu nowych robotników nie mogło być mowy.
W izbie deputowanych białogrzywy socjalista Paul Boncourt referował projekt o zwiększeniu w dwójnasób kadr policji.
Pewnego pięknego sierpniowego wieczora, kiedy po zmierzchających ulicach Lyonu oscylował ten przypadkowy, niezgrany tłum statystów, jaki na ekran bulwarów liońskich wyrzucał co wieczora zepsuty aparat projekcyjny Europy, na rogu ulicy Vivienne i bulwaru Montmartre Jeannette oświadczyła Pierrowi, że potrzeba jej nieodzownie wieczorowych pantofelków.