Sprawa Clemenceau/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (syn)
Tytuł Sprawa Clemenceau
Podtytuł Pamiętnik obwinionego. Romans
Wydawca Drukarnia E.M.K.A.
Data wydania 1927
Druk Drukarnia „Oświata“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L’Affaire Clémenceau
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ALEKSANDER DUMAS (Syn)

Sprawa Clemenceau
Pamiętnik obwinionego
ROMANS
Tom I.

WARSZAWA 1927.


NAKŁADEM DRUKARNI E.M.K.A.
Tłomackie Nr. 4.


Druk. „Oświata“ Tłomackie 4 tel. 129-25



SPRAWA CLEMENCEAU.
Pamiętnik obwinionego.



Do p. Rollinet’a
Nadwornego obrońcy.



„Ponieważ na pierwszą wieść o mojem aresztowaniu, nie wchodząc w to co prawdą, a co fałszem było, w różnych pogłoskach krążących na mój rachunek, raczyłeś pan wspomnieć na nasze przyjazne stosunki i skłoniłeś mię do starań o możliwie najdłuższe zachowanie mego życia, w imieniu dziecka i czci mej splamionej, rozpoczynam dziś nie już proste wyszczególnienie faktów, dokładna znajomość których nieodzowną jest obrońcy, raczącemu się podjąć trudnej mojej sprawy, lecz nadto poufne, ścisłe, bezstronne wyznanie okoliczności, wypadków, pojęć wreszcie, które spowodowały smutną katastrofę minionego miesiąca.
„Sprawa będzie razstrząsaną za pięć lub sześć tygodni zaledwie; mam więc czas zebrać wspomnienia. Opowiem panu prawdę całą tak, jakbym ją wyznał przed Bogiem, gdyby On, co wie wszystko, badał mię. Co rok swój czyniąc zawisłym od mniejszej lub większej szczerości mojego wyznania. Pamiętnik ten spożytkujesz pan o tyle, o ile to uznasz za potrzebne do mej obrony. Postaram się prowadzić go tak jasno i porządnie, jak tylko to się możliwem okaże w obecnym stanie mojego umysłu, swobodniejszego zresztą niżem się spodziewał. Zdolność i przyjaźń pańska dokonają reszty.
„Jakimkolwiek będzie wyrok przysięgłych, nigdy nie zapomnę widoku dwojga twoich ramion, wyciągniętych ku mnie, gdy drzwi mego więzienia otwarto przed tobą i ostatnia myśl moja, czy zostanę skazany lub nie, będzie dla syna mego i dla ciebie.

„Piotr Clemenceau“.
„8, Maja 18.“



I.

Pochodzę z mniej niż nieznanej rodziny. Słowo rodzina wymaga niejakiego objaśnienia. Moją rodzinę stanowiła matka. Mam wszystko od niej: urodzenie, wychowanie, nazwisko, dotąd bowiem nie znam jeszcze mego ojca. Jeżeli żyje, dowie się z dzienników, jak wszyscy, o mojem aresztowaniu, i ucieszy się zapewne, że nie dał swego nazwiska dziecku, któreby go kiedyś zmusiło zasiąść na ławach sądu kryminalnego, przypuściwszy naturalnie że los mój nie byłby odmiennym, gdyby on się zajmować nim raczył.
Aż do dziesiątego roku życia chodziłem dość przykładnie do szkółki, utrzymywanej przez niejakiego starowinę, a mieszczącej się w domu przytykającym do naszego, na dole. Tam się nauczyłem czytania, pisania, nieco arytmetyki historji świętej i katechizmu.
Z nadejściem dziesiątego roku matka postanowiła oddać mię na pensję ze wszystkiem, wyżej ceniąc przyszłą korzyść moją nad swoje szczęście obecne; boć rozłąka ze mną musiała być straszną dla kobiety, co mnie jednego miała kochać na świecie.
— Nie masz ojca, — rzekła do mnie w owym czasie; — nie znaczy to przecież by twój ojciec umarł; to znaczy tylko, że nie jeden pogardzać tobą będzie, lżyć cię za nieszczęście któreby raczę budzić współczucie i wywoływać opiekę powinno to znaczy jeszcze, ie możesz liczyć jedynie na siebie i na mnie, która, nieszczęściem, nie będę mogła zawsze pracować; to znaczy, nareszcie, że jakiekolwiekbyś mi kiedy sprawił zmartwienie przebaczyć ci je muszę. Nie korzystajże z tego zbytecznie.
Oto już przeszło lat dwadzieścia jakem usłyszał słowa, a stają dziś przedemną tak jasno i wyraźnie, jak gdyby wczoraj były wyrzeczone. Jakże straszną jest władza pamięci! Za jakąż winę Bóg chciał ukarać człowieka, obdarzając go złowrogim takim darem? Są błogie wspomnienia, powiecie. Tak, dopóki szczęście jest z nami; lecz za pierwszą żałobą lub pierwszą zgryzotą wszystkie owe wspomnienia pierzchają, i jeżeli je gonić zapragniemy, zwracają się przeciwko nam, godząc w serce samo.
Nie podobna mi było, dziesięcioletniemu dziecku wniknąć we właściwe znaczenie słów matki instynktownie wszakże dojrzałem w nich boleść dla niej i obowiązek dla siebie.
Uścisnąłem ją, to pierwsza odpowiedź dzieci, skoro są wzruszone; potem z oddźwiękiem nagłego postanowienia i ze stałością nad wiek.
— Bądź spokojna mamo, — powiedziałem, — będę pracował pilnie, a gdy dorosnę, obaczysz jak cię uczynię szczęśliwą.
Matka otworzyła było maleńki skład bielizny i haftów na rogu ulicy tle la Grange-Botehere na drugiem piętrze, wprost merostwa, Pierwsza robotnica sławnej Karohny, z koleji zdobyła się na własną pracownię, a jej gust, punktualność, obejście ujnujące, ściągnęły do niej nieliczną, lecz wyborową klientelę.
Jeszcze zda się widzę skromne nasze a tak czyste mieszkanko, starą służącą, od świtu zajętą czyszczeniem i z którą, pod pozorem pomocy w tem zajęciu rannem, biegłem swawolić, ledwie ze snu otworzywszy oczy; nasze niewykwintne obiady, podczas których matka wiodła rozmowę z tąż sługą staruszką, zwyczaj powszechny w małomieszczańskiej sferze; sąsiadów, spotykanych na schodach gdy szedłem do szkoły, a których mój szczebiot zajmował i bawił, wreszcie długie wieczory i dwie czy trzy robotnice, młode, wesołe śmieszki którym matka rozdzielała robotę, przygotowawszy ją uprzednio sama.
Dziewczęta owe psuły mię jak mogły. Moje położenie jako nieprawego dziecka było zapewne jedną więcej przyczyną, że mię tak kochały. Kobiety z tej klasy zbyt często są narażane na podobne wypadki i podobne cierpienia by nie szanować ich w drugich i wespół z niemi czuć nie miały. Podczas ostatnich wieczorów, poprzedzających oddanie mię na pensyę, wysilały się by mię zabawić i dać mi zapomnieć o blizkiem wygnaniu; pomimo bowiem silne postanowienie odwagi, wiek odzyskiwał swe prawa, i nie bez strachu myślałem o owej chwili.
Wreszcie w wigilję dnia pamiętnego; — 1-go października 18! — po obiedzie, matkę rzekła do mnie:
— Idźmy pokończyć sprawunki.
Poprowadziła mię najprzód do jednego z małych sklepików na bulwarze Ś-go Marcina, i tam, biedna droga istota! kupiła mi nakrycie i kubeczek srebrny, z całą dobrocią, pozwalając mi nawet wybierać samemu. Wybrałem najskromniejsze, myśląc, że najmniej kosztować będą. Uściskała mię z wylaniem; serce tak łatwo domyśla się wszystkiego! Wracaliśmy następnie przez bulwary, a że lubiłem bardzo rysować kolorami (była to moja najulubińsza rozrywka, podczas gdy ona szyła w długie zimowe wieczory) matka kupiła mi pudełko farb, następnie czyżyka, sznurek do skakania, i czego tam nie było! różne drobne zabawki dziecięce mające się przyczynić do złagodzenia jutrzejszej boleści, zajmując młodociany mój umysł ulubionemi rozrywkami.
Skorośmy wrócili do domu, było już późno, robotnice odeszły. Lampa o przyćmionym płomyku, oczekiwała nas na dużym krawieckim stole. Cała moja drobna wyprawka, zupełnie już gotowa, leżała starannie złożona. Każdy z tych przedmiotów przedstawiał pewną kwotę pieniężną zdobytą z niezmiernym trudem, długie czuwanie w noc późną, niekiedy do rana. Mężczyzna, który sprawia, że uboga dziewczyna zostaje matką, i który skazuje tę kobietę na utrzymywanie dziecka własną pracą, czyli wie, zaprawdę, co on czyni?
Matka usiadła, wzięła mię w ramiona, ja złożyłem głowę na jej piersi, i z godzinę tak może przesiedzieliśmy w milczeniu, ona zadumana o przeszłości baz wątpienia, ja nie myślący o niczem, oddany jedynie poczuciu błogości obecnej.
— Chcesz być grzeczną, mateczko? — zapytałem, gdy przyszła pora udania się na spoczynek, pozwól mi dzisiaj spać z tobą.
Byłem niezmiernie wątły w niemowlęctwie mojem. Matka, która karmiła mię sama, kładła mię zawsze przy sobie. Zwyczaj ten przeciągnął się dla mnie aż do lat sześciu. Następnie stawało się to rodzajem nagrody, jeślim bywał wyjątkowo grzeczny, lub wynagrodzenia, skoro mi rozrywkę jaką obiecano, a której następnie dla braku pieniędzy lub czasu odmówić mi było potrzeba. Wtedy wypraszałem u matki pozwolenie spania z nią razem, i za nadejściem wieczoru biegłem do pokoju sypialnego, i tam dostawszy się do jej łóżka, przewracałem się po niem, trzepocąc się jak ryba, co dopadnie wody, aż wreszcie zasypiałem tym snem głębokim, spokojnym, co niestety! dziecięctwa jest tylko udziałem. Po skończonej pracy matka ostrożnie kładła się koło mnie, i nazajutrz budziłem się w tem samem położeniu, z ustami na jej ręce, którą trzymałem w obu rękach moich. Ta to nadewszystko chwila przebudzenia była dla mnie uciechą prawdziwą; swawoliłem z nią, rozplatałem jej włosy. Śmieliśmy się oboje; ona, cisnąc mię silnie w ramionach, mówiła: — Jak ja ciebie kocham, moje drogie dziecko!




II.

Otóż niemało szczegółów niepotrzebnych bynajmniej do sprawy, nieprawdaż? Ale, powtarzam piszą nie tylko dla mego obrońcy, piszę to również dla siebie, byłoby mi niepodobnem przejść od razu do drugiej części mego istnienia nie zaczerpnąwszy tchu w pierwszej. Trzeba mi odwagi, A gdzież ją znaleźć, jeżeli nie we wspomnieniu tych lat dziecinnych, pełnych słodyczy i pogody cichej?




III.

Nazajutrz o siódmej rano, byłem w gabinecie zawiadowcy zakładu, którego opiece matka polecała mię poraz setny może; „Nie odstępowała mię nigdy; potrzebowałem największej względności; łagodnością wszystko ze mną zrobić było można; gdybym zachorował, w tejże chwili należało posłać po nią; zresztą, nie mieszkała daleko, będzie więc przychodzić z początku codziennie, w godzinach rekreacyi, i t. d, i t, d.“ Dzwonek się ozwał, uściskała mię poraź ostatni i zostałem sam.
Jak prawie każdy mężczyzna, i pan również musiałeś mieć taką chwilę w dzieciństwie swojem. Wiesz co ona mieści.
P. Fremin rzekł do mnie tonem pełnym ojcowskiej czułości, nawykły łagodzić to pierwsze cierpienie, którego tak często był świadkiem.
— Pójdź mój przyjacielu.
I zaprowadził mię do grona nowych towarzyszy.
Oddając mię na pensyę nie zaś do szkoły, co byłoby nie równie łatwiejszem i mniej kosztownem matka użyła tu jednego z tych półśrodków, do których się serce pomyślne ucieka by złagodzić cios którego uniknąć nie podobna. Zresztą zakład ten położony w najzdrowszej części miasta, w sąsiedztwie ogrodów Tiwoli przedstawiał wszelkie możliwe korzyści, pod względem wychowawczym i higienicznym. Był to w samej rzeczy aczkolwiek niesłusznie, jeden z najbardziej renomowanych zakładów Paryża. Mieścił też około trzystu wychowańców, należących przeważnie do najwyższych sfer finansowych, handlowych, albo arystokracyi świeżo kreowanej.
Matka moja jak wszyscy doznający sami braku wykształcenia pragnęła bym ja je posiadł w całej rozciągłości możliwej. Sądziła więc że dobrze postąpi udając się do jednej z najbogatszych swych klientek, mającej syna w równym ze mną wieku, i zapytała ją, tłómacząc się dla czego to czyni, w jakim zakładzie ta umieściła swojego syna. Ta prosta na pozór okoliczność miała sprowadzić pierwsze bolesne ciosy mego życia. Wielka pani uczuła się dotkniętą tem, że jedna z jej liwerentek śmiała chcieć uczynić swego syna, a do tego dziecko nieprawe, towarzyszem i kolegą jej syna, hrabiątka z czasów Restauracyi.
Matka nie domyślała się niczego. Wyłuszczając swe zamiary pani d’Anglepierre, z całą naiwnością dodała:
— Byłabym niezmiernie szczęśliwą, gdyby mój syn kolegował z synem pani. Byłaś pani zawsze tak dla mnie życzliwą, iż nie wątpię że p. Ferdynand również się dobrm dla Piotra okaże. Biedne drogie dziecko; nie oddalało się nigdy odemnie, potrzebuje więc bardzo życzliwości i przyjaźni.
Matka moja nie miała w sobie ani zbytniej dumy, ani tej uniżoności. Powyższe słowa wypowiedziała poprostu do swojej kundmanki, pokazując jej hafty żądane i tuląc mą głowę do swych kolana.
Zresztą każda matka rozmawiająca o dzieciach, z drugą matką uważa się za równą jej zupełnie. Miłość macierzyńska powinna zdaje się, chwilowo przynajmniej równać wszystkie kobiece stany, gdy nie ma przecież, odpowiednio do różnych stopni społecznych, różnych rodzajów poczęcia i ukochania dziecka. Tu to przedewszystkiem niezbłagane prawa przyrody wyraźnie obalają hierarchie społeczne, czyniąc wszystkie rodzicielki podległemi tym samym przyczynom, tym samym obawom, i obowiązkom tym samym.
Pani owa wszakże inaczej myślała. Wróciwszy do domu, opowiedziała zapewne w obecności syna wszystko czego się przed chwilą dowiedziała, z dodaniem własnych wniosków i uwag, które niebawem ciężko na mnie odbić się miały.




IV.

Zakład był ogromny, taki, jakiego wymagało pomieszczenie prawie dwustu pięćdziesięciu pensyonarzy. Dzielił się na dwie części: na szkołę niższą i wyższą. Pierwsza obejmowała uczniów od klas najniższych aż do piątej włącznie; druga od klasy czwartej aż do retoryki, filozofii, matematyki specyalnej, wreszcie nauki wyzwolone. Obie szkoły mieściły się każda w oddzielnym budynku, które przedzielone gęstą balustradą nie miały z sobą żadnej styczności pozornej. Miały nawet dwa wyjścia na dwie równolegle ulice.
W wyższym oddziale, kilku najzdolniejszych uczniów skupionych przy boku p. Fremin, tworzyło punkt zbiorny pilnej działalności, szlachetnej emulacyi i świetnych rezultatów, utrzymujących zakład na zaszczytnem stanowisku dawnych dobrych czasów. P. Fremin oddawał się całkowicie temu wybranemu kółku, na podwładnych profesorów zdając tę resztę, którą zdaniem jego zajmować się nie było warto; a która w rękach jego wspólnika, aferzysty wyłącznie, przedstawiała zyskowną stronę interesu.
To, co się działo pomiędzy tymi drugimi, przechodzi wszelkie pojęcie. Złe książki, popisywanie się z bezbożnością i występkiem, wywołane może zbytniemi wymaganiami nowoczesnego klerykalizmu, bezczynność i zniewieściałość, przedwczesna rozpusta, wszystkie te występki były na porządku dziennym w owej anarchicznej rzeczypospolitej. W godzinach rekreacyjnych malcy zaglądali ciekawie po przez balustradę dzielącą ich od młodzieńców, na tych bohaterów skandalu, powtarzającego się niemal codziennie, odgłos którego aż do ich uszu dobiegał niekiedy. I malcy pokazywali ich sobie prawie z uwielbieniem.
Panicze owi, pyszni taką sławą, występowali pełni zasłużonej dumy przed olśnionemi oczyma dziecięcego tłumu, mizdrząc się, skubiąc cienkie wąsiki, przybierając pozy zdolne najzgubniej podziałać na wyobraźnie tak młode i słabe.
Tak więc zło rozszerzało się stopniowo i z biegiem czasu najniewinniejsi nawet mieli paść jego ofiarą. Że mnie nie dosięgło, zawdzięczam to jedynie wyjątkowemu położeniu, którego nie błogosławić nie mogę, ono to bowiem uchroniło mię od zepsucia, które stokroć gorszem nieszczęściem stałoby się dla mnie.
P. Fremin zaprowadził mię, jak to już powiedziałem, do grona nowych moich towarzyszy, i tam mię zostawił, poleciwszy wprzód wyłącznej opiece profesora, którego zapytałem zaraz, czy syn pani d’Anglepierre już przybył do zakładu, odpowiedział mi że nie, i że prawdopodobnie jutro dopiero przybędzie. Usiadłem więc z boku na ławce i czekałem.
Łatwo zgadnąć jakim wzrokiem patrzyłem na wielkie podwoje zawarte tak nagle pomiędzy mną a matką moją, Biedna droga mateczka! ścigałem ją myślą jak szła przez ulicę; widziałem jak chustką zakrywając oczy, by przechodnie łez jej nie widzieli, wbiegała do mieszkania; gdzie oddawszy się na chwilę gwałtownemu wzruszeniu, niebawem, z męztwem którego tylekrotnie dawała dowody, ocierała oczy, i wracając do codziennej pracy, odpowiadała przyjaźnie na liczne pytania od których dziewczęta podręczne wstrzymać się zapewne nie umiała. Wszystkie tak dobrze znane przedmioty przesuwały mi się przed oczami, niby starzy przyjaciele, uczułem się blizkim płaczu; ale łez mych pokazać nie chciałem.
Wtedy począłem rozglądać się dokoła, by się nałożyć do nowego trybu życia. Malcy jedni wrócili, drudzy obeznali się już byli ze zwyczajami przyjętemi w szkole. Przechadzali się po kilku razem, grali w piłkę, skakali przez sznurek, pokazywali sobie wzajemnie podarki otrzymane w domu, opowiadali o zajęciach sześciu ubiegłych tygodni, śmiali się, darzyli wzajem łakociami.
I ja również miałem w koszyku mój szczupły zapas zabawek i łakoci. Chciałbym był wydobyć jedne i podzielić się drugie mi. Nie śmiałem! Do kogo tu się zwrócić w takiej wrzawie? Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Gdyby drzwi były otwarte, byłbym uciekł niechybnie.
Bo i po co tu być miałem? Czułem się tak szczęśliwym godzinę jeszcze temu! Czegóż się tu nauczę, co by o matce zapomnieć mi dało?
Boleść byłaby mię już zmogła niewątpliwie, gdy jeden z chłopców, który wszystkich kolegów zaczepiał po kolei, stanął przedemną przyglądając mi się w milczeniu.
Z zawadyacko rozstawionemi nogami, z rękami w kieszeniach, częstym i pełnym wdzięku ruchem odrzucał w tył długie, gęste, jedwabiste włosy jasnego blond koloru, opadające mu wciąż na czoło. Wpatrywałem się w niego jak on we mnie, a zresztą twarz tego dziecka wydała mi się dość zajmującą. Bardzo blady, bladością kredową, oczy miał jasno-niebieskie, koloru chińskiej porcelany, o brwiach i rzęsach kasztanowatych. Te oczy ruchliwe, zdające się wiecznie gonić za jakąś nową myślą podkrążone były obwódką perłową, którą każde poruszenie oka wprawiało w leciuchne drżenie, nakształt owych błysków bez huku i gromu co to na chwilę rozdzierają obłoki wśród lata. Usta ładnie wykrojone, jakkolwiek wargi miały barwę chorobliwą, choć je nieustannie aż do krwi przygryzał, i zęby drobne jak u kota, nos prosty, o nozdrzach podniesionych nieco, składały się na tę iście kobiecą twarzyczkę.
Od czasu do czasu wyjmował rękę z kieszeni i gryzł paznokcie. A szkoda, gdyż ręce miał białe, miękkie, jakby bez kości, i nigdy nie zdarzyło mi się widzieć rąk równie pięknych u takiego dziecka — chłopczyka.
— Co ty tam robisz? rzekł do mnie głosem lekko przytłumionym przerywanym nerwowem chrząkaniem.
— Nic.
— Jesteś nowicyusz?
— Tak, a ty?
— Ja jestem dawny. Zkąd jesteś?
— Z Paryża. A ty?
— Ja, jestem z Charleston’u.
— Gdzie to jest?
— W Ameryce. Jak się nazywasz?
— Piotr Clemenceau. A ty?
— Andrzej Minati. Co twój ojciec robił?
— Nie mam ojca.
— Umarł?
Nic nie odpowiedziałem; milczenie musiał wziąć za odpowiedź twierdzącą.
— A twoja matka co robi?
— Jest szwaczką.
— Szwaczką? Szyje koszule?
— I różne inne rzeczy, — odrzekłem z całą naiwnością.
— A twoja?
— Moja nic nie robi. Moja jest bogata, i mój ojciec także. Podróżuje sobie.
— Ile masz lat?
— Dwanaście. A ty?
— Dziesięć.
— W której jesteś klasie?
— W klasie tego pana, co tam chodzi.
— I ja także.
— A przecież jesteś starszy odemnie.
— Ale mi trudniej, bom cudzoziemiec. Co ty tam masz w koszyku?
— Ciastka. Chcesz spróbować?
— Sprobójmy tych ciastek.
Otworzyłem koszyk trzymając go na kolanach; Andrzej zanurzył rękę, wydobył ją następnie pełną ciastek, które począł zajadać łapczywie.
— A to dobre, te twoje ciastka; czemuż nie jesz?
— Nie jestem głodny.
— To i cóż?
I ponowiwszy szturm do koszyka, wypróżnił prędko cały mój zapasik.
— Nic więcej nie masz?
— Nic.
— Bywaj zdrów. Wydajesz mi się trochę głupi.
I wykręcając się na piętach, zostawił mię odurzonego takim wstępem, następnie rozpędziwszy się pobiegł do innego dziecka, które stało odwrócone od niego plecami, wpadł na nie bez poprzedniego ostrzeżenia, i w jednej chwili obaj leżeli na piasku; Andrzej tylko nie poniósł najmniejszego szwanku. Co chwila rozpoczynał nowy żart tego rodzaju, starannie wybierając dzieci młodsze i słabsze od siebie.
Dozorujący nauczyciel nie widział nic, a przynajmniej zdawał się nie widzieć. Przechadzał on się wzdłuż i wszerz krokiem mierzonym, z rękami w tył, i rozmyślał. Nad czem? Zapewne nad swym ciężkim losem, któremu wakacye ulżyły na chwilę, a który znowu zamykał na nim żelazne okowy.




