Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jednocześni# cudne kształty przed okiem śmiertelnych rozwija.
„Spójrzmy z drugiej strony. Łopatki teraz są na miejscu, szyja jest równa, plecy gładkie, biodra wyraziste. Teraz, kiedyśmy przedmiot wynaleźli, zobaczmy, czy nam wystarczy natura? W części tak, w części nie. Tu, — mówił dalej p. Ritz, dotykając palcem Marietty, jakby jakiego manekina, lecz zarazem uśmiechając się do niej, dla pokazania, że nie o niej wyłącznie, lecz o sztuce wogóle czynił spostrzeżenia, — tu ramiona są za szczupłe, odpowiednio do popiersia, ręce za grube stosunkowo do ramion, osada szyi za ciężka. Sześć stóp, sześć i pół najwyżej w tem ciele, które było stworzone na siedem. Łydki cienkie, nadstopki znów za grube, ale reszta dziwnie harmonijnie utworzona. Widzisz teraz, co można użyć, a co zostawić należy. Czy już wszystko? Nie, Z jakiego kraju będzie twoja męczennica? Czy to młoda greczynka, co ze ś-tym Pawłem zdążyła do Rzymu? Czy może dziecię północy, przybyłe z Atyllą do Galji Meroweusza, i tam nawrócone przez pierwszych biskupów chrześcijaństwa? Ileż typów odmiennych! Jaki tu wybrać? a raz wybrawszy, gdzie znaleźć taki typ żyjący za dni naszych i odpowiadający ideałowi naszej wyobraźni? Wszystko to nie łatwe, — zakończył p. Ritz, przesuwając ręką po czole, i mówiąc raczej do tajemnych myśli swoich, niźli do mnie, — i ci co idą przez życie nie szukając nic po za niem i