Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

na bosą nogę, wydawał gorączkowe rozkazy. Pierwsza podwoda, naładowana mąką, odjeżdżała już w stronę przystani.
Nagle, rozpychając tłum, w oświetlonym kręgu drogi ukazał się zadyszany proboszcz w rozwianej sutannie.
— Czekaj pan! Czekaj pan — krzyczał zdaleka proboszcz, wymachując rękoma. — Mam myśl!
Mer pobiegł na jego spotkanie.


Powolna skazówka docierała już do trzeciej, gdy na zakręcie szosy ukazał się pierwszy wóz z garbem białych worków.
Towarzysz Laval otarł chustką pot z czoła i, rozweselony wetknął zegarek do kieszeni.
Za pierwszą podwodą ukazała się druga, trzecia, — długi tren, biała, śpiewnie skrzypiąca litanja wozów. W jaskrawem świetle reflektorów, umączeni, wylękli chłopi, uginający się pod ciężarem, podobni do skrzętnych mrówek, znosili białe, pękate bele do pływającego mrowiska galarów. Snieżne góry na szkutach rosły z chwili na chwilę.
Towarzysz Laval trwożnie zerknął na zegarek. Minęła już godzina, a kończono ładować dopiero drugi galar. Gdzieś daleko, czarny szew widnokręgu, sczepiający ziemię z niebem, rozłaził się w oczach, jak znoszona, przetarta materja i, poprzez rosnące pęknięcie, prześwitywała szara podszewka brzasku. Towarzysz Laval z niepokojem odwracał się co chwila w tę stronę.
Gdy wreszcie trzeci galar był gotów, zegarek wskazywał pół do piątej. Smuga brzasku na wschodzie zarysowała się już szeroką szczeliną. Śnieżne wzgórki szkut, jakby przygrzane pierwszemi promieniami słońca, zazieleniły się nieśmiałą murawą brezentu. Nie należało tracić więcej ani chwili.
Przeskakując z burty na burtę, załoga pośpiesznie sczepiała linami galary, odepchnięte żerdziami na środek rzeki,