V.

Ponieważ jednak ze wszystkich tych dzieci jeden Andrzej rozmawiał był za mną, bezwiednie ścigałem go oczami. Najprzód zjedzone ciastka leżały mi na sercu, a potem wydał mi się dziwnym. Widziałem więc, jak nieznacznie oddalał się od towarzyszy, a obróciwszy się razy parę, w celu zapewnienia się że nie zważano na niego, skierował się ku balustradzie, dzielącej nas od wyższej szkoły, i ostrożnie zajrzał na drugie podwórze, zapewne musiał znaleźć czego szukał, dał bowiem znak, a oparłszy się plecami o baryerę, wysunął rękę za siebie, i odebrał od dużego, ośmnastoletniego chłopaka małą karteczkę, którą szybko schował do kieszeni; poczem znów zmieszał się z tłumem dzieci.
W kilka chwil potem udaliśmy się na mszę do Ducha Świętego, którą ksiądz miejscowy odprawiał w szkolnej kaplicy, z tamtąd poszliśmy do klasy. Nasza klasa mieściła się w bardzo obszernej sali. W głębi stała katedra, środek zaś zajmowały ławki z pulpitami, każda na dziesięciu uczniów ustawione jedna za drugą.
Na skutek zlecenia p. Fremin, siedziałem z brzegu, po lewej stronie profesora, w pierwszej ławce, a mój amerykanin siedział już przy mnie. Wolałbym był inne sąsiedztwo, gdyż po tem co m matka powiedziała, i przyrzeczeniach jakiem je uczynił, postanowiłem nie stracić nawet pierwszej chwili, zdecydowany wciągać wszystkiemi porami tę wiedzę tak bardzo szacowną, że w imię jej rozłączono mię ze wszystkiem co mi drogiem było. Otwierałem więc oczy, uszy, usta nawet na słowa nauczyciela, głoszącego nam jej zasady.
Nie takiem wszakże było zadanie mego sąsiada. Ten przedewszystkiem zajął się odczytaniem karteczki napisanej ołówkiem, udając że czyta coś w książce, następnie pożuł ją i połknął, potem trącił mię kolanem dla pokazania niewiem już czego w swoim pulpicie;, ale widząc zupełną obojętność moją, zwrócił się do drugiego sąsiada, potem znów do mnie powrócił, szepcząc mi do ucha, zarzucając pytaniami, których nie rozumiałem, ani nie odpowiedziałem na nie, co go wreszcie skłoniło do obryzgania atramentem mojej kurtki.
Oh! kiedym zobaczył go tak niszczącego moją nową kurtkę, która przecież pieniądze kosztowała moją matkę, nakazałem mu dość głośno by dał pokój. Koniec końców wiedziałem tak dobrze jak i on jak to się daje kułaka; i odbierałem je i dawałem, czasu bytności mej w szkółce, i zaprawdę nie czułem się bynajmniej usposobionym dać się tak krzywdzić, Jak dzieci, na które poprzednio napadał Ten krok energiczny zdawał się wprawiać go w podziw nie mały. Szepnął mi na ucho, że po lekcji będę z nim miał do czynienia.
Zaledwieśmy się znaleźli na podwórzu gdy otoczony kilku kolegami zbliżył się do mnie i grożąc mi pięścią pod samym nosem, nazwał mię kramarzem koszul, zapytał, co chciałem rozumieć przez poprzednie słowa i wreszcie zakazał mi odzywać się do siebie. Odwróciłem się milcząc pogardliwie. Przypisał to bojaźni i wymierzył mi tak potężnego szturchańca, że omałom nie padł na ziemię. Wtedy zakipiałem cały i wprzód nim zdążył stanąć do walki, uderzyłem go w bladą twarz tak silnie, że krew się polała.
Przestraszony własnym postępkiem, podbiegłem mu na pomoc, gdy z całej siły nowy cios w brzuch mi wymierzył. Wtedy z bólu straciłem przytomność, i bez pamięci rzuciłem się na nieszczęśliwego. Pokonałem go wprędce, a cisnąc mu piersi kolanem, byłbym go udusił niewątpliwie, gdyby mi go z rąk nie wyrwano.
Przez kilka minut stałem zdyszany, żądny nowej walki, drżąc na całem ciele. Rozpoczęło się badanie. Opowiedziałem prawdę całą, od epizodu z ciastkami, aż do ostatecznego wyzwania. Byłem mocniejszy; większość tych, którzy mieli powody skargi na Andrzeja, lubo nigdy stawić mu czoła nie śmieli, odważnie przeszli na moją stronę, zwalając na niego tyle win ile się dało; drudzy usunęli się, bojąc się narażać na wypadek odwetu; inni otaczali go, ubolewając głośno, wyśmiewając się po cichu.
Tak więc, od pierwszej chwili bezpośredniego zetknięcia się z ludźmi, miałem sposobność poznania nikczemności jednostkowej i nikczemności ogółu. Nie tu wszakże, niestety! miał być koniec doświadczenia mego.
Potłuczonego Andrzeja zaprowadzono do studni, obmyto mu twarz zimną wodą. Nie mówił ani słowa: łatwo było wszakże poznać, po zwiększonej bladości i z pod oka rzucanych spojrzeniach że mi tego nigdy nie przebaczy.




VI.

Syn pani d’Anglepierre przybył do zakładu wieczorem dopiero, gdyśmy już spali, Nie myślę tu wyliczać nawału czarnych myśli, które poprzedziły sen mój owej nocy. Nazajutrz poznałem się z młodym wicehrabią. Od pierwszego wejrzenia stał mi się równie wstrętnym, wstrętniejszym może nawet niż Minati.
Przedstawcie sobie dziesięcioletniego panicza od stóp do głów pełnego urzędowej powagi. Ufryzowany starannie, d l’oiseau imperial; o dwóch płaskich kosmykach przylegających do skroni, przybierał poważne pozy, przejęte widocznie od szanownego papy, którego najkomiczniejszem był odbiciem w miniaturze. Małe to paniątko pachniało, zda się swem świeżem szlachectwem. Szlachectwo jego błyszczało, lśniło się dosłownie. Nader wyszukany w ubiorze, obciśnięty kołnierzykami jak prefekt na paradzie, sztywny jakby kij połknął powagę posuwał do wygłaszania sentencyj, a pychę do pomiatania drugimi. Patrząc nań, bez trudności odgadywało się rodzinę; czuło się z jak głupiej osobistości miał zaszczyt być poczętym, i widziało jak na dłoni, że zawodem jego będzie wysokie urzędowanie.
Była to jedna z tych tysiąca nicości w powiciu, na które Restauracya tak bardzo liczyła. Spotkałem się z nim później w życiu. Służył pod rządem Lipcowym, do którego przeszedł za przykładem pana hrabiego ojca: była to ta sama twarz, taż mowa i obejście, które w nim znałem, gdy był dziesięcioletnim malcem.
Głowy takie, osadzone na jednym krawacie, nigdy się nie ruszają. Krawat jest niezmiennie biały, albo czarny, głowa niezmiennie ta sama. Włosy ułożyły się do jednego uczesania, oko do jednego spojrzenia, usta do jednego wyrazu. I tak już będzie lat ośmdziesiąt. Brodę golą tak gładko i tak często, że ta w końcu nie odważa się rosnąć. Ludziom tym wprędce udaje się przekonać ludzkość, że się bez nich obejść nie potrafi. Są uczciwe matki, chowające córki świątobliwie dla zaszczytu ich łoża. Zwykle miewają dwoje dzieci ślubnych, syna i córkę. Zostają ojcami nie zapominając o decorum, nie zrzucając krzyża Legii honorowej, co około dwudziestego piątego albo trzydziestego roku życia zawisa im w dziurce od guzika, nie zmieniając wstążki aż do zmiany stopnia. Zwykle przechodzą trzy pierwsze stopnie i umierają komandorami. Wówczas sławią ich cnoty i talenta, zasługi u grobu familijnego, aż wreszcie nikną, zawadziwszy wprzód o wszystko, nie zostawiając po sobie nic, ani czynu, ani myśli, ani nawet słowa. Przychodzi zapytać siebie, jakim sposobem zdołali zajmować tyle miejsca i tak długo w społeczeństwie, potrzebującem przedewszystkiem ruchu, postępu i inicyatywy, aż oto, w chwili gdy się najbardziej dziwimy, występują nam przed oczy ich synowie, upostaciowujący wskrzeszenie i uwiecznienie panów ojców.
Osobistości powyższe stanowią tę siłę przeważną, przeciw której od pierwszego związku społeczeństwa, geniusze walczą na próżno, a którą górującą i czczoną, napotykamy we wszystkich klassach, wśród szlachty, mieszczaństwa, pomiędzy adeptami wiedzy, sztuk pięknych, w wojsku: stowarzyszenie nierozerwalne, które bez różnicy stopni rodów, braci swoich wszędy sławi i wyznaje; spójnię potężną, przechodzącą z rodu w ród i z pokolenia w pokolenie, niby wieczyste karty pobytu między ludzką głupotą, szeregi zdań i myśli gotowych dających się zastosować do każdego przedmiotu czuwającą pysznie a niewzruszenie nad świętym przybytkiem rutyny; którą wreszcie zowią: miernotą.
Nowy mój kolega, mający przyczynkiem do tej rasy, nie mały już wpływ wywierał na współuczniów równego wieku, a nawet starszych od siebie, tak dobre o sobie rozumienie może zaimponować drugim, skoro jest nieograniczone, a przedewszystkiem — niezasłużone.
Dość mi było spojrzeć na młodego wicehrabiego, by utracić wszelką chęć do wszczęcia z nim rozmowy; ale że matka chciała bym się z nim zapoznał, i, że od wczorajszej utarczki byłem w jak najlepszych stosunkach z większością kolegów, podszedłem do niego i przedstawiłem mu się, powołując się po prostu na znajomość naszych matek.
— Ja mam swoich przyjaciół, — odpowiedział oschłe, nie patrząc prawie na mnie. — I innych nie potrzebuję. Przyjaciół miewa się tylko między równymi.
Widocznie to małe oślę, powtarzało frazes zasłyszany. Dałem mu pokój, nie mniej wszakże nie umiałem sobie wytłómaczyć tego, com widział i słyszał wciągu tych dwudziestu czterech godzin.
Tymczasem matka nadeszła. Opowiedziałem jej wrażenia. By jej wszakże nie trwożyć zbytecznie, nic nie wspomniałem o bitwie wczorajszej, Domyśliła się od razu postępowania pani d’Angleplerre i zaleciła mi naturalnie nie zważać więcej na jej syna: wreszcie dodała:
— Jeżelibyś miał tu jakąkolwiek przykrość, moje drogie dziecko, powiedz, przeniosę cię na inną pensyę.
Ściśle biorąc, nie przytrafiło mi się jeszcze nic takiego, co by się każdemu innemu przytrafić nie mogło.
Co mnie wyłącznie przytrafić się miało, zaraz zobaczymy.




VII.

Dla oszczędzenia mi nowych z Andrzejem utarczek, kazano mu zmienić miejsce w klasie. Otrzymałem innego sąsiada, słodziutkiego, pilnego, metodycznego, pełnego najgłębszej uwagi. Wypowiadał lekcye bez zająknienia, i głośno, rano i wieczór, żegnając się całem ramieniem, recytował modlitewkę, którą reszta klasy ledwie wymruczała. Jeśli wypadkiem przemówił do mnie, czynił to tylko w razach koniecznych i w rzeczach dotyczących nauki jedynie.
Mały Barnaba wprędce zyskał moje zaufanie opowiadaniem o niezamożnych rodzicach, którzy będąc ziomkami wspólnika p. Fremin, za pośrednictwem jego otrzymali znaczną obniżkę w opłacie za syna, pod warunkiem wszakże wyjątkowej pilności ze strony tego ostatniego. Następnie opisywał mi pierwsze lata dzieciństwa, spędzone na wsi, przy boku ojca; mówił o matce, którą już utracił.
Wypytywany z kolei, wylałem się zupełnem zaufaniem. I czegóż miałbym się obawiać? Wtajemniczyłem go we wszystko, com wiedział o sobie i o drogiej mateczce, aż do słów jej dotyczących mego urodzenia.
Ponieważ jego ojciec zajmujący stanowisko rządcy w swojej okolicy, zaledwie na wakacye mógł go brać do siebie, zaproponowałem mu, czyby nie zechciał wychodzić czasem ze mną w niedziele. Poszlibyśmy czasem na spacer, a potem na obiad do nas. Mieszkanko nasze było bardzo skromne, zawsze jednak weselej w niem było niż w opustoszałym zakładzie, we święto.
Tak więc zostaliśmy przyjaciółmi, większą część chwil wolnych pędząc na wspólnej zabawie, rozmowie, lub na czytaniu.
W następną niedzielę, skoro matka przyszła po mnie, na moją prośbę zabrała nas obu. Zawiozła nas do Saint-Cloud, wsadziwszy do jednego z tych małych omnibusów, kursujących w tamtą stronę. Tam, w skromniutkiej restauracyi, pod otwartem niebem jedliśmy śniadanie, i wszystko troje wróciliśmy pieszo do Paryża, na obiadek, czekający nas na ulicy de la Grange-Bateliére.
Nowy mój przyjaciel wydawał się zachwycony, ja zaś obiecywałem sobie często powtarzać tę niewinną uciechę, Za pierwszy tydzień dostałem był wcale nie złą cenzurkę. Przy codziennych odwiedzinach mateczki, takich wycieczkach w każdą niedzielę, zadowoleniu z nabywanej wiedzy i przyjacielu jak Barnaba, nie było nie podobnem, w moim wieku, zaaklimatyzowanie się na zrazu nielubianej pensyi. Nazajutrz wróciłem więc pełen odwagi i prawie wesoło.
Andrzej nie zaczepiał mnie więcej; Ferdynand nie zaczepiał mnie wcale. Prócz nich, byłem jak najlepiej ze wszystkimi kolegami. Pewnego poniedziałku, gdym podszedł do jednego z tych, z którymi się zwykle bawiłem, ten, wprzód, nim zdołałem przemówić słowo, uciekł wołając:
— Kwarantanna!
Wziąłem to za żart i podszedłem do drugiego. To samo. To samo z trzecim i ze wszystkimi, którzy zdala zoczyli mnie podchodzącego; jeden Barnaba nie uciekł na mój widok. Śmiejąc się zapytałem go o wyjaśnienie tej dziwnej strategji. Wówczas przybrał minę poważną, zapowiadając mi, że to wcale śmiesznem nie było; zostałem skazany.
Skazany! Kwarantanna. Jakie znaczenie miały te wyrazy? Barnaba objaśnił mię o zwyczaju istniejącym w marynarce, a przyswojonym przez uczniów, na mocy którego ten, co zasłużył na karę, bywał wykluczony z towarzystwa przez dni czterdzieści, i żaden z kolegów ani w pośrednim, ani w bezpośrednim nie miał z nim zostawać stosunku. W zasadzie kwarantanna mogła mieć zastopowanie tylko w razie znacznego przestępstwa, jak: zdrada oszustwo lub kradzież; z biegiem czasu wszakże, stała się bardziej narzędziem kaprysu i osobistej zemsty mocniejszego. Kilku chłopców zmawiało się i skazywało na kwarantannę którego z towarzyszy; resztę szkoły uwiadamiano o zapadłym wyroku i wyrok miał siłę prawa.
Mój to amerykanin uknuł taką zemstę, przewąchawszy wspólnika w Ferdynandzie, którego ze mną obejście nie uszło jego uwagi. Począł go zręcznie badać o przyczynę. Ten powtórzył wszystko czego się dowiedział o mnie z ust rodziców; wyłączono mię wtedy z towarzystwa, ponieważ nie znałem ojca i że w oczach tych nieletnich sędziów równało się to co najmniej zarażeniu powietrzem lub trądem. Tak więc przepowiednia matki mojej spełniać się poczynała; nie wiedziała tylko biedna, że się spełni tak rychło, wyrokiem takich serc młodocianych.
Nie zdając sobie zrazu sprawy z tego dziwnego skazania, powiedziałem przyjacielowi, że nie chcę różnić go z kolegami, i że wolno mu nie mówić do mnie. Wtedy zdawał się wahać przez chwilę, spuścił oczy, kręcił chustkę w palcach, w końcu wszakże lepsze uczucie przemogło. Odpowiedział, że mu to wszystko jedno, że zresztą użyje swego wpływu by mi karę zmniejszono, jak to często miało miejsce, skoro skazany prosił o przebaczenie.
Na te słowa, krew we mnie zawrzała. Nie popełniwszy nic na wzgardę zasługującego, nie uczynienie dla odzyskania dobrego imienia. Towarzysze nie chcą mówić do mnie przez dni czterdzieści: niech i tak będzie. Obejdziemy się jakoś bez siebie w ciągu tego czasu.
— Ale muszę cię uprzedzić, — ostrzegł mię Barnaba, — że skoro skazany walczyć się ośmiela, mogę podwoić, potroić mu czas kary, i to może się przeciągnąć rok cały.
— Niech będzie i rok.
— Ale wtedy nie ograniczają się już tylko na usunięciu się od skazanego.
— A cóż mu robią?
— Różne rodzaje przykrości.
— Jakie?
— Zobaczysz, bo zdaje mi się, że tobie właśnie zamierzają je wyrządzać.
— A więc zobaczę.
Jednej rzeczy wszakże nie powiedział mi mały Barnaba, to że sam dostarczył wszelkich o mnie szczegółów; że dobra wiara jego została wyzyskaną ze współudziałem jego może, że opowiedział wszystko z czem mu się zwierzyłem, zatruwając tym sposobem pociski, które ci mali nędznicy gotowali dla mnie, by przerwać na chwilę jednostajność codziennych swych rozrywek.
I otóż jeden sądził się w prawie wyrzucać mi moje ubóstwo, dla tego że sam był bogaty; drugi, pracę mojej matki, bo jego próżniaczką była; ten moje stanowisko syna wyrobnicy, bo sam był synem magnata; ów, że nie miałem ojca, bo sam miał dwóch może. I ani jednemu z pomiędzy tych dzieci rodzice nie nakazali miłości bliźniego. Przeciwnie, któremuś z młodszych matka jego wskazała mię jako istotę szkodliwą. Tak więc przesady, które w świecie mają może jakąś racyę bytu a przynajmniej usprawiedliwienie w przeciwieństwie interesów, lub starciu namiętności, przejawiały się bez racyi i bez usprawiedliwienia, bezkształtne i nagle, pomiędzy dziećmi, z których najstarsze nie miało jeszcze lat czternastu, i pierwsze uczucia, z któremi miałem spotkać się u ludzi, w wieku tak zwanym niewinności i pieszczoty, były okrucieństwo i niesprawiedliwość. Dobrze. Przyrzekłem sobie w duszy dać się raczej rozszarpać, niż przyjąć wszystkie następne napaści inaczej jak pierwszą przyjąłem. Mimo to wszakże, ciężką jest rzeczą potrzebować się bronić od napaści już w dziesiątym roku życia!




VIII.

