Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/152

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Za godzinę — w „American-Express“. Trzeba pomyśleć o wstawaniu.
    Mister Dawid Lingslay wyciągnął się jeszcze raz na wygodnem, czteroosobowem łóżku. Nagle zerwał się i przysiadł na krawędzi. Odrzuciwszy kołdrę, skrupulatnie pomacał przez jedwabną pyjamę brzuch, potem, podnosząc każdą rękę zosobna, — gruczoły pachowe. Po dokładnych oględzinach wyciągnął się zpowrotem.
    Codzień budził się z tym instynktownym strachem zdrowego, muskularnego ciała, przeczuwającego w zwierzęcym lęku chwilę, w której, pewnego ranka, obudzi go gryzący ból w dole brzucha. O przykrym tym fakcie, na którego szali elementarny rachunek prawdopodobieństwa kładł dziewięćdziesiąt dziewięć przeciw stu, mister Dawid Lingslay starał się za dnia nie myśleć, piastując gdzieś wewnątrz, jak wychuchane w zanadrzu pisklę, nieśmiało formułowaną nadzieję na tę jedną setną możliwości ocalenia.
    Co rana jednak, gdy pogrążone we śnie ciało, w nagłem przejściu od snu do jawy, oscylowało jeszcze w irrealnej próżni, zanim rozluźnione dźwignie woli nie trafiły znów trybem na tryb, — jak odprężona sprężyna ciskał mu się do gardła strach, który wciskać trzeba było dopiero pięścią do jego komórki, gdzie przyczajony przebywał aż do następnego rana.
    W tych krótkich chwilach mister Dawid Lingslay przypominał sobie, że tam, w szufladzie szafki nocnej — wystarczy sięgnąć ręką — leży, wyczekując niecierpliwie tego jednego rana, mały, stalowy przedmiocik, skulony i niewidoczny, czeka, liczy niedosłyszalne tętno spoczywającego na blacie, pękatego zegarka, który gdzieś, w swych wnętrznościach, w rozdygotanym wskazującym palcu skazówki chowa ukrytą, jemu jednemu wiadomą, fatalną godzinę. Odliczył już precyzyjnie tyle i tyle obrotów i odrabia je codzień, udaną obojętnością maskując gorączkowy pośpiech.
    W podobnych momentach mister Dawid Lingslay czuł taką