Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mateczka będzie sławioną między ludem. O słodki bracie mój, Jezu, jakże ciebie kocham!
I wypytywałem księdza, i rwałem się do objaśnień, i pożądałem natchnienia. Księżyna, uszczęśliwiony tą przykładną gorliwością, zachęcał mię jak umiał. Opowiadał mi o świętych pańskich, apostołach, i męczennikach. Jakże maluczkim czułem się w porównaniu z nimi. Chwilami pragnąłbym był zostać ukamieniowanym jak ś-ty Stefan, albo jak ś-ty Sebastyan, przeszyty strzałami. Na zniewagi towarzyszy odpowiadałem teraz twarzą uśmiechniętą i ekstatycznem spojrzeniem, mieniąc je dobroczynnemi chwilami doświadczeń i błogosławieństwem niebios. Nie spałem już nie jadłem myślałem jedynie o Raju i środkach dostania się do niego. W niedzielę nie wychodziłem z kościoła i godziny całe spędzałem przed wizerunkami świętych.
Co chwila rozpoczynałem rachunek sumienia, i nie uznając się nigdy za będącego to stanie łaski, skazywałem się na niepomierne posty. Odmawiałem pacierze i śpiewałem hymny od do nocy. Łatwo przedstawić sobie śmiechy i żarty mych kolegów. Wszystko kończyły nerwowe ataki, trwające dwie łub trzy godziny.
Nagle uczułem silny ból głowy i dreszcze. To dało wypowiadało posłuszeństwo. Zaprowadzono mię do infirmeryi, posłano po matkę. Zanim nadeszła, już było za późno na przeniesienie mię do domu. Pozostawało jej tylko umieścić się przy