Wziąłem się usilnie do nauki. Chwile wolne spędzałem przy nauczycielu, który mię polubił, nie mając odwagi bronić mię czynnie, pomimo że dobrze wiedział jakiego spisku byłem ofiarą. Biedny ten człowiek za jedyne utrzymanie miał ową skromną posadę, a wiedział, że jeśliby uczniowie zechcieli z miejsca go wysadzić, niechybnie dopięliby tego z nim, jak już dopięli z tylu innymi. Ztąd niema pabłażliwość milcząca zachęta do wielu wybryków.
Nie mógł tedy w niczem mi poradzić, chyba tylko kochać mię więcej niż drugich, boleć nademną i czuwać wyłącznie nad moją nauką.
Tak też uczynił; odpłaciłem mu za to wdzięcznością na jaką zasługiwał. W późniejszym czasie popadł w niezmierną nędzę. By się zagłuszyć pił. Wspomogłem go nieco i pięć czy sześć lat temu pochowałem własnym kosztem.
Podwórze nasze było bardzo obszerne. Zakładając szkołę p. Fremin zostawił był czwartą część tego podwórza na małe ogródki, które wychowańcy sami uprawiaćby mogli i studyować przyrodę na gruncie, zamiast patrzeć na nią przez martwotę książek przepisanych.
Pożyteczny ten zwyczaj ustąpił wszelako, jak tyle innych tego rodzaju, a wrzawliwe swawole opanowały miejsce owych spokojnych rozrywek. Wszelako pozostał mały kącik, obojętności kilku stóp kwadratowych, gdzie z trochę dobrej woli można było założyć ogródek. Ziemia była jeszcza dobrą. Nauczyciel doradził mi prosić o pozwolenie uprawiania tego kącika. P. Fremin udzielił mi je bez trudności, pragnąc bardzo wskrzesić zamiłowanie dawnych prostych a pouczających rozrywek. Kazał mi więc dać grabie, rydel, łopatkę trochę flanców jesiennych i wprędce rozpocząłem moją nową pracę, według wskazówek odźwiernego, który niegdyś był ogrodnikiem u założycieli szkoły.
Łatwo sobie wystawić jak takie postawienie się w obec kwarantanny musiało rozjątrzyć moich nieprzyjaciół. Nie tego im się chciało od obojętności więc i wzgardliwego milczenia przeszli do działań zaczepnych.
Byliby się może zresztą znużyli prędzej odemnie gdyby amerykanin nie podniecał tej ich nienawiści. Gdzie odczerpał odwagę do prześladowania mię w taki sposób? W upokorzeniu pierwszej porażki, w poczuciu własnej winy, w naturze spaczonej już pewnie, w krwi amerykańskiej, może we wspomnieniu katuszy, zadawanych, kto wie, przez ojca jego ludziom odmiennej niż oni cery? Postanowiono tedy najprzód nie dać mi spać spokojnie. W nocy ciskano mi na głowę co dało, zrywając mię ze snu, to znowu zabierając się do spoczynku znajdowałem całą pościel zmoczoną. I komuż przypisać winę. Czułem cios lecz nie widziałem ręki. Skarżyć się? Duma nie pozwalała mi na to. Milczałem.
W Jadalni, pod rozmaitemi pozorami, usunięto mię na szary koniec. Zwyczaj był, że uczniowie nakładali sobie sami na talerze. Półmiski więc dostawały się do mnie próżne, albo prawie próżne. Upominałem się u służącego, gdy byłem głodny; najczęściej wszakże wstano od stołu nim ten wypełnił moje żądanie; a zresztą i jego za pomocą małych datków, spiskowi przeciągnęli na swoją stronę. Śniadanie więc moje, a i obiad często, składały się z kawałka chleba i szklanki wody. Rozumie się, że gdym pracował w ogródku kamienie latały koło mnie, i że w poniedziałek wracając od matki znajdowałem pracę moją zniszczoną przez tych, co zostając w niedzielę mieli poruczone sobie od kolegów dalsze prowadzenie wojny, nawet w czasie niebytności mojej.
Mógłbym był opuścić pensję; ale zdawało mi się, że wszędzie znajdę to samo, a przytem nie chciałem narażać na stratę matki, która za mnie zapłaciła za kwartał z góry. Walka nie ustawała ani na chwilę niepokojąc mię od świtu, a i w nocy nie dając wytchnienia. I zasypiałem i budziłem się z trwogą w duszy. Ustawicznie musiałem się mieć na baczności. Charakter mój i zdrowie psuły się. Stawałem się podejrzliwy, niespokojny, zły. Czułem potrzebę zemsty, która, pomijając wszystko właściwością jest uciśnionych i słabych, zemsty podstępnej i nizkiej. Mianożby ze mnie zrobić nikczemnika? Bądź co bądź, dość już wycierpiałem, by z kolei zapragnąć dokuczyć wszystkim tym dzieciakom; ale jak? Bić się z nimi otwarcie niepodobna, a zresztą, nie taką oni walczyli ze mną bronią. Choćbym wyzwał jednego lub dwóch, wszyscy inni przyszliby im z pomocą. Jeżeli wypadkiem noc przeszła spokojnie, krzepiłem się nieco, gotów wszystko puścić w zapomnienie: przerwa ta przecież nie trwało długo, wywoływało ją raczej znużenie lub chwilowe czem innem zajęcie mych wrogów, nie zaś żal lub przebaczenie. Przebaczenie czego? chciałbym wiedzieć.
Doszło do tego, żem żył życiem przestępcy Doznawałem drżenia serca, które mi dech zabijało. Gdy miara się przepełniała, szedłem się wypłakać gdzie w kąciku, byleby sprawcy łez moich widzieć ni cieszyć się niemi nie mogli.
Nie wszyscy przecież byli tak na mnie zawzięci. Niektórzy zdawali się nie wiedzieć wcale jakiego prześladowania byłem celem; większość jednak, lubo bez czynnego współudziału, zezwala biernie, jak to zwykle na tym świecie, przez obojętność albo opieszałość. Skoro swawola znużyła, a gry się wyczerpały, dość by komukolwiek przyszło do głowy powiedzieć: „A Clémenscau? czemu się już w niego nie bawimy? by wnet napaści zdwojono, prześcigali się wtedy kto coś lepszego wynajdzie.
Wreszcie, pewnego wieczora, nie wiedząc co już wymyślić, gdym sam pozostał na chwilę w klasie okładając książki i zamykając szufladkę, w której, niemal codziennie zamek mi kręcono, spiskowym udało się zagasić lampę na schodach i zagrodzić przejście sznurem. Wskutek tego spadłem głową na dół, z wysokości kilku stopni. Omałom się nie zabił. Tą razą nie mogłem się wstrzymać od krzyku, tak ból był gwałtowny i nauczyciel widząc jaki obrót brały rzeczy, postanowił; zawiadomić o wszystkiem p. Fremin. Nazajutrz rano zaraz po pacierzu, przełożony wszedł do i sali i wygłosił nader ostre napomnienie, grożąc ukaraniem wszystkich, a wydaleniem niektórych. Zapytał mię głośno o nazwiska tych, którzy mi najwięcej dokuczali, i pozwolił samemu oznaczyć wymierzenie im kary. Nie chciałem wymienić nikogo. To posłużyło mu za temat do podniesienia szlachetności mojej. Upoważnił mię wreszcie wymierzenia sobie samemu sprawiedliwości, ilekroć coś podobnego się trafi, jeślibym nie chciał odwoływać się do niego.
Zacny ten człowiek zdawał się prawdziwie wzruszonym. Ja płakałem rzewnie, w głębi wszakże czułem się szczęśliwym, myśląc że cierpienia moje się skończyły. Istotnie odetchnąłem nieco. Dawano mi jeść, spać, uczyć się, uprawiać ogródek w spokoju. Nie żądałem nic więcej.




IX.

Pewnego rana, kopałem w najlepsze w ogródku, gdy dobrze znane i drogie mi imię kilkakrotnie odbiło mi się o uszy. Pracując dalej i nie zwracając niby na to uwagi, przysłuchiwałem się rozmowie dwóch moich kolegów, z których jeden był Andrzej Minati. Opowiadano sobie jakąś zabawną historyjkę, bohaterka której zwała się Felicya. Otóż Felicya było imię mojej matki, opowiadający usiłował wymawiać je jaknajdobitniej, ilekroć przechadzając się zawsze w jednym kierunku, równali się ze mną, dodając do niego za każdym razem jakiś dziwaczny epitet, którego znaczenia nie pojmowałem; znaczenie to wszakże musiało być szyderskie albo obelżywe, słuchający bowiem głośnemi okrzykami objawiał swe zdumienie, lub wybuchał śmiechem niepomiarkowanym. Treść tego opowiadania, o ile zrozumieć mogłem, była wielce romansowa. Kończąc, zawyrokowali, te możnaby ją nazwali Szczęsna w miłości. Zresztą moje imię ani razu wspomnianem nie było, nie mogłem też pochwycić żadnej wyraźnej alluzyi, ukradkowego bodaj spojrzenia, zwróconego w moją stronę. Dzieci te zdawały się naprawdę rozmawiać tylko ze sobą i dla siebie. Wróciłem do klasy, żywiąc jeszcze nadzieję, że tożsamość imion była tylko wypadkową.
Upłynęło może z pół godziny spokojnie przy lekcyi, gdy jeden z uczniów zażądał od profesora wyjaśnienia. Zapytania takie bywały bardzo częste najczęściej zadawane przez swawolę.
— Proszę pana, jaki był przydomek Filipa Orleańskiego?
— Filip Nieprawy.
— Co to jest nieprawy?
— Jest to..
Profesor zawahał się z objaśnieniem, jakby w obawie by to go nie zaprowadziło za daleko.
— Jest to dziecko, które nie ma ojca, wtrącił drugi, pragnąc się pokazać nie mniej śmiałym od pierwszego.
Na te słowa podniosłem głowę; poczułem znowu nieprzyjaciela. Zresztą, wszystkie oczy były na mnie zwrócone, jak gdyby wszelką wątpliwość odegnać ode mnie chciano. Wszelako nie rozumiałem jeszcze.
Nie mam ojca, wiedziałem o tem bardzo dobrze i nie kryłem wcale, tem bardziej że nikt mi tego ukrywać nie kazał. Matka wystarczała dotąd zupełnie mojemu sercu, braku więc tego ojca jeszcze nie uczułem. Dziecko w mojem położeniu zwano „nieprawem“; dobrze, więc byłem nieprawem dzieckiem, toć nazwa jak każda inna. Każda rzecz ma swoją nazwę, w tej zaś nie widziałem nic nadzwyczajnego. Zresztą, nie do mnie jednego ona się stosowała, ponieważ bohater Orleański nosił ją dumnie i śmiało. Gdyby rzecz cała na tem się skończyła, byłbym po prostu odpowiadał każdemu, ktoby mię pytał o rodzinę: „Jestem dzieckiem nieprawem.“ Ale tego nie chcieli moi koledzy, postanowili oni wtajemniczyć mię w całe obszerne znaczenie tego wyrazu.
— Jakże to można nie mieć ojca? — ponowił pierwszy śmiałek.
— Milczże, ty bydlę! — krzyknął nań trzeci, nazwiskiem Konstanty Ritz, tonem niesmaku i groźby.
To była pierwsza oznaka życzliwości, jaką mi okazano w tym domu. Zamilkli.
Żałowałem tego prawie bo i w rzeczy samej jakże się to działo? Zapytywałem już teraz sam siebie. I wtedy, o święta niewinności dziecięca! otworzyłem słownik i szukałem: nieprawy: — „urodzony z nieślubnych rodziców“. Co to znaczy? Poszukałem — ślubny, ślub: „związek łączący mężczyznę z kobietą prawym węzłem małżeńskim.“ Przez całą lekcyę rozbierałem w myśli dwa te określenia. Napróżno wszakże obracałem je na wszystkie strony, nic z nich wycisnąć się nie dało, Pozostawały wciąż zagadkowemi.
Co to jest rodzić się? Jak się dzieci rodzą? Czyż oni wszyscy inaczej niż ja się rodzili? Musiało tak być kiedy mi wyrzucają inne, niż ich urodzenie. A jednak byliśmy ukształtowani zupełnie tak samo. Jam był nawet silniejszy, roztropniejszy, lepszy niż wielu mych kolegów, tylko że oni mieli ojców, co ich odwiedzać przychodzili, o których rozmawiali ze sobą, których wreszcie wspominali, jeśli ich już niestało; ja zaś ojca nie miałem. W tem Cała różnica, ależ ta różnica była raczej nieszczęściem niż zbrodnią!
Od tego dnia przezwano mnie Filipem Orleańskim i nazwa ta zestawiona z imieniem Felicyi posłużyła za przedmiot do najobelżywszych żartów.
Teraz, gdy przypominam sobie wyrażenia, znaczenie których było wówczas niezrozumiałem dla mnie, a których dziecięce owe wyobraźnie splamione przedwcześnie pożądliwą ciekawością, używały odnośnie do mnie, wyrażenia, których mężczyźni w pewnym wieku nie użyją nigdy między sobą, choćby w uniesieniu, gniewie, a nawet i po pijanemu; plugastwa językowe, zrzadka chyba spotykane na rogatkowych przedmurzach; zapytuję siebie jaki to tajemniczy a potężny wróg Stwórcy śmie tak kalać usta, serce i umysł; młodziutkich istot, zaledwie wyszłych z rąk Jego, nieodłącznych jeszcze v od dziewiczego przyrody łona.
Dziwi nas demoralizacya, zepsucie sceptycyzm dzisiejszych czasów! Wejdźmy do pierwszej lepszej szkoły, dotknijmy tej pozornej młodzi, dobądźmy na wierzch brudny osad jej wnętrza, zbadajmy te męty, a przestaniemy się dziwić. Źródło jest oddawna zatrute, a wszakże nie będąc dzieckiem, człowiekiem się nie zostaje.
Dzięki temu przezwisku i temu imieniu mogłem być najohydniej policzkowany w każdej chwili, nie mając prawa się skarżyć. Jeden z malców przyjąwszy pseudonim Felicyi, grał ciągłą komedyę dla uciechy całej hordy tych dzieciaków. Wołano go głośno imieniem Felicyi; ze śmiechem odpowiadał na wezwanie, i rozpoczynała się jedna z tych scen obrzydliwych, od których ze wstrętem odwracałem oczy; chroniłem się do klasy, tam w książkach i kajetach swoich znajdowałem rysunki plugawe, pod któremi stało wypisane imię mojej matki?...




X.

Dość tego, prawda? to ohydne, i jużeś pan znużony tylu szczegółami. Może w nie nawet uwierzyć nie zechcesz, i pomyślisz, że ja zbrodniarz przesadzam, by podnieść swą wartość moralną kosztem ludzi wolno chodzących po mieście gdy ja za kratą piszę to smutne wyznanie? Nie przesadzam w niczem, setki świadków potwierdzić to mogą. Jedno tylko, co mógłbym uczynić, to nie zatrzymywać się na tych wspomnieniach niepotrzebnych do sprawy, a drobnych w porównaniu z wypadkami, które opowiedzieć muszę: a zresztą od iluż to lat już winienbym był przebaczyć wszystkim owym dzieciom!




XI.

Otóż nie, nie przebaczyłem żadnemu. Dusza moja nigdy się całkowicie otrząsnąć nie mogła z tego pierwszego piętna, którem mię społeczność obdarzyła a nie chcę uchodzić za lepszego niźli jestem; nie przebaczyłem ja tym pierwszym wrogom moim. Nienawiść moja nie budzi się nagle pod wpływem ciężkich wspomnień w więziennej samotni; nie była ona nigdy zupełnie uśpioną, w najświętszych nawet chwilach mego życia. Później przypadek zetknął mnie niejednokrotnie z dawniejszymi kolegami. Nie pamiętali o niczem, jak przystoi tym, po stronie których była wina i chętnie pragnęli odnowić znajomość, by uczcić, jak mówili, talent mój i imię! Jeżeli nie mogłem uniknąć tego zetknięcia, przynajmniej żadnemu nigdy nie podałem ręki, choć wyciągali mi swoje. Czy przypomnieli sobie wtedy? Wątpię. Wzięli pewnie za pychę powodzenia to, co było tylko pamięcią przeszłości.
Wszelako, lubo serce przebaczyć nie może, rozum ich tłómaczy. — Społeczeństwo jest stowarzyszeniem na wzór wszystkich innych, w gruncie posiada wszystkie cechy prostego handlu. Wymaga ono ze strony wspólników i interesantów równych wkładów i odpowiednich gwarancyi. Gdy jeden daje bogactwo lub zdolności, drugi przyniesie urodzenie i stosunki; ten korzyść, tamten uciechę; sama nawet podłość i obłuda wejść mają w rachunek w tym handlu olbrzymim, i w zręcznych rękach zastąpić brak istotnego kapitały.
Gdybym, zamiast niewinnie wypowiedzieć prawdę kolegom że nie miałem ojca, skłamał im był raczej że mój ojciec umarł, albo gdybym ich przeprosił za tę mimowolną winę byłbym przywrócił kłamstwem lub upokorzeniem, równowagę między nami, i wtedy, mając odpowiadać już tylko za własne przywary, prawdopodobnie żyłbym w najlepszym z nimi stosunku i po niejakim czasie byłbym nimi zawładnął z kolei. Przeciwnie, wyznając bez zapłonienia istotnie położenie moje, stawiłem ich w prawie nieuważania mię już za równego, gdyż nie przynosiłem ogółowi żądań go rodowodu, ani nie chciałem go zastąpić wnioskiem korzystnym dla jego interesu lub próżności. Stawałam się więc dla nich istotną chromą, członkiem innej rasy i odtrącony od ich łona, igraszką ich zostać musiałem.
Byliż winnymi, w wieku szczególniej gdzie zło i dobro instynktu są dziełem i gdzie żądza panowania stać musi w parze z posłuszeństwem przymusowem? I w rzeczy samej byłżem im równym tym dzieciom urodzonym, a przynajmniej uważającym się za urodzonych na właściwym stopniu? Nie, przyznać trzeba że nie. Kwestya dzieci nieprawych długo jeszcze będzie poruszaną, i na zaszczyt ludzkości, przesądy dotąd ciążące na nich, w najbliższej przyszłości tak sprawa jak i opinji publicznej wygnane zostaną; ale te same przesądy aczkolwiek byście je wszędzie obalili, odnajdziecie jeszcze u samegoż nieprawego dziecka, u tego, komu najbardziej zależeć powinno na ich obaleniu. Błędu tego, któremu żadną miarą nie jest winne, choćby mu go cały świat przebaczył, nie przebaczy ono samo sobie. Bo też znajdą się zawsze inne dzieci prawe, do których się porówna przy każdej sposobności. Czyż się zdobędzie na taką wielkość duszy, by nie wyrzucać nic temu; co dawszy mu życie fizyczne o moralnem nie pomyślał wcale, od którego nic nie dostał: ani imienia, ani pieszczoty, ani kierownictwa? A matka? będzieli ją kochało jak dziecko prawe kocha swoją matkę? Może; rozsądek każe mu ją kochać wyżej jeszcze, lecz czy i równie szanować? Nigdy, jakkolwiek by chciało.
Z chwilą, gdy jakiś zuchwalec zarzuci mu jego urodzenie i znieważy tę matkę, pierwszem uczuciem tego syna będzie rzucić się na niego i poszarpać w sztuki; ale gdy mu przyjdzie w najprostszym wypadku, stanąć przed najniższym bodaj urzędnikiem i zamianować się dzieckiem nieprawem, synem panny i niewiadomego ojca, czyż to uczyni głosem równie spokojnym i z tą pewnością siebie, jakąby miał niewątpliwie, gdyby mógł przedstawić rodowód bez zarzutu czy nie uczuje się zakłopotany, że nie powiem zawstydzony, choćby na chwilę, tem wyjawnieniem niewstydliwości matczynej? A taż sama matka jakkolwiek rozsądną, żałującą, uczciwą znówby została, czy potrafi w organizowanem społeczeństwie zająć miejsca przyzwoite, usunąć się bez poniżenia albo wejść w nie bez czelności? Czyż wdzięczność którą ona sama uczuje za przyjęcie doznane, nie objaśni tego dziecka że przyjęcie było czysto dowolne, i że na dnie tej sympatyi tkwi upokarzający pierwiastek — litości?
Nakoniec skoro syn nieprawy dojdzie do wieku poznania i doświadczenia życiowego, i wtedy jeszcze nie wynajdzie żadnej podnioślejszej przyczyny, usprawiedliwienie urodzenia swego, nad miłość, Będzieli dostateczną? będzieli dlań pocieszającą ta przyczyna, szczególniej gdy już własnem doświadczeniem pozna porywy, ustępstwa, formy, w których się miłość objawia? Czy obraz matki powinien się mieszać do tych ukrywanych zmysłowych upojeń, do owych wstrętnych niekiedy tajemnic cielesnej rozkoszy? Wmiesza się jednak, bo wszakże jednej z takich tajemnic on własne zawdzięcza istnienie.
Jakże inaczej jest z prawem dziecięcem, jak środek tworzenia przyjęty w przyrodzie, okrywa się majestatem małżeństwa, jak syn taki matkę swoją ponad wszystkie wyróżnia kobiety? Odzywając się o kobietach nie odzywa się o matce swojej. On w niej nic z niemi wspólnego nie widzi. Chwila urodzenia wywołuje w sercu i umyśle jego jedynie obraz podniosłej boleści, powinności świętej, radości bez skazy. Budzi jedynie uczucia wdzięczności i poszanowania. O! takie dzieci własnego szczęścia nie rozumieją! Nie, dopóki małżeństwo będzie jedną z podstaw społecznych dopóty, mimo wszelkie usiłowania moralistów, chrześcijaństwa sprawiedliwości nieprawe urodzenie pozostanie niezmazaną plamę, nieszczęściem niepowetowanem powiedzmy wprost: fatalnością.
Mimo to jednak, sam nieraz spotykałem osobistości, które będąc nieprawego pochodzenia, szczyciły się, słysząc jak je nazywano owocem błędu, pyszniły tem, że jakieś oświecone cudzołóstwo zabarwiło ich żyły krwią niepoślednią, książęcą, królewską. Tłumy patrzały na nich ciekąwie, z zawiścię często, z uszanowaniem niekiedy. I przez jakież to sofizmaty czyn przestaje być czynem, ze zmianą otoczenia zmienia nazwę i skutki, i godny pogardy u dołu, wyżej jest szanowanym? Tu hańba matki ukrywana na kształt trądu, tam taż sama hańba poszukiwana jak dostojeństwo, jak godło, wywieszone na pokaz! Dziwne zaiste wspólnictwo wstydu i dumy. A jednak, lepiej jest mojem zdaniem, cierpieć niż szczycić się z takiego pochodzenia, i jeśli koniecznie usprawiedliwienia dlań szukamy, widzieć je raczej w nieświadomości i nędzy, niźli w próżności lub wyrachowaniu.




XII.

