Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie, co też uczyniła w obec zupełnej nieprzytomności mojej. Gorączka nie opuszczała mię przez pięć dni i pięć nocy, Bóg wie jakie obrazy majaczyły w umyśle. Jeden nadewszystko uparcie mi tkwił przed oczyma
Widziałem, jak na łóżku równoległem z mojem złożono chorego, jednego ze mną wzrostu, twarzy którego rozpoznać nie mogłem z powodu krwi oblewającej ją obficie i w dużych plamach broczącej okrywającą go bieliznę. Chory leżał bez ruchu. Zasłaniały go ustawicznie jakieś osoby, między któremi odróżniałem moją matkę. Osoby te kręciły się koło jego łóżka bez najmniejszego szelestu; jak widma. Co zaś najbardziej mię dziwiło, że cały ten obraz ukazywał mi się niby we mgle i że składające go osoby zmieniały głowy co chwila.
Na jednej widziałem oblicze p. Frémin; oblicze to wszakże przenosiło się niezwłocznie na inne ramiona, te zaś otrzymywały głowę dozorczyni, która z koleji przemieniała się natychmiast i stawała się księdzem Olette. Zresztą nic, ani słowa; istne przedstawienie czarnoksięskie, oświetlone jedną tylko lampką nocną, przy której drżącem świetle cienie tych cieni zdawały się tańczyć i skakać na tle dużych białych firanek, o fałdach równych i krągłych, niby piszczałki organu. Potem matka pochylała się nademną i nie widziałem już nic. Chciałem do niej zagadać, niepodobna. Spróbowałam krzyczeć, wnet dziwne osoby opuszczały tam-