Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
V.

Towarzysze! Tak nie można! Proszę zapisywać się do głosu. Musi być przecież jakiś porządek!
— To go pilnujcie, towarzyszu! To już wasza rzecz. Nato obrali was przewodniczącym. Zapisujcie. Tylko tak, żeby każdy mógł się wypowiedzieć całą gębą. Ty masz zdanie takie, a ja mam takie. A wymachiwanie dzwonkiem, jak w kapitalistycznym parlamencie, tak, że nie słychać nikogo, — cóż to za porządek?
— Towarzysze! Proszę o spokój! Głos ma towarzysz Lerbier.
— Ja, towarzysze, długo mówić nie będę. Jako komisarz aprowizacji, obwijać prawdy w bawełnę nie mam poco. Stan aprowizacji republiki jest katastrofalny. Jeżeli wydawać po ćwiartce chleba, jak ostatniemi dniami, starczy najwyżej na trzy dni. A i to już licząc, że ludność zmniejszy się w międzyczasie o odpowiedni procent. Wczoraj rozdaliśmy ostatni worek kartofli. Za trzy dni, towarzysze, nikt nie będzie miał co włożyć do gęby. Republika skazana jest na śmierć głodową.
— A wyjście? Jakież jest wyjście?
— Wyjście, towarzysze, moim zdaniem, jest jedno. Przedrzeć się na terytorjum koncesji amerykańskiej i opanować jej składy. Moim zdaniem, towarzysze, imperjaliści angielscy i amerykańscy z głodu jeszcze, jak świat światem, nie umierali; na pewno nagromadzili sobie przyzwoity za-