Ach! co do mnie nie żądałbym tyle. Niechby ojciec mój był sobie prostym wyrobnikiem ubogim i bylebym znał go tylko, to by mi wystarczyło! Jakżebym go był kochał, jakżebym się czuł szczęśliwym! Może miał jakiś powód niezaślubienia mojej matki, nie przyznania mię za syna. Byłby mi go powierzył, byłbym go zrozumiał, Czemuż nie uczynił tego? Czemu matka nigdy ml o nim nie wspomniała? Nie miałżem prawa do jakiegoś zwierzenia, wyjaśnienia, — usprawiedliwienia? Czemu przypisać jej skrytość? Zgryzocie czy godności własnej? Byłaż nadto występną, albo nadto dumną? A on, dlaczego milczał jeszcze uporniej? Czyliż sądził się wolnym od wszelkich względem mnie obowiązków? — Czyż matka nie miała prawa nic żądać od niego? Czy nie był pewnym swego ojcostwa? Czy nie wiedział nawet o mojem istnieniu? — Być może!
Tak to z przypuszczenia w przypuszczenie, dochodziłem wreszcie do wniosków najobelżywiej krzywdzących tę, co mię zrodziła, aż wreszcie przerażony tem, co mi się przypuszczalnie możliwem wydało, zdążyłem zaledwie przyzwać serce na pomoc obłąkanemu umysłu, i zawołać do siebie: „Nieszczęsny! tuż matka twoja, winieneś poprzestać na tem. A cóżbyś powiedział, gdyby i ona cię była rzuciła? Któżby jej zabronił? A ona cię wychowała a ona cię kocha, a ona kocha ciebie jedynie, a ona dzień i noc pracuje na twoje utrzymanie a onaby umarła śmiercią twoją! Gdzież znaleźć dzielniejszy kobietę? Jest piękną! mogłaby jeszcze kochać i być kochaną, gdyby chciała; a jednak ty jej wystarczasz, i nikt nigdy nie wedrze się do tej duszy, której jesteś samowładnym panem, i w całem jej życiu ani jednego dwuznacznego postępku dostrzedz nie zdołałeś! Ileż to prawnych dzieci — sierot chciałoby być na twojem miejscu! Ile dzieci ślubnie urodzonych z ochotą oddałoby swoje matki za matkę twoją! Śpiesz, nieszczęśliwy, rzuć się w jej ramiona i zapłacz z głębi duszy. Bodajbyś znalazł dość łez na obmycie zaślepienia twego!“ Prawda, po tysiąckroć prawda; lecz jakże wstrzymać bieg myśli człowieka, któryś w swej ciekawości niepohamowanej kołacze aż do niebieskich podwoi i Boga samego poddaje badaniu, i przyczyn jego istnienia docieka, i porównywa, wątpi i narzeka, i własnych cierpień drugim przypisuje winę.
Nie mogłem również dowiedzieć się prawdy od nikogo z naszej rodziny; nigdy bowiem nie znałem żadnego krewnego; ani dziadka, ani babki, ani wuja, ani ciotki, ani powinowatych. Czyżby matka moja była również dzieckiem porzuconem? Czy uciekła od rodziców? Czy wypędzona została jak skoro jej błąd odkryto? Nie wiem nic, nic zupełnie 1 nie sądzę by dla istoty myślącej mogło istnieć przykrzejsze uczucie nad to, w jakiem młodość moja upływała i nad zupełną nieświadomość pochodzenia, jakkolwiek skromnem, jakkolwiek nizkiem byłoby ono, w której aż dotąd zostaję. Człowiek rad się w przeszłości zagłębia, wywołując imiona przodków swoich, rad czuje się wkorzenionym w wielką rodzinę społeczną; „Tak mawiał mój dziadek; babka moja miała taki zwyczaj; przypominam sobie że wujostwo moi...“ Te proste łatwe frazesy, które ludzie powtarzają między sobą wspominając przeszłość, dla mnie były zupełnie obcemi, brakło mi ich więcej, zaprawdę, niż się zdawać może.




XIII.

Dziś, otóżem znowu zupełnie samotny, po krótkiem istnieniu, wypełnionem walką, pracą, namiętnością i zbrodnią. Życie poznałem do głębi. Gdybym, wypadkiem, żył sto lat jeszcze, nie dowiedziałbym się nic nowego. Sam więc siebie sądzę surowo, zanim mię ludzie osądzą. A jednak prawdziwą, jedyną moją zbrodnią, zbrodnią, za którą sprawiedliwość ludzka ścigać mię nie będzie, a której niemniej nie przebaczę nigdy ani sobie, ani tym co mię do niej przywiedli, chcecie li wiedzieć co było? To, żem chwilami wątpił, chwilami się wstydził za matkę.
Ale jeżeli niezasłużona nawet niedola jednostek potrzebną jest, wyrokiem opatrzności, do szczęścia ogółu; jeżeli nie jest w mocy Boga użycie innego środka, do stopniowego doskonalenia ludzkości, nad poświęcenie jej kilku nieszczęśliwych; jeśli jestem jednym z tych smutnych wybrańców, ha, to więc przyjmijmy gorzkie posłannictwo i postarajmy się obrócić na pożytek ogólny krzywdę wyrządzoną przezemnie, i krzywdy wyrządzone mi przez drugich.
Jesteś pan człowiekiem zdolnym, zacny mój obrońco, kratki sądowe nie wystarczą ci i kiedyś ze szczytu trybuny podniesiesz głos, nie już tylko w obronie jednostek, ale dla rozprzestrzenienia idei, dla społeczeństwa całego, dla cywilizacji. Podejmij kwestję dzieci nieprawych. Przedmiot to ważny, naglący tak z punktu widzenia moralnego jako też cywilizacji. Stanowisko wyznaczone im przez prawo, jest poprostu krzyczącą niesprawiedliwością, narzucając im bowiem całość obowiązków, w zamian do cząstki ledwie praw ich przypuszcza. Nie jest że to rzeczą niesłychaną, niedorzecznością, barbarzyństwem? Czemuż, naprzykład, żądają od nich przelania krwi za ojczyznę, skoro krew ta nie uważa się za równie czystą jak krew dzieci prawych? Zkąd pochodzi, że nie są przypuszczone do całkowitego dziedzictwa po ojcu, nawet, — mianowicie skoro ten pragnie im je pozostawić, przyznawszy te dzieci za swoje? Dlaczego ojciec musi się uciekać do podstępów, przebiegłości obłudy?
Może wprawdzie zaradzić wszystkiemu, zaślubiając matkę i tym sposobem przez małżeństwo uprawniając dziecko. Ale jeżeli matka umiera, albo jeśli jest niegodną nosić nazwisko uczciwego człowieka, boć trzeba wszystko przewidzieć, — zadosyć uczynienie nie będzie więc już możliwem? — Ojciec może usynowić dziecko! W jakim wieku? Skoro ma pięćdziesiąt lat skończonych. Przypuśćmy że miał syna w lat dwadzieścia, w takim razie syn trzydzieści lat czekać musi na uprawnienie. A jeśli ojciec umiera nagle, nie dożywszy prawnego zakresu? Do czegóż służą te odroczenia, te obwarowania prawne? Są to, powiecie, zapory, umiejętnie przez prawodawcę wzniesione dla pohamowania rozuzdanej namiętności człowieczej. Prawodawcy owi mniemali, że fałszywe położenie zgotowane dziecku, powstrzyma rodzicieli w dzieła nieprawego rodzenia. Co za błąd!
Należało zagrozić ojcu natychmiastową szkodą, dla niego samego, a nie jakąś daleką przykrością, w skutkach niewiadomych, których to skutków rozwiązłość doświadczonych w sprawach miłości uniknąć potrafi, wbrew wszelkim prawom natury; chyba że, z większym jeszcze samolubstwem, zaniedba tych nawet dziwnych ostrożności, i całą odpowiedzialność za własne rozkosze zrzuca na barki słabej swojej współwinowajczyni. Jakiż wtedy ratunek matce pozostaje? Prawo opiekujące się dotąd mężczyzną, jakiejże teraz opieki kobiecie udzieli? jaką da jej radę? jaką obronę? Żadnej. Ma tylko do wyboru, stosownie do położenia towarzyskiego, samobójstwo, dom podrzutków, pracę nędzę, hańbę, dzieciobójstwo i prostytucję tolerowaną, gdzie znowu odnajduje też prawa opiekujące się zawsze mężczyzną, który już wtedy przyjść może obcy tak matce jak dziecku, przyczynić za pośrednictwem drobnej kwoty pieniężnej, tyle dzieci nieprawych, ile tylko zdoła. Przypatrzcież się proszę, raz chociaż dobrze podobnym ustawom i zadrzyjcie z przerażenia.
A teraz, owe dzieci, cóż się z niemi dzieje?
Przejrzyjcie więzienia złoczyńców, domy pub.liczne wszystkie gniazda występku, a na tysiąc tych pariasów ludzkości znajdziem dziewięciuset przynajmniej, których wymówką będzie upadek matki, ojciec niewiadomy, nieistniejąca rodzina. Tu przeważnie leży źródło złego; ztąd je wykorzeniać należy.
Osłonięte prawem, które dobre w skutkach być miało, tłumy mężczyzn bez serca rzucają na bruk uliczny gromady istot niemających rodziny, które znowu przeciągają w nieskończoność trądycyą złego; i czemuż mieliby być lepszymi od ojców swoich? Patrzcież co za dziedzictwo skryte bezimienne, zamiast prawego dziedzictwa, którego im odmówiono, i jak plama pierwotna przechodzi olbrzymiejąc z pokolenia w pokolenie, błąd z razu, występek nakoniec!... Co za potworne stopniowanie z poddasza do szpitala, ze szpitala do lupanaru, z lupanaru do więzienia, z więzienia na szubienicę!
Jakto! społeczeństwo nosi w sobie ten wrzód rakowaty, i postępuje naprzód nie dbając o niego, aczkolwiek dziwi się i skarży chwilami na jakąś niemoc nieznaną, na nienormalne rozprzężenie, na skrzywienie moralności, na skarłowacienie rasy, na ta wszystkie objawy, odkryć przyczynę których tak bardzo się strzeże?
Przyczyna ta leży w demoralizacji kobiety, tego zawiązku człowieczeństwa) zajmijcież się więc kobietą! Zasłońcie ją nareszcie od mężczyzny) Niechże to prawo przezorne, dochodzące aż do nałożenie odpowiedzialności na właściciela za szkody wyrządzone przez jego rynnę, psa lub służącego, uczyni mężczyznę przynajmniej odpowiedzialnym za własna dziecko, w jakichkolwiekby warunkach dał mu życie; niech ogłosi najprzód że: rodzić nowe istoty, jedynie dla zaspokojenia żądzy swej i rozkoszy, nie dając im imienia, stanowiska, rodziny, ojcowizny, pracy, przykładu, nie przyjmując wreszcie żadną miarą solidarności cielesnej i duchowej z istotą, którą się wydało z najgłębszych tajni własnej istoty, jest zamachem na bezpieczeństwo ogółu, występkiem przewidzianym przez artykuł — taki to — za który każę tem to..; a liczba ojców lekkomyślnych lub niedbałych, owych miłych don Juanów opiewanych w wodewilach, zmniejszyłaby się raptownie.
Tak jest, współudział praw naszych wytworzył zepsucie naszych obyczajów. Niech prawo upoważni kobietę do zaskarżenia i wydania ojca jej dziecka a owe namiętności nieprzezwyciężone, natchnione przez kobiety, którym mężczyźni oprzeć się nie są w stanie, stracą swoją siłę i ci potrafią się im opierać z wytrwałością, do jakiej nigdyby się nie sądzili być zdolnymi, jak opierają się żądzy przywłaszczenia sobie miseczki ze złotem wekslarzy, ponieważ istnieje prawo, które zaspokojenie takiej żądzy kradzieżą nazywa, i które karze złodzieja. Cześć kobiet i pomyślność dzieci mają, zdaje się przecież wartość sztuki złota!
Dokąd że wtedy pójdziemy? rzekną filozofowie. Kobiety skorzystają prędko z młodości i łatwowierności mężczyzn, a nade wszystko młodzieńców niedoświadczonych. — Nie, bo gdy rodzina lepiej będzie zorganizowaną, inne kobiety, matki, ustrzegą synów od tamtych zalotnic. Potem doświadczenie nie zdobywa się bez walki. Nareszcie, dobro rychło tryumf odniesie, już dla tej samej przyczyny że jest dobrem, że ludzkość nie co innego winna mieć na celu, że po to istnieje by ten cel osiągnęła.
Zostaje więc dochodzenie ojcostwa? Naturalnie. — Rzecz nie łatwa. — Dla czego? Z chwilą gdy społeczeństwo miesza się do spraw natury, nie powinno dawać człowiekowi prawa tworzyć źle, tak samo jak nie daje mu prawa zabijać, a kto wie nawet, czy pierwsze przestępstwo nie jest większem od drugiego. Podejmij pan powtarzam panie adwokacie, tę ważną kwestję, godną jest ona talentu pańskiego. Unieśmiertelni ona pamięć tego, kto ją rozwiąże.




XIV.

Wszelako na tyle wstrząśnięć, na tyle walk, na tyle dociekań nad wiek poważnych, zdrowie moje zachwiało się mocno i w końcu rozum słabnąć poczynał. Zapragnąłem znaleźć doświadczonego powiernika. Najodpowiedniejszym zdał mi się ksiądz który uczył nas katechizmu i był zarazem naszym spowiednikiem. Postanowiłem zwierzyć się ze wszystkiem księdzu Olette. Opowiedziałem mu więc troski moje, prosiłem o wyjaśnienia, błagałem o opiekę. Nie wiem, czy to z przyzwyczajenia, czy że uważał mój umysł rozwinięty przedwczesną boleścią, by znaczenie słów jego zrozumieć, ksiądz mówił o cierpieniach Chrystusa, wobec których moje były bardzo małe, zaś poznanie których miało wlać we mnie rezygnacyę i odwagę.
Dotąd jeśli wzrok kiedy podnosiłem ku niebu, to chyba dla przypatrzenia się przepływającym po niem obłoczkom i chmurom, albo dla obserwowania pogody w dniach zamiejskich wycieczek. Matka mówiła mi jednak, że za tem niebem jest Bóg, ten Bóg co dobrych nagradza a złych karze; że syn jego umarł dla naszego zbawienia; że matka Jezusowa była kobietą ubogą, co jest źródłem wieczystej pociechy i wieczystej chwały dla ubogich i prostaczków. Przyzwyczaiła mię dawać jałmużnę i klękać w kościele Niejednokrotnie, towarzysząc matce do kościoła, widziałem ją tam płaczącą. Mawiała mi wtenczas, że to tu należało szukać schronienia, gdy się chciało wypłakać do woli i łzami ulżyć ściśnionemu sercu. Żegnałem się gdy błyskało, odkrywałem głowę przed orszakiem pogrzebowym, w palmową niedzielę niosłem do domu gałązkę święconą i pościłem w wielki piątek; nie wiedziałem wszakże i nie pytałem o więcej. Ta religja powszednia, stawająca się przesądem na wsi a przyzwyczajeniem w mieście, dla mnie była jedynie przeczuciem rzeczy wzniosłych, nieokreślonem i błogiem, wolnem od lęku i od wnioskowania.
Na pierwsze słowa księdza Olette o Chrystusie, którego świetlane dzieje rozwinął przedemną, na pierwsze porównanie pomiędzy męką Zbawcy i mojem cierpieniem wyobraźnia moja i tak już skłonna do egzaltacyi, wynalazła dogodne dla się rozwiązanie własnych męczarni; niebawem wmówiłem w siebie, żem na wzór syna Maryi był przeznaczony do wielkich ofiar i wysokiego posłannictwa.
— Tak, tak, — mówiłem sobie, kopiąc i sadząc w ogródku, — jestem jak Jezus, nie mam ojca; jestem synem bożym; wiem teraz dla czego ludzie nierozumiejący tej tajemnicy, prześladują mię, jak jego prześladowali. Zamęczą mię później tak samo. ale wejdę do królestwa niebieskiego i wyzwolę tych, co mię dziś zapoznają. Biedna, droga mateczka będzie sławioną między ludem. O słodki bracie mój, Jezu, jakże ciebie kocham!
I wypytywałem księdza, i rwałem się do objaśnień, i pożądałem natchnienia. Księżyna, uszczęśliwiony tą przykładną gorliwością, zachęcał mię jak umiał. Opowiadał mi o świętych pańskich, apostołach, i męczennikach. Jakże maluczkim czułem się w porównaniu z nimi. Chwilami pragnąłbym był zostać ukamieniowanym jak ś-ty Stefan, albo jak ś-ty Sebastyan, przeszyty strzałami. Na zniewagi towarzyszy odpowiadałem teraz twarzą uśmiechniętą i ekstatycznem spojrzeniem, mieniąc je dobroczynnemi chwilami doświadczeń i błogosławieństwem niebios. Nie spałem już nie jadłem myślałem jedynie o Raju i środkach dostania się do niego. W niedzielę nie wychodziłem z kościoła i godziny całe spędzałem przed wizerunkami świętych.
Co chwila rozpoczynałem rachunek sumienia, i nie uznając się nigdy za będącego to stanie łaski, skazywałem się na niepomierne posty. Odmawiałem pacierze i śpiewałem hymny od do nocy. Łatwo przedstawić sobie śmiechy i żarty mych kolegów. Wszystko kończyły nerwowe ataki, trwające dwie łub trzy godziny.
Nagle uczułem silny ból głowy i dreszcze. To dało wypowiadało posłuszeństwo. Zaprowadzono mię do infirmeryi, posłano po matkę. Zanim nadeszła, już było za późno na przeniesienie mię do domu. Pozostawało jej tylko umieścić się przy mnie, co też uczyniła w obec zupełnej nieprzytomności mojej. Gorączka nie opuszczała mię przez pięć dni i pięć nocy, Bóg wie jakie obrazy majaczyły w umyśle. Jeden nadewszystko uparcie mi tkwił przed oczyma
Widziałem, jak na łóżku równoległem z mojem złożono chorego, jednego ze mną wzrostu, twarzy którego rozpoznać nie mogłem z powodu krwi oblewającej ją obficie i w dużych plamach broczącej okrywającą go bieliznę. Chory leżał bez ruchu. Zasłaniały go ustawicznie jakieś osoby, między któremi odróżniałem moją matkę. Osoby te kręciły się koło jego łóżka bez najmniejszego szelestu; jak widma. Co zaś najbardziej mię dziwiło, że cały ten obraz ukazywał mi się niby we mgle i że składające go osoby zmieniały głowy co chwila.
Na jednej widziałem oblicze p. Frémin; oblicze to wszakże przenosiło się niezwłocznie na inne ramiona, te zaś otrzymywały głowę dozorczyni, która z koleji przemieniała się natychmiast i stawała się księdzem Olette. Zresztą nic, ani słowa; istne przedstawienie czarnoksięskie, oświetlone jedną tylko lampką nocną, przy której drżącem świetle cienie tych cieni zdawały się tańczyć i skakać na tle dużych białych firanek, o fałdach równych i krągłych, niby piszczałki organu. Potem matka pochylała się nademną i nie widziałem już nic. Chciałem do niej zagadać, niepodobna. Spróbowałam krzyczeć, wnet dziwne osoby opuszczały tamto łóżko i biegły kręcić karki u mojego. Uczuwałam niby uderzenie młota w głowę, i wszystko nikło na czas, długości którego niepodobna mi było określić; mimo to scena z łóżkiem ustawicznie wracała.
Najczęściej chory leżał nieruchomy, uśpiony czy martwy. Chorym tym był Andrzej. Nie miał teraz krwi na twarzy. Przeciwnie twarz ta świecąca jak kość słoniowa, białą plamą znaczyła się na dużej białej poduszce; ręka zaś, ta ręka przejrzystość której tyle mię niegdyś dziwiła, spoczywała bezwładnie wzdłuż wychudzonego ciała, niknąć w tej niczem niezmąconej bieli.
Przedstawcież sobie obraz obramowany wiosennym promieniem księżyca, a będziecie mieli pojęcie o bladości kolorytu w jakim go widziałem. Niekiedy czarna sylwetka przesuwała się pomiędzy tamtem a mojem łóżkiem; była to postać dużego chłopaka, od którego Andrzej otrzymał karteczkę, w dniu przybycia mego do zakładu. Przechadzał on się nadmiernie wielkiemi krokami, po miękkim chodniku, przeciągniętym od drzwi do oszklonej alkowy, gdzie sypiała dozorczyni. Od czasu do czasu zatrzymywał się i pochylał nad chorym przysłuchując się chwilę, potem znów wracał do miarowej przechadzki, szepcąc po cichu z dozorczynią, schyloną nad kominkiem. Zdawało mi się również widzieć go płaczącym, z twarzą w dłoniach ukrytą.
Cóż robił ten młodzieniec? Jakim sposobem znajdował się tutaj?
Te wszystkie waryanty jednego motywu do takiego stopnia prześladowały mię w chwilach gorączki, że pierwszem poruszeniem mojem po przyjściu do przytomności było spojrzeć na łóżko, służące za widownię owym scenom. Łóżko stało nieza jęte, zawieszone białemi firankami i z pozoru wyglądające jak najniewinniej. W infirmeryi nikogo, prócz dozorczyni, matki i mnie. Prawdopodobnie więc były to widziadła gorączkowe. Teraz z owej gwałtownej maligny pozostało mi jedynie niejasne poczucie przebytej choroby i zupełnego minięcia takowej. Pozostawałem teraz w tak zupełnem a tak błogiem osłabieniu, że radbym by w nieskończoność trwało. Czułem się niezdolnym do najmniejszego bodaj wysiłku ciała czy myśli. Matka trzymała moją rękę w swoich, uśmiechała się do mnie mając łez pełne oczy, znakiem nakazując mi milczenie, skinieniem prosząc bym się nie męczył żadną miarą. Odpowiadałem jej wejrzeniem pełnem wdzięczności i patrzyłem na jasne słońce kwietniowe, które śmiało się do mnie wesołemi promieniami, rysując zygzakowato na białych firankach odbicie okiennej ramy. Nigdy, zdaje mi się, nie doświadczyłem uczucia takiej błogości jak, w owej chwili.
Przeszłość zatarła się zupełnie w mej pamięci. Zdało mi się, żem się narodził dopiero, nie ze wspomnieniami i nawyknieniami do poprzedniego istnienia, ale z nagłem i do skonałem pojęciem żywotności w ogóle, dotąd mi zupełnie niewiadomej. Moje ja nurzało się dosłownie w tej błogiej omdlałości, tek dobrze znanej rekonwalescentom. Gdyby dla wytłómaczenia takowej przyszło mi ją analitycznie definiować, rzekłbym że się słyszy, że się widzi, że się czuje jak wszystkie cząsteczki żywotne, rozproszone przez chorobę, wracają jedna po drugiej, posłuszne tajemniczemu wezwaniu, odbudowywać zwolna w ciele, niby pszczoły w ulu, tę całość nieodgadnioną, co się zowie życiem.
Jeżeli w razie gdy rozwiązanie choroby jest inne, tym samym sposobem wchodzi się w drugie życie obiecane, słodką być musi śmierć, która wtedy to wrażenie w nieskończoność pociąga, zresztą z owych sfer zawieszonych między niebem a ziemią, gdzie maligna bujała mię przez ciąg stu dwudziestu godzin, wynosiłem taki spokój i taką pogodę, że odtąd śmierć nigdy mię już nie straszyła. Obecnie nawet, gdy poraz drugi staje przedemną, zniesławiająca i rozjątrzona, patrzę na nią śmiało bez zadrgnienia. Istnieje we mnie niewątpliwie coś, nad czem ona niema żadnej mocy, co jedynie wyzwolić ma, w sposób mniej lub więcej gwałtowny, o co zresztą mniejsza, z cielesnej, utrzymującej je obsłony i do innego przeprowadzić bytu. Oczywiście nic nie ma niepotrzebnego w przyrodzie. Wszystko wszystkiemu służy. Otóż śmierć jest rzeczą przyrodzoną, a zatem potrzebną. Do czego? Nie wiem wchodzić w to brak mi już czasu; wiem tylko że i śmierć nie może się wyłączyć z pod ogólnego prawa progresyi, będącego oczywistem prawem tego świata. To mi wystarcza.
A jednak przyjmuję dziś system obrony, dla wydarcia kilku nędznych chwil tej samej śmierci, której nie boję się niby, i dla możliwie najdalszego odroczenia owej nieuniknionej przemiany na lepsze. Nie. W całem tem opowiadaniu bronię tylko, powtarzam, pamięci mojej przed przyszłym sądem mojego syna, i jeśli pragnę dożyć dni mych do końca, to jedynie dla możliwego wynagrodzenia mu wyrządzonej krzywdy. Gdyby dziś umarł, jutro rzucam w ogień te stosy papierów, i w milczeniu zostawiam sprawiedliwości ludzkiej prawo orzekania o mnie, co się podoba.




XV.

Rekonwalescencya moja odbywała się w Marly, gdzie wraz z matką przepędziłem cały miesiąc. Wynajęła ona na wzgórzu, w pobliżu lasu, dwa pokoiki, okna których, jedno na wschód, drugie na południe obrócone, wychodziły na obszerne owocowe sady. Nie pragnęliśmy nic więcej, nic więcej zresztą matka mi dać nie mogła. Właściciel tego ubogiego domku był garncarzem i do pokoików naszych wchodziło się przez jego sklep.
Garncarz pozwolił mi swej gliny do lepienia bałwanów. Niebawem upodobałem sobie bardzo tę zabawkę, on zaś znajdował bałwany moje tak udanemi, że powziął myśl szczęśliwą zachęcić mię do wykonania statuetki, na wzór małej figurki Najświętszej Panny, umieszczonej nad drzwiami kościółka. Tam tedy spędzałem dnie całe, otoczony gromadą wioskowej gawiedzi, przyglądającej mi się z uwielbieniem. Uwielbienie wprawdzie małej wagi, nie mniej wszakże zdwajało ono moją gorliwość. Szczere pochwały garncarza zdumionego taktem zamiłowaniem, uszczęśliwiały mię nad wyraz.
Skoro figurka była skończoną, pokazał ją proboszczowi i pomocnikowi mara, którzy również zachęcali mię obadwaj, nadto obiecał mi ją wypalić, bym mógł ją schować sobie na pamiątkę, zapewniając, że gdy zostanę sławnym rzeźbiarzem, z przyjemnością spojrzę na tę pierwszą próbkę. Rzuciłem na matkę zwycięzkie spojrzenie; ale, jakkolwiek przepowiednia powyższą zdawała się ją uszczęśliwiać, nie okazywała wielkiego zaufania w zdanie owych panów.
Wróciłem do przerwanych nauk, dawne rozrywki w wolnych chwilach urozmaicając tem nowem zajęciem, w którem bardzo upodobałem sobie. Któż wie, co przyszłość przyniesie.
Pomiędzy mymi kolegami nie było już teraz Andrzeja. Wszystko, co widziałem w malignie, prawdą się okazało. Andrzej żyć przestał. Tajono to przede mną z obawy, bym w stanie w jakim się sam znajdowałem, nie doznał zbyt wielkiego wstrząśnienia. Nieszczęśliwe dziecko rażone zostało nagłym krwotokiem; krew kilkakrotnie i jednocześnie wszystkiemi porami wypływać poczęła z tego nadwątlonego ciała, jak gdyby ukryty motor, wprawiający ją w krążenie, pękł nagle zerwany. Ztąd ów sen i wyczerpanie w jakiem go widziałem wśród obrazów gorączkowych. Nic już działać nie mogło na ten organizm wyczerpany, trawiony ustawicznie rozpalającem podniecaniem, śmiertelnem w wieku, w którym dziecko rozwijające się zaledwie musi gromadzić w sobie nowe soki wydzielane mu przez naturę, których ona sama zna przeznaczenie i rozporządza użyciem.
W ciągu dwóch dni skończył na rękach tego przyjaciela, który tak usilnie prosił o pozwolenie czuwania nad nim, że w końcu mu je udzielono. Jeżeli szkoła przedstawia nam przykłady dzikich nienawiści, w rodzaju tej, jakiej byłem ofiarą, przedstawia również wzory owych nieokreślonych uczuć przywiązania, dla których trudno wynaleźć jakąś nazwę techniczną, a które w tym wieku pośrednim, gdy człowiek uczuwa już potrzebę kochania po za obrębem rodziny wahają się, bezpłciowe że tak powiem, między miłością i przyjaźnią. Takie przywiązanie łączyło tak ściśle to dziecko z tym młodzieńcem, że gdy pierwsze umarło, drugi opuścił zakład, i zaledwie powietrze rodzinnego kraju zdołało go wyleczyć z tęsknoty i żalu. Co do mnie, dowiadując się o wszystkiem doznałem prawdziwych wyrzutów sumienia. Czyż nie uderzyłem kiedyś w twarz Andrzeja? Czyżem go przez to nie narazi na utratę krwi? A może właśnie owej krwi tylko brakło do ocalenia mu życia, ponieważ zmarł z braku krwi! Obawy moje zwierzyłem księdzu Olette.
Ten mię uspokoił; wszelako w modlitwach, które słałem w niebiosy gotując się do przyjęcia komunii, nie jedna uleciała za mego pierwszego wroga, z duchem którego miałem się spotkać w przyszłości; bo zaprawdę jego to duch odnalazłem później w przeciwniku, albo raczej w przeciwniczce nierównie groźniejszej od niego.
Komunię przyjąłem z wiarą, a raczej z zachwytem głębokim, wiara bowiem jest owocem dojrzałego wieku. W dziecku spoczywa ona ledwie w kwiecie. Ogólne pojednanie poprzedziło akt święty. Rozgrzeszenie otrzymywało się pod tym warunkiem, a ponieważ, radzi nie radzi musieliśmy kommunikowało się, uściskaliśmy się więc wzajemnie. Jednocześnie z nami kommunikowało się kilka pensyi panien z tej samej dzielnicy. Kilku moich towarzyszy, mijając panny, szeptali z niemi: drudzy rzucali im kartki na krzesła; dwóch czy trzech po przyjęciu świętej Hostyi splunęło na ziemię.

Matka moja znajdowała się w kościele, w tłumie innych matek. Powiedziała mi przedtem gdzie stać będzie: na stopniu ołtarza bym chcąc ją zobaczyć nie potrzebował odwracać głowy. Podręczne jej dziewczęta chciały być z nią razem, by podzielić jej radość i wzruszenie. Co do mnie, łzy kropliste zalewały mi oczy i napróżno byłbym usiłował je powstrzymać. Pojęcia moje o religji, jeśli nie o Bogu, mogły się zmienić od owego czasu, a jednak nie chciałbym nie mieć w życiu tych wspomnień o uroczystych chwilach kommunii, i żałuję zaprawdę ludzi, którzy ich w swej przeszłości nie mają. Wywołując je dziś mam łzy w oczach. Niestety! nie takiemi wówczas płakałem ja łzami! Lecz mniejsza gdzie ich źródło, niech będą błogosławione; i to łzy, a od tak dawna łez w moich oczach nie było!


XVI.

A teraz, oto jakim sposobem nieznaczący wypadek postanowił o mojej karyerze. Jeden z uczniów stracił szczygła, którego był sobie przyswoił i którego cała szkoła lubiła bardzo za jego pojętność a nawet, rzec można, roztropność nieledwie. Biedne ptaszę zmarło nagle po dniu prześpiewanym wesoło, Bóg wie z jakiej przyczyny, może na wzór Anakreonta, z winnej jagódki połkniętej na opak. Był to żal ogólny gdy znaleziono ptaszka martwego, uchwalono też wznieść mu pomnik, wykonanie którego mnie powierzonem zostało.
Pudełko od domina przedstawiało trumnę dla nieboszczyka, w ogródku zaś moim miała wznieść się dla niego mogiła. Wziąłem się do dzieła. Wykonałem kilka projektów nagrobka, z których wszakże żaden mię nie zadowolnił. Jeden nareszcie pozyskał poklask ogólny. Czas też był już wielki. Poczynała się bowiem reakcya na niekorzyść nieboszczyka; pochwalne mowy nabierały satyrycznych odcieni, z domieszką karykatury. Prosty wróbel ogłoszony za dowcipniejszego od swego poprzednika, zajął miejsce jego, i widziałem nadchodzącą chwilę, w której szlachetny ofiarodawca pudełka odbierze takowe, by w niem napowrót chować swoje pióra, i w której nieszczęsny szczygieł zostanie wyrzucony kotowi na pożarcie. Zaiste, zmarli mają słuszność kazać się grzebać jak najrychlej i jak najdalej. Pomnik ożywił na chwilę wspomnienie cnót bohatera, następnie poczęto myśleć o czem innem.
Pomnik ów miał wysokości około ośmiu cali, i przedstawiał w okrąg idącą kolumnadę w stylu doryckim. W pośrodku kolumnady wznosił się rodzaj ołtarza, a na tym urna z powiewną draperyą. Na szczycie kolumnady mieścił się wiersz łaciński którego na nieszczęście nie przypominam dziś sobie. Otóż, zdarzyło się, że właścicielem szczygla był Konstanty Ritz, ten sam, który mię kiedyś obronił w obec całej klasy. Ten, wypadek cały opowiedział ojcu, renomowanemu naówczas rzeźbiarzowi. który zapragnął poznać znakomite moje arcydzieło. Mistrz znalazł w niem dużo instynktowego poczucia piękna i wznowił przepowiednię garncarza, ale tą rażą z całą powagą wytrawnego artysty.
Kazawszy przywołać mię do siebie, winszował pięknego talentu, wypytując zarazem o skłonności moje i o zawód, jaki dla mnie wybrała rodzina.
Dotąd, matka nie miała jeszcze żadnego stałego względem mnie zamiaru; zresztą byliśmy ubodzy i wiedziałem że będę musiał pracować na życie. Ale słowo pracować nie miało zbyt jasnego określenia w moim dziecięcym umyśle. Jakiemu rodzajowi pracy się poświęcę? Jak wszystkie dzieci w ogóle, i ja też sądziłem, że dosyć jest chcieć pracować, by znaleźć zarobek.
— Takby być powinno, — powiedział pan Ritz, lecz tak nie jest. Uproś wszakże matkę, by ci pozwoliła przepędzać u mnie, razem z Konstantym, niedziele i święta. Odprowadzę cię zawsze sam wieczorem wraz z moim synem.
Następnej niedzieli, o dziewiątej z rana, byliśmy u p. Ritz’a; był on wdowcem od lat wielu. Po żonie został mu syn, Konstanty, z którym kolegowałem, i córka, prawie już szesnastoletnia, bardzo ładna osoba, która zarządzała domem jak prawdziwa gosposia, dla mnie zaś okazywała grzeczność pełną uprzejmości. Była ona z natury nadzwyczaj wesołą, a ile razy się śmiała, nie mogłem oczu oderwać od jej zębów mlecznej białości, o dziąsłach świeżych, czerwonych nęcącą czerwonością wiśni. Co wszakże najbardziej w niej uderzało, to włosy, ozdobione rzędem złotych blaszek, jak u kobiet Algierskich, których typ zresztą przebijał nieco w pannie Ritz. Ten strój głowy zbyt wyzywający jak na pannę światową, właściwym był u córki artysty, w otoczeniu dzieł sztuki, z różnych stron świata nagromadzonych i tworzących w tym domu istotne muzeum.
Wszystko to było tak bardzo różnem od naszego mieszkanka na ulicy de la Grange-Bateliére! Otwierałem wielkie oczy, nie mogąc się dość napatrzeć, a p, Ritz i jego dzieci, oddawna za swym zbytkiem oswojeni, śmiali się z mego podziwu. Nakoniec przeszliśmy do pracowni, nowe cuda. Skoro ujrzałem gipsy, bronzy, marmury, cały las posągów w różnorodnych pozach, uroczystych, przesadnych, dramatycznych, stanąłem, dech w piersiach wstrzymując. Zwolna wszelako wzrok się mój oswoił, przechodziłem od jednego do drugiego przedmiotu. Poczynałem wyszczególniać I oglądać; uśmiechałem się do tych szlachetnych, nieporuszonych postaci, ustawionych w umiejętnem świetle, uwydatniającem ich modelowanie. P. Ritz traktował mnie jak dojrzałego młodzieńca; parę popiersi obrócił przede mną na podstawach, tak jakby to uczynił dla jakiego współkolegi. Zrazu sądziłem że żartuje sobie ze mniej ale nie, studyował mnie poprostu.
— Cóż ci się tu najbardziej podoba? — zapytał nareszcie.
— To — odrzekłem bez wahania.
I zaczerwieniwszy się do uszy ze stanowczości zdania, co mi się wymknęło mimowoli, wskazałem mu statuę z bronzu.
— I czemuż ci się najwięcej podoba — to?
— Bo ten człowiek wydaje mi się pięknym, i bo dobrze rozumiem co robi.
— A cóż on robi?
— Bije się.
— Z kim się bije?
— Z drugim człowiekiem.
— Ale przecież nie widzisz tego drugiego człowieka.
— Ale odgaduję go z postawy.
— Zrobiłeś dobry wybór, moje dziecko. Statua jest kopią Zapaśnika, jednego z najpiękniejszych dzieł sztuki starożytnej. I masz racyą, — dorzucił z uśmiechem, — warta ona więcej od tych wszystkich... które są mojem dziełem.
Zawstydziłem się mocno. Popełniłem może niezręczność niepowetowaną? Lecz nie, szczera i trafna odpowiedź zjednała mi ostatecznie życzliwość artysty.
Tymczasem Konstanty z siostrę dokazywali swobodnie jak dwoje dzieciaków w tej olbrzymiej pracowni, gdzie jeździec wraz z koniem mógłby się pomieścić i przejeżdżać z łatwością. Brat gonił siostrę, chowając się za grupy, a gdy ją chwytał jak chłopca zapewne, wówczas słyszałem jak go strofowała tonem nawpół zagniewanym:
— Jesteś nadto szorstki. Nie będę więcej swawoliła z tobą.
I poprawiała sobie włosy przed zwierciadłem, one to bowiem zwykle ucierpiały.
Dano mi książki, rysunki do przeglądania; powoli wszakże dzień dłużyć mi się poczynał, i uczuwałam próżnię do koła. Posmutniałem. Naprzeciw tego dobrobytu, tego przepychu, tej szczęśliwej rodziny co nie była moją, po przez te wytworne ściany, widziałem matkę samotną, ze skromnym obiadkiem, którego z nią dzielić nie miałam. Snadź p. Ritz posiadać musiał głęboką znajomość serca ludzkiego, rzekł bowiem do mnie:
— Teraz, mój mały przyjacielu, wypadałoby pójść ucałować mateczkę. Służący cię zaprowadzi i przyjdzie po ciebie o godzinie, którą mu naznaczysz.
Nie mogłem się powstrzymać od uściskania p. Ritz’a
— Masz poczciwe serce, — szepnął całując mię po ojcowsku; — dobra to rzecz, nawet w artyzmie.
— I z pewnym smutkiem spojrzał na syna, mocno zajętego w tej chwili uczeniem sztuk wielkiego psa gończego, nie opierającego mu się wcale.




XVII.

Znalazłem matkę samotną, jakem to był przewidział, nie spodziewającą się już moich odwiedzin i zajętą porządkowaniem papierów, rachunków, a nadewszystko listów. Największą część ich niszczyła. Skorzystała z chwili samotności, by się wypłakać do woli na widok tych pamiątek dni ubiegłych, co rozbudzone wydają krzyk z głębi kopert pożółkłych.
— I cóż, — zapytała, — byłeś dobrze przyjęty?
— Tak, mamo: odpowiedziałem.
Wówczas, poczęła mię o wszystko wypytywać; opowiedziałem jej cuda widziane, wydając się mimowoli z tajemnem przeczuciem przyszłego powołania.
— Wiesz że ci się w niczem sprzeciwiać nie będę. Jesteś rozsądny, widzisz nasze położenie. Możemy liczyć jedynie na siebie. Z chwilą gdy mi powiesz: „Takiem jest moje postanowienie*, będę cię wspierała. Radź się tedy własnych skłonności i postanawiaj, ja radzić ci nie potrafię, bom nieoświecona.
Tak rozmawiając z matką, machinalnie spoglądałem w koło po pokoju, i zdało mi się jakgdyby brakło czegoś z dobrze mi znanych przedmiotów w naszym saloniku.
— Gdzie nasz zegar, mamo, — spytałem nagle.
Zegar ten był jednym zbytkownym przedmiotem sztuki, w posiadaniu matki mojej. Jak tylko zapamiętam, widziałem go zawsze na tem samem miejscu, i brak jego uderzył mię odrazu, dziś tembardziej, bom właśnie przed chwilę zauważył zupełnie podobny u p. Ritz’a: zegar to był w stylu Ludwika XIV, o bronzach delikatnie cyzelowanych, przedstawiających u podstawy trzy parki, na szczycie zaś czas z tradycyjną kosą.
Był zepsuty, — odpowiedziała matka: — oddałam go do naprawy.
Sam nie wiem czemu nie uwierzyłem w szczerość tej odpowiedzi, ja przed którym matka nigdy nie skłamała, i wróciłem do p. Ritz’a mocno zafrasowany zniknięciem zegara. Było właśnie lato. Pora zwana powszechnie złym sezonem. Nadchodził nowy kwartał, a z nim termin opłaty za mnie w zakładzie; czyżby matka widziała się zmuszoną sprzedać ów zegar, zabytek szczęśliwszych czasów, dla zaspokojenia p. Fremin? Trudno odgadnąć? boć ona mi tego nie powie. Byłem więc dla niej ciężarem nad siły. Oparte na domysłach jedynie, przypuszczenie to stało się dla mnie ciężką i gorzką pewnością; dziś jeszcze postanowiłem coś obmyśleć.
Toż w końcu miałem już trzynaście lat. Czując się doić mocnym w historji, łacinie, grecczyźnie, matematyce, mogłem sam prowadzić niedokończone studya, wstępując przytem na nową drogę, w której widziałem przyszłą karyerę, a gdzie matka nie będzie potrzebowała płacie za mnie, tylko mię żywić i przyodziewać do czasu, gdy sam pocznę zarabiać na życie a miałem nadzieję, że to niezadługo nastąpi. Skoro po tem niespodziewanem postanowieniu stanąłem znów w pracowni p. Ritz’a i uważnie przyjrzałem się jego dziełom, zdało mi się że wprędce dorównać mu potrafię. Było to wszystko, czego mogłem pożądać natenczas, dzieła te bowiem przynosiły ich twórcy trzydzieści do czterdziestu tysięcy franków rocznego dochodu.
W rzeczy samej nie było to zbyt trudnem P. Ritz czuł głęboko i gorąco kochał sztukę; pojmował piękno, szukał go, pożądał, brakło mu wszakże tej świętej iskry, co zstępuje tajemnicza, niewiadoma, ogniem natchnienia rozpłomieniając wybrańców duszę. On sam wiedział o tem dobrze, cierpiał nad tem i w późniejszym czasie zwierzył mi się nawet ze smutkiem i zniechęceniem, które tłumił w sobie. Niema, sądzę, dla artysty bezmierniejszej boleści, jak przeczuwać, chcieć i nie módz tworzyć wielkich rzeczy.
Obdarzony nadzwyczajną łatwością rylca, p. Ritz zdobył sławę w tym świecie arystokratycznym, który powierzchownie tylko i szybko ocenia.
Wykonywał on, podług modeli kobiet z przedmieście świętego Garmans i Chaussée d’Antin, popiersia o wdzięcznym układzie, podobieństwie zadziwiającem a pochlebnem, całości nader wdzięcznej, lecz modelowania tak słabego te nie wytrzymywało krytyki poważnych artystów. W oczach pro — profanów było to dziełem talentu, lecz w oczach znawców, a co gorsza w oczach samego twórcy, było tylko miernotą.
W początkach, Tomasz Ritz zapowiadał najpiękniejsze nadzieje. Znajduje się w Luksemburgu jego posąg istotnie pięknego rysunku, wykonany śmiało, pomyślany szczęśliwie; potem używając technicznego wyrażenia, zużył się tem wyszafowawszy od razu cały zasób siły twórczej. Pomymysłowość zastąpiły w nim sztukę, zręczność zajęła miejsce oryginalności, Wówczas, moda uczepiła go się natarczywie. W braku lepszego, dał się porwać temu łatwemu powodzeniu; cierpiał wszakże tem bardziej że tworzył bez chęci, że arcydzieła, nawet współczesnych,, entuzyazmowały go, i że ujrzawszy takowe wracał do siebie rozpłomieniony i zniechęcony.
Młoda, bogata panna oddała mu swe serce w początkach artystycznego zawodu; ożenił się z nią. Czyżby zbytek wchodząc w progi artysty, miał z nich wystraszyć natchnienie? Być może Sztuka potrzebuje albo samotni, albo nędzny, albo namiętności. W atmosferach cieplarnianych więdnie i usycha. Skalne to kwiecie; potrzebuje ostrych wiatrów i gruntu twardego.
Marzeniem Tomasza Ritz’a było, że syn jego nabierze zamiłowania do rzeźbiarstwa, czuł się bowiem zdolnym pokierować nim właściwie, wtajemniczyć we wszystkie zasady sztuki, zrobić zeń prawdziwego artystę, i jak tylu innych mistrzów, ulać w ucznia to, czego sam nie posiadał. Nieszczęściem, Konstanty nie miał najmniejszej ochoty do żadnej ze sztuk pięknych ani do rzeźby, ani do muzyki, ani do malarstwa; jedną tylko miał namiętność broń. Daleko więc było do urzeczywistnienia pragnień ojca, który zresztą, nie sprzeciwiał się synowi i dał mu się sposobić do szkoły St. Cyr.
Pojmiecie teraz nagłą sympatyę, jaką p. Ritz powziął dla mnie. Czy znalazł ucznia, blask sławy którego aż o niego się odbije? Czy odkrył tylko bogato uposażoną naturę co powiernicą siostrzaną jemu staćby się mogła? Odpowiedź moja w przedmiocie Zapaśnika, dała mu nadzieję, a gdym wieczorem wrócił z powziętem postanowieniem, i on był gotów, ze swej strony, ważyć się na próbę.
Po obiedzie, wziął mię na stronę i zapytał, czy istotnie czułem w sobie powołanie do rzeźbiarstwa. dodając, że w tym właśnie wieku studya rozpoczynać należało, i że szczęśliwym będzie, jeśli pierwsze lekcye zechcę brać od niego. Na moją pełną zapału odpowiedź przyrzekł pójść nazajutrz do matki mojej i z nią się w tym przedmiocie porozumieć. W parę dni później postanowionem zostało, ze ponieważ to był czerwiec i ten kwartał opłacony, opuszczę więc pensyą z początkiem wakacyj, że tymczasem będę pracował gorliwie w Sierpniu zaś wstąpię do p. Ritz’a, który chciał koniecznie przynieść mię do siebie i za własne niemal dziecko uważać.
Matka przystała na wszystko, mając, jak zawsze, dobro moje jedynie na względzie..




XVIII.

Robiłem postępy zdumiewające. Zamiłowanie w pracy było mi wrodzonem; uwidoczniło się ono z chwilą wejścia mego do zakładu; doszło wszakże do szczytu dopiero gdym wstąpił na drogę, do której się czułem stworzonym. Byłem niezmordowany. Wstawałem o świcie; opuszczałem dopiero, gdy słońce za widnokrąg się schowało, a niekiedy i to nierzadko, rysowałem przy świetle lampy, wieczorami. Jeśli wychodziłem, to tylko dla zwiedzania galeryi i muzeów. Pożądaniem mojem było módz również zaludnić własnemi tworami ten wieczysty, niepokalany świat sztuki, w obec którego świat żyjących tak maluczkim się wydaje. Przekazać potomności myśl własną, w brąz albo marmur wcieloną, przed którą kiedyś inni artyści staną w zadumie, takiemi było moje marzenie. Łatwo sobie przedstawić uszczęśliwlenie mojej matki, ile razy p. Ritz rozwodził się przed nią o nadzwyczajnych mych zdolnościach, przepowiadając mi przyszłość wielką bogatą. Odwiedzała mię niekiedy w chwilach pracy; utworów mych wprawdzie ocenić nie mogła, lecz wszystko co tylko mojej ręki było dziełem, wprawiało ją w zachwycenie.
Jak tylko byłem w stanie sam już modelować jako tako wykonałem biust matki. Chciałem, by pierwsze było moje dzieło, aczkolwiek niedoskonałe, z nią miało związek. Przesąd, naturalny w dziecku wychowanem jak ja byłem. Zresztą cały czas mój dzieliłem pomiędzy matkę i pracę. Niekiedy matka zostawała z nami na obiedzie, czyniła to wszakże z oględnością największą. Dlatego, ja to najczęściej biegłem do niej wieczorami, by odetchnąć rozkosznie atmosferą błogiego dziecięctwa. Odnajdywałem znowu tę samą lampę, tenże stół krawiecki, też robotnice. Tylko nie były już wesoło, jak kilka lat temu. Proza życia dawała im się uczuć. Każda z nich mięła już dziś swoją troskę, wspomnienie, tęsknotę, żałobę! Nie obchodziły się już ze mną jak z dzieckiem, jakkolwiek nie uważały mię jeszcze za mężczyznę. Przyniosłem z sobą kredki albo trochę wosku i robiłem portret lub medalion której, spożytkowując tym sposobem nawet chwile wypoczynku w rodzinnem gronie, boć doprawdy poczciwe dziewczęta zdawały mi się niama, należeć do rodziny. Przesiadywaliśmy do późna, jedliśmy kasztany, a w zimie pili jabłecznik. W lecie sprowadzałem im lody i ciastka, za pieniądze, które poczynałem zarabiać za odlewy albo kopje dla p. Ritza. Koło dziesiątej albo jedenastej rozchodziliśmy się każde do siebie. Odprowadzałem je kawałek drogi i wracałem do domu patrząc na gwiazdy i wdychając życie pełnemi płucami. Szedłem zwykle bardzo prędko, a jeśli, wypadkiem lub umyślnie zdarzyło się, że kobieta zastępowała mi drogę, mówiłem z całą delikatnością, „Przepraszam panią!” i usunąwszy się na prawo, czy na lewo, szedłem dalej myśląc o jutrzejszej pracy, Musiały brać mię za wielkie niewiniątko; w piętnastym bowiem roku na ośmnaście wyglądałem.
Z nadejściem nocy, szczęśliwy z dnia ubiegłego, zwolniony od pracy, zasypiałem marząc o glinach, nazwach, proporcyach i t.d., i t.d.




XIX.

Natura wszelako nie zachwiana jest w swem prawie. Ma ona swoje zadanie, zadanie nie małe, a każdy twór żyjący musi jej być podległym. Przeczucie miłości nawiedzało więc mój umysł od czasu do czasu. Panna Ritz, codzień piękniejsza, zdawała się jej wcieleniem, jakby umyślnie dla mnie tu zesłanem.
Otóż, nie. A naprzód, była starszą odemnie o trzy lata, różnica ogromna w naszym wieku, potem, potem, ojciec, oddać mi jej ani myślał, pomimo całej dla mnie życzliwości; nakoniec, nie czułem dla niej nic więcej nad przyjaźń, i przyjemność jaką znajdowałem w towarzystwie nie różniła się niczem od uczucia, jakiegobym doznawał w towarzystwie siostry. Nie mogę się nawet pochwalić abym w niej uszanował gościnność doznaną. Boć nie potrzebowałem walczyć z żadnem innem uczuciem. Zresztą niewyczerpana jej wesołość było dostateczną ochroną przeciw wszelkim miłosnym roszczeniem.
Wesołość w miłości jest karmią serc bardziej zużytych. Młodość elegijniej wygląda.
Widywałem też niemało innych kobiet w pracowni p Ritz’a, i z najarystokratyczniejszych, i z najgłośniejszych piękności, lecz obok tych wszystkich Wenus a bronzu i marmuru, któremi pasłem oczy, panie owe, ze swemi błyskotkami, koronkami i wstążkami, sprawiały na mnie wrażenie dużych kręcących się lalek; gdy nadto słyszałem jak p. Ritz mawiał przy obiedzie, po każdem posiedzeniu:
— Mój Boże! jakże pani taka a taka źle jest zbudowaną! — jakie nędzne ramiona! jakie stawy niezgrabne! — jakie chude plecy!
Przytem, o otaczającym je zbytku mogę powiedzieć to samo, co o wesołości panny Ritz: podług mnie, nie chodził w parze z uczuciem. Pokochać się w owych eleganckich sferach zdawałoby mi się zniewagą w obec matki mojej, która by mię żywić i wychować, trawiła noce nad haftowaniem kołnierzyków i spódniczek, o które panie te dbały tak mało.
Sądzę, że wszyscy istotni artyści są tacy, ja przynajmniej pragnienie sławy łączyłem z potrzebą ustronnego istnienia. Chciałbym był tworzyć arcydzieła, i zarazem żyć nieznany pomiędzy matką i żoną moją; bo gdyby mój ideał zstąpił na ziemię, miałem z niego uczynić towarzyszkę życia.
Zresztą tego też pragnęła moja matka.
— Pracuj, moje dziecko, — mawiała do mnie, — a przyjdzie czas, że spotkasz młodą, ładną dziewczynę, dobrą, wykształconą, która cię ukocha. Ożenisz się z nią. Zamieszkamy wszyscy razem. Ja będę chowała twoje dzieci. Będzie to pociechą moje] starości i nagrody za to, co dla ciebie uczyniłam, jeżeli to, com uczyniła dla ciebie zasługuje na nagrodę.
W taki to sposób odwracała jak mogła mój umysł od grożących niebezpieczeństw. Zgadzałem się z jej poglądami, widziała to dobrze, bała się jednak jeszcze. Najdrobniejsza okoliczność mogła mię zgubić.
Okoliczność taka przedstawiała się zawsze ile razy Konstanty wychodził z zakładu. Starszy odemnie blizko o dwa lata, nie miał, wyznać muszę, teoryi zgodnych z mojemi we względzie miłości. Jedynem zaprzątnieniem jego było przejść na praktykę jak można najrychlej, i skorośmy byli razem, o niczem innem nie mówił. Nie poetyzował bynajmniej, i myślał mniej daleko o miłości niż o kobiecie, mniej o założeniu, więcej o akcyi samej. Ponieważ nie byłem już w szkole, i zajmowałem się rzeźbę, miał mię za wtajemniczonego oddawna, gdy ja tymczasem mniej nierównie wiedziałem i miej od niego byłem ciekawy. Wypytywał mię o szczegóły, o których z zapytań jego dowiadywałem się dopiero.
Nie mógł zrozumieć jakim sposobem, gdy tyle modeli kobiet przychodziło do jego ojca, nie miałem dotąd kochanki. Mieć kochankę! było to jego idèa fixe. Mniejszą jaką, byle coś podobnego do kobiety. Napróżno powtarzałem mu, żem nie mógł widywać modeli, która do p. Ritz’a wchodziły osobnemi schodami, nie chciał mi wierzyć; nareszcie skoro zdołałem go przekonać o prawdzie słów moich, otworzył wielkie oczy i począł się ze mnie wyśmiewać niesłychanie. Porzucił wszystkie moje i ojca kartony wyszukując studyów nagich.
Jak tylko byliśmy sami w pracowni, oświadczał się posągom stylem nie zbyt zachęcającym nawet dla marmurów, i w żaden sposób nie maglem zachować powagi wobec błazeństw tego szaleńca, oświadczającego się nieruchomym boginiom, słuchającym go bez zmiany pozy ani giestu.
Wyjawiając w ten sposób skłonności Konstantego, zdaje się, jak gdybym chciał się chwalić jego kosztem. Nie mam tego zamiaru. Pomiędzy nim a mną zachodziła tylko ta różnica: on chował się bez matki, ja zaś nie odstępowałem swojej; nie potrzebował zastanawiać się nad życiem, które dla niego było już przyprawione, że tak powiem, ja zaś musiałem wykuwać swoje z ogólnej masy: usposobienie jego ciągnęło go do wojennej wrzawy, gdy mnie nęciło ciche marzycielstwo sztuki; on nakoniec z natury swojej miał lubić kobiety, ja miałem jedną ukochać. Zachowywałem się tedy dla tej jednej, którą byłem pewny ze napotkam kiedyś, tymczasem natchnienia i rozkosze pracy w zupełności mi wystarczały.
P. Ritz był już dumny ze mnie. Studya i utwory moje pokazywał swoim współkolegom. Zachęcano mię, radzono, winszowano szczerze, co czyniło mi pracę łatwą i przyjemną. Dotąd wszakże kopiowałem jedynie antyki, albo szedłem za biegiem fantazyi. Z naturą nie miałem jeszcze do czynienia.
Pewnego wieczora, gdy panna Ritz zajęta była grą na fortepianie, ojciec jej rzekł do mnie nagle:
— Jutro zaczniesz szkicować z natury. Ciekawy jestem, jak się wywiążesz z tego zadania. Przygotuj glinę zawczasu; model zamówiony na ranną godzinę.
— Jaki model? — zapytałem z biciem serca, spowodowanem tą wielką nowiną; — model mężczyzny czy kobiety?
— Kobiety.
— Stojącej czy leżącej?
— Stojącej.
Serce dosłownie tłukło mi się w piersi.
Tej nocy nie spałem wcale.
Nazajutrz już o siódmej rano przygotowałem glinę, P. Ritz wszedł.
— Czy jesteś w usposobieniu? zapytał.
— Tak, odrzekłem głosem pewnym.
— To chodźmyż zjeść prędko śniadanie.




XX.

Dziewiąta biła, gdy ostrożnie zapukano do drzwi pracowni. Był to model.
Weszła kobieta od dwudziestu do dwudziestu dwóch lat mieć mogąca, ubrana w suknię z niebieskiego merynosu, trochę przykrótką, i w kapelusz słomkowy z fioletowemi wstążkemi. Kołnierzyk dość czysty, chustka jak szal złożona, popielata w duże czarne kraty, trzewiki sznurowane, i jedwabne rękawiczki z wyszarzanemi mocno palcami, dopełniały jej stroju, który nie dziwił mię wcale, boć przecież nie mogłem przypuszczać, by model pozujący po sześć franków posiedzenie, stroił się w aksamity i koronki, a z resztą, od dzieciństwa nawykłem patrzeć na równie skromny ubiór robotnic mojej matki, a i matki samej. Zamiast się z niego wyśmiewać lub dziwić szanowałem go raczej, ale wszystko wisiało tak sztywnie na figurze panny Marietty, żem mimo woli zapytywał siebie, jakim cudem Wenus z niej wytworzę.
Głowa nie przedstawiała nic osobliwego. Oczy miały wyraz dość łagodny, włosy kasztanowate, cera zbyt czerwona, zęby zwyczajne, nos splaszczony, profil pospolity, głos zresztą miły.
Nie potrzebuję mówić, że p Ritz z modelami swemi obchodził się z największą łagodnością i grzecznością wyszukaną.
— Zakatarzyłaś się, kochane dziecię? — przemówił do młode] kobiety, która zlekka pokaszliwała.
— Nic nie szkodzi. Dostałam kataru, u p. P. Jemu zawsze za gorąco i nie zważa, że ogień na kominku wygasa. Nie daje mu się to uczuć, boć przecież on jest ubrany!
— Cóż ma rozpoczętego teraz?
— Nie wiem.
— Nie byłaś ciekawą zobaczyć?
— Nie; nie lubi żeby patrzeć na jego obrazy; wiem tylko tyle, że pozuję na klęczkach, z rękami do góry, z miną przerażoną. Musi to być znowu jakiś Lew Florencki.
Nie mogłem się wstrzymać od śmiechu.
— Bądź spokojna, — rzecze p. Ritz; — dziś już nie będziesz miała rąk do góry.
— O! wszystko mi jedno, tutaj ciepło.
— Więc, zaczynajmy.
Panna Marietta odstąpiła od pieca przy którym grzała się była. Usiłowałem przybrać postawę spokojną, mieszałem jednak glinę trochę gorączkowo. Zrzuciwszy szal i kapelusz młoda kobieta umieściła się na estradzie, i zapytała, zwracając się do p Ritz’a:
— W całości?
— Tak.
Wówczas najprościej w świecie, i jak gdyby wykonywała rzecz bardzo zwyczajną, dziewczyna odpięła stanik, porozpinała mankiety, i gdy suknia opadła na ziemię, podniosła ją i położyła na krześle. Potem, zdjąwszy kołnierzyk, rozpostarła go na niej starannie, i rozwiązawszy sznurek od spódnicy, stanęła w koszuli tylko, boć naturalnie nie miała na sobie gorseta. Teraz usiadła, a założywszy prawą nogę na lewą, poczęła rozsznurowywać trzewik, w pozie, którą Prudier nadał jednej z najpiękniejszych swoich statuetek; następnie podciągała pończochy, i spuściwszy koszulę na ziemię, przestąpiła ją i bosą nogą odrzuciła po za siebie. Nakoniec wyprostowana, z głową nieco w tył przechyloną, i odgarniając obu rękami włosy, opadające jej na ramiona:
— Jak mam się upozować? — zapytała.
Zwróciłem się do p, Ritz’a, tak dla nabrania kontenansu, jak również dla zasięgnięcia jego zdania. Wyciągnięty na kanapie, od kilku minut nie spuszczał mnie z oczu.
— Wybierz sobie pozę — rzekł do mnie.
— Tę, którą panienka przed chwilą przybrała, — odpowiedziałem głosem niezbyt pewnym.
— Zgoda — rzekła krótko.
Ale Marietta opuściła już była ramiona.
— Chciej pani odgarnąć jeszcze włosy jak przed chwilą, — zwróciłem się do niej.
Spróbowała oddać ruch poprzedni, mniej jednak szczęśliwie.
— Głowa trochę więcej w tył; nie tak, ot tak.
I bezwiednie prawie poskoczyłem na estradę, a ujmując obiedwie jej dłonie, nadałem jej pozę, która mi się najodpowiedniejszą do odtworzenia być wydała.
— No — powiedziała śmiejąc się, — zdaję się, że będę zawsze z rękami do góry.
Wówczas zrzuciłem zwierzchnią suknię, odwinąłem rękawy, wspiąłem się na stołek by się dorównać do wysokości mojej głowy, i wziąłem się śmiało go dzieła,
— I ja pójdę do roboty, — rzekł pan Ritz przechodząc do swojej pracowni; — uważajcie by ogień nie wygasł.
Ciekawem zaiste zjawiskiem, umysł mój otrząsnął się ze wszelkich ubocznych myśli, zaprzątniony jedynie oddaniem tego, com, miał przed oczyma.
W jednej chwili, wszystko co tu zaszło zdało mi się zupełnie normalnem. Usiłowałem kopjować żywy model tak samo jak dotąd kopjowałem modele nieżywe; a nadto, czułem w sobie bodziec niecierpliwej żądzy pochwycenia tego tętniącego życia, oblekając co rychlej w kształt widomy niepochwytne wrażenie, mogące się rozwiać lada chwila. Tak więc, gorączka pracy wzmagała się tu jeszcze zapalczywą gonitwą za pierzchającym cieniem prawdy. A nadto, łączył się zachwyt na widok tego nagiego ciała, które po raz pierwszy miałem przed oczyma, zachwyt wolny od wszelkiego cienia zmysłowości
Ah! jakie najpiękniejsze nawet dzieła sztuki nędzną są rzeczą wobec jednego stworzenia! Teraz, pojąłem słowa, tak często słyszane w ustach mego nauczyciela i jego przyjaciół: „Natura jest zabijająca!“ I jak dobrze rozumiałem teraz te roje artystów, którzy wolą trzymać się tradycyi, i przekopiowywać zawsze tylko dzieła ludzkiej ręki, zamiast wziąć się do odtworzenia dzieł Boga! Niewątpliwie, biorąc rzecz ze stanowiska proporcyi, niema chyba na świecie kobiety równającej się doskonałością niektórym posagom, i gdyby Bóg, zgadzając się z pośrednio podaną sobie radą od człowieka, zechciał ożywić jeden ze słynnych posągów, byłoby to, sądzę, coś piękniejszego od najbardziej olśniewających piękności, jako wytwór wszystkiego, co geniusz artysty połączyć może z darami stworzyciela, ale Bóg nie potrzebuje pogańskiego tego cudu, i najniedoskonalsze z dzieł jego są i będą zawsze wieczystem wyzwaniem urągającem najświetniejszym naszym arcydziełom; mają bowiem to, czego żaden twór człowieczej ręki nigdy mieć nie będzie: wejrzenie, uśmiech, gorące pulsacye życia.
Dwie pierwsze godziny posiedzenia przemknęły jak jedna chwila. Byłem skąpany potem. Nie czułem tego, ani nie widziałem strudzenia Marietty, której ledwie parę razy pozwoliłem opuścić ramiona na chwilę, powtarzając jej wciąż: „Proszę się nie ruszać". Oddech, w równych odstępach wdzięcznie jej piersią kołyszący, leciuchne drganie naskórka za najmniejszem wrażeniem chłodu, krew bujna i młoda, bieg której czuło się, widziało nie ledwie pod tą matową skórą o lśniących odbłykach atłasu, oto co chciałbym był pochwycić i odtworzyć. Byłem jak pijany i mało myślałem o obecnym utworze. W moim mózgu krzyżowały się tysiączne linje, pozy, kształty, ruchy. Miałem pełną głowę, posągów.
— Możebyśmy odpoczęli? — usłyszałem nagle za sobą głos p. Ritz’a.
— Wyborna myśl — rzekła Marietta — tymczasem rozniecę ogień.
Wdziała spódniczkę, szał zarzuciła na nagie ramiona, i usiadłszy przed kominkiem dokładała węgla. Je ocierałem twarz z potu i pytająco spoglądałem na p. Ritz’a.
— To dziwne — powtarzał tenże, przenosząc wzrok kolejno z mojej roboty na mnie. To zdumiewające! No, widzą żem się na tobie nie omylił.
— Czy doprawdy?
— Tak. Teraz, — mówił dalej, — pozwolę sobie skrytykować cię potroszę, jakkolwiek od dziś, powiadam ci to szczerze, nie potrzebujesz już nikogo. Możesz iść dalej o własnej sile, a zajdziesz daleko, bo ukochałeś naturę; to tylko zapamiętaj sobie, celem sztuki nie ma być sama natura. Wieszże czem fest sztuka? Pięknem w połączeniu z prawdą; i stosownie do tej zasady, sztuka ma wytknięte sobie bezwzględne prawidła, zastosowania których napróżno szukałbyś w samej naturze. Gdyby natura sama odpowiedzieć im mogła, dość by było odlać piękny model od stóp do głowy, by zupełne arcydzieło otrzymać. A przecież wprowadzając myśl taką w wykonanie, wytworzyłbyś śmieszność jedynie. Rzeczą talentu jest uzupełnić naturę, zgromadzić ztąd i z owąd jej wskazówki doskonałe, lecz cząstkowe, zespolić je w jednolitą całość i natchnąć tę całość myślą lub uczuciem, ponieważ duszy tchnąć w nią nie możemy. Słowem, ten. kto pozostając w ścisłych granicach piękna, najbardziej do prawdy się zbliża, jest artystą prawdziwym. To Fidyasz, to Michał Anioł, to Rafael. Dziś, poddałem cię stanowczej próbie, z której wyszedłeś bardziej zwycięsko niżem się spodziewał. Chwiejności ani śladu! Wzruszenie, zapał Brawo! Rozdąwszy nozdrza szeroko, odetchnąłeś wonią prawdy, jak młody lew wiatrem pustyni. Doskonale; już ją masz! ale teraz należy pokierować tym zapałem, nie gasząc go wcale. — Podnieś się. Marietto, wróć proszę do pozy w której byłaś przed chwilą. Dobrze. Ten układ naturalny, pociągnął cię od razu, moje dziecko; podpatrzyłeś naturę w jednem z jej nieuczonych poruszeń, i zatrzymałeś się w przelocie. Oko artysty; ale tu poza, dobra na studyum, nie wystarcza dla posągu. Kobieta odgarniająca włosy, to dobre na sześciocalową statuetkę, do ozdoby kominka lub zegaru, aie nie jest to przedmiot godny szerszego traktowania. A przytem ruch ten dojrzałeś tylko jednostronnie. Obróć się Marietto, ale zawsze w tej samej pozie. — Spójrz tylko! zbliżenie łopatek jest niekształtne, głowa wsuwa się w ramiona, szyja się fałduje, plecy wgłębiają, biodra wydłużają się. Posąg powinien się obracać na podstawie, albo też powinniśmy módz okrążyć go do koła; linje więc jego muszą być czyste i śmiałe, z którejkolwiek przedstawi się strony. Otóż, to, co ci natura tu podaje jest niedokładnem, brzydkiem nawet w niektórych miejscach. Cóż więc sztuka z tych wskazówek wyciągnąć ma dla siebie?
I zwracając się znów do Marietty:
— Opuść nieco ręce, spód których nigdy dobrze się nie rysuje, ani w sztuce, ani w naturze; łokcie zaokrąglone nieco pochyl ku przodowi, głowa prosto, oczy w górę. — Ileż rzeczy w tej małej odmianie! Głowa się uwydatnia, widzimy ją w całości, nie zaś, jak w przódy, podbródek tylko i nozdrza od spodu. Ręce wychylają się naprzód miękkim i kształtnym ruchem, gdy w przódy nikły w części pod włosami, a łokcie odstawione z każdej strony, tworzyły coś niby ucha. W miejscu kobiety odgarniającej włosy, masz, jeśli zechcesz, młodą męczennicę, czystą lub nagą, skazaną na śmierć, a która wznosząc ręce i oczy do nieba, ofiaruje śmierć swą Bogu i jednocześni# cudne kształty przed okiem śmiertelnych rozwija.
„Spójrzmy z drugiej strony. Łopatki teraz są na miejscu, szyja jest równa, plecy gładkie, biodra wyraziste. Teraz, kiedyśmy przedmiot wynaleźli, zobaczmy, czy nam wystarczy natura? W części tak, w części nie. Tu, — mówił dalej p. Ritz, dotykając palcem Marietty, jakby jakiego manekina, lecz zarazem uśmiechając się do niej, dla pokazania, że nie o niej wyłącznie, lecz o sztuce wogóle czynił spostrzeżenia, — tu ramiona są za szczupłe, odpowiednio do popiersia, ręce za grube stosunkowo do ramion, osada szyi za ciężka. Sześć stóp, sześć i pół najwyżej w tem ciele, które było stworzone na siedem. Łydki cienkie, nadstopki znów za grube, ale reszta dziwnie harmonijnie utworzona. Widzisz teraz, co można użyć, a co zostawić należy. Czy już wszystko? Nie, Z jakiego kraju będzie twoja męczennica? Czy to młoda greczynka, co ze ś-tym Pawłem zdążyła do Rzymu? Czy może dziecię północy, przybyłe z Atyllą do Galji Meroweusza, i tam nawrócone przez pierwszych biskupów chrześcijaństwa? Ileż typów odmiennych! Jaki tu wybrać? a raz wybrawszy, gdzie znaleźć taki typ żyjący za dni naszych i odpowiadający ideałowi naszej wyobraźni? Wszystko to nie łatwe, — zakończył p. Ritz, przesuwając ręką po czole, i mówiąc raczej do tajemnych myśli swoich, niźli do mnie, — i ci co idą przez życie nie szukając nic po za niem i nie mieszając się do naszych mozołów, zaiste, są bardzo szczęśliwi!
Marietta ubrała się równie wolno jak się rozebrała była, jedną po drugiej kryła w swą odzież prostaczą piękności swojego ciała, jak handlarz izraelita kładzie jeden po drugim w zatłuszczony worek skórzany drogie kamienie, które był rozłożył przed wami, i wszystko uniosła z sobą, nie zrozumiawszy prawdopodobnie nic a nic z tego co się tu mówiło.




XXI.

Nie potrafię określić uczucia, jakie mną owładnęło, gdy drzwi się za nią zamknęły. Wszystko, co widziałem i słyszałem, bardzo różnorodnie podziałało na mnie. Poczynałem pojmować bezmiar sztuki i trudność zadania. Ileż złudzeń pożegnać wypadało! iluż nauczyć się rzeczy! Stanież mi odwagi? Starczyż mi już nawet czasu?
A potem ta biedna dziewczyna dla kawałka chleba z pracowni do pracowni roznosząca tajemnicze skarby wdzięków swoich, a która gdyby umarła w szpitalu, bo i gdzież ma umrzeć? posłużyłaby do doświadczeń anatomicznych w amfiteatrze, gdzie nauka porozkrawa te członki, w harmonii których sztuka czerpała natchnienie, — dziewczyna ta pozostawiała mi po sobie niepokonane wrażenie smutku. Poraz pierwszy począłem się zastanawiać nad losem takiego mnóstwa nieszczęśliwych istot, z ktéremi jednak żadne mię węzły nie łączyły. Pragnąłbym był stać użyteczny tej Maryecie, której zawdzięczałem pierwsze podniosła uczucie artyzmu. Nie była już dla mnie niczem. O tej dziewczynie, ad której Konstanty naprzykład byłby zażądał tylko chwilowej rozkoszy, ja chowałem już wdzięczne wspomnienie, może dla tego właśnie, żem czuł się czystym po takiej próbie. Dziwaczne usposobienie duszy! byłbym chciał już by nikt inny nie oglądał tego ciała, które mojem się stawało w skutek niemateryalnego posiadania. Pierwsze przeczucie zazdrości, właściwej męskiej naturze, pragnącej zamienić w wieczystą własność co do niej należało przez chwilę. Następnie mówiłem sobie z pośród tych wszystkich spostrzeżeń:
— A więc to to jest kobieta!
P. Ritz widział dobrze że coś niezwykłego działo się we mnie. Bezmyślnie wpatrywałem, się w ścianę i nic nie mówiłem. Zapytał mię więc po ojcowsku o czem myślę; opowiedziałem mu wszystko po prostu.
— To dobrze, — odrzekł mi na to, — to dobrze, i rad jestem coraz bardziej z uczynionej próby. Chciałem istotnie ukazać tu coś więcej niż model spojrzeniu artysty, chciałem pokazać kobietę oczom młodego mężczyzny, który niewątpliwie nie może nie myśleć czasem o kobietach. Mówiłem o tym z twoją matką. Niepokoiła się niezmiernie tą próbą. Ryzykowaliśmy wszystko dla wszystkiego. Kto zwycięży, mężczyzna czy artysta? Artysta zwyciężył, — nie wątpiłem o tem. Mężczyzna uczuł rodzące się w sobie na ten widok niespodziany same szlachetne myśli. Jesteś szczęśliwie uposażony, kochany chłopcze, i rad jestem niezmiernie że cię widzę pod takiem wrażeniem.
„A jednak zdaniem jest powszechnie przyjąłem, że obyczaje artystów muszą być i są wolniejsze, niż obyczaje każdej innej klasy ludzi, i że namiętności, występek i rozpusta rozpościerają się w nich samowładnie, jako na rodzimym gruncie. W istocie, zdawałoby się dość prawdopodobnem, że ludzie, oddani przeważnie rzeczom wyobraźni, zwolna uchylają się z pod przesądów, a nawet z pod praw przyjętych pospolicie, i że organizacya tych wyjątkowych ludzi, podniesiona nastrojem umysłowym o całą skalę od zwykłej skali, potrzebuje w przerwach od pracy nadmiernego podniecenia i zadowolić się może tylko nadmiernem użyciem. Jest to nawet, zdaniem niektórych, jeden z nieodzownych warunków geniuszu. Istne salamandry wielcy artyści żyć mogą w czynie jedynie i umierają wchodząc w zwykłą atmosferę. Artyści, ci szczególniej którzy, jak malarze i rzeźbiarze, dla wykonania swej myśli potrzebują bezpośredniego zetknięcia z ciałem, z samej natury prac swoich łatwiej od innych mężczyzn podlegają wpływom tych rozpalających obrazów. A jednak po sobie już widzieć możesz, jak mylnem jest to twierdzenie. Tam, gdzie sztuka, to jest poczucie piękna w samej rzeczy istnieje, potrafi ono zawładnąć tak dobrze sercem, jak wyobraźnią, umysłem jak zmysłami. Harmonia moralna równa się harmonii fizycznej człowieka. Możeż istnieć trwały sojusz występku z geniuszem? Jeżeli dwa te przeciwne żywioły zejdą się wypadkiem w tej samej osobie, jeden walczy i pokonywa niechybnie drugi.
„Zajrzyjmy w prywatne życie tych, co zasługują istotnie na miano artystów, wszyscy są ludźmi zacnymi, wszyscy religijni, niektórzy czystość do świętości posuwają. Prawdziwy geniusz czysty jest, i dzieło jego, w jakąkolwiek formę obleczone, czystem jak on pozostaje. Niemoralność w dziełach sztuki wypływa z podrzędności ich twórcy, który nie mogąc zadowolnić smaku wytrawnych sędziów, odwołuje się do ciekawości i zmysłowej żądzy tłumu.
„Artyści jednak, jakkolwiek wielcy, niemniej są ludźmi, i zdoławszy nawet uniknąć występku, namiętności i rozpusty, miłości uniknąć nie zdołają. Nauka może dać zapomnieć swym adeptom, — dowodem czego Newton, — nawet o istnieniu kobiet; nie tak wszakże się ma ze sztuką. Wyobraźnia w sercu żywi swe korzenie. Gdyby można geniusz artystów poddać chemicznej analizie, znalezionoby: że się składa z jednej czwartej naiwności i waryactwa obok trzech czwartych miłości. Tylko że ta miłość nabłąkawszy się w przestworzach, nazwiedzawszy sfer siła, nazaklinawszy bez miary, skupia się w końcu na jednym przedmiocie, który w oczach kochanka zdaje się uosabiać wszystkie marzenia.
„Nie myślę ci więc zalecać, moje dziecko, byś kochał marmur jedynie, byłoby to daremne. Wszystko wskazuje, że będziesz kochał głęboko; jednak staraj się zachować jak można najdłużej dla tej miłości, co, obok pracy, stanie życiem twojem. Dozwól, niech natura rozwija w tobie spokojnie siłę, które] potrzebować będziesz do przyjęcia nieuniknionego przybysza, i może do walki z cierpieniem. Zapewne, zdarzy ci się omylić niekiedy, jak tylu innym i otworzyć serce pasożytom, biorąc je za przyjaciela; ale będziesz kochał. Kogo? to mniejsza. Kochać rzecz gówna.
„Widzisz że cię traktuję jak dorosłego młodzieńca. Teraz, jeżeli z przedmiotu twej miłości zdołasz uczynić towarzyszkę życia, jeżeli ta, którą ukochasz, godną będzie zostać żoną twoją, i jeśli potrafisz tworzyć arcydzieła pod opieką upragnionego ogniska rodzinnego, wówczas zaiste rozwiążesz zadanie, wielkości w połączeniu z czystością, piękna z dobrem. Życzę ci tego, bo cię kocham calem sercem. Skorzystałem ze sposobności, by dać ci poznać przedsmak życia, wiedząc że zdolny jesteś pojąć i skorzystać z niego. A teraz, bądź ze mną jak z ojcem i wszystko, czego nie będziesz mógł powierzyć matce, mnie powierzaj śmiało. Mojem doświadczeniem, przyjaźnią i radą gotów jestem służyć ci w każdej chwili, a co do reszty, zajdziesz dalej odemnie, co nie będzie zbyt trudnem, — dodał ze smutnym uśmiechem.
Tak przemawiał do mnie p. Ritz. Łatwo osądzić, jak dzień ten głęboko wyrył się w pamięci mojej. Opisałem go szczegółowo, odtąd bowiem datuje się ostateczne moje wstąpienie na drogę artyzmy. Zakończyłem go u matki, zupełnie o mnie uspokojonej.
Wróciłem do niej wieczorem krokiem pewnym, z głową do góry. Czułem się człowiekiem dojrzałym, gotowym do szlachetnych wysiłków i, rzec mogę śmiało do uczuć szlachetnych. Chciałbym był niezwłocznie przydać się komu na co. Serce miałem tak pełne! Kochano mię. Przepowiadano mi sławę, bogactwo talent a ja miałem zdrowie, odwagę, nadzieję. Wszedłszy do małego pokoiku otworzyłem okno i wzrok zapuściłem w jasne pogodne niebo. Przez godzinę może płakałem, sam nie wiedząc o tern, następnie zasnąłem jak dziecko.
Od tego czasu p. Ritz i jego przyjaciele poczęli mię traktować prawie jak równego. Najsławniejsi artyści zajmowali się mną i przypuścili do ścisłych z sobą stosunków. Tym sposobem nie brakło mi zachęty. Powoli wtajemniczałem się w życie dziatwy Restauracyi, pełnej zapału, wrzawliwej, gorącej, z którą potomność będzie musiała odnowić rachunki wielu z nich bowiem bezimiennie padło w zamieszaniu, zkąd przyszłość dopiero zbierze ich kości i przechowa imiona. Młódź dzielna, zaprawdę, przesadna może, ale szczera w błędach i nadużyciach nawet.
Niebawem mogłem osądzić, ile słuszności mieściło się w słowach p. Ritz’a. Pomiędzy ludźmi mężczyźni owej epoki, których czas przyznał za takich, ani jeden nie potrzebowałby kryć się ze swem życiem. Nie szukaj więc pan, panie adwokacie, dla zmniejszenia mojej winy, okoliczności łagodzących ani w złych przykładach jakie mieć mogłem przed oczyma, ani w świecie wyjątkowym, do którego należałem. Nie daj pan również przeciwnikowi użyć tejże teoryi jako broni przeciwko mnie. Nie przyjmuję jej ani na korzyść, ani na niekorzyść moją. Bo też nie dawałem ani nie odbierałem nigdy złych przykładów,
Co się tycze indywiduów zużytych, zepsutych, rozpróżniaczonych, które podszywają się pod miano artystów, bo to do niczego nie zobowiązuje i wszystko tłómaczy w oczach wielu, im to zawdzięczamy ogólne przekonanie. Takich niejednokrotnie spotykałem, włóczączych się rano po pracowniach, wieczorem po fajczarniach, w nocy — wszędzie. Są oni zawsze w przededniu stworzenia arcydzieła, i przekrzyczawszy na wyścigi życie przeciwko wszystkiemu, co z łatwością ich przewyższa nikną, nie zostawiwszy na świecie innego przejścia nad dym fajczany. Tacy ludzie nie więcej są artystami, jak bankruci przedstawicielami handlu, lub dezerterzy żołnierzami. Wszystkie klasy społeczne mają swoje szumowiny: oni są naszemi.




XXII.

Odczytałem właśnie część pierwszą tego pamiętnika, albo raczej tych pamiętników, bo trudno inne dać miano tej obszernej opowieści. Ile tu rozwlekłości! ile zboczeń, ile niepotrzebnych szczegółów! ile wykrętów nakoniec przed przystąpieniem do rzeczy! Oczywiście truchleję! Trzeba się jednak odważyć. Dalej zbierzmy siły, i starajmy się zapomnieć że to o mnie mowa.




XXIII.

P, Ritz przyjmował u siebie raz w tydzień. Z rodzaju talentu i z licznych stosunków należąc tak do artystów jak również do arystokracji, obutym klasom, otworzył salony, w poniedziałek zaś zapustny wydawał bal kostiumowy, na który chciwie wyglądano zaproszenia. Właśnie na jednym z tych balów, ostatnim jaki wydawał, panna Ritz spotkawszy hrabiego Niedersfelda, młodego i bogatego szwedzkiego magnata, zajmującego wybitne stanowisko przy poselstwie, w kilka miesięcy później poślubiła go.
Na tym samym balu, Konstanty, wychowaniec szkoły St. Cyr już od roku, wystąpił w ekscentrycznym kostiumie, spopularyzowanym przez Gawarniégo. Pojawił się tylko na chwilę. Około godziny drugiej znalazł sposób wymknięcia się i zakończenia nocy w teatrze Variété gdzie pod osłoną balów maskowych odbywały się słynne bachanalie owego czasu. Nazajutrz chodził w postawie niedbałej i z miną rozczarowaną, jakby wywołując pytania. Co spostrzegłszy, począłem go też wypytywać.
— Otóż mój kochany, — rzekł do mnie, — myślałem, że kobieta będzie coś innego.
I opowiedział mi pierwszą swą miłość, zrodzoną o drugiej w nocy, zgasłą o ósmej rano, której strój pamiętał, lecz nie znał imienia.
Pomiędzy damami jakie miałem zaszczyt poznać na tym balu, była jedna, którą jak się zdawało, powzięła ku mnie niezmierną sympatyę. Pani Lespéron, istota liryczna, bas bleu jednem słowem, z pozoru warjatka, dobra w gruncie, i pisząca wiersze niezgorsze, nielepsze od tych, jakie naówczas pisano, w romantycznej formie Lamartin’ea, Hugo’na i Musset’a
Nowa ta szkoła wydała w ciągu lat kilku poetów, po których nic dziś nie zostało, ba! nawet śmieszności, naturalnego następstwa zagadkowej ich sławy. Wszyscy ci poeci byli natchnionymi; każdy miał jakąś boleść tajemną, miłość niewyznaną. Nie było jednego, któryby pod zieloną darniną w cieniu miejskiego cmentarza, nie miał ukrytego grobu po jakiej nieznanej Elwirze, gdzie szedł płakać rzucając skargi niebu, złorzeczenia Bogu, lub tworząc hymny na cześć stworzenia. Dzwony, kościoły, gwiazdy, topole, księżyce, cienie, trupy, westchnienia, były na porządku dziennym, rozchodziło się tego bez miary.
Potrzeba było jakiegoś ujścia takiej niewstrzemięźliwości poetyckiej, to też patos ten, w którem było po trosze, Byrona, Voltaira, Goetego, Rosnarda, Chateaubrlanda, a brakło chyba tylko Moliera, dla unieśmiertelnienia jago śmiesznej strony miał również swój hotel Rambouillet z podrzędnemi. Zimą, co wieczór, od dziewiątej do dwunastej, zbierano się w pewnych salonikach literackich, ubożuchnych satelitach świetnej gwiazdy Recamier, i tam, poeta już męzki już żeński, wsparty o kominek, z twarzą bladą, przewróconemi oczyma, z włosami w nieładzie, już to łkaniem przesiąkłym, już dźwięcznym, i tętniącym nakształt gromu, ciskał do koła, na religijnie skupione i rozczochrane głowy sędziwych Safo i młodocianych Korynn swą potężną i wielką poezyę. Następowały okrzyki, łzy uniesienia. Ściskano sobie dłonie, całowano się; — potem wypijano dużą szklankę ocukrzonej wody i rozchodzono się do domów.
Pani Lespéron była właśnie posiadaczką jednego z tych sławnych salonów. Była mocno przekonaną, że walczy o lepsze ze świątnicą, w której autor Rènêgo, z czołem nachmurzonem, spojrzeniem wieszczem, z laurowym wieńcem na skroni, i Pamiętnikami w ręku, otoczony dymem kadzideł, które u nóg jego paliła jaka niedobrowolna westalka, z pewną niecierpliwością oczekiwał, rychło świat się zawali, by w gruzach jego znaleść grób godny siebie.
Pani Lespéron przyjmowana była u p, Ritz’a; ten nawzajem bywał u niej raz do roku. Spożywał elegią, połykał szklankę ocukrzonej wody, i wracał do domu, śmiejąc się z tego uczciwego i śmiesznego światka. Jednakże p. Lespéron, głowa wydziału w jakiemś ministeryum, najpoczciwszy człowiek pod słońcem, uprosił żonę aby przynajmniej nie pod własnem nazwiskiem ogłaszała swoje Skargi i Nadzieje. P. Lesperon należał raczej do szkoły Desangiersa niż do szkoły Byrona. Lubił dobre jedzenie, i od czasu do czasu zbierał u siebie kolegów z żonami, z córkami, i wyprawiał im małą wieczorynkę. Wieczerzano wesoło, a poeci i muzy, porwani ogólnym przykładem, brali udział w ochocie i bawili się jak prości śmiertelnicy.
W ciągu tej zimy, która taki wpływ na tyle losów wywrzeć miała pani Lespéron wydała również, w samo środopoście, bal kostiumowy, na który i mnie zaproszono.
O samej jedenastej wieczorem, ujrzeliśmy wchodzącą, w dość dobrze granej roli królowej, którą reprezentowała, darząc królewskim skinieniem zebranych, kobietę od czterdziestu do czterdziestu pięciu lat wieku, przybraną w kostium Maryi Medycejskiej, taki jak go Rubens przedstawił na obrazie koronacyjnym. Włosy popielate, ciało pulchne i miękkie królowej, utuczonej na przepiórkach i łakociach, zęby równe, szyja pełna, trochę za krótka, ręce tłuste, białe dłonie delikatne, taką była ta kobieta. Kiedyś musiała to być piękność wyjątkowa, gdy i teraz jeszcze była uderzająco piękną — przy oświetleniu wieczornem, mianowicie dla owych epikurejczyków, którzy nie dają zmarnieć żadnym pomętom natury, i którzy, po lecie minionem, zamiast ubolewać nad jego stratą aż do przyszłej wiosny, wolą się rozkoszować w października zapóźnionym promieniem słońca ślizgającym się wśród pożółkłych liści.
— Kobiety takie, mawiał pewien staruszek należący do domowników, — to coś, niby mała Prowancya w Tuileryach: zawsze się tam ogrzać można o pewnej godzinie.
Nieszczęściem dla niej, Maryi Medicis towarzyszył pazik, niosący ogon sukni.
Paziem było dziecko trznasto czy czternasto letnie, własna jej córka, ubrana w aksamit i atlas czarny, z włosami z płynnego złota, pod czarnym toczkiem. Jeżeli matka była pędzla Rubensa, dziecię było pędzla Van Dyck’a. Zkąd wezmę porównania nie ażeby wam odmalować, lecz by dać wam poczuć, dać wam odetchąć niepochwytnem stworzonkiem.
Przypuśćcie, że róża przeradza się w owoc, kolorem, kształtem i smakiem dorównywając barwie zarysom i woni które nas zawsze czaruję w kwiecie, mimo że tak go spospolitowano; dopatrzcie chwili, w której kwiat się w owoc zmienia, przejrzysty, acz tężejący, gdy woń jeszcze upaja a smak już nęci, a doznacie może w setnej części dziwnego wrażenia, jakie na wszystkich a szczególniej na mnie wywarło to seraficzne zjawisko.
Dla mnie nie była ona dziewczęciem, nie była kobietą była kobiecością: Symbolem, poematem, abstrakcyą, zagadką wieczystą, która była, jest i będzie przyczyną chwiejności spotykania się upadków w wiekach przeszłych, teraźniejszych i przyszłych wszelkich potęg, filozofij, religij ludzkości. Cała dusza poszła mi do oczu. Poraz pierwszy w życiu jasno zdawałem sobie sprawę z tego, co dotąd niepojętnem było dla mnie. Historyczne typy kobiet, wstrząsających państwami w skutek namiętności rozpalonej w sercach mężczyzn; poetyczne postacie kobiece w utworach wielkich wieszczów, wprawiające w zachwyt całe narody, których epiczne istnienie dotąd podziwiałem, ożywiły się nagle i odziały w ciało. Nic nie zdawało mi się prostszem jak świat przewrócić za szczęściem posiadania jednej z tych dziwnych istot, i z rąk jej przyjąć równie bohaterstwo jak nikczemność, genialność jak upodlenie. Ewa, Pandora, Magdalena, Kleopatra, Fryné, Desdemona, Manon, Lescaut, Emma, Lyonna, przesuwały się przedemną szepcząc: „Czy teraz rozumiesz?“ i odszepnąłem; „Tak, teraz rozumiem.”
Królowa ze swym paziem obeszli salon w około; pozdrawiając wszystkich: ta, lekkiem skinieniem głowy, ten uśmieszkiem karminowym, podniesionym w kącikach ustek. Inni zaproszeni równie uroczyście stosowali się do tej komedyi, skłaniając się prawie do ziemi, jak podani i lenni wessalle. Udało mi się umieścić w pierwszym rzędzie dworzan, i oczami pożerałem grupę, a raczej to dziecko, gdyż matka nie zajmowała mię już teraz.
Żywiłem już nawet dla niej niewiem jakie uczucie urazy. Czułem gniew za to profanowanie publiczne w stroju, nieskromniejszym tysiąc razy od najprzejrzystrzej i najbardziej wydekoltowanej sukienki, nawpół rozwiniętych wdzięków córki. Obiedwie musnęły mię lekko, nie wiedząc, ma się rozumieć. Nie domyślały się, że od tej chwili wiążę się z ich losem, ani nie przeczuwały z jak dziwnem posłannictwem wchodzą do mojego. Co do mnie wszakże coś ostrzedz mię musiało, wstrząsłem się bowiem jakby za dotknięciem iskry elektrycznej, gdy pazik przelotnem spojrzeniem dziękował nam za hołd złożony, pamiętam dobrze. Rozsunęły się ściany salonu, doznałem olśnienia i przez jedno mgnienie widziałem przyszłość oko w oko. Tańce znów się rozpoczęły. Paź tańczył z królową. Po skończonym kadrylu, nieprzepartem poruszeniem zbliżyłem się do dziewczynki i zaprosiłem ją do następnego kadryla. Potrzebowałem koniecznie by drobne stworzenie należało do mnie bodaj troszeczkę bodaj przez chwilę.
— Ależ, panie, — odpowiedziała śmiejąc się, mężczyźni nie tańczą z sobą.
I odwróciwszy się odemnie poszła z kolei zaprosić jakąś panienkę! Nietylko więc przybrała strój młodego chłopca, ale postanowiła nadto w zupełności odgrywać jego rolę. To mię ucieszyło. Nie tańczy wprawdzie ze mną, ale też dotyka samych rąk kobiecych.
Nie spuszczałem już jej z oczu; tak samo jak wszyscy. Dziecko to stało się urokiem balu. Matka usiadłszy gdzieś na stronie, rozprawiała, sapała i wachlowała się hałaśliwie. Po długim wpatrywaniu się, zdawało mi się dostrzegać jakieś przykre rysy, na tej zrazu sympatycznej twarzy. Oko miała suche i zimne, pozbawione błysku, tak poszukiwanego przez malarzy, co jednocześnie promieniem i rosą, rozjaśnia i wilgoci spojrzenie. Wargi były wązkie, i tłukły niby młotkiem podwójnym, przepuszczane wyrazy. Głos, dusza wylana na zewnątrz i stężała w dźwięki, to najszczytniejsze i najżywotniejsze upostaciowanie istoty myślącej, można się bowiem pogodzić niekiedy z brakiem wzroku, nigdy przecież z brakiem słuchu, głos dźwięczał metalicznie, naśladując, w ogólnym gwarze, ostry brzęk blachy kutej pośród wrzawliwego hałasu wioski.
Czyżby stracone mienie, zawiść, wiek o niezatartych śladach, mąciły w ten sposób zewnętrzną harmonię tej kobiety? Wszystko potrosze wpływać musiało, i żółć stała się zapewne z biegiem czasu jednym z głównych czynników w tem ciele miękkiem, żółtem i rozlanem. W rozmowie jej, a raczej monologu, rozprawiała bowiem bez przerwy, niby maszynka nakręcona na czas pewien, wyrazy „moja córka“ — „moja druga córka“ — „jej ojciec“, — „moja córka“ — „mąż mojej drugiej córki“, powtarzały się kolejno, nakształt ritournelli.
Kilka pań podeszłych, gotowych przepędzić noc tę jako tako, zanim bawiące się dzieci zgodzą się na opuszczenie balu, słuchały jej niby i nieznacznem skinieniem głowy potwierdzały od czasu do czasu.
Tymczasem pazik tańcował, a ów wierszyk z Widm, kursujący naówczas powszechnie:
Zbytnio lubiła taniec i to ją zgubiło, mógłby był posłużyć za przestrogę dla tej matki, tak bardzo pyszniącej się córką. W rzeczy samej, dziecko rzucało się w wir tańca z takiem upojeniem, tak bez pamięci szalało, że chwilami zmuszoną była wybiegać do małego próżnego gabineciku, odetchnąć mniej dusznem powietrzem. Tam przyciskała pierś rączką, główkę w tył przechylała, niby makolągwa wypijająca kropelkę rosy, i zdawała się stukać w górze tchu, którego; jej braknąć poczynało. Przyglądałem jej się niepostrzeżony. Każdy ruch jej był wdziękiem, każda poza obrazem. To też z upodobaniem widziała każde swe poruszenie powtórzone przez wszystkie zwierciadła, odbijające ją do koła. Niebawem wszakże usiadła, tak bardzo potrzebowała spoczynku iście dziecięcego; i dobywając z za pasa malutką chusteczkę, zahaftowaną woniejącą, poczęła nią twarz sobie chłodzić, istny Mignon z czasów Henryka III; potem, poczęła się rozglądać naokoło kiwając główką w takt muzyki, nie mogąc ciałem, myślą tańczyła jeszcze. Kiwała coraz wolniej i wolniej, usteczka pozostały wpółotwarte, oczy się zamgliły, główka schyliła się na poduszkę: oddech stał się równy, nóżki się wyciągnęły, ręka upuściła chusteczkę, powieki się zawarły,

i dziecię usnęło



XXIV.

Stałem we drzwiach gabineciku, zasłaniając wejście. Rozkoszny widok pragnąłbym był zachować dla siebie jednego, tem bardziej, że od kilku minut zdawało mi się jakoby drobniutka twarzyczka była mi już gdzieś znaną? A jednak niewidziałem jej nigdy byłem pewien, byłaby mię bowiem tak samo zachwyciła wówczas, jak dziś zachwycała; ale niewątpliwie była bardzo podobną do kogoś dobrze mi znajomego! Do kogo? Rzecz dziwna, jak tylko ta postać wyganiała się przed oczyma mej pamięci, widniałem ją również w ubraniu chłopca, ale chłopca prawdziwego, którego imię drżało mi, jak mówią, na końcu języka, a jednak go pochwycić nie mogłem. Zdawała się drwić sobie ze mnie: „Jakto nie poznajesz mię? — szeptała. Znasz mię jak siebie samego; przypatrz mi się dobrze, patrz jak jesteśmy podobni! Nie można już być podobniejszymi. I rozpływała się w przeciwległej ścianie, niby fantastyczne widmo.
Byłbym niewątpliwie przeczekał noc całą, ale Iza (takie było imię dziewczęcia, spieszczenie Izabelli), ale Iza nie mogła niespostrzeżenie zniknąć na dłużej z sali tańców. Kilka młodych panien pośpieszyło jej szukać, skinieniem pokazałem im że spała. Postanowiono nie przerywać jej snu błogiego, który w końcu wszyscy zbiegli się podziwiać, jak już od dwóch godzin podziwiali wszystko co czyniła. Tańce ustały, muzyka zamilkła.
— Czemu jej nie naszkicujesz? — powiedział mi nagle pan Ritz.
Byłbym go uściskał wobec wszystkich, że tak dobrze myśl moją odgadł.
Pośpieszyłem po atrament, piórka i duży arkusz papieru. Atrament tylko mógł oddać właściwie wypukłe cienie tej prześlicznej massy. Jedna z panienek usiadła do fortepianu i poczęła grać Kołysankę Szopena: do której nuciła półgosem. Jedni przypatrywali się, drudzy słuchali, a wszyscy zachowywali jak najciszej. Oddech dziewczątka począł iść w końcu za rytmem muzyki stłumionej, zwolna przenikającej powietrze i owładającej wszystkich wrażeniem podobnem chyba do tego jakie następuje po rzymskiej kąpieli, kiedy zmysły napływają się w ogólnem osłabieniu, kiedy ciało rozkosznie omdlałe jednej tylko rzeczy pożąda — spoczynku, a dusza czując wszystkie więzy swe zwolnione, wzlatują dokąd się tylko podoba lecz zawsze w błękity, w kraj marzeń
Kilkanaście osób skupionych po za mną dodawało skrzydeł ręce mej, szybkiej teraz jak myśl, licznemi: „Brawo! tak, dobrze! ależ doskonele!“ na które odpowiadano stłumionem; „Pst! Cicho!*’ by piękna uśpiona nie zbudziła się zawsześnie.
Tymczasem dnieć poczęło na dobrze, i blade światło poranku, które aczkolwiek mdłe bardzo, zaćmiewa nie mniej wszelkie sztuczne oświetlenie, wkradło się przez szczelinę w firance, którą jeden z gości, ciekawy jaki efekt sprawi, rozsunął całkowicie, a inny, na znak jego, pogasił świece. Spłoszone w ten sposób kobiety uciekły z pełnemi przerażenia och! i ach! jak gdyby nagle odzież z nich spadła.
Dziewczynka tymczasem rozbudzona tem małem zamieszaniem, otworzyła oczy, spojrzała gdzie jest, zebrała rozpierzchłe myśli, uśmiechnęła się i stanęła równemi nogami, nie dbając o ten dzień hałaśliwy, co wszystkim innym twarzom nadawał barwę grobową, a całował tylko wesoło jej kwitnącą cerę. Objął, owionął ją całą, jak pieszczota, a ona niespostrzegła nawet tego tryumfu delikatnej swej piękności.
Zrozumiała tylko, że we śnie była bohaterką czegoś. Podeszła więc do mnie dla zobaczenie co mogłem tak rysować wśród balu. Poznawszy siebie, zdawała się zachwyconą.
— Czy to dla mnie? — zapytała.
I z dziecinną niecierpliwością wyciągnęła po portrecik rękę.
— Bezwątpienia, to dla pani; ale trzeba wprzód, by ten szkic wysechł. Wyschnie niezadługo. Oprawią go za szkło, i jeśli szanowna mama pani pozwolić raczy, sam go jej odniosę.
— Dziś jeszcze?
— Dziś.
Matka i córka zamieniły z sobą spojrzenie trochę niespokojne.
— Uprzedzam pana, że mamy bardzo nieosobliwe mieszkanie, — rzekła matka czerwieniąc się pod warstwą różu, który teraz przy dziennem świetle nadawał jaj twarzy pozór istnej maski.
— Mieszkanie mało dla mnie znaczy. Jeżeli jednak panie wolą bym im odesłał rysunek?
— Nie, przyjdź pan sam, — rzekła mała.
Poczęto się rozchodzić. Ja poszedłem za obiema paniami. Serce mi się ścisnęło, gdym po dniu, na dworze patrzył na ich kostiumy z dobrze wytartego welwetu.
Zanim wsiadły do dorożki, którą dla nich sprowadzono, matka owinęła się tartanem w szare i czerwone kraty, gdy tymczasem córka zarzucała na ramiona płaszczyk z czarnego merynosu, z po za fularowej podszewki którego, powydzieranej po szwach, wisiała wata. Na rozkaz matki zdjęła swój toczek, oddała jej, głowę zaś okręciła szalikiem z niebieskiej włóczki, wyciągniętej z kieszeni płaszczyka. Marya Medicis wdziała na nogi kalosze, a podgiąwszy wysoko ogoniastą suknię, ukazała nogi grube, niemniej grube pończochy i trzewiki atłasowe mocno schodzona. Popchnęła córkę do powozu, mówiąc:
— Siadajże prędko! A patrz, żebyś się nie przyziębiła.
Sama wsiadła za dzieckiem, przy pomocy aż dwóch osób.
Pomimo królewskiej dostojności, znać było z jej oczów że radaby była niezmiernie, jeśliby kto zechciał je odprowadzić i zapłacić dorożkę. Umierałem z chęci ofiarowania się z tą przysługą; lecz zabrakło mi odwagi.
Kilku gapiów, którzy zamiast iść do szkoły stali z nosami zaczerwienionemi, trzęsąc się z zimna, obdarzyli królową matkę dosadną apostrofą, właściwością tradycyjną karnawału paryzkiego. Woźnica w orzechowym płaszczu o potrójnej pelerynie, z uszami ukrytemi w czapce flanelowej czekoladowego koloru, w kapeluszu na bakier, z grubemi, niezgrabnemi rękami w zielonych włóczkowych rękawicach z czerwonawym szlakiem, zamierzył się na nich biczem, który jednak spuścił na konie. Dzieci rozbiegły się śmiejąc; pazik wysunął główkę z poza drzwiczek i rzekł;
— Niezapomnij pan mego portretu.
Matka zawołała;
— Szkolna Nr, 78.
I zabawny ekwipaż ruszył, unosząc obydwie kobiety, i aczkolwiek nie domyślałem się tego z niemi całe moje życie.




XXV.

Wróciłem z balu tak samo, jakem był nań poszedł, z Konstantym. Bez ustanku mówiłem mu tylko o Izie, i dziwiłem się mocno, że nie był równie jak ja zaślepiony; ale on lekceważył ją sobie widocznie.
— To dzieciak, — powiadał. — Czy nie myślisz czasem w tem dzieciątku?
— Nie mogę się zakochać w trzynastoletniej dziewczynce, ale zachwycam się nią prawdziwie. Jest to najśliczniejsza istotka jaką tylko wymarzyć sobie można.
— Wiesz, jakie wrażenie ona na mnie sprawia? — mówił Konstanty, a uwaga jego była nader trafna. — Wrażenie figurki z chińskiej porcelany bałbym się zawsze by się nie stłukła.
I dorzucił ze śmiechem:
— Nie jest to utwór podniosły jakby powiedział mój ojciec. To zabaweczka. — Ale, ale, wiesz do kogo ona podobna? — rzekł nagle.
— A więc i ty znajdujesz, że podobna do kogoś?
— Tak i to uderzająco.
— Mówże mi prędko do kogo. Od dwóch godzin przeszło łamię, sobie głowę i nie mogę przy pomnieć do kogo podobna.
— Do jednego z naszych kolegów, któregoś poczęstował takim pysznym kułakiem.
— Minati! to prawda! — zawołałem. — Minati! tak, Minati! i dziwię się jak mogłem nie poznać od razu.
— Przyznam ci się, że jeśli i moralnie tak samo podobna do niego jak fizycznie, no! — toć to będzie osobliwsza panna. A matka! och! matka! co za figura! To mi ziółko, co musiało mieć sporo awanturek!
Zmieniłem rozmowę. Ta kobieta i to dziecko nie były niczem dla mnie; a jednak nie chciałem już by o nich źle mówiono.
Nie kładłem się wcale i wykończając przy dziennem świetle nocny mój rysunek oczekiwałem niecierpliwie chwili pójścia na Szkolną! Czas zdawał się uparcie stać na miejscu.
Wszelako byłoby mi bardzo trudno określić uczucie jakie mną powodowało, gdym czuł nieprzepartą potrzebę ujrzenia znów tej uwielbianej Izy. Zakochany! Nie byłem nim przecież, niewątpliwie. Nie mogłem być zakochanym w dziewczynce, którą zobaczyć może miałem w krótkiej sukni, w trzewikach smarowanych, w stroju pensyonarskim. Nie. Niedojrzała ta istota mogła wieść mię na drogą miłości, ale miłością natchnąć mię nie mogła, By natchnąć nią kogoś, trzeba módz ją samemu odczuwać.
Zresztą, nie umiałem nic czynić w połowie. Albo pozostawałem obojętnym na wszystko, i chwilami świat mógłby się rozpaść koło mnie, a nie odwróciłbym głowy, albo znów bez pamięci oddawałem się wrażeniom. Jakkolwiek mało znaczącym, zdaniem postronnych, i pogrążałem się w nich całkowicie, Natura we wszystkiem krańcowa, i która nigdy nie dała mi brać życia z łatwiejszej strony, natura wreszcie wysoce nerwowa, która rządzi, roznamiętnia, unosi, wyniszcza tego, komu się dostała, a kto nigdy powściągnąć jej nie zdoła. Wypadki, przykrości, dociekania dziecięcych lat moich rozwinęły tylko bardziej to usposobienie wyjątkowe które spowodowało wszystkie błędy, ale i wszystkie radości, i całe szczęście mojego życia.
Doznawałem więc tego iście chorobliwego niepokoju, co to jest niby ostrzeżeniem losu. Czułem się wleczonym na Szkolną przez jedno z owych pokrewieństw trafu, które Goethe odkrył i opisał tak rozwlekle, ale które są niezaprzeczone. Spieszyłem, spieszyłem niepokonanie; do czego? — do zobaczenia się z dzieckiem, którego nie znałem wczoraj, które odjeżdżało za dni kilka, którego prawdopodobnie nie miałem spotkać nigdy więcej, a z którem jednak nie zobaczyć się zaraz, nie zobaczyć się natychmiast; nie w mojej było mocy.
W pośpiechu ominąłem wszelkie konwenanse, i o południu tuż wstępowałem w bramę domu Izy, tak mizernej powierzchowności, iż każdy inny prócz mnie byłby się mocno zadziwił, że tak czarujący ptaszek tutaj usłał gniazdeczko swoje; ależ jaskółki wszędzie się gnieżdżą, i wszędzie wnoszą z sobą wiosnę i nadzieję.

KONIEC TOMU I-go


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (syn) i tłumacza: anonimowy.